Wydawca: Harlequin Polska Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Miłosna terapia - Alison Roberts

„A więc biedak jest bezradny i można go kokietować, prowokować, kusić, drażnić. Z premedytacją. Ździebko, ociupinkę. Tak, aby oboje nie zapominali, do czego są sobie potrzebni. Może ona nie jest partią na całe życie, ale jest partnerką na tu i teraz. I on jej pragnie. A gdy za parę miesięcy ona odjedzie w siną dal, niech wie, co stracił. I niech cierpi...”

Opinie o ebooku Miłosna terapia - Alison Roberts

Fragment ebooka Miłosna terapia - Alison Roberts

Alison Roberts

Miłosna terapia

Tłumaczenie: Anna

ROZDZIAŁ PIERWSZY

– O nie... To znowu ty?

Annabelle Graham odwróciła głowę. Czy to o nią chodzi? Dojrzawszy właściciela zaniepokojonego głosu, zamarła. No tak, mogła się tego spodziewać... Specyficzne, wyniesione z prywatnej szkoły ostre akcentowanie samogłosek, które sprawia, że głęboki męski baryton jest całkowicie pozbawiony ciepła i zmysłowości.

Powinna też była zauważyć, że pytanie zostało zadane tonem beznamiętnym, jakby jego autor pragnął ukryć emocje, co zresztą nie do końca mu się udało. Westchnęła głęboko i odwróciła się do pytającego, nie chcąc okazać się nieuprzejma.

Oliver Dawson, znakomity neurochirurg, wyglądał, jakby nagłe uderzenie pioruna przerwało mu w pół kroku marsz przez świetlicę dla pacjentów. Bella znów westchnęła.

Myśl, że ten facet już nie będzie robił z niej idiotki, była jasnym promykiem towarzyszącym przejściu z bloku operacyjnego na oddział geriatryczny, co zakładał harmonogram jej pielęgniarskiego stażu. Dawson czepiał się o wszystko. A to, że źle założyła maskę. A to, że stanęła nie w tym miejscu. No, w niczym nie była wystarczająco dobra.

Powinna przewidzieć, że i na geriatrii można się na niego natknąć. Starsi ludzie miewają udary, guzy mózgu, urazy głowy. Tak, na tym oddziale należało się spodziewać częstych wizyt pana Dawsona. Na myśl o tym poczuła zimno w krzyżu.

Owo „ty” odnosiło się do niej. Chirurg przeszywał ją spojrzeniem, którego nie były w stanie złagodzić czekoladowe refleksy w jego oczach. Boże, zlituj się. W tym trzyczęściowym garniturze wyglądał jeszcze bardziej onieśmielająco niż w luźnym fartuchu.

Bella znów westchnęła.

– Tak – przyznała. – To ja. Jak się pan miewa, panie Dawson? – Spróbowała promiennie się uśmiechnąć.

Patrzył na nią z mało życzliwym niedowierzaniem. W tym momencie Bella uświadomiła sobie, że po raz pierwszy widzi go bez ciasnego czepka. Jego włosy były nawet ciemniejsze niż oczy, a nienaganna krótka fryzura pasowała do eleganckiego garnituru. Taki Oliver Dawson mógłby uchodzić za wzorzec precyzji i kontroli, co w przypadku chirurga jest oczywiście zaletą. Pozostał jednak obojętny na wszelkie podjęte przez Bellę próby obłaskawienia go. Jej uśmiech odbił się jak od grubej szklanej tafli, a uprzejme pytanie o samopoczucie pozostało bez odpowiedzi.

– Co ty tu robisz?

– Właśnie zaczynam staż na geriatrii.

