Miłosne szyfry - Tessa Dare - ebook
Opis

Zakradając się w noc balu do pałacowej biblioteki, panna Charlotte Highwood nie spodziewała się, że już za chwilę znajdzie się w ramionach markiza Granville. Mężczyzny, którego zamierzała unikać za wszelką cenę. Najbardziej aroganckiego i najbardziej tajemniczego dżentelmena, jakiego miała pecha spotkać.
Teraz pałac huczy od plotek o ich romansie. Jeśli nie chcą zostać bohaterami skandalu, muszą wyjawić, co naprawdę robili w bibliotece.
Lecz tego właśnie żadne z nich nie może zdradzić. Ze zgoła różnych, choć tak samo niebezpiecznych powodów...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 322

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Korekta

Halina Lisińska

Alicja Jedynak

Projekt graficzny okładki

Małgorzata Cebo-Foniok

Zdjęcie na okładce

© illustrissima/Shutterstock

Tytuł oryginału

Do You Want to Start a Scandal

Copyright © 2016 by Eve Ortega

All rights reserved.

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna część tej publikacji nie może być reprodukowana

ani przekazywana w jakiejkolwiek formie zapisu

bez zgody właściciela praw autorskich.

For the Polish edition

Copyright © 2017 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-6328-1

Warszawa 2017. Wydanie I

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-954 Warszawa, ul. Królowej Marysieńki 58

www.wydawnictwoamber.pl

Konwersja do wydania elektronicznego

Moim

1

Nottinghamshire, jesień 1819

Mężczyzna w czarnym stroju skręcił w korytarz, a Charlotte Highwood ruszyła za nim.

Oczywiście po kryjomu. Nikt nie mógł tego spostrzec.

Usłyszała cichy dźwięk otwieranych drzwi, gdzieś z lewej. Jeśli dobrze pamiętała, wiodły do biblioteki sir Vernona Parkhursta.

Zawahała się, stojąc w niszy i spierając się w myśli sama ze sobą.

W przekonaniu angielskiej socjety Charlotte była po prostu młodą kobietą bez znaczenia. Wdarcie się w samotne poczynania jakiegoś markiza, któremu nie została nawet oficjalnie przedstawiona, byłoby najgorszą z impertynencji. Tylko że wolała już impertynencki postępek od perspektywy, jaką był kolejny rok życia w atmosferze skandalu i w ubóstwie.

Z sali balowej dolatywały stłumione dźwięki muzyki. Pierwsze takty kadryla. Jeśli miała działać, właśnie teraz nastąpił odpowiedni moment. Nim zdołała to sobie wyperswadować, podeszła na palcach do drzwi i nacisnęła klamkę.

Matki, które mogą przywieść kogoś do desperacji, wymagają desperackich środków.

Kiedy otworzyła drzwi, markiz natychmiast na nią spojrzał. Był sam i stał za biurkiem.

A był… doskonały.

Doskonały… Nie miała tu na myśli: przystojny, choć niewątpliwie był przystojny. Miał subtelnie zarysowane kości policzkowe, foremny podbródek, a nos tak prosty, że Bóg mógłby uznać go za wzorzec. Wszystko inne też było w nim doskonałe. Sylwetka, maniery, ciemne falujące włosy. A pewność siebie i stanowczość zdawały się wręcz z niego emanować.

Mimo zdenerwowania poczuła, że ją zaciekawił. Przecież żaden mężczyzna nie może być perfekcyjny. Każdy ma jakieś niedostatki. A jeśli nie widać ich na zewnątrz, muszą tkwić wewnątrz.

Zagadkowość zawsze ją intrygowała.

– Proszę się nie obawiać – powiedziała, zamykając za sobą drzwi. – Przyszłam tu, żeby pana uratować.

– Uratować? Mnie? – Jego niski, dźwięczny głos podziałał na nią tak, jakby dotknęła dobrze wyprawionej skóry. – A przed czym?

– Och, przed mnóstwem rzeczy. Głównie przed kłopotliwym zażenowaniem. Ale może i przed uszczerbkiem na zdrowiu.

Mężczyzna zamknął szufladę biurka.

– Czy zostaliśmy sobie przedstawieni?

– Nie, milordzie. – Zbyt późno przypomniała sobie, że należało dygnąć. – To znaczy… wiem, kim pan jest. Każdy zresztą wie. Piersem Brandonem, markizem Granville.

– Zgadza się.

– A ja jestem Charlotte Highwood, z Highwoodów raczej panu nieznanych. Chyba że z lektury „Prattlera”, którego pan zapewne nie czytuje.

O Boże, mam nadzieję, że go nie czytuje.

– Jedna z moich sióstr to wicehrabina Paine – ciągnęła. – Może pan o niej słyszał? Pasjonuje się geologią. A moja matka jest kobietą nie do zniesienia.

Po chwili skinął głową.

– Miło mi panią poznać.

O mało się nie roześmiała. Żadna odpowiedź nie mogła zabrzmieć mniej szczerze. „Miło mi”, też coś! „To doprawdy fatalne” bez wątpienia okazałoby się uczciwszą repliką, ale był zbyt dobrze wychowany, żeby tak się wyrazić.

Jeszcze raz zademonstrował wytworne maniery, wskazując na sofę. Zachęcał ją, żeby usiadła.

– Dziękuję, nie. Muszę wrócić na bal, nim zauważą moją nieobecność. No i nie mogę sobie pozwolić na pogniecenie sukni. – Wygładziła ciemnoróżowy strój. – Nie chcę nadużywać pańskiej uprzejmości, mam jedynie coś do powiedzenia. – Z trudem przełknęła ślinę. – Bynajmniej nie chcę wyjść za pana.

