Mindf*ck. Cambridge Analytica, czyli jak popsuć demokrację - Christopher Wylie - ebook
NOWOŚĆ

Mindf*ck. Cambridge Analytica, czyli jak popsuć demokrację ebook

Christopher Wylie

4,4

281 osób interesuje się tą książką

Opis

Kradną Twoje dane.
Włamują Ci się do mózgu.
Rządzą światem.

„Jako jeden z twórców Cambridge Analytiki ponoszę współodpowiedzialność za to, co się wydarzyło, i wiem, że spoczywa na mnie obowiązek naprawienia popełnionych błędów. Podobnie jak wiele osób z branży nowoczesnych technologii, działałem szybko, tworzyłem potężne narzędzia, a kiedy zdałem sobie sprawę, co zepsułem, było już za późno”. – Christopher Wylie

17 marca 2018 roku Christopher Wylie dał się poznać światu jako sygnalista w jednej z największych afer politycznych ostatniego dziesięciolecia. Tego dnia w „Guardianie” i „New York Timesie” ukazały się wyniki rocznego śledztwa dziennikarskiego obu redakcji. Opublikowane artykuły bazowały na ujawnionych przez Wyliego informacjach o działaniach Cambridge Analytiki, brytyjskiej firmy doradztwa politycznego, i ich wpływie zarówno na wynik referendum w sprawie Brexitu, jak i na wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych.

Na pierwszy rzut oka trudno sobie wyobrazić, by Wylie mógł odegrać kluczową rolę w nieuczciwych operacjach Cambridge Analytiki, polegających na eksploracji danych (data mining) użytkowników Facebooka. Jest zdeklarowanym liberałem. Miał zaledwie 24 lata, kiedy zdobył pracę w londyńskiej firmie pracującej dla Ministerstwa Obrony Wielkiej Brytanii. Powierzono mu zadanie stworzenia zespołu naukowców, który miał opracować narzędzia do namierzania i zwalczania w internecie radykalnego ekstremizmu. Narzędzia te praktycznie natychmiast zaczęły być wykorzystywane do partykularnych celów politycznych. Tak właśnie narodziła się Cambridge Analytica.

Książka Christophera Wyliego ujawnia m.in. kulisy amerykańskiej operacji firmy. Zasilona finansowo przez tajemniczego miliardera Roberta Mercera, Cambridge Analytica zajęła się realizacją wizji Steve’a Bannona, politycznego stratega pragnącego odmienić oblicze Stanów Zjednoczonych. Korzystając z olbrzymiego zasobu pozyskanych z Facebooka danych, które szczegółowo charakteryzowały ponad 87 milionów użytkowników platformy, Cambridge Analytica rozbiła, spolaryzowała i zantagonizowała amerykańskie społeczeństwo. Bannon, który trafnie zdiagnozował drzemiące wśród amerykańskich wyborców napięcia, w 2016 roku zdobył dzięki Cambridge Analytice dane, które nie tylko potwierdziły jego intuicję, ale mogły zostać natychmiast przetestowane na poligonie doświadczalnym, jakim okazały się wybory prezydenckie.

Wylie doprowadził do wszczęcia dochodzenia, które miało zbadać największe przestępstwo związane z ochroną danych w historii. Ujawnił przy tym związki Cambridge Analytiki, Donalda Trumpa, Facebooka, WikiLeaks, rosyjskiej agentury i międzynarodowych hakerów.

Opowieść Wyliego to nie tylko pasjonująca publikacja demaskatorska, żywiołowo napisana i czytająca się lepiej niż niejedna powieść sensacyjna. To także poważne ostrzeżenie o zagrożeniach, jakie niosą za sobą nowoczesne technologie i potężne narzędzia informatyczne. Wylie unaocznił nadużycia i beztroskę ich twórców – potentatów rynku ekonomii uwagi; wskazał również wrażliwe punkty systemów demokratycznych. A to, co wydarzyło się w roku 2016, było zaledwie próbnym rozruchem machiny manipulacji. Bezwzględni gracze wciąż czyhają na twoje dane i chcą przejąć kontrolę nad tym, co myślisz.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 542

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Tytuł oryginału Mindf*ck. Cambridge Analytica And The Plot To Break America

First published in Great Britain in 2019by Profile Books Ltd, 29 Cloth Fair, London EC1A 7NN

Copyright © 2019 by Christopher WylieAll rights reserved

Przekład Michał Strąkow

Redakcja Tomasz Brzozowski

Korekta Małgorzata Kłosowicz, Pracownia 12A

Projekt okładkiGreg Mollica

Zdjęcie na okładceEmma Innocenti / Getty Images

Skład Tomasz Brzozowski

Konwersja do wersji elektronicznej Aleksandra Pieńkosz

Copyright © for this edition Insignis Media, Kraków 2020Wszelkie prawa zastrzeżone.

ISBN 978-83-66575-42-4

Insignis Media ul. Lubicz 17D/21–22, 31-503 Kraków tel. +48 (12) 636 01 [email protected], www.insignis.pl

facebook.com/Wydawnictwo.Insignis

twitter.com/insignis_media (@insignis_media)

instagram.com/insignis_media (@insignis_media)

Moim rodzicom, Kevinowi i Joan,który nauczyli mnie być odważnym,bronić swoich wartościi podejmować słuszne decyzje

______

On résiste à l'invasion des armées; on ne résiste pas à l'invasion des idées.

Można stawić opór najazdowi armii, ale nie inwazji myśli.

Victor Hugo

1

Geneza

Nowe buty obcierają mi pięty. Kurczowo zaciskam palce na granatowym segregatorze z plikiem dokumentów poprzekładanych kolorowymi zakładkami. Próbuję skupić się na odgłosach naszych kroków, żeby stłumić onieśmielenie, jakie wywołuje we mnie to miejsce, a także niepokój na myśl o tym, co mnie tutaj czeka. Z każdą chwilą rośnie ryzyko, że po drodze ściągniemy na siebie czyjąś uwagę, dlatego towarzyszący nam asystent zachęca nas do pośpiechu. Mijamy strażników w mundurach i docieramy do atrium, a następnie skręcamy w jeden z korytarzy. Asystent otwiera drzwi i prowadzi nas schodami w dół. Po chwili wychodzimy na kolejny korytarz, który wygląda dokładnie tak samo jak ten piętro wyżej: marmurowa posadzka, wysoki sufit i drewniane drzwi, a między nimi stojące tu i ówdzie amerykańskie flagi. Echo kroków naszej siedmioosobowej grupy odbija się od ścian. Jesteśmy już blisko celu, gdy zostaję rozpoznany. Natykamy się na kongresmena, który na mój widok macha ręką na powitanie. Pan znowu tutaj? W tym samym momencie moje jaskraworóżowe włosy przyciągają wzrok kilkorga reporterów wychodzących z sali, w której odbywała się konferencja prasowa. Dziennikarze szybko się orientują, z kim mają do czynienia.

Dwóch kamerzystów zabiega mi drogę, po czym zaczynają filmować, cofając się powoli. Wokół nas gęstnieje tłumek reporterów i sypią się pytania: Panie Wylie, pytanie od NBC! Pytanie od CNN! Jaki jest cel pańskiej wizyty? Jeden z moich prawników upomina mnie, żebym trzymał buzię na kłódkę. Asystent wskazuje mi windę, strofując jednocześnie napierających na nas dziennikarzy. Pakujemy się do kabiny. Drzwi się zasuwają, a fotoreporterzy do ostatniej chwili robią nam zdjęcia.

Stoję w samym kącie kabiny wypełnionej ludźmi w garniturach. Zjeżdżamy głęboko pod ziemię. Przez całą drogę w windzie panuje milczenie. Gorączkowo przypominam sobie informacje i rady przekazane mi przez prawników, którzy starali się przygotować mnie do dzisiejszego dnia – jakie przepisy amerykańskiego prawa zostały złamane i przez kogo; na jakie traktowanie mogę liczyć jako obywatel obcego państwa przebywający z wizytą w Stanach Zjednoczonych; jak spokojnie odpowiadać na zarzuty; co będzie, jeśli po wszystkim zapadnie decyzja o moim aresztowaniu. Tak naprawdę jednak nie mam pojęcia, czego się spodziewać. Nikt z nas tego nie wie.

W końcu winda się zatrzymuje. Trafiamy do pustego pomieszczenia i kierujemy się ku drzwiom, na których umieszczono dużą czerwoną tabliczkę z biały napisem: STREFA ZASTRZEŻONA. DZIENNIKARZOM I OSOBOM POSTRONNYM WSTĘP WZBRONIONY. Znajdujemy się na trzecim poziomie podziemi pod budynkiem Kapitolu w Waszyngtonie.

Po drugiej stronie drzwi podłogę wyścieła pluszowa wykładzina w kolorze bordo. Umundurowani strażnicy odbierają nam telefony oraz inne urządzenia elektroniczne i umieszczają je w ponumerowanych przegródkach za swoim biurkiem, a następnie wręczają każdemu kwitek z odpowiednim numerem. Od tej chwili możemy posługiwać się wyłącznie papierem i ołówkiem. Zostajemy też pouczeni, że nasze notatki mogą zostać skonfiskowane, jeśli okaże się, że zawierają jakiekolwiek informacje uznane za poufne.

Dwóch strażników otwiera przed nami masywne metalowe drzwi. Jeden z nich gestem nakazuje nam przechodzić dalej. Wkraczamy kolejno do długiego korytarza, skąpo oświetlonego światłem jarzeniówek. Wzdłuż obitych ciemną boazerią ścian ciągną się szpalery amerykańskich flag na stojakach. W powietrzu unosi się typowa dla starych budynków woń stęchlizny zmieszana z zapachem środków czyszczących. Podążamy za strażnikami korytarzem, po czym skręcamy w lewo i dochodzimy do kolejnych drzwi. Ścianę nad nimi zdobi wielka drewniana pieczęć z trzymającym w szponach pęk strzał orłem, który wydaje się spoglądać na nas z góry. Jesteśmy na miejscu: w Centrum Informacji Chronionych (Sensitive Compartmented Information Facility, SCIF) Stałej Specjalnej Komisji Izby Reprezentantów do spraw Wywiadu – to właśnie tutaj odbywają się niejawne posiedzenia komisji amerykańskiego Kongresu.

Po wejściu do środka oślepia mnie blask świetlówek i musi minąć kilka chwil, zanim moje oczy przywykną do mocnego światła. Wystrój jest nijaki – gołe ściany pomalowane beżową farbą, stół konferencyjny, wokół niego krzesła. Taka sala mogłaby znajdować się w którymkolwiek z wielu nijakich budynków federalnych, rozsianych po całym Waszyngtonie. Uderzająca wydaje mi się natomiast cisza, jaka panuje w SCIF. Dźwiękoszczelne wielowarstwowe ściany pomieszczenia gwarantują, że wszelkie próby podsłuchiwania tego, co dzieje się w środku, skazane są na niepowodzenie. Dzięki odpowiedniej konstrukcji ukrytemu w podziemiach Kapitolu SCIF nie grozi też podobno zniszczenie w razie eksplozji. To bez wątpienia bezpieczne miejsce; bezpieczne są tu też amerykańskie tajemnice.

