Wydawca: Videograf Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 586 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Miłosne igraszki rosyjskich caryc - Elwira Watała

"Miłosne igraszki rosyjskich caryc" to książka, która opowiada o intymnym życiu rosyjskich caryc: Eudoksji Łopuchiny, Katarzyny I, Anny Iwanowny, Elżbiety Piotrowny i Katarzyny II, o dworskim życiu pełnym erotycznych namiętności. Czytelnicy poznają plejadę faworytów, partnerów miłosnych igraszek swawolnych caryc, sowicie wynagradzanych i obsypywanych zaszczytami za swe erotyczne usługi. To mroczny świat dworskiego życia przełomu XVII i XVIII wieku, w którym niepohamowanym erotycznym namiętnościom władczyń rosyjskiego imperium towarzyszą intrygi, zdrady, niekiedy ponure i odrażające zbrodnie.

Opinie o ebooku Miłosne igraszki rosyjskich caryc - Elwira Watała

Fragment ebooka Miłosne igraszki rosyjskich caryc - Elwira Watała

Tytuł oryginału:Любовные утехи русских цариц

Redakcja i korekta:

Zespół

Opracowanie wersji elektronicznej:

Grzegorz Bociek

Na okładce wykorzystano fragment obrazu:Pierre’a-Paula Prud’honaPsyche porwana przez Wiatry/© Wikimedia Commons

Zdjęcia we wkładkach:

© Wikimedia Commons

Tekst opracowano na podstawie wydania Oficyny Wydawniczej RYTM, 2006

Wydanie I, Chorzów 2013

Wydawca: Wydawnictwa Videograf SA

41-500 Chorzów, Aleja Harcerska 3c

tel. 32-348-31-33, 32-348-31-35

fax 32-348-31-25

office@videograf.pl

www.videograf.pl

Dystrybucja wersji drukowanej: DICTUM Sp. zo.o.

01-942 Warszawa, ul. Kabaretowa 21

tel. 22-663-98-13

fax 22-663-98-12

dystrybucja@dictum.pl

www.dictum.pl

Tekst © Elwira Watała

© Wydawnictwa Videograf SA, Chorzów 2013

ISBN 978-83-7835-287-7

Wprowadzenie

Autorskie kanony zobowiązują mnie do tego, abym nie zachłystywała się własną książką. Powiem więc krótko, węzłowato i nader skromnie – to jest dobra lektura, lecz nie dla wszystkich czytelników. Tym, którzy są przyzwyczajeni do akademickiej „suchości” leksyki językowej, do ściśle jednolitej narracji i określonego gatunku literackiego radzę TEJ KSIĄŻKI NIE CZYTAĆ! Będzie drażniła i prowokowała.

Po pierwsze: imperatywną bezwzględnością autorskiej postawy, nie dopuszczającej innego poglądu aniżeli własny punkt widzenia. Jestem subiektywna w ocenie postaci bohaterów i rozważaniach filozoficznych, mimo iż nie ma w tej książce ani krzty wymysłu, bądź fikcji literackiej.

Po drugie: być może zbyt natarczywie chcę zjednać sobie przychylność czytelnika. Temu celowi służyć ma rzadko obecnie stosowany w tworzywie literackim zwrot per „Drogi Czytelniku”, stwarzający atmosferę poufałości i intymności. Zapraszam czytelnika do lektury „do poduszki”: odprężającej, lekkiej. To prawda, nienawidzę książek historycznych, które czyta się jak książkę telefoniczną, pełnych akademickiej i beznamiętnej narracji z prawidłowym rozstawieniem podmiotów i orzeczeń. A niechże w mojej książce przywrócę trochę zapomniany gawędziarski styl Boccacia, Brantôme’a, Zagoskina czy Stanisława Wasylewskiego.

Moja książka to rezultat kilkuletnich badań historycznego materiału w archiwach i bibliotekach moskiewskich. Stanowi niepełny przekład monografii, która w ostatnich latach była trzykrotnie wznawiana w Rosji.

Wreszcie po trzecie: moja książka może irytować czytelnika tym, że co rusz w tok spokojnej narracji wdzierają się kaskadą elementy dygresyjne, język literacki przeplata się z potocznym, z regionalizmami bądź filozoficznymi rozważaniami. Językowego estetę będzie to drażnić i irytować, ale tak sobie postanowiłam, pamiętając o znanym rosyjskim przysłowiu: „Na wszystkie gusta nie dogodzisz, zaś sobie mocno zaszkodzisz”. Nie boję się krytyki, świadoma, iż zapewne znajdą się akademiccy esteci, którzy zmieszają z błotem ten mój „groch z kapustą” jako danie niestrawne. No cóż! Pokrzepię się wówczas myślą, że na książkach markiza de Sade również psy wieszano i… po cichutku w nich się zaczytywano. Oby tak było z moją książką.

A teraz na serio. Książka obejmuje historyczny okres Rosji przełomu XVII i XVIII wieku, gdy carskim domem Romanowów rządziły kobiety. Została przedstawiona plejada caryc: Eudoksja Łopuchina, Anna Iwanowna, Anna Leopoldowna, Elżbieta Piotrowna i Katarzyna Wielka. Tylko ta pierwsza, żona Piotra I, Eudoksja Łopuchina, nie była osobą panującą. Śledząc losy kolejnych rosyjskich caryc postawiłam przed sobą trudne zadanie: opisałam je przez pryzmat ich życia intymnego.

Wątkom politycznym, tematom wojen i sprawom państwowym poświęciłam w tej książce niewiele miejsca. Stanowią zaledwie tło dla losów bohaterów. Przed oczami czytelnika, niczym barwny korowód, przesuwają się sceny z życia carskiego dworu epoki Piotra I i lat późniejszych: faworyci, bale, maskarady, uczty, stroje, zdrady, zabójstwa i cała paleta erotycznych namiętności.

W rozdziale o Eudoksji Łopuchinie czytelnik dowie się nie tylko o okrucieństwie Piotra I, o jego wymyślnych torturach, jakie stosował wobec własnego syna i bliskich mu osób, o jego ulubionej metodzie odrąbywania głów toporem, ale zapozna się również z torturami i kaźniami, a zwłaszcza z odcinaniem głów przez władców w dziejach świata.

Analizując epokę Anny Iwanowny z jej zamiłowaniem do patriarchalnego trybu życia i przywiązaniem do różnego rodzaju „hołoty”: kuglarzy, plotkarek, żebraków, dygresyjnym wątkiem opowiadam o światowym kuglarstwie. Opis Lodowego Domu carycy, który miał na celu oszołomić świat, oparty został na całkowicie sprawdzonych i autentycznych materiałach źródłowych.

Opisując epokę Elżbiety Piotrowny, z jej sybaryckim trybem życia, zamiłowaniem do wszelkiego rodzaju uciech (bale, maskarady, uczty, polowania, kuligi), uważałam za stosowne włączyć w ten wątek przykłady podobnego życia w Imperium Rzymskim.

I wreszcie rozdział o Katarzynie Wielkiej. Polacy nie mają powodu, żeby kochać tę carycę, która trzema rozbiorami doprowadziła Rzeczpospolitą do ruiny, tym niemniej należy obiektywnie ocenić tę nieprzeciętną postać – polityka, dyplomaty i kobiety. Skupiałam się na Katarzynie jako kobiecie, z jej negatywnymi i pozytywnymi cechami. Z jednej strony była to kobieta czarująca, szczodra, wiecznie uśmiechnięta, ubóstwiana przez dworzan, z drugiej zaś władcza i podporządkowująca swej chuci całe państwo. To ona wyniosła instytucję faworyta na piedestał, to ona w czasie swego panowania wydoiła z państwa sto milionów rubli na swoich kochanków.

Obalałam powszechnie panujący mit, znajdujący wyraz nawet w źródłach naukowych, o seksualnej patologii Katarzyny Wielkiej, która jakoby cierpiała na zoofilię.

Stosunkowo nowy jest mój pogląd jakoby Katarzyna Wielka nie ulegała w sprawach państwowych wpływom faworytów. Informacje o Grigoriju Potiomkinie i o Platonie Zubowie, napisane w oparciu o historyczne dokumenty, obalają tę teorię.

Mam nadzieję, że moja opinia będzie zgodna z opinią czytelnika, że ta książka historyczna, oparta na autentycznym materiale, będzie czytana z nie mniejszym zainteresowaniem niż dzieło beletrystyczne.

Elwira Watała

Eudoksja Łopuchina

Eudoksja Łopuchina, czyli Awdotia Fiodorowna, córka znanego bojara, była pierwszą żoną rosyjskiego cara Piotra I. Ożenił się z nią 28 stycznia 1689 roku, nie z własnej woli, ale ulegając namowom swojej matki, Natalii. Eudoksja była biedną, nieszczęśliwą i nieśmiałą kobietą. Całe życie spędziła w klasztorach i więzieniach, lejąc gorzkie łzy nad swym losem. Za co tak znienawidził ją car, trudno powiedzieć. Znienawidził i już. Chociaż aż trzech synów mu urodziła (dwóch zmarło) i „łapeńką Pietruszą” męża nazywała tkliwie, do niczego się nie wtrącała, no chyba, że orgie pijackie zbyt głośno car urządzał, wówczas ośmielała się wyrazić swoje niezadowolenie. Nic jej to nie pomogło.

Piotr już od pierwszych dni małżeństwa poczuł do niej wstręt i nie chciał widzieć obok siebie. Całymi dniami i tygodniami nie zaglądał do jej apartamentów, wolał pić, hulać i rozpustę uprawiać z Anną Mons, córką karczmarza, piękną i rozwiązłą kobietą, emanującą seksapilem. Tak to trwało aż dziewięć lat. Eudoksja płakała, żarliwie modliła się i błagała o mężowską przychylność. Na próżno. Piotr I swego stosunku do żony nie zmienił. Zbyt cichą, posłuszną i głupią wydawała się Eudoksja Piotrowi. Nie tolerowała namiętności męża do innych kobiet i do mocnych trunków. Swój niemy protest wyrażała tym, że godzinami stała na kamiennej posadzce w kaplicy, zalewając się łzami i szepcząc modlitwy.

Car, jak wiadomo, nie znosił najmniejszego sprzeciwu, ani w sprawach państwowych, ani w życiu osobistym, a zwłaszcza gdy dotyczył jego pragnień i przyzwyczajeń. I tak po dziewięciu latach nieszczęśliwego małżeństwa nadszedł groźny rozkaz cara: syna od matki zabrać, a ją do klasztoru na postrzyżyny i w szaty zakonne przebrać.