Zlustrował ją powoli chłodnym wzrokiem od stóp do głów.

– Spodziewa się pani, że poczułem ulgę?

– No… owszem. Jak zresztą każdy inny mężczyzna na pańskim miejscu. Widzi pan, moja matka wbiła sobie w głowę, że wyda mnie za utytułowanego dżentelmena, co ją publicznie ośmiesza. Może zna pan epitet Zdesperowana Debiutantka?

Och, jak nienawidziła samego dźwięku tych słów. Towarzyszyły jej przez cały sezon niczym duszący opar.

Zeszłej wiosny, w pierwszym tygodniu pobytu ich obu w Londynie, przechadzała się z matką po Hyde Parku podczas bardzo przyjemnego popołudnia. Ale wtedy matka wypatrzyła hrabiego Austin, jadącego po Rotten Row. Żeby się upewnić, że ów bardzo odpowiedni kandydat do ożenku zwróci uwagę na jej córkę, pani Highwood tak mocno pchnęła nie spodziewającą się niczego Charlotte, że ta upadła na zakurzoną ścieżkę. Wałach hrabiego stanął dęba i co najmniej trzy powozy zderzyły się ze sobą.

A w swoim kolejnym numerze „Prattler” zamieścił karykaturę przedstawiającą młodą damę, bardzo podobną do Charlotte, która pada na ziemię pośród pojazdów, ukazując gołe nogi i bujne piersi. Podpis pod rysunkiem głosił: „Wiosenna plaga Londynu. Zdesperowana Debiutantka”.

No i w ten sposób uznano ją za skandalistkę.

Gorzej nawet: za zagrożenie bezpieczeństwa publicznego. Przez całą resztę sezonu żaden mężczyzna nie ośmielił się nawet do niej zbliżyć.

– Ach – powiedział, jakby sobie coś przypominając. – A więc to z pani powodu Austin kuleje?

– To był przypadek! – jęknęła z zakłopotaniem. – Ale choć przykro mi o tym mówić, moja matka najpewniej będzie mnie chciała na siłę zaznajomić z panem. Proszę się nie martwić. Nikt nie przypuszcza, żeby się jej powiodło. A już najmniej ja sama. Byłby to absurd. Przecież jest pan markizem. Człowiekiem zamożnym, wpływowym i przystojnym.

Przystojnym, Charlotte? Naprawdę?

Och, dlaczego musiała powiedzieć to na głos?

– A tymczasem ja zamierzam wyjść co najwyżej za jakiegoś niezamożnego trzeciego syna z zaszarganą opinią – ciągnęła. – Nie mówiąc już o różnicy wieku. Nie przypuszczam, żeby pan chciał się żenić z bardzo młodą osobą.

Oczy lorda Granville zwęziły się niebezpiecznie.

– Nie żeby pan był stary – dodała pospiesznie. – No i nie dlatego, żebym ja była niezwykle młoda. To nie byłoby przecież małżeństwo kogoś starego z podfruwajką. Już raczej kogoś dojrzałego z… młodszą od niego kobietą. – Zakryła na moment twarz rękami. – Zrobiłam z siebie idiotkę, nie uważa pan?

– Powiedzmy.

Charlotte podeszła do sofy i opadła na nią bezwładnie. Uznała, że najlepiej będzie jednak usiąść.

Granville wyszedł zza biurka i również usiadł na sofie, ale w rogu, wspierając mocno stopę o podłogę.

No, powiedz w końcu, co masz do powiedzenia – upomniała się w myślach.

– Jestem przyjaciółką od serca Delii Parkhurst. A pan znajomym sir Vernona. Obydwoje będziemy gościć w tym domu przez dwa tygodnie. Moja matka zrobi wszystko, żeby nas zachęcić do zawarcia znajomości. Oznacza to, że musimy unikać się wzajemnie – powiedziała z uśmiechem, siląc się na swobodny ton. – Nikogo nie zdziwi, jeśli pan, człowiek utytułowany i zamożny, zechce się trzymać z dala ode mnie.

Nie roześmiał się ani nawet nie uśmiechnął.

– Pozwoliłam sobie na żart, milordzie. To był cytat z pewnej powieści…

– Z Dumy i uprzedzenia. Owszem, czytałem ją.

No oczywiście, że czytał. Przecież latami służył w dyplomacji. A gdy Napoleon się poddał, brał udział w pertraktacjach podczas kongresu wiedeńskiego. Był światowcem, człowiekiem wykształconym i zapewne mówił kilkoma językami.

Charlotte nie posiadała umiejętności cenionych w dobrym towarzystwie, ale nie była pozbawiona zalet. Była życzliwa, bezpośrednia, umiała patrzeć na siebie z dystansem i prowadzić przyjemną dla rozmówcy konwersację.

Zabrakło jej teraz nawet i tych skromnych talentów. Powaga i przenikliwe spojrzenie błękitnych oczu markiza Granville’a sprawiły, że czuła się jak ktoś mówiący do bryły lodu. Chyba nie zdoła sprawić, by rozmowa nabrała serdeczniejszego charakteru.

A przecież musiał być mężczyzną z krwi i kości.

Spojrzała na Granville’a spod oka, usiłując go sobie wyobrazić w chwili odprężenia, zagłębionego w skórzanym fotelu, z nogami na biurku, w rozpiętej kamizelce i koszuli, z podwiniętymi do łokcia rękawami. Przy lekturze gazety, pociągającego od czasu do czasu łyk brandy. Z lekkim zarostem na foremnym podbródku i z rozwichrzonymi włosami…

– Panno Highwood…

Drgnęła gwałtownie.