Kiedy już siedzimy przy stole, do sali wchodzą kongresmeni. Asystenci rozkładają na blacie segregatory, po jednym przed każdym z członków komisji. Miejsce naprzeciw mnie zajmuje Adam Schiff, deputowany z Kalifornii, a zarazem wysoko postawiony polityk Partii Demokratycznej; na lewo od niego siedzi Terri Sewell, natomiast Eric Swalwell i Joaquin Castro usadowili się przy końcu stołu. Obok mnie siedzą moi prawnicy oraz Shahmir Sanni, przyjaciel, który podobnie jak ja ujawnił nadużycia związane ze sprawą, której dotyczy dzisiejsze przesłuchanie. Czekamy kilka minut na kongresmenów z Partii Republikańskiej, ale na próżno. W przesłuchaniu nie bierze udziału żaden przedstawiciel Republikanów.

Jest czerwiec 2018, a ja przyjechałem do Waszyngtonu, żeby przed komisją Kongresu Stanów Zjednoczonych złożyć zeznania dotyczące mojego byłego pracodawcy, firmy Cambridge Analytica, realizującej kontrakty dla wojska i specjalizującej się w usługach z zakresu wojny psychologicznej, jak również opowiedzieć o sieci powiązań łączących Facebooka, Rosję, portal WikiLeaks, kampanię prezydencką Trumpa oraz referendum w sprawie Brexitu. Zamierzam przedstawić członkom komisji dowody, które zdobyłem, będąc szefem działu badań w Cambridge Analytice; dokumenty, które przyniosłem na przesłuchanie, pokazują, w jaki sposób firma, dla której pracowałem, wykorzystywała dane z Facebooka oraz w jaki sposób stworzone przez nią narzędzia uczyniły miliony Amerykanów łatwym celem propagandowych działań wrogów Stanów Zjednoczonych. Przesłuchanie prowadzi kongresmen Schiff. Ten były prokurator federalny robi to w sposób konkretny i precyzyjny, przechodząc od razu do sedna sprawy.

Czy współpracował pan ze Steve’em Bannonem? Tak.

Czy Cambridge Analytica utrzymywała kontakty z osobami, które mogły być agentami rosyjskiego wywiadu? Tak.

Czy pańskim zdaniem zdobyte przez tę firmę dane były wykorzystane do wpływania na amerykańskich wyborców i wynik wyborów prezydenckich w Stanach Zjednoczonych? Tak.

Mija pierwsza godzina przesłuchania, potem druga i trzecia. Stawiłem się tu dobrowolnie. Chciałem odpowiedzieć na pytania członków komisji, a także wyjaśnić, jak doszło do tego, że dwudziestoczteroletni Kanadyjczyk, gej o liberalnych poglądach, trafił do brytyjskiej firmy wojskowej, tworzącej narzędzia do prowadzenia wojny psychologicznej na zlecenie amerykańskiej alternatywnej prawicy. Tuż po studiach podjąłem pracę w firmie SCL Group, która świadczyła brytyjskiemu Ministerstwu Obrony oraz armiom innych członków NATO specjalistyczne usługi na polu operacji informacyjnych. Zachodni wojskowi od dawna szukali sposobu na uporanie się z problemem radykalizacji w cyberprzestrzeni. Moi pracodawcy polecili mi zorganizowanie zespołu naukowców – specjalistów w dziedzinie analizy i wykorzystania danych. Ich zadanie miało polegać na stworzeniu nowych narzędzi do namierzania i zwalczania przejawów ekstremizmu w internecie. Było to ciekawe, trudne, a zarazem nadzwyczaj ekscytujące wyzwanie. Mieliśmy zrewolucjonizować programy obrony cybernetycznej Wielkiej Brytanii, Stanów Zjednoczonych oraz ich sojuszników; wprowadzić nowatorskie rozwiązania, które pozwoliłyby zdusić ogniska radykalizmu za pomocą danych, algorytmów i narracji skrojonych pod konkretne grupy odbiorców. Ale na skutek ciągu wydarzeń, do jakich doszło w roku 2014, pewien miliarder przejął kontrolę nad naszym projektem i posłużył się nim do rozniecenia ognisk radykalizacji w Stanach Zjednoczonych. Cambridge Analytica, firma, o której mało kto wcześniej słyszał, wykorzystała wyniki badań nad profilowaniem psychologicznym do wywrócenia świata do góry nogami.

W żargonie amerykańskich wojskowych istnieje specjalne słowo na określenie sytuacji, w której broń wpada w niepowołane ręce: blowback. Wyglądało na to, że taki blowbackwłaśnie nastąpił, a przechwycona broń posłużyła do zdobycia Białego Domu. Nie mogłem dłużej przykładać ręki do czegoś, co miało tak destrukcyjny wpływ na nasze społeczeństwa, dlatego zdecydowałem się ujawnić nielegalne działania Cambridge Analytiki: poinformowałem o nich odpowiednie władze i nawiązałem współpracę z dziennikarzami, żeby przestrzec opinię publiczną. Teraz jednak, kiedy siedzę przed członkami komisji, zmęczony wczorajszym transatlantyckim lotem i zmianą stref czasowych, czuję się niezręcznie. Zadawane mi pytania stają się coraz bardziej dociekliwe. Pomimo moich starań, by jak najlepiej wyjaśnić wszystkie niuanse działalności Cambridge Analytiki, kilka razy poznaję po twarzach przesłuchujących mnie osób, że żadna z nich nie ma pojęcia, o czym mówię. Kładę więc na stole przyniesiony przeze mnie segregator i przesuwam go w ich stronę. Raz kozie śmierć, myślę sobie. Skoro dotarłem aż tutaj, równie dobrze mogę dać im wszystko, co mam. Przesłuchanie odbywa się bez chwili przerwy, a znajdujące się za moimi plecami drzwi pozostają zamknięte. Jestem uwięziony w tym dusznym, pozbawionym okien pomieszczeniu, głęboko pod ziemią; nawet gdybym chciał, nie mam gdzie uciec wzrokiem i przez cały czas muszę patrzeć prosto w oczy przedstawicielom Kongresu Stanów Zjednoczonych, którzy usiłują zrozumieć, co, do diabła, stało się z ich krajem.

Trzy miesiące wcześniej, 17 marca 2018 roku, „Guardian”, „The New York Times” i Channel 4 News opublikowały jednocześnie rezultaty wspólnego rocznego śledztwa, ujawniając informacje o tym, co naprawdę działo się w Cambridge Analytice oraz w Facebooku. Moje publiczne przyznanie się do bycia źródłem tych informacji doprowadziło do największego w historii dochodzenia w sprawie przestępstw związanych z ochroną danych osobowych. W Wielkiej Brytanii zaangażowała się w nie Państwowa Agencja do spraw Walki z Przestępczością (National Crime Agency, NCA), MI5 (brytyjski kontrwywiad), Biuro Komisarza do spraw Danych Osobowych (Information Commissioner’s Office, ICO), Komisja Wyborcza oraz londyńska policja metropolitalna. W Stanach Zjednoczonych postępowanie w tej sprawie wszczęło FBI, Departament Sprawiedliwości, Komisja Papierów Wartościowych i Giełd (United States Securities and Exchange Commission, SEC), a także Federalna Komisja Handlu (Federal Trade Commission, FTC).

Kilka tygodni przed opublikowaniem wspomnianych wyżej artykułów nabrało tempa dochodzenie prowadzone przez prokuratora specjalnego Roberta Muellera. W lutym Mueller skierował do sądu dwa akty oskarżenia; zebrane przez niego dowody obciążały trzynastu obywateli Rosji oraz trzy rosyjskie firmy, którym zarzucono uczestnictwo w spisku. Tydzień później w stan oskarżenia postawiono byłego szefa kampanii wyborczej Trumpa, Paula Manaforta, a także jego zastępcę Ricka Gatesa. 16 marca 2018 prokurator generalny Jeff Sessions zwolnił w trybie natychmiastowym zastępcę dyrektora FBI Andrew McCabe’a; stało się to nieco ponad dwadzieścia cztery godziny przed datą przejścia McCabe’a na emeryturę. Opinia publiczna chciała wiedzieć, czy naprawdę coś łączyło kampanię wyborczą Trumpa z Rosją, ale nikt nie był w stanie dowieść jednoznacznie istnienia takich powiązań. Sytuacja uległa zmianie, gdy przedstawiłem dowody na związki Cambridge Analytiki z Donaldem Trumpem, Facebookiem, rosyjskim wywiadem, zagranicznymi hakerami oraz organizatorami kampanii na rzecz wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej. Dokumenty, które ujawniłem, nie tylko demaskowały niezgodne z prawem poczynania mało znanej zagranicznej firmy pracującej dla sektora wojskowego, ale także stanowiły dowód na to, że firma ta obsługiwała zwycięskie kampanie Trumpa oraz zwolenników Brexitu. Treść zgromadzonych przeze mnie e-maili i notatek służbowych, a także faktury, przelewy bankowe i dokumentacje projektowe świadczyły o tym, że zarówno w kampanii wyborczej Trumpa, jak i w kampanii na rzecz Brexitu stosowano te same strategie, wykorzystywano te same technologie, a o sposobie ich prowadzenia decydowali w znacznej mierze ci sami ludzie. Na to wszystko kładł się cień zakulisowych działań rosyjskich tajnych służb.

Dwa dni po ukazaniu się w mediach pierwszych publikacji na temat afery Cambridge Analytiki sprawa trafiła na forum brytyjskiego parlamentu. Rzadko się zdarza, by członkowie rządu oraz przywódcy opozycji przemawiali jednym głosem; tym razem jednak zgodnie potępili zaniedbania Facebooka, który nie zapobiegł przekształceniu najpopularniejszego serwisu społecznościowego w narzędzie wrogiej propagandy dezinformującej wyborców, a także zwrócili uwagę na konsekwencje tych zaniedbań dla zachodnich demokracji. Kolejne artykuły w brytyjskich mediach skupiły się na kwestii Brexitu – podawano w wątpliwość uczciwość referendum w sprawie wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej. Z dokumentów, które przekazałem brytyjskim organom ścigania, wynikało bowiem niezbicie, że organizatorzy kampanii pod hasłem Vote Leave („Głosuj za wyjściem”) wykorzystywali Facebooka i reklamy Google Ads do prowadzenia akcji dezinformacyjnej, wymierzonej w brytyjskich wyborców; reklamy kupowano za pośrednictwem spółek zależnych od Cambridge Analytiki, które płaciły za nie pieniędzmi pochodzącymi z nieujawnionych źródeł. Brytyjska Komisja Wyborcza uznała te praktyki za nielegalne, a machinacje zwolenników Brexitu okazały się jednym z najbardziej rażących i brzemiennych w skutki naruszeń przepisów dotyczących finansowania kampanii wyborczych w historii Wielkiej Brytanii. Ujawnienie dowodów na matactwa Vote Leave spowodowało poważny kryzys komunikacyjny na Downing Street 10. Wkrótce potem NCA i MI5 zdobyły dowody na to, że pracownicy rosyjskiej ambasady w Wielkiej Brytanii utrzymywali podczas kampanii referendalnej bezpośrednie kontakty z najhojniejszymi sponsorami brexitowców. Tydzień później kurs akcji Facebooka zniżkował o 18 procent, przez co rynkowa wartość firmy zmniejszyła się o 80 miliardów dolarów. Był to największy jednodniowy spadek kapitalizacji spółki w historii amerykańskiej giełdy.

