Wydawca: Harlequin Polska Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Miłosny sojusz - Kasey Michaels

Lady Chelsea Mills-Beckman jest najmłodsza w rodzinie. Nikt nie liczy się z jej zdaniem. Kiedy jej brat i opiekun, Thomas, popada w kłopoty finansowe, postanawia jak najszybciej wydać ją za mąż za miejscowego pastora. Chelsea nie zamierza poddać się woli Thomasa. Ucieka do jego wroga, Olivera Blackthorna, i proponuje mu bardzo wyszukany sposób wyrównania porachunków…

Opinie o ebooku Miłosny sojusz - Kasey Michaels

Fragment ebooka Miłosny sojusz - Kasey Michaels

Kasey Michaels

Miłosny sojusz

Tłumaczenie: Krzysztof

WSTĘP

„Ludzie od czasu do czasu umierają – i zjadają ich robaki – ale nie umierają z miłości[1]”.

Oliver Le Beau Blackthorn był młody oraz zakochany i z tych powodów jego zachowanie odbiegało od tego, co zwykle uznaje się za racjonalne.

Być może dlatego ten sam Oliver Le Beau, który w dodatku miał, podobnie jak większość ludzi, tendencję do myślenia o sobie w samych superlatywach, wspiął się po marmurowych schodach i zastukał mosiężną kołatką w kształcie lwiej głowy do drzwi domu położonego przy Portland Place. Był rześki wiosenny ranek, a on ściskał w dłoni swój kapelusz.

Oliver, nazywany Beau, zastanawiał się jeszcze nad swoim wyglądem, nad którym pracował wcześniej przez dwie godziny, wyżywając się bez opamiętania na przyborach toaletowych i steranych nerwach służącego. Ale dzięki temu prezentował się naprawdę elegancko: miał na sobie spodnie z koźlej skóry, lśniącą bielą lnianą koszulę, piękną choć dyskretną jedwabną kamizelkę, a także świetnie skrojony niebieski surdut, który tak doskonale przylegał do jego młodzieńczego ciała, że bez pomocy nie mógł go włożyć czy zdjąć.

Oliver przez dziesięć minut ćwiczył przed lustrem, jak ma nosić swój kapelusz, aż w końcu uznał, że jest dobrze. Chodziło o to, by jedynie częściowo zakryć jasne włosy, broń Boże, ich nie zgnieść, a także o to, by rondo kapelusza nie ocieniało za bardzo jego błękitnych oczu. Ze smutkiem pomyślał, że będzie musiał przekazać kapelusz, a także rękawiczki z koźlej skóry lokajowi Breanów i lady Madelyn w ogóle ich nie zobaczy.

Cóż, nikt do tej pory nie odpowiedział na kołatanie. Nie było to szczególnie miłe. Oliver uniósł ponownie dłoń dokładnie w momencie, kiedy drzwi otworzyły się i niemal nie uderzył lokaja prosto w nos. Teraz spojrzał groźnie na niewielką postać, a lokaj cofnął się i wskazał drogę do holu. Beau wszedł, czując, że policzki zaczynają mu płonąć, i przeklinając w duchu swoją tendencję do tego, by się rumienić przy byle okazji.

Po chwili do salonu poprowadził go kolejny służący, który wcześniej popatrzył z dezaprobatą na kwiaty. Oliver przyniósł je dla swojej ukochanej – lady Madelyn Mills-Beckman, starszej córki hrabiego Brean.

– Sporo „r” w tym zdaniu – mruknął pod nosem, co stanowiło wyraźną oznakę zdenerwowania. Oliver jednak czuł, że panuje nad sytuacją.

Tak mu się w każdym razie wydawało aż do chwili, gdy usłyszał kobiecy głos:

– Podobno mówienie do siebie może być oznaką szaleństwa. Tak przynajmniej mama mówiła o ciotce Harriet, a muszę przyznać, że naprawdę była zwariowana. To znaczy, ciotka Harriet, bo mama jest po prostu niezbyt mądra. Raz widziałam ciotkę w sukni włożonej na lewą stronę. Czy te kwiaty są dla Madelyn? Chyba powinnam panu powiedzieć, że Madelyn nie znosi kwiatów. Kicha od nich i zaczyna jej lecieć z nosa.

Oliver obrócił się i spojrzał na lady Chelsea Mills-Beckman, niezbyt sympatyczną dziewczynę w wieku mniej więcej czternastu lat, która siedziała sobie wygodnie na kwiaciastym szezlongu przy oknie. Podwinęła nogi pod siebie, co nie było w dobrym tonie, a na podołku trzymała otwartą książkę.

Patrzył niechętnie na jej falujące blond włosy w zupełnym nieładzie, oczy, których kolor wahał się między niebieskim a szarym, i szczupłą, by nie powiedzieć chudą sylwetkę. Siostra jego ukochanej wyglądała w tej chwili jak złośliwy chochlik lub małe diablę i Beau nie miał ochoty odpowiadać na jej zaczepki.

I wcale nie zamierzał odwzajemniać szerokiego i pełnego przekory uśmiechu.

Oliver już dwukrotnie wcześniej w tym miesiącu był narażony na obecność lady Chelsea, która zawsze trzymała książkę w dłoni i witała go jakąś zjadliwą uwagą.

– Twój ojciec powinien zamykać cię w pokoju na klucz – rzucił, a następnie przeszedł do oszklonych drzwi, otworzył je i ostentacyjnie wyrzucił bukiet do ogrodu.

Lady Chelsea zaśmiała się tylko, a on nie wiedział, czy z powodu kwiatów, czy jego jakże szczerych słów.

– I tak bym znalazła jakieś inne wyjście – odparła i machnęła ręką. – Widzi pan, nie mam matki, więc traktują mnie trochę lepiej. Ale jestem jeszcze za młoda, żeby mnie wypchnąć z domu jak Madelyn. Pewnie chce pan, żebym wyszła, zanim ona tu wkroczy, a pan zacznie się ślinić na jej widok… O proszę, już ma pan jakieś krople na tym okropnym surducie!

Beau bezwiednie strzepnął wyimaginowane krople z poły surduta, zanim dotarło do niego, że przeklęta dziewczyna tylko sobie z niego żartuje. Nie, kogoś takiego nie da się zamknąć w pokoju! – pomyślał. Należałoby ją uwięzić w klatce i wywieźć gdzieś na inny kontynent.