Miała już za sobą trzymiesięczną praktykę na bloku operacyjnym, a po kolejnych trzech miesiącach spędzonych wśród osób starszych i niepełnosprawnych czekał ją wymarzony oddział dziecięcy. Rodzinę chciała założyć dopiero za kilka lat i do tego czasu postanowiła wykorzystać każdą okazję do zdobycia doświadczeń w opiece nad dziećmi – choćby cudzymi. Niestety, przypadki neurologiczne zdarzają się także dzieciom, prawda? Czy istnieje miejsce, gdzie nie sięga surowy wzrok Olivera Dawsona? Dermatologia? Oddział ginekologiczno-położniczy?

Nie zaskoczył jej gwałtowny ruch głowy rozmówcy, wskazujący, że na jego pytanie udzieliła odpowiedzi nieprawidłowej.

– Nie interesują mnie szczegóły historii twego zatrudnienia – warknął. – Pytam, w jaki sposób zajmujesz się w tej chwili pacjentami.

– Och... – Bella odwróciła się i ujrzała, że ze współczuciem wpatruje się w nią pięć par oczu, większość zza grubych szkieł okularów. W tym momencie uświadomiła sobie, że z głośniczka jej iPoda rozlega się muzyka. Stare dobre country. Może trochę za głośne i nie na miejscu.

– Już ściszam – powiedziała. – Musiałam nastawić trochę głośniej, bo Wally jest prawie głuchy i nie słyszał rytmu.

– Fakt, jestem głuchy jak pień – potwierdził okrąglutki staruszek, stojący najbliżej.

Wally również został zignorowany, a to już było chamstwo, które zirytowało Bellę. Typowy chirurg. Uważa się chyba za boga, którego nie obowiązują zasady ogólnoludzkiej uprzejmości. A ponieważ ignorował również pozostałą czwórkę starych ludzi, którzy zdenerwowani czekali na werdykt konsultanta w eleganckim garniturze, irytacja Belli przeszła w niechęć. Pewnie wybrał zawód chirurga, bo woli mieć do czynienia z nieprzytomnymi. Z nimi nie trzeba się liczyć. Jaki to żałosny mały człowiek!

– Nie odpowiedziałaś mi – przywołał ją do porządku.

Mówił powoli, jak do osoby upośledzonej. Jak wówczas, gdy przed operacją wytykał jej, że maskę nosi niczym śliniak.

Niechęć zmieniła się w bunt.

– Mamy zajęcia z tańców kowbojskich – odrzekła cierpko. – Konkretnie uczymy się kroków electric slide.

Uśmiechnęła się na wspomnienie śmiertelnie znudzonych pacjentów, których zastała w świetlicy tydzień temu, gdy zaczynała tutaj pracę.

Przecież nie zmusza ich do robienia czegoś, czego nie chcą. Do jasnej cholery, chciała dać starszym ludziom trochę radości, a ten przeklęty chirurg musi wszystko zepsuć. Edna wygląda na przerażoną. Jak trudno teraz będzie ją skłonić, by wstała z fotela i trochę się poruszała. Wally patrzył to na Bellę, to na pana Dawsona, i zaczął ciężko oddychać. Trzeba mu będzie przynieść inhalator. Bella uśmiechnęła się do wszystkich uspokajająco.

– Dobrze nam poszło, prawda? Jutro do tego wrócimy. Przećwiczymy rytm na cztery z klaskaniem.

Verity, która dzielnie próbowała tańczyć, posługując się chodzikiem, jako jedyna uśmiechnęła się do Belli.

– Byłoby cudownie, kochanie. Ale nie zapomnij, że najpierw muszę nakarmić kury.

Oliver pokręcił głową z niedowierzaniem. Patrzył, jak pielęgniarka pomaga każdemu z pacjentów wrócić na fotel, by razem mogli obejrzeć serial w telewizji. Usłyszał, jak z dotkniętą demencją staruszką dyskutuje o różnych rodzajach karmy dla drobiu, a grubasowi Wally’emu zwraca uwagę na jego inhalator.