A cóż to tak rosyjscy carowie rozochocili się, żeby swoje niekochane żony do klasztorów wysyłać? Zakrawało to wprost na jakąś epidemię. Jak tylko coś im nie pasowało, a wystarczyło najdrobniejsze przewinienie, od razu caryca lądowała w klasztorze. Ileż biednych caryc, Bogu ducha winnych niewiast, rozesłał Iwan Groźny do monastyrów! Historia jest pełna przykładów, kiedy żona, za dnia jeszcze caryca, a wieczorem na lichej szkapinie do klasztoru jako mniszka podąża. Nie liczyli się carowie z „Domostrojm”. Zachodnich reguł nie znamy, a w rosyjskim „Domostroje” czarno na białym jest napisane: „Tylko chorych i ułomnych do klasztoru wysyłać, a młodych i zdrowych nie wolno”. Eudoksja była młodą, zdrową kobietą i synów carowi zapewne by jeszcze narodziła. Lecz ignorując przepisy „Domostroju”, w klasztorze ją uwięziono, izolując od syna Aleksieja. A los syna okaże się tragiczny. Będzie chowany bez matki. Tylko jeden raz, będąc już dorosłym, uda mu się odwiedzić potajemnie matkę w suzdalskim klasztorze, za co zresztą zostanie surowo skarcony przez ojca. Aleksiej się ożeni, lecz niedługo potrwa jego szczęście małżeńskie. Dokładnie dziesięć dni po narodzinach syna umiera mu żona. Syn na krótko stanie się rosyjskim carem, Piotrem II, i umrze na nieuleczalną wówczas chorobę – ospę. Aleksiej wychowywał się na dworze w towarzystwie wiecznie pijanej macochy i znienawidzonej ciotki Natalii Aleksiejewny, której zarzucano intrygi i zdradę państwa. Potem ucieknie do Wiednia, lecz stamtąd będzie deportowany i osadzony w Twierdzy Pietropawłowskiej, gdzie więziono bardzo groźnych przestępców. Będzie nieludzko torturowany na oczach swojego ojca i umrze, nie wytrzymawszy mąk. Według innej wersji został otruty. O tym wszystkim dowie się jego matka Eudoksja, która przeżyje wszystkich: eksmęża, jego drugą żonę, nawet własnego wnuka.

Piotr I bez skrupułów wysyłając do klasztoru żonę, podtrzymywał rosyjską tradycję. Od dawna było przyjęte w Rosji, że zamiast rozwodu „niewygodne” żony umieszczało się w klasztorze. To na Zachodzie, we Francji, Anglii czy też we Włoszech królowie zawracali sobie głowy rozwodowymi procesami. Bywało, że królowie latami czekali na papieskie pozwolenie na rozwód. Nieraz procesy takie trwały dziesiątki lat. Tak było z królową Margot, żoną Henryka IV. Biedny francuski król gnuśniał w oczekiwaniu na rozwód, a jego kochanka, pretendentka na żonę, umrzeć już zdążyła, a pozwolenia od papieża na rozwód dalej nie było.

A co przechodził biedny wielokrotny żonkoś Henryk VIII, król angielski? Z jakiego powodu pokłócił się z papieżem? Naturalnie z powodu nieotrzymania pozwolenia na rozwód. Król usycha z miłości do Anny Boleyn, która bez ślubu nie chce z nim iść do łóżka, a papież zwleka z zezwoleniem na rozwód z pierwszą żoną, której król już nie kocha. Dziewięć lat spała Anna Boleyn z królem i co, nagle wyrzuty sumienia zaczęły ją dręczyć, a może zachciało jej się zostać królową angielską? Jak wiadomo, droga do tronu często przez łóżko wiodła. Cierpliwie znosił kaprysy papieża Henryk VIII, aż wreszcie nie wytrzymał i postanowił: „A co tam, pluję na papieża. Obejdę się bez jego błogosławieństwa”. Prawowitą żonę wygnał z pałacu, a z Anną Boleyn ożenił się, nikogo o zgodę nie pytając, a siebie ogłosił zwierzchnikiem Kościoła anglikańskiego. Oto na co stać prawdziwie zakochanego króla. Potem z taką samą determinacją rozkaże ściąć głowę żonie (nie jednej zresztą), by móc ożenić się z następną kochanką.

Nie chcemy nikogo, Drogi Czytelniku, usprawiedliwiać, lecz nieraz w dziejach był to jedyny sposób na pozbycie się niekochanych już żon.

Francuski król Franciszek August również nie usłuchał papieża, który grzecznie mu radził żony nie porzucać, bo w przeciwnym razie interdykt nałoży. Klątwa papieska jest straszna dla narodu. Nawet zmarłych po chrześcijańsku chować nie wolno. Lecz król francuski, mimo szantażu papieskiego, do swej żony nie powrócił, z którą przez dwadzieścia lat wspólnego pożycia tylko raz był w łóżku – w noc poślubną!

Nieśmiały król angielski Henryk II nie wpadł na to, by rozstać się z żoną Eleonorą, ignorując papieski zakaz. Król błagał papieża ze łzami, ważkie argumenty przytaczając, a to, że Eleonora dziewicą już nie była, że zdążyła pobyć już żoną francuskiego króla Ludwika VII, zanim na angielski tron się połakomiła, a to, że o całe dwanaście lat była od męża starsza. Nic nie pomogło. Papież uparł się jak osioł i za nic rozwodu nie daje, argumentując, że Henryk z Eleonorą ma już sześcioro dzieci. Wówczas to król Henryk II, następny kontrargument wysuwa: żona chciała otruć jego ulubioną kochankę Rozamundę i prawdopodobnie niecny zamiar doprowadziła do skutku, skoro Rozamunda zmarła w swoistym „labiryncie Minotaura”. Papież i ten argument odrzucił. Nic więc nie pozostawało Henrykowi II, jak wbrew papieskim zakazom pójść za przykładem rosyjskich carów i uwięzić żonę w twierdzy pod strażą.

Rosja, świadoma trudności udzielania rozwodów carom, pozwalała bez zbędnych formalności wtrącać żony do klasztorów. Tu wszystko było bardzo proste. Nie musiał car, gdy mu się jakaś młodsza czy piękniejsza niewiasta nawinęła, prosić prawosławne władze o pozwolenie na wymianę żony. Decyzję podejmował on sam. Postępował nader humanitarnie. Na śmietnik żony nie wyrzucał, nie truł jej (no, czasami truto) i grzechu na swoją duszę nie brał. Dla zbędnej żony droga była jedna – monastyr.

I tak Iwan Groźny z ośmiu swych żon dwie w klasztorze uwięził. A jego ojciec, Wasyl Iwanowicz, który przeżył lata w zgodzie i miłości, wprawdzie w bezdzietnym związku, ze swoją ukochaną żoną Salomonią Saburowa, nagle zakochał się w młodej Litwince, Helenie Glińskiej i nie umiejąc sobie poradzić z tym nowym uczuciem, wygłupiał się. Czarną brodę rosyjską ściął i ogolił się na litewską modłę. Na kolanach błagał Saburowa, by ta wolność mu zwróciła, żeby mógł, jak serce jego chciało, ożenić się z Heleną Glińską. Saburowa była kobietą ambitną, śmiałą i nie miała zamiaru lekko męża innej kobiecie oddawać. Takie histerie zaczęła w drewnianym Kremlu urządzać, że dla uspokojenia nerwów wychłostano ją zdrowo. Nie uspokoiła się wszakże i pocierając obolały tyłek, stojąc przed popem w trakcie obrzędowego obcinania włosów, takie przekleństwa rzucała na męża i Glińską, że uszy więdły. Musieli ją po raz wtóry wychłostać. I już kompletnie obolała, z ranami na sempiternie, krwią ociekając, nie uspokoiła się i znowu stojąc przed popem zaczęła zawodzić swoje: „Bóg wszystko widzi i odpłaci mojemu prześladowcy”. „Prześladowca”, carski sługa, bojarzyn Iwan Szygon, kułakiem jej wygraża, dając do zrozumienia, że znowu bić zacznie. Pop obrzędową modlitwę szybko czyta, a Salomonia nadal kalumniami rzuca w kierunku męża i jego nowej żony. No i cóż się wydarza? Kogóż rodzi Helena Glińska, przeklęta przez pierwszą żonę cara? Największego sadystę świata! Największego szaleńca! Iwana Groźnego!

Car Wasyl Iwanowicz nie od razu zdecydował się wygnać Salomonię do klasztoru. Długo się wahał, mając dylemat: „Czy zostawić carycę na dworze, a z Glińskiej kochankę uczynić, czy wypędzić Salomonię, a Glińską carycą uczynić”. Jego wątpliwości rozwiał Iwan Szygon rosyjskim przysłowiem: „Niepłodne drzewo z korzeniami się wyrwa, innego wyjścia nie ma”.

Historia na ogół jest bardzo surowa w stosunku do niepłodnych caryc czy królowych. Przypomnijcie sobie, drodzy czytelnicy, o tragicznych losach Katarzyny de Braganza – żony angielskiego króla Karola II, czy Elżbiety, żony francuskiego króla Karola IX, czy Luizy Luksemburskiej, żony Henryka III. Wszystkie były bezpłodne, dzieci królom nie rodziły i były napiętnowane na dworze. Wszyscy odnosili się do nich z pogardą, a faworyty królewskie, które regularnie rodziły królom dzieci, niemalże opluwały „ułomne” królowe.

Czegóż nie robiła Katarzyna Braganza, by ponownie stać się płodną? Oswojony lis wszedł do jej łóżka, a ta, będąc w ciąży, tak się przestraszyła, że poroniła. Już nigdy nie było jej dane być brzemienną.

A Elżbieta – bezpłodna żona Karola IX? Ona przecież spojrzeć prosto w oczy ludziom nie mogła, modląc się dniami i nocami już nie o to, żeby dziecko urodzić, ale żeby z pałacu jej nie wygnano!

A Luiza Luksemburska? Przecież to nie jej wina, że mąż, Henryk III, folgując swoim homoseksualnym skłonnościom, żonę trzymał na kolanach nie dla pieszczot miłosnych, a po to, żeby w jej włosy perły wplatać. Prosiła ją po dobroci teściowa, Katarzyna Medici, zatroskana o losy państwa francuskiego, żeby z paziem się przespała. Cnotliwa Luiza umrzeć raczej była gotowa bez seksu, niż małżonka zdradzić. Czyż nie głupia? No i zwiędło państwo francuskie bez potomka.

Warto sobie przypomnieć o smutnym losie Józefiny, żony Napoleona Bonaparte. Ze swoją ukochaną imperator zmuszony był wziąć rozwód, bowiem rozwiązła żona nadwerężyła swój organ płciowy licznymi miłosnymi podbojami i drugiemu mężowi (chociaż z pierwszym miała dwoje dzieci) nie mogła już urodzić potomka.

Słusznie czy niesłusznie wyrzucił car bezpłodną żonę Saburową do klasztoru, nie nam sądzić.