– Tak, rzeczywiście pragnę porozmawiać z lady Madelyn na osobności – odparł wyniośle, udając, że strzepywał tylko jakiś pyłek.

– Pozwoli więc pan, że się oddalę – powiedziała, przedrzeźniając jego ton.

Lady Chelsea wstała i wygładziła pogniecioną suknię. Musiał przyznać, że jest nawet ładnym dzieckiem i może za jakiś czas uda jej się zawrócić w głowie paru młodzieńcom. Jednak z pewnością nawet nie umywała się do siostry, gdyż to ona miała naprawdę piękne blond włosy, błękitne oczy i pełne, różowe usta. A także nieskazitelną karnację i cudownie łagodny charakter.

Oliver skinął lekko głową i włożył palec pod kołnierzyk, gdyż nagle okazało się, że ma trudności z przełykaniem. W drzwiach, za którymi zniknęła nieznośna psotnica, stanął bowiem przedmiot jego westchnień.

– Och, pan Blackthorn! Co za miła niespodzianka. Nie sądziłam, że spotkam pana tak szybko po balu u lady Cowper. Wszyscy byli zaszokowani, kiedy pojawił się pan tam bez zaproszenia. A potem tańczył pan tylko ze mną… To było bardzo romantyczne i… niestosowne. – Lady Madelyn przekrzywiła głowę, jakby chciała dostrzec, co ma za plecami. – Czy przyniósł mi pan prezent? Uwielbiam prezenty!

Beau skłonił głowę przed miłością swojego życia i przeprosił za brak manier. Lady Madelyn naburmuszyła się na chwilę, ale zaraz pokazała, że potrafi być wielkoduszna.

– Dobrze, wybaczam panu. Więc może następnym razem przyniesie mi pan kwiaty. Uwielbiam kwiaty!

Chichot, który dobiegł zza drzwi, wskazywał, że bezczelnej pannicy jeszcze raz udało się go nabrać.

– Kupię pani całą oranżerię pełną egzotycznych kwiatów – obiecał solennie lady Madelyn i ponownie się skłonił. – Ale teraz chciałbym porozmawiać z panią na osobności. To dla mnie ważne. Po tym, co stało się wczoraj na balu, zapewne domyśla się pani, o co mi chodzi.

Nie drgnęła, nawet nie mrugnęła, ale jakiś dziwny wyraz pojawił się w jej oczach. Jej uśmiech stał się chłodny, mina wyniosła, a i tak jasna skóra pobladła i stała się niemal przezroczysta.

– Przecież zdaje pan sobie sprawę z tego, że to niemożliwe! Żadna przyzwoita panna nie może pozostawać sama w obecności dżentelmena. A jeśli dobrze odczytuję pańskie intencje, to powinien pan raczej rozmawiać z moim ojcem, a nie ze mną – powiedziała zduszonym głosem, a następnie zwróciła się w stronę drzwi.

– Chelsea, czy możesz tu poprosić naszego brata, bo zdaje się, że pani Wickham jeszcze się ubiera?

– Ależ widziałam ją już na schodach i była zupełnie…

– Rób, co ci każę! – Lady Madelyn łypnęła niechętnie na siostrę.

– Ależ z ciebie snobka – mruknęła Chelsea i opuściła swój posterunek przy drzwiach.

Oliver Le Beau Blackthorn był młody i zakochany i dlatego nie myślał zbyt jasno. Nie trzeba było jednak zbyt wiele, by zrozumieć, że scenariusz, który ułożył sobie w głowie, nie ma szans powodzenia. Pomyślał jednak, że lady Madelyn jest zdenerwowana – co wydawało się zupełnie naturalne w tej sytuacji – i dlatego zachowuje się dziwnie.

I dlatego też powinien potraktować ją łagodnie.

– Lady Madelyn… Nie, pozwól, że zacznę inaczej. Moja droga Madelyn – rzucił i korzystając z tego, że zostali sami, chwycił ją za rękę i przyklęknął na jedno kolano, jak to przećwiczył wcześniej na Sydneyu, swoim potwornie zażenowanym służącym – to żadna tajemnica, że podziwiam cię od momentu, kiedy cię spotkałem. A przy każdym kolejnym spotkaniu moje uczucie wzrasta, a ty pozwalasz mi mieć nadzieję, że jest ono odwzajemnione. Zwłaszcza od tego wieczoru, gdy pozwoliłem sobie cię pocałować, a ty byłaś tak dobra, że…

– Proszę zamilknąć! Jakie to trywialne, że mówi pan o takich rzeczach. Żaden prawdziwy dżentelmen nie wykorzystałby w ten sposób momentu słabości damy. I po co robić tyle hałasu z powodu jednego pocałunku? Niech pan wstanie. Jest pan okropny!

Jeden pocałunek? To było coś zdecydowanie więcej. Lady Madelyn pozwoliła mu dotknąć piersi przez cienki materiał sukni i jęknęła cicho, czując jego dotyk na stwardniałym sutku. Gdyby nie kroki, które dobiegały z holu, Oliver chętnie podjąłby ten temat, gdyż w tym momencie nie posiadał się z oburzenia.

Cóż, był jednak zakochany i zamiast stwierdzić, że lady Madelyn jest zwykłą, pozbawioną uczuć flirciarą, pomyślał, że jest bardzo wzburzona i dlatego mówi tak nieprzyjemne rzeczy.

– Przepraszam, rzeczywiście trochę się zagalopowałem. – Beau prawie nie spał, bo przez całą noc ćwiczył przemowę, którą pragnął wygłosić. – Chciałbym tylko móc pomówić z pani ojcem, ale nie zrobiłbym tego, gdybym wiedział, że nie odwzajemnia pani moich uczuć.

– Więc nie odwzajemniam – syknęła lady Madelyn i wyszarpnęła dłoń z jego ręki. – Za dużo pan sobie wyobraża. To, że pański ojciec należy do naszej klasy i że ma pan ten swój żałosny majątek, wcale nie znaczy, że jest pan jednym z nas. Nie wie pan, że w dobrym towarzystwie się z pana śmieją? Jest pan pośmiewiskiem całego Mayfair! I tylko pan nie zdaje sobie z tego sprawy! Żadna z dobrze urodzonych kobiet nie zdecyduje się na związek z bękartem!

Beau przypomniał sobie później, że w trakcie tej przemowy do salonu wkroczył brat lady Madelyn w towarzystwie dwóch rosłych lokajów, którzy chwycili go pod pachy tak, że nogi Beau zawisły w powietrzu. Wołał ukochaną po imieniu, ale ona tylko uniosła suknię, jakby się bała, że ją czymś powala, i oddaliła się z wyniosłą miną.