Tańce kowbojskie? Z cherlawymi staruszkami, którym nawet zwykłe codzienne czynności zagrażają upadkiem i potłuczeniem? Śmieszne. Godne nieodpowiedzialnej trzpiotki. Ale czego można się spodziewać po tej pielęgniarce... Jak ona ma na imię?

Dobrze ją pamięta... Nawet w bezkształtnym fartuchu potrafiła go rozproszyć w czasie operacji. Niesamowite ciemnoniebieskie oczy i te jasne loki, które nijak nie chciały się zmieścić pod najbardziej elastycznym czepkiem. Usta, które wyglądały, jakby się wciąż śmiały. Całkiem niestosowne w sali operacyjnej. A zawsze, gdy prowadził zabieg, przychodziła – chyba złośliwie – z maską dyndającą na szyi. Jakby to był jakiś cholerny śliniak!

Idąc dalej, Oliver zajrzał do pokoju pielęgniarek.

– Sally?

Pielęgniarka za kontuarem podniosła wzrok znad ekranu komputera.

– Oliver! Dziś wcześniejsze odwiedziny?

– Mam okienko, pomyślałem, że wpadnę. – Przełknął ślinę. – Czy wiesz, co się wyprawia u was w świetlicy?

– Masz na myśli kurs tańca kowbojskiego? – Sally uśmiechnęła się szeroko. – To wspaniałe, nie sądzisz? Ona jest tu zaledwie kilka dni, a już ma taki kontakt z pacjentami jak nikt inny.

– Wyobrażam sobie – uciął Oliver ponuro, ale Sally nie przejęła się jego tonem.

– Potrafi rozruszać ludzi jak żaden terapeuta zajęciowy. Bo po prostu się z nimi bawi! Daniel powiedział wczoraj, że rozważa włączenie tańców kowbojskich do normalnej praktyki fizjoterapii. Dotąd na to nie wpadł, bo pracuje z ludźmi pojedynczo. Terapię grupową stosuje się raczej w domach opieki, nie w szpitalach. Kto by pomyślał? – Sally pokręciła głową. – Początkująca pielęgniarka może tu zrobić rewolucję!

Oliver zacisnął usta. Skoro fizjoterapeuta i inni specjaliści są zachwyceni, to on nie będzie im psuł humoru swoim krytykanctwem. Ale czy naprawdę trzeba czekać, aż któryś z pacjentów przy tych wygibasach upadnie i złamie sobie w najlepszym przypadku nadgarstek, by wszyscy uznali wątpliwą jakość tej niekonwencjonalnej metody?

Przepełniała go frustracja. Wprawdzie zazwyczaj nie używał kontaktów osobistych do załatwiania spraw służbowych, ale tym razem chyba zrobi wyjątek. Musi porozmawiać z kolegami kierującymi geriatrią. To postanowienie uspokoiło go na moment, ale zaraz nasunęła mu się inna przygnębiająca myśl. Zagryzł wargi jeszcze mocniej.

– Lady Dorothy? – spytał po chwili lakonicznie.

Przynajmniej matka nie będzie robić z siebie przedstawienia ani narażać na szwank nadwątlonego zdrowia. A tym właśnie grożą zwariowane pomysły tej blond laluni.

– Jest w pokoju – odparła Sally łagodnie. – Przykro mi, Oliver, ale ona w dalszym ciągu odmawia wszelkiej rehabilitacji i w ogóle kontaktów z kimkolwiek.

Skinąwszy głową, Oliver ruszył do prywatnej salki w końcu korytarza. Doskonale rozumiał, że matka w tych warunkach nie ma ochoty na kontakty towarzyskie. Ale jakaś forma rehabilitacji jest konieczna, jeśli chce się zachować choćby częściowo dotychczasową jakość życia. Zatrzymał się przed zamkniętymi drzwiami. Maskujące rolety, oddzielające pokój od korytarza, były szczelnie zasłonięte. Zapewne niewielu zdawało sobie sprawę, że jedną z pacjentek Świętego Patryka jest ta powszechnie szanowana dama.