Bezlitośnie postąpił car Piotr I z Eudoksją Łopuchiną, która niczemu nie była winna. Synów posłusznie mu rodziła, a mimo to posadzono ją na furę i do klasztoru pognano. I za co? „Głupia ona” – mówił car. O nie, Eudoksją głupią nie była. Ona była uosobieniem rosyjskiej carycy owych czasów, wychowanej w duchu „Domostroja” i prawosławnych kanonów. Żona męża rzadko widywała. Nawet podczas obiadów nie udawało jej się ujrzeć cara-batiuszki, bowiem jadali osobno. On w jednym skrzydle pałacu, ona w drugim. Nie wolno było żonie bez pozwolenia zaglądać do pokojów męża. Wyszła z tego kiedyś niezła afera, gdy żona cara Michała Fiodorowicza, Eudoksja Łukianowa, stęskniwszy się za czułościami męża, popędzana seksualnym pragnieniem, co było wstydliwe w tamtych czasach, a którego zaspokoić mąż nie kwapił się już od dłuższego czasu, przejęła inicjatywę i bez pozwolenia męża postanowiła zakraść się do jego sypialni. Lecz po drodze spotkała posłów zagranicznych, których potem, niemal torturując, dopytywano: „W jakim celu wyciągnięto carycę z jej prywatnych apartamentów, czyżby to spisek na cara?” Z trudem posłom udało się udowodnić, że ani uwodzicielskich, ani politycznych zamiarów w stosunku do żony cara nie mieli, a spotkanie nastąpiło przypadkowo z powodu niesubordynacji carycy i wbrew regułom „Domostroja”: „Żona samodzielnie na miłosne uciechy do męża chadzać nie może. Siedź i czekaj, kiedy mąż ciebie zechce” – było napisane. A jeśli „nie zechce”? Jeśli ma inną kobietę? Wówczas możesz się modlić i płakać do woli.

Dawniej żona swoje miejsce znała i zawsze pamiętała o własnej „niższości” – z mężowskiego żebra przecież była stworzona. To obecnie ród żeński tak się rozpasał, że odebrał władzę płci męskiej we wszystkim, nawet w alkowie. Rewolucja seksualna pokazała kobietom, że należą im się seksualne rozkosze na równi z mężczyznami. Mężów i kochanków zmuszają do poszukiwania w nich jakichś miejsc erogennych, punktów G, o których dawniej nawet nie słyszano. Jakieś tam broszury o przedłużaniu orgazmu studiują, bezceremonialnie przebierają w sztucznych fallusach, poszukując dla swej anatomii odpowiednich. W mechanizmach wibratorów bez najmniejszej żenady grzebią, jakby nie w seks shopie się znajdowali, a do super marketu po maszynkę do mięsa wpadły. Co za wstyd! O nie, dawniej takiej rozwiązłości nie było. Kobieta znała swoje miejsce na ziemi i w łożu męża. Dobrze wiedziała, że jej dola – dzieci rodzić i żadnej w łóżku przyjemności doznawać. Krótko i węzłowato – leż cicho i nie myśl o żadnej rozkoszy cielesnej. Bo to grzech! I taka oto zgwałcona przez katolika protestancka markiza z trudem uchodząc z życiem podczas masakry w noc św. Bartłomieja, pyta swego spowiednika, czy popełniła grzech? Spowiednik odpowiada: „Jeśli ty, córo moja, odczuwałaś podczas gwałtu przyjemność, to jest wielki grzech. Jeśli wstręt, to grzechu nie ma”. Biedna markiza kilka nocy nie spała, rozgryzając dylemat – było jej miło, czy nie?

Wracając do wątku Eudoksji Łopuchiny stwierdzamy, Drogi Czytelniku, że nie taka pokorna żona, która wiecznie płacze, modli się i w łóżku nieruchomo jak kłoda leży, potrzebna była Piotrowi I. On potrzebował takiej żony, która, według historyka Kotoszychina, „nie płakałaby, nie biadoliła, a dźwięcznym śmiechem, delikatnymi pieszczotami, żartobliwym słówkiem odgarniałaby smutek męża, łagodziła jego gniew i rozpraszała smutki. Taka, która by nie tylko nie osądzała jego orgii, lecz sama w nich by uczestniczyła, namiętnie by je polubiła, tańcząc do upadłego i chętnie opróżniając puchary z winem, na równi z chłopami. Zgrabna, rzucająca się w oczy, mocna w kościach, o wysoko podniesionej jędrnej piersi, z namiętnymi ognistymi oczyma, dowcipna i zawsze wesoła”.

Gdzie taki cud, taką perłę znajdzie Piotr? A znajdzie właśnie. Tylko, że trochę później. Wyrwie ją z objęć żołnierzy, zabierze ją swojemu przyjacielowi ministrowi Mienszykowowi i zrobi z niej rosyjską carycę, zabraniając narodowi nazywać ją „żołnierską dziewką”. Kochać ją będzie gorąco i nigdy nie wytknie jej niskiego urodzenia.

Zewnętrznie Eudoksja Łopuchina była nawet miła. Przyjrzyjmy się dwóm jej portretom. Jeden, to rycina w wydaniu angielskim, a drugi w wydaniu niemieckim autorstwa Fridenburga. Pierwszy przedstawia Eudoksję bogato ubraną w carskie szaty – korona wysadzana perłami na głowie, duże złote kolczyki w uszach, suknia obszyta gronostajami. Na drugim portrecie przedstawiona została w przebraniu mniszki z modlitewnikiem w dłoniach i różańcem u pasa. Oba portrety trafnie uchwyciły typ rosyjskiej kobiety o przyjemnej okrągłej twarzy, z wydatną dolną wargą, o dużych oczach i… martwym, apatycznym spojrzeniu. Twarz nieuduchowiona, bez tej żywości i oryginalności, które tak zachwyciły Piotra I w drugiej żonie, Katarzynie I. O tak, nie jest głupia Eudoksja, lecz zbyt prymitywna. Prosta i postna.

I oto Eudoksja jedzie w lichej bryczce, zaprzężonej w dwie marne szkapy, do swej niewoli, drogą w kierunku Suzdala, do Pokrowskiego żeńskiego klasztoru, zupełnie jak zwykła śmiertelniczka. I jak zwykłej śmiertelniczce nic już jej się nie należy. Wszystko jej zabrano. Nawet imię. Teraz jest biedną mniszką Heleną z jedną służką, bez odprawy i zapomogi. Nawet jej dwóm siostrom, które Piotr również rozkazał zamknąć w klasztorze, dał apanaże i pozostawił im osobiste rzeczy. Eudoksji zaś nic. Żeby nie umrzeć z głodu, pisze żałosne listy do swych krewnych, prosząc o pomoc.

Oto jeden z jej listów: „Nie proszę o nic szczególnego, ale przecież trzeba jeść. Nie piję ani wina, ani wódki, lecz chciałabym mieć możliwość ugościć innych. Tutaj niczego nie ma. Wszystko zepsute. Dopóki jeszcze jestem żywa, błagam, z miłosierdzia nakarmcie mnie, napójcie, dajcie mi jakiś żebraczy przyodziewek”. Tak żałośnie pisze Eudoksja do swego brata Awraama, nie przeczuwając, że wkrótce Piotr I zetnie mu głowę za udział w spisku przeciw niemu.

Eudoksja ma dwadzieścia lat i jeszcze całe dwadzieścia lat spędzi w pustelniczej celi, dokładnie połowę swego życia. Po dziesięciu latach niewolniczego życia spotka swoją wielką miłość i to będzie nie miłość do Boga, a najzwyklejsza ziemska miłość, w której zmysłowe uczucie pogrążyło się w duchowej namiętności zmęczonej i delikatnej duszy, przez nikogo nie rozumianej i przez nikogo nie docenionej.

Żeby zrozumieć, jak jej udawało się przez całe osiem lat spotykać się ze swoim kochankiem – majorem Glebowem, będąc uwięzioną w klasztorze, trzeba znać klasztorne obyczaje panujące w owych czasach nie tylko w Rosji, ale i na Zachodzie. A może to właśnie ze „zgniłej” Europy przeniknęły rozpustne obyczaje do prawosławnych klasztorów?

Boccaccio w swoim nieśmiertelnym „Dekameronie” zbytnio z prawdą się nie minął, obnażając nader swobodne obyczaje panujące w klasztorach. Tam co chwila mniszki baraszkują z kawalerami na trawie, goszczą ich w swoich celach, a potem potajemnie wynoszą uśmiercone noworodki.

W życiu było nie inaczej. Wiele klasztorów było po prostu tętniącymi życiem domami publicznymi. W Niemczech, Hiszpanii, we Włoszech były klasztory, w których żadna cela nie pozostawała bez nocnego gościa. Tu wesoło się bawiono i z wielką swobodą oddawano się rozpuście. Przypomnijmy, że mniszka Werdun zaraziła Henryka IV chorobą weneryczną.

W Niemczech wydano dokument, który pomniejszał winę mniszek, jeśli zgrzeszyły z osobą duchowną. To jeszcze bardziej skłaniało je do popełniania grzechu z mnichem. Cóż począć? Natury Bogiem i modlitwami nie zagłuszysz. Nie na próżno rozpowszechniły się takie oto przysłowia: „W ścianach klasztornych nie tyle psalmy słychać, co krzyki dziecięce”, albo: „Wiele kobiet do klasztoru wchodzi porządnymi, a wychodzi dziwkami”. Mniszki konkurowały w miłosnych podbojach i ars amandi z najlepszymi prostytutkami. Ale rodzenie dzieci z tych nielegalnych związków uważano za grzech i było surowo zakazane. Toteż kwitły dzieciobójstwo i aborcja. W pobliżu jednego z niemieckich klasztorów zabronione było łowienie ryb siecią, z obawy przed wyciągnięciem potopionych noworodków.

Kardynał Rodrigo, przyszły papież Aleksander VI, mający z Różą Vanocca pięcioro dzieci, na starość zakochał się w młodziutkiej dziewczynie, nie stroniąc jednocześnie od współżycia z własną córką. Biografowie byli w kłopocie – czyje dziecko biega po Watykanie, ojcem którego jest papież, Lukrecji czy Julii Farnese?

Syn jego Cezar – awanturnik, rozpustnik i sadysta, tak był zazdrosny o swą siostrę, która względami raczyła również i drugiego brata, że zabił go z zimną krwią, a ciało w Tybrze utopił. Straszna to rzeka, która na przestrzeni dziejów, poczynając od starożytności, żywiła ryby trupami doń wrzucanymi. Oczywistym jest, że Pan Bóg nie ścierpiał takiego bluźnierstwa. Cezar omal nie otruł się własnoręcznie przygotowaną dla kardynałów trucizną. Ledwo wyszedł z opresji, roztropnie wchodząc w rozpruty brzuch byka, gdzie gorąca krew wyciągnęła z niego truciznę. Z całej rodziny tylko Cezarowi udało się przeżyć. Żądza i występek zawsze chadzały parami.