Więc jest pośmiewiskiem? Wszyscy się z niego śmieją? Lady Madelyn nie zachęcała go do zalotów, tylko z niego szydziła? Czy tak właśnie traktowano go w towarzystwie? Jak jakąś małpę, która nauczyła się tańczyć! Niedźwiedzia, z którym można się drażnić! Hej, bękarcie, możesz mnie pocałować, dotknąć, ale potem masz sobie iść, bo przecież nie jesteś jednym z nas.

Matka ostrzegała go przecież. Ostrzegała wszystkich swoich trzech synów, ale Beau nigdy nie wierzył. Trudno mu się było pogodzić z tym, że ludzie mogą być tak płytcy i niesprawiedliwi. Teraz okazało się, że miała rację.

W końcu jednak Oliver, którego życie nagle legło w gruzach, doszedł jakoś do opamiętania. Zaczął się szarpać, by się wyswobodzić, ale nie na wiele się to zdało. Lokaje zrzucili go z marmurowych schodów, a on poczuł nagle ostry ból w ramieniu. Potem pierwszy cios bata spadł na jego plecy. Beau mógł się w tej chwili jedynie zwinąć w kłębek, przyjmując kolejne razy i osłaniając twarz.

– Jak śmiesz obrażać moją siostrę! Wykorzystywać jej niewinność! – Wicehrabia bezlitośnie uderzał wozackim batem, którego skórzane rzemienie miały metalowe końcówki. – Niech ci się nie wydaje, że możesz aspirować do wyższej klasy. Przez takich jak ty nasze społeczeństwo jest takie, jakie jest! Powinienem kazać cię związać i wrzucić do Tamizy, bo tylko na to zasługujesz!

W końcu wicehrabia się zmęczył, lokaje kopnęli leżącego parę razy i Beau usłyszał trzaśnięcie drzwi. Podniósł się z trudem. Jego serce i honor były być może w jeszcze gorszym stanie niż spodnie i surdut. Jeden z lokajów splunął na niego i krzyknął, żeby już szedł, przyciągając tym uwagę przechodniów.

Wciąż pochylony Beau odwrócił się w stronę domu i dostrzegł w drzwiach zapłakaną twarzyczkę lady Chelsea.

Dziewczyna rozejrzała się niespokojnie, a potem powiedziała, pociągając nosem:

– Tak mi przykro, panie Blackthorn. Madelyn jest próżna i bez serca, a Thomas to nadęty głupek. Wcale nie uważam pana za pośmiewisko. Może tylko jest pan trochę zabawny, to wszystko… Jest pan dobrym człowiekiem. I dlatego powinien pan już iść. Jak najdalej od tego domu.

Lady Chelsea zamknęła drzwi, a Beau zauważył swojego służącego, który czekał przy nowej kolasce, również kupionej po to, by zrobić wrażenie na lady Madelyn. Po rozmowie z jej ojcem i kolejnym całusie zamierzał zabrać ją na przejażdżkę do Richmond Park.

– Dziękuję bardzo, że mi pomogłeś i stanąłeś w mojej obronie – powiedział Oliver, wciąż czując w ustach smak kurzu, kiedy służący stanął przy jego boku. – Jedź tą przeklętą kolaską na Grosvenor Square. Ja muszę się przejść, żeby pozbierać myśli.

Szedł kolejnymi ulicami z wysoko uniesioną głową i patrzył przechodniom prosto w oczy. Czasami się potykał i trochę kulał, ale chciał, by wszyscy zobaczyli, jak potraktowali go ci, którzy uważali się za lepszą część społeczeństwa. Niech się śmieją, jeśli uważają, że tak można. I niech następnym razem strzegą się Olivera Le Beau Blackthorna.

Jednak przechodnie pierzchali na boki, unikając spotkania. Nawet ci, których Beau uważał za przyjaciół. Każdy krok oddalał go od młodości, aż w końcu doszedł do smutnego wniosku. Jego pieniądze, wdzięk, dobry wygląd i przyjaźnie w ostatecznym rozrachunku nic nie znaczą tu, w Londynie. Był głupi, sądząc, że jest inaczej, i powinien być wdzięczny lady Madelyn, że uświadomiła mu, kim tak naprawdę jest. Bo przecież w wieku dwudziestu dwóch lat jako najstarszy syn markiza i zwykłej aktorki, wciąż był bękartem. I tylko bękartem. Być może dobrze wykształconym i obytym w towarzystwie, ale jednak bękartem.

Szedł przed siebie, czując, jak jego serce robi się coraz twardsze, a myśli krążą wokół jednej rady. Zrobi tak, jak powiedziała mu ta psotnica. Wyjedzie. I to jak najdalej stąd.

Ale kiedyś tu wróci i kiedy to zrobi, nikomu nie będzie do śmiechu.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Lady Chelsea Mills-Beckman, jak zwykle stanowiąca wcielenie szyku i elegancji, cisnęła grubą, oprawną w skórę księgą kazań wprost w głowę brata, który od dwóch lat nosił tytuł siedemnastego hrabiego Brean. Niestety chybiła, co w niczym nie poprawiło jej nastroju.

Hrabia podniósł księgę, sprawdził, czy się nie zniszczyła, a następnie odłożył z namaszczeniem na biurko. Czterdziestokilkuletni, uważał się za atrakcyjnego i inteligentnego, co w najmniejszym stopniu nie pokrywało się z rzeczywistością. Miał czerwoną twarz i prezentował się raczej jak zbyt bogato ubrany wieprzek.

– Oto boże słowa, Chelsea, które pochodzą z ust samego wielebnego Francisa Flotleya: „Kobieta powinna słuchać mężczyzny, gdyż ten ma nad nią przewagę i jest niczym pasterz, który prowadzi ją na zielone łąki mądrości. Inaczej zgubi się i zejdzie na złą drogę…”.

Rodzeństwo znajdowało się w gabinecie w domu przy Portland Place od zaledwie kwadransa, a jednak Thomas cytował już kazania wielebnego Flotleya po raz czwarty. Lady Chelsea nie wytrzymała i wyrwała mu wspomnianą księgę z rąk.

