Miłość, zbrodnia, kara - Helena Kowalik - ebook
Opis

Zbiór reportaży o trudnych do przeniknięcia mrokach ludzkiej duszy.

Dlaczego tak się stało, że miłość łącząca na początku zwyczajnych ludzie z późniejszej perspektywy, już na sali sadowej, okazuje się uczuciem chorym, skoro zrodziło myśl o krwawym rewanżu, gwałcie, oszukaniu obiektu adoracji. Zamysł doczekał się realizacji - doszło do tragedii. Często nieodwracalnej, ofiara straciła życie.

Odpowiedzi szukają prokurator i sędzia. Podczas procesu pada wiele wyjaśnień przyczyn dramatu. Są uczone diagnozy biegłych psychologów, suche relacje śledczych i kryminologów, są meandry przeczących sobie zeznań oskarżonych i świadków. Pęcznieją akta procesowe, a mimo to często pytanie pozostaje bez odpowiedzi.

Reporter z ławy dla publiczności obserwuje dochodzenie do prawdy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 759

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Projekt okładki:

Redaktor prowadzący: Bożena Zasieczna

Redakcja techniczna: Sylwia Rogowska-Kusz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Anna Gogut

Autorka i Wydawca dziękują Agencji Wydawniczo-Reklamowej „Wprost”, Burda Publishing Polska i Milenium Media za pomoc w przygotowaniu książki.

Na okładce zostało wykorzystane zdjęcie:

© Serg Ivanow/Shutterstock

© for the text Helena Kowalik

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2016

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna część niniejszej publikacji nie może być reprodukowana, przechowywana jako źródło danych i przekazywana w jakiejkolwiek formie zapisu bez pisemnej zgody posiadacza praw.

ISBN 978-83-287-0211-0

MUZA SA

Warszawa 2016

Wydanie I

FRAGMENT

Obu Teresom i Bogdanowi – strażnikom naszego rodzinnego gniazda

Trop w pamiętniku

– Zawsze po czynsz za wynajmowany lokal przychodziłem osobiście – zeznał właściciel mieszkania przy ulicy Białobrzeskiej na warszawskiej Pradze. Na początku lutego przez dwa dni nikt nie odbierał telefonu, więc zapukałem do drzwi. Cisza. Miałem klucz do mieszkania, otworzyłem. Widok był straszny. Na podłodze siedział lokator Robert K. Miał krwawe nacięcia na brzuchu i nadgarstkach. Kompletnie pijany. Na łóżku pani Ania przykryta kołdrą. Wystawały jej sine stopy. Nie żyła. Wokół pełno krwi, która zakrzepła również na butelce, stojącej na stole. W mieszkaniu był nieprawdopodobny bałagan, co mnie bardzo zaskoczyło, bo lokatorka zwykle dbała o porządek. Wszystko z szuflad i szaf wyrzucone na podłogę, w tym walały się puste butelki po winie. Na ścianie napis krwią: „Aniu, to dla ciebie”. Pochyliłem się nad panem Robertem, zapytałem co się stało, a on: „Chyba ją udusiłem”. Zaraz po moim telefonie przyjechała policja.

Jaka byłam głupia myśląc, że go zmienię! Gdy mówię mu, że czuję się jak sprzątaczka, to się oburza. I nadal sika do zlewu, dwa tygodnie by chodził w jednej koszuli, niczego po sobie nie sprzątnie. I te jego teksty: „Będziemy się pipkować? Pobzykamy się? Chodź, to się stukniemy”. Sam się stuknij w ten durny łeb[1].

Poszukiwany listem gończym

Trzydziestoczteroletnia Anna Sz. od dwóch lat wynajmowała kawalerkę przy Białobrzeskiej. Spokojna, właściciel mieszkania chwalił sobie taką lokatorkę. Kobieta była zatrudniona na giełdzie kwiatowej, pracę zaczynała o trzeciej nad ranem. Jej życiowy partner miał ponoć firmę budowlaną, tak mówił mieszkańcom bloku, ale nie bardzo mu wierzyli. Tajemniczy był, niekontaktowy.

Policja dowiedziała się więcej: przede wszystkim, że Robert K. jest poszukiwany listem gończym, bo od dziesięciu lat uporczywie uchyla się od płacenia alimentów na trójkę swoich dzieci, z którymi od ich urodzenia nie ma żadnego kontaktu. Żonaty, ale nigdzie nie jest zameldowany na stałe, nie ma nawet dowodu osobistego.

K., gdy tylko wytrzeźwiał, przyznał się do uduszenia konkubiny i opisał, jak to było: siedząc na niej, ścisnął jej szyję rękami, potem kablem od odkurzacza.

– Nie mogę zrozumieć, dlaczego ją zabiłem. Próbowałem potem popełnić samobójstwo, nacinając sobie żyły w wannie. Nie wiem, dlaczego jeszcze żyję – płakał podczas przesłuchania.

Co robił wcześniej tego dnia? Był w firmie, dostał zapłatę od klienta, koledzy chcieli, aby coś postawił, więc pojechali taksówką na Ursynów, do meliny. Pili tam do wieczora. Do domu wrócił w nocy, wykąpał się, zjadł naleśniki, potem się kochali z Anną. Gdy ją dusił, oboje byli w łóżku. Niczego więcej nie pamięta. Nie wie, skąd napis krwią na ścianie i co oznacza.

– Jak się układało z partnerką? – dociekał policjant.

– Ten związek to najlepsza rzecz, jaka mi się trafiła w życiu. Raz na siedem lat znajomości zdarzyła się nam kłótnia, bo się wydało, że byłem w agencji towarzyskiej. Kiedyś sobie planowałem, że się rozwiodę i poproszę Anię o rękę. Nawet odwiedziłem jej matkę (ojciec nie żyje) w tym miasteczku, z którego Ania przyjechała do Warszawy. Ale nie czułem się tam dobrze. Niedoszła teściowa była przewrażliwiona na punkcie alkoholu, a ja lubię wypić. Mojej kobiecie to nie przeszkadzało, mówiła, że po drinku jestem bardziej zabawowy.

Zakrwawiona butelka

Jesteśmy bez grosza. Poszedł sprzedać dwa krany, w tym jeden właściciela mieszkania. Dostał 40 zł.

Wysłałam mu esemesa: „Nie rób głupot, bo nie ręczę za siebie, przyjdziesz zalany, to wyrzucę”. Odpowiedział, że już go nigdy nie zobaczę, zamierza coś sobie zrobić. Bo przegrał na maszynach 1800 zł i nie zapłacił za remont silnika mojego samochodu, który miał odstawić do warsztatu.

Wrócił w nocy – tak pijany, że od razu padł w ubraniu na łóżko. Rano, gdy wytrzeźwiał, natrzaskałam go po twarzy, aż miał świeczki w oczach. Wygarnął mi, że nie chcę się z nim kochać, ciągle mam jakieś wymówki. Gdy go tak lałam, mówiłam: „Debilu, ja cię przecież kocham!”. A on przez łzy: „Nie wierzę!”. Wiem, że sama jestem sobie winna, nie pielęgnowałam naszego związku. To dlatego poszedł do agencji.

Opis obrażeń Anny Sz. w protokole z sekcji zwłok jest drastyczny. Ofiara przed pobiciem, a następnie uduszeniem obficie krwawiła na skutek rozerwania narządów rodnych „przedmiotem obłym o długości co najmniej 12 cm”. Prawdopodobnie była to butelka, którą ze smugami krwi widział właściciel mieszkania i sfotografował funkcjonariusz policji.

Anna Sz. przed śmiercią zapewne się broniła, bo pod jej paznokciami znaleziono mikroskopijne kawałki skóry Roberta K. (sprawdzono DNA). Na walkę ofiary z oprawcą wskazywały też zabrudzenia własną krwią na jej stopach. Prawdopodobnie, uwięziona w łóżku, nie mogąc się wyrwać z żelaznego uścisku partnera, usiłowała go odepchnąć nogami. A leżała w kałuży krwi.

Przesłuchano sąsiadów. Tamtej tragicznej nocy niczego nie słyszeli. Wcześniej – czasami podniesione głosy. Nic alarmującego, żadnych odgłosów bójki. Zauważyli, że ta młoda, małomówna lokatorka często popołudniami samotnie przesiadywała na balkonie ze swoją fretką. Mężczyzna zazwyczaj przychodził późnym wieczorem i nawet najbliższemu sąsiadowi nie mówił dzień dobry. Taki mruk.

Znacznie więcej o K. powiedział jego kolega z pracy.