W prawosławiu, naturalnie, takich łajdactw było mniej, lecz i tutaj zbyt surowo do mnichów i do klasztornego życia się nie odnoszono. W każdym razie Eudoksja mogła swobodnie do cerkwi chadzać, a nawet na pielgrzymki wyjeżdżać, gdzie gorliwie się modliła i od czasu do czasu na ludzi spoglądała. Dziesięć lat klasztornego życia nie miód, którego jednostajność i monotonia dotkliwie już Eudoksji doskwierały, i dusza jej bez miłości usychała. Przecież pozbawiono ją macierzyństwa i mężowskich uczuć, a samymi modlitwami serca nie napełnisz. Wtedy to, za cichym przyzwoleniem ojca zakonnego, zrzucała czasami swój habit i w cywilne suknie się przebierała. Oczywiście nie zaprzeczamy, że były w Rosji również bardzo surowe klasztory, gdzie na takie szaleństwo nikt by nie pozwolił. W innych klasztorach gdy mniszki do snu się rozbierały, to ikony chusteczkami zasłaniały, żeby Boga nie obrazić widokiem swego nikczemnego ciała. I chodziły słuchy o takich klasztorach, gdzie zakonnicom, pod rygorem ostrej kary, zabraniano nawet myć organa płciowe, bowiem ta czynność nie licowała z posługą Bogu. Biedne klasztorne dziewuszki zrozumieć nie mogły dlaczego litościwy Pan Bóg takimi niedoskonałymi je stworzył i co mają robić gdy to samo co miesiąc przychodzi? Taka zmyślna dziewczynka, słuchając swej intuicji, mchy i porosty wykorzystywała.

Lecz nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Septyczne właściwości porostów od dawna są znane medycynie ludowej. Dzięki temu o wiele mniej było zakażeń niż, na przykład, obecnie, gdy do dyspozycji dziewcząt (mówią o tym nachalne reklamy, bulwersując starszych i gorsząc dzieci) pozostaje cały arsenał środków zaradczych na ten trudny okres. Lecz nie w „tampaksach” rzecz, a w tym, że nawet w klasztorach, przy niesamowitym rygorze, przy ustawicznym umartwianiu ciała, wyłaziła z mniszek ich druga natura, której nie ujarzmisz żadnymi rygorami, czy postami. Mniszki potrafiły służbę Bogu przekształcić w służbę diabłu.

Kanonizowana przez papieża Piusa II męczennica Weronika Juliani, chcąc wyrazić swe ubóstwienie dla Baranka Bożego, kładła do swego łóżka prawdziwe jagnie, całowała je i dawała mu swą pierś possać. A mniszkę Blandbekin nieustannie dręczyło pytanie: co stało się z tą częścią, która była odcięta podczas obrzezania Jezusa? Chcąc nie chcąc, musimy zgodzić się z wiedzą patoseksuologów, iż „instynkt płciowy jest najsilniejszym ze wszystkich instynktów człowieka (i bardzo dobrze, bo dzięki niemu istnieje ród ludzki), no może za wyjątkiem instynktu samozachowawczego. Silny pociąg płciowy, to wspólna cecha homo sapiens i zwierząt”.

A jak silny może być instynkt, o to możemy zapytać Katarzynę Genueńską, która tak cierpiała w wyniku niezaspokojenia seksualnego, iż nie mogąc go wyciszyć żadnymi modlitwami i postami, rzucała się na ziemię i szalejąc z miłości do Chrystusa krzyczała: „Bierz mnie i miłuj, już dłużej tych mąk nie zniosę”. A jakaż dzika żądza męczyła świętą Elżbietę, opisać nie sposób. To straszne, Drogi Czytelniku, gdy nimfomanka staje się mniszką.

Niewyobrażalne były męki „brzydkiej Joanny”, pierwszej żony francuskiego króla Ludwika XII. Został zmuszony przez despotycznego Ludwika XI do ożenku z jego córką, strasznie brzydką, kaleką, która na swoje nieszczęście miała nimfomańskie skłonności. Ludwik XII odmówił z nią małżeńskich stosunków płciowych. Król Ludwik XI zmusił go do mężowskich powinności i pod eskortą gwardii narodowej siłą zaciągano go do małżeńskiej sypialni. Nie wytrzymał seksualnych katuszy Ludwik XII, kiedy został królem, wziął z „brzydką Joanną” rozwód, a ona zmuszona była pójść do klasztoru. Omal w nim nie postradała zmysłów od doskwierającej jej abstynencji seksualnej. Chyba za te męki została kanonizowana i stała się świętą.

Ale powróćmy do naszej Eudoksji, która seksualnych katuszy w klasztorze cierpieć nie miała zamiaru a i pozwalano tam czasem zgrzeszyć. Po dziesięciu latach miłości ofiarowanej Bogu, Eudoksja przerzuciła się na miłość do mężczyzny z krwi i kości. Śmiertelnie się zakochała w oficerze, majorze Glebowie, który był oddelegowany do Suzdala, w celu przeprowadzenia naboru rekrutów. Glebow stojąc w cerkwi i zerkając na boki, zwrócił uwagę na niestarą jeszcze mniszkę, o której szeptano, że jest byłą carycą Eudoksja, żoną Piotra I. On, naturalnie, zainteresował się tą kobietą. Próżność go tu przywiodła. Każdy chciałby mieć za kochankę tak zacną osobę. Major Glebow zaczyna uwodzić Eudoksję, posyłając jej różne podarki. Posłał sobolowe futro, dołączając list, w którym donosi, że jej, byłej carycy, nie uchodzi w zimnej celi marznąć, bez możliwości ogrzania ciała sobolami. Eudoksja prezent przyjęła i grzecznie zań podziękowała. I tak się stało, że najpierw Glebow futrem pościel carycy ogrzał, a potem własnym ciałem. Zaczął spędzać noce w jej celi, popijając klasztorne wino i łajdacząc się do woli. Żyli ze sobą jak mąż i żona. Przeorysza na wszystko przymykała oczy. A potem na komisji śledczej pięćdziesiąt mniszek, ostro wysmaganych knutem, będzie zgodnie zeznawać, że Eudoksja i Glebow, bez najmniejszej żenady, otwarcie się całowali, a potem na wiele godzin znikali w celi.

Stiepan Glebow podczas śledztwa wyznał: „Gdy byłem w Suzdalu, podczas naboru rekrutów, zaprowadził mnie do celi Eudoksji jej spowiednik Fiodor Pustynny, podarki moje jej przekazywał i pomógł mi z carycą się związać, tak zaczęła się moja miłość”.

Ale to wszystko, Drogi Czytelniku, nastąpi znacznie później, a teraz miłość Eudoksji i Glebowa kwitnie w najlepsze. Jej wyschnięte i spragnione uczucia serce ożyło na nowo, by dać zmysłową rozkosz swemu kochankowi. Ale Eudoksja jest Eudoksją, skłonną do ciągłego popłakiwania, i za to chyba car ja wyrzucił. Ona nawet swe upojenie miłosne przeobraża w jakąś smutną modlitwę pogrzebową. O tym w każdym razie świadczą jej listy pisane do Stiepana Glebowa, brzmiące jak udręczony płacz Jarosławny u Kremlowskich ścian, bolejącej po stracie męża, a nie jak listy zakochanej i szczęśliwej kobiety. Jeszcze nie porzucił jej kochanek, mimo wszystko lękający się żony i odpowiedzialności za swoje miłosne gierki, jeszcze regularnie do niej chadza, by w jej celi oddawać się z nią miłosnym uciechom, a ta już biadoli i płacze, przeczuwając najgorsze. Jak to? Zostawić ją? A za co? Niech kochanek nawet nie myśli o tym. Czyż nie zrobiła wszystkiego, by go przy sobie zatrzymać? Czyż nie obmyła rzęsistymi łzami jego rąk i wszystkich zakamarków jego ciała? Oto fragment jednego z jej listów do Glebowa: „Moje słoneczko, mój batiuszka, moja duszyczko, moja ty radości jedyna. Czyż naprawdę nastała już okrutna godzina naszej rozłąki? To już lepiej, żeby moja dusza z ciałem się rozstała. Słońce ty moje, jakże mi żyć bez ciebie przyjdzie? Moje serce tego nie zniesie! Ja już tak długo nieprzerwanie płaczę! I dzień już nastał, a ja cierpię i we łzach tonę, i Bóg jeden wie jak mi jesteś drogi! Dlaczego ja, o mój luby, tak bardzo cię kocham, że życia bez ciebie sobie nie wyobrażam? Dlaczego, duszko moja, gniewasz się na mnie i chyba mocno, skoro nawet nie piszesz do mnie. W każdym razie, noś, serce ty moje, ten pierścionek, który tobie podarowałam i kochaj mnie chociaż troszeczkę. Luby mój, światło ty moje, mój kochaneńki, kwiatuszku mój, zlituj się nade mną. O moja ty światłości, moja łapeczko, daj mi odpowiedź. Nie pozwól mi umrzeć ze zgryzoty. Posyłam tobie szalik, noś go, duszko moja! Ty nie nosisz niczego z moich podarunków. Czyż to nie oznacza, że przestałam być tobie miłą? Lecz zapomnieć o twojej miłości? O nie! To ponad moje siły. Nie potrafię żyć na tym świecie bez ciebie!”.

Potrafi, potrafi. I przyjdzie jej jeszcze pożyć bez niego całe dziesięć lat, bowiem kochaś już ostygł w uczuciach, a jej płacz i biadolenie go nudzą i już mu obrzydły. Ubóstwo i łzy – to słabi towarzysze miłości. A Eudoksja jak zraniona suka, jak płaczka nad mogiłą zawodzi i zasypuje Glebowa lawiną płaczliwych listów, w których refren jest jeden: „Kochaj mnie, bo inaczej umrę!” „Jak ty swoimi rękami pochowasz mnie w mogile?”, „Dlaczego mnie porzuciłeś?” „Kto mnie, biedną sierotę, rozłączył z tobą?”.

Glebow, piękny młodzian, nie na stypę przyjechał przecież i nie po to, by codziennie wysłuchiwać lamentów i skowytu zakochanej kobiety. On, naturalnie, chce się zabawić wesołym i lekkim flirtem, bez zobowiązań. Ciężaru wielkiej i namiętnej miłości Eudoksji nie jest w stanie udźwignąć. W kółko ta sama śpiewka: „Dlaczego mnie zostawiłeś, umieram bez ciebie, jak mogłeś mnie rzucić, zagrzeb mnie w mogile, o ja nieszczęsna itp.”, tak już „nadojadła” Glebowi, zwłaszcza, że i nabór rekrutów szedł opornie, jakieś nieporozumienia z przełożonymi, awantury z żoną, która dotychczas chętnie przyjmowała pieniądze od Eudoksji, a teraz nagle zaczęła być o nią zazdrosna. Major zamierzał chadzać do Eudoksji dla rozrywki, dla relaksu, by na chwilę oderwać się od spraw codziennych, a wpadł w sidła namiętnej miłości. A po cholerę mu tak głębokie uczucie? A nuż dojdą do cara słuchy, że on jego eksmałżonkę uwiódł i co wtedy? O tym Glebow nawet nie chce myśleć i po cichu, póki jeszcze czas, zamierza z amorów się wycofać i zostawić Eudoksję. Lecz, niestety, jest już za późno. Dziewięć listów Eudoksji do Glebowa jest włączonych do akt sądowych, jako niezbity dowód jej cudzołóstwa. Mimo to, niczego by jej nie udowodniono, bo listy pisała nie ona, a siostra Kapitolina pod jej dyktando. Ale Glebow sam sobie grób wykopał, ponumerowawszy każdy list od Eudoksji, pięknym kaligraficznym pismem czyniąc adnotacje: „List carycy Eudoksji Łopuchiny do Stiepana Glebowa”. Czyżby potomnym chciał tę informację przekazać? A może w historii chciał zaistnieć: „Patrzcie, jak mnie, zwykłego majora, kochała caryca Eudoksja!” No cóż, każdy czym może, tym włazi do historii. Szewc Herostrates, nie posiadający żadnych zalet oprócz umiejętności reperacji butów, zżerany jednak ambicją nieśmiertelności, podpalił świątynię Artemidy Efeskiej, jeden z siedmiu cudów świata. Gdy szedł na tortury, krzyczał: „A jednak włażę… włażę do historii!”. I wlazł. Na chama! Zajrzyjcie do encyklopedii, drodzy czytelnicy, żadna nie pominęła tego awanturnika – podżegacza. Niestety, o Glebowie mało kto wie, chociaż cierpienia i tortury zniósł nie mniejsze niż Herostrates.