– Dlatego mężczyźni mają być jak pasterze, a kobiety jak owce. – Lady Chelsea próbowała zapanować nad sobą. – Co za bzdury, Thomasie. W dodatku zachowujesz się jak papuga. Powtarzasz tylko słowa, nie myśląc o tym, co się za nimi kryje. A czy na przykład zauważyłeś, mój światły bracie, że wszystkie tego rodzaju nonsensy piszą wyłącznie mężczyźni. I co? Naprawdę będziesz mnie traktował jak owcę? I bił, kiedy twoim zdaniem zejdę na złą drogę? O ile dobrze pamiętam, całkiem ci nieźle szło z batem. Zwłaszcza że ten, którego biłeś, nie bardzo mógł się wówczas bronić.

Hrabia zrobił krok w stronę siostry i uniósł dłoń, jakby rzeczywiście zamierzał ją uderzyć, ale potem szybko cofnął rękę, usiadł na wyściełanym krześle i uśmiechnął się sztucznie.

– Oczywiście, że nie, Chelsea, ale właśnie pokazałaś, że wielebny Flotley ma rację – rzekł, składając dłonie jak do modlitwy. – Kobietom wiele brakuje, jeśli idzie o intelekt. Nie mają też samodyscypliny, by móc nad sobą panować. Ja jednak ci wybaczę, bo zgodnie ze słowami wielebnego Flotleya, Bóg każe wybaczać maluczkim.

– Czyżby Bóg mówił tylko do mężczyzn? Może powinnam spróbować sama pogawędzić z Bogiem, żeby zakazał wielebnemu ocierać się o mnie, kiedy udaje, że udziela mi błogosławieństwa? Co prawda nie pomoże mi to w kwestiach intelektu, ale przynajmniej wielebny nie będzie narażony na kopniaki…

Hrabia westchnął i spojrzał z przyganą na siostrę.

– To są oskarżenia bez pokrycia, moja droga. I nie myśl sobie, że z ich powodu zmienię zdanie o wielebnym Flotleyu.

Chelsea pokręciła głową.

– Już zapomniałeś o tym, co ci mówiłam. Naprawdę, Thomasie, jesteś jak papuga. Powtarzasz wszystko za tym okropnym człowiekiem, nawet się nad tym nie zastanawiając.

– Nie mówimy teraz o mnie, tylko o tobie.

– Wcale nie mam na to ochoty.

– W tej chwili jest to już bez znaczenia. Miałaś sposobność, by tego uniknąć. Masz za sobą trzy sezony i wciąż nie zdecydowałaś się na męża. Tata za bardzo ci pobłażał, a w dodatku straciłaś cały sezon tylko dlatego, że umarł. Niedługo zostaniesz starą panną. Można by pomyśleć, że to przemówiłoby ci do wyobraźni, ale nie. Już odrzuciłaś propozycje kolejnych czterech dżentelmenów.

– Pamiętaj, że jeden z nich był łowcą posagów i to ty dałeś się nabrać na jego piękne słówka – powiedziała Chelsea, która krążyła po gabinecie, nie mogąc się uspokoić. Brat zawsze był głupi, a teraz zrobił się jeszcze świętoszkowaty. Ukrył się przed lękami za bramą religii, co powodowało, że stawały się one jeszcze większe.

– Możliwe, ale wciąż mamy problem z twoim zamążpójściem. Jeśli nie przyjmiesz oświadczyn, sam będę musiał znaleźć dla ciebie małżonka. Tak jak to się stało w przypadku twojej siostry. Powinnaś się cieszyć, że wielebny Flotley się tobą interesuje, bo przecież doskonale wie, jak się potrafisz zachowywać. Trudno mi sobie wyobrazić lepszego kandydata na męża.

– I znowu jest to zapewne jego opinia. Ja sama uważam, że jest najgorszym możliwym kandydatem. Wolałabym już raczej poślubić dozorcę niż tego świętoszkowatego krętacza. Och, nie patrz tak na mnie, Thomasie. – Westchnęła ciężko. – Niedługo stanę się już pełnoletnia, a wtedy nie będziesz mógł kazać mi wychodzić za mąż. A już na pewno nie za wielebnego Flotleya, który tylko patrzy, jak cię oszukać. Naprawdę myślisz, że rozmawia z Bogiem? Podobno w Bedlam pełno jest takich pacjentów. Może poprosisz kogoś stamtąd, by się za tobą wstawił. Nie będziesz mu przynajmniej musiał tyle płacić. A ja pójdę swoją drogą.

– Czyli gdzie konkretnie, Chelsea? – Brat starał się zachować spokój, co przychodziło mu z trudem. Zawsze był w gorącej wodzie kąpany, ale od kiedy niemal zmarł dwa lata temu z powodu świnki, którą zaraził się od jednej z córek Madelyn, starał się panować nad sobą. Oczywiście było to jeszcze przed tym, jak Madelyn urodziła syna i jej mąż dał jej w końcu spokój, pozwolił odzyskać figurę, kupić samodzielne mieszkanie i sypiać z kim popadnie.

Thomas jednak zdołał jakoś dojść do siebie i obiecał Bogu różne wyrzeczenia. Stał się strasznie religijny; co gorsza, znalazł gdzieś tego nieszczęsnego Flotleya, który miał być pośrednikiem między nim a Bogiem.

Po przedwczesnej śmierci ojca Thomas przestał pić alkohol, pożegnał się z kochanką i po raz pierwszy był zupełnie wierny żonie, którą bardzo niepokoiło to, co się z nim działo. Zaczął też nosić czarne surduty bez ozdób, ale za to szyte z najlepszego sukna. Starał się też panować nad sobą. Codziennie o dziesiątej wieczorem zaczynał modły, a następnie szedł spać o jedenastej.

No i sowicie płacił wielebnemu Flotleyowi za jego usługi. Jednak Chelsea powoli zaczynała nabierać przekonania, że wielebny postanowił się z nią ożenić, by mieć zawsze stały przypływ gotówki. Nawet wówczas, kiedy hrabia przeszedłby nagły kryzys wiary… lub też spotkał damę, której wdzięki przewyższyłyby rozkosze religijnych uniesień.

– Powiedziałam to metaforycznie, Thomasie – rzuciła i przyjrzała się bratu, mrużąc oczy. – Co ci chodzi po głowie? Czyżbyś groził, że wyrzucisz mnie na ulicę?

Hrabia westchnął.