Lady Dorothy Dawson spoczywała na wysoko ułożonych poduszkach, jej ramiona otulał jedwabny szal. Srebrzyste wyszczotkowane włosy lśniły przepięknie, ale ich właścicielka była blada i wyglądała na nieszczęśliwą. Na widok syna rozpogodziła się.

– Oliver! Jaka miła niespodzianka!

Całując matkę w policzek, Oliver zdał sobie sprawę, że jej bladość po części wynika z braku makijażu. Zezwoliła pielęgniarce się uczesać, ale już dopuszczenie obcej osoby do nałożenia odrobiny pudru, różu czy szminki byłoby pewnie irytującym przekroczeniem granic prywatności. Matka przez całe życie była bardzo dumna i niezależna.

– Jak się mama czuje?

– Dobrze, kochanie. Chciałabym być w domu.

– To już niedługo. – Oliver uśmiechem usiłował zamaskować narastający niepokój. Dyskretnie rozejrzał się wokół. Ostatnio stał się mistrzem szybkiego pozyskiwania potrzebnych informacji.

Palce rąk były wciąż obrzmiałe i zaognione po paskudnym nawrocie artretyzmu. Chyba jeszcze schudła. Nic dziwnego, skoro nikomu, nawet jemu, nie pozwala sobie pomóc przy jedzeniu. W rezultacie karmiono ją tylko zmiksowanymi rzadkimi papkami, które mogła wciągać przez słomkę. Do tego dochodziła zaawansowana cukrzyca, a bardzo trudno jest kontrolować poziom cukru i dawkować insulinę przy tak ograniczonej diecie.

– Boli cię coś?

Lady Dorothy spojrzała na Olivera, a on nie mógł się nie uśmiechnąć. Pamiętał to spojrzenie z dzieciństwa. Gdy tylko zdarzył mu się jakiś upadek czy skaleczenie, matka patrzyła na niego, jakby chciała powiedzieć „otrzep się i idź dalej”. Przecież ból nie może w żaden sposób wpływać na twoje życie, na obowiązki, które masz do wypełnienia. Tak wychowano lady Dorothy i tak ona wychowywała swego jedynaka.

Matka sprawiała czasem wrażenie nadętej członkini najbardziej elitarnych kręgów towarzyskich Nowej Zelandii, Oliver jednak wiedział, że ta kobieta ma siłę tygrysa i szczerozłote serce. Słynęła z działalności charytatywnej. Z zebranych przez nią funduszy wielokrotnie korzystał szpital Świętego Patryka. Lady Dorothy miała siedemdziesiąt trzy lata i nigdy nie musiała pracować zarobkowo. Niemniej jednak wiele czasu i wysiłku poświęcała swej pasji społecznikowskiej. Tej energii mógłby jej pozazdrościć niejeden zaledwie czterdziestoletni szef wielkiej korporacji.

A teraz... Jeśli nadal będzie w tym tempie tracić sprawność rąk, wkrótce nie będzie w stanie utrzymać pióra ani wybrać numeru w telefonie. Jeśli nie uda się ustabilizować poziomu cukru, nie będzie mogła prowadzić samochodu ani pozostawać bez opieki, bo grozić jej będzie śpiączka cukrzycowa. A o ile dotychczas akceptowała korzystanie z pomocy gosposi czy ogrodnika w prowadzeniu olbrzymiego gospodarstwa, to do sfery bardziej osobistej nie dopuszczała nikogo.

Teraz trzeba to zmienić, i to będzie trudne dla obojga. Oliver nie wątpił, że matka będzie walczyła jak lwica. A nawet gdy się podda, on nie będzie mógł cieszyć się zwycięstwem. Każda pomoc będzie dla niej bolesnym ciosem w godność i niezależność.