– Słucham?

Nachylił się ku niej i zniżył głos.

– Sądzę, że te nieustanne kadryle mają się już ku końcowi. Lepiej niech pani wraca do sali balowej. Ja zresztą też tak zrobię.

– Słusznie. Pójdę pierwsza. Proszę odczekać jakieś dziesięć minut, nim pan stąd wyjdzie. Zyskam w ten sposób czas, żeby usprawiedliwić opuszczenie balu. Powiem na przykład, że rozbolała mnie głowa. Ale co zrobimy przez resztę tych dwóch tygodni? Podczas śniadań nic nam nie grozi, bo mężczyźni zwykle jedzą je wcześniej, a ja nigdy nie wstaję przed dziesiątą. Może pan też uprawiać sport z sir Vernonem, a my, damy, bez wątpienia będziemy pisać listy lub spacerować po ogrodzie. Możemy całymi dniami postępować w ten sposób. Ale ten jutrzejszy obiad… Obawiam się, że wtedy przyjdzie kolej na pana.

– Na mnie?

– Żeby udać niedyspozycję. Albo zrobić coś innego. Przecież nie mogę skarżyć się na ból głowy każdego wieczoru.

Podał jej dłoń, którą przyjęła. Ale kiedy już pomógł Charlotte wstać, nie puścił jej ręki.

– Czy jest pani pewna, że nie ma wobec mnie matrymonialnych zamiarów? Bo już narzuca mi pani rozkład dnia, całkiem jak żona.

Zaśmiała się nerwowo.

– Ani trochę, proszę mi wierzyć. Niezależnie od wysiłków mojej matki, nie podzielam jej nadziei. Bylibyśmy okropnym małżeństwem. Jestem o wiele za młoda dla pana.

– Już mi to pani dała do zrozumienia.

– Jest pan wzorem przyzwoitości.

– A pani jest… tutaj. Sama jedna.

– Właśnie. Mogę więc mówić, co mi serce dyktuje, a tymczasem pańskie…

– Ani drgnie.

Charlotte dałaby wiele, żeby przełamać krąg polarny jego sarkazmu.

– Rzecz w tym, milordzie, że nie mamy ze sobą nic wspólnego. Bylibyśmy dwojgiem obcych sobie ludzi w jednym domu.

– Jestem markizem. Mam pięć domów.

– Ależ rozumie pan chyba, o co mi chodzi. Byłaby to zupełna katastrofa.

– Nijaka, mdła egzystencja, przerywana od czasu do czasu cierpieniem.

– Bez wątpienia.

– Łączyłoby nas jedynie małżeńskie pożycie.

– Co… co takiego?

– Mam na myśli łóżkowe igraszki, panno Highwood. Przynajmniej one byłyby czymś nie do pogardzenia.

Zaczerwieniła się cała.

– Ja… pan sądzi, że…

Gdy rozpaczliwie usiłowała pokonać jąkanie, uśmiechnął się nieznacznie.

Czyżby lód zaczął topnieć? Poczuła ogromną ulgę.

– Chyba pan żartuje, milordzie?

Wzruszył ramionami.

– Pani wszystko zaczęła.

– Ależ skąd.

– Powiedziała pani, że jestem stary i nieciekawy.

Stłumiła uśmiech.

– Wie pan przecież, że nie to miałam na myśli.

Niesłychane. Gdyby wiedziała, że on potrafi sobie kpić i pozwala, żeby z kolei kpiono z niego, wydałby się jej o wiele bardziej pociągający.

– Panno Highwood, mnie nie można zmusić do niczego, a już na pewno nie do małżeństwa. Byłem dyplomatą, miałem do czynienia z królami i generałami, despotami i szaleńcami. W jaki sposób mam pani wytłumaczyć, że nie obawiam się matrymonialnych machinacji pani mamy?

– Pan jej jeszcze nie zna – westchnęła.

Jakże mogła mu uzmysłowić powagę sytuacji?

Lord Granville nie wiedział – choć zapewne nie przejąłby się tym wcale – że Charlotte miała coś więcej do stracenia. Nie chodziło jej wyłącznie o plotki i skandalizujące pisemka. Razem z Delią Parkhurst chciała opuścić Londyn na cały najbliższy sezon i wyjechać na kontynent. Zaplanowały już sobie wszystko: sześć krajów w cztery miesiące, dwie najlepsze przyjaciółki, jedna wyjątkowo pobłażliwa przyzwoitka – i żadnych męczących krewnych.

Nim jednak spakowały sakwojaże, musiały zapewnić sobie pozwolenie. To jesienne party dawało jej szansę, by dowieść sir Vernonowi i lady Parkhurst, że plotki, jakie o niej krążyły, były wyssane z palca. Że wcale nie jest zuchwałą łowczynią fortun, ale przyzwoitą młodą kobietą ze sfer ziemiańskich i lojalną przyjaciółką, z którą śmiało można wysłać ich córkę na Grand Tour, czyli wielką podróż kształcącą.

Charlotte nie mogła zaprzepaścić takiej szansy. Delia liczyła na nią. Nie mogła też znieść, by wszystkie jej marzenia przepadły.

– Milordzie, błagam, gdybyśmy tylko się zgodzili co do tego, że…

– Cicho!

W jednej chwili uległo zmianie całe jego zachowanie. Nie był już chłodnym arystokratą, tylko czujnym i zaniepokojonym mężczyzną. Nadsłuchiwał z głową zwróconą ku drzwiom.