– Mam nadzieję, że do tego nie dojdzie, ale pamiętaj, że aż do twego zamążpójścia sprawuję pełną kontrolę nad twoim majątkiem. Tylko dzięki mojej hojności masz dach nad głową, jedzenie i ubrania. Jednak obaj z Francisem widzimy, że z powodu twego uporu i całego tego nowoczesnego myślenia twoja dusza jest zagrożona. Obawiam się, że nie pozostawiasz mi wyboru. Już w niedzielę ogłosimy w Brean zaręczyny, a pod koniec miesiąca wyjdziesz za wielebnego.

Wściekłość walczyła w niej ze strachem, ale w końcu to wściekłość wygrała.

– Jeszcze czego! Wydaje ci się, że Flotley uratował ci życie, więc chcesz złożyć mnie w ofierze?! Już zupełnie zgłupiałeś, Thomasie. Nie wyobrażaj sobie, że wyjdę za tego człowieka! Już raczej wolę mieszkać gdzieś pod mostem!

Hrabia otworzył książkę z kazaniami i pogrążył się w lekturze, co oznaczało, że uważa rozmowę za skończoną. Nie mógł jednak ukryć drżenia rąk i Chelsea wiedziała, że niemal doprowadziła go do stanu, który tak potępiał wielebny Flotley.

– Przynajmniej na razie znajdziemy dla ciebie inne mieszkanie – mruknął. – Jutro rano wyjedziesz do Brean, gdzie będziesz bezpieczna aż do ślubu.

Chelsea poczuła, jak ściska jej się żołądek. Brat pragnął ją po prostu uwięzić.

– Bezpieczna? Po prostu chcesz mnie tam zamknąć. Thomasie, nie możesz tego zrobić. Popatrz na mnie.

Przewrócił stronę, nie zwracając na nią uwagi.

Chelsea obróciła się na pięcie i wyszła z pokoju, zastanawiając się gorączkowo, co dalej. Rozmowa z bratem przypomniała jej pewne przeszłe wydarzenie.

Kiedy dotarła do holu, poleciła lokajowi, żeby przygotował jej klacz pod wierzch, a sama ruszyła szparko na górę. Chciała zdążyć, zanim brat zrozumie, że poinformował właśnie przyszłą więźniarkę o jej losie.

– Tak tutaj leżę… i myślę… i chcę cię zapytać o jedną rzecz. Możesz mi odpowiedzieć? Daj przynajmniej znak, że żyjesz.

Gdzieś z boku dobiegł go zduszony głos i Beau dostrzegł kątem oka ruch na kanapie. Nie zważając na ból szyi, przekręcił głowę i dostrzegł młodszego brata, który leżał z twarzą do dołu na kanapie naprzeciwko. Niestety, wyglądało na to, że Puk zgubił gdzieś bezpowrotnie jeden pantofel.

– No dobrze, widzę, że żyjesz. A teraz pytanie… tylko uważaj. Jak można spić się jak świnia? Przecież świnie nie piją – powiedział Beau do Robina Goodfellowa Blackthorna, którego bracia i przyjaciele nazywali po prostu Puk.

– Doskonałe pytanie, Beau. Naprawdę doskonałe! Niestety, nie znam na nie odpowiedzi – odrzekł brat, będący kolejną ofiarą uwielbienia matki dla talentu Williama Szekspira.

Puk uniósł nie bez wysiłku głowę i spojrzał przez jasne włosy, które spadały mu na czoło. Miał przed sobą skąpo odzianą mosiężną boginię z sześcioma… nie, ośmioma dziwnie wygiętymi ramionami. Przynajmniej żywił nadzieję, że bogini ma tyle ramion, bo gdyby dysponowała tylko jedną ich parą, znaczyłoby to, że jest znacznie bardziej pijany niż najbardziej pijana świnia na świecie.

– Obawiam się jednak – ciągnął – że odpowiedź mogłaby się okazać dla nas wielce niepochlebna. Boję się, mój drogi, że potwornie się wczoraj zalałem, urżnąłem czy jak to jeszcze określić. No… zalałem się w trupa.

Beau spojrzał na pustą butelkę po winie, którą jeszcze przed chwilą przyciskał do piersi niczym kochankę. Teraz odsunął ją od siebie ze wstrętem, zastanawiając się, dlaczego zadaje bratu tak głupie pytania. W dodatku zapach, wydobywający się z butelki, sprawił, że zaczął mu się buntować żołądek.

– Rzeczywiście wyglądałeś jak trup, Puk – powiedział rzeczowym tonem. – To znacznie lepsze porównanie niż to ze świnią. Ostatnio David Carney też mówił, że zalał się jak świnia. Skąd ta świnia? Jaka świnia? – powtarzał z pijackim uporem Oliver.

– David Carney ożenił się ze świnią, dlatego tak mówi – argumentował Puk, dziwiąc się temu, że nawet w tym stanie potrafi tak logicznie myśleć. – Sam widziałem. Jak myślisz, czy jesteśmy jeszcze pijani? Chyba nie powinniśmy być, bo jest już, zdaje się, widno i wydaje mi się, że zegar wybił południe. A może jednak jedenastą? Sam nie wiem. Straciłem rachubę. A może już nie żyjemy?

– Na to za bardzo boli mnie głowa – powiedział Beau. – Ale wracając do głównego tematu, jestem pijany i ty jesteś pijany. Jesteśmy pijani jak bękarty. Ale czy bękarty mogą być pijane jak świnie?

– Znowu wracasz do tych bękartów. Wydawało mi się, że uporaliśmy się z tym tematem przy trzeciej butelce. Moim zdaniem bękart może być równie dobrze świnią, jak i lordem, co najlepiej widać na naszym przykładzie – rzucił Puk, ostrożnie podnosząc się z sofy. Kiedy już siedział, przesunął ostrożnie dłonią, odgarniając z oczu długie do ramion włosy. – Widziałeś gdzieś moją wstążkę? Inaczej włosy ciągle będą wpadać mi do oczu.

– Mogę zadzwonić po Sidneya. Wiem, że ma nożyce, czego zdaje się nie można powiedzieć o twoim służącym.

– Cóż ty opowiadasz! Damy nigdy by mi tego nie darowały. Moje włosy to ważna część mojego wizerunku. Jeśli już mam być Pukiem, podstępnym leśnym duszkiem, to muszę mieć długie włosy.

– I krótki rozum – zawyrokował Beau.