O tak, torturować na Rusi potrafili i lubili! (A gdzie nie lubili?) I podczas gdy naszego Glebowa, po odkryciu jego amorów z Eudoksją, prowadzą na te dzikie, nieludzkie tortury, przyjrzyjmy się, Drogi Czytelniku, jak ta sprawa przedstawiała się w Rosji.

Karano tu ludzi zawsze i wszędzie, nawet za najmniejsze przewinienia. W „Układzie”, czyli w zbiorze praw cara Aleksieja Michajłowicza, ojca Piotra I, dokładnie było wyszczególnione, kiedy i za co należy karać. Opisanych było sto czterdzieści przypadków. Nie będziemy ich tu przytaczać. Kara cielesna, to znaczy chłosta, odbywała się publicznie. Skazańca wieziono wczesnym rankiem na lichym wozie z przewieszoną na piersi czarną deską, na której dużymi, białymi literami był wypisany rodzaj jego przewinienia. Skazaniec siedział na ławce, plecami do konia, z kończynami przywiązanymi rzemieniem do ławki. Ten sromotny wóz objeżdżał wszystkie główne ulice miasta, otoczony żołnierzami, którzy głuchym biciem w werble, obwieszczali wszem i wobec, że skazańca wiozą. Oddzielną furmanką jechał kat w czerwonej koszuli. Po przybyciu na miejsce, a zazwyczaj był to główny plac miasta lub rynek, skazańca prowadzono na szafot. Tutaj najpierw podchodził do niego duchowny, który udzielał pożegnalnego błogosławieństwa i dawał mu krzyż do ucałowania. Następnie urzędnik państwowy czytał wyrok. Stróże więzienni przywiązywali skazańca do pręgierza, słupa hańby. Zdejmowali z niego wierzchnie okrycie i przekazywali w ręce katom. Ci rozrywali mu kołnierz koszuli, obnażając do pasa. Bez znaczenia było czy jest to kobieta, czy mężczyzna. Kładli przestępcę na… i tu, Drogi Czytelniku, musimy na chwilę się zatrzymać. Na co kładli? Do czasów Katarzyny II procedura była następująca: na ziemi kładł się chłop (ktoś z obsługi egzekucji czy też z ludu wybrany – nie wiemy), na brzuch kładziono mu deskę, a na niej twarzą do ziemi układano i przywiązywano skazańca. Dlaczego tak? Skąd się to wzięło? Nie wiadomo. Katarzyna II zakazała takiego barbarzyństwa. Rozkazała wówczas wykonać specjalne krzyżaki, zwane „kozami”. Matuszka nasza, wielka caryca, wiele udogodnień dla skazańców wprowadziła. Nie pozwoliła, tak jak na przykład czyniono w Danii, przywiązywać skazańca do pręgierza mniejszego od jego wzrostu. Przypomnijmy sobie jak mordował się biedny Bothwell, kochanek Marii Stuart, gdy przywiązano go do pręgierza sięgającego mu pasa. Nie mógł się nawet wyprostować, żeby móc plunąć swoim oprawcom w twarz.

Skazańca przywiązywano za ręce i nogi rzemieniami do tych „kóz”, a kaci stojący po obu stronach z krzykiem: „Strzeż się, bo oparzę” zaczynali smagać po nagich plecach. Po tyłkach nie bito, po co poniżać człowieka, nieprawdaż?

Kaci podczas egzekucji starali się, żeby uderzenia były rytmiczne, miarowe i następowały po sobie w równych odstępach czasu. Broń Boże ulegać emocjom, jak to uczynił kat za czasów Elżbiety Piotrowny. Tak się rozsierdził, gdy skazana, księżna Biestużewa, szamocząc się, zaczęła go targać za brodę, że nie bacząc na obowiązującą rytmiczność uderzeń tak ją wysmagał, że ta ledwo z życiem uszła, otrzymawszy dziesięć razy więcej batów, aniżeli jej się należało. Taka samowola była niedopuszczalna. Skazaniec powinien był otrzymać dokładnie tyle razów, ile było mu zasądzone. Ani mniej, ani więcej. Po skończonej chłoście skazańca odwiązywano, nakładano mu na głowę czapkę i zostawiano półnagiego, bo koszulę nałożyć nie było sposobu. Plecy były jedną wielką raną z odrywającymi się kawałkami mięsa. Półżywego człowieka kładziono na brzuchu, na specjalnej desce z materacem (co za humanitaryzm!), zanoszono do więziennego szpitala, gdzie rany opatrywano i maścią smarowano dla złagodzenia bólu.

Mistrzostwo katów osiągnęło taką perfekcję, że jeśli wierzyć wspomnieniom księżnej Błudowej, to pewien cudzoziemiec zapłacił ogromne pieniądze katowi, żeby ten mu udowodnił, iż potrafi rozciąć koszulę skazańcowi, nie raniąc mu skóry na plecach. Kat po mistrzowsku wykonał swoje zadanie, a cudzoziemiec z otwartą głupio gębą przyglądał się swojemu rozerwanemu kaftanowi i własnym oczom nie wierzył, bo nie odczul przecież żadnego uderzenia. W praktyce, naturalnie, z tej umiejętności kat nie mógł korzystać, ukarano by go za to. Dlatego też bicz w jego rękach zawsze rytmicznie i autentycznie hulał po plecach skazańców.

I cóż z tego, drodzy czytelnicy, że Elżbieta Piotrowna zlikwidowała karę śmierci? Pozostaje pytanie, co bardziej jest humanitarne: czy szybka śmierć przez ścięcie głowy, czy powolne umieranie w mękach po biczowaniu? Co byście wybrali?

A oto co ma do powiedzenia na ten temat historyk K. Waliszewski: „Topór Piotra Wielkiego tak napracował się za jego czasów, że istotnie, uspokoił się schowany w pochwie z niedźwiedziej skóry, lecz knut nadal smagał skrwawione plecy”.

Holsztyński uczony Oleari, który zwiedził Moskwę w 1621 roku, pisze: „Tu bez umiaru boleśnie drą skórę prostego ludu”. Lanie po pysku i bicie ludzi był to swoisty savoir-vivre nie tylko w domach prywatnych, ale w urzędach i na ulicach.

Książę Grigorij Potiomkin, spotykając komisarza policji Szeszkowskiego, pytał jakby o pogodę chodziło: „No i jak, Stiepanie Iwanowiczu, idzie łojenie skóry?” Na co tamten odpowiadał z ukłonem: „Pomaleńku, wasza wielmożność”. W Rosji tak rozpowszechnione było bicie nahajką, że aż trudno uwierzyć, że do XIII wieku Rosja niby nie wiedziała, co to znaczy bicz. Do XIII wieku ludzi nie torturowano? (sic!).

Okrutnym carom sprawiało przyjemność oglądanie kaźni i tortur. Zaczęli przejawiać swoisty sadyzm. Łatwo popadali w gniew, albo nasycali się widokiem własnych okrucieństw. Tak było na przestrzeni wieków, od starożytności poczynając. Oto Aleksander Macedoński w gniewie zabija kopią swego najlepszego przyjaciela i swoich generałów, nie sprawdziwszy nawet czy podejrzenia ich o zdradę były słuszne. Kaligula własnoręcznie zabija wielu swoich dworzan. Ofiary Nerona – to jedna trzecia ludności Rzymu, a podpaliwszy miasto, będzie rozkoszować się widokiem pożaru, grając na lirze. O Iwanie Groźnym lepiej nie mówić. Doznawał fizycznej rozkoszy, patrząc na torturowanych i konających w mękach ludzi.

Oblanie gorącym wrzątkiem, szturchnięcie nożem, uderzenie pałką, nasypanie trucizny do kubka niewygodnego bojara, były dla Iwana Groźnego najlepszą rozrywką. Często ze swych okrucieństw czynił przedstawienia. Szczególnie odrażający był jego sadyzm związany z seksualną patologią. Car, mając lat 45, z powodu rozpusty i pijaństwa stał się zupełnie niedołężnym starcem. Doznawał szczególnej seksualnej przyjemności, obserwując akty płciowe, których kanwą musiało być krwawe przestępstwo. Rozkazał swoim oprycznikom wykradać bojarom ich piękne żony i przyprowadzać do niego. Do syta nasyciwszy się gwałtem, przekazywał je do dalszego gwałcenia oprycznikom, którzy mieli to robić w obecności związanego męża. Jeśli mąż zbytnio rozpaczał, czy nawet groził carowi na oczach półżywej żony, rozkazywał go zabić. Jeśli pozostawiał męża żywego, kazał wszystkim z niego szydzić, wyśmiewać i „rogaczem” nazywać. Pewnemu diakowi car zabrał żonę, zgwałcił ją, a dowiedziawszy się, że mąż z tego powodu wyraził swe niezadowolenie, rozkazał powiesić żonę nad drzwiami ich domu i nie zdejmować trupa przez dwa tygodnie. Innemu zaś diakowi żonę powiesił nad stołem. A ileż dziewcząt gwałcąc pozbawił dziewictwa? Chwalił się, że tysiąc. Gdy ktoś ośmielił się zaprotestować, karał okrutną śmiercią. „Radował się car, upajając się jękami i lamentem skazanych, niczym cudowną muzyką, chłonął wzrokiem krew i łzy, niczym przepiękne widowisko” – pisał kronikarz tamtych czasów.

Nowogrodzianie zamierzali poddać się polskiemu królowi. 2 stycznia 1570 roku Iwan Groźny z 1500 strzelcami zajął miasto. Rozpoczął się pogrom Nowogrodu – jeden z najbardziej krwawych i okrutnych w dziejach ludzkości. Do niewoli trafili mieszczanie i kupcy, którym w obecności cara palono twarze jakąś żrącą substancją. Tysiącami zwożono ich saniami na brzeg rzeki i wrzucano do lodowatej wody. Jeśli komuś udało się wydostać na brzeg, wówczas oprycznicy dobijali go. Jatka trwała pięć tygodni. Nowgorodzian zaczęto nazywać „dołbiożnikami”, a słowo to było aluzją do „dołbni” – ciężkiej pałki służącej do ogłuszania ludzi wydobywających się z lodowatej rzeki. Tak opisuje te zdarzenia rosyjski historyk K. Birkin.