– Przez cztery lata Robert zatrudniał mnie w firmie budowlanej, która była fikcją. On dużo pił, brał narkotyki i grywał na automatach. Ciągle liczył na to, że los ponownie się do niego uśmiechnie, bo kiedyś u „jednorękich bandytów” na Dworcu Centralnym wygrał dziesięć tysięcy złotych. Ale pieniądze od razu przepuścił w kasynie i potem już nigdy szczęście mu nie dopisało. Przez hazard wpadł w długi, żeby się wypłacić, podkradał Ani pieniądze z utargu na giełdzie, z których raz w tygodniu rozliczała się z właścicielem stoiska. Jesienią dwa tysiące jedenastego roku byłem świadkiem ich kłótni z tego powodu. Ania krzyczała, żeby się wynosił, bo nie będzie go utrzymywać.

Matka ofiary, która widziała Roberta tylko raz, nie zaakceptowała tego związku.

– Oni nie pasowali do siebie, to było widoczne na pierwszy rzut oka. Ale Ania nie pytała mnie o zdanie. Zaraz po maturze wyjechała z naszego miasteczka, bo jak mówiła, w Warszawie są duże możliwości. Była bardzo samodzielna, niczego się nie bała. I chyba tylko przed samą sobą mogłaby się przyznać do porażki. Gdy odwiedziła mnie z tym Robertem, cały czas była spięta, bała się, że on powie coś głupiego. A mnie wystarczyło tylko na niego spojrzeć, żeby się przekonać, że to nie jest materiał na męża. O wiele więcej dowiedziałam się z pamiętnika, który znalazłam w rzeczach córki, po jej śmierci odesłanych mi przez policję.

Zupełnie straciłam do niego zaufanie. Nie dość, że przychodzi wstawiony, podkrada mi pieniądze, to ciągle kłamie. Co ja o nim wiem mimo 7 lat pożycia? Wczoraj po pijaku się wygadał, że siedział w więzieniu. Ale za co, to już unikał odpowiedzi. Okazuje się, że ma dzieci, których w ogóle nie pamięta, nawet nie może się doliczyć ich wieku. Czego jeszcze się dowiem?

Niepoczytalny?

O przeszłości Roberta K. wiedziała trochę katowicka Komenda Policji. Tamtejszy wydział do spraw zabójstw dysponował notatką, dotyczącą zamordowania w 1989 roku Mariana K. podczas rodzinnej awantury. Sprawca, Robert K., zadał denatowi, który był jego ojcem, dwa śmiertelne ciosy w serce. Postępowanie zostało umorzone na etapie śledztwa z powodu niepoczytalności podejrzanego. Poszukiwania dokumentacji tej zagadkowej sprawy (badanie Roberta K. w 2012 roku nie wykazało, aby był chory psychicznie) nie dały rezultatu. Akta gdzieś zaginęły.

Udało się tylko odtworzyć życiorys podejrzanego. Po szkole zawodowej Robert K. pracował jako górnik. Od 17 roku życia zapisał się w kartotekach policji z powodu kradzieży w sklepach. Wcześnie ożeniony, szybko się rozwiódł, żona była wtedy w ciąży. Nigdy nie widział swej córki, ani dzieci z innego związku. Nie obchodziły go. Uciekając przed alimentami, przez rok mieszkał w schronisku Brata Alberta. Ponieważ na Śląsku był poszukiwany listem gończym, postanowił ukryć się w Warszawie. Gdy kobieta, z którą się wówczas związał, po kilku miesiącach pokazała mu drzwi, szantażował ją, że popełni samobójstwo. Przygotował pętlę z cienkiego sznura tak, aby się od razu zerwała.

Już prawie 5 lat, jak jestem w Warszawie. Pięć długich, zmarnowanych lat. Ten związek nie daje mi satysfakcji ani poczucia bezpieczeństwa. Postanowiłam nie zatrzymywać Roberta. Tylko czy potrafię docenić odzyskaną wolność? Czy jak ptak, który uciekł z klatki, byłabym przerażona przestrzenią?

Aniu, to dla ciebie

Od tego momentu – jest koniec listopada 2011 roku – Anna Sz. podejrzewa, że Robert odnalazł jej ukrywany diariusz. Pisze coraz krócej, już tylko hasłami, najbardziej czytelne słowo brzmi: Posypało się. Do śmierci Anny Sz. zostało pięć miesięcy.

Zarówno w śledztwie, jak i w czasie procesu sądowego oskarżony twierdził, że nie zamordował swej kochanki ze szczególnym okrucieństwem. Przyznawał się do uduszenia w stanie pomroczności, gdyż tego dnia brał w pracy amfetaminę. Gdy się obudził, kobieta już nie żyła. Nie wie, dlaczego odkurzacz z odwiniętym kablem był koło łóżka, ani kto napisał na ścianie krwią ofiary: „Aniu, to dla ciebie”.

Pamiętał, że od pewnego czasu nosił się z myślą, aby odejść, bo ona coraz częściej się go „czepiała”. Odmawiała mu też współżycia, spali ze sobą raz na kilka tygodni. Jednakże, mimo coraz częstszych „cichych dni”, oboje bali się rozstania.

Matka ofiary, która podczas procesu była oskarżycielem prywatnym, nie chciała słuchać takich wyjaśnień. Przed opuszczeniem sali sądowej zadała Robertowi K. tylko jedno pytanie:

– Dlaczego zamordowałeś moją córkę?

– Nie mam pojęcia – odpowiedział.

Dwukrotnie stawali przed sądem biegli lekarze i psycholodzy powołani do oceny stanu psychicznego mordercy.

– Gdy się zażywa amfetaminę – orzekli – można wypić większą ilość alkoholu bez typowych objawów upojenia. W takiej konfiguracji narkotyk nie powoduje doznań psychotycznych, może natomiast wzmagać agresję. Ale z relacji Roberta K. o przebiegu dnia, w którym straciła życie jego partnerka, nie wynika, aby amfetamina miała jakieś szczególne działanie na organizm sprawcy. Zasłanianie się rzekomą amnezją to linia obrony oskarżonego.

Prokurator, wygłaszając mowę oskarżycielską, przyznał, że ani postępowanie przygotowawcze, ani proces sądowy nie dały odpowiedzi na pytanie, dlaczego Anna Sz. nie żyje.

– W mojej ocenie – powiedział – najważniejszym dowodem są wyjaśnienia oskarżonego. Przyznał się, że dusił ręką i kablem, i tego nadal nie neguje. Nie przyznał się do spowodowania innych obrażeń, które wykazała sekcja. Twierdzi, że nie pamięta, co się wydarzyło tamtej nocy. A może nie chce pamiętać? Samo przyznanie się z reguły nie wystarcza jako jedyny dowód. Ale w tej sprawie jest poparte opinią biegłych, którzy stwierdzili, że do gwałtownego uduszenia doszło przez ucisk ręki.

Co działo się wcześniej? Oskarżony sugeruje, że w mieszkaniu mógł być jeszcze ktoś, on jednak nie rozpoznałby tej osoby, bo był pijany. Nic nie wskazuje na to, aby można było przyjąć taką wersję…

Zdaniem śledczych prawdopodobnie coś się stało podczas obcowania płciowego tej pary. Kobieta miała krew na stopach, choć leżała na plecach; to by świadczyło, że się broniła. Co do obrażeń w łonie ofiary – narzędziem była też butelka. Została pobrudzona krwią Anny Sz.

– Nie wiem – przyznał prokurator – dlaczego doszło do tragedii. Do pamiętnika Anny Sz. policja nie przywiązywała wagi. Bez włączenia go do dowodów został odesłany z rzeczami ofiary na adres jej stałego zameldowania. Zapiski córki ujawniła dopiero matka ofiary podczas przesłuchania. Jednak pamiętnik ten wyjaśnia więcej, niż Robert K. chciał sądowi powiedzieć.

Oskarżyciel publiczny dokładnie zanalizował diariusz zamordowanej. Zwrócił uwagę sądu na dominujący ton tej lektury: samotność młodej kobiety. Jej jedynym przyjacielem była udomowiona fretka. Kilkadziesiąt stronic pamiętnika zajmują opisy harców zwierzątka lub jego kłopoty zdrowotne.

Czytelne jest też narastające zniechęcenie Anny Sz. związkiem z mężczyzną, który w niczym jej nie pomaga, nie wspiera i jeszcze wykorzystuje finansowo. Pod koniec 2011 roku, na dwa miesiące przed śmiercią kobieta jest o krok od decyzji, że muszą się rozstać. Tak należy rozumieć ostatni zapis w pamiętniku: „Posypało się”.

Czy powtórzyła swą diagnozę w urodziny konkubenta? Czy to go rozwścieczyło do tego stopnia, że brutalnie zabił?

– Nie ma racjonalnego motywu – powiedział pod koniec swej mowy prokurator – a jak nie ma motywu, to nie ma usprawiedliwienia. Oskarżony pozbawił życia osobę, która nie mogła się tego po nim spodziewać. Brak motywu wskazuje, że jest on bardzo niebezpieczny dla otoczenia. Wnioskuję o dwadzieścia pięć lat więzienia. Kara powinna się odbywać w systemie terapeutycznym.