– To ty tak mówisz. Zresztą jeśli nawet, to wolę być głupi i ładny niż głupi i brzydki. Wiesz, jestem marzeniem każdej dziewicy. Nie żebym miał czas na dziewice. Za dużo trzeba poświęcać im czasu, a kiedy już masz je w łóżku, nie wiedzą, co trzeba robić. Ogólnie rzecz biorąc, dziewice to strata czasu.

Beau także usiadł i postawił butelkę po winie przy stoliku, tak by móc dłońmi rozcierać skronie.

– Już skończyłeś? Czasami myślę, że nigdy nie dorośniesz. Kiedy wyjeżdżałem, byłeś dzieckiem, a teraz jesteś po prostu dziecinny.

Puk tylko wzruszył ramionami, wcale nie przejmując się słowami brata.

– Gdybyś powiedział to Jackowi, mógłbyś mieć kłopoty, a tak spotkasz się tylko z obojętnością – rzekł Puk. – Dzięki naszemu ojcu mam więcej pieniędzy, niż mi potrzeba. Udało mi się też zdobyć dobre wykształcenie i wiem, jak się ubrać. Tyle mi wystarczy do szczęścia. Poza tym obaj z Jackiem jesteście tak poważni, że wystarczy za całą rodzinę. Niektórzy z nas powinni się jednak umieć bawić. Tak swoją drogą, wyglądasz naprawdę fatalnie. Będę chyba musiał zrezygnować z mocniejszych trunków, gdy dożyję twego sędziwego wieku.

Beau w końcu się uśmiechnął.

– To już za cztery lata – stwierdził. – Poza tym trzydzieści lat to jeszcze nie najgorszy wiek. – Spróbował się wyprostować i jęknął. – Choć muszę przyznać, że nie pamiętam, kiedy ostatnio tak podle się czułem. Masz na mnie zły wpływ, mój młodszy bracie. Kiedy wracasz do Francji?

– Już chcesz mnie tam wysłać? Zaledwie parę dni po tym, jak wróciłem? I to po jednej nocy świętowania? Przecież tata trzyma ten dom dla nas wszystkich. Zastanawiam się nawet, czy nie osiąść na stałe w Londynie. Byłoby bardzo ciekawie, prawda? Sąsiedzi by pomstowali, że w okolicy mieszka dwóch bękartów Blackthorna, a nie tylko jeden. Najlepiej byłoby, gdybyśmy zamieszkali tu we trzech, ale Jack jakoś omija to miejsce.

Beau próbował poprawiać swój wymięty fular.

– Nie, nie, był tutaj. Wyniosły i sarkastyczny. Więc wolałbym, żeby nie wracał.

– Byłby świetnym markizem, pomijając to, że miałbyś prawo pierwszeństwa do tytułu. Oczywiście pod warunkiem, że nasza kochana mama zgodziłaby się wyjść za ojca. No właśnie… taki drobiazg.

– Jack nie przyjąłby tytułu, nawet gdyby podano mu go na srebrnej tacy. Uwielbia to, że jest wyjęty spod prawa.

Puk uniósł do góry jedną brew.

– Chyba użyłeś tego zwrotu w znaczeniu przenośnym – rzucił. – Wyjęty spod prawa, co?

– Mam nadzieję. Powodzi mu się całkiem dobrze jak na kogoś, kto odmówił przyjęcia pieniędzy od ojca. Chętnie sam bym to zrobił, ale poświęcam za dużo czasu sprawom majątku, by nie musieć czerpać z tego korzyści. Ty tylko trwonisz swoje pieniądze, a Jack się dąsa.

Młodszy Blackthorn skinął poważnie głową.

– Przyznaję, że lubię się zabawić. I nie mam z tego powodu najmniejszych wyrzutów sumienia.

– Zobaczysz, niedługo wydoroślejesz. Tak jak my wszyscy, w większym lub mniejszym stopniu. – Beau wstał ostrożnie, gdyż stwierdził, że musi jak najszybciej znaleźć Sidneya i zażądać gorącej kąpieli, tak by zmyć z siebie zjełczały smród wczorajszego wieczoru.

– Wygrywa w karty? Może w kości? – Puk też podniósł się z miejsca i triumfalnie pomachał czarną wstążką, którą następnie związał sobie włosy.

– Nie wiem, nie pytałem go o to. Jack nie lubi mówić o swoich osobistych sprawach. No, braciszku, czas na kąpiel.

– Jak chcesz, to się kąp. Ja wolę zacząć od śniadania i tych wczorajszych kiełbasek.

Beau poczuł, że ściska mu się żołądek.

– Och, pamiętam te czasy, kiedy mogłem pić całą noc, a potem budziłem się głodny tylko z niewielkim bólem głowy. Masz rację, Puk, trzydziestka to już starość.

– A teraz próbujesz mnie przestraszyć. O, co to takiego? Chyba ktoś stuka do drzwi. Czyżbym miał spotkać któregoś z twoich londyńskich przyjaciół?

– Znajomych, mój drogi. Nie trzeba mi przyjaciół.

– To przykre – powiedział brat i pokręcił głową. – W wojsku miałeś przyjaciół.

– To co innego – odparł Beau. – Wojna jest naprawdę, a życie towarzyskie tylko na niby.

– Francuzi są znacznie bardziej pobłażliwi. Jestem dla nich kimś w rodzaju maskotki. Moje pochodzenie nie zraża ich, powiedziałbym, że raczej ciekawi. W dodatku jestem czarujący, co stanowi dodatkową zachętę… O, znowu stukanie. I to jakie natarczywe! – Puk przeszedł w stronę holu. – Powiedziałbym, że to komornik z wekslami, ale przecież nie masz długów. Chodźmy zobaczyć, kto tak się do nas dobija.

Beau otworzył usta, żeby zaprotestować, ale wkrótce z tego zrezygnował. Przeszli obaj do holu, gdzie stała jakaś kobieta. Rondo kapelusza do jazdy zasłaniało jej twarz, a ona sama kłóciła się cicho, lecz zażarcie z majordomusem.

– Wadsworth? – rzucił Beau, a służący, do niedawna sierżant w armii Jego Królewskiej Mości, obrócił się karnie i omal nie zasalutował swemu pracodawcy.

– Tak, panie? – rzucił, starając się zasłonić kobietę ciałem, jakby w obawie, że rzuci się na Beau. – Jakaś dama do pana. Właśnie powiedziałem jej, że nie ma pana w domu.

– Tak, myślę, że teraz to już na pewno ci uwierzy. A może jednak uda się ją odesłać do domu?