Ona też to usłyszała. Czyjeś kroki w korytarzu, coraz bliższe.

A także stłumione głosy, tuż za drzwiami.

– Och, nie! – jęknęła w panice. – Nie mogą nas tutaj zastać razem!

Ledwie to powiedziała, cały pokój nagle zawirował wokół niej.

Charlotte nie umiałaby powiedzieć, co się właściwie stało.

Czy zerwała się w panice z miejsca? No i dlaczego w jakiś dziwny sposób znalazła się niespodziewanie w jego ramionach?

W jednej chwili spoglądała ze zgrozą na poruszającą się klamkę, a w drugiej tkwiła już we wnęce okiennej, za ciężkimi, aksamitnymi zasłonami.

Przyciśnięta do piersi markiza Granville’a.

Mężczyzny, którego zamierzała unikać za wszelką cenę.

Och, Boże.

Ściskała kurczowo wyłogi surduta lorda, tkwiąc jednocześnie w jego ramionach. Jedną ręką obejmował ją w pasie, a drugą za ramiona. Patrzyła prosto w jego nieskazitelnie biały halsztuk.

Mimo niewygodnej pozycji starała się nie wydawać najmniejszego dźwięku. Gdyby ich teraz zaskoczono razem, byłaby skończona. Matka rzuciłaby się wówczas na lorda Granville’a i nie puściła go więcej. To znaczy, gdyby wcześniej Charlotte nie umarła ze wstydu.

Ale mijała chwila za chwilą i coraz wyraźniej wydawało się, że nikt nie odkryje ich obecności.

Do pokoju weszło bowiem dwoje ludzi, którzy bez żadnej ceremonii zabrali się do rzeczy.

Dźwięki, jakie wydawali, były ciche i słabe. Jakieś zdławione chichoty, jakieś szelesty tkanin.

Woń silnych, duszących perfum przeniknęła gęstą falą za zasłony.

Spojrzała ku górze, usiłując w półmroku dojrzeć reakcję Granville’a. Patrzył prosto przed siebie i znowu przypominał bryłę lodu.

– Czy sądzisz, że on to zauważył? – mruknął męski głos.

Odpowiedział mu stłumiony głos kobiecy:

– Cicho. Pospiesz się.

Charlotte słuchała z rosnącą grozą nieznośnych odgłosów, jakby plaskania czegoś wilgotnego.

Tylko nie to – zanosiła w duchu błagania, zaciskając mocno powieki. – Tylko niech nie chodzi właśnie o to!

Prośby jej nie zostały wysłuchane.

Potem rozległy się jakieś rytmiczne trzaski dobiegające, jak przypuszczała, od blatu biurka. Jakby ktoś gwałtownie się po nim turlał. A gdy starała się to za wszelką cenę wytrzymać, usłyszała z kolei gardłowe pomruki.

Przyszło jej na myśl, że ludzkie ciało jest bardzo dziwną rzeczą. Można zamknąć oczy, jeśli nie chce się czegoś widzieć. Zacisnąć wargi, broniąc się przed niemiłym smakiem. Ale nie ma organu pozwalającego na uniknięcie dźwięków.

Nie można bowiem zatkać uszu, kiedy nie śmie się nawet poruszyć dłonią, a ona właśnie nie śmiała tego zrobić. Nisza okienna była zbyt ciasna. Najlżejszy ruch mógłby poruszyć zasłony, ujawniając obecność ich dwojga.

Nie miała wyboru: musiała wysłuchać wszystkiego. A jeszcze gorsza była świadomość, że lord Granville też to wszystko słyszy. Każde skrzypnięcie blatu, każdy pomruk godny wręcz zwierzęcia.

A chwilami dolatywało też do nich przenikliwe pojękiwanie.

– Ach!

Głuchy pomruk.

– Aa!

Kolejny głuchy pomruk.

– Oo! Oo!

Wielkie nieba. Czy ta kobieta jęczy z rozkoszy, czy ćwiczy wymowę samogłosek?

W gardle Charlotte narastał złośliwy chichot. Usiłowała stłumić go, zdusić w sobie, ale bez skutku. Może był rezultatem zdenerwowania, a może po prostu żenującej sytuacji. Im więcej wysiłków czyniła – ze względu na własną reputację, na plan podróży z Delią, na całą swoją przyszłość – tym bardziej śmiech w niej potężniał.

Zaciskała i zagryzała wargi, rozpaczliwie próbując go powstrzymać. Mimo najlepszych chęci ramiona jej zaczęły jednak drgać konwulsyjnie.

Kochankowie poruszali się w coraz szybszym rytmie, aż wreszcie stękanie przeszło w ostre dźwięki podobne do głośnego skomlenia psa. Niewidoczny mężczyzna wydał wreszcie z siebie gardłowy charkot:

– Chrrr!

Charlotte przegrała swoją walkę i wybuchnęłaby śmiechem na cały głos, gdyby lord Granville nie przycisnął jej głowy do swojej piersi, tłumiąc go własną kamizelką.

Schwycił Charlotte mocno, gdy już trzęsły się jej ramiona i łzy spływały po policzkach, jakby przyjmował na siebie wybuch granatu rzuconego przez jakiegoś żołnierza, uciszając ją skutecznie.

To najdziwniejszy uścisk, jakiego doświadczyła w życiu, ale też i taki, jakiego rozpaczliwie pragnęła.

Potem zaś, na całe szczęście, było już po wszystkim.

Kochankowie na chwilę przed rozstaniem wzdychali i wymieniali pocałunki, po czym poprawili na sobie odzież. Drzwi otwarły się, a potem zamknęły. Tylko słabnący zapach perfum unosił się w powietrzu.