Pełnomocnik matki pokrzywdzonej Anny Sz. sugerował dożywocie. Próbę samobójczą oskarżonego określił jako teatr. – Jeśli własnymi rękami potrafił zgnieść grdykę ofiary i rozerwać jej narządy rodne, a potem napić się wina, jak sam zeznał, to gdyby naprawdę chciał się pozbawić życia, zrobiłby to skutecznie. W mieszkaniu było wiele przedmiotów, których mógłby do tego użyć. Choćby kabel od odkurzacza. A on drasnął się scyzorykiem.

Czy można też uwierzyć w wersję oskarżonego, że początek wieczoru był wręcz romantyczny? Zjedli jego ulubione naleśniki, potem się kochali w łóżku jak dobre, stare małżeństwo. Annę wcale nie denerwowało, że „był wypity”. Nawet to lubiła, bo wtedy się wygłupiał.

– Zbliżenie czy gwałt? – pytał retorycznie na sali sądowej prokurator.

Z pamiętnika ofiary wynika, że nie znosiła pijaństwa partnera, to ona namówiła go na branie anticolu. Ale tego dnia Robert K. nie wziął specyfiku, po którym miałby wstręt nawet do piwa. Coraz częściej odmawiał jakiejkolwiek terapii. Może więc doszło do kłótni, a potem brutalnego zgwałcenia kobiety odmawiającej współżycia z pijakiem?

Tylko K. zna całą prawdę. Przed sądem z pokerową twarzą twierdził, że byli z Anną szczęśliwą parą. Czasem tylko zdarzały się trudne momenty.

Sąd orzekł 25 lat więzienia. Jeśli skazany odsiedzi całą karę, będzie miał 70 lat. Taka była intencja sędziów.

– Oskarżony swoim czynem udowodnił, że nie nadaje się do życia w społeczeństwie – brzmiało uzasadnienie nieprawomocnego wyroku.

Będziesz moja

– Edyta była tego dnia bardzo niespokojna – zeznał przed sądem jej kolega z pracy Andrzej K. – Zazwyczaj bardzo uważna, konkretna, wszak robiła w finansach, co trochę odrywała się od papierów, aby zadzwonić przez komórkę. Siedzieliśmy biurko w biurko. Od razu zorientowałem się, że telefonowała do swego chłopaka Arka. Wkrótce mieli brać ślub. We Włoszech, bo tam mieszkali jego rodzice.

Andrzej K. nigdy tego narzeczonego nie widział. Ale od kilku miesięcy był mimowolnym świadkiem wybuchu gwałtownego uczucia koleżanki. Dzwoniąc, nie mogła się powstrzymać przed prawieniem swemu mężczyźnie czułości. K. znał też szczegóły pewnej operacji finansowej, jaką Arek – właściciel firmy zakładającej internet w budynkach biurowych – przeprowadzał z pomocą swej dziewczyny. Chodziło o kupowanie sprzętu komputerowego w Niemczech i natychmiastowe odsprzedawanie go z dużym zyskiem kontrahentowi w Polsce.

Edyta W. mówiła, że to będzie interes ich życia. Za zarobione pieniądze zamienią jej obecne mieszkanie na większe, urządzą się.

Był tylko jeden problem. Pieniądze. Narzeczony już przelał na konto sprzedającego sprzęt 78 tysięcy złotych, tytułem kaucji. Do zapłacenia całego rachunku brakowało mu 80 tysięcy. Kontrahent zastrzegł, że jeśli klient nie wpłaci całości w terminie, zaliczka przepadnie. Dziewczyna robiła wszystko, aby tę brakującą resztę pożyczyć z banku, od swej firmy, a także od znajomych. Kolega, który był mimowolnym świadkiem jej gorączkowych zabiegów, dziwił się, że interes życia nie jest asekurowany umowami. Nie podobały mu się warunki transakcji mówiące, że jeśli odbiorca sprzętu nie zapłaci umówionego dnia, kaucja przepada. Ale Edyta, absolwentka renomowanej uczelni ekonomicznej pozostawała głucha na jego rady. Przelała zgromadzone pieniądze, ucałowała narzeczonego na drogę (elementy komputerowe miał odebrać w Kostrzynie nad Odrą) i przez pół dnia, zamiast pilnować biurowej buchalterii, pilotowała Arka telefonicznie, wodząc palcem po mapie drogowej.

Nazajutrz, w czwartek, 10 listopada 2005 roku, tuż przed długim weekendem, mieli się spotkać na uroczystej kolacji. Tym razem w mieszkaniu na warszawskim Żoliborzu, które Arek wynajmował od kolegi pracującego za granicą. Rozliczą swoje wkłady w transakcję życia a potem… rozmarzona dziewczyna zastygała nad robotą rozłożoną na biurku.

Andrzej K. właśnie tak ją zapamiętał.

Trzydziestoletnia Edyta, będąca w Warszawie dopiero od kilku lat, poznała Arkadiusza B. na portalu Sympatia.pl. To przyjaciółka Wiola poradziła jej szukać znajomości w internecie. Jej się udało, ma kogoś poznanego właśnie tą drogą. Edyta wykupiła abonament.

Mężczyzna, który 19 sierpnia 2005 roku o godz. 13.20 odpowiedział na anons Edyty, prezentował się na zdjęciu jako luzak. Długie włosy, szeroki uśmiech, widoczne bicepsy. Twarz o mocno zarysowanej szczęce. Stał w samych szortach nad jeziorem i trzymał taaaką rybę. To, jak się przedstawił, pasowało do fotografii, na którą Edyta patrzyła.

Jestem romantycznym chłopakiem, który poszukuje odrobiny szczęścia w życiu. Mieszkam i pracuję w Warszawie. Wykształcenie wyższe. To znaczy wcześniej studiowałem na AWF, a teraz na Wyższej Szkole Prawa i Administracji. Zainteresowania: biznes i gospodarka. Nie mam problemu z brakiem pieniędzy. Marzę o wesołej, sympatycznej dziewczynie, która ceni szczerość i czas spędzony we dwoje. Jeśli chcesz się dowiedzieć czegoś więcej, odpisz.

Ona odpowiada, podaje swój adres mailowy. Już po kwadransie przychodzi zwrotna poczta. Dorzucił parę informacji o sobie: wnuk kultowego reżysera, lubi spacery w parku wilanowskim, często zachodzi do Muzeum Narodowego, ma młodszą siostrę Anię, która – jak ich rodzice – mieszka we Włoszech. A teraz kolej na nią.

Co ci napisać? – odpowiada Edyta. – Jestem normalną dziewczyną, optymistycznie nastawioną do świata i otaczających mnie ludzi. Otwarta, szczera, tego samego oczekuję od drugiej osoby. Niepoprawna optymistka, aczkolwiek ostatnio dosyć twardo stąpająca po ziemi. Chętnie pomagam innym, nie toleruję kłamstwa i obłudy. Aktualnie pracuję w zagranicznej firmie administrującej budowę hotelu. […] Na koniec uwaga. Osobiście nie jestem przekonana, że na stronach Sympatii można spotkać tę drugą połówkę jabłka, ale próbować nie zaszkodzi…

Jeszcze tego samego dnia wieczorem on opowiada, co lubi robić:

Opalać się; najlepiej było na przepustce w Chorwacji, gdy zaciągnął się do oddziałów ONZ.

Gotować. Preferuje kuchnię śródziemnomorską. Właśnie w tej chwili robię pizzę ziołowo-serową. Do tego wino – chilijskie, chociaż lepsze byłoby australijskie czerwone wytrawne. Ale akurat tego nie ma pod ręką. Nienawidzi restauracji, gdyż jako dziecko spędził tam wiele godzin zabierany przez matkę, która nie potrafiła zrobić nawet jajecznicy.

Ona: Mężczyzna swobodnie czujący się w kuchni? Chciałabym poznać takiego w realu.

On: Może się uda.

Edyta wysyła mu swój numer telefonu.

Nazajutrz rano znów do siebie mailują. Ona opowiada o swojej pracy – właśnie siedzi w biurze – jest to przedsiębiorstwo z Austrii.

On reaguje natychmiast – co za zbieżność, ta firma kiedyś chciała współpracować z jego ojcem, który prowadzi na dużą skalę inwestycje budowlane. Ale, uprzedza jej pytanie, dosyć o interesach. Wieczór, to pora na wypicie wina, zwierzenia. Ma w domu piwniczkę do przechowywania tego trunku. Zaopatruje się bezpośrednio we włoskich winnicach przy okazji odwiedzin u rodziny.

Chodziłem z pewną Anią… – zmienia temat.

Ale rozstali się. Ciężko to przeżył, był nawet na medytacjach w klasztorze. Już nie boli, jednakże czuje się samotny. Nawet psa Kodiego nie ma teraz przy nim. Pojechał z rodziną do Włoch. Pokażę ci jego zdjęcie – zapowiada, na moment odchodząc od komputera, a po chwili na monitorze Edyty pojawia się roześmiany pysk wilczura.