– Ona z całą pewnością nie pójdzie – odezwała się kobieta, starając się wychylić zza majordomusa. Następnie chwyciła go za ramię i odepchnęła gdzieś na bok, nic sobie nie robiąc z tego, że ten mężczyzna kiedyś sam stawiał opór kilkunastu Francuzom.

– Który z was to Oliver Blackthorn? A ten drugi to pewnie Robin Goodfellow Blackthorn. Czy te imiona to zemsta matki? A, już wiem, który to Oliver! – Wymierzyła palec w Beau. – Nawet na łożu śmierci poznałabym ten grymas. Musimy porozmawiać.

– Boże, co za piękność, nawet jeśli ma niewyparzony język – szepnął Puk. – Powiedz jej, że jestem tobą. No, chyba że przyszła tu powiedzieć, że bękart począł bękarta. W takim wypadku zaczekam w jadalni.

Beau tak naprawdę wcale go nie słuchał. Starał się sobie przypomnieć, gdzie wcześniej mógł widzieć tę piękność, tak niezwykłe, pełne inteligencji szaroniebieskie oczy i wyraz rozbawienia, który się w nich czaił.

– Pamięta mnie pan, prawda? – spytała młoda dama oskarżycielskim tonem. – Pomijając już świnkę, to przez pana mam teraz poważne kłopoty. I musi mi pan pomóc.

– Powiedziała świnkę? Czyżbyś miał do czynienia z tymi zwierzętami, braciszku? A może wypuszcza się teraz pensjonariuszy z Bedlam, żeby chodzili i straszyli ludzi?

– Idź już, Puk. – Beau postąpił w stronę damy. – Czy mam przyjemność z lady Chelsea Mills-Beckman? – spytał, przekonany, że ma rację, choć nie widział jej aż siedem lat.

Dlaczego tu przyszła? I w dodatku sama? A może jednak brat ma rację, że zwariowała i uciekła z Bedlam? – zastanawiał się.

– Więc jednak mnie pan pamięta, choć obawiam się, że niewiele w tym przyjemności dla nas dwojga. Dobrze, a teraz jeśli nie chce pan omawiać bardzo delikatnych rzeczy przy służbie, proponuję, żebyśmy gdzieś przeszli. Tylko bez niego – dodała, wskazując Puka, który najwyraźniej wybierał się wraz z nimi.

– A tak? No, dobrze – zreflektował się Puk. – Więc idę i niech cię Bóg ma w swojej opiece, mój bracie, skoro ja nie mogę.

– Wadsworth, poprosimy o herbatę i coś do jedzenia za dziesięć minut do saloniku, dobrze? – powiedział Beau, wciąż patrząc na lady Chelsea.

– Nie, Wadsworth, dwa kieliszki i karafka najlepszego wina pana Blackthorna – poprawiła go Chelsea. – I jest mi wszystko jedno, czy pan się ze mną napije.

Weszła do saloniku, a obaj bracia wraz ze służącym patrzyli za nią z bezbrzeżnym zdumieniem. W końcu wzruszyli ramionami i zaczęli bez szemrania spełniać polecenia lady Chelsea. Doświadczenie nauczyło Beau, że czasami lepiej jest słuchać rozgniewanych kobiet, by móc im się później lepiej przeciwstawić lub też zejść im z drogi.

Wcale nie miał ochoty na rozmowę. Jak tylko ją rozpoznał, powróciły do niego wspomnienia z ich ostatniego spotkania. A teraz, gdy spoglądał na zatrzaśnięte przez nią drzwi do saloniku, zaczynał żałować, że udało mu się tak szybko wytrzeźwieć.

Wieczór z Pukiem pozwolił mu się odprężyć i wyjrzeć zza muru, który wokół siebie zbudował. Obaj mogli się pośmiać i wypić, nie troszcząc się o to, jak inni to ocenią. Dawno nie czuł się tak młodo i świeżo.

Tylko przy bracie pozwalał sobie na żarty na temat ich pochodzenia, co sprawiało, że ten ciężar stawał się lżejszy. Beau miał wrażenie, że Puk znosi swoją sytuację nieźle, choć przyjął zupełnie inną strategię. Oliver starał się zdobyć sobie przychylność i szacunek, natomiast brat po prostu oczarować towarzystwo. A Jack? Jack nikim się nie przejmował i sam był dla siebie wyrocznią.

Niezależnie od wszystkiego Beau wiedział, że nie jest już tak naiwny jak siedem lat temu. Zostawił przeszłość za sobą i w Londynie trzymała go już tylko jedna niezałatwiona sprawa.

Wynikało z tego, że lady Chelsea też powinna zostać gdzieś po drugiej stronie jego życia. Wraz ze swoimi żartami i dziecięcym współczuciem. To właśnie jej łzy pamiętał najlepiej z tego dnia i to one dodawały mu otuchy w wielu trudnych sytuacjach.

– Panie?

Beau natychmiast powrócił do rzeczywistości.

– Tak, Wadsworth?

– Czy mam posłuchać tej damy? – Stary żołnierz spojrzał z obawą w stronę saloniku. – Muszę powiedzieć, że zachowuje się jak generał.

– Albo marszałek, Wadsworth – rzekł z westchnieniem Beau. – Albo marszałek.

ROZDZIAŁ DRUGI

Z wyglądu nie zmienił się tak bardzo w ciągu tych siedmiu lat, ale wydawał się inny. Był wyższy i bardziej pewny siebie, choć równie arogancki jak niegdyś. Miał większe mięśnie i szczuplejszą twarz, a oczy zdradzały, że przeżył niejedno niebezpieczeństwo i niewiele mogło go teraz przestraszyć.

Nawet wtedy jej się podobał. Mimo że zakochał się w tej głupiej gęsi, Madelyn, i chodził w zbyt wyszukanych strojach. Wydawał jej się śmieszny, kiedy z niego kpiła, i bezbronny, kiedy leżał na ulicy, a Thomas okładał go batem.

Tych siedem lat sprawiło, że taka sytuacja nie powtórzyłaby się.

Blackthorn stał się mężczyzną, a na jego widok dreszcz przebiegał jej po plecach.

Być może postąpiła mało rozsądnie, przychodząc do tego domu, ale założyła, że spodoba mu się jej pomysł i zgodzi się pomóc.

