Ministerstwo moralnej paniki - Amanda Lee Koe - ebook

Ministerstwo moralnej paniki ebook

Amanda Lee Koe

4,1

27 osób interesuje się tą książką

Opis

"Ministerstwo moralnej paniki" to tytuł kultowy na singapurskiej scenie literackiej. Debiut nagrodzony w 2014 roku Singapore Literature Prize for Fiction i Singapore Book Award w 2016 roku zachwycił wszystkich. Nic dziwnego – w każdym opowiadaniu autorka przekracza literackie normy, łamie społeczne tabu, żeby – koniec końców – napisać o tym, co w życiu najważniejsze. O miłości(ach): tych zapomnianych, przegranych, nieakceptowanych. Niewidzialnych granicach między nami, które boimy się przekraczać. Społecznych problemach, o których nadal można mówić głośno tylko w formie literackiej zabawy. Historii – z różnych perspektyw, głosami tych, którzy zazwyczaj są uciszani. O tym, że wcale nie każdy czuje się w domu u siebie.

Amanda Lee Koe pisze jednocześnie z pazurem i poetycko, zaczepia, żeby chwilę później wzruszyć. Przedstawia postaci różnych kultur, wierzeń i języków, których drogi krzyżują się na krótką chwilę w dynamicznym, tętniącym życiem singapurskim mieście-państwie. Każda z czternastu opowieści rezonuje w nas jeszcze długo po tym, gdy przewrócimy ostatnią stronę.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 221

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,1 (159 ocen)
64
56
27
12
0
Sortuj według:
wiedzmajka

Dobrze spędzony czas

Bardzo dobry zbiór opowiadań!
00

Popularność




Dla Bud, która się ostała

Czy to Laurie Anderson powiedziała, że wirtualna rzeczywistość nigdy nie będzie wyglądać realistycznie, póki nie zostanie opanowana technika pokazywania brudu? Singapurski port lotniczy Changi Airtropolis wyglądał tak, jakby rozdzielczością nie różnił się od świata stworzonego w jakimś wczesnym języku programowania obrazu. Brudu nie było tam za grosz; zero bałaganu, ani śladu nierównych fraktalowych krawędzi. Na zewnątrz materię organiczną, bujną jak wszędzie w tropikach, praca ogrodników zamieniła w olśniewającą zieleń i aż nazbyt doskonałe przykłady własnych form. Tylko chmury były pierzaste od chaosu — dziwaczne, podobne kolumnom konstrukcje piętrzyły się nad Morzem Południowochińskim.

Taksówkarz przestrzegł mnie przed śmieceniem. Zapytał, skąd jestem.

Spytał, czy jest tam czysto. „Singapur bardzo czysty”. Jeden z tych denerwujących, wzorowanych na japońskich, mechanicznych sygnałów przeszył powietrze, kiedy facet przekroczył dozwoloną prędkość, żebyśmy czasem, ja i on, nie zapomnieli, że to robi. Bodaj po obu stronach autostrady ciągnęły się pola golfowe.

„Pan na golfa?”

„Nie”.

„W interesach?”

„Dla przyjemności”.

Cmoknął znacząco. Raczej w to wątpił.

William Gibson, Disneyland with the Death Penalty, „Wired”, 1993

Flamingo Valley

Ling Ko Mui, ostra sztuka Flamingo Valley, mówi stary Malaj. A niech mnie, nadal masz w sobie to coś, maleńka.

Wszyscy starzy Chińczycy i Chinki obracają swoje żółte pomarszczone twarze takim ruchem, jakim robią to żółwie morskie, a Deddy Haikel odwzajemnia się im teatralnym gestem, jakby rzucał zaklęcie. Ling Ko Mui ze skrzypieniem kości niepewnie przenosi na niego wzrok.

Tak, ty!, mówi Deddy Haikel, do ciebie mówię, dziewczyno. Ale jej zamglone oczy obracają się z powrotem w stronę telewizora, w którym leci jakiś program podróżniczy po mandaryńsku.

Może nie poprosiłaś, żebym wziął cię na przejażdżkę motocyklem?

Może nie przyszłaś na mój koncert w National Theatre?

Może to nie mnie stłukł twój chiński chłopak na Bencoolen Street?

To Deddy Haikel!

Bierze gitarę, z którą na dobrą sprawę nigdy się nie rozstaje, i intonuje pierwsze akordy Bar’bra się buja po Bugis Street. Jego głos nie brzmi już tak jak kiedyś, nie odkąd przeszedł operację krtani, ale przenika do wnętrza Ling Ko Mui, która zerka na niego spod przymrużonych powiek, i ich spojrzenia niemal się spotykają.

Babka jest nyanyuk[1], skrzeczy jeden ze starych Chińczyków do Deddy’ego Haikela, kręcąc palcem przy skroni. Nic nie pamięta. Własnej córki nie rozpoznaje.

Deddy Haikel pozwala riffowi wybrzmieć, opiera nogę na krześle i mówi:

Ej, przecież cały ten oddział jest nyanyuk, co nie? Nie myśl sobie, żeś taki bystry. Ty też masz nie po kolei w głowie.