Umawiają się na spacer w Łazienkach.

Po powrocie do domu ona natychmiast zwierza się przyjaciółce: Dostałam różyczkę – pisze w mailu – którą znienacka wyciągnął spod kurtki. Mówię ci, to nie jest facet, który szuka przygody. Ma bardzo poważne podejście do życia. Zapytałam, skąd jego pseudonim Atylla, którym posługiwał się na Sympatii. Okazało się, że to nazwa przywódcy Hunów, który rozbił Cesarstwo Wschodniorzymskie. (Ha, ha, że niby taki niepokonany?).

Miesiąc później ona zaprasza go przez internet do siebie na obiad.

Na co masz ochotę? – pyta.

Arek: Tzn.?

Edyta: Do zjedzenia ;)

Arek: Ależ Gwiazdko. Ja żyję na batonikach, więc wszystko zrobione twoimi łapkami będzie super.

Edyta: No nic, sama coś wymyślę ;) A co robiłeś do południa?

Arek: Kablowaliśmy budynek. Została tylko informatyka i można podłączać.

Edyta: Lubisz lasagne?

Arek: Pewnie. Wytrawne teramo z środkowych Włoch pani odpowiada? Rocznik 2002?

Edyta: Proszę cię, żebyś nic nie przywoził ze sobą.

Arek: Ja bardzo chcę. Specjalnie pojechałem do mieszkania, żeby zabrać to wino.

Edyta: Czekam na ciebie.

Nazajutrz rano ona do przyjaciółki: Przyjechał z różą. No i wiesz… Został do rana. W czasie śniadania powtarzał: Co ty ze mną zrobiłaś, przewróciłaś mi świat do góry nogami. Dał mi karteczkę, żebym odczytała, gdy już wyjdzie. Napisał: „Kocham cię. Chcę ci otworzyć drzwi do raju”. Boże, jaka jestem szczęśliwa. Pędzę, jestem cholernie spóźniona.

Ledwo usiadła przy biurku i otworzyła komputer, sypnęło listami od niego:

Arek: Co robi teraz moja Gwiazdeczka?

Edyta: Pije herbatkę i robi jakieś przelewy.

Arek: A myślałaś o mnie troszeczkę?

Edyta: Baaardzo dużo. A może ty uważasz, że się zbytnio pospieszyliśmy?

Arek: Skąd. Bardzo się cieszę. Kochanie, muszę zaraz jechać na miasto.

Edyta: Cześć, Słoneczko.

Arek: Cześć, Gwiazdko.

Wieczorem znów mailują. Kilka godzin. O północy Edyta pisze mu na dobranoc: Śpij słodko.

Arek: Na pewno nie. Już ci się znudziłem.

Edyta: Ale dlaczego tak mówisz?

Nazajutrz w godzinach pracy.

Edyta: Gdzie jesteś Misiaczku? Komputer milczy, telefon nie odpowiada. Stęskniłam się za Tobą.

Arek po godzinie: Też się stęskniłem. Ale strasznie jestem zarobiony.

Edyta: Zjawiłeś się tak nagle, taki cudowny, kochany, wspaniały. Boję się, żeby Cię nie stracić.

Arek: Jestem jak rzep. Jak już się do kogoś przyczepię…

Edyta: Tak bardzo chciałabym się do Ciebie przytulić. Cudownie być w Twoich ramionach.

Arek: Miałbym jeszcze duuużo siły, gdybyś była obok.

Edyta: I jak ja mam Cię nie kochać!

Arek: Musisz skarbie. MUSISZ.

Edyta: Momentami myślę, że nie pasuję do Twojego otoczenia, Twojej rodziny. Zwykła dziewczyna z prowincji. Z moim wyglądem…

Arek: Co za głupoty, Skarbie. Ty jesteś moim otoczeniem, wszystko inne zaczyna być tłem.

Edyta: Nie zobaczymy się w weekend?

To pierwszy sygnał, że Arkadiuszowi B. wcale nie spieszno do Edyty. W ciągu kilku miesięcy znajomości ona będzie wielokrotnie prosiła o wspólną kolację, a choćby i spacer. On się wykręci nadmiarem zamówień od klientów albo przerwie telefoniczną rozmowę w pół zdania pod pretekstem, że „padła mu bateria”.

Arek: W weekend mam uczelnię.

Edyta: Mimo że tak krótko się znamy, jestem Ciebie pewna.

Arek: Nie zawiodę Cię nigdy. Zakręciłaś mnie nieźle.

29 września 2005 roku.

Ona przepisuje do esemesów treść sentymentalnych piosenek, cytuje miłosne wiersze. Możliwe, że niektóre są jej autorstwa: Czegoś mi brak/ czegoś pięknego/ dotyku Twoich warg/ uśmiechu Twego/ oczu kochanych, gorących słów/ tych pieszczot słodkich jak miód.

Arek: Obiecuję, że nie będę Cię długo męczył dziś wieczorem.

Edyta: A może ja bym chciała, żebyś mnie pomęczył? A co chciałbyś mi powiedzieć, Słoneczko?

Arek: Że Cię kocham.

Edyta: Moje Ty Kochanie Najdroższe.

***

Nikt z jej bliskich nie widział Arkadiusza B. Takie było jego życzenie – chciał zrobić wszystkim niespodziankę wiadomością, że się pobierają. Spotkanie z rodzinami było planowane na 19 listopada. Arek miał wręczyć dziewczynie rodowy pierścionek, który jego matka obiecała przywieźć z Włoch.

Przed wizytą Edyta wymknęła się na jeden dzień do rodzinnego Łowicza, aby opowiedzieć matce o swoim szczęściu.

– Gdy tylko stanęła w progu – zeznała w sądzie pani W. – od razu domyśliłam się, że coś ważnego zdarzyło się w jej życiu. Powiedziała, że poznała go przez znajomych. Trochę się dziwiłam. Ma bogatych rodziców, dobrze prosperującą firmę i jeździ starym polonezem? Ale Edyta zaraz go broniła – nie przywiązuje wagi do rzeczy materialnych. Chciałam wiedzieć, gdzie będą mieszkać po ślubie. W jej m-trzy?

– Dla takiego światowca – córka śmiała się – to za mała przestrzeń. Na razie zamienią jej dwa pokoiki na większe, a potem przeniosą się do dwustumetrowego mieszkania jego starej ciotki, która zapisała mu ten lokal za opiekę.

Edyta nie mówi Arkowi o rozmowie z matką. Jej powiernicą jest Wiola. Są umówione na 14 listopada, na przymierzanie sukni ślubnej.

– Chciałam Arka poznać – opowiedziała Wiola dwa lata później na rozprawie sądowej. – Edyta mówiła, że on ją błaga, aby utrzymała wszystko w tajemnicy, to jest takie romantyczne. Jakoś mi to nie pasowało. Ale na sprawdzenie choćby jego firmy miałam za mało danych.

Tymczasem narzeczeni rozmawiają przez internet, jak urządzą swoje mieszkanie po ślubie.

Arek: W domu uwielbiałem wannę – wielką, kwadratową. W naszym wolę nie wykończyć od razu paru pokoi, ale zrobię dużą łazienkę.

Edyta: …ale taką fajną, właściwie salon i z kabiną do masażu.

Kilka dni później Edyta „ma doła”, jak się zwierza Arkowi. Po co wysłał jej zdjęcie swojej poprzedniej dziewczyny, Ani? Tamta jest ładniejsza. Boję się takiego porównania – wyznaje.

A on, jak dżentelmen: To Ty będziesz moją żoną.

Edyta: Podejrzewam, że piszesz jeszcze z kilkoma innymi osobami.

Arek: To mnie pilnuj i dbaj o mnie.

Edytę nadal coś dręczy. Wysyła esemesa do przyjaciółki: Czasami dziwnie ze mną rozmawia, nienaturalnie się zachowuje. A nazajutrz jest wszystko OK.

Wiola w odpowiedzi: Nie wiem dlaczego, ale martwię się o Ciebie. To irracjonalne. Teraz lecę do Paryża, pogadamy jak wrócę, po 10 listopada.

***

Edyta nie ma czasu na analizę dziwnych przeczuć Wioli. Musi się sprężyć, aby doszedł do skutku ów interes życia. Bardzo chce zdobyć potrzebne Arkowi pieniądze, ale to nie jest takie proste.