Nie bądźmy naiwni, drodzy czytelnicy, myśląc, że tylko jedna Rosja była takim barbarzyńskim krajem. O nie! Ludzi poddawano torturom na całym świecie. Czyniono to niezwykle łatwo. Nawet w cywilizowanych krajach europejskich dość późno oficjalnie zniesiono tortury. We Francji, na przykład, dopiero w 1790 roku. Każdy kraj wniósł coś osobliwego do arsenału tortur. W Bretanii smażono ludziom nogi jak na grillu, w Ruanie miażdżono palce specjalnym urządzeniem, w Otenie lano na nogi wrzący olej, w Orleanie swój renesans miały dyby, w Paryżu zaś woleli „hiszpańskie buty”. Najlżejszą torturą było nakładanie na szyję żelaznej obroży, do której przyczepiane były ciężkie łańcuchy.

Między torturami, a zasłużoną karą jest mała różnica. Karano publicznie, a torturom poddawano w podziemiach twierdz, z dala od niepowołanych świadków. I od XV wieku do bodajże końca XVIII wieku, w czerwonym świetle lochów katowni znajdujemy w rękach katów skazańców z najróżniejszych środowisk. Książęta czystej krwi, potomkowie carów, wysokich urzędników duchownych, kobiety z wyższych sfer, arystokratki.

Za czasów Elżbiety Piotrowny słynne było publiczne ukaranie dwóch rodowitych arystokratek. Były to księżniczka Biestużewa i Łopuchina. Ukarano je z sadystycznym okrucieństwem i to z nader błahego powodu. Otóż kobiety ośmieliły się twierdzić, iż są piękniejsze od carycy. Elżbieta Piotrowna organicznie nie cierpiała żadnej konkurencji, a cóż dopiero w tak delikatnej materii, jaką jest kobieca uroda. Już raz wysmagała publicznie Łopuchiną, która ośmieliła się do swych pięknych włosów wpiąć białą różę, której przywilej noszenia miała tylko caryca. Scena przedstawia się nam nader zabawnie. Elżbieta Piotrowna przestała tańczyć menueta i podszedłszy do Łopuchiny, energicznie wyszarpała z jej włosów różę z kawałkami skóry. I oto teraz Łopuchina po raz drugi naraziła się carycy. Co prawda, niektórzy historycy twierdzą, że Łopuchina i Biestużewa naraziły się carycy tym, iż brały udział w spisku przeciwko niej. Lecz nam wydaje się bardziej wiarygodny pierwszy powód: są piękniejsze od carycy. Wcale nie jest to taki błahy powód dla monarchiń, skoro za takie przewinienie potrafiły nie tylko wychłostać, ale i głowę ściąć. Czy poszłaby pod topór Maria Stuart, gdyby była brzydsza od Elżbiety I? Lecz uroda rywalki nie dawała spokoju angielskiej królowej dopóty, dopóki nie ścięła jej głowy.

Okrucieństwo kary, na jaką skazała, skądinąd humanitarna caryca Elżbieta Piotrowna, straszy nas i przeraża. Łopuchina, która zaczęła wdawać się w dyskusję z katem, dostała za swoje. I gdy nieprzytomna i skrwawiona, leżała na ławce twarzą do ziemi, ocucono ją i oznajmiono, iż jeszcze nie koniec jej męki. Jeszcze jej publicznie będą język obcinać. Dwóch drabów zmusiło ją do wysunięcia jak najdalej języka, przytrzymali go, a kat jednym machnięciem noża uciął jej pół języka i zawołał w stronę zgromadzonego tłumu: „No, kto chce kupić świeże mięsko księżnej Łopuchiny”. Znaleźli się chętni. Usmażą i zjedzą. Czyż nie tak postępowano z językami i sercami w epoce Rewolucji Francuskiej?

Biestużewa takich katuszy jak jej przyjaciółka nie doznała. Leżąc już na ławce, zdążyła jeszcze zerwać z szyi złoty krzyż wysadzany brylantami i wsunąć go w ręce katu, który tylko dla pozoru pomachał rózgą, ciała Biestużewej prawie nie dotykając. I język jej oszczędził, obcinając tylko sam koniuszek. Tak, że gdy wróciła z zesłania, mogła nadal na balach tańczyć i nawet na komplementy odpowiadać, nieco tylko sepleniąc.

Zmaltretowanej, nieludzko torturowanej, z odciętym i krwawiącym językiem Eudoksji sił starczyło jeszcze tylko na to, by splunąć w stronę pałacu, gdzie mieszkała Elżbieta Piotrowna. Czapki z głów, drodzy czytelnicy, przed hardą i dumna kobietą, mającą odwagę przeciwstawić się despotycznej i okrutnej Elżbiecie Piotrownie.

W Rosji bardzo powszechne było nie tylko wyrywanie języków. Przed zsyłką na katorgę, kat specjalnymi kleszczami wyrywał zesłańcowi nozdrza. Złodziejom na policzkach i na czole wypalano znamię, krwawa rana była zacierana prochem i piętno pozostawało na całe życie. Lecz chłop rosyjski nie był w ciemię bity. Wymyślił jak piętno zlikwidować. Któż miałby ochotę przez całe życie paradować ze skazą: „złodziej”? Wiejscy znachorzy wycinali kawał mięsa z „tylnej” części ciała, a następnie przyszywali do policzków i czoła. Gdy rana się zagoiła i pokryła skórą, po piętnie śladu nie było i dawny katorżnik znów mógł poczuć się człowiekiem. Operacja ta była przeprowadzana bez znieczulenia – na żywca! Lecz cóż to dla rosyjskiego chłopa, przyzwyczajonego do tortur i najróżniejszych cierpień – wytrzyma z godnością każdy ból.

Za czasów Piotra I tłum przechodniów z zaciekawieniem przyglądał się jak nabijano na pal trzech chłopów uprzednio połamanych kołem. Jeden staruszek od razu wykitował, a dwaj zdrowi młodzieńcy jeszcze jakiś czas żyli i nawet coś jeszcze do siebie mówili. Pale powoli przebijały ich ciała, ból to niemiłosierny, a oni z zaciekawieniem spoglądali jeszcze na ludzi. I nagle jednemu z nich zaczęła z ust kapać krew, plamiąc stalową obręcz koła. Żebyście, drodzy czytelnicy, mogli zobaczyć, jak wyswobodził zmiażdżoną dłoń i z jakim namaszczeniem końcem rękawa wytarł tę krew z koła. Z takim szacunkiem przyjmował chłop rosyjski prawo, które w jego pojęciu nie może być niesprawiedliwe. I jeśli skazano go na tak okrutną śmierć, to należy ją przyjąć z godnością i nie zanieczyszczać państwowych urządzeń chłopską krwią. Cóż można powiedzieć o takim narodzie? Chyba to, że to naród cierpiący i niezwyciężony!

O tak, torturować w Rosji lubili i potrafili! Temu nie można zaprzeczyć. Każdy rosyjski car coś nowego wniósł do nauki o torturach. Dopiero caryce-kobiety trochę od tych okrucieństw odeszły, złagodziły kary, ale i one zupełnie ich nie zlikwidowały. Katarzyna II, w porównaniu do swoich poprzedniczek, przejawiała w pewnym stopniu humanitaryzm. To ona przecież rozkazała, by ludzi szlacheckiego pochodzenia łagodniej torturować. I kiedy znana moskiewska morderczyni-sadystka Sałtyczycha, mieszkająca na rogu Łubianki (siedziba późniejszego KGB) i Kuznieckiego mostu, która własnoręcznie pałką zamordowała aż stu trzydziestu ośmiu swoich chłopów, na trzydziestopięciostopniowym mrozie polewając ich wodą, stanęła wreszcie przed sądem, przed którym zeznała, że zjadała zabite noworodki i piersi kobiet, które sama odcinała, wówczas sędzia osobiście zwrócił się do carycy, żeby ta zezwoliła wobec niej zastosować nadzwyczajne tortury. Katarzyna II, choć na równi z całym rosyjskim ludem była wstrząśnięta czynami Sałtyczychy, to jednak zdecydowanie odmówiła, motywując to tym, iż Sałtyczycha jest szlachcianką i nie przystoi ją poniżać okrutnymi torturami. Natomiast w obecności morderczyni pozwoliła zastosować najwymyślniejsze tortury wobec diaka chłopskiego pochodzenia.

A wszystko dlatego, że była zbyt oświeconą carycą i na zachodniej modzie się wzorowała. A tam, na przykład w Anglii od końca XVIII wieku, arystokratów nie wolno było torturować. W angielskim prawie czarno na białym było napisane, że lorda pod żadnym pozorem nie można torturować, nawet jeśli dopuścił się zdrady państwa. Wydaje nam się jednak, że ten obłudny zapis był czystą fikcją i kamuflażem, i absolutną miał rację francuski pisarz Wiktor Hugo, który z właściwym sobie sarkazmem powiedział: „W Anglii nigdy nie istniały tortury? Tak twierdzi historia. A to trzeba mieć tupet, by tak sądzić. Tam jedynie nosy odcinali, oczy wykluwali i wyrywali te części ciała, które świadczyły o przynależności do określonej płci”. Tylko tyle! Istotnie w żadnym kraju nie spotkamy tylu wykastrowanych na żywca przestępców, co w Anglii. No cóż, zazdrość Turcjo ze swym wiecznym niedostatkiem eunuchów w haremach.

Morderczyni Sałtyczycha tak łatwo uniknęła tortur dzięki swej przynależności do szlacheckiej kasty. Siedziała w podziemnej celi Iwanowskiego klasztoru dokładnie trzydzieści trzy lata. Tłumnie przychodził tu naród, żeby w twarz morderczyni splunąć. Odsuwali zieloną zasłonkę, którą zakryte było okienko w drzwiach celi i pluli. Sałtyczycha odpowiadała im stekiem wyzwisk i szturchaniem laską w otwór okienny. Chociaż w ten sposób mogła dać upust swym sadystycznym skłonnościom. Światła w celi nie było, świecę do niej wnoszono tylko podczas posiłków. Możliwe, że przy tym nikłym świetle dostrzegła swojego strażnika, który jedzenie jej przynosił i postanowiła go uwieść. Otyłej jak beczka, zewnętrznie odrażającej, udało jej się zniewolić strażnika. I jeszcze w więziennej niewoli dziecię powiła, ku zgrozie wszystkich, nie wyłączając carycy. Jednym słowem dała pstryczek w nos historii. Wy tu ze mnie słynną morderczynię robicie, która w encyklopedii znajdzie swoje miejsce, w ciemnicy trzymacie ponad trzydzieści lat, ludziom jak dziwoląga pokazujecie, a mnie uciechy miłosne są w głowie. Figę wam pod nos!

Sto trzydzieści osiem osób zamordowała Sałtyczycha, tak twierdzą jedni historycy, inni zaś utrzymują, że nic podobnego. Więcej niż stu nie zamordowała (mało?). I jak tu się porównywać z takim oto francuskim potworem, przyjacielem i dowódcą wojsk Joanny d’Arc, marszałkiem Gilles de Rais, który bestialsko pomordował osiemset dzieci w wieku od 8 do 11 lat. Sadysta nacinał im brzytwą szyję, gwałcił, osiągając orgazm, a następnie kontemplował się „pięknym” widokiem kapiącej krwi na swoje obnażone genitalia. Po czym ofiary całował w usta i wieszał główkami w dół. Co za piękna perwersja!