– Dziś jest piękna pogoda. – Uśmiechnął się do matki. – Niech mamę ubiorą, a po mojej pracy zrobimy sobie małą przejażdżkę na wózku. Dobrze jest czasem zaczerpnąć świeżego powietrza.

Matka pokręciła głową. Trzeba poszukać lepszego argumentu niż świeże powietrze. Czas naglił – szybkie spojrzenie na tarczę zegarka powiedziało mu, że w przychodni czekają już pacjenci.

– A może zjemy jakąś miłą kolacyjkę? – Łobuzersko uniósł brwi. – Tu w okolicy są bardzo dobre rzeczy. – Zdecydował się na wyciągnięcie najmocniejszej broni i uderzenie w sekretny czuły punkt matki. – Cheeseburgery – kusił – i... frytki.

To świetny pomysł. Mimo zesztywniałych palców lady Dorothy będzie w stanie poradzić sobie z fastfoodowym jedzeniem, a każda kaloria ma dla niej wagę złota. Ku przerażeniu Olivera oczy matki niespodziewanie zaszły łzami. Szybko przestała płakać i pokręciła głową, ale syn czuł, że bardzo cierpi. Delikatnie dotknął jej dłoni.

– Co się stało, mamo?

– Sophie – powiedziała drżącym głosem.

– Kim jest Sophie?

Czyżby tak miała na imię ta udająca pielęgniarkę nietaktowna blondynka, specjalistka od tańców country? Jeśli to ona zdenerwowała matkę, niech lepiej uważa. Oliver wiedział, że w niektórych kręgach ma opinię syneczka mamusi, ale to go nie zniechęci. Zawsze murem będzie stać za matką. Poza nią nie ma nikogo bliskiego. Tylko ona się liczy i nie będzie się przejmował, co o nim pomyśli początkująca pielęgniarka z przerostem błękitu w oczach.

– Prowadzi terapię zajęciową – powiedziała lady Dorothy. – Przyniosła mi rano jakieś ubrania. Mówiła, że będę się mogła na nich uczyć, jak się samemu ubierać.

– Ach tak?

Oliver wywnioskował, że to nie chodzi o pielęgniarkę. Uff. A więc nie musi robić jej awantury i przyglądać się, jak wiecznie roześmiane usta układają się w podkówkę przed wybuchem płaczu.

I nie będzie musiał zdradzać przed nią ściśle prywatnej i nieco wstydliwej tajemnicy, że w wieku trzydziestu sześciu lat wciąż mieszka z matką. Wprawdzie ma oddzielny pawilon w budynku rezydencji, ale w końcu jest to wciąż ten sam dom, prawda?

Ale dlaczego w ogóle pomyślał, że ta wiedza mogłaby stać się udziałem jakiejś pielęgniarki, której imienia nawet nie zna? Bardzo dziwne.

– Tam były takie przykrótkie spodnie, Oliver, jak od dresu, wciągane. I z gumką w pasie...

– Aha.

Spodnie od dresu... No tak, do tego jeszcze kapcie z futerka i papieros w kąciku ust. Dla matki to symbole bylejakości. Nie żeby była snobką – potrafiła się przyjaźnić z ludźmi z różnych warstw społecznych – ale dyscyplina i wysokie standardy osobistego wizerunku należały do rzeczy, z których była dumna. Ubrać ją w dres to jak założyć jej pieluchę.

Coś z tym trzeba zrobić. Ale co? I dla Olivera, i dla jego matki były to nowe problemy. Musi to przemyśleć, a na razie wspierać matkę na każdym kroku.

– A może tu przyniosę burgery i frytki? Przemycę je w papierowej torbie bez nadruków. – To była ich stara sztuczka. Przecież czasem trzeba sobie pozwolić na przyjemności niekoniecznie najwyższych lotów, prawda?

Rozbawione iskierki w oczach mamy były jedyną nagrodą.