Tymczasem 19 października dostaje dziwnego maila:

Hejka Edyta. Pewnie nie wiesz, kim jestem. Więc się przedstawiam. Nazywam się Ania. Zastanawiasz się, czego chcę od Ciebie? Otóż jako osoba miła i wrażliwa chcę Ci pomóc. Dobrze rozumiesz, pomóc. Przez przypadek wpadł mi w rączki Twój adres mailowy. Wiem, że od dłuższego czasu spotykasz się z Arkiem, ale uwierz, to nie ma sensu. Byłam z nim przez dłuższy czas kilkanaście miesięcy temu i wiem, że na pewno do mnie wróci. Po prostu chcę Ci oszczędzić stresu. I proszę Cię żebyś odpuściła sobie. Zapewniam Cię, cukiereczku, że ja nie odpuszczę. Już w tej chwili jestem Arkowi potrzebna. To ja mu pomogę zrealizować jego marzenia i cel – mam na myśli pewną transakcję finansową. To niewygórowana cena za szczęśliwe życie, prawda? Teraz wyjeżdżamy we dwoje na kilka dni i postaram się, aby ten weekend na długo pozostał mu w pamięci. Ślę serdeczne pozdrowienia. Aneczka.

Edyta w mailu do przyjaciółki aktualnie w Paryżu: Ta Ania nigdy nie zniknie z naszego życia. On wszystkiemu zaprzecza, mówi, że nie widział jej, odkąd zerwali, ale ja nie mogę spać. Że też on nie widzi jej gry i jaka jest wredna.

Dwa dni później pisze do Arka rano z biura: Wstawaj, mój Książę. Głęboko wierzę w miłość, która nas łączy, dlatego też nie pozwolę, by ktokolwiek stanął na drodze do naszego szczęścia. Ty jesteś Moją Połóweczką Jabłuszka, nikomu Cię nie oddam.

Arek: Jak zmierzyć moją tęsknotę do Ciebie, Skarbie? Chcę zostać z Tobą na resztę życia, Gwiazdeczko. Nie przepędzisz mnie i już.

– Po liście od Aneczki Edyta postanowiła uprzedzić rywalkę i wziąć kredyt pod hipotekę mieszkania – zeznał w sądzie jej kolega z pracy. – Ubłagała też szefa, aby poręczył za nią w kasie zapomogowej.

Arek codziennie pyta, ile zebrała, co załatwiła. Ona melduje: właśnie jest po rozmowie w PKO o pożyczce hipotecznej na jej mieszkanie.

On ją zagrzewa do starań o pieniądze, zapewniając o swej miłości. Dwudziestego drugiego października o czwartej nad ranem wysyła jej maila: Myślę o Tobie nieustannie. Mocno kocham.

Edyta odpowiada natychmiast (też nie śpi?): Gdybyś był troszkę bardziej elastyczny, Kochanie moje, to nie musielibyśmy teraz rozmawiać za pośrednictwem internetu. Dobrze wiesz, że mógłbyś się do mnie wprowadzić na czas, zanim kupimy duże mieszkanie.

Arek: Kotuś…

Edyta: Wiem, wiem. Dobranoc.

Nazajutrz rano wysyła mu esemesa: Kiedy pójdziemy do USC, jeśli oczywiście nadal tego chcesz?

Arek: Pewnie, ja jestem stały w uczuciach. Nie będę czekał, bo mi umkniesz.

Edyta: Kiedy me oczy zobaczą Ciebie? A usta odnajdą usteczka Twe?

Arek: Gdy gwiazda zaranna swe jarzmo uwolni, a bóg z morza słońcu wstać każe.

Edyta kilka dni później, 27 października: Jakoś dziwnie ze mną rozmawiasz. Półsłówkami, jakby Cię to wszystko męczyło. O co chodzi? Ta niepewność mnie po prostu wykańcza.

Arek: A bo zaczynam żałować, że puściłem klientowi ten przelew. To jednak kupa mojego kapitału. Jakby coś nie wyszło, wszystko stracę.

Edyta: Ja też siedzę jak na szpilkach. Dzwoniła doradczyni z PKO, że wszystko na jak najlepszej drodze. Dzisiaj będzie odpowiedź i może jeszcze podpiszę umowę. Kocham Cię!!! Pójdziesz w środę zamówić termin naszego ślubu? Już nie mogę się doczekać tego najcudowniejszego dnia. A co mi teraz odpowiesz?

Arek: Jestem mały pyłek, a Ty całym moim światem. (Rozłącza się).

Trzydziestego pierwszego października. Edyta: Nie dadzą mi na hipotekę. Za dużo wzięłam kredytów. Kochanie, co teraz zrobimy? Do kiedy musimy zapłacić za towar?

Arek: Do długiego weekendu muszę to zrobić.

Edyta: Nie możemy pozwolić, aby stracić tyle pieniędzy. W przeciwieństwie do Ciebie wierzę, że uda mi się zebrać.

Arek: Skarbie mój, wiem, że jesteś aniołem, ale to Bóg jest wszechmogący a nie aniołowie.

Edyta: …poza tym jeszcze z City Banku będzie kredyt i teraz wystąpię o mniejszą kwotę, więc zachowam zdolność.

Arek: Jesteś czymś najcudowniejszym, co mogło mi się w życiu przydarzyć.

Edyta: Przyjedziesz dziś do mnie?

Arek: Kochanie, jestem padnięty. Raczej nie dojadę przed nocą, Skarbie…

Edyta: Boję się, że jakby coś nie wyszło, to mnie zostawisz. Z tym Twoim klientem wszystko bez umowy, na słowo. Nie mogę przestać o tym myśleć. Jesteś tam? Hallo!?

Arek nie odpowiada, nazajutrz się wytłumaczy, że padł mu komputer.

Szósty listopada. Edyta: Brakuje już tylko 10 tysięcy… Jutro zrobię przelew na Twoje konto i resztę pieniędzy dam Ci w gotówce. Nie mogę się denerwować, bo za dużo jest do stracenia. Podziwiam Twój spokój.

Arek: To próba zachowania zimnej krwi. Gdy na Napoleona nacierało 20 tys. wojsk koalicji angielsko-pruskiej, on stał na wzgórzu niewzruszony i patrzył na zbliżającego się wroga… Wtedy marszałek de la Garde powiedział: Podziwiam wasz spokój ekscelencjo. A Napoleon: Tylko zimna krew pozwoli zachować trzeźwość widzenia całej sytuacji.

Edyta: ale to nie zmienia faktu, że brakuje nam 10 tysięcy złotych.

Arek: Damy sobie radę. To tylko kilka dni.(…) Pojedziemy po południu na Wileńską?

Edyta: Dlaczego akurat tam?

Arek: Widziałem tam u jubilera oryginalne obrączki.

Edyta: i potem zostaniesz u mnie do jutra? Za każdym razem muszę Cię prosić.

Arek: Mamy zostać małżeństwem i Ty zadajesz takie pytanie! Waćpanna możesz tylko rozkazywać, a nie prosić.

Dziesiąty listopada. Edyta zwierza się koledze z biura, że Arek odebrał w Kostrzynie towar, ale rozliczenie, ile na tym zarobili, przesuwa się o kilka dni, otrzyma je po weekendzie. To może i dobrze, uspokaja się, przynajmniej buchalteria nie zakłóci im uroczystej kolacji, na którą narzeczony zaprasza dziś wieczorem.

Ostatnia wiadomość tekstowa od Edyty do Arkadiusza B. przyszła na jego komórkę 11 listopada o godz. 13.57: Kocham Cię, Kochanie moje, najmocniej na świecie. Policja ustaliła, że wiadomość nadano 9 listopada. To przypadek, że tak długo szła.

***

Dziesiątego listopada rodzice Edyty, jak co roku, wyjechali na imieniny do teścia drugiej córki, Justyny. Podczas kolacji matka nasłuchiwała dzwonka telefonu – zazwyczaj o tej porze Edyta składała solenizantowi życzenia.

– Nie denerwuj się, pewnie wyjechała na weekend i nie ma zasięgu – uspokaja ją starsza córka.

– Miałam taki straszny sen – zaczyna pani W. i urywa… – Przepraszam – kręci przecząco głową – nie chcę go opowiadać.

W poniedziałek 14 listopada już cała rodzina Edyty wydzwania na numer jej komórki. Słyszą tylko komunikat: abonent jest poza zasięgiem.

We wtorek Justyna jedzie do biura siostry. Dowiaduje się, że nie przyszła do pracy, nie zadzwoniła. Nazajutrz rodzina wraz z Wiolą, która wróciła z Paryża, jadą pod dom Edyty. Obchodzą blok dookoła – nikt z nich nie ma kluczy do mieszkania – pytają dozorcę, czy na drugim piętrze nic się nie wydarzyło: pożar, a może wzywano pogotowie? Nie, weekend minął spokojnie. Zatem trzeba zawiadomić policję. Gdy stoją w korytarzu komendy przed tablicą ze zdjęciami osób poszukiwanych, podchodzi młody, długowłosy mężczyzna.

– Wy jesteście od Edyty? – pyta napastliwie.

Ich milczenie wywołuje u niego agresję. – A co myślicie, że ja jej coś zrobiłem?! – krzyczy. – Ja jestem wnukiem reżysera B., studiuję prawo, mam alibi.