Obraca się znowu w kierunku Ling Ko Mui, ale ona ucieka wzrokiem w identyczny sposób jak wtedy, gdy miała osiemnaście lat, a on poprosił ją do tańca.

Są rzeczy, które przebijają się przez połacie pamięci, rzeczy, które człowiek nosi w sobie, chociaż nie są niezbędne, rzeczy, które ciągną w dół, ale nie można się uwolnić od ich balastu, bo jedyny sposób wyrzucenia ich za burtę to samemu skoczyć do morza.

Jego set w małym pubie dobiegł końca, covery Stonesów i Beatlesów grane na gitarze, na którą odkładał półtora roku, roznosząc gazety w weekendy. Poszedł na wagary, żeby zobaczyć występ Cliffa Richarda z The Shadows w Happy World w 1961 roku, bo czy cokolwiek mogło się z tym równać?

Zszedł z niewielkiego podestu i skierował się do baru. Pub, do którego zaglądali głównie brytyjscy wojskowi, znajdował się niedaleko koszar. W morzu mundurów khaki zobaczył młodą Chinkę, która w długiej rozkloszowanej białej spódnicy zadawała szyku z wysokości barowego stołka. Był ciekaw, czy przyszła tutaj z kimś — wieczorami rzadko widywało się samotne dziewczyny na ulicach, a co dopiero w lokalach. Kiedy znalazł się przy barze, obróciła się do niego.

Jesteś naprawdę dobry, powiedziała.

Dzięki. Często tu przychodzisz?

Pub należy do mojego ojca. Mieszkamy na górze.

Pewnie jest głośno.

Jest, ale ja uwielbiam muzykę. Nie rozumiem tylko, dlaczego to zawsze są Europejczycy albo wy, Malajowie. Nigdy nie występują u nas chińscy artyści.

Roześmiał się.

Was, Chińczyków, za bardzo zajmują próby rozkręcenia biznesu, zarobienia prawdziwych pieniędzy.

To smutne.

Skąd, tak po prostu działa świat — dzięki temu twój ojciec może mi zapłacić pięć dolarów za dzisiejszy set.

Słuchaj, umieram z głodu. Zabierzesz mnie na kolację? Widziałam, że masz motocykl. Nigdy na żadnym nie jechałam.

Pewnie. Co byś chciała zjeść?

Zaskocz mnie. Byle trzeba tam było pojechać na motorze.

Usiedli naprzeciwko siebie przy chybotliwym aluminiowym stoliku w kedai makan[2], dzieliły ich półmiski nasi kandar[3] i sup kambing[4]. Ling Ko Mui chwyciła widelec i łyżkę. Deddy Haikel pobieżnie zlustrował sztućce, po czym sięgnął po jedzenie prawą dłonią, jak miał w zwyczaju.

Czy jest jakaś technika?

Technika?

Jedzenia rękami.

Pokazał jej, jak zebrać ryż w luźną kulę, którą następnie ugniata się coraz ciaśniej. Naśladowała go, biorąc jedzenie do rąk.

Tylko prawą.

Dlaczego?

No… lewa jest nieczysta.

Mogę umyć.

Nie, nie w tym sensie. Prawa ręka służy do jedzenia, a lewa… lewa do wycierania tyłka.

A, rozumiem.

Smakuje ci ryż?

Jest pyszny. Ale czemu malajskie chili jest słodkie?

Pomaga muzykom pisać lepsze piosenki miłosne.

W każdy piątkowy wieczór grywał set od ósmej do dziewiątej w knajpie ojca Ling Ko Mui, a kiedy ten był zajęty przy barze, wymykali się i jechali na motorze na kolację — w jednym tygodniu na coś malajskiego, w kolejnym na coś z kuchni chińskiej. Deddy Haikel muzyk mógł liczyć u ojca Ling Ko Mui na całkiem serdeczne traktowanie, za to Deddy Haikel adorator wyleciałby tylnymi drzwiami jak pozostałe po posiłku resztki — ogonki strąków fasoli czy kości kurczaka. Po kolacji rozmawiali o muzyce nad kubkiem teh halia[5] albo gorącego napoju Horlicks. Powiedziała mu, że powinien skombinować zespół, który by mu akompaniował, pisać własne piosenki, że mogłaby mu pomóc przy tekstach.

Raz zjawił się w pubie godzinę wcześniej niż zwykle. Jej rodzice byli w świątyni Bogini Miłosierdzia, a młodsze rodzeństwo bawiło się piłką na ulicy. Pobiegli na górę tanecznym krokiem, Ling Ko Mui zaciągnęła zasłony i wyswobodziła adapter ojca spod chińskiej jedwabnej serwety. Kucnęli obok siebie. Deddy patrzył, jak delikatne palce nastawiają importowaną płytę Petuli Clark i ściszają głośniki. Kiedy rozległy się dźwięki Ya Ya Twist, Deddy Haikel wstał z podłogi i wyciągnął dłoń do Ling Ko Mui, która zwlekała niezdecydowana, po czym podała mu swoją. Tańczyli przy zapadającym zmierzchu, a nad nimi powoli obracał się wiatrak.

