Wydawca: Amber Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2016

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 422 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Miłosne tajemnice - Julia Quinn

Penelope Featherington od zawsze kocha się w przyjacielu swego brata. Lecz czy szara myszka może zwrócić na siebie uwagę rozchwytywanego kawalera? Obserwuje więc Colina Bridgertona z daleka i jest pewna, że wie o nim wszystko. Dopóki nie odkryje jego sekretu...
Colin Bridgerton ma dość reputacji lekkoducha i uwodziciela. Ma dość ekscytacji salonów „Kronikami Towarzyskimi” tajemniczej lady Whistledown, która nie przepuści żadnej okazji, by opisać go w swej plotkarskiej gazecie.
Colin powraca z zagranicy, odkrywa, że mała Penelope bardzo się zmieniła. I że plotki o nim krążą jak dawniej. Czy otoczony aurą skandalu dżentelmen i nieśmiała dziewczyna zdołają zdemaskować anonimową dziennikarkę, której ostre pióro z jakiegoś zagadkowego powodu wymierzone jest przeciwko nim dwojgu?

Opinie o ebooku Miłosne tajemnice - Julia Quinn

Fragment ebooka Miłosne tajemnice - Julia Quinn

Korekta

Renata Kuk

Hanna Lachowska

Projekt graficzny okładki

Małgorzata Cebo-Foniok

Zdjęcie na okładce

© Laoshi/iStock

Tytuł oryginału

Romancing Mister Bridgerton

Powieść wydana w Polsce pod tytułem

Miłosne podchody

Copyright © 2002 Julie Cotler Pottinger

All rights reserved.

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna część tej publikacji nie może być reprodukowana

ani przekazywana w jakiejkolwiek formie zapisu

bez zgody właściciela praw autorskich.

For the Polish edition

Copyright © 2016 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-5956-7

Warszawa 2016. Wydanie I

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-954 Warszawa, ul. Królowej Marysieńki 58

tel. 620 40 13, 620 81 62

www.wydawnictwoamber.pl

Konwersja do wydania elektronicznego

P.U. OPCJA

juras@evbox.pl

Prolog

Szóstego kwietnia roku 1812 – dokładnie na dwa dni przed swymi szesnastymi urodzinami – Penelope Featherington straciła głowę z miłości.

Cudowne uczucie. Ziemia zatrzęsła się jej pod stopami. Serce wywinęło koziołka. Z wrażenia aż zaparło jej dech w piersi. A jak nie bez drobnej satysfakcji zdołała zauważyć, sprawca całego zamieszania – niejaki Colin Bridgerton – poczuł się dokładnie tak samo.

O nie, nie w sensie zakochania. Nie zakochał się w niej wtedy, w 1812, ani w 1813, 1814, 1815, ani… do licha, nie w latach 1816–1822, i bez wątpienia również nie w 1823, gdyż przez cały czas przebywał poza granicami kraju. Jednak tamtego dnia i jego świat zadrżał w posadach, serce wywinęło koziołka, a on sam – o czym Penelope mogła zaświadczyć – stracił oddech i to na dobre dziesięć sekund.

Zwykle tak się dzieje, kiedy człowiek spadnie z konia.

A było to tak.

Wybrała się z matką i dwiema starszymi siostrami na spacer do Hyde Parku, kiedy pod stopami poczuła drżenie (patrz wyżej, fragment na temat trzęsienia ziemi). Matka nie zwracała na nią większej uwagi (rzadko bywało inaczej), bez przeszkód więc Penelope oddaliła się, aby sprawdzić, co się dzieje. Pozostałe trzy panie Featherington kontynuowały rozmowę z wicehrabiną Bridgerton i jej córką Daphne, rozpoczynającą właśnie drugi sezon w Londynie, i udawały, że nie słyszą grzmotu. Bridgertonowie byli zbyt ważnymi osobistościami, żeby byle co mogło zakłócić konwersację z nimi.

Penelope wychyliła się zza grubego pnia i ujrzała dwóch jeźdźców pędzących na złamanie karku – właściwie pasowało tu dowolne określenie, jakiego używają ludzie, opisując mężczyzn galopujących bez troski o własne zdrowie i życie. Poczuła, jak jej serce zaczyna szybciej bić (trudno byłoby mu utrzymać miarowy rytm na taki widok, a poza tym zawsze mogła twierdzić, że serce zabiło jej mocniej z miłości). I wówczas, jakimś niewytłumaczalnym zrządzeniem losu, nagły podmuch wiatru zerwał jej z głowy czepek (którego, ku wielkiej irytacji matki, nie zawiązała rano dość starannie, gdyż wstążka uwierała ją w szyję), uniósł w powietrze i rzucił wprost w twarz jednego z jeźdźców.

Panna Featherington krzyknęła cicho (zaparło jej dech w piersi!), mężczyzna zaś spadł z konia, lądując bardzo nieelegancko w najbliższej błotnistej kałuży.

Bez chwili namysłu Penelope rzuciła się ku jeźdźcowi, wydając piskliwe okrzyki, które miały wyrażać troskę o jego zdrowie i dobre samopoczucie, ostatecznie jednak brzmiały jak zdławiony skrzek. Oczywiście, miał pełne prawo być wściekły – przecież to właściwie ona zrzuciła go z konia i do tego wprost w błoto, a były to dwie rzeczy, które wyprowadziłyby z równowagi każdego dżentelmena. Jednak kiedy mężczyzna stanął na nogi, otrzepując się z błota, z dość marnym skutkiem zresztą, nie rzucił się ku niej z krzykiem. Nie cisnął jej w twarz kąśliwej uwagi, nie spiorunował nawet wzrokiem.

Śmiał się.

Śmiał się.

Penelope nie miała zbyt wiele okazji słuchać męskiego śmiechu, a to, co o nim wiedziała, nie było przyjemne. Tymczasem oczy tego mężczyzny – o dość intensywnym odcieniu zieleni – błyszczały wesołością. Nieznajomy starł z policzka plamę błota i rzekł:

– Chyba się nie popisałem, co?

W tym momencie Penelope zakochała się w nim.

Kiedy była już w stanie przemówić – ze wstydem musiała przyznać, że nastąpiło to całe trzy sekundy później niż u osoby obdarzonej przeciętną inteligencją – odparła:

– O nie, to ja powinnam przeprosić! Wiatr zerwał mi czepek i… – urwała, kiedy zorientowała się, że on przecież wcale nie przepraszał, wobec czego nie ma sensu protestować.

– Nic się nie stało – odparł mężczyzna rozbawionym głosem, obdarzając ją uśmiechem. – Nie… Och, witaj, Daphne, nie wiedziałem, że jesteś w parku!

Penelope odwróciła się na pięcie i ujrzała Daphne Bridgerton, stojącą obok jej matki, która syknęła:

– I cóżeś najlepszego narobiła, Penelope Featherington?

Penelope nie mogła nawet odpowiedzieć „nic”, gdyż w istocie ponosiła całkowitą winę za wypadek. W ten oto sposób skompromitowała się przed dżentelmenem, który wedle wszelkich oznak był doprawdy znakomitą partią.

Oczywiście, matka nigdy by nie pomyślała, że Penelope może mieć u niego jakiekolwiek szanse, gdyż wszelkie matrymonialne nadzieje pokładała raczej w starszych córkach. Poza tym Penelope nie została jeszcze nawet „wprowadzona na salony”.

Pani Featherington nie mogła jednak dłużej łajać córki, gdyż tym samym zaniedbałaby najważniejszych na świecie Bridgertonów. Jak się wkrótce miała przekonać, ubłocony mężczyzna również się do nich zaliczał.