Ojciec Edyty pyta mężczyznę, jak się nazywa.

– Arkadiusz B.

Nie chcą z nim dłużej rozmawiać, wracają pod blok, gdzie mieszka dziewczyna i ściągają strażaków z drabiną. Lokal obejrzany przez zamknięte okno nie budzi podejrzeń. Czysto, ład, pusto.

Następnego dnia drzwi mieszkania Edyty otworzyła policja. Żadnych śladów włamania. Ale Justyna zauważa brak laptopa i biżuterii. B. znów się tam pojawia. Tym razem Wiola jest ze swoim chłopakiem i Arkadiusz mówi głównie do niego: że jego rodzina mieszka we Włoszech, matka jest lekarzem. A „ta panienka wysiudała mnie z pieniędzy, które jej pożyczyłem. I pewnie teraz się ukrywa z forsą”.

– Przecież siedemnastego grudnia miał być wasz ślub!! – zdołała wykrztusić kompletnie zaskoczona Wiola.

Odpowiedzią jest wzruszenie ramion. On słyszy o tym po raz pierwszy.

W następnych dniach Wiola upewnia się, że przyjaciółka nie była 14 listopada na przymiarce sukni ślubnej. W USC nie ma rezerwacji terminu ślubu przez Arkadiusza B. na 17 grudnia.

***

Zaczęło się śledztwo w sprawie zaginięcia trzydziestoletniej kobiety w Warszawie.

Jej kolega z pracy, Andrzej K., opowiedział policjantowi o dziwnej rozmowie telefonicznej, jaką miał z narzeczonym Edyty tuż po długim weekendzie. B. przyszedł do ich firmy, gdy Andrzeja akurat nie było, przy biurku siedział pracownik Austriak. Nie mogli się porozumieć, więc obcokrajowiec wykręcił mu numer telefonu Andrzeja K. Ten B. pytał, co się dzieje z Edytą, czy dała jakiś znak życia, bo od czwartku jej szuka. Jest zaniepokojony zniknięciem, ponieważ pożyczył jej dużą sumę pieniędzy.

– Zaskoczył mnie – zeznał przesłuchiwany. – Powiedziałem: „Przecież wieczorem byliście umówieni na rozliczenie transakcji z Niemiec”. Wtedy B. przerwał rozmowę.

Kilka dni po zniknięciu Edyty Arkadiusz B. sam się zgłosił na komendę. Chciał się dowiedzieć, co policja robi w tej sprawie. Nie pamiętał, kiedy ostatni raz widział zaginioną. Na pewno nie było to 10 listopada.

Pokazał umowę, z której wynikało, że pożyczył Edycie 38 tysięcy złotych.

– Mówił bardzo wiarygodnie. Uwierzyłam mu – zeznała potem przed sądem aspirant Stefania K. – Powiedziałam naczelnikowi, że prawdopodobnie ten człowiek jest ofiarą sprytnej oszustki. Puściliśmy go wolno.

Ale policja dyskretnie zbierała dane o B. Okazało się, że jest bez pracy, nie ma więzów pokrewieństwa ze znanym reżyserem, mieszka z matką, rozwiedzioną z powodu pijaństwa męża. Ich małe mieszkanie od dawna jest zadłużone w spółdzielni. (Na 1 stycznia 2005 roku zalegali z płatnościami na 72 tysiące złotych). Liliana B. stale pożycza do pierwszego, bierze w pracy zapomogi, również na inne nazwisko. Ściga ją o spłatę wysokiego kredytu Spółdzielcza Kasa Oszczędnościowo-Kredytowa. Elektrownia często odcina w tym mieszkaniu prąd.

Spółdzielnia mieszkaniowa wystąpiła do sądu o eksmisję. Pozew został cofnięty w ostatniej chwili tylko dlatego, że lokatorka z płaczem błagała o prolongatę spłaty długu z powodu nieszczęść, które na nią spadły: syn ma białaczkę i niedawno przeszedł przeszczep szpiku, a ona, jako pomoc administracyjna w szpitalu, zarabia grosze.

Niespodziewanie w połowie listopada sytuacja materialna Liliany B. diametralnie się zmieniła. Spłaciła wszystkie zaległości – czynszowe, za studia syna na prywatnej uczelni, kupiła samochód. Na policji podliczono, że w ciągu jednego miesiąca wydała co najmniej 35 tysięcy złotych.

Arkadiusz też zachowywał się tak, jakby miał pełny portfel. Po listopadowym weekendzie przyszedł na uczelnię w eleganckiej skórzanej kurtce. Miał też nowe buty zagranicznej firmy. Koleżance, Emilii Cz., pochwalił się, że został wiceprezesem firmy TCI. Mówił, że za kilka dni jedzie na Ukrainę przejąć przedsiębiorstwo budowlane ojca.

Podczas przeszukania mieszkania Liliany B. (biednie i nieprawdopodobny brud, zwłaszcza w pokoju Arkadiusza) znaleziono umowę syna pani B. z biurem nieruchomości na wynajem od 8 listopada 2005 roku kawalerki w dzielnicy Żoliborz. Ponadto karty kredytowe do siedmiu banków, pierścionki, dwie obrączki, amunicję gazową oraz wojskowy nóż z ostrzem długości 30 cm, kupiony na Allegro 5 listopada. B. miał w swym pokoju tylko dwie książki: Kryminologię Bruna Hołysa i Anatomię człowieka Adama Bochenka.

Policja skontaktowała się z właścicielką wynajętej kawalerki. Starsza pani potwierdziła, że lokal wynajął od niej Arkadiusz B. Przedstawił się jako pracownik pewnej firmy zagranicznej, oddelegowany na kilka miesięcy do Warszawy. Zapłacił z góry za miesiąc, ale są z nim pewne kłopoty: 23 listopada ktoś z bloku zauważył, że w jej mieszkaniu dzień i noc jest otwarte na oścież okno, mimo że na dworze bez przerwy leje.

Zawiadomiono administrację, ta właścicielkę mieszkania, która z kolei zaalarmowała B. Nowy lokator przeprosił starszą panią, że jej nie uprzedził – jest alergikiem, dusi się przy zamkniętych oknach.

Z pomocą operatora komórki Edyty prześledzono trasę jej ostatnich telefonicznych rozmów z Arkiem późnym popołudniem 10 listopada. Najpierw były to okolice jej biura, potem blok, w którym mieszkała, następne bilingi wskazywały, że zbliżała się do kawalerki na Żoliborzu. Przed blokiem, w którym miała zjeść kolację z Arkadiuszem B., powiedziała do znajomego, z którym również rozmawiała przez komórkę w czasie jazdy: Kończę, bo dojeżdżam. Od tej chwili telefon zamilkł.

Ponownie wezwany na przesłuchanie Arkadiusz B. zaprzeczył, aby kiedykolwiek gościł Edytę w owej kawalerce. Owszem, 10 listopada widział się z nią w pobliżu wynajmowanego mieszkania, konkretnie przed sklepem spożywczym. Tam się umówili, gdyż chciał jej powiedzieć, że z zaplanowanego intymnego spotkania nici, gdyż matka miała wyjechać na działkę, jednakże w ostatniej chwili zmieniła zdanie i jest w domu.

Ale w czasie rewizji kawalerki znaleziono srebrną bransoletkę i perfumy Chanel w oryginalnym opakowaniu. Wiola je rozpoznała jako swoje prezenty dla Edyty.

Gdy sprawę przejęła sekcja kryminologii z innego komisariatu, znów wezwano B. na przesłuchanie. Policja miała już wydruki ze służbowego komputera zaginionej, nadeszły też informacje z banku o jej przelewach na konto oskarżonego. A w skrzynce pocztowej pojawiły upomnienia z banków, aby dotrzymywała terminów spłaty kredytów.

Arkadiusz B. przedstawił śledczym nową wersję pożyczki udzielonej Edycie. Owszem, przelewała na jego konto dwa razy po 14 tysięcy złotych. Tak naprawdę, były to jego oszczędności, które ponownie wracały do dziewczyny. To Edyta, która śledziła proces Bagsika, wymyśliła, żeby pieniądze krążyły między bankami i zarabiały na siebie – taki mały oscylator. Zawierzył jej, wszak była księgową. Tymczasem oszukała go, zniknęła, gdy tylko miała gotówkę w rękach.

Wyjaśnił też, jak było z listem do Edyty od „Aneczki”. Jego była dziewczyna, Ania, nie miała z tym nic wspólnego. To on napisał. Chciał w ten sposób wzbudzić zazdrość narzeczonej.