27 marca 2018 roku stawiłem się w brytyjskim parlamencie, do którego wezwano mnie na publiczne przesłuchanie w sprawie nadużyć, jakich dopuszczała się Cambridge Analytica; w ciągu kilku następnych miesięcy miałem otrzymać jeszcze wiele podobnych wezwań. Podczas przesłuchania poruszyliśmy wiele różnych wątków: od korupcyjnych praktyk Cambridge Analytiki przez korzystanie przez tę firmę z usług hakerów oraz nielegalne pozyskiwanie danych osobowych użytkowników Facebooka aż po działalność rosyjskiego wywiadu. Wyjaśnienia, jakie złożyłem w Wielkiej Brytanii przed tamtejszym parlamentem, skłoniły amerykański Departament Sprawiedliwości, a także FBI, SEC i FTC do wszczęcia własnych śledztw. Swoje pytania chciały zadać mi komisje sprawiedliwości oraz komisje do spraw wywiadu obu izb Kongresu Stanów Zjednoczonych. Dochodzenie w sprawie Facebooka oraz dezinformacji szerzonej za pośrednictwem mediów społecznościowych rozpoczęła również Unia Europejska, a także ponad dwadzieścia państw.

Historia, którą opowiedziałem światu, krzyczała do mnie teraz z ekranu każdego telewizora i komputera. Przez kolejne dwa tygodnie w moim życiu panował chaos. Zaczynałem dzień o szóstej rano czasu londyńskiego od występu w którymś z brytyjskich porannych magazynów telewizyjnych albo europejskich kanałów informacyjnych; potem przychodziła pora na wywiady dla stacji amerykańskich, które kończyły się dopiero po północy. Reporterzy śledzili każdy mój krok. Zacząłem otrzymywać pogróżki. Z obawy o swoje bezpieczeństwo musiałem wynająć ochroniarzy, który czuwali nade mną podczas publicznych wystąpień. Moi rodzice, oboje lekarze, musieli na pewien czas zamknąć swoją klinikę, ponieważ tłumy natarczywych dziennikarzy odstraszały pacjentów. Na kilka miesięcy życie niemal zupełnie wymknęło mi się spod kontroli, jednak ani przez moment nie miałem wątpliwości, że postąpiłem słusznie, nagłaśniając całą sprawę.

Przypadek firmy Cambridge Analytica pokazuje, do jakiego stopnia nasza tożsamość oraz zachowania stały się towarem w przynoszącym krociowe zyski handlu danymi. Firmy kontrolujące przepływ informacji należą dziś do najpotężniejszych na świecie; opracowywane przez nie w tajemnicy algorytmy wpływają na nasze opinie i decyzje w sposób, który jeszcze niedawno byłby nie do pomyślenia. Nieważne, jakie sprawy najbardziej leżą ci na sercu – przemoc z użyciem broni palnej, imigracja, wolność słowa czy wolność wyznania – nie uciekniesz przed wpływem Doliny Krzemowej, nowego epicentrum naszego kryzysu percepcji. Dzięki pracy w Cambridge Analytice mogłem obnażyć ciemną stronę technologicznych innowacji. Tworzyliśmy je my, tworzyła je alternatywna prawica, tworzyli je Rosjanie. A Facebook, serwis, w którym zamieszczasz na co dzień zaproszenia na przyjęcia i zdjęcia swoich dzieci, pozwolił nam zrobić z tych innowacyjnych rozwiązań użytek.

Przypuszczam, że nigdy nie zainteresowałbym się nowoczesną technologią ani nie trafiłbym do Cambridge Analytiki, gdybym przyszedł na świat w innym ciele. Zostałem skazany na komputery, ponieważ była to jedna z niewielu rzeczy dostępnych dla dziecka takiego jak ja. Wychowałem się na wyspie Vancouver u wybrzeży Kolumbii Brytyjskiej, w miejscu otoczonym przez ocean, lasy i pola uprawne. Moi rodzice są lekarzami; mam też dwie młodsze siostry, Jaimie i Lauren. W wieku jedenastu lat zauważyłem, że moje nogi robią się coraz sztywniejsze. Nie byłem w stanie biegać tak szybko jak inne dzieciaki i zacząłem dziwnie chodzić, przez co stałem się dość oczywistym celem dla szkolnych prześladowców. Lekarze zdiagnozowali u mnie dwa dość rzadkie schorzenia, których objawami są silne bóle neuropatyczne, osłabienie mięśni, a także pogorszenie wzroku i słuchu. Wkrótce potem wylądowałem na wózku inwalidzkim – miałem wówczas dwanaście lat, można więc powiedzieć, że w wiek dojrzewania wtoczyłem się na wózku – i spędziłem na nim resztę szkolnych lat.

Kiedy jest się przykutym do wózka, ludzie traktują cię inaczej. Niekiedy czujesz się bardziej jak przedmiot niż osoba; postrzegają cię przez pryzmat tego, jak się poruszasz – wózek jest tym, co definiuje cię w oczach innych. Za każdym razem, gdy zbliżasz się do jakiegoś budynku czy konstrukcji, musisz zadać sobie pytania: którym wejściem dostanę się do środka? Jak zdołam dotrzeć do celu, unikając schodów?Uczysz się dostrzegać rzeczy, na które pełnosprawne osoby nie zwracają uwagi.

Wkrótce po tym, jak odkryłem szkolną pracownię komputerową, stała się ona jedynym miejscem w szkole, w którym nie czułem się wyobcowany. Poza nią byłem narażony na szykany ze strony moich prześladowców lub nadopiekuńczość nauczycieli. Nawet wtedy gdy nauczyciele nakłaniali uczniów do okazania mi odrobiny zainteresowania, szkolni koledzy nie ukrywali, że robią to wyłącznie z obowiązku. Irytowało mnie to jeszcze bardziej niż bycie ignorowanym, dlatego wolałem zaszywać się w pracowni komputerowej.

Mając trzynaście lat, zacząłem tworzyć strony internetowe. Na swojej pierwszej stronie umieściłem flashową animację, przedstawiającą Różową Panterę ściganą przez nieporadnego inspektora Clouseau. Niedługo potem znalazłem w sieci filmik instruktażowy, jak stworzyć grę w kółko i krzyżyk w języku JavaScript. Pomyślałem, że to najfajniejsza rzecz, jaką widziałem. Sama gra wydaje się bardzo prosta, dopóki nie zacznie się grzebać w jej warstwie logicznej. Nie można pozwolić, by komputer umieszczał znaki w losowo wybranych polach, bo gra z takim oponentem byłaby nudna. Trzeba odpowiednio pokierować komputerem, ucząc go optymalnych ruchów, takich jak stawianie krzyżyka w polu sąsiadującym z innym krzyżykiem – rzecz jasna, o ile w danym rzędzie lub kolumnie nie zostało już wcześniej postawione kółko. A przecież istnieje jeszcze możliwość umieszczenia ciągu trzech znaków po przekątnych – jak wyjaśnić to komputerowi?

Ostatecznie napisałem kilkaset linii kodu spaghetti. Do dziś pamiętam uczucie, jakie towarzyszyło mi, kiedy wykonywałem ruch i obserwowałem, jak moje małe dzieło wykonuje swój. Czułem się jak sztukmistrz. I im dłużej ćwiczyłem się w rzucaniu zaklęć, tym większe stawały się moje magiczne umiejętności.

Kiedy nie przesiadywałem w pracowni komputerowej, odbierałem lekcję z zakresu swoich ograniczeń: szkoła uczyła mnie, czego mi nie wolno, czego nie jestem w stanie zrobić i kim nie mogę być. Na szczęście rodzice zachęcali mnie do poszukiwania własnej ścieżki i pomysłu na siebie. Jako piętnastolatek spędziłem lato 2005 roku w Victorii, stolicy Kolumbii Brytyjskiej, gdzie uczestniczyłem w wakacyjnym programie edukacyjnym Lester B. Pearson United World College, międzynarodowej szkoły noszącej imię byłego premiera Kanady, uhonorowanego Pokojową Nagrodą Nobla za wkład w zakończenie kryzysu sueskiego i utworzenie sił pokojowych ONZ. Miałem okazję spędzić dużo czasu z uczniami z różnych stron świata i było to naprawdę fascynujące doświadczenie. Po raz pierwszy w życiu byłem tak zainteresowany zajęciami oraz tym, co mieli do powiedzenia ich uczestnicy. Zaprzyjaźniłem się wówczas z chłopcem z Rwandy, ocalałym z masowych rzezi w jego ojczyźnie. Mieszkaliśmy razem w internacie i pewnego wieczoru zasiedzieliśmy się do późna, a on opowiedział mi o tym, jak w dzieciństwie stracił z rąk oprawców całą rodzinę i jak wędrował samotnie do obozu dla uchodźców w Ugandzie.

Innego dnia podczas kolacji w stołówce byłem świadkiem, jak przy jednym stole siedzieli naprzeciwko siebie uczniowie z Izraela oraz ich rówieśnicy z Palestyny i państw arabskich, dyskutując z zapałem o przyszłości swoich krajów. Od tamtej pory zacząłem zwracać baczniejszą uwagę na otaczający mnie świat. Zdałem sobie sprawę, jak niewiele wiedziałem o tym, co się w nim dzieje – i zapragnąłem to zmienić. Zainteresowałem się polityką. W kolejnym roku szkolnym zacząłem opuszczać zajęcia i wymykać się do ratusza, gdzie odbywały się spotkania z lokalnymi parlamentarzystami. W szkole odzywałem się rzadko, ale na spotkaniach w ratuszu nie krępowałem się zabierać głosu. Siedząc w szkolnej ławce, trzeba słuchać nauczyciela, który stoi przed nami i mówi, co mamy myśleć. To program nauczania wyznacza kierunek myślenia. W ratuszu przekonałem się, że może być inaczej. Naturalnie polityk, tak jak nauczyciel, stoi przed widownią, ale to właśnie ci ludzie – my – mogą mu powiedzieć, co myślą. To odwrócenie ról bardzo mi się spodobało i za każdym razem, gdy zapowiadano spotkanie z deputowanymi, wybierałem się do ratusza, zadawałem im pytania, a nawet wyrażałem opinie.

Ta możliwość wyartykułowania własnego zdania dała mi poczucie wolności. Jak każdy nastolatek, starałem się odkrywać siebie; dla kogoś takiego jak ja, czyli nastoletniego geja na wózku inwalidzkim, było to szczególnie skomplikowane. Odkąd zacząłem brać udział w spotkaniach z politykami, uświadomiłem sobie, że wiele problemów, z którymi się mierzyłem, nie było jedynie moimi osobistymi – miały również wymiar polityczny. Moje wyzwania miały wymiar polityczny. Moje życie miało wymiar polityczny. Sama moja egzystencja miała wymiar polityczny. Kiedy to pojąłem, postanowiłem zaangażować się w politykę. Jeff Silvester, doradca jednego z parlamentarzystów, pracujący wcześniej jako informatyk, zwrócił uwagę na dzieciaka, który pojawiał się na wszystkich spotkaniach w ratuszu i chętnie zabierał głos. Zaproponował, że znajdzie dla mnie zajęcie w Liberalnej Partii Kanady (LPK), która rozglądała się za kimś, kto mógłby zająć się pomocą techniczną. Szybko uzgodniliśmy szczegóły i pod koniec lata rozpocząłem swoją pierwszą prawdziwą pracę – na stanowisku asystenta politycznego w parlamencie w Ottawie.