Zaczęła cicho nucić do muzyki, a on objął ją, a potem przyciągnął jeszcze bliżej. Uwielbiał tę słodką, lekko nosową barwę jej głosu i zamknął oczy, pozwalając myślom płynąć swobodnie — może mogłaby występować jako akompaniująca wokalistka w jego zespole? Będą mieli malajskie czy chińskie wesele? Czy porzuciłby dla niej Koran? Czy porzuciłaby dla niego rodziców, tak jak on był gotów porzucić swoich dla niej? Chciał coś powiedzieć, ale płyta dobiegła końca, kręciła się pod igłą pusta. Ling Ko Mui delikatnie wyzwoliła się z jego objęć i uklęknęła na podłodze, żeby odwrócić winyl.

Kochałem się jakgila[6], w takiej jednej chińskiej dziewczynie, mówi Deddy Haikel młodej pielęgniarce, która osłuchuje mu serce stetoskopem, oceniając stopień zniszczeń po drugim zawale. Byłem gotów na wszystko, żeby dobrać się jej do majtek, ale nawet nie o to chodziło.

Był też młody Chińczyk, który czuł do niej to samo. Nie wiedziałem o nim, ale on wiedział o mnie. Któregoś dnia szedłem sobie Bencoolen Street, gdy ktoś klepnął mnie w ramię. Kiedy się odwróciłem, uderzył mnie pięścią prosto w twarz. Jego ludzie zrobili rozpoznanie — wiedzieli, że gram piątkowe sety w pubie jej ojca i że potem jadam z nią kolację. Że obejmuje mnie w pasie, kiedy siada za mną na moim motorze.

Czuć go było wędzoną mątwą i wysuszonymi czerwonymi daktylami; powiedział, że jest synem handlarza suszonymi przekąskami, które są zrobione z pieniędzy. Może zapewnić Ling Ko Mui życie, na jakie taka dziewczyna zasługuje. Rzuciłem się na niego, ale miał ze sobą tych sługusów z popsutymi zębami, w białych trykotach pod rozpiętymi koszulami. Złamali mi żebro.

Kiedy leżałem w szpitalu, myślałem o tym jak o występie na festynie. Włożę sobie rękę do gardła aż po łokieć i wydobędę to żebro, trzymając je między kciukiem a palcem wskazującym. Przemienię je w różę z porcelany kostnej i wsunę w jej miękką dłoń. Ona zrozumie, zamknie palce na podarunku i powie mi, że jej serce upadło po mojej stronie płotu.

Jesteś zerem, wycedził mi do ucha syn handlarza, kiedy trzymały mnie jego zbiry. Zwykłym wałkoniem, co siedzi w cieniu palmy i gra swoje durne piosenki garstce ludzi w pubie. Jak zobaczę, że się znów przy niej kręcisz, znajdziesz świński łeb na drzwiach domu twojego ojca. Moi ludzie są wszędzie. Odezwiesz się do niej i rano dostaniesz po parangu[7] w każdą nerkę, nie myśl sobie, że mnie na to nie stać. Rozdeptał moją gitarę w drzazgi i napluł mi w twarz. Poza tym wyświadczysz sobie przysługę — wyobrażałeś sobie choć przez chwilę, że ona pójdzie z malajskim chłopcem?

To wtedy zrozumiałem, że muszę się wybić.

Gitara była całym moim życiem. Ukradłem pieniądze z apteki z tradycyjną medycyną chińską i kupiłem nową, ćwiczyłem dzień w dzień. Przestałem się oglądać za dziewczynami. Przestałem spoglądać w lustro. Na odciskach od grania nabawiłem się kolejnych odcisków. Kochałem się ze swoją gitarą.

Trwało to lata i nie zamierzam udawać, że było łatwo, ale dopiąłem swego. Zdobyłem sławę. Ubóstwiały nas uczennice i młode kobiety: Malajki, Chinki, Hinduski. Nigdy nie przestałem wypatrywać w tłumie jej twarzy, albo jej sobie wyobrażać, ale w głębi duszy wiedziałem, że tamten miał rację — ona nigdy nie miała być moja.

Posterunkowy zatrzymał motocykl, który prowadził Deddy Haikel. Włosy sięgały mu do ramion, obojętne na rozlepiane po całym mieście plakaty straszaki głoszące, że „Mężczyźni z długimi włosami będą obsługiwani na samym końcu”. Miał na sobie motocyklowe buty z wysokimi cholewkami, koszulę rozpiętą na piersiach do trzeciego guzika i dżinsy rurki; z gatunku tych, przez których nogawkę policja nie była w stanie przepuścić szklanej butelki coca-coli. W ten sposób ustalano, czy spodnie nie są za wąskie. Jeżeli butelka coli nie chciała przejść przez nogawkę, spodnie trzeba było ściągnąć.

Deddy Haikel znał teksty wszystkich piosenek z Białego Albumu, a jego ulubionym Beatlesem był John, bo doszły go słuchy (tak jakby Liverpool i Singapur łączyło sąsiedztwo, a nie kolonialna zależność), że kiedy John Lennon poznał Yoko Ono, poszli do niego i kochali się przez całą noc. Gdy następnego dnia rano z pobytu za miastem wróciła żona muzyka, Cynthia, i zastała Yoko owiniętą w jej ręcznik, John powiedział tylko: „O, no patrz…”.