– Dziękuję, kochanie, ale nie fatyguj się. Chyba nie mam apetytu. – Odwróciła głowę. – Może przyszedł czas, żeby skończyć z tymi zabawnymi, ale niezdrowymi nawykami, nie sądzisz?

Oliver zdał sobie sprawę, że tym razem nie zgadza się ze zdaniem matki. Wypady do „szarej strefy”, poza granice zdrowej diety, zdarzały się im od wielkiego dzwonu, niemniej stały się częścią wspólnego życia, „nową świecką tradycją”. A dla niego – jednym z rzadszych, ale przyjemniejszych wspomnień dzieciństwa. Bo nie zawsze było ono pełne radości...

Okej, może to rzeczywiście taki stary, nic nieznaczący dziecinny rytuał, ale utrata go sprawiłaby mu przykrość, tak jak przykro było widzieć matkę w takim stanie.

Usłyszał, że matka wzdycha.

– Nie pozwalaj mi zabierać ci zbyt wiele czasu, Oliver. Jestem pewna, że masz ważniejsze rzeczy na głowie.

– Muszę dokończyć dyżur w poradni, to wszystko. – Głos Olivera posępniał coraz bardziej. – A po południu jeden zabieg. A ty masz jeść, wiesz o tym, prawda? Wpadnę później.

Przynajmniej z porcją frytek. Nie był gotów na definitywne pożegnanie przeszłości. Matka chyba też nie. Po prostu dała sygnał, w jak pożałowania godnym jest stanie. Po jakimś czasie pewnie zapomni o upokarzającym epizodzie ze spodniami od dresu.

Późniejsza wizyta była dobrym pomysłem z wielu względów. Ta potwornie irytująca i zapewne niekompetentna pielęgniarka pewnie kończy zmianę o piętnastej, a więc nie ma najmniejszej groźby natknięcia się na nią, gdy wieczorem będzie się przemykał z porcją frytek, by pobudzić apetyt matki. No i dobrze.

Nawet bardzo dobrze.

ROZDZIAŁ DRUGI

– Lady jaka?

Bella niezbyt dokładnie słuchała Sally, bo kątem oka dostrzegła, że Oliver Dawson opuszcza oddział. Musiała, acz niechętnie, przyznać że facet świetnie wygląda w garniturze. Gdyby tylko był trochę... milszy, można by pomyśleć o nim, że jest bardzo przystojny. Okej, wręcz cudowny.

– Lady Dorothy – powiedziała Sally.

– Czy ona nie ma nazwiska?

– Oczywiście, że ma, ale nikt go tu nie używa. Jest bardzo znaną postacią. Pomaga naszemu szpitalowi, ale nie chce, żeby o tym wiedziano. Dlatego proszę cię o dyskrecję. – Sally zmarszczyła czoło. – Potrafisz utrzymać język za zębami?

– Jasne. – Bella wyprostowała się z godnością. Oto nałożono na nią nowe zobowiązanie. Trzeba się wykazać. Po części dlatego, że praca na geriatrii okazała się dużo fajniejsza, niż myślała. A po drugie – bliskość Olivera Dawsona rozbudziła w niej nowe ambicje.

Ona jest dobrym pracownikiem. I teraz wszyscy wokół się o tym przekonają.

– Co mam zrobić?

– Badanie poziomu glukozy. Ale to będzie tylko pretekst, żebyś mogła wejść do jej pokoju. – Sally wahała się przez chwilę, lecz dodała: – Lady Dorothy jest w fatalnym nastroju i nikt jeszcze nie zdołał namówić jej na rehabilitację, która jest bezwzględnie konieczna. – Przełożona posłała debiutantce znaczące spojrzenie. – Może tobie się uda. Myślę, że ktoś, kto sprawił, że Wally wstał i zatańczył, ma dobre podejście. Inne niż wszyscy. Ale... bądź ostrożna.