Lato 2007 roku spędziłem w Montrealu, gdzie godzinami przesiadywałem w tak zwanych hackerspace’ach, czyli miejscach spotkań technoanarchistycznych kolektywów, zrzeszających hakerów z francuskojęzycznej części Kanady. Najczęściej były to zaadaptowane budynki pofabryczne z betonowymi podłogami, ścianami działowymi ze sklejki i dekoracjami w postaci technogadżetów z minionych lat, na przykład komputerów Apple II i Commodore 64. Dzięki odpowiedniemu leczeniu nie potrzebowałem już wówczas wózka inwalidzkiego i chociaż powłóczyłem nogami, to byłem w stanie chodzić o własnych siłach. (Mój stan zdrowia ulegał stopniowo dalszej poprawie, jednak organizm został wystawiony na ciężką próbę po tym, jak ujawniłem nielegalne działania Cambridge Analytiki. Tuż przed ukazaniem się pierwszych artykułów na ten temat dostałem ataku i straciłem przytomność na ulicy w południowym Londynie; ocknąłem się dopiero w szpitalu University College, gdy pielęgniarka wbiła mi igłę kroplówki i poczułem ostry ból w ręce). Przekonałem się, że większość hakerów nie zwraca uwagi na twój wygląd czy dziwaczny chód. Liczy się dla nich wyłącznie wspólne zamiłowanie do hakerskiego rzemiosła i gotowi są ci pomóc, żebyś stał się w nim lepszy.

Ten krótki kontakt ze społecznością hakerską wywarł na mnie trwały wpływ. Nauczyłem się, że żaden system nie jest doskonały. Nie ma barier nie do pokonania, a wszelkie przeszkody są po prostu wyzwaniem. Hakerzy wyznają przekonanie, że jeśli przyjrzymy się wystarczająco uważnie dowolnemu systemowi – niezależnie od tego, czy będzie to pojedynczy komputer, sieć, czy nawet społeczeństwo – zdołamy wykryć w nim luki i dostrzec jego słabe punkty. Jako gej przykuty do wózka szybko pojąłem, jak działają systemy władzy. Ale dopiero jako haker zrozumiałem, że każdy system ma słabe strony, które można wykorzystać.

Wkrótce po rozpoczęciu przeze mnie pracy w kanadyjskim parlamencie Liberalna Partia Kanady zainteresowała się tym, co działo się u naszego południowego sąsiada. W tamtym czasie Facebook dopiero zdobywał popularność, a rozwój Twittera ledwie zaczynał nabierać tempa; nikt jeszcze nie wpadł na pomysł wykorzystania medium społecznościowego w kampanii wyborczej – serwisy społecznościowe dopiero raczkowały. Ale za sprawą wschodzącej gwiazdy amerykańskiej polityki ta sytuacja miała lada moment ulec zmianie.

Podczas gdy pozostali uczestnicy wyścigu o prezydenturę głowili się, jaki użytek mogliby zrobić z internetu, sztab wyborczy Baracka Obamy nie marnował czasu i uruchomił stronę My.BarackObama.com, zapoczątkowując oddolną rewolucję. Na stronach internetowych pozostałych kandydatów (na przykład Hillary Clinton) przeważyły typowe reklamy wyborcze, natomiast twórcy strony Obamy skupili się na wykorzystaniu jej jako platformy ułatwiającej organizowanie się lokalnym grupom poparcia i koordynowanie ich działań w ramach akcji „zdobądź głos” (get out the vote)*. Strona internetowa Baracka Obamy wywoływała pozytywne emocje, jakie budził senator z Illinois, znacznie młodszy i lepiej obeznany z nowinkami technicznymi od swoich konkurentów. Obama jawił się dokładnie takim liderem, jakiego potrzebowała Ameryka. Kiedy dorastałem, na każdym kroku przypominano mi o moich ograniczeniach; zapewne właśnie dlatego tak mocno przemówił do mnie zadziornie optymistyczny przekaz zawarty w prostym haśle Yes, we can! Obama i jego sztab zmieniali sposób uprawiania polityki, dlatego w wieku osiemnastu lat pojechałem do Stanów Zjednoczonych wraz z grupą wysłanników Liberalnej Partii Kanady; naszym zadaniem było podpatrywać z bliska różne aspekty jego kampanii i ocenić, czy zastosowane w niej nowe strategie i rozwiązania można było przeszczepić na kanadyjski grunt.

Najpierw udałem się w podróż po kilku stanach, w których odbywały się prawybory Partii Demokratycznej. Zacząłem od wizyty w New Hampshire, gdzie spędzałem czas na rozmowach z wyborcami i przyglądaniu się amerykańskiej kulturze. Było to ekscytujące i zarazem pouczające doświadczenie, dzięki któremu uświadomiłem sobie, jak bardzo różniły się nasze wrażliwości. Kiedy po raz pierwszy usłyszałem z ust amerykańskiego rozmówcy, że jest kategorycznie przeciwny „uspołecznionej służbie zdrowia” – systemowi opieki zdrowotnej, z jakiego prawie co miesiąc korzystałem w Kanadzie – nie mogłem uwierzyć, że ktoś może naprawdę myśleć w taki sposób. Gdy usłyszałem podobną opinię po raz setny, przestałem się dziwić.

Podobało mi się jeżdżenie po kraju i rozmawianie z ludźmi, dlatego kiedy przyszła pora na przeniesienie się do sztabu wyborczego i przyjrzenie się z bliska pracy grupy do spraw danych, nie byłem tym zachwycony. Ale gdy poznałem Kena Strasmę, pełniącego w sztabie Obamy funkcję szefa zespołu odpowiedzialnego za identyfikację grup docelowych, szybko zmieniłem zdanie.

Najbardziej fascynującym elementem kampanii wyborczej Obamy było budowanie wizerunku kandydata oraz wykorzystanie do tego nowych mediów, takich jak YouTube. Było to coś naprawdę wyjątkowego. Nikt wcześniej nie stosował podobnej strategii wizualnej, bo YouTube wciąż był czymś nowym. Chciałem przyjrzeć się temu bliżej, ale Ken ostudził mój zapał. Nie zaprzątaj sobie głowy filmikami, powiedział. Uważał, że powinienem sięgnąć głębiej, do samego sedna strategii technicznej ich kampanii. Wszystko, co robimy, oświadczył, opiera się na precyzyjnej wiedzy na temat tego, do kogo musimy się zwrócić i w jakich konkretnie sprawach.

Innymi słowy, fundament kampanii wyborczej Baracka Obamy stanowiły dane. Najdonioślejszym rezultatem pracy zespołu pod kierownictwem Strasmy było opracowanie techniki modelowania, umożliwiającej analizę i zrozumienie tych danych. Dzięki modelowaniu można było skutecznie wykorzystać je w praktyce – oznaczało to, że stworzenie wydajnej strategii komunikacyjnej możliwe było dzięki… sztucznej inteligencji. Chwileczkę –kampania wyborcza prowadzona przy wsparciu sztucznej inteligencji? W tym miejscu mimowolnie nasuwają się futurystyczne skojarzenia; można by pomyśleć, że specjaliści ze sztabu Obamy skonstruowali robota, który pochłaniał całe ryzy papieru z danymi na temat wyborców, po czym wyrzucał z siebie listę kryteriów pozwalających przyporządkować wyborcę do właściwej grupy docelowej. Informacje zebrane przez zespół Strasmy były następnie przekazywane do sztabu kampanii, gdzie wykorzystywano je do formułowania kluczowych przesłań oraz ustalania strategii wizerunkowej kandydata.

Infrastrukturę informatyczną do przetwarzania tych wszystkich danych dostarczyła firma Voter Activation Network, Inc. (VAN), będąca własnością pary gejów z okolic Bostonu – Marka Sullivana i Jima St. George’a. Dzięki VAN pod koniec kampanii prezydenckiej 2008 roku Krajowy Komitet Partii Demokratycznej dysponował dziesięciokrotnie większą ilością danych na temat wyborców niż po zakończeniu kampanii w roku 2004. Taka ilość danych w połączeniu z narzędziami do przetwarzania i zarządzania informacjami dawała Demokratom wyraźną przewagę pod względem zdolności pozyskiwania głosów wyborców.

Im więcej dowiadywałem się na temat machiny wyborczej Obamy, tym bardziej byłem nią zafascynowany. Jakiś czas potem miałem okazję osobiście zadać wszystkie nurtujące mnie pytania Markowi i Jimowi, którzy sprawiali wrażenie lekko rozbawionych faktem, że młody Kanadyjczyk przyjechał do Ameryki specjalnie po to, by zdobywać wiedzę o danych i polityce. Zanim odkryłem, czym zajmują się Ken, Mark i Jim, nie zdawałem sobie sprawy z roli, jaką może odegrać w kampanii wyborczej matematyka i sztuczna inteligencja. Gdy po raz pierwszy zobaczyłem w siedzibie sztabu Obamy tłum ludzi przy komputerach, pomyślałem sobie: Kampanię wygrywa się dzięki przesłaniom i emocjom, nie za pomocą komputerów i liczb. Z czasem jednak przekonałem się, że to właśnie te liczby – i opracowane na ich podstawie predykcyjne algorytmy – odróżniały Obamę od wszystkich polityków, którzy ubiegali się wcześniej o urząd prezydenta.

Uświadomiwszy sobie, w jak skuteczny sposób machina wyborcza Obamy wykorzystywała algorytmy do tego, by docierać ze swoimi przesłaniami do wyborców, postanowiłem spróbować swoich sił w tworzeniu własnych algorytmów. Nauczyłem się obsługi programów MATLAB i SPSS, umożliwiających wykonywanie rozmaitych operacji na zbiorach danych. Zamiast czytać podręczniki, sięgnąłem po bazę danych na temat irysów – klasyczną, wykorzystywaną na całym świecie do nauki statystyki – i zacząłem uczyć się na niej metodą prób i błędów. Przetwarzanie danych obejmujących różne cechy kwiatów kilku gatunków irysa, na przykład długość czy kolor płatków, pochłonęło mnie bez reszty.

Kiedy opanowałem już podstawy, przestawiłem się z irysów na ludzi. Bazy danych VAN pełne były informacji na temat wieku, płci, dochodów, rasy, posiadanych nieruchomości, a nawet tytułów subskrybowanych magazynów czy liczby punktów zebranych w programach lojalnościowych linii lotniczych. W oparciu o odpowiednie dane wejściowe można było przewidywać, którzy wyborcy skłonni są oddać głos na Demokratów, a którzy na Republikanów. Można też było ustalić, jakie kwestie uważają prawdopodobnie za najbardziej istotne, a co za tym idzie, sformułować kierowany do nich przekaz tak, żeby zwiększyć szanse wpłynięcia na ich wyborcze preferencje.

Spojrzałem na wybory z zupełnie nowej perspektywy. Dane okazały się siłą czyniącą dobro, siłą napędową kampanii, która miała zmienić świat na lepsze. Wykorzystywano je do tego, by zachęcić do głosowania osoby, które jeszcze nigdy nie brały udziału w wyborach; by dotrzeć do ludzi, którzy czuli się pomijani i odstawieni na boczny tor. Im bardziej zagłębiałem się w te zagadnienia, tym mocniej utwierdzałem się w przekonaniu, że dane będą dla polityki zbawieniem. Nie mogłem się doczekać, aż wrócę do Kanady i podzielę się z politykami Liberalnej Partii Kanady tym, czego nauczyłem się od przyszłego prezydenta Stanów Zjednoczonych.