Taka właśnie powinna być gwiazda rocka, myślał Deddy Haikel, kiedy zapalał szluga, kiedy chwytał akord na gitarze, kiedy przesuwał kciukiem po odciskach od grania, kiedy jechał motorem z malajską dziewczyną i kiedy policjant nie był w stanie przecisnąć butelki po coca-coli przez jego nogawkę. „O, no patrz…”

Ściągasz gacie, nakazał po malajsku chiński policjant. Deddy Haikel wzruszył ramionami i wyszczerzył się do gościa. Wydostał się z dżinsów z pewnym trudem — były aż tak wąskie. Miał nadzieję, że nie wyrzucą jego spodni, że na komendzie będą potajemnie próbowali wcisnąć w nie swoje tłuste chińskie łydy, sprawdzając w lustrze, jak wyglądają i marząc o tym, by móc uznać za własne te znamiona mody, muzyki, buntu. Westchną ciężko, chowając pałki do kabur, dopijając fusy sock-kopi[8], żeby nie przysnąć na służbie.

Posłusznie podając konstablowi swoje dżinsy, Deddy Haikel pomyślał (to była pęczniejąca, nabrzmiała myśl, jak początki erekcji): dokładnie za dwadzieścia cztery godziny od teraz wyjdę na scenę. Zapłacą mi za to, że doprowadzam dziewczyny do krzyku. Nie wiecie, kim jestem? Jutro gram w National Theatre. Przed pełną salą.

3420 miejsc w amfiteatrze. 3420 miejsc zajętych, a wszyscy znają tekst każdej piosenki — aż chce mu się płakać.

Korpus gitary oparty na jego miednicy, każde drgnięcie strun wzmocnione.

Malajki, Chinki, Hinduski — w każdym wieku, mężczyźni też, ale to kobiety widzi i słyszy, jak wrzeszczą jego imię.

W połowie występu ktoś rzuca na scenę zwinięty w kulkę obcisły top. Kiedy odchodzi od mikrofonu i schyla się, żeby go podnieść, myśli, John, hej, John, kumam.

Deddy Haikel zapomina o oddychaniu, bo to piosenka jest jego oddechem. Czuje pragnienie i pije, spoglądając w każde tęskno wpatrzone w niego oblicze. Nie patrzy w odległy punkt, jak kazał mu menadżer, tylko upaja się szczegółami rysów twarzy, a w każdej z nich dostrzega pragnienie dotknięcia go.

Dwanaście kawałków, ale czuje się, jakby grali je po raz pierwszy, nawet przy ostatnim. Tamci też są tego zdania, wspólnie domagają się „bisów, bisów!”.

Barb’ra się buja po Bugis Street

Każdy tam wlepia w nią wzrok.

Granat sukienki i szelest piór

Barb’ra chce życiem upić się w sztok.

Kłania się, kłania się reszta zespołu, one krzyczą; kłania się, kłania się reszta zespołu, one krzyczą. Crescenda adrenaliny; przestrzeń przed jego oczami rozpada się w eksplozji na maleńkie jasne gwiazdki.

Spokój.

Szli ze sprzętem na parking za National Theatre, kiedy drogę zajechał im rolls-royce. W oknie pasażerów opuszczono szybę.

Deddy Haikel, udało ci się.

Ling Ko Mui uśmiechała się, promieniejąca. Długie ręcznie kręcone fale zastąpiły boba uczennicy, a na twarzy miała lekki makijaż. Tylko pięć lat i już była kobietą.

Poznaj mojego męża, Leong Henga.

Był nim syn handlarza suchym towarem. Na tylnym siedzeniu rolls-royce’a sprawiał wrażenie wzoru uprzejmości. Uśmiechnął się do Deddy’ego Haikela, unosząc rękę w kurtuazyjnym geście.

Kiedy cię zobaczyłam na plakacie, aż pisnęłam: „Znam go, grywał w pubie u mojego ojca!”. Z miejsca kazałam Leong Hengowi kupić bilety. Bawiliśmy się wspaniale. To był świetny występ.

Dziękuję.

Jednak szkoda, że przestałeś zaglądać do pubu. Chciałam do ciebie zadzwonić, ale ojciec nie dał mi twojego numeru. Pomyślałam, że może straciłeś zainteresowanie muzyką.

Nie, nigdy w życiu.

Cóż, wobec tego pewnie nasz pub był dla ciebie za ciasny.

To też nie to.

Co w takim razie?

Moja droga, przyznasz, że nie jesteś zbyt uprzejma, wtrącił się Leong Heng, nachyliwszy się, żeby położyć rękę na kolanie żony.

Ależ się rozgadałam o minionych dziejach. Nie chciałam, Deddy Haikelu. Jeszcze raz gratuluję.

Dziękuję.

Musimy jechać, stwierdził Leong Heng. Najserdeczniejsze gratulacje.

Skinął kierowcy i szyba zaczęła się zasuwać.

Do widzenia, powiedziała Ling Ko Mui.

Do widzenia, odparł Deddy Haikel, ale rolls-royce zdążył już odjechać.