Nie było już słychać niczego prócz głuchego, rytmicznego dudnienia.

Zrozumiała, że to bije serce lorda Granville’a.

Najwyraźniej nie zlodowaciało ze szczętem za kręgiem polarnym.

Nabrał tchu gwałtownie i głęboko, a potem ją puścił.

Charlotte usiłowała na niego nie patrzeć. Nie wiedziała też, co powiedzieć.

Wpatrzyła się w swoje dłonie, a potem wygładziła nimi suknię, chcąc się upewnić, że wciąż jest cała i zdrowa. Najgorzej chyba wyglądały jej włosy.

Granville odchrząknął.

Spojrzeli na siebie.

– Czy mogę mieć nadzieję, że jest pani zbyt niewinna, by pojąć, co się tu działo? – spytał.

Popatrzyła na niego z pogardą.

– Niewinność to niekoniecznie nieświadomość. Mogę być niewinna, ale ignorantką nie jestem.

– Właśnie to uważam za przerażające.

– Użył pan właściwego słowa – wzdrygnęła się. – To było… przerażające. Okropne.

Przejechał ręką po włosach.

– Nie musimy więcej o tym mówić.

– Ale będziemy myśleć. I nie zapomnimy tego. Wryje się nam w pamięć. Za dziesięć lat będziemy może żyć własnym życiem, poślubieni jakimś ludziom. Ale pewnego dnia spotkamy się przypadkiem w sklepie czy w parku i – tu strzeliła palcami – z miejsca przypomnimy sobie o tej niszy okiennej.

– Najchętniej zapomniałbym o tym incydencie. Doradzam pani to samo. – Granville uchylił nieco zasłonę. – Chyba nie ma się już czego obawiać.

Wyszedł z niszy pierwszy, energicznym krokiem. Znów ją zdumiało, w jaki sposób zdołał się tam z nią ukryć tak szybko. Musiał mieć imponujący refleks.

Ujął za linkę do zasłon i zaczął je na nowo zaciągać.

Charlotte zebrała suknię, gotując się do wyjścia z kryjówki.

– Proszę zaczekać, pomogę pani – powiedział.

Tylko że ona uniosła już nogę, no i to, co miało być zgrabnym ruchem, zmieniło się w niezręczne potknięcie. Podtrzymał ją, żeby nie upadła, a gdy usiłowała stanąć mocno na nogach, znalazła się znów w jego ramionach.

W jego mocnych, opiekuńczych ramionach.

– Dziękuję – powiedziała oszołomiona. – Po raz drugi.

Spojrzał na nią, znów z tym nieznacznym, ale miłym uśmiechem.

– Jak na kobietę, która nie chce mieć ze mną nic wspólnego, lgnie pani do mnie z niepokojącą częstością.

Zaczerwieniła się i wyswobodziła z jego objęć.

– Chętnie bym zobaczył, jak pani potraktuje mężczyznę admirowanego przez siebie.

– Nigdy nie będę miała takiej szansy.

– Proszę nie mówić głupstw. – Ujął znów za linkę od zasłon. – Jest pani młoda, ładna, bystra i pełna życia. Gdyby lejce zerwane na Rotten Row sprawiły, że każdy mężczyzna godny tego miana chciałby pani unikać, obawiałbym się o przyszłość tego kraju, bo Anglię czekałoby wyludnienie.

Charlotte wzruszyła się szczerze.

– Miło mi, że pan tak mówi. To wielka uprzejmość z pańskiej strony.

– Skądże. Po prostu trafna uwaga.

– Mimo to jednak… – Charlotte zdrętwiała z przerażenia. – O Boże!

Zostali zdekonspirowani. Drzwi biblioteki otwarły się na oścież.

Edmund Parkhurst, ośmioletni dziedzic majątku i tytułu swojego ojca, wpatrywał się w nich z okrągłymi ze zdumienia oczami.

– Ach, to ty, chłopcze. – Charlotte z ulgą przycisnęła dłoń do piersi. – Edmundzie, kochanie, czy nie powinieneś już leżeć w łóżeczku?

– Słyszałem jakieś hałasy! – oznajmił malec.

– Nie było żadnych – zapewniła go Charlotte, nachylając się, żeby mu spojrzeć w oczy. – Coś ci się zdawało.

– Ale ja je słyszałem! – upierał się chłopiec. – Jakieś groźne hałasy!

– Nie, nie. Nic groźnego się nie stało. Myśmy tylko… grali w pewną grę.

– To dlaczego płakałaś? – I Edmund wskazał palcem lorda Granville’a, który wciąż trzymał w ręce linkę od zasłon. – No i kim jest ten obcy pan ze sznurem?

– Przecież to nie żaden sznur. A lord Granville nie jest nikim obcym. To gość twojego taty. Przyjechał dzisiejszego wieczoru.

– Chodź, pokażę ci, co to jest. – Markiz zrobił krok naprzód i pociągnął za długą, aksamitną linkę, chcąc bez wątpienia uspokoić chłopca. Nie zdawał sobie sprawy, że wysoki, postawny mężczyzna może jedynie przestraszyć przerażone dziecko, które nigdy go przedtem nie widziało.

Edmund cofnął się i krzyknął z całej siły:

– Na pomoc! Morderstwo! Na pomoc!

– Edmundzie, skądże, to nie żadne…

– Morderstwo! – wrzasnął chłopiec i popędził przed siebie korytarzem. – Morderstwo!

Charlotte spojrzała na Granville’a.

– Niechże się pan ruszy. Musimy go zatrzymać!