W listopadzie Barack Obama wygrał wybory, pokonując zdecydowanie Johna McCaina. Dwa miesiące później przyjaciele ze sztabu wyborczego Obamy zaprosili mnie na inaugurację jego prezydentury. Poleciałem więc do Waszyngtonu, żeby świętować z Demokratami ich zwycięstwo. (Na samym początku doszło do drobnego zgrzytu: członkowie personelu zastanawiali się, czy mogą mnie wpuścić na inauguracyjny bal, ponieważ uczestnikom uroczystości podawano alkohol, a ja nie miałem jeszcze dwudziestu jeden lat). Tamtego wieczoru świetnie się bawiłem – uciąłem sobie pogawędkę z Jennifer Lopez i Markiem Anthonym, byłem też świadkiem pierwszego tańca Baracka i Michelle Obamów jako pary prezydenckiej. Nastała nowa era i czas na świętowanie – przekonaliśmy się bowiem, co może się wydarzyć, jeśli właściwi ludzie nauczą się wykorzystywać dane do wygrywania współczesnych wyborów.

Oparta na technice mikrotargetingu kampania prezydencka Baracka Obamy, w ramach której wyselekcjonowane komunikaty trafiały bezpośrednio do wyselekcjonowanych grup wyborców, zapoczątkowała proces prywatyzacji dyskursu publicznego w Ameryce. Wprawdzie bezpośrednia reklama pocztowa, polegająca na wysyłaniu materiałów wyborczych na adresy wyborców, od dawna była stałym elementem amerykańskich kampanii politycznych, jednak dopiero zastosowanie bazującej na analizie danych techniki mikrotargetingu pozwoliło dopasować niezliczoną ilość zróżnicowanych komunikatów do zróżnicowanych grup wyborców; w rezultacie materiały reklamujące kandydata, które trafiają do skrzynki pocztowej twojego sąsiada, mogą być zupełnie inne od otrzymywanych przez ciebie – i żaden z was nie będzie świadomy tego faktu. Kiedy kampania wyborcza prowadzona jest prywatnie, traci na znaczeniu kontrolna funkcja debaty i opinii publicznej. Internetowe sieci reklamowe zaczęły stopniowo przejmować rolę placu miejskiego, fundamentu amerykańskiej demokracji. Bez kontroli publicznej przekazy kierowane do wyborców przez kandydatów i ich sztaby nie muszą nawet przypominać tradycyjnych przekazów wyborczych. Upowszechnienie się mediów społecznościowych wykreowało nową przestrzeń do prowadzenia kampanii, wykorzystaną po raz pierwszy przez sztab Obamy w 2008 roku. Polityczny przekaz trafiający do nas za pośrednictwem mediów społecznościowych może wyglądać jak wiadomość od któregoś z naszych znajomych; możemy nie zdawać sobie sprawy, kto tak naprawdę jest nadawcą i jakie są jego rzeczywiste intencje. Strona internetowa będąca elementem kampanii może przypominać wyglądem stronę serwisu informacyjnego, uczelni albo instytucji publicznej. W dobie mediów społecznościowych pozostaje nam jedynie liczyć na to, że polityczna kampania prowadzona jest w sposób uczciwy, bo jeśli będzie posługiwała się kłamstwem, możemy nie być w stanie tego stwierdzić. W prywatnej sieci reklamowej nie ma nikogo, kto sprostuje nieprawdziwe informacje.

W latach poprzedzających pierwszą kampanię prezydencką Obamy w gabinetach zarządów firm Doliny Krzemowej narodziła się nowa logika akumulacji: przedsiębiorstwa branży nowoczesnych technologii postanowiły zacząć zarabiać na umiejętności przetwarzania i porządkowania informacji. U źródła tego modelu biznesowego leży zasadnicza asymetria wiedzy – maszyny wiedzą o naszych zachowaniach znacznie więcej niż my o zachowaniach maszyn. Firmy zaoferowały nam swoje usługi informacyjne w zamian za dostęp do innych informacji – naszych danych. Wartość danych rośnie; przykładowo, Facebook zarabia średnio 30 dolarów na każdym ze swoich 170 milionów amerykańskich użytkowników. Daliśmy sobie wmówić, że usługi oferowane przez te firmy są darmowe, podczas gdy w rzeczywistości płacimy za nie naszymi danymi.

Firmy z sektora technologicznego wiedziały, że im więcej danych znajdzie się w ich posiadaniu, tym większy będzie zysk, dlatego projektowały swoje produkty i usługi tak, aby zachęcać użytkowników do dzielenia się coraz większą ilością informacji na własny temat. Projektanci platform internetowych sięgali po rozwiązania stosowane w kasynach, na przykład po mechanizm nieskończonego przewijania; wprowadzano też wiele innych innowacyjnych funkcji, obliczonych na pobudzanie układu nagrody w ludzkim mózgu i dzięki temu skutecznie uzależniających użytkownika. Serwisy takie jak Gmail zaczęły przeglądać nasze e-maile, dopuszczając się naruszenia tajemnicy korespondencji, za które pracownik tradycyjnej poczty powędrowałby do więzienia. Do naszych telefonów trafił system lokalizacji w czasie rzeczywistym, który wcześniej znajdował zastosowanie w elektronicznych bransoletach na kostkach skazańców; coś, co jeszcze kilka lat temu uznalibyśmy za formę nielegalnego podsłuchu, stało się standardową funkcją niezliczonych aplikacji.

Zanim się obejrzeliśmy, zaczęliśmy udostępniać innym nasze dane bez najmniejszego zawahania czy refleksji. Sprzyjała temu nowa terminologia. Należące do prywatnych firm platformy, będące de facto rozbudowanymi sieciami inwigilacji, określono mianem „społeczności”; ludzi wykorzystywanych dla zysku przez właścicieli tych sieci nazwano „użytkownikami”; o uzależniających funkcjach aplikacji czy serwisów zaczęto mówić jako o „podnoszeniu komfortu użytkowania” albo „angażowaniu użytkownika”. Coraz powszechniejsze stało się profilowanie osób na podstawie pozostawianych przez nie „cyfrowych śladów” czy „okruszków danych”. Przez tysiące lat na świecie dominował model gospodarczy oparty na pozyskiwaniu surowców z zasobów naturalnych, które następnie przetwarzano w produkty. Z bawełny tkano tkaniny. Z rudy żelaza wytapiano stal. Lasy wycinano na drewno. Lecz wraz z nastaniem ery internetu możliwe stało się wytwarzanie produktów z naszego życia – naszych zachowań, zainteresowań, tożsamości. Rozpoczął się proces przetwarzania ludzkiej egzystencji na dane. Człowiek miał być surowcem dla nowego przemysłu obróbki informacji.

Steve Bannon, mało znany redaktor naczelny prawicowego portalu Breitbart News, jako jeden z pierwszych dostrzegł możliwość wykorzystania tej nowej rzeczywistości do realizacji swoich politycznych celów. Misja portalu Breitbart News polegała na przeobrażeniu współczesnej amerykańskiej kultury i dostosowaniu jej do nacjonalistycznej wizji publicysty Andrew Breitbarta. Bannon uważał, że jedyną drogą do realizacji tego celu jest ni mniej, ni więcej, tylko wojna kulturowa. Kiedy spotkałem go po raz pierwszy, zdawał sobie sprawę, że nie posiada odpowiedniej broni do wygrania takiej wojny. O ile szykujący się do bitwy generał musi przede wszystkim zapewnić sobie artyleryjską siłę rażenia i dominację powietrzną, o tyle Bannon potrzebował kulturowej siły rażenia i dominacji informacyjnej – zasilanego danymi arsenału, za pomocą którego mógłby podbić serca i umysły Amerykanów. I takiego właśnie arsenału dostarczyła mu nowo powstała firma Cambridge Analytica. Stosując udoskonalone techniki rodem z wojskowych operacji psychologicznych (tak zwane PSYOPS), Cambridge Analytica zapewniła strategiczną przewagę wznieconej przez Steve’a Bannona alt-prawicowej rewolucji. W tej nowej wojnie amerykański wyborca stał się obiektem manipulacji, oszustw i dezinformacji. Prawda została wyparta przez alternatywne narracje i wirtualną rzeczywistość.

Cambridge Analytica (CA) zaczęła od przetestowania nowych metod walki w Afryce i w tropikalnych państewkach wyspiarskich. Eksperymentowała tam z szerzoną za pośrednictwem internetu dezinformacją, fake newsami i profilowaniem na masową skalę. Współpracowała z agentami rosyjskich tajnych służb i zlecała hakerom włamania do skrzynek e-mailowych polityków opozycji. W ten sposób mogła dopracować swoje metody, nie ściągając na siebie uwagi zachodnich mediów. A kiedy już nabrała wprawy w rozpalaniu plemiennych konfliktów w Afryce, przystąpiła do rozpalania plemiennego konfliktu w Stanach Zjednoczonych. Krajem wstrząsnęły nagle histeryczne nawoływania Make America Great Again! i żądania budowy muru na granicy z Meksykiem. Debaty prezydenckie przestały mieć cokolwiek wspólnego z polityczną dyskusją i zamieniły się w dziwaczne spory o to, co jest prawdziwą informacją, a co fake newsem. Dzisiejsza Ameryka to przykład tego, jak wygląda polityczny i społeczny krajobraz po skorzystaniu z psychologicznej broni masowego rażenia.

Jako jeden z twórców Cambridge Analytiki ponoszę współodpowiedzialność za to, co się wydarzyło, i wiem, że spoczywa na mnie obowiązek naprawienia popełnionych błędów. Podobnie jak wiele osób z branży nowoczesnych technologii, bezmyślnie dałem się uwieść aroganckiemu wezwaniu Facebooka, żeby działać szybko i psuć. Nigdy w życiu niczego tak nie żałowałem. Działałem szybko, tworzyłem potężne narzędzia, a gdy zdałem sobie sprawę, co zepsułem, było już za późno.

Kiedy wczesnym latem 2018 roku zmierzałem do pilnie strzeżonego obiektu w podziemiach Kapitolu, czułem się przytłoczony rozgrywającymi się wokół mnie wydarzeniami. Republikanie rozpoczęli zbieranie materiałów na mój temat, szukając faktów, które mogłyby podważyć moją wiarygodność. Facebook wynajął specjalistów od PR-u, którzy oczerniali wszystkich krytyków firmy, a jej prawnicy grozili, że złożą donos do FBI, oskarżając mnie o popełnienie jakiegoś niesprecyzowanego cyberprzestępstwa. Departament Sprawiedliwości znalazł się pod kontrolą administracji Trumpa, którego ludzie ostentacyjnie ignorowali obowiązujące od dawna konwencje prawne. Ujawniając informacje, które posiadałem, naruszyłem tak wiele różnych interesów, że moi prawnicy zaczęli się obawiać, że po zakończeniu składania zeznań przed komisjami Kongresu mogę zostać aresztowany przez FBI. Jeden z nich stwierdził bez ogródek, że najbezpieczniej dla mnie byłoby pozostać w Europie.