– Mam nadzieję, że pani syn nie doznał szwanku – zwróciła się do lady Bridgerton.

– Nic mi nie jest – wtrącił Colin, zgrabnie odstępując na bok, zanim lady Bridgerton zdążyła dotknąć go z macierzyńską troską.

Dokonano wzajemnej prezentacji, lecz rozmowa stała się błaha, głównie dlatego, że Colin szybko i celnie rozpoznał w pani Featherington matkę polującą na męża dla swych córek. Penelope nie zdziwiło, kiedy się pospiesznie wycofał.

Później, wieczorem, kiedy po raz tysięczny wspominała spotkanie i analizowała je w myśli, przyszło jej do głowy, że właściwie miło by było, gdyby mogła powiedzieć, że zakochała się w Colinie w chwili, kiedy poprosił ją do tańca, szatańsko błyskając zielonymi oczami i ściskając jej paluszki nieco mocniej, niż wypada… A może powinno to było się stać, kiedy jechał przez smagane wiatrem wrzosowiska, nie dbając o (wyżej wspomniany) wiatr i śmiało galopując (a raczej jego koń), marząc jedynie (Colin, a nie koń), by znaleźć się u jej boku.

Nie, ona musiała zakochać się w Colinie Bridgertonie, kiedy spadł z konia i wylądował na siedzeniu pośrodku błotnistej kałuży. Bardzo niewłaściwe i wysoce nieromantyczne, acz niepozbawione pewnej dozy sprawiedliwości, jako że nigdy nic z tego nie wyniknie.

Po co marnować czas na nieodwzajemnioną miłość? Czy nie lepiej zachować wiatr na wrzosowisku dla ludzi, którzy istotnie mają przed sobą wspólną przyszłość?

Na dwa dni przed swymi szesnastymi urodzinami Penelope wiedziała, że przyszłość nie przewiduje Colina Bridgertona w roli jej męża. Nie była dziewczyną, która mogłaby przyciągnąć jego uwagę, i wiedziała, że to się nigdy nie zmieni.

Dziesiątego kwietnia roku 1813 – dokładnie w dwa dni po swych siedemnastych urodzinach – Penelope Featherington została wprowadzona na londyńskie salony. Nie chciała tego. Błagała matkę, aby pozwoliła jej zaczekać jeszcze rok. Była o co najmniej dwadzieścia funtów cięższa, niż powinna, a jej twarz w chwilach zdenerwowania pokrywała się czerwonymi plamami, co oznaczało, że widniały one tam zawsze, ponieważ nic nie wprawiało jej w równą konsternację jak londyńskie bale.

Daremnie wmawiała sobie, że uroda to jedynie powierzchowność. Nie znajdowała również żadnego usprawiedliwienia wobec ludzi, przed którymi kompromitowała się, nieustannie zapominając języka w ustach. Nie ma chyba nic bardziej przygnębiającego niż brzydka dziewczyna bez osobowości. A taka właśnie czuła się Penelope na salonach: brzydka i całkowicie – no nie, nie można się przecież zupełnie pognębić – prawie pozbawiona osobowości.

W głębi ducha wiedziała, że potrafi być wesoła, dowcipna i miła, jednak przymioty te zawsze gdzieś się zapodziewały, gdy ich potrzebowała.

Co gorsza, matka nie pozwalała jej ubierać się zgodnie z upodobaniami. Jeśli nie odziewała dziewczyny w obowiązkową dla wszystkich młodych panien biel (która wcale nie pasowała do jej karnacji), nakazywała jej nosić szpecącą żółć, czerwień i oranż. Tylko raz Penelope odważyła się zasugerować zieleń, na co rodzicielka wsparła dłonie na rozłożystych biodrach i oświadczyła, że zielony jest zbyt melancholijny.

Pani Featherington uważała, że żółty jest kolorem radości, a radosna dziewczyna bez trudu znajdzie sobie męża.

Ostatecznie Penelope uznała, że najlepiej nie zastanawiać się nad rozumowaniem matki. Pokornie pozwalała odziewać się w żółć, oranż, a czasem czerwień, choć barwy te w połączeniu z jej brązowymi oczami i rudawymi włosami sprawiały, że wyglądała wręcz smutno, żeby nie powiedzieć żałośnie. Ponieważ nie mogła nic na to poradzić, postanowiła, że przyjmie to brzemię z uśmiechem, a jeśli nie zdoła wygiąć ust w uśmiechu, przynajmniej nie będzie publicznie ronić łez.

Z dumą konstatowała, że nigdy jeszcze jej się to nie zdarzyło.

Jakby nie dość było tego wszystkiego, w tym samym roku 1813 pewna tajemnicza (i fikcyjna) lady Whistledown zaczęła publikować trzy razy w tygodniu „Kroniki Towarzyskie”. Jednostronicowe gazetki błyskawicznie stały się sensacją. Nikt nie wiedział, kim naprawdę jest lady Whistledown, lecz każdy zdawał się mieć swoją teorię. Przez wiele tygodni – a właściwie miesięcy – w Londynie nie mówiło się o niczym innym. Przez pierwsze trzy tygodnie gazetkę rozdawano za darmo – akurat tyle czasu, aby towarzystwo się do niej przyzwyczaiło, po czym nagle dostawy się urwały, a gazeciarze zaczęli sprzedawać pisemko po niebotycznej cenie pięciu centów za egzemplarz. Wtedy jednak nikt już nie umiał żyć bez codziennej dawki ploteczek i każdy chętnie za nie płacił. A pewna kobieta (choć niektórzy sądzili, że raczej mężczyzna) z dnia na dzień stawała się coraz bogatsza.

Główną cechą różniącą „Kroniki Towarzyskie Lady Whistledown” od innych czasopism było to, że autorka – w przeciwieństwie do plotkarskiej konkurencji – nigdy nie używała skrótów, takich jak lord P. czy lady B., lecz wymieniała bohaterów z nazwiska.

Jeśli więc chciała napisać o pannie Featherington, nie krępowała się. Pierwszy występ Penelope w „Kronikach Towarzyskich Lady Whistledown” wyglądał następująco:

Nieszczęsna suknia panny Penelope Featherington sprawiła, że biedna dziewczyna przypominała ni mniej, ni więcej tylko przejrzały owoc cytrusa.

Cios dość bolesny, lecz niestety była to szczera prawda. Następna opinia wcale nie była lepsza:

Nie słyszano, aby Penelope Featherington w ogóle się odezwała i nic dziwnego! Biedna dziewczyna zapewne utonęła w falbankach swej sukni.

Penelope mogła być pewna, że nie zyska na popularności dzięki takim komentarzom.

Sezon jednak nie zamienił się w całkowitą katastrofę. Okazało się, że jest kilkoro ludzi, z którymi panna Featherington nie obawia się rozmawiać. Zdumiewające było to, jak bardzo polubiły się z lady Bridgerton. Penelope z zaskoczeniem stwierdziła, że zwierza się uroczej wicehrabinie ze spraw, o jakich nigdy nie wspomniałaby własnej matce. W tym czasie poznała też Eloise, młodszą siostrę jej ukochanego Colina. Dziewczyna właśnie skończyła siedemnaście lat, lecz matka rozsądnie pozwoliła jej zaczekać z debiutem towarzyskim jeszcze rok, choć Eloise nie brakowało ani urody, ani czaru Bridgertonów.

Spędzając popołudnia w zielono-kremowym salonie rezydencji Bridgertonów, od czasu do czasu Penelope spotykała Colina, który w wieku dwudziestu dwóch lat wciąż jeszcze mieszkał z rodziną. A im lepiej go poznawała, tym głębszym uczuciem darzyła.