– Mógłbym go złapać w holu, ale coś mi mówi, że to nic nie pomoże.

Po chwili zaniepokojony sir Vernon, ich gospodarz, zjawił się w bibliotece. A tuż za nim najbardziej nieodpowiednia osoba – matka Charlotte.

– Szukałam cię wszędzie! – upomniała córkę. – Gdzieś ty się podziała?

Sir Vernon usiłował uspokoić syna.

– Co się stało, chłopcze?

– Słyszałem hałasy. Mordercze hałasy! – Edmund wskazał na nich palcem. – Z tego pokoju!

– Żadnych morderczych hałasów tu nie było – powiedziała Charlotte.

– Chłopcu coś się zdawało – dodał lord Granville.

Sir Vernon położył Edmundowi dłoń na ramieniu.

– Powiedz mi, co właściwie słyszałeś.

– Kiedy byłem na piętrze – odparł chłopiec – zaczęło się od czegoś takiego: oo, och, och!

Charlotte zdrętwiała, kiedy Edmund zaczął zadziwiająco dokładnie naśladować dźwięki sprzed kwadransa: każdy jęk, skowyt i pomruk, które zdołał podsłuchać. Wszyscy mogli teraz dojść do wniosku, jakiej to jednoznacznej czynności oddawał się z nią markiz.

W najgorszych snach nie mogła sobie wyobrazić podobnej sceny.

– A potem ktoś okropnie zacharczał i usłyszałem, że jakaś kobieta krzyczy, więc przybiegłem tu, żeby zobaczyć, co się dzieje. – I Edmund znów wskazał palcem na niszę okienną. – A oni tam byli oboje.

Sir Vernon wyglądał na wyraźnie zaniepokojonego.

– No cóż – powiedziała matka Charlotte – z pewnością lord Granville nam to wytłumaczy.

– Przepraszam, madame, ale czy to nie pani córka powinna wszystko wyjaśnić? – Sir Vernon spojrzał na lorda Granville’a. – Bo w Londynie coś niecoś o niej mówiono.

Charlotte skuliła się z przerażenia.

– Może omówimy to w cztery oczy, sir Vernonie? – zaczął lord Granville.

– Nie, nie. To by ją wręcz pogrążyło. Wszyscy powinni usłyszeć prawdę, tu i teraz.

– Kiedy to wcale nie jest prawda! – parsknęła Charlotte. – Gdzież tam!

– Czy oskarża pani mojego syna o kłamstwo, panno Highwood?

– Nie, ale to wszystko jest nieporozumieniem! Nic się nie stało. Nikogo nie zamordowano ani nie napadnięto. Nie ma tu żadnego sznura! Lord Granville po prostu zaciągał linką zasłonę.

– A dlaczego nie była zaciągnięta? – spytał sir Vernon.

– Coś tu leży na posadzce! – zawołał Edmund.

A kiedy podniósł to coś, w Charlotte zamarło serce.

Była to podwiązka.

Szkarłatna jedwabna podwiązka.

– Nie należy do mnie! – zaprzeczyła rozpaczliwie. – Nigdy w życiu jej nie widziałam, daję słowo!

– A co tu jest takiego? – i Edmund odwrócił podwiązkę na lewą stronę, gdzie widniała wyhaftowana jedna jedyna litera.

Było nią C.

Charlotte i lord Granville spojrzeli na siebie z przerażeniem.

No i co teraz?

Pani Highwood powiedziała bardzo głośno:

– Nie mogę uwierzyć, że akurat lord Granville mógłby się zachować w tak bezwstydny i oburzający sposób wobec mojej córki.

Mamo, przestań.

– Mogę dojść tylko do jednego wniosku. Dał się ponieść namiętności! – oświadczyła jej matka, a córce szepnęła na ucho:

– Nigdy nie byłam z ciebie bardziej dumna!

– Mamo, błagam, nie rób sceny!

Tylko że pani Highwood właśnie pragnęła ją zrobić. Skwapliwie skorzystałaby ze wszelkiej okazji do skandalu, gdyby dzięki temu mogła zaręczyć córkę z markizem.

Charlotte usiłowała go właśnie przed tym ostrzec, ale teraz jej najgorsze obawy stały się rzeczywistością.

– Mówię prawdę, mamo. Nic się nie zdarzyło!

– Nieważne! – syknęła jej pani Highwood w ucho. – Ważne, żeby wszyscy myśleli całkiem inaczej!

Charlotte musiała jak najszybciej coś zrobić.

– To wcale nie moja podwiązka! Wciąż mam na sobie obydwie i mogę tego dowieść! – zawołała, unosząc skraj sukni.

Matka trzepnęła ją po dłoni złożonym wachlarzem.

– Wobec mężczyzn?! Nie zrobisz chyba czegoś takiego!

Czyż ukazanie obydwu własnych podwiązek mogło być gorsze od przeświadczenia sir Vernona, że ona ma na sobie tylko jedną?

Po raz kolejny Charlotte usiłowała wyjaśnić, co się naprawdę stało.

– Lord Granville i ja po prostu rozmawialiśmy.

Matka zatrzepotała energicznie wachlarzem.

– Chciałabym wiedzieć, o czym!

– O morderstwie! – zawołał Edmund, przeciągając każdą sylabę, jakby śpiewał, i tupiąc nogą do taktu. – O mor-der-stwie!

– Wcale nie o morderstwie! – zaprzeczyła mu Charlotte. – Ani o żadnym innym przestępstwie! Mówiliśmy o… o…

– O czym? – zapytał sir Vernon.