Jeśli chodzi o Sałtyczychę, o dziwo, nawet głosy w jej obronie się podniosły. Ktoś nader skrupulatny obliczył, że przestępstwa Sałtyczychy znacznie odbiegają od światowych standardów. Zgładziła przecież zaledwie trzydziestu ośmiu swoich chłopów pańszczyźnianych, dwadzieścia dziewek i osiem bab! Ot, wielka rzecz! I o co tu taki raban podnosić! I z tak błahego powodu wystawiać szlachciankę pod pręgierz na Łobnym miejscu? To Łobne miejsce, które znajdowało się na obecnym placu Czerwonym w Moskwie jest nader interesujące, Drogi Czytelniku. Stąd Iwan Groźny patrzył na kaźń skazańców, których do gorącego oleju wrzucano i w tym celu na placu były ustawione piece z kotłami, ludzi na pale nabijano i za nogi wieszano na ustawionych pod rząd szubienicach. Stąd wszystko dobrze było widać i car jak w loży teatralnej mógł z bliska przyglądać się tragicznym widowiskom. Tu na Łobnym miejscu rozrywano na kawałki Dymitra Samozwańca, wieszano czteroletniego synka polskiej szlachcianki Maryny Mniszchówny, niedoszłej carycy rosyjskiej. Wiele ciekawych kaźni odbyło się w Moskwie na Łobnym miejscu. I oto teraz stoi tam na szafocie z czarną tabliczką „zbrodniarka” Sałtyczycha. Obok kat z batem. Lecz chłostać morderczyni nie będą. Zachłoszczą na śmierć jej diaka.

Patrz, Sałtyczycho, na tę kaźń i niech cię wyrzuty sumienia dręczą, za wszystkie zbrodnie, których dokonałaś na swoich poddanych. Biła ciężarne kobiety tak długo, aż poroniły. Widok wylewającego się płodu z łona matki dostarczał jej niezrozumiałej dla zwykłego śmiertelnika przyjemności. Wypędzała bosych chłopów nocą na mróz, by rano oblać ich wrzątkiem i dobić knutem. Podpalała domy chłopom, zabijając wcześniej drzwi i okna, żeby nikt nie mógł uciec. Tym, którzy nie chcieli się z nią przespać, obcinała genitalia. Okrucieństwa Sałtyczychy prostym językiem opisał Jermołaj, któremu Sałtyczycha zamordowała trzy kolejne żony. Brudnawy karteluszek z błędami ortograficznymi trafił do rąk Katarzyny II. Oniemiała z wrażenia. Zareagowała natychmiast. Sałtyczychę aresztowano i oddano pod sąd. Był to bezprecedensowy przypadek w dziejach Rosji, gdy chłop pańszczyźniany złożył skargę na swego pana. Na ogół tego nie robiono. Chłopi w milczeniu i pokorze znosili wszelkie okrucieństwa zadawane im przez swych panów. Obszarnicy w specjalnych pomieszczeniach trzymali skute i przywiązane na żelaznych obrożach wiejskie dziewki, swój harem. Całymi latami przebywały w tych dusznych izbach, a wyprowadzano je tylko wtedy, gdy ich pan miał ochotę na stosunek.

Od momentu ujawnienia przestępstw Sałtyczychy gazety coraz śmielej zaczynały obnażać okrucieństwa „panów” pastwiących się nad swoimi poddanymi. Ujawniono szereg patologicznych zachowań. Pisano o neurotycznym sadyzmie księżnej Kozłowskiej, lubiącej chłostać chłopów nie po plecach, jak powszechnie było przyjęte, a po organach płciowych. Wiele rosyjskich baryń przejawiało taką nietypową fetyszyzację niektórych części ciała. Wspomniana Kozłowska, za najmniejsze przewinienie swego chłopa, ot, świniom gnój niedokładnie sprzątnął, rozkazywała kłaść się na plecach, osobiście odpinała rozporek, wyciągała przyrodzenie i bezlitośnie smagała cienką rózgą, niejednokrotnie miażdżąc jądra. A gdy dziewka źle podłogę umyła, Kozłowska taką karę stosowała: kazała winowajczyni położyć się na boku, związywała ją pasami, obnażała piersi, kładła je na desce i chłostała namoczoną rózgą. Co przy tym czuła księżna, oczy której rozszerzały się w niemej ekstazie – niech nam seksuolodzy powiedzą. Niech nam wyjaśnią, dlaczego takie potworności drzemią w ludzkim mózgu? Kto tu jest winien, że normalnie, bez sadyzmu i masochizmu, niektórzy ludzie nie mogą osiągnąć seksualnego zadowolenia? Chyba nikt nam, Drogi Czytelniku, na to pytanie nie odpowie, co najwyżej skwituje ogólnikowym stwierdzeniem – taka już jest ułomna natura ludzka. A skądinąd wiadomo, że u wielkich tego świata seksualna satysfakcja nie obywała się bez wyuzdania i patologii.

Przypomnijmy, jak wściekał się Piotr I, uczestnicząc w torturach strzelców, którzy ulegając namowom jego siostry Zofii, zorganizowali spisek przeciwko niemu. Zofia uniknęła tortur. Ją tylko aresztowano i do więzienia wtrącono. A jej zwolenników? Głównego zausznika carycy, Fiedkę Szakłowitego, przywiązano do pleców silnego mężczyzny, który mocno trzymał się drewnianego słupa, zaczęto karę wymierzać (trzysta uderzeń knutem). Naturalnie, żaden człowiek nie wytrzyma więcej niż sto pięćdziesiąt uderzeń. Fiedka długo się trzymał, aż stracił przytomność. Skóra płatami schodziła z jego pleców. Innym wymyślono jeszcze boleśniejszą torturę. Na łyso ogolono im głowy i po kropelce lano na nie gorącą wodę. Powiadają, że nie ma okrutniejszej tortury.

Do tradycyjnych rosyjskich tortur wprowadził Piotr I zachodnie nowinki. Nie na darmo przecież car rosyjski zwiedzał zachodnie kraje i nie tylko stamtąd nasiona ananasów i kalafiorów przywoził. Ale również wszelkie udoskonalenia tortur, no bo cóż może być bardziej szlachetniejsze i pożyteczne dla państwa? Od Szwedów przywiózł pomysł na łamanie kołem i wieszanie za żebra. Jego kaci musieli przejść przyspieszone kursy kwalifikacyjne w celu udoskonalenia tej tortury. Oj, zacofany dotąd był kraj. Potrafili tylko na dybach rozciągać człowieka. A co to takiego „dyba” wiecie czy nie? Bowiem nie każde rozciąganie jest „dybą”. I gdy obecnie, w celu zwiększenia erotycznego doznania, wykwalifikowana sadystka w czarnych skórzanych portkach przykuwa gościa kajdankami do poręczy łóżka i wyciąga mu członka – nie jest to „dybą”. I gdy w celu jeszcze większego doznania erotycznego, zarzuca klientowi na szyję sznur i ciągnie tę prowizoryczną szubienicę, uprzednio nacelowawszy jego członek na leżącą na ziemi kobietę – też nie.

A „dyba” jest wtedy, gdy skazańcowi związywano z tyłu ręce konopnym sznurem, sznur przerzucano przez krążek zamocowany pod sufitem i podciągano do góry. Oczywiście ręce wypadały ze stawów. Ale mało tego, do nóg przywiązywali jeszcze ciężkie kłody, a na nich siadał człowiek po to, żeby zwiększyć ciężar skazańca. Ofiara była rozciągana w dwóch kierunkach: ku górze i ku dołowi. Ponoć jest to dzika nieludzka tortura i o wiele boleśniejsza, niż ta, którą zastosował Aleksander Macedoński w stosunku do zabójcy perskiego króla Dariusza III, przywiązując go kończynami do dwóch pochylonych drzew. Tam człowieka od razu rozrywało na dwie połowy, a przy dybie takiego luksusu nie było. Rosyjskiemu skazańcowi kości wychodząc ze stawów łamały się, trzeszczały, skóra pękała, zrywały się żyły. Na tym tortury się nie kończyły. Tak podwieszonego męczennika bito knutem bądź batem po gołych plecach, aż skóra odpadała płatami. Gdy plecy były już tylko jedną wielką krwawą raną, natrzepywano je płonącą miotełką. Takich tortur oczywiście żaden człowiek nie był w stanie przeżyć. Chociaż były przypadki, gdy silni rosyjscy chłopi przeżywali taką kaźń. I gdy po takiej golgocie, za czasów Anny Iwanowny, wleczono więziennymi korytarzami Stiepana Gołomiczowa na „zasłużony” odpoczynek, spotkał on swego kolegę, który prowadzony na takie same tortury, przystanął i zapytał: „No co, jak łaźnia?” Ledwo żywy przyjaciel, przez skrwawione usta szyderczo wycedził: „A dobra łaźnia. Tam dla ciebie jeszcze miotełki zostały”.

Jakaż niezłomna siła ducha musiała być u tego ruskiego chłopa!

Torturowani, nie wytrzymując nieludzkich cierpień, przyznawali się do wszystkiego, co im zarzucano, nawet jeśli mieli się przyznać, że zabili własną matkę. Wówczas dumny ze swego profesjonalizmu kat ostrożnie ściągał z dyby skazańca i niczym doświadczony chirurg nastawiał zwichnięte stawy. Widzicie, jakich umiejętności wymagało się od kata?

Ale oto torturowany wytrzymał „dybę” i za nic nie przyznaje się do przestępstwa. Drugi raz tej samej tortury mu nie zaaplikują. O nie! Do takiego sprofanowania swej profesji kat się nie zniży. On poprowadzi skazańca do „kuchni”. Będą tam stać piece węglem i drewnem opalane, a w nich metalowe pręty i różne inne dziwaczne narzędzia rozgrzane do białości. I kat, jak chirurg przy operacyjnym stole, będzie miał swojego pomocnika, który rozłoży „instrumenty chirurgiczne”: kleszcze, szczypce, obcęgi, skalpele itp. Kat przywiąże skazańca do słupa twarzą do siebie i powie pomocnikowi: „Zaczynajmy! No, trzymaj się przyjacielu” – tak dobrodusznie przywita skazańca. Pomocnik już mu podaje rozgrzane narzędzia, a kat jak nie wrzaśnie: „Co mi podajesz, ofermo jedna! Czy nie widzisz, ślepoto, że to są szczypce do nozdrzy? A tu trzeba obcęgi do łamania palców, wiecznie trzeba was uczyć, darmozjady”. Pomocnik z pokorą kata przeprosi i żadnych pomyłek już nie dopuści. Obcęgi do palców będą użyte właściwie, igły pod paznokcie również. Ale oto i tę torturę nasz skazaniec wytrzymał. Kat stoi zamyślony, nad następną torturą się głowi. Co by tu jeszcze skuteczniejszego wymyślić? „Ależ trudu mi zadałeś, chłopie!” – powie do odzyskującego przytomność skazańca, na którego już trzecie wiadro wody wylewa pomocnik. – „Już sam nie wiem, co by tu takiego temu bydlakowi wymyślić?”. „Może sanki?” – podpowiada pomocnik. „Aha, sanki! Sanki powinny podziałać” – z zadowoleniem mówi kat. I robili „sanki”, których nikt nie wytrzymywał, a człowiek umierał nie zdążywszy nawet do przestępstwa się przyznać, ani świętych sakramentów przyjąć. Głowę skazańca do nóg przywiązywano mocnymi rzemieniami, w środek pałkę wkładano i kręcono tak, iż głowa pięt prawie dotykała. Człowiek w kłębek się zwijał. Koniec. Tej tortury nie dało się przeżyć.