Colin był inteligentny, śmiały, obdarzony specyficznym, nieco szalonym poczuciem humoru, które sprawiało, że kobiety mdlały na jego widok, ale przede wszystkim…

Był miły.

Miły. Głupie określenie. Powinno brzmieć banalnie, ale do niego pasowało znakomicie.

Zawsze miał Penelope coś miłego do powiedzenia, a kiedy i ona wreszcie zebrała się na odwagę, żeby odpowiedzieć (nie licząc zwyczajowych powitań i pożegnań), słuchał jej bardzo uważnie, co ułatwiało kolejną rozmowę.

Pod koniec sezonu Penelope stwierdziła, że Colin Bridgerton to jedyny mężczyzna, z którym udało jej się normalnie porozmawiać.

To była miłość. Miłość, miłość, miłość, miłość, miłość. Głupie gryzmoły na nieprzyzwoicie drogim papierze listowym „Pani Colinowa Bridgerton”, „Penelope Bridgerton”, „Colin Colin Colin”. Papier ten oczywiście wędrował do ognia, skoro tylko Penelope usłyszała kroki na korytarzu.

Cudownie było kochać… nawet jednostronnie… tak miłą osobę. Przynajmniej czuła się naprawdę rozsądna.

I doprawdy nie miało znaczenia, że przy tym wszystkim Colin był bajecznie przystojny. Miał słynne kasztanowe włosy Bridgertonów, pełne i uśmiechnięte usta Bridgertonów, szerokie ramiona, sześć stóp wzrostu i dodatkowo parę najbardziej zabójczo zielonych oczu, jakie kiedykolwiek ozdabiały ludzką twarz.

Oczu, o jakich śnią dziewczęta.

Więc Penelope śniła, śniła i śniła…

Kwiecień 1814 roku Penelope spędzała w Londynie, a choć nadal przyciągała dokładnie tę samą liczbę adoratorów (czyli zero), ostatecznie jej drugi sezon nie okazał się całkiem stracony. Zgubiwszy zbędne dwadzieścia funtów, wreszcie mogła określić swą figurę jako „ładnie zaokrągloną”, a nie „obrzydliwie tłustą”. Oczywiście, daleko jej było do smukłości, która wówczas królowała w modzie, ale przynajmniej schudła na tyle, że cała jej garderoba nadawała się do wymiany. Niestety, matka w dalszym ciągu nalegała na żółć bądź oranż z okazjonalną odrobiną czerwieni. W konsekwencji lady Whistledown napisała:

Panna Penelope Featherington, najmniej próżna z sióstr Featherington, miała na sobie suknię barwy cytryny, od której patrzącym robiło się kwaśno w ustach.

Tym razem przynajmniej można się było domyślić, że Penelope była najbardziej inteligentną przedstawicielką swojej rodziny, choć doprawdy marna to była pociecha.

Penelope nie była jednakowoż jedyną panną zaszczyconą komentarzem przez złośliwą felietonistkę. Ciemnowłosa Kate Sheffield w swej żółtej sukni została porównana do przywiędłej dalii, a mimo to wyszła za mąż za Anthony’ego Bridgertona, starszego brata Colina i do tego wicehrabiego!

Więc Penelope również nie traciła nadziei.

Wiedziała wprawdzie, że Colin się z nią nie ożeni, jednak przynajmniej tańczył z nią na każdym balu, zabawiał rozmową, a czasem nawet śmiał się z jej dowcipów. I to jej musiało wystarczyć.

Tak minął Penelope trzeci, a potem czwarty sezon. Jej starsze siostry, Prudence i Philippa, znalazły sobie wreszcie mężów i wyprowadziły się z domu. Pani Featherington nie traciła nadziei, gdyż każda z jej córek potrzebowała pięciu sezonów, aby złapać męża, lecz Penelope wiedziała, że jej przeznaczeniem jest staropanieństwo. Nieuczciwie byłoby wychodzić za kogoś, kiedy tak szaleńczym uczuciem darzyła Colina. Zwłaszcza że gdzieś w zakamarkach mózgu, głęboko pomiędzy koniugacją francuską, której nigdy nie opanowała, a arytmetyką, która nigdy nie była jej potrzebna – wciąż skrywała cień nadziei.

Aż do tamtego dnia.

Nawet teraz, w siedem lat później, określała ów dzień mianem „tamtego”.

Jak to miała już w zwyczaju, wypiła herbatę z Eloise Bridgerton. Było to na krótko przed ślubem jej brata Benedicta z Sophie. Benedict nie wiedział wówczas, kim ona jest, co zresztą nie miało znaczenia poza tym, że był to chyba jedyny sekret ostatniej dekady, którego lady Whistledown nie zdołała odkryć.

Pożegnawszy się z przyjaciółką, Penelope szła przez hol, wsłuchując się w odgłos własnych kroków, i poprawiała płaszcz, przygotowując się do przebycia pieszo krótkiej drogi dzielącej ją od własnego domu, kiedy usłyszała głosy. Męskie głosy.

Byli to trzej starsi bracia Bridgerton: Anthony, Benedict i Colin. Prowadzili tak zwaną „męską rozmowę”, śmiejąc się i trącając łokciami. Lubiła na nich patrzeć – byli sobie tacy oddani.

Widziała ich przez uchylone drzwi frontowe, ale nie słyszała, o czym mówią, dopóki nie dotarła do progu. Pierwsze słowa, jakie usłyszała, zostały wypowiedziane przez Colina. Przykre słowa.

– …i z pewnością nie zamierzam ożenić się z Penelope Featherington!

– Och! – krzyknęła mimowolnie i o wiele za głośno.

Cała trójka obejrzała się na nią z identycznym przerażeniem na twarzach, zaś dla Penelope wybiła pierwsza z pięciu najstraszliwszych minut jej życia.

Milczała przez chwilę, która jej samej wydawała się wiecznością, a potem z godnością, o jaką się nigdy by nie podejrzewała, spojrzała wprost na Colina.

– Nigdy nie prosiłam, żebyś się ze mną ożenił.

Poczerwieniał ze wstydu, otworzył usta, ale nie wydał żadnego dźwięku. Penelope pomyślała z ponurą satysfakcją, że chyba po raz pierwszy w życiu zabrakło mu słów.

– I nigdy… – przełknęła z trudem ślinę – …nigdy nie twierdziłam, że chciałeś mi się oświadczyć.

– Penelope – wykrztusił wreszcie – przepraszam.

– Nie masz za co przepraszać – odparła.

– Nie – zaprzeczył. – Zraniłem twoje uczucia i…

– Nie wiedziałeś, że mogę to usłyszeć.

– Ale…

– Nie ożenisz się ze mną – powiedziała dziwnie głucho i spokojnie. – I nie ma w tym nic złego. Ja też nie wyjdę za twojego brata Benedicta.

Benedict wyraźnie starał się unikać jej wzroku, ale drgnął na dźwięk swego imienia.

Penelope zacisnęła pięści.

– Chyba to nie rani jego uczuć, gdy mówię, że za niego nie wyjdę. – Zwróciła się do Benedicta, ze wszystkich sił starając się wytrzymać jego spojrzenie. – Czy mam rację, panie Bridgerton?

– Oczywiście – odparł szybko Benedict.

– No to sprawa załatwiona – rzekła z wysiłkiem i zdziwiła się, że choć raz mówi dokładnie to, co trzeba. – Nikogo nie zraniono. A teraz, panowie, jeśli pozwolicie, oddalę się do domu.