Tego dnia w 1984, kiedy zaczęto wyburzać budynek National Theatre — z jego charakterystycznym frontem skomponowanym z pięciu rombów, z jego amfiteatrem, fontanną w kształcie półksiężyca — Deddy Haikel miał pierwszy atak serca.

Za dużo baraniny, stwierdziła jego pierwsza żona.

Za dużo cendolu[9], wtrąciła druga.

Za dużo kuih[10], dodała trzecia.

Tak się przedstawiał jego problem z posiadaniem trzech żon. Rotacyjny seks był niezły, ale trzy żony dogadywały się ze sobą na tyle dobrze, że często tworzyły przeciw niemu wspólny front.

Czasami zachodził w głowę, jak im się udaje trzymać taką sztamę — czyżby nie budził w swoich kobietach kłótliwych zazdrosnych bestii? Starał się głośniej postękiwać i jęczeć przy kolejnych orgazmach, tak by słyszały go pozostałe dwie żony, które danej nocy nie dzieliły z nim małżeńskiego łoża. Miał nadzieję, że nie daje im to w nocy spać i że będą starały się ze sobą rywalizować.

Nigdy jednak do tego nie dochodziło. Nadal czesały sobie nawzajem włosy, kupowały dla siebie kolorowe sztuczne jedwabie, jeśli akurat była przecena, na zmianę piekły suji[11] dla potomstwa. Jak siostry.

Żona Numer Jeden wpisuje się na listę odwiedzających przy ladzie recepcji Flamingo Valley. To ta gruba, ta, która kołysze się na boki, gdy idzie, ta z obszernym tyłkiem. Całuje go w ręce i zaczynają rozmawiać po malajsku.

Jak się masz, lekarz mówi, że niedługo będziesz mógł wrócić do domu. Jeszcze dwa tygodnie?

Sayang[12], ciągle dochodzę do siebie po bypassie, spójrz na mnie. Łapie się za serce i robi zbolałą minę. Żona Numer Jeden marszczy czoło rozbawiona.

Pięćset dolarów co tydzień, sam rozumiesz, nawet po refundacji.

Czy nie od tego mam siedmioro dzieci i trzy żony?, mówi po łobuzersku, z szelmowskim uśmieszkiem.

Żona Numer Jeden spogląda na niego rozdrażniona, ale jest to czułe rozdrażnienie.

Musimy odkładać na emeryturę — przecież nie chcesz być ciężarem dla własnych dzieci, co?

Dobra, w porządku. Wiesz, ja nie jestem tu wcale na wakacjach. Wbijają we mnie te wszystkie igły trzy razy dziennie, a jedzenie jest okropne. Tęsknię za wołowym rendangiem[13] Khairy.

Poprosimy, żeby przygotowała go dla ciebie, kiedy wypiszą cię do domu. Kupię wołowinę na targu.

Lekarz kazał odstawić mleko kokosowe i ograniczyć czerwone mięso! Zapychają serce.

To co zamiast tego?

Chude mleko. Ryby.

Biedny Deddy. Wszystko, co uwielbiasz, wyleciało przez okno.

Jest dostatecznie blisko; wyciąga rękę i ściska ją czule za tyłek. Odpycha jego dłoń, zaskoczona i obruszona, i obraca się, żeby sprawdzić, czy aby nikt tego nie widział, ale śmieje się.

Deddy, Deddy. Głaszcze go po ramieniu.

Deddy Haikel siedzi przy łóżku Ling Ko Mui. On ma salę sześcioosobową, ona dostała jedynkę.

Ling Ko Mui, wierzysz w czary?

Ling Ko Mui patrzy na Deddy’ego Haikela, kręci głową.

To może w przeznaczenie?

Przytakuje, bardzo powoli. Minęło trochę czasu, odkąd ostatni raz zadawano jej podobne pytania. Przez długi czas słyszała tylko: Jak się dziś czujemy, braliśmy dziś lekarstwo, czas na zmianę pieluchy?

Chce mówić, ale mowa tak długo była poza nią. Układa wargi w kształt słów. Uaeee. Z jej gardła wydobywa się tylko niezrozumiały dźwięk.

Deddy Haikel przygląda się jej uważnie.

Przeznaczenie jest wtedy, kiedy pochodzisz z innego miejsca niż druga osoba, ale i tak ciągle ją widujesz. Czy może to umniejszam?

Drapie się po głowie.

Kojarzysz, jak w waszych chińskich legendach śmiertelnik spędza minutę w niebie, a kiedy powraca na ziemię, okazuje się, że minęło trzydzieści lat?

Ling Ko Mui gestykuluje, niemal mówi.

Do sali wchodzi kobieta, a z nią oporne dziecko, które samo wykręca sobie ręce. Kim pan jest?, pyta.

Kim pani jest?, odwzajemnia się pytaniem Deddy Haikel. Kobieta jest urażona.

To moja matka, mówi, kładąc rękę na brzegu łóżka Ling Ko Mui.

Proszę wybaczyć, mówi Deddy Haikel, po czym podnosi się, wygładzając szpitalną koszulę i wyciągając rękę, jestem starym znajomym pani matki.