Do ciała wbijano gwoździe, albo drewniane kołeczki młotkiem, głowę ściskano żelaznymi obrożami, hiszpańskimi butami kaleczono nogi – ale to już tylko drobnostki, pieszczotki, a nie prawdziwe tortury.

Szczególnej finezji w torturach na Rusi do czasów Piotra I nie było. Wszystko sprowadzało się do trzech kulinarnych czynności: bić, smażyć, kłuć. Za czasów Piotra I szczególnie jedna tortura miała zastosowanie, a mianowicie zakopywanie człowieka żywcem do ziemi. Stosowano ją najczęściej w stosunku do kobiet, które zabiły swych mężów. Od takich oto ogłoszeń roiło się w ówczesnej prasie: „W 1730 roku chłopka Jefrosinja za zabicie męża została żywcem pochowana”. Kuriozalnie to zabrzmi, ale złagodzenie kary potęgowało męki kobiety. Sędziowie rozpatrując sprawę zabójstwa męża, brali pod uwagę stopień jego znęcania się nad swoją żoną. Jeśli, na przykład, świadkowie powiedzą, że zbyt okrutnie katował swoją żonę, a to na mróz i śnieg wyrzucał z domu, to znów do haka przywiązywał i bił, wówczas ją i tak czeka śmierć przez zakopanie, ale będzie złagodzona, poprzez pozostawienie głowy na powierzchni. Obok stawiano puszkę i każdy litościwy przechodzień mógł wrzucić drobny datek za spokój jej duszy. Tak zakopana kobieta umierała, męcząc się dłużej, niż ta, którą od razu zakopano.

Rosyjski naród ze swoją wielką pokorą znoszący cierpienie, potrafił w najtrudniejszych chwilach zakpić i błyskotliwym żartem rzucić. Znane przysłowie rosyjskie: „Dowiedzieć się do pod paznokieć”, które w polskim języku ma mniej bolesny odpowiednik: „Dowiedzieć się prawdy od podszewki”, powstało wówczas, gdy do „prawdy” dochodzono wbijając drzazgi pod paznokcie. A przysłowie: „Jak kamień w wodę”, powstało za czasów, gdy Biron winowajców z kamieniem u szyi do rzeki wrzucał.

Za zabójstwo ojca karano następująco: głowę workiem nakrywano, ręce związywano, do nóg kamień mocowano i wrzucano do wody. Albo jeszcze straszniej postępowano: żywego spuszczano na dno mogiły, na nim kładziono trumnę z nieboszczykiem i wszystko ziemią zasypywano. Za fałszowanie pieniędzy gorącą cynę lano do gardła i odcinano rękę. Zwyczaj ten wywodził się ze starożytności, gdzie za defraudację państwowych pieniędzy lano do gardła roztopione złoto. Za wzniecanie pożarów i czarnoksięstwo palono na stosie. Za drobną kradzież kładziono za uszy rozżarzone węgle.

Ale powróćmy, drodzy czytelnicy, do naszego Glebowa, kochanka Eudoksji. Car nie wiadomo dlaczego nagle zainteresowawszy się amorami eksmałżonki, wyznacza komisję śledczą. Na jego rozkaz dwaj mnisi wychłostali Eudoksję, dostała piętnaście batów. Torturom został poddany Glebow. Prowadzono go po desce nabitej gwoździami, bito knutem, podnoszono na dybę. 16 marca 1718 roku lekarze oświadczyli, że dłużej niż dobę Glebow nie przeżyje, a tu karę należy do końca wymierzyć i to przy świadomości skazańca. Ogromna kompromitacja by była, gdyby Glebow zmarł podczas tortur. Dlatego półżywego ubierają w ciepły kożuch (żeby dłużej na mrozie móc go katować), w futrzane buty-walonki i na trzydziestostopniowy mróz (w Rosji nawet w marcu jest to możliwe) niosą na podwórze i do koła przywiązują. Tak uwięzionego Glebowa przebijają na wylot drewnianym palem. Całą dobę męczył się biedaczysko, ociekając krwawą pianą, a pod wieczór 17 marca ducha wyzionął. Powstała legenda, a historycy i biografowie potem ją chętnie powtarzali, iż ponoć Piotr I, który podobnie jak Iwan Groźny, chętnie oglądał takie widowiska, podszedł do konającego Glebowa, próbując jeszcze o coś go zapytać, lecz ten plunął mu w twarz. Trudno nam uwierzyć w tę historię, bowiem umierający Glebow tracił przytomność, a z ust nie ślina i nie krew się wydobywała, a różowa już piana.

Męki swego męża oglądała żona Glebowa. Była wierną i kochającą żoną. Wiedziała o związku swego męża z Eudoksją, skoro tak chętnie przyjmowała od niej pomoc pieniężną. Zdarzyło się, że sześćset rubli dostała, chociaż Eudoksja ciągle płakała, jaka to ona jest biedna, to biedną jednak nie była. Pieniądze otrzymywała od brata i od syna Aleksieja. Nawet Marfa, przyrodnia siostra Piotra I, w tajemnicy przed nim przysyłała do Suzdala pokaźne sumy.

Żona Glebowa robiła wszystko, żeby męża ratować. Do nóg cara padała, błagalne listy do niego pisała, lecz nic nie wskórała. I gdy jej mąż ponad dobę konał na palu, patrząc dogasającymi oczyma na tłum ludzi, posyłający mu przekleństwa, ona nie wytrzymała i powiesiła się. Wiedziała, że piekło ją za to czeka, lecz tak wielką była jej rozpacz, patrząc na ziemskie męki męża, że nie straszny był jej ogień piekielny.

Car darował życie wychłostanej Eudoksji. Rozkazano ją wywieźć z suzdalskiego klasztoru i umieścić pod strażą w odległym monastyrze na brzegu jeziora Ładoga.

Tak oto skończyła się wielka miłość rosyjskiej carycy, niewiele mająca wspólnego z rozkosznymi uciechami miłosnymi. Nurtuje nas pytanie. Skąd nagle wzięła się u Piotra I tak wielka zazdrość o odtrąconą przecież żonę? Czyż jej kochankowie nie powinni być mu obojętni? Odpowiedź jest prosta. Nie tylko o romanse podejrzewał Piotr I eksmałżonkę, ale również o to, że spiskuje ze swoim synem Aleksiejem, jego zausznikami, popami i biskupami przeciwko niemu. Podejrzewał, że Eudoksja Łopuchina ma tajne kontakty (co zresztą było prawdą) z jego siostrami Marfą i Zofią, która to aktualnie przebywała w więzieniu za udział w buncie strzelców. Tajny spisek miał na celu obalić z tronu Piotra I, a carem uczynić jego syna Aleksieja. Podejrzewając spisek, Piotr I wysłał do Suzdala sprytnego szpiega Pisariewa (obdarował go potem Piotr I sowicie i wynagrodził wysokim stanowiskiem). Kilka miesięcy Pisariew udawał porządnego mieszczanina. Pił w karczmach i zbierał informacje o Eudoksji i suzdalskim monastyrze. Wszystko przekazywał do Petersburga. Doniósł, że caryca odbywa długie rozmowy z biskupem Dosifejem i duchownym Pustynnym. Była podsłuchana i przekazana carowi nieostrożna wypowiedź Eudoksji: „Pomódlmy się za naszego nowego cara Aleksieja Piotrowicza”. Oczywistym było, że po takich doniesieniach Eudoksja i jej zwolennicy zostali aresztowani, przywiezieni do Moskwy i do Petersburga na przesłuchania i tortury. Zbiegło się to również z aresztowaniem carskiego syna Aleksieja i jego sześciu zauszników, wśród których był rodzony brat Eudoksji. Kronikarz opisuje: „Oderwawszy Aleksieja od «robotnej dziewki» Jefrosinii, z którą carewicz żył jak mąż z żoną, przywieziono do cara batiuszki. Carewicz upadłszy na kolana podał carowi list, w którym przyznawał się do spisku. Potem pod przysięgą potwierdził, iż zrzeka się tronu rosyjskiego na rzecz syna cara Piotra Piotrowicza, który wówczas miał cztery lata. Obiecał wydać wszystkich swoich zwolenników”.

Za to, że się przyznał i wykazał skruchę, żadnej taryfy ulgowej nie otrzymał. W lutym 1718 roku stanął przed sądem na równi ze swoimi zwolennikami. Był tak samo jak oni poddany okrutnym torturom. Charakterystyczne, że pod sąd został postawiony dopiero wtedy, gdy podpisał zrzeczenie się tronu rosyjskiego na korzyść małoletniego syna Piotra. Katarzyna I, macocha Aleksieja, mająca wpływ na męża, oczywiście mogłaby pomóc Aleksiejowi, chociażby w tym, żeby ograniczyć jego tortury. Aleksiej prosił ją o to. Lecz ona palcem nawet nie kiwnęła, żeby pomóc swojemu pasierbowi. Zdradziła również Aleksieja jego dziewka Jefrosinia, bowiem, jak pisze kronikarz: „jej zeznania silnie obciążyły Aleksieja”. Z dziewką carewicz związał się jeszcze za życia swej żony Szarlotty. Małżonkowie żyli ze sobą źle. Ona zdradziła go z młodym Loewenwoldem – wiecznym kochankiem, a Aleksiej z zemsty swą nałożnicą uczynił kobietę-tłumoka. Umierająca Szarlotta swoje dzieci: Piotra (przyszłego cara Rosji Piotra II) i córkę Natalię powierzyła opiece teściowi, a nie mężowi.

Nie sposób nie zauważyć, z jakim maniakalnym wręcz uporem likwidował Piotr I zakusy innych dzieci do tronu, faworyzując tylko syna Piotra. Niestety, ten już trzeci z kolei Piotr wkrótce umrze. Wydając swą córkę Annę za księcia Holsztyńskiego, pierwsze co Piotr I robi, to zmusza ją do podpisania dokumentu, w którym zrzeka się ona rosyjskiego tronu. W ich ślubnym kontrakcie czytamy: „Carewna Anna, jak i jej mąż książę Holsztyński oraz ich dzieci i ich potomkowie, zrzekają się wszelkich praw i roszczeń do korony imperium rosyjskiego”. Aż dziw nas bierze, jak po podpisaniu takiego kategorycznego dokumentu, udało się synowi Anny zostać rosyjskim carem Piotrem III.

Przyznanie