Cała trójka rozstąpiła się natychmiast, robiąc jej przejście. Prawdopodobnie udałoby się jej odejść bez przeszkód, gdyby nie Colin.

– Nie masz służącej? – zapytał nagle.

Pokręciła głową.

– Mieszkam tuż za rogiem.

– Wiem, ale…

– Odprowadzę panią – zaoferował się Anthony.

– To doprawdy niepotrzebne, mój panie.

– Proszę mi pozwolić – rzeki tonem nieznoszącym sprzeciwu.

Skinęła głową i ruszyli w drogę. Po kilku chwilach Anthony odezwał się głosem pełnym szacunku:

– On nie wiedział, że pani go słyszy.

Penelope zacisnęła usta – nawet nie z gniewu, raczej z powodu dziwnego uczucia rezygnacji.

– Wiem – odparła. – Nie jest złym człowiekiem. Podejrzewam, że wasza matka próbuje go skłonić do małżeństwa.

Wicehrabia skinął głową. Lady Bridgerton słynna była ze starań, aby szczęśliwie ożenić każdą ze swych ośmiorga latorośli.

– Lubi mnie – dodała Penelope. – Pańska matka, oczywiście. Obawiam się, że nie umie myśleć inaczej. Ale prawdę mówiąc, to chyba nie ma znaczenia, czy spodoba jej się narzeczona Colina.

– Cóż, nie wyraziłbym się tak – rzeki z zadumą Anthony. Nie zachowywał się teraz jak szacowny wicehrabia, ale raczej jak dobrze wychowany syn. – Nie chciałbym się ożenić z kimś, kogo moja matka nie akceptuje. – Pokręcił głową z podziwem. – To prawdziwy żywioł.

– Pańska matka czy żona?

Zastanowił się przez ułamek sekundy.

– Obie.

Przez chwilę szli w milczeniu. Pierwsza przerwała je Penelope.

– Colin powinien wyjechać.

Anthony spojrzał na nią z uwagą.

– Słucham?

– Wyjechać. Podróżować. Nie jest gotów do małżeństwa, a pańska matka nie zrezygnuje z nalegań. Chce dobrze, ale… – Penelope ze zgrozą zagryzła wargi. Miała nadzieję, że wicehrabia nie odczyta jej słów jako krytyki lady Bridgerton. Sama uważała ją za największą damę w Anglii.

– Moja matka zawsze chce dobrze – odparł Anthony z pobłażliwym uśmiechem. – Ale może ma pani rację. Powinien wyjechać. Colin lubi podróżować. Właśnie wrócił z Walii.

– Doprawdy? – zapytała uprzejmie, jakby nie wiedziała doskonale, że był w Walii.

– Jesteśmy na miejscu – stwierdził wicehrabia, kiwając głową. – To pani dom, prawda?

– Tak. Dziękuję za odprowadzenie.

– Cała przyjemność po mojej stronie, zapewniam panią.

Penelope spoglądała w ślad za nim, po czym wbiegła do domu i rozpłakała się.

Następnego dnia w „Kronikach Towarzyskich Lady Whistledown” pojawiła się następująca relacja:

Cóż za zamieszanie na schodach rezydencji lady Bridgerton na Bruton Street!

Najpierw Penelope Featherington widziana była w towarzystwie nie jednego, nie dwóch, lecz TRZECH braci Bridgerton, co do tej pory było absolutnie nieosiągalnym wyczynem dla tej biednej dziewczyny, znanej głównie z podpierania ścian na balach. Niestety (lecz było to raczej do przewidzenia) kiedy panna Featherington udała się w kierunku domu, wspierała się na ramieniu wicehrabiego, jedynego żonatego spośród trzech braci.

Gdyby wszakże panna Featherington zdołała zaciągnąć do ołtarza któregokolwiek z braci Bridgerton, byłby to koniec znanego nam i przyjaznego świata, a Autorka, która przyznaje szczerze, że w takim świecie nie umiałaby się odnaleźć, musiałaby natychmiast zrezygnować ze swego stanowiska.

Zdaje się, że nawet lady Whistledown dostrzegła beznadziejność uczuć Penelope.

Mijały lata, a Penelope nawet nie zauważyła, jak przestała być debiutantką i zajęła miejsce w szeregach przyzwoitek, obserwując młodszą siostrę Felicity – zapewne jedyną spośród panien Featherington obdarzoną naturalną urodą i wdziękiem – wkraczającą na londyńskie salony.

Colin polubił podróże i coraz więcej czasu spędzał poza Londynem. Wracał z jednych wojaży i wyruszał na następne. Kiedy jednak przebywał w mieście, zawsze miał taniec i uśmiech dla Penelope, a ona udawała, że między nimi nigdy nic nie zaszło, że nigdy nie przyznał się do niechęci do niej, a jej marzenia nigdy nie legły w gruzach.

W czasie jego nieczęstych przerw w podróżach utrzymywali niezobowiązujące, przyjazne stosunki. Czegóż więcej zresztą mogła oczekiwać dwudziestoośmioletnia prawie stara panna?

Nieodwzajemniona miłość nie jest łatwa, ale przynajmniej Penelope Featherington przyzwyczaiła się do niej.

1

Mamy córek na wydaniu promienieją – Colin Bridgerton powrócił z Grecji!

Dla informacji wszystkich szacownych (i niczego nieświadomych) czytelników, którzy dopiero w tym roku zawitali do miasta, pan Bridgerton jest trzecim w legendarnym rzędzie ośmiorga latorośli Bridgertonów (stąd imię Colin, zaczynające się na C; przed nim byli Anthony i Benedict, a po nim Daphne, Eloise, Francesca, Gregory i Hyacinth).

Wprawdzie pan Bridgerton nie posiada szlacheckiego tytułu i prawdopodobnie nigdy nie będzie go miał (jest siódmy w kolejce do tytułu wicehrabiego Bridgertona, za dwoma synami obecnego wicehrabiego, swym starszym bratem Benedictem i jego trójką synów), mimo to uważany jest za jedną z najlepszych partii sezonu, a to z powodu jego fortuny, twarzy, postaci, a przede wszystkim uroku. Trudno jednak przewidzieć, czy pan Bridgerton w tym sezonie ulegnie małżeńskim pokusom; z pewnością jest już w odpowiednim wieku (trzydzieści trzy lata), lecz nigdy dotąd nie okazał zdecydowanego zainteresowania żadną damą o stosownym pochodzeniu, a co jeszcze bardziej komplikuje sprawę, ma przykrą skłonność do nagłego opuszczania Londynu i kierowania się w różne egzotyczne miejsca.

„Kroniki Towarzyskie Lady Whistledown”, 2 kwietnia 1824

Popatrz tylko! – wykrzyknęła Portia Featherington. – Colin Bridgerton wrócił!

Penelope podniosła wzrok znad robótki. Jej matka ściskała w garści najnowszy numer „Kronik Towarzyskich Lady Whistledown” tak, jak ona mogłaby ściskać w rękach linę ratunkową.

– Wiem – mruknęła.

Portia zmarszczyła brwi. Nie lubiła, kiedy ktoś znał plotki wcześniej od niej.

– Skąd wzięłaś Whistledown przede mną? Powiedziałam Briarly’emu, że ma mi ją odłożyć i nikomu nie wolno jej dotykać…

– Nie przeczytałam tego u Whistledown – wtrąciła Penelope, zanim matka zaczęła łajać nieszczęsnego, zahukanego lokaja. – Felicity mi powiedziała. Wczoraj wieczorem. A jej powiedziała to Hyacinth Bridgerton.