Wtedy zabrał głos lord Granville. Unieruchomił Charlottę, kładąc jej dłoń na ramieniu, a potem odchrząknął i udzielił wszystkim najzupełniej prawdziwej, choć całkowicie druzgocącej odpowiedzi.

– O małżeństwie.

2

Następnego ranka Piers siedział przy stole w swoim apartamencie, trzymając w dłoni filiżankę kawy i pocierając skronie. Głowa pękała mu z bólu.

– Co się właściwie stało? – spytał z kąta pokoju Ridley, szczotkując jego granatowy surdut. – Wyjaśnij mi jeszcze raz.

– Nie jestem pewien, czy potrafię. A tobie doprawdy nie trzeba wcale tych wyjaśnień.

Ridley wzruszył ramionami i nadal szczotkował surdut.

– Nie sądzę. Byłbym spokojniejszy.

– Niech będzie.

Dla całej reszty obsługi Ridley był jego lokajem. Dla Piersa – kolegą ze służby. Zaufanym partnerem i profesjonalistą równym mu statusem i rangą. Jak zwykle, jego zadaniem w Parkhurst Manor było poznawanie opinii służby, podczas gdy Piers obracał się wśród elity. Piers nie lubił jednak prosić go o zwykłe, obowiązkowe usługi.

– Kiedy zaczął się kadryl, poszedłem do biblioteki – powiedział, próbując odtworzyć w sensowny sposób to, co robił poprzedniej nocy. – Zamierzałem rozpocząć śledztwo.

Śledztwo. Prawdziwy powód jego bytności na tym wiejskim party: sir Vernon Parkhurst nie wiedział, że pozostaje pod uważną obserwacją. Korona potrzebowała go jako odpowiedzialnego wysłannika, by wyjaśnić powikłaną aferę korupcyjną w Australii. Byłoby to dość proste… gdyby nie pewien szkopuł.

W ciągu ostatnich kilku miesięcy sir Vernon wydał sporo pieniędzy. Niemałe sumy, w nieregularnych odstępach. Sto funtów tu, dwieście tam. Znikał też od czasu do czasu z Londynu na kilka dni. Najpewniej wskazywało to na hazard lub kochankę. Nie można też było wykluczyć szantażu.

Jeśli sir Vernon miał jakieś sekrety i płacił, by nie wyszły na jaw, zadaniem Piersa było je wykryć.

– Zamierzałem szybko przeszukać korespondencję w jego biurku. Przerwała mi to. Weszła bez uprzedzenia, nawet nie zapukała. Uznałem, że jest… prowokująca.

– No i ładna.

– Być może. – Nie miało sensu zaprzeczanie. Ridley nie był ślepy. Panna Highwood, w istocie całkiem ładna, patrzyła bystro i uśmiechała się szeroko, ze śmiałością. Miała także atrakcyjną figurę.

– A także pełna uroku. Dałbym głowę.

– Możliwe.

– Była również jak haust świeżego powietrza – ciągnął Ridley, gestykulując wymownie dłonią. – Słoneczny promyczek, gotów zmiękczyć zimne serce doświadczonego agenta.

Piers prychnął lekceważąco, a potem pociągnął łyk kawy, żeby zakończyć definitywnie ten dialog.

Najgorsze ze wszystkiego było to, że Ridley znał go za dobrze i w pewnym stopniu miał rację.

Piers spędził zbyt wiele czasu w pałacach i parlamentach, całkiem jakby były sceną jakiegoś nieustannego spektaklu. Każda osoba, którą tam napotykał, od królów po kurtyzany, grała w nim jakąś rolę. Parkhurst Manor było właśnie jedną z takich scen – choć w gruncie rzeczy nudną.

I nagle wkroczyła na nią ta kobieta – urocze młode stworzenie w różowej sukni. Była najgorszą aktorką, jaką kiedykolwiek widział. Plątała swoje kwestie, wywracała do góry nogami oprawę sceniczną. Charlotte Highwood, choćby się nie wiem jak starała, potrafiła być tylko sobą.

Było to coś rzadkiego i odświeżającego, a Piers czuł się zanadto zblazowany, by nie ulec jej urokowi. Potrafił jednak czerpać z niego ulotną satysfakcję.

Będzie musiał zapłacić za tę chwilę nieuwagi.

A ona także.

– Pozwoliłem, żeby to trwało zbyt długo – ciągnął. – Nakryto nas. Nie mogłem się wytłumaczyć, nie prowokując kolejnych pytań.

Na przykład o to, co właściwie robił w prywatnej bibliotece sir Vernona. Lepiej było pozwolić gospodarzowi, by sądził, że Piers szukał ustronnego miejsca do romansu, niż ujawnić prawdziwy powód.

– Milordzie, ten błąd do pana nie pasuje – stwierdził Ridley.

No i rzeczywiście nie pasował.

Piers przetarł twarz dłońmi. Rozpamiętywanie tego wszystkiego nie miało sensu. Należało jedynie działać. Stanąć twarzą w twarz z błędami i w miarę możności je naprawić. Lepiej, żeby szkoda była jak najmniejsza.

Do pewnego stopnia było to możliwe. Mógł wszystkiemu zaprzeczyć i wycofać się ze sceny rzekomego mordu, poniechawszy obowiązku i rzuciwszy niewinną młodą kobietę smokom na pożarcie.

Albo też mógł spełnić swój obowiązek w inny sposób.

– Rzecz jasna, zachowa się pan odpowiednio – powiedział Ridley. – Jak zresztą zawsze.