Stało się, pomyślała Chelsea. Panna na wydaniu znalazła się bez przyzwoitki w mieszkaniu kawalera, co z pewnością nie uszło uwagi co najmniej kilku przedstawicieli londyńskiej socjety. Zwłaszcza że długo stała przy drzwiach, a potem kłóciła się ze służącym, zanim zdołała wepchnąć go do środka.

Równie dobrze mogłaby potrząsać dzwonkiem i wołać: „Ludzie, patrzcie, jestem tutaj!”.

Teraz jeszcze musi przekonać pana Blackthorna, Olivera, jak zawsze o nim myślała, że nie ma dla nich odwrotu. To prawda, że jest przestraszona i niepewna – co zdarzało jej się niezmiernie rzadko – ale postanowiła, że nie da tego po sobie poznać.

– Wygląda pan tak, jakby wleczono pana przez żywopłot – powiedziała, kiedy w końcu stanęli naprzeciwko siebie. Zaczęła zdejmować rękawiczki z koźlej skóry, modląc się w duchu, by nie dostrzegł drżenia jej rąk. – No i niezbyt dobrze pan pachnie. Czy to u pana normalne? Bo jeśli tak, to będzie się pan musiał zmienić.

Beau sięgnął po wiszący na krześle surdut, ale rozmyślił się. Stał więc przed nią jedynie w skórzanych spodniach i koszuli.

– Przykro mi się z panią nie zgodzić, ale ja nic nie muszę. Bycie bękartem ma też swoje dobre strony.

Chelsea przewróciła oczami i nagle poczuła się znacznie swobodniej. Być może Oliver wydaje się teraz silny, ale wciąż dźwiga ciężar swego pochodzenia.

– Pan wciąż o tym samym, prawda? Nie może pan o tym zapomnieć. Dlatego chce pan zrujnować mojego brata?

Zmarszczył brwi i zrobił taką minę, jakby nie rozumiał, co tylko ją rozgniewało. Przecież doskonale wiedziała, że nie jest głupi.

– Niech pan nie próbuje zaprzeczać. To przez pana trwonił majątek. Okradał go pan bez najmniejszych skrupułów. Może Thomas jest zupełnym idiotą, ale nie ja.

– Trudno też powiedzieć, że jest pani damą, skoro wpada pani bez przyzwoitki do domu samotnie mieszkającego kawalera – zauważył z rozbawieniem. Beau podszedł do kanapy, która stała pod żyrandolem i opadł na nią bez siły. – No, ale ja nie jestem dżentelmenem, więc to w sumie wszystko jedno. Może pani stać, siedzieć, wszystko mi jedno. Ja mam za sobą ciężką noc, więc pozwoli pani, że spocznę.

Chelsea spojrzała na niego i zmarszczyła w namyśle brwi. Miał jasną czuprynę, jednodniowy zarost i nabiegnięte krwią oczy. Wyglądał bardzo pociągająco – o czym starała się w tej chwili nie myśleć – ale też wszystko wskazywało, że całą noc spędził na hulankach i piciu, z akcentem na drugą z czynności.

Z pewnością męczył go też ból głowy. Świetnie, pomyślała, to powinno ułatwić jej zadanie.

– Niech pan spoczywa w spokoju – rzuciła dwuznacznie – a ja przejdę do rzeczy. W tym roku, kiedy to Thomas znowu po roku żałoby zaczął bywać w towarzystwie, a pan wrócił do Londynu, nawiedziły nas prawdziwie egipskie plagi finansowe.

Beau uniósł do góry dłoń, chcąc powstrzymać potok słów, i udawał, że zbiera myśli.

– No dobrze, rozumiem, pani brat, mój powrót i plagi egipskie. Jakaś szarańcza? Prawdę mówiąc, nie przepadam za owadami, ale pani to oczywiście w najmniejszym stopniu nie obchodzi…

– W najmniejszym – potwierdziła. – A jeśli idzie o szarańczę, to rzeczywiście pojawił się niejaki Jonathan Milwick, który potrzebował niewielkiej sumy, by zrewolucjonizować produkcję tabaki, i pewien Włoch o nazwisku Fanini, który chciał otworzyć kopalnie diamentów w Walii. Thomas liczył, że bardzo się na tym wzbogaci.

Beau zamknął oczy i zaczął rozcierać skronie.

– Nie mam pojęcia, o co pani chodzi.

– Dobrze, więc będę ciągnąć, aż pan zrozumie. No i w końcu Henrick Knur, który miał potroić zainwestowane w ładunek winogron pieniądze. Poszłam z nim do portu, kiedy przypłynął statek. Czy wie pan, jak wonieją zepsute winogrona?

– Knor – poprawił zgnębionym tonem.

– A, więc przyznaje się pan do znajomości z tym osobnikiem!

– Do niczego się nie przyznaję. Ale to chyba niemożliwe, żeby ktoś się nazywał Knur i dlatego zaproponowałem inne rozwiązanie. Przepraszam na chwilę, ale właśnie sobie coś przypomniałem. – Sięgnął za kanapę, na której siedział, i wydobył stamtąd butelkę z niedopitym winem. Pociągnął kilka łyków, a następnie spojrzał na nią z bezczelnym uśmiechem. – O czym pani mówiła?

– O czym mówiłam? Na razie o niczym istotnym – odparła. – Wcale nie winię pana za to wszystko. Thomas zasłużył sobie nawet na coś gorszego. Postanowiłam więc panu pomóc.

Ręka Olivera zastygła w półruchu. Nareszcie zaczął jej słuchać.

– Przepraszam, ale tym razem to już naprawdę nie rozumiem. Chce mi pani pomóc. A w czym konkretnie?

Chelsea otwarła usta, ale zaraz je zamknęła, gdyż do pokoju wszedł Wadsworth z karafką wina i dwoma kieliszkami na tacy. Milczała do chwili, kiedy służący opuścił salonik.

– Chyba mnie nie polubił – zauważyła, patrząc za majordomusem, a następnie wzruszyła ramionami i przyjęła ofiarowany jej przez Beau kieliszek. – Wie pan, że brat poważnie zachorował tuż po śmierci ojca. Wszyscy sądzili nawet, że do niego dołączy.

– Tak, dotarły do mnie plotki na ten temat – odparł Beau, patrząc pogardliwie na karafkę i pusty kieliszek, a następnie raz jeszcze pociągnął łyk wina wprost z butelki. – Czy o to również chce mnie pani oskarżyć? A może też o śmierć ojca? Najwyraźniej dysponuję mocami, z których istnienia nie zdawałem sobie sprawy.