– Twoja siostra spędza dużo czasu w domu Bridgertonów.

– Ja też – zauważyła Penelope, zastanawiając się, do czego ta dyskusja ma doprowadzić.

Pani Featherington postukała palcem w podbródek, jak zawsze, kiedy coś planowała albo snuła intrygę.

– Colin Bridgerton jest już w odpowiednim wieku, aby rozejrzeć się za żoną.

Penelope zdążyła jeszcze zamrugać, zanim oczy wyszły jej z orbit.

– Colin Bridgerton nie ożeni się przecież z Felicity!

Matka lekko wzruszyła ramionami.

– Widywałam już dziwniejsze rzeczy.

– A ja nie – wymamrotała Penelope.

– Anthony Bridgerton ożenił się z tą Kate Sheffield, a ona była jeszcze mniej popularna niż ty.

Nie było to do końca prawdą. Penelope uważała, że znajdowały się mniej więcej na tym samym niziutkim szczeblu drabiny społecznej. Nie zamierzała tego jednak komunikować rodzicielce, która zapewne była przekonana, iż właśnie powiedziała jej komplement.

Zacisnęła lekko usta. „Komplementy” matki miały żądła jak osy.

– Nie sądź, że krytykuję – rzuciła Portia z nagłą troską. – W sumie cieszę się nawet, że zostałaś starą panną. Jestem sama na świecie, dobrze wiedzieć, że mam kogoś, kto zaopiekuje się mną na stare lata.

Penelope ujrzała nagle oczami wyobraźni przyszłość opisywaną przez matkę i nabrała dziwnej ochoty, żeby uciec i wyjść za mąż za kominiarza. Dawno już pogodziła się z myślą o staropanieństwie, ale do tej pory wyobrażała sobie, że przeżyje je we własnym uroczym domku z tarasem albo w chatce na brzegu morza.

Pani Featherington ostatnimi czasy często wspominała swój podeszły wiek i potrzebę opieki Penelope. Nieważne było, że obie jej starsze córki wyszły dobrze za mąż i mogły zadbać o matkę, zresztą ona sama nie była uboga – jedna czwarta jej posagu została przeznaczona na osobiste konto.

Nie, kiedy Portia mówiła o „opiece”, nie miała na myśli pieniędzy. Potrzebowała niewolnicy.

Penelope westchnęła. Nie była sprawiedliwa wobec matki, choć tylko w duchu. Zbyt często jej się to ostatnio zdarzało. Matka przecież ją kocha. Penelope była tego pewna. Ona też ją kochała. Czasami po prostu jej nie lubiła.

Miała nadzieję, że to nie czyniło z niej złego człowieka. Zachowanie jej matki wystawiłoby jednak na próbę najłagodniejszą, najczulszą córkę, jaką Penelope nie zawsze się czuła.

– Dlaczego uważasz, że Colin nie ożeni się z Felicity? – zapytała pani Featherington.

Penelope zaskoczona podniosła głowę. Myślała, że temat już jest zakończony. Niestety, powinna była przewidzieć, że tak nie jest.

– No cóż – zaczęła powoli. – Po pierwsze jest młodsza od niego o dwanaście lat.

– Phi – odparła matka z lekceważącym machnięciem ręki. – To nic takiego i dobrze o tym wiesz.

Penelope zmarszczyła brwi i pisnęła, bo niechcący ukłuła się igłą w palec.

– Poza tym – ciągnęła Portia w rozkosznej nieświadomości – on ma… – spojrzała na gazetę i sprawdziła wiek Colina – on ma trzydzieści trzy lata. Jak miałby uniknąć co najmniej dwudziestu lat różnicy między sobą a żoną? Przecież nie ożeni się z kimś w twoim wieku.

Penelope ssała skaleczony palec, choć wiedziała, że to okropnie nieelegancko. Musiała jednak zająć czymś usta, żeby nie wypowiedzieć czegoś strasznego i złośliwego. Nie była jednak w stanie ukryć niesmaku.

– Jest dla niego jak siostra. Młodsza siostra.

– Doprawdy, Penelope, nie sądzę…

– To zatrąca kazirodztwem – mruknęła Penelope.

– Co powiedziałaś?

Penelope chwyciła szybko robótkę.

– Nic.

– Jestem pewna, że coś powiedziałaś.

Penelope pokręciła głową.

– Odchrząknęłam. Nic więcej.

– Słyszałam, że coś mówiłaś. Jestem pewna!

Penelope jęknęła. Czekało ją długie i ciężkie życie.

– Mamo – rzekła z cierpliwością jeśli nie świętej, to przynajmniej bardzo pobożnej mniszki – Felicity jest właściwie zaręczona z panem Albansdale’em.

Pani Featherigton zaczęła nerwowo zacierać dłonie.

– Nie będzie już z nim zaręczona, jeśli złapie Colina Bridgertona.

– Felicity raczej umrze, niż będzie gonić za Colinem.

– Ale skąd! To mądra dziewczyna. Każdy widzi przecież, że Colin Bridgerton jest lepszą partią.

– Ale Felicity kocha pana Albansdale’a!

Matka osunęła się na pięknie obity fotel.

– Jeszcze i to.

– I – dodała Penelope znacząco – pan Albansdale jest w posiadaniu doprawdy przyzwoitej fortunki.

Portia postukała się palcem wskazującym w policzek.

– Prawda. Nie aż tak przyzwoitej, jak część Bridgertona – dodała ostro – ale chyba rzeczywiście nie można tym pogardzić.

Penelope wiedziała, że czas już zmienić temat, ale nie mogła powstrzymać się przed wypowiedzeniem ostatniego zdania.

– Szczerze mówiąc, mamo, to doskonała partia dla Felicity. Powinniśmy być zachwyceni.

– Wiem, wiem – burknęła Portia. – Chciałam po prostu, aby jedna z moich córek wyszła za Bridgertona. W Londynie mówiłoby się o tym przez wiele tygodni. Może nawet miesięcy.

Penelope wbiła igłę w poduszeczkę. Był to dość niemądry sposób wyładowania gniewu, ale nie chciała po prostu zerwać się na nogi i wrzasnąć: A co ze mną?! Matka zdawała się sądzić, że po wydaniu za mąż Felicity jej marzenia o połączeniu się z Bridgertonami przepadają na zawsze. A przecież Penelope wciąż pozostawała niezamężna – czy to nie miało znaczenia?

Czy pragnęła zbyt wiele, chcąc, aby matka myślała o niej z taką samą dumą, jak o pozostałych córkach? Penelope wiedziała, że Colin nie poprosi jej o rękę, lecz czy matka nie mogłaby stać się choć trochę ślepa na wady swych dzieci? Ani Prudence, ani Philippa, ani nawet Felicity nie miały szansy na zdobycie Bridgertona. Dlaczego matka uważała mimo to, że są ładniejsze od Penelope?

Oczywiście, Penelope musiała przyznać, że Felicity cieszyła się popularnością, o jakiej jej trzy siostry razem wzięte mogłyby jedynie pomarzyć. Prudence i Philippa jednak nigdy nie zasłużyły sobie na miano „Niezrównanych”. Zajmowały miejsca pod ścianami sal balowych tak samo jak Penelope.

Tyle tylko, że w tej chwili były już zamężne. Ona nie spojrzałaby nawet na mężczyzn, których poślubiły, ale przynajmniej nazywały się żonami.

Na szczęście myśli matki powędrowały już ku bardziej zielonym pastwiskom.

– Muszę złożyć wizytę Violet – oznajmiła. – Będzie zadowolona, że Colin wrócił.

– Jestem pewna, że lady Bridgerton będzie tą wizytą zachwycona – odparła Penelope.