Ze względów bezpieczeństwa i z powodów prawnych nie mogę zacytować dokładnie zeznań złożonych przeze mnie w Waszyngtonie. Ale mogę zdradzić, że wchodząc do sali, w której odbywało się przesłuchanie, miałem przy sobie dwa duże segregatory. Pierwszy zawierał wydrukowane e-maile, notatki służbowe i inne materiały dokumentujące zakres operacji zbierania danych przez Cambridge Analyticę. Znajdowały się tam dowody na to, że firma korzystała z usług hakerów, zatrudniała osoby znane z powiązań z rosyjskim wywiadem, wręczała łapówki, wymuszała zdradzanie informacji i prowadziła akcje dezinformacyjne podczas kampanii wyborczych w wielu różnych krajach. Wśród zgromadzonych przeze mnie materiałów znajdowały się między innymi poufne notatki prawników, którzy ostrzegali Steve’a Bannona, że Cambridge Analytica świadomie łamie postanowienia Foreign Agents Registration Act, czyli Ustawy o rejestracji przedstawicieli podmiotów zagranicznych, a także pokaźny plik dokumentów opisujących, w jaki sposób firma wykorzystała Facebooka do uzyskania dostępu do kont ponad 87 milionów prywatnych użytkowników, a następnie posłużyła się tymi danymi, żeby zniechęcić Afroamerykanów do udziału w wyborach.

Drugi segregator mieścił jeszcze bardziej poufne materiały: kilkaset stron z wydrukami e-maili, dokumentów finansowych, SMS-ów oraz transkrypcjami nagrań dźwiękowych, które zdobyłem potajemnie w Londynie na początku roku. To na tych dokumentach szczególnie zależało amerykańskiemu wywiadowi – zawierały one szczegółowe informacje na temat bliskich relacji utrzymywanych przez rosyjskich dyplomatów w Londynie ze współpracownikami Trumpa oraz czołowymi postaciami kampanii na rzecz Brexitu. Były tam między innymi dowody na kontakty przywódców brytyjskiej alt-prawicy z pracownikami rosyjskiej ambasady; do kontaktów tych dochodziło zarówno przed wizytą brytyjskich alt-prawicowców w Stanach Zjednoczonych, w trakcie której spotkali się z ludźmi ze sztabu Trumpa, jak i po niej. Co najmniej trzech wpływowych działaczy brytyjskiej alt-prawicy i kampanii na rzecz Brexitu otrzymało od Rosjan propozycje zainwestowania na preferencyjnych warunkach w rosyjskie firmy wydobywcze; w grę wchodziły zyski rzędu wielu milionów funtów. Z dokumentów tych wynikało jasno, że Rosjanie bardzo wcześnie zainteresowali się anglo-amerykańską siecią alternatywnej prawicy i za pośrednictwem niektórych jej działaczy mogli uzyskać dostęp do Donalda Trumpa. Zebrane przeze mnie materiały wskazywały na związki między najważniejszymi wydarzeniami 2016 roku: wzrostem znaczenia alt-prawicy, zaskakującym wynikiem referendum w sprawie Brexitu oraz wyborczym zwycięstwem Trumpa.

Minęła czwarta godzina przesłuchania. A potem piąta. Opisywałem, jaką rolę odegrał w tym wszystkim Facebook i jaką winę ponosił za to, co się wydarzyło.

Czy zdarzyło się, że dane wykorzystywane przez Cambridge Analyticę weszły w posiadanie osób, które mogły być agentami rosyjskiego wywiadu? Tak.

Czy pańskim zdaniem istniał związek między działalnością przedstawicieli państwa rosyjskiego w Londynie a kampanią prezydencką i kampanią w sprawie Brexitu w 2016 roku? Tak.

Czy dochodziło do komunikacji między Cambridge Analyticą a WikiLeaks? Tak.

W końcu dostrzegłem w oczach członków komisji przebłysk zrozumienia. Wyjaśniłem im, że Facebook nie jest zwyczajną spółką. To drzwi do umysłów amerykańskich obywateli, a Mark Zuckerberg zostawił je szeroko otwarte – dla Cambridge Analytiki, Rosjan i kto wie, dla kogo jeszcze. Facebook to monopolista, ale pozycja i postępowanie tej firmy stanowi wyzwanie nie tylko dla regulacji antymonopolowych – jest też zagrożeniem dla bezpieczeństwa narodowego. Koncentracja władzy i możliwości w rękach Facebooka jest groźna dla amerykańskiej demokracji.

Poruszając się ostrożnie w gąszczu różnych jurysdykcji, komisji parlamentarnych, służb wywiadowczych i policyjnych, złożyłem w sumie ponad dwieście godzin zeznań pod przysięgą i przekazałem odpowiednim organom co najmniej dziesięć tysięcy stron rozmaitych dokumentów. Podróżowałem po całym świecie, od Waszyngtonu po Brukselę, żeby pomóc przywódcom politycznym zrozumieć nie tylko aferę Cambridge Analytiki, ale także zagrożenia, jakie stanowią media społecznościowe dla uczciwości naszych procesów wyborczych.

Po wielu godzinach zeznań i przesłuchań zacząłem sobie jednak uświadamiać, że policjanci, przedstawiciele organów ustawodawczych i nadzorujących, a także dziennikarze często nie bardzo wiedzieli, co zrobić z dostarczonymi przeze mnie informacjami i materiałami. Większość opisywanych w nich przestępstw popełniono nie w konkretnym fizycznym miejscu, lecz w przestrzeni internetowej, w związku z czym policjanci często nie mogli dojść do porozumienia, czyjej jurysdykcji powinni podlegać ich sprawcy. Wielu moich rozmówców rozkładało w zakłopotaniu ręce na każdą wzmiankę o programach czy algorytmach. Pewnego razu zostałem wezwany na przesłuchanie do jednej z rządowych agencji zajmujących się sprawami bezpieczeństwa publicznego; funkcjonariusze, z którymi rozmawiałem, specjalizowali się rzekomo w przestępstwach technologicznych, a mimo to musiałem wytłumaczyć im pewne zupełnie podstawowe pojęcie informatyczne. Naszkicowałem też wykres na kartce, która po zakończeniu przesłuchania została skonfiskowana. Formalnie rzecz biorąc, stanowiła ona część materiału dowodowego, ale funkcjonariusze zażartowali, że mój wykres przyda im się w charakterze ściągawki i pomoże zrozumieć, czego właściwie dotyczy prowadzone przez nich śledztwo. LOL, chłopaki, bardzo zabawne.

Społeczeństwo uczy nas pokładać wiarę w instytucjach – w rządzie, policji, szkole. Często zachowujemy się tak, jakbyśmy wierzyli, że w jakimś gabinecie urzęduje ktoś, kto dysponuje tajnym sztabem ekspertów i ma plan, a jeśli ten plan nie wypali, to ma w zanadrzu plan B, a w razie potrzeby nawet plan C. Prawda jest jednak taka, że taki ktoś nie istnieje. Jeśli będziemy czekać, aż jakiś przedstawiciel władzy rozwiąże wszystkie problemy, to nigdy nie doczekamy się ich rozwiązania.

*Get out the vote – działania mające na celu zwiększenie frekwencji wśród potencjalnych wyborców danego kandydata, inicjowane i prowadzone w znacznej mierze oddolnie przez jego sympatyków (ten i wszystkie kolejne przypisy pochodzą od tłumacza).

2

Nauka na błędach

Osiem lat przed wydarzeniami opisanymi w poprzednim rozdziale przeprowadziłem się do Anglii, gdzie zaczęła się historia moich związków z firmą Cambridge Analytica. Jak na ironię, jednym z powodów mojego wyjazdu do Londynu była chęć ucieczki od polityki, w którą zaangażowałem się w Kanadzie. Latem 2010 roku, niedługo po dwudziestych pierwszych urodzinach, wprowadziłem się do mieszkania na południowym brzegu Tamizy, nieopodal muzeum sztuki współczesnej Tate Modern, mieszczącego się w ogromnym budynku dawnej elektrowni Bankside Power Station. Po kilku latach spędzonych w Ottawie wziąłem rozbrat z polityką i przeniosłem się za ocean, żeby studiować prawo w Londyńskiej Szkole Nauk Ekonomicznych i Politycznych. W końcu mogłem zapomnieć o ograniczeniach podyktowanych wymogami lojalności wobec partii. Nie musiałem już uważać na to, z kim się widuję, co mówię i w czyjej obecności poruszam taki czy inny temat. Cieszyłem się, że wreszcie będę mógł zawierać nowe znajomości wedle własnego uznania i po swojemu układać sobie życie.

Po przylocie do Londynu postanowiłem skorzystać z letniej pogody i gdy tylko rozpakowałem walizki, wybrałem się do Hyde Parku, żeby posiedzieć na trawie wśród rzeszy amatorów słonecznych kąpieli, turystów i zakochanych par. Czerpałem pełnymi garściami z uroków życia w Londynie: piątkowe i sobotnie wieczory spędzałem w Shoreditch i Dalston, a w niedziele buszowałem po Borough Market – najstarszym londyńskim targowisku, którego zadaszone place i pasaże wypełnia hałaśliwy tłum kupujących i handlarzy, krzątających się przy niezliczonych straganach z jedzeniem. Zacząłem też nawiązywać przyjaźnie z osobami w moim wieku i po raz pierwszy czułem się młody.

Ale już po kilku dniach od mojego przyjazdu do Anglii, zanim jeszcze zdążyłem na dobre otrząsnąć się ze zmęczenia wywołanego zmianą stref czasowych, odebrałem telefon, który uświadomił mi, że zerwanie z polityką nie będzie wcale łatwe. Mijały właśnie cztery miesiące od objęcia przez Nicka Clegga stanowiska wicepremiera rządu Wielkiej Brytanii.

W roku 1999 Clegg zdobył mandat posła do Parlamentu Europejskiego i od tamtej pory piął się po kolejnych szczeblach politycznej kariery. W 2007 został przewodniczącym Liberalnych Demokratów. W tamtym czasie partia ta była trzecią i najbardziej postępową siłą na brytyjskiej scenie politycznej – jako pierwsza opowiedziała się za legalizacją małżeństw osób tej samej płci i jako jedyna sprzeciwiła się wojnie w Iraku, a także wzywała do likwidacji brytyjskiego arsenału nuklearnego. Przed wyborami do Izby Gmin w roku 2010 w Wielkiej Brytanii, zmęczonej trwającymi od ponad dziesięciu lat rządami Partii Pracy i labourzystowską koncepcją „trzeciej drogi”, zapanowała prawdziwa „cleggmania”. W szczytowym momencie popularności Clegg, pozujący na brytyjskiego Baracka Obamę, cieszył się w badaniach opinii publicznej równie wysokimi notowaniami co niegdyś Winston Churchill. Po wyborach dołączył do koalicyjnego gabinetu Davida Camerona. To właśnie ludzie z biura Clegga zadzwonili do mnie na początku mojego pobytu w Wielkiej Brytanii. Okazało się, że brytyjscy liberałowie dzięki swoim kontaktom z liberalnymi politykami w Ameryce usłyszeli o mojej pracy z analizą danych i chcieli dowiedzieć się na ten temat czegoś więcej.