Z tymi słowami w tyle głowy Bella skierowała się do prywatnej salki. Wszystko tam od razu wzbudziło jej ciekawość. Zamknięte drzwi i spuszczone rolety sprawiły, że wyobraźnia podsuwała jej obrazy osoby potwornie zdeformowanej, która nie chce być oglądana przez nikogo. Coś jak dzwonnik z Notre Dame.

Widok starszej pani był dla niej zaskoczeniem. Piękność o brzoskwiniowej cerze i srebrnych włosach, jakich Bella w życiu nie widziała. Rutynowe czynności – delikatne nakłucie palca i przeniesienie kropli krwi na pasek glukometru – nie przeszkodziły Belli w ukradkowej obserwacji pacjentki. Biedna lady Dorothy cierpiała na ostrą postać artretyzmu, który zaatakował palce obu rąk. Pewnie w ogóle nie może nimi ruszać.

Pacjentka milczała. Bella dostrzegła, jak bardzo jest smutna.

– Dlaczego tak na mnie patrzysz?

Bella podskoczyła.

– Przepraszam, nie chciałam pani urazić. Po prostu bardzo podoba mi się kolor pani włosów. Dałabym każde pieniądze za taką farbę.

– Są po prostu siwe.

– O nie... – Bella potrząsnęła głową. – To czyste srebro. A jak lśnią! Mam legginsy z lycry, do tańca, w tym samym kolorze. Też je uwielbiam.

Lady Dorothy nie podjęła rozmowy. Siedziała wsparta o poduszki i patrzyła w dal. Bella kręciła się po pokoju, starając się zrobić trochę porządku. Boże, dotychczasowymi dokonaniami nie powali Sally na kolana. Parę słów na temat koloru włosów. A miała przecież zdopingować pacjentkę do działania. Postanowiła zmienić kwiatom wodę. Ale idąc w stronę wazonu, zaczepiła nogą o krzesło i coś zrzuciła.

Dzięki Bogu, że nie ma tu Dawsona. Już prawie słyszy jego złośliwy komentarz o typowej dla niej niezdarności.

Bella schyliła się, by podnieść coś w kolorze jaskraworóżowym. Ale dlaczego w ogóle przejmuje się tym, co on by pomyślał? Przecież już nie wróci do sali operacyjnej. Ma go z głowy do końca życia.

– O Boże! – zawołała, z przerażeniem patrząc na coś, co trzymała w ręku. Były to grube puchate spodnie od dresu z gumką w pasie. Nagle poczuła, że palą ją policzki. Odwróciła się do pacjentki.

– Przepraszam, lady Dorothy, to pewnie pani spodnie.

Odpowiedź była natychmiastowa i lodowata.

– Z całą pewnością nie są moje.

– Och... Bogu niech będą dzięki!

Lady Dorothy wciąż patrzyła na nią bez cienia sympatii. Bella uśmiechnęła się niepewnie.

– Może nie powinnam tego mówić, bo mój dziadek naprawdę zamordował moją babcię, ale...

Spojrzenie lady Dorothy było wciąż chłodne, ale jej brwi lekko się uniosły.

– Co takiego? – spytała nieufnie.

Bella zniżyła głos do konfidencjonalnego szeptu.

– Gdyby w chwili zbrodni babcia miała na sobie coś tak okropnego i różowego jak te spodnie, to ja głosowałabym za uznaniem ich za okoliczność łagodzącą. – Bella nerwowo wykrzywiła usta.

Nareszcie nastąpiła długo oczekiwana reakcja. Starsza pani wykonała grymas, jakby naśladując Bellę. Ta zaś rzuciła nieszczęsne portki z powrotem na krzesło.

– Skoro nie należą do pani, to co tu robią? Mam je wyrzucić w pani imieniu?

– Lepiej nie, moja droga.

– Dlaczego?

Lady Dorothy westchnęła znużona.

– Przyniosła mi je terapeutka. Mam je nosić, bo tylko w coś takiego mogę ubrać się sama.