Czyżby?, pyta kobieta sceptycznie. Nie ściska jego dłoni. Ma, mówi do Ling Ko Mui, która nie przejawia zainteresowania ani nią, ani dzieckiem. Zawołaj Ah Ma, poleca dziecku kobieta. Ah Ma, powtarza za nią dziecko. Zjawia się pielęgniarka i kobiety zaczynają niezobowiązującą rozmowę, ale, jak to bywa w domach opieki, nie pada w niej raczej nic istotnego, rokowania wskazują w najlepszym razie na stabilizację, a jedyny możliwy rozwój wypadków to powolny przechył w stronę nieuchronnej śmierci.

Pielęgniarka wychodzi i kobieta znów przygląda się Deddy’emu Haikelowi nieufnie.

Występowałem kiedyś w pubie pani dziadka, mówi.

Kobieta łagodnieje, wreszcie na niego patrzy. Matka uwielbiała opowiadać o tym miejscu, mówi. Szkoda, że nie miałam okazji zobaczyć tego klubu, zburzono go, zanim się urodziłam. Milknie. Przepraszam za moje wcześniejsze zachowanie, mówi. Po prostu… wszyscy starsi ludzie na tym piętrze mają jakby nie po kolei w głowie.

Proszę się nie przejmować. Deddy Haikel zbywa przeprosiny machnięciem ręki. Jestem tu na krótko. Dochodzę do siebie po wszczepieniu bypassów. W głowie mam po kolei, przynajmniej jak dotąd.

Kobieta uśmiecha się do niego.

Gdzie pani ojciec?, pyta znienacka Deddy Haikel.

Zmarł kilka lat temu na wylew, mówi kobieta.

Przykro mi to słyszeć.

Tak trudno znowu musieć się z tym mierzyć, dodaje kobieta i zamyka na chwilę oczy. Ale cieszę się, że on nie musi na to patrzeć. Jeżeli pan go znał, na pewno pan wie, jak ją ubóstwiał.

Deddy Haikel zdobywa się na wymuszony uśmiech. Kobieta odpowiada uśmiechem.

Co pan wtedy grywał?

To były lata sześćdziesiąte, sayang. Wszyscy grali rock’n’rolla. Z domieszką yé-yé[14].

Boli, kiedy później tego samego wieczoru o tym myśli, o życiu Ling Ko Mui z synem handlarza suchym towarem. Pięć dekad, pół wieku. Przewraca się na łóżku, śni mu się osiemnastoletnia dziewczyna w białej spódnicy, jedząca nasi kandar obiema rękami.

Deddy Haikel zakrada się przed świtem do jedynki Ling Ko Mui. Gdy ta otwiera oczy jakąś godzinę później, on siedzi obok. Jest wystraszona, ale serce zawsze miała mocne.

Ling Ko Mui, pamiętasz, kiedy zabrałem cię na goreng pisang[15]? Uwielbiałaś je. Pamiętasz, jak zawiozłem cię na nasi kandar? Spytałaś mnie, dlaczego malajskie chili jest słodkie.

Ona odsuwa się od niego w sennym zamroczeniu, ale w ustach czuje już smak smażonych na głębokim tłuszczu bananów, kurczaka kampung[16] i żółtego ryżu.

Pamiętasz, jak zabrałaś mnie na smażone ciasto i mleko sojowe, a ja się dziwiłem, że co? Po kiego grzyba maczacie smażone ciasto w mleku sojowym? Nie straci przez to chrupkości? Śmiałaś się z tego. Pamiętasz? Albo jak ci powiedziałem, że będę się musiał modlić dziesięć razy dziennie, bo zabierasz mnie na jedzenie, które nie jest halal? A później, kiedy próbowałem cię pocałować, powiedziałaś „Ale ja nie jestem halal”, ale potem zamknęłaś oczy i zbliżyłaś twarz?

Ling Ko Mui patrzy na dłoń Deddy’ego Haikela. Otwiera usta. Nie wychodzą z nich żadne słowa, ale ona kiwa głową, tym razem z przekonaniem. Uśmiecha się. Sięga po jego dłoń. Zanim jej ją poda, rozsunie brzoskwiniowe zasłony i otworzy okna. Siedzi przy jej łóżku, trzyma ją za rękę. Nie pyta o nic więcej, nie upiera się, żeby próbowała mówić, nie bierze się do ustalania, co takiego pamięta. Trwają tak we dwoje aż do wschodu słońca. Pilnuje zegara. Zabiera swoją dłoń o siódmej piętnaście, przed objazdem wózka śniadaniowego po kolejnych jedynkach.

Kiedy zmierza w stronę drzwi, słyszy szelest pościeli. Odwraca się, a ona wyciąga się w jego stronę, niczym dziecko.

Podchodzi do jej łóżka, całuje ją w wypukłą żyłę po lewej stronie czoła. Jego niesprawne serce łomocze od działania w porywie. Wychodzi śpiesznie, ledwo unikając spotkania z wózkiem śniadaniowym, który właśnie wynurza się zza zakrętu na drugim końcu korytarza.

Zaczyna reagować, ale tylko gdy lekarze i pielęgniarki zwracają się do niej pełnym imieniem i nazwiskiem w formie wykrzyknienia — „Ling Ko Mui!”. Pani Tan albo szanowna pani Ling, albo ciociu, wszystkie te preferowane przez Azjatów sposoby okazywania szacunku ignoruje.