O umówionej godzinie stawiłem się w ówczesnej siedzibie Liberalnych Demokratów przy Cowley Street 4 w dzielnicy Westminster. Przekształcona w budynek biurowy neogeorgiańska rezydencja z elewacją z czerwonej cegły i dachem zwieńczonym z dwóch stron masywnymi ceglanymi kominami położona jest zaledwie o kilka kroków od Pałacu Westminsterskiego. Nie musiałem tracić czasu na szukanie właściwego adresu – okazały gmach wyróżniał się spośród zabudowy małej krętej uliczki. Ponieważ mieściły się w nim biura partii współtworzącej rząd Jej Królewskiej Mości, strzegli go uzbrojeni funkcjonariusze policji metropolitalnej, przechadzający się niespiesznie po chodniku. Kiedy rozległ się brzęczyk domofonu, pchnąłem ciężkie drewniane drzwi i wszedłem do środka. Czekający w recepcji stażysta poprowadził mnie do sali, gdzie miało odbyć się spotkanie. Po drodze mogłem przyjrzeć się elementom oryginalnego wyposażenia rezydencji – ozdobnym żyrandolom, kominkom i dębowym boazeriom – świadectwom dawnego splendoru tego miejsca, lata świetności mającego już za sobą, podobnie jak i partia, która wybrała je na swoją siedzibę.

Cowley Street, jak nazywali swoją kwaterę główną Liberalni Demokraci, zupełnie nie przypominała biur partii politycznych, które widywałem w Kanadzie i w Stanach Zjednoczonych. Zastanawiałem się, jakim cudem partyjnym aktywistom i działaczom, snującym się po wąskich korytarzach ze skrzypiącymi podłogami, udawało się zrobić w tych warunkach cokolwiek produktywnego. Dawne sypialnie pełne były ciasno ustawionych biurek; do ścian i framug drzwi przyklejono taśmą kable łączące komputery z serwerami. We wnęce przeznaczonej pierwotnie na szafę lub garderobę drzemał na podłodze jakiś facet, cierpiący najwyraźniej na bezdech senny. Nikt nie zwracał uwagi na jego głośne chrapanie. Miałem wrażenie, że zamiast do siedziby partii rządzącej trafiłem do klubu absolwentów jakiejś uczelni. Po krótkiej wspinaczce szerokimi schodami z bogato rzeźbioną balustradą dotarłem do dużej sali konferencyjnej, która w przeszłości musiała pełnić funkcję głównej jadalni. Kilka minut później do sali wkroczyła grupka partyjnych działaczy. Zgodnie z brytyjskim zwyczajem odbyliśmy krótką towarzyską pogawędkę, po czym jeden z uczestników spotkania przeszedł do sedna: Proszę opowiedzieć nam o Voter Activation Network.

Zwycięstwo Baracka Obamy w wyborach 2008 roku sprawiło, że partie polityczne na całym świecie zainteresowały się „kampanią wyborczą w amerykańskim stylu”, opartą na analizie dużych zbiorów danych oraz na zakrojonych na wielką skalę operacjach cyfrowych. Kluczem do sukcesu kampanii Obamy była technika mikrotargetingu, polegająca na wykorzystaniu algorytmów uczenia maszynowego, które na podstawie ogromnych ilości danych na temat wyborców dzieliły elektorat na wąskie segmenty, czyli tak zwane grupy docelowe, i przewidywały, do których wyborców należy dotrzeć z indywidualnie dopasowanym przekazem, żeby nakłonić ich do poparcia konkretnego kandydata albo zachęcić do wzięcia udziału w wyborach. Liberalni Demokraci chcieli się ze mną spotkać, ponieważ nie mieli pewności, czy to nowatorskie podejście do prowadzenia kampanii znajdzie zastosowanie w brytyjskim systemie politycznym. Interesował ich zwłaszcza projekt, który realizowałem we współpracy z Liberalną Partią Kanady – naszym celem było stworzenie systemu targetowania, czyli identyfikacji i docierania do określonych grup wyborców, analogicznego do tego, który wykorzystano w kampanii prezydenckiej Obamy; był to pierwszy tego typu projekt realizowany poza Stanami Zjednoczonymi. Co istotne, systemy polityczne Kanady i Wielkiej Brytanii mają ze sobą wiele wspólnego: w obu krajach obowiązuje klasyczna ordynacja większościowa, w której „zwycięzca bierze wszystko”, a na scenie politycznej funkcjonuje kilka partii posiadających reprezentację parlamentarną. Podczas naszej rozmowy działacze Liberalnych Demokratów zdali sobie sprawę, że gdyby zdecydowali się przenieść na brytyjski grunt kanadyjską wersję systemu targetowania wyborców, dostosowanie jej do lokalnych realiów byłoby stosunkowo proste. Kiedy opisałem możliwości, jakie stwarzało zastosowanie procedur targetingowych w kampanii wyborczej, moi rozmówcy wydawali się oszołomieni i podekscytowani. Po zakończeniu spotkania popędziłem na uczelnię, żeby zdążyć na końcówkę wykładu poświęconego regułom wykładni prawa stanowionego. Nie spodziewałem się, że moja wizyta w siedzibie Liberalnych Demokratów będzie mieć ciąg dalszy.

Już następnego dnia skontaktował się ze mną przedstawiciel tej partii i zaproponował, żebym odwiedził ich raz jeszcze i podzielił się swoimi doświadczeniami z większym gronem słuchaczy. Mój telefon zadzwonił, kiedy byłem na wykładzie; dopiero po czwartym nieodebranym połączeniu z nieznanego numeru wymknąłem się z sali wykładowej, żeby sprawdzić, kto ma do mnie aż tak pilną sprawę. Okazało się, że jeszcze tego samego dnia po południu miało odbyć się zebranie wysokich rangą działaczy Liberalnych Demokratów, a ja zostałem poproszony o przeprowadzenie dla nich prezentacji na temat mikrotargetingu. Od razu po wykładzie, z plecakiem pełnym podręczników, pomaszerowałem prosto na Cowley Street. Nie miałem czasu, żeby się przebrać, więc na spotkanie z doradcami wicepremiera udałem się w T-shircie z nadrukiem marki Stüssy i w kamuflażowych spodniach od dresu.

Kiedy dotarłem na miejsce, zaprowadzono mnie do znanej mi już sali konferencyjnej. Tym razem panował w niej tłok i gwar. Stanąłem przed uczestnikami zebrania i przeprosiłem ich za swój lekko niedorzeczny strój, po czym przystąpiłem do improwizowanej prezentacji. Wyjaśniłem, w jaki sposób Liberalni Demokraci mogli wykorzystać mikrotargeting do przezwyciężenia ograniczeń ciążących na tak małej partii. Z każdą chwilą ogarniał mnie coraz większy entuzjazm. Odkąd odszedłem z Liberalnej Partii Kanady, nie miałem sposobności mówić publicznie o tych sprawach i teraz, kiedy taka okazja wreszcie się nadarzyła, dałem się ponieść emocjom. Opowiedziałem o tym, czego byłem świadkiem podczas kampanii wyborczej Obamy: o uczuciach, jakie wywoływał widok rzeszy ludzi po raz pierwszy w życiu idących do urn; o nadziei, która przepełniała czarnoskórych Amerykanów biorących udział w wyborczych mityngach. Dodałem, że w mikrotargetingu chodzi o coś więcej niż o suche dane – chodzi o dotarcie do tych wszystkich, którzy przestali interesować się polityką. To szansa na to, żeby ich odnaleźć i zachęcić do udziału w wyborach. Ale co najważniejsze – przekonywałem słuchaczy – nowoczesna technologia stanowiła narzędzie, za pomocą którego ich partia, znajdująca się obecnie na szczytach władzy, mogłaby wywrócić do góry nogami zaskorupiały system klasowy, wpływający na kształt brytyjskiej sceny politycznej.

Kilka tygodni później Liberalni Demokraci zaoferowali mi pracę – chcieli, żebym podjął się wdrożenia systemu targetowania wyborców w Wielkiej Brytanii. Miałem dwadzieścia jeden lat i dopiero co rozpocząłem studia w Londyńskiej Szkole Nauk Ekonomicznych i Politycznych; zaczynałem też odnajdywać się w życiu w Londynie. Nie byłem pewien, czy w tej sytuacji warto ponownie angażować się w politykę. Z drugiej strony, otwierała się przede mną szansa na wykorzystanie stworzonej wcześniej technologii – tego samego oprogramowania i w gruncie rzeczy tego samego projektu – oraz dokończenie tego, co zacząłem w Kanadzie. Ostatecznie przekonało mnie coś, co zobaczyłem na ścianie jednego z pokojów biurowych przy Cowley Street. Wisiała tam stara, pożółkła kartka o pozaginanych rogach, na której widniał fragment deklaracji ideowej Liberalnych Demokratów: „Nikt nie powinien być niewolnikiem ubóstwa, ignorancji i konformizmu”.

Zgodziłem się.

Po wyborach 2008 roku wróciłem do Ottawy i napisałem sprawozdanie, w którym omówiłem nowe strategie technologiczne wykorzystane w kampanii prezydenckiej Obamy. Mój raport nie przypadł do gustu działaczom Liberalnej Partii Kanady. Spodziewali się, że opowiem im o kreowaniu wizerunku, efektownych projektach graficznych i wiralowych filmikach. Zamiast tego otrzymali opracowanie na temat relacyjnych baz danych, algorytmów uczenia maszynowego, oprogramowania i systemów pozyskiwania środków finansowych. Kiedy sugerowałem, że partia powinna zainwestować w bazy danych, spoglądano na mnie tak, jakbym postradał rozum. To nie były „seksowne” rozwiązania, jakich oczekiwali partyjni decydenci. Sukces Obamy stał się dla nich wyznacznikiem tego, jak powinna wyglądać „modelowa” kampania wyborcza; niestety, skupiali się na fasadowych, wizerunkowych aspektach kampanii, a nie na tym, co stanowiło jej szkielet i fundament sukcesu kandydata.

W większości przypadków prowadzenie kampanii wyborczej sprowadza się do dwóch rodzajów działań: perswazyjnych oraz mobilizacyjnych. Działania o charakterze mobilizacyjnym, określane też mianem działań GOTV (akronim od angielskiego wyrażenia get out the vote, czyli „zdobądź głos”), skierowane są do tych wyborców, którzy prawdopodobnie popierają promowanego przez nas kandydata, ale nie zawsze biorą udział w wyborach. Obiektem działań perswazyjnych są natomiast wyborcy, którzy zazwyczaj udają się do urn, ale nie za każdym razem głosują na naszą partię i jej kandydatów. Osoby, co do których istnieje bardzo duże prawdopodobieństwo, że nie zdecydują się pójść na wybory albo nie będą skłonne poprzeć promowanego przez nas kandydata, znajdują się poza obszarem naszego zainteresowania – próby nawiązywania z nimi kontaktu mijałyby się z celem. Odrębną grupę stanowią wyborcy, którzy najprawdopodobniej wezmą udział w wyborach i najprawdopodobniej poprą w nich naszego kandydata – to oni tworzą naszą bazę wyborczą; zazwyczaj pomija się ich w działaniach perswazyjnych i mobilizacyjnych, natomiast często rekrutuje się spośród nich wolontariuszy oraz darczyńców. Właściwy dobór grupy wyborców, do których zamierzamy dotrzeć z naszym przekazem, to podstawa każdej kampanii wyborczej.