Piers spojrzał na niego z ironią. Obydwaj wiedzieli, że honor to w ich pracy rzecz złudna. Obydwaj mieli świadomość, czym jest patriotyczny heroizm – w końcu właśnie z jego powodu podjęli się tej roboty. Nigdy go jednak nie potrafili należycie odczuć, za to wstyd i poczucie winy zawsze im towarzyszyły.

Nauczył się, że najlepiej nie roztrząsać tego zbyt dokładnie. A w ostatnich dniach unikał, jak tylko mógł, analizy własnych odczuć. Resztkę honoru, jaka mu jeszcze pozostała, plamiły rozczarowanie i mrok.

Sprawa panny Highwood wyglądała podobnie i tym bardziej było mu żal dziewczyny. Zasługiwała na coś lepszego niż to, co zamierzał dziś zrobić.

Stuknął palcem w teczkę leżącą na stole. Zawierała informacje o każdym z gości i służących w Parkhurst Manor – w tym również o Charlotte Highwood.

– Czytałeś to. Streść mi, co tam o niej piszą.

Ridley wzruszył ramionami.

– Mogło być gorzej. Pochodzi z ziemiaństwa. Kilka pokoleń wiejskich dziedziców, majątek skromny, ale ze stałym dochodem. Ojciec zmarł po spłodzeniu trzech córek, syna nie miał. Majątek przeszedł na kuzyna, a one zostały ze skromnymi posagami. Charlotte jest najmłodsza. Najstarsza, Diana, cierpiała w młodości na astmę, rodzina przeniosła się więc nad morze ze względu na jej zdrowie. Tu się zaczyna coś ciekawego.

Piers wypił kawę do samego dna.

– Naprawdę?

– Osiadły w Spindle Cove.

– Spindle Cove. Brzmi jakoś znajomo.

– Przed swoim małżeństwem żona Christiana Pierce’a też spędziła tam trochę czasu.

– Violet? Masz rację. Interesujące. – Piers przypomniał sobie, że ta para małżeńska przebywa teraz na południu Francji.

– Spindle Cove to małe miasteczko. Córka sir Lewisa Finche’a przeobraziła je w miejsce schronienia dla kobiet z jakimiś życiowymi problemami. Młode damy żyją tam wedle ścisłych reguł. W poniedziałki przechadzki po okolicy. We wtorki kąpiele morskie. W środy ogrodnictwo. W czwartki…

– Bez takich szczegółów – zniecierpliwił się Piers. – Wróćmy do sióstr Highwood. Mają jakieś koneksje?

– Dobre i złe.

– Najpierw chcę usłyszeć o złych.

– Najstarsza wyszła za miejscowego kowala.

Piers pokiwał głową.

– Niewiarygodne, że matka jej pozwoliła. Musiała nie mieć wyboru.

– Dobre: średnia dała się uprowadzić wicehrabiemu.

– Owszem, Charlotte napomknęła o niej. Jaki wicehrabia to zrobił?

Rozległo się pukanie do drzwi. Gdy Ridley je otworzył, stojący w korytarzy kamerdyner oznajmił:

– Wicehrabia Payne do pana, milordzie.

Ridley zamknął drzwi, a potem z szerokim uśmiechem powiedział:

– Właśnie ten.

– Colin, to naprawdę ty?

– Przybyłem z wizytą do mojej ukochanej siostrzyczki.

Charlotte przebiegła pędem przez bawialnię i wpadła w ramiona szwagra. Uściskała go z całej siły.

– Jak zdołałeś przyjechać tak szybko?

– Twoja matka przysłała mi pilną wiadomość. A ja słynę z talentów do szybkich wypraw na północ.

– Ogromnie się cieszę, że tu jesteś.

Colin mógł wszystko naprawić. Dokładniej mówiąc, najpierw wszystko zabałagani, ale potem uśmiechnie się rozbrajająco i uśmierzy wszelki skandal, a później oboje będą mogli zasiąść do śniadania.

Śniadanie! To zabrzmiało wprost cudownie. Choć rano nie mogła nic przełknąć, teraz strasznie zgłodniała.

– Tylko nie zrób czegoś tak głupiego, jak pojedynek – uprzedziła go. – Wiesz, że nawet ja strzelam lepiej od ciebie. Minerva nigdy by mi nie wybaczyła.

– Nie będziemy się strzelać. Nie ma takiej potrzeby.

Odetchnęła z ulgą.

– Och, jak dobrze!

– Granville zamierza oświadczyć ci się dziś rano, a ja się zgodziłem, że mu pozwolę.

– Oświadczyć mi się? Przecież to absurd. My tylko rozmawialiśmy ze sobą.

– Ale sam na sam – wytknął jej.

– Owszem, skryliśmy się jednak w niszy tylko dlatego, że do biblioteki weszły inne osoby.

– W niszy okiennej. – Spojrzał na nią znacząco. – Gdzie wyznaczyliście sobie namiętną schadzkę.

Charlotte westchnęła zgnębiona.

– Nie robiliśmy tam niczego!

Colin uniósł brew.

– Zetknąłem się z mnóstwem dwuznacznych sytuacji. Nie wierzę, że nic nie robiliście.

– Powtarzam ci jeszcze raz, że nic. Nie wierzysz mi?

– Ależ wierzę ci, kochanie. Tylko że póki ci zagadkowi kochankowie nie ujawnią się, żeby wziąć na siebie winę, nikt inny ci nie uwierzy. A prawdę mówiąc, zaskoczono was w sytuacji wystarczająco intymnej, by zepsuć ci widoki na przyszłość. Nieostrożnie postąpiłaś, Charlotte.

– A ty dbałeś o ostrożność? Jesteś nieuleczalnym zuchwalcem.

Uniósł palec w geście przeczenia.