– Biedna kobieta – dramatycznie westchnęła Portia. – Martwi się o niego, wiesz.

– Wiem.

– Doprawdy, sądzę, że to więcej niż matka powinna musieć znosić. Kręci się po całym świecie, dobry Bóg jeden wie gdzie, jeździ do krajów, które nawet nie znają Boga…

– Wydawało mi się, że w Grecji praktykują chrześcijaństwo – zauważyła Penelope, wbijając wzrok w robótkę. – To greccy ortodoksi.

– Tak, ale nie należą do angielskiego Kościoła – odparła pani Featherington, pociągając nosem.

– Cóż, skoro są Grekami, chyba ich to zbytnio nie martwi.

Portia zmrużyła oczy z wyraźnym zgorszeniem.

– A skąd ty w ogóle wiesz cokolwiek na temat greckiej religii? Nie, nie mów mi. – Powstrzymała córkę dramatycznym ruchem dłoni. – Gdzieś wyczytałaś.

Penelope zamrugała tylko, usiłując wymyślić właściwą odpowiedź.

– Wolałabym, abyś tak wiele nie czytała – westchnęła matka. – Pewnie wydałabym cię za mąż wiele lat temu, gdybyś więcej poświęcała się towarzystwu, a mniej… mniej…

– Mniej czemu? – nie zdołała się powstrzymać Penelope.

– Nie wiem. Nie wiem, co robisz, kiedy wpatrujesz się nieruchomo w przestrzeń i marzysz.

– Tylko myślę – cicho odparła jej córka. – Czasem po prostu lubię zatrzymać się i pomyśleć.

– Gdzie się zatrzymać? – dopytywała się Portia.

Penelope uśmiechnęła się mimo woli. Zadane pytanie dobitnie unaoczniało różnice, jakie dzieliły matkę i córkę.

– To nic, mamo – odpowiedziała. – Naprawdę nic.

Pani Featherington wyglądała tak, jakby chciała powiedzieć coś jeszcze, ale zmieniła zdanie. Może po prostu była głodna. Wzięła z tacy z herbatą biskwita i wsunęła do ust.

Penelope wyciągnęła rękę, żeby wziąć ostatnie ciasteczko, ale zdecydowała, że zostawi je dla matki. Przynajmniej będzie miała zajęte usta. Nie chciała wdawać się w kolejną rozmowę na temat Colina Bridgertona.

– Colin wrócił!

Penelope podniosła wzrok znad Krótkiej historii Grecji i ujrzała w drzwiach pokoju Eloise Bridgerton. Nikt jej nie anonsował. Kamerdyner Featheringtonów był już tak przyzwyczajony do jej częstych wizyt, że traktował ją jak członka rodziny.

– Doprawdy? – spytała Penelope z udaną (lecz w jej mniemaniu bardzo realistyczną) obojętnością. Ukryła natychmiast Krótką historię Grecji za tomem Matyldy, szalenie modnej w zeszłym roku powieści S.R. Fieldinga. Książka ta gościła na wszystkich stolikach nocnych i była dość gruba, aby zasłonić Krótką historię Grecji.

Panna Bridgerton usiadła przy biurku Penelope.

– Doprawdy, a przy tym jaki opalony! Zdaje się, że przez cały czas przebywał na słońcu.

– Był w Grecji, nieprawdaż?

Eloise pokręciła głową.

– Powiedział, że wojna przybrała na sile i dalszy pobyt stał się zbyt niebezpieczny. Dlatego wyjechał na Cypr.

– No, no – uśmiechnęła się Penelope. – Lady Whistledown coś pomyliła.

Eloise obdarzyła ją słynnym, bezczelnym uśmiechem Bridgertonów, a ona po raz kolejny pomyślała, jakie to szczęście, że ma przyjaciółkę. Od siedemnastego roku życia właściwie się z Eloise nie rozstawały. Razem spędzały w Londynie kolejne sezony, razem dojrzewały i, ku wielkiej rozpaczy swych matek, razem weszły w staropanieństwo.

Eloise twierdziła, że do tej pory nie spotkała jeszcze odpowiedniego mężczyzny.

Penelope oczywiście nikt nie pytał.

– Czy spodobało mu się na Cyprze? – zapytała.

Eloise westchnęła.

– Twierdzi, że było wspaniale. Jakże chciałabym tam pojechać. Wydaje mi się, że wszyscy już tam byli z wyjątkiem mnie.

– I mnie – przypomniała jej Penelope.

– I ciebie – zgodziła się przyjaciółka. – Dzięki losowi za ciebie.

– Eloise! – wykrzyknęła panna Featherington, rzucając w nią poduszką. W istocie sama dziękowała losowi za Eloise. Codziennie. Wiele kobiet nigdy w życiu nie poznało przyjaźni, tymczasem ona miała kogoś, komu mogła wyznać wszystko. No, prawie wszystko. Nigdy nie opowiedziała o swych uczuciach do Colina, choć przypuszczała, że Eloise domyśla się prawdy. Przyjaciółka była jednak zbyt taktowna, aby o tym wspominać, co tylko utwierdzało Penelope w przekonaniu, że Colin nigdy jej nie pokocha. Gdyby jego siostra choć przez moment sądziła, że ich związek jest możliwy, swatałaby ich z konsekwencją i uporem, który zaimponowałby każdemu generałowi. W takich przypadkach panna Bridgerton okazywała się raczej władczą osóbką.

– …opowiadał mi, że morze było tak wzburzone, iż zwrócił cały posiłek za burtę, a potem… – Eloise skrzywiła się lekko. – Nie słuchasz mnie.

– Nie – przyznała Penelope. – A właściwie jednym uchem. Nie mogę uwierzyć, że Colin opowiadał ci, jak wymiotował.

– Jestem w końcu jego siostrą.

– Byłby wściekły, gdyby się dowiedział, że mi to powtórzyłaś.

Eloise machnęła lekceważąco ręką.

– Mama spytała go, naturalnie, czy zamierza pozostać w domu przez cały sezon – ciągnęła – a on, jak zwykle, wymigał się od odpowiedzi. Wtedy postanowiłam wybadać go sama…

– Wyjątkowo sprytne z twojej strony – mruknęła Penelope.

Przyjaciółka odrzuciła jej poduszkę.

– Wydobyłam z niego wreszcie, że zostanie przynajmniej kilka miesięcy. Kazał mi jednak obiecać, że nie powiem mamie.

– Ależ to nie jest… – Penelope odchrząknęła – …szczególnie roztropne z jego strony. Jeśli wasza matka będzie myślała, że zostanie krócej, zdwoi wysiłki, aby go jak najszybciej ożenić, a wydaje mi się, że tego właśnie chciał uniknąć.

– Zdaje się, że robi to przez całe życie – zgodziła się Eloise.

– Gdyby uśpił jej czujność, udając, że donikąd się nie spieszy, być może nie nękałaby go tak bardzo.

– Interesujący pomysł – mruknęła panna Bridgerton. – Jednak tylko jako teoria, a nie praktyka. Moja matka tak bardzo pragnie ujrzeć go na ślubnym kobiercu, że doprawdy nie sprawi to najmniejszej różnicy, jeśli zdwoi wysiłki. To, co robi w tej chwili, wystarczy, aby doprowadzić go do szału.

– A czy można doprowadzić kogoś do podwójnego szału? – zadumała się Penelope.

Eloise przechyliła głowę.

– Nie wiem – odparła. – Nie jestem pewna nawet, czy chcę wiedzieć.