Również po tym przesłuchaniu B. nie trafił do aresztu. Jedynie właścicielka wynajętej kawalerki, starsza pani, wystraszyła się przesłuchań na policji i zerwała umowę. Miała do lokatora kilka pretensji: dlaczego w mieszkaniu nie ma jej meblościanki, w łazience są odbarwione granatowe fugi i ślady po zamalowaniu plam na suficie? Co on tam robił!? Przecież lokal był tuż po generalnym remoncie. Poza tym – w ciągu tygodnia zamieszkiwania zużył tyle zimnej wody, ile ona zużywa w ciągu całego roku.

Arkadiusz B. po raz czwarty został przesłuchany. Tym razem policjantów szczególnie interesował jego związek z Edytą. B. zeznawał, że z jego strony była to miłość, ale boleśnie się zawiódł – okradła go. Teraz zrozumiał, że ta kobieta, dobrze sytuowana, traktowała mężczyzn instrumentalnie; wcześniej była w związku z wieloma żonatymi panami. Perfumy i bransoletka znalezione w kawalerce, to podarunek Edyty dla jego mamy. Zamierzał położyć je pod choinkę.

Śledczy znowu puścił B. wolno.

***

Siódmego stycznia 2006 roku znaleziono samochód Edyty porzucony na peryferiach Warszawy. Żadnych śladów wypadku drogowego. Skrupulatne przeszukanie dało niespodziewany rezultat – w miejscu niewidocznym na pierwszy rzut oka zawieruszyła się karteczka z adresem wynajmowanej przez B. kawalerki. Grafolog potwierdził charakter pisma Edyty.

Podczas kolejnego przesłuchania, 13 lutego 2006 roku, B. zeznał, że w dniach 8–10 listopada 2005 roku był w wynajmowanej kawalerce, bo usuwał starą, zawadzającą mu meblościankę. Nie potrafił wyjaśnić, dlaczego w tym czasie informował zaginioną, że przejeżdża przez przejście graniczne ze sprzętem elektronicznym. W rzeczywistości telefony od Edyty odbierał w Warszawie.

Następnego dnia – 14 lutego – B. odmówił składania wyjaśnień na okoliczność zaginięcia Edyty. Został zatrzymany. Od tej chwili na wszelkie pytania odpowiadał: „Nie wiem, nie pamiętam”. Mimo to w aktach śledczych zgromadzono sporo materiału o prawdziwym życiu podejrzanego.

Nigdzie nie pracował dłużej niż kilka miesięcy. To były stanowiska gońca, kuriera, zaopatrzeniowca. Szybko go zwalniano z powodu niesolidności. Nie miało to związku z rzekomą białaczką – nie chorował na nią, nie miał przeszczepu szpiku kostnego.

Arkadiusz B. był krótko żonaty, rozwiódł się. Jego była żona opowiedziała policji o tych kilku miesiącach nieudanego małżeństwa jako o traumatycznym przeżyciu.

Była notorycznie okłamywana. Przed ślubem powiedział jej, że nie będą musieli się liczyć z wydatkami, bo jego matka jest znanym lekarzem, ze świetnie prosperującą prywatną praktyką, a ojciec ma firmę budowlaną. Gdy okazało się to nieprawdą, Arkadiusz B. postanowił zarabiać na taksówce. (Ona jeszcze chodziła do szkoły). Wyłudził z banku 24 tysiące złotych na zakup samochodu, a potem nie spłacał kredytu. Po jakimś czasie zorientowała się, że nie składał żadnych dokumentów w przedsiębiorstwie komunikacyjnym. Nigdy nie dał jej nawet grosza na życie.

Wyżywał się w psychicznym dręczeniu. Na przykład: tuż przed ślubem dostała na walentynki przesyłką kurierską orchideę. Nie miała pojęcia, od kogo. Mąż aż do rozwodu wypominał jej, że to prezent od kochanka, taką wersję przedstawił podczas rozprawy w sądzie. Wyprowadzając się, w jego rzeczach znalazła rachunek dla B. z kwiaciarni wysyłkowej.

Prawdziwą twarz Arkadiusza B. obnażyła też zawartość twardego dysku w jego komputerze. Policjanci znaleźli tam odpowiedź na pytanie, co tak naprawdę robił w ciągu dnia, skoro nigdzie nie pracował.

Otóż – uwodził kobiety. Dwadzieścia cztery jednocześnie. Wszystkie te znajomości pochodziły z portalu Sympatia.pl. Każdej opowiadał inną historię o sobie. Jednej, że jest poważnym, bardzo zajętym biznesmenem, innej, że nie musi pracować, bo ma bogatych rodziców; szuka sensu życia – dopiero co opuścił klasztor oo. Kamedułów, gdzie spędził miesiąc na medytacjach. Według kolejnych wersji jego życiorysu ma za sobą niebezpieczną służbę wojskową – jako ochotnik walczył na Bałkanach. To znów dopiero co wrócił ze zgrupowania kadry przed mistrzostwami Europy w kick-boxingu.

Nie zadawał sobie zbyt wiele trudu z wymyślaniem oryginalnych komplementów swoim respondentkom. Zazwyczaj puszczał im ten sam tekst. Każda była Gwiazdeczką i dostawała na dobranoc miliony całusów. Tylko ich imiona się zmieniały. I jego nicki.

Dziewiętnastego września, parę minut po wysłaniu maila do Edyty (Ty jesteś moim otoczeniem, wszystko inne zaczyna być tłem. Kocham Cię), pisał do jakiejś Marty: Jestem właśnie w interesach w Warszawie i chętnie bym Cię zobaczył, Gwiazdeczko. Wygospodaruj dla nas wolny wieczór, przybiegnę z różą w zębach.

Ponieważ Marta w ciągu pół godziny nie odpowiada, wiadomość dostaje Lili: Od rana strasznie jestem zapracowany, a jeszcze muszę ustawić parę służbowych spotkań na wieczór. Wiesz, jak to jest – trzeba zjeść z nowym klientem kolację, nie obejdzie się bez trunków. Jutro wytrzeźwieję i cały jestem Twój. Bo w pracy nie będę Ci przeszkadzał, przeszkadzać wolę w nocy.

Czasem szantażował pokazaniem w internecie ocierających się o pornografię zdjęć, które robił swym partnerkom w intymnych sytuacjach.

Kobiety, które wybierał do korespondencji, miały pewne cechy wspólne – wszystkie przyjechały do Warszawy, aby zrobić karierę, na którą nie miały szans w rodzinnej małej miejscowości. Były ambitne i pracowite – skończyły studia, urządziły się, niektóre zdążyły się rozwieść, zamykając w ten sposób etap młodzieńczych złych wyborów. Na portalu Sympatia.pl zwierzały się z tego, co je dręczy.

Witaj Arku – pisała 14 września 2005 roku Maria, radca w korporacyjnej firmie handlowej. – Masz rację, samotność to coś okropnego, próbuję sobie z tym radzić, ale to b. trudne. Chyba mam pecha.

On: Cześć, Maria. Szansa jest zawsze.

Ona: Jestem w tym wielkim mieście bardzo samotna. Nie mam tu żadnej rodziny, nawet kolegów z okresu studiów. Z moim wyglądem też nie jest zbyt ciekawie. Na stronę Sympatii trafiłam przypadkiem. Chciałabym kiedyś znaleźć kogoś, komu będzie na mnie zależało. Czy jest jakaś szansa?

On: Marysiu. Ostatnio zauważyłem, że w prozaicznych czynnościach dnia codziennego, jak zakupy, spacery, kolacje, potwornie mi brakuje tej drugiej osoby. Oczywiście mam przyjaciół i znajomych, ale to nie to samo, wiesz, co mam na myśli. I pomyślałem, że portal Sympatia jest miejscem dobrym jak każde inne, by kogoś poznać. Pozdrawiam. Ark.

Ten sam list posłał za pośrednictwem portalu do kilku innych kobiet. Zmieniał tylko imię adresatek i swój nick. Czasem wspierał go ktoś z zarządzających portalem:

Np.: Witaj arriko. Użytkownik Doletka puścił Tobie oczko. Wygląda na to, że jest Tobą zainteresowany(a). Życzymy miłego dnia. Zespół Sympatii.

Reakcja jest natychmiastowa: Tu arrika. Dzięki, że napisałeś. Mieszkam w Warszawie od 10 lat. Skończyłam studia, mam trzydziechę na karku i pracuję w agencji reklamowej. Podobnie jak Ty szukam bratniej duszy, aby móc z nią spędzić wolny czas. Podaję ci numer na gg i mail. Ale chyba nie ja jedna do ciebie piszę.

Słusznie dedukuje. Jeszcze tego samego wieczoru odzywa się Iza: Mimo dwóch dyplomów renomowanych uczelni nie ułożyłam sobie życia. Jestem po nieudanym małżeństwie, mam syna 4 lata, pracuję w handlu…

Magdalena: Jestem w trakcie szukania pracy, w moim miasteczku nawet z dyplomem magistra to bardzo trudne, zamierzam startować do Warszawy. Fajnie, że jesteś młody, nie odpowiada mi związek sponsorowany przez starszego, żonatego mężczyznę, choć moje koleżanki poszły na takie rozwiązanie.