Nie potrzebuje już basenu. Zabierają ją na fizjoterapię. Atrofia jest łatwa, przychodzi bez wysiłku; kiedy jednak człowiek ma po co żyć — nawet jeśli nie jest pewien, czym jest to coś — ciało podejmuje walkę.

Dzwonią do jej córki z informacją o poprawie. Córka Ling Ko Mui przyjeżdża, żeby zobaczyć zmiany na własne oczy, ale matka w dalszym ciągu ją ignoruje, w jej obecności po prostu patrzy przed siebie. Po powrocie do domu córka myśli: co za strata czasu. Nie jest pewna, czy istnieje różnica między przykutym do łóżka pacjentem z demencją a bardziej aktywnym pacjentem z demencją.

Ling Ko Mui w dalszym ciągu nie mówi, ale jej usta wyginają się wokół mowy, w miarę jak ją sobie przypomina. W szpitalu odnotowują wyraźną zmianę w zachowaniu pacjentki; młodsze pielęgniarki nie są tak znieczulone, żeby nie zwrócić na to uwagi. Starają się ją zachęcać.

Pytają: Co pani pamięta?

Ling Ko Mui pamięta pięć gwiazd i księżyc.

Ale tych pięć gwiazd to szpiczasta fasada budynku, a księżyc to sierp, z którego tryskają strumienie wody. Rysuje je pielęgniarkom, u których wywołuje to konsternację.

Idzie w jego stronę, to futurystyczny budynek, cegła i brązowy piaskowiec, a kiedy przekracza próg, fontanna w kształcie księżyca w nowiu zamiera. Mija kasy, wchodzi do olbrzymiej sali na 3420 miejsc, zajmuje swoje. Spogląda w górę, na sufit podtrzymywany przez wsporniki. Kiedy jej wzrok powraca na dół, wszystkie miejsca są zajęte, Deddy Haikel i jego zespół stoją na scenie, a ją wypełnia muzyka.

Deddy Haikel, pisze chwiejnie na kawałku papieru, Deddy Haikel.

Jest pora lunchu i pielęgniarki zawożą ją do niego na wózku. Siedzą razem w części halal stołówki. Zagląda mu w twarz, dotyka od czasu do czasu jego policzka, czoła, jak gdyby go namaszczała.

On się uśmiecha, najpierw ściągniętymi wargami, a potem szczerzy się w uśmiechu, aż mruży oczy. Bierze gitarę, opiera ją na kolanie.

A ona zaczyna śpiewać razem z nim, słowo w słowo, w idealnym metrum.

Barb’ra się buja po Bugis Street

Każdy tam wlepia w nią wzrok.

Granat sukienki i szelest piór

Barb’ra chce życiem upić się w sztok.

Pielęgniarki pokazują Deddy’emu Haikelowi skrawek, na którym Ling Ko Mui narysowała romby i półksiężyc. Chcą sprawdzić, czy będzie wiedział, co to takiego. W ich romantycznej interpretacji rysunek stał się jakimś kosmicznym hieroglifem.

To National Theatre, oznajmia z pełnym przekonaniem Deddy Haikel.

Co takiego?

Deddy Haikel kręci głową.

Jeszcze jeden uśmiercony pomnik narodu. Wiecie, że w radiu prowadzono kampanię, która polegała na puszczaniu piosenek za dolarowe cegiełki? Dzwoniło się do radia i wpłacało dolara, didżej dedykował wam piosenkę, a dolar szedł na fundusz budowy teatru.

Brzmi fajnie, odzywa się jedna z pielęgniarek.

Fajnie? To była duma. Byliśmy młodym narodem. Każdy kupuje najlepsze ubranka swojemu pierworodnemu. Bogaci biznesmeni deklarowali na antenie bezpośrednie wpłaty, rykszarze dzwonili do radia, żeby ofiarować pieniądze zaoszczędzone z dniówki, zarobione katorżniczą pracą, a potem chodzili głodni. Dzisiaj budują wszystko, na co mają ochotę. Nadal używają naszych pieniędzy, z tą różnicą, że nam o tym nie przypominają, no i nie towarzyszy temu piosenka. Nie chcą, żeby zrobiła się z tego sprawa osobista.

Co się stało z budynkiem?

Dwadzieścia trzy lata — na tyle wycenili jego wartość. Zburzony, żeby mogła powstać część tunelu podziemnego Central Expressway.

Tunelu? Myślałam, że to pod niego zburzyli Bibliotekę Narodową przy Stamford Road.

Cóż, w takim razie wygląda na to, że wiecznie mamy o jeden tunel za mało, nie uważacie?

Ling Ko Mui mówi, sika i robi kupę z własnej świadomej woli, a pielęgniarkom i lekarzom zadaje filuterne pytanka. Jej nagłe wyzdrowienie to cud — co do tego panuje zgoda. Lekarze kręcą głowami w zadumie nad tajemnicami neurobiologii.

Ona i Deddy Haikel siedzą w słońcu w ogródku ziołowym.

Dobra, dziewczyno, pozwól, że cię zapytam, co się z tobą stanie, kiedy ja sobie pójdę?