Przez chwilę milczały obie (rzadki fenomen w ich przypadku), gdy niespodzianie panna Bridgerton zerwała się z miejsca.

– Muszę już iść – zawołała.

Eloise często i nagle zmieniała zdanie, lecz Penelope wiedziała, że tym razem chodzi o coś innego. Kiedy jej przyjaciółka coś sobie umyśliła, nic nie było w stanie jej od tego odwieść. A zatem, jeśli nagle zapragnęła wyjść, musiało to mieć coś wspólnego z ich rozmową i…

– Colin powinien wrócić na herbatę – wyjaśniła Eloise.

Panna Featherington uśmiechnęła się. Lubiła mieć rację.

– Powinnaś pójść ze mną – dodała przyjaciółka.

Penelope pokręciła głową.

– To spotkanie rodzinne.

– Właściwie masz rację – zgodziła się Eloise, lekko kiwając głową. – No cóż, przykro mi niezmiernie, że muszę skrócić tak miłą wizytę, ale chciałam tylko, abyś wiedziała, że Colin jest już w domu.

– Whistledown – przypomniała jej Penelope.

– Racja. Ciekawe, skąd ta kobieta czerpie informacje? – mruknęła Eloise, kręcąc głową z podziwem. – Przysięgam, nieraz wydaje mi się, że wie o mojej rodzinie tak wiele… zastanawiam się, czy nie powinnam się bać.

– To przecież nie będzie trwało wiecznie – odparła Penelope, wstając, aby odprowadzić gościa. – Ktoś wreszcie domyśli się, kim ona jest, nie sądzisz?

– Nie wiem. – Panna Bridgerton położyła dłoń na klamce. – Kiedyś też tak sądziłam, ale to trwa już dziesięć lat. Właściwie więcej. Gdyby ktoś miał ją rozszyfrować, myślę, że już by to się stało.

Penelope ruszyła za Eloise na dół.

– Kiedyś wreszcie popełni błąd. Musi. Jest tylko człowiekiem.

Jej przyjaciółka zaśmiała się.

– Proszę, a ja myślałam, że to pośledniejsza bogini.

Penelope uśmiechnęła się tylko.

Eloise zatrzymała się i okręciła na pięcie tak nagle, że Penelope wpadła na nią, co omal nie skończyło się upadkiem obu ze schodów.

– Wiesz co? – zapytała.

– Nawet się nie domyślam.

Eloise nie miała najmniejszego zamiaru się obrażać.

– Założę się, że już popełniła błąd.

– Słucham?

– Sama to powiedziałaś. Przez ponad dziesięć lat wypisuje te swoje pamflety. Może to ona, a może on. Tak czy inaczej nikt nie mógłby tego robić tak długo, nie popełniając błędu. Wiesz, co myślę?

Penelope rozłożyła tylko ręce z lekkim zniecierpliwieniem.

– Sądzę, że jesteśmy zbyt głupi aby zauważyć jej pomyłki.

Penelope wytrzeszczyła na nią oczy, po czym parsknęła śmiechem.

– Och, Eloise – zawołała, ocierając łzy. – Kocham cię, naprawdę.

Przyjaciółka zachichotała.

– Bardzo to miłe z twojej strony, że kochasz taką starą pannę. Kiedy skończymy trzydziestkę i staniemy się prawdziwymi starymi wiedźmami, powinnyśmy zamieszkać razem.

Panna Featherington chwyciła się tej myśli jak ostatniej deski ratunku.

– Myślisz, że naprawdę mogłybyśmy? – zawołała, po czym rozejrzała się wokół i ściszyła nagle głos: – Mama coraz częściej zaczyna wspominać o swoim podeszłym wieku. To niepokojące.

– A co w tym niepokojącego?

– Zajmuję poczesne miejsce w jej wizjach jako służąca do wszystkiego.

– O nie…

– Mnie przyszedł do głowy okrzyk znacznie mniej subtelny.

– Penelope! – zawołała Eloise, ale roześmiała się.

– Kocham moją matkę – dodała Penelope.

– Wiem o tym – odparła Eloise uspokajającym tonem.

– Naprawdę.

Lewy kącik ust panny Bridgerton zaczął drgać lekko.

– Ależ wiem, że ją kochasz. Naprawdę.

– Chodzi tylko o to, że…

Przyjaciółka uniosła dłoń.

– Nie musisz mówić już nic więcej. Doskonale cię rozumiem. I… Och, witam panią, pani Featherington!

– Eloise – zawołała Portia, kierując się w ich stronę. – Nie wiedziałam, że tu jesteś.

– Wśliznęłam się ukradkiem, jak zwykle – odparła Eloise. – Wręcz bezczelnie.

Pani domu obdarzyła ją pobłażliwym uśmiechem.

– Słyszałam, że twój brat wrócił już do miasta.

– Tak, wszyscy nie posiadamy się z radości.

– Z pewnością, zwłaszcza twoja matka.

– W istocie. Jest niezmiernie podniecona. Sądzę, że już przygotowuje listę.

Pani Featherington ożywiła się nagle, jak zwykle na wzmiankę o czymś, co można było uznać za plotkę.

– Listę? Jaką listę?

– Och, wie pani, taką samą, jaką robiła dla wszystkich swoich dorosłych dzieci. Potencjalne kandydatki na małżonki, takie tam.

– Zaczynam się zastanawiać – odparła Portia oschle – co może oznaczać „takie tam”.

– Nieraz dołącza jedną lub dwie osoby, które uważa za kompletnie nieodpowiednie, aby podkreślić zalety tych prawdziwych kandydatek.

Portia zaśmiała się.

– Penelope, może i ciebie wprowadzi na listę dla Colina!

Jej córka nie podzielała tej wesołości. Eloise także nie. Pani Featherington wydawała się jednak tego nie zauważać.

– Lepiej już pójdę – rzekła Eloise, odchrząkując z lekka, aby przerwać krępującą ciszę. – Colin powinien zjawić się na herbacie i mama chce, aby cała rodzina była obecna.

– Zmieścicie się wszyscy? – zapytała Penelope. Dom lady Violet był duży, ale dzieci, małżonkowie i wnukowie Bridgertonów stanowili aż dwudziestodwuosobową grupę.

– Pojedziemy do Bridgerton House – wyjaśniła Eloise. Jej matka wyprowadziła się z oficjalnej londyńskiej rezydencji Bridgertonów po ślubie najstarszego syna. Anthony, który był wicehrabią od osiemnastego roku życia, próbował nakłonić ją, aby została, lecz ona uparła się, że młodzi potrzebują prywatności. Ostatecznie Anthony i Kate pozostali w Bridgerton House wraz z trójką dzieci, a Violet, wraz z resztą potomstwa (z wyjątkiem Colina, który miał własne apartamenty), zamieszkała opodal, na Bruton Street 5. Po prawie roku daremnych prób nadania nazwy nowemu domowi rodzina zaczęła mówić o nim po prostu Numer Piąty.

– Miłej zabawy – rzekła Portia. – Muszę znaleźć Felicity, spóźnimy się do modystki.

Eloise spoglądała w ślad za nią, po czym mruknęła do Penelope:

– Twoja siostra wydaje się spędzać u modystki bardzo dużo czasu.

Penelope wzruszyła ramionami.

– Felicity dostaje szału od tych przymiarek, ale jest ostatnią nadzieją mamy na prawdziwie dobrą partię. Obawiam się, że mama wierzy, iż Felicity ma szansę poślubić księcia, byle tylko miała na sobie odpowiednią suknię.

– Czy ona nie jest zaręczona z panem Albansdale’em?