W latach dziewięćdziesiątych XX wieku procedury targetowania amerykańskich wyborców opierały się na danych dostarczanych przez lokalne lub stanowe urzędy; dane te zawierały informacje na temat tożsamości partyjnej wyborców (pod warunkiem że podczas rejestracji wyborczej dokonali oni samookreślenia jako zwolennicy konkretnej partii), a także historii ich aktywności wyborczej (wykaz wyborów, w których brali udział). Tego rodzaju podejście ma jednak istotne ograniczenia: nie we wszystkich stanach urzędy udzielają komitetom partyjnym takich informacji, a wyborcy zmieniają swoje sympatie polityczne częściej, niż dokonują zmian swojej rejestracji partyjnej (albo rejestrują się jako tak zwani wyborcy niezależni, nie deklarując poparcia dla żadnej partii). Co więcej, dane te nie mówią zupełnie nic na temat istotnych dla danego wyborcy kwestii, motywujących jego polityczne wybory. Mikrotargeting umożliwił gromadzenie dodatkowych danych, na przykład o charakterze komercyjnym – dotyczących zaciągniętych kredytów hipotecznych, wykupionych prenumerat i abonamentów czy modelu posiadanego samochodu – a co za tym idzie, rozpatrywanie motywacji i preferencji każdego wyborcy w szerszym kontekście. Posługując się danymi zdobywanymi dzięki mikrotargetingowi, a także wynikami badań sondażowych oraz metodami statystycznymi, można uzyskać znacznie dokładniejsze informacje na temat wyborców.

Sztab wyborczy Obamy wprowadził technikę mikrotargetingu do głównego nurtu marketingu politycznego i uczynił z niej kluczowy element kampanii swojego kandydata. W telewizji dominują relacje z wyborczych przemówień i wieców; kamery rzadko zaglądają za kulisy kampanii i nie pokazują zorganizowanego chaosu, jaki cechuje działanie machiny wyborczej. Składają się na niego miliony bezpośrednich kontaktów z wyborcami, do których docierają prowadzący agitację wolontariusze oraz spersonalizowane przesyłki dostarczane do skrzynek pocztowych. Ta niewidoczna maszyneria kampanii nie budzi takich emocji jak atrakcyjna identyfikacja wizerunkowa kandydata czy dopracowane w najdrobniejszych szczegółach przemówienia, ale to właśnie ona stanowi motor napędowy nowoczesnej kampanii prezydenckiej. Podczas gdy inni skupiają się na wizerunkowej stronie kampanii, stratedzy koncentrują się na stworzeniu i wprawieniu w ruch jej ukrytych mechanizmów.

W Biurze Lidera Opozycji – moim oficjalnym miejscu pracy w kanadyjskim parlamencie – znalazło się kilka osób, które podobnie jak ja doszły do wniosku, że możemy unaocznić partyjnym decydentom korzyści ze stosowania systemu Voter Activation Network. W tym celu postanowiliśmy opracować jego specjalną wersję, za pomocą której parlamentarna kancelaria lidera opozycji mogłaby kontaktować się z mieszkańcami okręgów wyborczych. Partia nie była skłonna wydawać pieniędzy na ekstrawagancje w rodzaju nowych baz danych, ale stwierdziliśmy, że potrzebne nam fundusze uda się wygospodarować ze środków, jakie Biuro Lidera Opozycji otrzymywało na pokrycie kosztów swojej działalności. Sęk w tym, że z formalnego punktu widzenia były to środki publiczne – gdybyśmy przeznaczyli ich część na stworzenie bazy danych, partia nie mogłaby wykorzystywać jej do własnych celów politycznych. Nie zamierzaliśmy jednak dawać za wygraną. Nasza wersja VAN miała zawierać informacje o wszystkich mieszkańcach okręgów wyborczych, którzy kontaktowali się w takiej czy innej sprawie z Biurem Lidera Opozycji – a ponieważ zdecydowana większość tych osób była zarazem wyborcami, liczyliśmy na to, że na przykładzie naszego systemu uda się zademonstrować przydatność VAN nie tylko dla Biura Lidera Opozycji, ale także dla samej partii, nie obciążając przy tym dodatkowo partyjnego budżetu. Byliśmy pewni, że po zapoznaniu się z funkcjami i możliwościami VAN kierownictwo LPK dostrzeże potencjał drzemiący w analizie danych. Zwróciliśmy się do Marka Sullivana i Jima St. George’a z propozycją uruchomienia systemu VAN za granicą – w Kanadzie. Ich firma nigdy wcześniej nie realizowała dużych projektów poza Stanami Zjednoczonymi, tym niemniej skorzystali z okazji i nawiązali z nami współpracę. Z pomocą Sullivana i St. George’a w ciągu sześciu miesięcy udało się nam stworzyć kanadyjską wersję VAN. Partyjni działacze z zadowoleniem przyjęli fakt, że była dostępna zarówno w angielskiej, jak i we francuskiej wersji językowej. Jedyny problem polegał na tym, że nie posiadaliśmy danych, którymi moglibyśmy zasilić nasz system.

Modele komputerowe to nie magiczne zaklęcia, dające wgląd w przyszłość – mogą przewidywać rozwój wydarzeń pod warunkiem, że wprowadzi się do nich wystarczającą ilość danych, z których wywiodą swoje prognozy. Bez odpowiednich informacji nie da się stworzyć komputerowego modelu, tak jak nie da się przeprowadzić targetingu: procesu identyfikowania i docierania do właściwych grup wyborców. To zupełnie tak, jakby kupić samochód wyścigowy, a potem pożałować pieniędzy na benzynę – bez paliwa samochód nie ruszy z miejsca, choćby był prawdziwym cudem techniki. Naszym kolejnym krokiem musiało być zatem zdobycie danych. Na to jednak potrzebne były pieniądze, a ponieważ dane miały być wykorzystywane w kampaniach wyborczych, ich zakup należało sfinansować z partyjnej kasy, a nie z budżetu Biura Lidera Opozycji. Ponieważ propozycja takiego wydatku napotkała silny opór ze strony działaczy partyjnych niechętnych wszelkim nowinkom i zmianom, postanowiłem poszukać wsparcia u Keitha Martina, ówczesnego deputowanego Liberalnej Partii Kanady, który wprowadził mnie do świata polityki. To dzięki niemu odbyłem najpierw staż w partii, a po ukończeniu szkoły dostałem pierwszą prawdziwą pracę – posadę w parlamencie. W środowisku politycznym Keith Martin miał opinię niepokornego indywidualisty i dobierał współpracowników spośród sobie podobnych. W towarzystwie takich ludzi zawsze czułem się najlepiej. Martin jest z wykształcenia lekarzem, specjalizującym się w medycynie ratunkowej; po studiach pracował przez pewien czas w różnych strefach konfliktu w Afryce, niosąc pomoc pacjentom okaleczonym przez miny i cierpiącym na skutek niedożywienia. Był typem gościa, do którego jak ulał pasuje określenie cool. Zanim rozpoczął karierę polityczną, prowadził naprawdę ekscytujące życie; w jego biurze wisiało zdjęcie, które można było wziąć za fotografię Indiany Jonesa – przedstawiało Martina w koszuli koloru khaki, siedzącego w otoczeniu stada lampartów. Jako lekarz medycyny ratunkowej Martin nauczył się działać szybko i nie trwonić czasu, ale te zasady nie obowiązywały w świecie polityki, w którym siedzenie z założonymi rękami bywa podstawową strategią przetrwania. Formalistyczne procedury parlamentarne irytowały go do tego stopnia, że któregoś razu, podczas przeciągającej się w nieskończoność debaty, chwycił i podniósł tak zwaną buławę – pozłacaną średniowieczną maczugę, która zgodnie z tradycją wywodzącą się z brytyjskiego parlamentaryzmu spoczywa na stole w sali obrad kanadyjskiej Izby Gmin.

Główny doradca Martina, Jeff Silvester, który przed wejściem do polityki pracował na stanowisku informatyka, jako jedna z niewielu osób w Liberalnej Partii Kanady rozumiał, co próbowałem osiągnąć. Jeff był dla mnie mentorem i przez cały okres mojej pracy w kanadyjskim parlamencie zawsze mogłem na niego liczyć. Wyjaśniłem mu, że władze partii nie upoważniły mnie do kontynuowania prac nad programem wykorzystania danych do targetowania wyborców, ale dodałem, że moim zdaniem musimy to zrobić nawet bez zgody partyjnej centrali. Do tego niezbędne były jednak odpowiednie środki finansowe. Po uzyskaniu zgody Keitha Martina Jeff obiecał pomóc mi w pozyskaniu funduszy, nie informując o tym kierownictwa partii. Odbyliśmy szereg nieoficjalnych spotkań, podczas których starałem się uzmysłowić potencjalnym darczyńcom, że opracowywany przez nas program jest jedyną szansą na to, by LPK pozostała istotną siłą na kanadyjskiej scenie politycznej XXI wieku. Nie afiszowaliśmy się z naszymi działaniami, żeby nie ściągać na siebie uwagi partyjnej centrali. Dyskretnie przekonywaliśmy sympatyków i terenowych działaczy partii do finansowego wparcia naszego projektu; robiliśmy to na tyle skutecznie, że w krótkim czasie udało się nam zebrać kilkaset tysięcy dolarów kanadyjskich. Dysponując taką kwotą, mogliśmy przystąpić do pracy. Przedstawiciele regionalnych struktur LPK w Kolumbii Brytyjskiej, niezadowoleni z poczynań kierownictwa partii, zgodzili się odgrywać w naszym eksperymencie rolę królików doświadczalnych.

Nie mieliśmy pewności, czy eksperyment z przeniesieniem systemu VAN na kanadyjski grunt wypali. W Stanach Zjednoczonych istnieją tylko dwie liczące się partie polityczne, natomiast w Kanadzie jest ich aż pięć. Oznacza to, że przy prognozowaniu preferencji wyborców trzeba uwzględniać nie dwie (Demokraci lub Republikanie), ale wiele opcji wyboru (Partia Liberalna, Partia Konserwatywna, Nowa Partia Demokratyczna, Zieloni lub Blok Quebecu). Do tego dochodzi znacznie większe zróżnicowanie grupy wyborców niezdecydowanych (wyborca może wahać się między Partią Liberalną a Partią Konserwatywną, między Partią Liberalną a Nową Partią Demokratyczną, między Partią Liberalną a Zielonymi i tak dalej) oraz fakt, że przepływ poparcia może się odbywać w wielu różnych kierunkach. Poza tym w Kanadzie, podobnie jak w Europie, rynek danych konsumenckich jest rozwinięty znacznie słabiej niż w Stanach Zjednoczonych – amerykańscy analitycy mieli łatwy dostęp do wielu zbiorów danych, które u nas nie istniały albo wymagały mozolnego kompilowania z różnych źródeł. Nie bez znaczenia był też fakt, że w wielu państwach obowiązują bardziej restrykcyjne niż w Stanach Zjednoczonych przepisy o finansowaniu partii politycznych, ograniczające wysokość dotacji od darczyńców, a także wydatków na kampanie wyborcze. W rezultacie wiele osób żywiło poważne wątpliwości, czy mikrotargeting znajdzie praktyczne zastosowanie poza USA. Mimo to chciałem spróbować.