Powiem rodzicom, że chcę z tobą być. Nie powstrzymają mnie.

Wzdryga się na krześle. Pragnie powiedzieć: Dziecino, spójrz na mnie. Spójrz na siebie, ale nie może się na to zdobyć. Czekał na te słowa pół życia.

A jeśli im się uda?

To uciekniemy.

A co z moimi kolegami z zespołu?

Pojadą z nami. Zostanę waszą agentką.

Jej oczy posyłają mu szelmowskie spojrzenie.

Jest coś, o co chciałem cię zapytać. Co z Leong Hengiem?

Z kim?

Z synem handlarza suchym towarem.

O czym ty mówisz?

Przepraszam, ja… nieważne.

Kto to?

To nic takiego, po prostu… tylu ludzi mogłoby się o ciebie zatroszczyć lepiej ode mnie. Nie mam ci za wiele do zaoferowania.

Popatrz mi w oczy, Deddy Haikelu, nie masz się o co martwić.

Deddy Haikel za cztery dni pojedzie do domu. Co noc śni o osiemnastoletniej dziewczynie, co rano budzi się, żeby z nią być. Jedzą razem posiłki, rozmawiają o muzyce, on jej gra. Ona mówi o swoich rodzicach, o tym, jak to będzie, gdy uciekną razem. Nie pyta, dlaczego otaczają ich starsi i zniedołężniali, skąd ci lekarze i pielęgniarki w mundurkach ani gdzie się w ogóle znajdują.

Nocą Deddy Haikel myśli sobie, że szykuje jej zawód miłosny, ale co innego miałby zrobić? Nie przypuszczał, że coś takiego zdarzy mu się w wieku siedemdziesięciu lat. Wyobraża sobie, jak Ling Ko Mui po jego odejściu osuwa się z powrotem w ciszę i ponownie traci kontrolę nad zwieraczami. On jej to zrobił, dokonało się.

Jutro jej powie.

Ona nie chce o tym nawet słyszeć. Jej zdziwienie ustępuje miejsca łzom wściekłości.

Ling Ko Mui, posłuchaj. Spójrz na mnie — jestem starym człowiekiem. Oboje przeżyliśmy już swoje życie.

Przycisnęła sękate dłonie do uszu, szlocha żałośnie jak mała dziewczynka.

Nie mogę być teraz z tobą. Mam dzieci, żony; mam rodzinę.

Spogląda na niego z zaciętym wyrazem twarzy, z oczami pełnymi łez i nienawiści, z dłońmi nadal zakrywającymi uszy; mówi niskim głosem: Już nigdy nie pozwolę, żeby jakiś malajski chłopak złamał mi serce.

Ling Ko Mui, nie rozumiesz.

Próbuje się do niej zbliżyć, kładzie dłonie na jej sterczących łokciach, mówi: Mógłbym cię odwiedzać.

Ale go odtrąca.

Wynoś się, syczy, kołysząc się wprzód i w tył na szpitalnym łóżku, wynoś się.

We Flamingo Valley zrozpaczona córka Ling Ko Mui rozmawia z lekarzem. Nie pojmuje, dlaczego jej matka odzyskała sprawność, ale nie pamięta własnej rodziny. Próbowała wytłumaczyć matce — po raz enty — kim jest, ale jedyne, co ciągle mamrocze Ling Ko Mui, to jakieś brednie. De-de-haj-ke, de-de-haj-ke.

Pielęgniarki wiedzą, kogo przywołuje Ling Ko Mui, ale wiedzą też, że tego samego ranka ten ktoś otrzymał wypis do domu, więc jaki sens tłumaczyć to córce?

Deddy Haikel jest u siebie, w mieszkaniu w Tampines. Khairah zrobiła wołowy rendang, Azzizah lontong[17], Fathiah, która nie potrafi gotować, zadbała o dzbanek sirap bandung[18]. Wszystkie trzy użyły chudego mleka, zależy im, żeby zrobić na mężu wrażenie. Dzieci narzekają, że smak nie ten sam, że nie jest lemak[19], ale cieszą się, że ich staruszek wraca.

Serce Deddy’ego Haikela odzywa się szmerami, nie trzyma rytmu. W roztargnieniu chwyta gitarę, uderza w struny i śpiewa. Wyobraża sobie, jak sięga w głąb klatki piersiowej, rozplata struny serca, naciąga je na gitarę, tak jak zawodowy tenisista zakłada na rakietę zaplot z jelit krów z Taranaki[20]. Jak by to brzmiało? Pociąga strunę. Myśli o powrocie do pisania piosenek. Piosenek dla osiemnastoletniej dziewczyny.

°

[1]Nyanyuk — (z jęz. malajskiego) cierpiący na demencję starczą.

[2]Kedai makan — (z jęz. malajskiego) prosta jadłodajnia, stragan z jedzeniem.

[3] Nasi kandar — danie pochodzące z północy Malezji, zwłaszcza z Penang. W skład nasi kandar wchodzą ryż i dodatki, takie jak pieczony kurczak, bakłażany, okra w sosie curry. Korzeni tego dania można doszukiwać się wśród muzułmańskich kupców z Indii.

[4]