– Przypuszczam, że w przyszłym tygodniu on oficjalnie się oświadczy, ale do tej pory mama woli mieć wolną rękę. – Wzniosła oczy ku niebu. – Lepiej ostrzeż brata, żeby się trzymał z daleka.

– Gregory? – z niedowierzaniem spytała Eloise. – Przecież on jeszcze nie skończył szkół!

– Colin.

– Colin? – Eloise parsknęła śmiechem. – A to paradne!

– To samo jej powiedziałam, ale wiesz, jaka ona jest, kiedy już coś sobie wbije do głowy.

Panna Bridgerton zachichotała.

– Zdaje się, że jest w tym podobna do mnie.

– Nie ustąpi do samego końca.

– Nieustępliwość to niekiedy dobra rzecz – przypomniała jej Eloise. – Byle w odpowiednim czasie.

– O tak – odparła Penelope z sarkastycznym uśmieszkiem. – W nieodpowiednim czasie może być prawdziwym koszmarem.

Eloise roześmiała się.

– Uśmiechnij się, przyjaciółko. Przynajmniej pozwoliła ci pozbyć się tych strasznych żółtych sukienek.

Penelope spojrzała na swój poranny strój w przyjemnym i twarzowym odcieniu błękitu.

– Przestała wybierać mi ubrania, kiedy ostatecznie zrozumiała, że wyszłam z obiegu. Dziewczyna bez szans na zamążpójście nie jest warta takiego zachodu. Już od roku nie bywa ze mną u modystki, cóż za błogosławieństwo!

Panna Bridgerton uśmiechnęła się do przyjaciółki, której karnacja nabierała natychmiast uroczych brzoskwiniowo-śmietankowych odcieni, skoro tylko znalazła się w oprawie chłodnych barw.

– Wszyscy to zauważyli już od chwili, kiedy pozwolono ci samej wybierać stroje. Nawet lady Whistledown musiała to skomentować!

– Ukryłam przed mamą ten artykuł – wyznała Penelope. – Nie chciałam, aby poczuła się zraniona.

Eloise zamrugała.

– To bardzo ładnie z twojej strony.

– Niekiedy stać mnie na odruch miłosierdzia i łaski.

– Można by pomyśleć – prychnęła Eloise – że miłosierdzie i łaskę wypada posiadać, lecz nie wypada ich okazywać.

Penelope zasznurowała usta i popchnęła swego gościa w kierunku drzwi.

– Czy nie oczekują cię w domu?

– Idę, już idę!

Colin Bridgerton pociągnął łyk doskonałej brandy i pomyślał, że jest raczej przyjemnie być znowu w Anglii.

Dziwiło go to niezmiernie, lecz lubił powroty prawie tak samo jak wyjazdy. Za kilka miesięcy – sześć, nie więcej – znowu będzie marzył o wyjeździe, lecz na razie Anglia była dla niego cudownym miejscem.

– Dobra, nieprawdaż?

Colin podniósł wzrok. Jego brat Anthony stał oparty o blat potężnego mahoniowego biurka i wskazywał na własną szklankę.

Colin skinął głową.

– Nie miałem pojęcia, jak mi tego brakowało… aż do teraz. Ouzo ma swoje uroki, ale… – spojrzał na złocisty płyn – ale to jest raj.

Anthony uśmiechnął się smutno.

– Jak długo zamierzasz pozostać tym razem?

Colin podszedł do okna, udając, że wygląda na zewnątrz. Starszy brat z wielkim trudem ukrywał zniecierpliwienie. Właściwie nie dziwił mu się. Listy dochodziły rzadko i z opóźnieniem. Rodzina musiała czekać na wieści od niego nieraz cały miesiąc, a nawet dwa. Nie chciałby być na ich miejscu – zamartwiać się, czy ukochana osoba żyje, czy jest zdrowa, nieustannie czekać na przybycie posłańca. Współczuł im, lecz to nie wystarczało, aby zatrzymać go w Anglii.

Od czasu do czasu musiał po prostu uciec. Inaczej nie potrafił tego określić.

Uciec od towarzystwa, które uważało go za czarującego łobuza i nic więcej, uciec od Anglii, która zachęcała młodzieńców jedynie do kariery wojskowej lub duchownej. Od rodziny, która kochała go bez zastrzeżeń, lecz nie miała pojęcia o tym, że w głębi serca po prostu chciał coś robić.

Jego brat Anthony był wicehrabią, z czym wiązały się liczne obowiązki. Prowadzenie majątku, zarządzanie rodzinnymi finansami, dbanie o dobrobyt licznych dzierżawców i służby. Benedict, starszy od Colina o cztery lata, zdobył sobie uznanie jako artysta. Zaczął od ołówka i papieru, ale za namową żony spróbował swoich sił w oleju. Jeden z jego pejzaży zdobił teraz Galerię Narodową.

Anthony zawsze znajdzie swoje miejsce w rodzinnych drzewach genealogicznych jako siódmy wicehrabia Bridgerton, Benedict przetrwa w pamięci potomnych dzięki swoim obrazom.

A Colin nie miał nic. Zarządzał niewielkim majątkiem podarowanym mu przez rodzinę i chadzał na przyjęcia. Nie mógł powiedzieć, że się nie bawi, ale czasem chciał czegoś więcej niż tylko zabawy.

Pragnął celu w życiu.

Pragnął pozostawić jakąś spuściznę.

Pragnął wiedzieć, a przynajmniej mieć nadzieję, że kiedy umrze, wspomnienie o nim zachowa się nie tylko w „Kronikach Towarzyskich Lady Whistledown”.

Westchnął. Nic dziwnego, że spędzał tyle czasu w podróży.

– Colin?

Spojrzał na brata i zamrugał. Był pewien, że Anthony zadał mu jakieś pytanie, ale chyba go nie usłyszał.

– Och, racja – odchrząknął. – No cóż, zostanę z pewnością do końca sezonu.

Anthony nic nie odpowiedział, ale nie sposób było nie dostrzec satysfakcji, jaka odmalowała się na jego twarzy.

– Choćby tylko po to, żeby porozpieszczać twoje dzieciaki – dodał Colin, ozdabiając twarz słynnym, krzywym uśmieszkiem. – Uważam, że Charlotte ma stanowczo zbyt mało lalek.

– Tylko około pięćdziesięciu – zgodził się Anthony śmiertelnie poważnym tonem. – Biedne dziecko jest straszliwie zaniedbane.

– Ma urodziny pod koniec miesiąca, prawda? Muszę jeszcze ją trochę zaniedbać, jak sądzę.

– A skoro już mowa o urodzinach – wtrącił Anthony, rozsiadając się w fotelu za biurkiem. – Od niedzieli za tydzień są urodziny mamy.

– A jak sądzisz, dlaczego tak spieszyłem się z powrotem?

Brat uniósł brew i Colin miał niejasne wrażenie, że zastanawia się, czy istotnie chodziło tu o urodziny matki, czy też był to jedynie szczęśliwy zbieg okoliczności.

– Zamierzamy wydać przyjęcie na jej cześć – wyjaśnił Anthony.

– Pozwoli ci? – Colin z doświadczenia wiedział, że od pewnego wieku damy niechętnie świętują urodziny. A choć ich matka była wciąż bardzo piękną kobietą, bez wątpienia osiągnęła już pewien wiek.

– Musieliśmy uciec się do szantażu – przyznał Anthony. – Albo przyjęcie urodzinowe, albo ujawnimy jej prawdziwy wiek.

Colin nie powinien był akurat w tym momencie brać do ust brandy. Zakrztusił się i omal nie obryzgał nią brata.

– Chciałbym to widzieć – wyznał.