Gabrycha: Witaj. Świetnie cię rozumiem… Podobnie jak tobie bardzo brakuje mi takiego zwykłego bycia razem. W szczególności podczas długich deszczowych wieczorów. Wtedy wolę po prostu iść spać. Nie chcę tak dłużej. […] Pracuję w agencji […] jako new bussines manager. Na Sympatii funkcjonuję od niedawna, dotąd miałam same rozczarowania. Trafiałam na erotomanów gawędziarzy…

Aika: Twój zawadiacki uśmiech na zdjęciu po prostu mnie zauroczył. Szkoda, że ostatnio jestem bardziej nastawiona intelektualnie a nie seksualnie, bo wakacyjny seks z Tobą byłby fajną przygodą. A w tym zakresie mam instynkt prawdziwej samicy.

Angelika: Jak zapewne domyślasz się, ja już pierwszą nieudaną próbę ułożenia sobie szczęśliwego życia mam za sobą. W przeciwieństwie do ciebie ostatnio mam sporo wolnego czasu. Jestem romantyczką i wierzę, że szczęście gdzieś na mnie czeka. Więc nie pozostaję bierna i wyciągam do niego ręce.

Amica: Cześć. Miło mi, że do mnie napisałeś. Wydajesz mi się interesującą osobą. Za godzinę wylatuję do Frankfurtu na krótki urlop do znajomych. Kiedyś tam mieszkałam przez 2,5 roku. O mnie w skrócie: skończyłam SGH, pracuję w kancelarii audytorskiej, biegam rano prawie codziennie przez 50 minut, w weekend na rowerze. W Warszawie jestem od 3 lat i jakoś jeszcze nie znalazłam partnera wartego poświęcenia mu czasu. Ale trzeba próbować. Może ty nim będziesz?

Dana: Jestem przekonana, że każdy, kto poznał smak miłości, będzie za nią tęsknił i do niej dążył. Spędzasz wakacje i wolne chwile we Włoszech? Rewelacja. Wiesz, ja nigdy nie byłam we Włoszech i to jest właśnie moje marzenie spędzić wakacje w Italii. Ukończyłam ochronę środowiska na UJ i chemię na politechnice. Obecnie zastawiam się nad podjęciem studiów doktoranckich. Mam niespełna roczną córkę.

Arkadiusz B. polował też na samotne kobiety w agencjach matrymonialnych. Pisał w swej ofercie, że chce poznać dziewczynę „niekoniecznie bardzo ładną, ale aby go rozpieszczała i obdarowywała uczuciem”.

W taki sposób trafił do Katarzyny G., studentki trzeciego roku medycyny, która – jak zeznała na procesie sądowym – szukała kogoś spoza kręgu uczelnianego.

Katarzyna była czujna. Gdy przedstawił się jej jako wnuk znanego reżysera, zebrała informacje o życiu tego artysty. Nie miał wnuka. Raziło ją też niechlujstwo B., jego tygodniami niezmieniane koszule (zawsze czarne), brud za paznokciami.

– Spotkaliśmy się pięć, sześć razy i postanowiłam się od tej znajomości odciąć – zeznała.

On jednak nie dał się tak łatwo spławić. Prawdopodobnie imponował mu dom Katarzyny, która rzeczywiście miała majętnych rodziców na wysokich stanowiskach. Ale kiedyś dowiedział się, że nie zaprosiła go na uczelnianą imprezę organizowaną z okazji zaliczenia połowy studiów. Bardzo rozzłoszczony, urażony w swych ambicjach uwodzicielskich, wysłał do niej wiadomość przez gadu-gadu:

Najpierw ustosunkuję się do Twojego listu: „Byłeś ostatnią osobą, którą zaprosiłabym na połowinki”. He, he, ale absurd. A ile osób odmówiło Ci przedtem? Piękna dziewczyna nie ma najczęściej problemu z towarzystwem na imprezę. A kaszalot najczęściej musi prosić. A skoro tak bardzo nie chciałaś iść ze mną, to dlaczego tak skamlałaś? Co? Telefony, esemesy. Ale miałem jazdę. Dla mnie dziewczyna musi mieć piękną buzię i super figurę. Jak moja obecna dziewczyna, moja królewna, Ania. Nie może wyglądać jak karłowaty Eskimos z kwadratową twarzą. Uważasz, że jesteś śliczna? Ha, ha. Masz pospolitą prawie męską twarz i krótkie grube nóżki. Zupełnie nie masz talii, a tam gdzie powinna być, są jakieś wałki. Błe… Trzeba być naprawdę tłumokiem, by mając w domu lustro, wierzyć w to, co mówiłem. Naprawdę uważasz, że mógłbym Cię zabrać do rodziców do Włoch? Ale miałbym obciach.

– Chyba byłam nim na początku zainteresowana. Proponował, że się ze mną ożeni. Ale szybko oprzytomniałam – zeznała w sądzie Katarzyna G., ten jeden raz odwracając głowę w kierunku oskarżonego. Szczupła, zgrabna, o buzi lalki Barbie. Pani doktor.

***

Śledczych analizujących zawartość twardego dysku komputera Arkadiusza B. interesowała owa „królewna Ania”, o której opatrzone zdjęciami informacje raz po raz pojawiały się w korespondencjach od B. Raz występowała jako jego siostra mieszkająca we Włoszech, to znów aktualna narzeczona lub była dziewczyna. W zależności od przypisanej roli, jej zdjęcia były albo grzeczne, zrobione gdzieś w plenerze, albo wręcz wyuzdane, pozowane na hotelowym łóżku.

Odnaleziono tę kobietę.

Okazała się wzorową mężatką, matką córeczki. Bardzo prosiła o dyskrecję. Arkadiusza B. poznała w 2004 roku w sklepie, gdzie pracowała jako ekspedientka. Zaimponował jej opowieściami, kim jest, zawrócił w głowie wyszukanymi komplementami. Trafił na podatny grunt, bo właśnie dowiedziała się o zdradzie męża.

Spotykali się potajemnie.

Po kilku miesiącach Anna chciała zerwać znajomość i wtedy zaczął ją szantażować. Groził, że się zastrzeli (nosił odznakę Legii Cudzoziemskiej; nie wiedziała, że sam ją sobie uszył), ale przedtem ją skompromituje, umieszczając w komputerze jej zdjęcia w intymnych sytuacjach. (W czasie rewizji mieszkania podejrzanego zabezpieczono dyskietkę z takimi fotografiami). Więc spotykała się z nim nadal, ze strachu, że dowie się mąż, z którym w tym czasie się już pogodziła.

Jedenastego listopada 2005 roku wysłał jej esemesa, że o godzinie 22.00 czeka na nią pod marketem, w którym pracowała.

Zdziwiła się, gdy podjechał innym samochodem – prawie nowym, dobrej zagranicznej marki i zadbanym w środku. Wnętrze dziesięcioletniego poloneza, którym do tej pory jeździł, wyglądało jak śmietnisko. Zapytała, skąd ta zmiana; wyjaśnił, że dostał od dłużnika w ramach rozliczeń.

– Na tylnym siedzeniu – zeznała potem w śledztwie – leżała damska parasolka. B. chciał mi ją podarować, ale odmówiłam. Byłam głodna, więc podjechaliśmy do McDonalda. B. cały czas miał trudności z uruchomieniem silnika.

Następną randkę – trzy dni później – wyznaczyli sobie w parku w Wilanowie. Tym razem B. był swoim starym samochodem. Wstąpili do kawiarni, gdzie zapewniał ją o swej miłości. W pewnej chwili odgiął marynarkę, aby pokazać dwie grube paczki pieniędzy. Pochodziły, jak twierdził, z firmy budowlanej ojca, którą właśnie przejął. Jeden z pakietów chciał dać jej na przechowanie. Nie zgodziła się.

Oznajmił, że zaczną nowy etap ich znajomości. Koniec z randkami w hotelu. Wynajął mieszkanie i to będzie ich gniazdko. Niestety, nie mogą tam iść już dzisiaj, bo coś strasznie cuchnie w tej kawalerce. „Jakby trupem”, zaśmiał się. Będzie musiał przez kilka dni intensywnie wietrzyć.

Przesłuchiwanej okazano samochód Edyty. Rozpoznała, że jest to ten sam, którym 11 listopada Arkadiusz B. odwiózł ją do domu. Nigdy nie słyszała o Edycie, nie wysyłała jej maila z pogróżkami. Zresztą nie umie obsługiwać komputera.

Śledztwo nabrało tempa, ale nie natrafiono na żaden ślad po zaginionej. Nic też nie dało wystąpienie do prokuratur innych krajów o wspólne szukanie zaginionej. Zrozpaczeni rodzice Edyty zwrócili się do jasnowidzów.

Słynny Jackowski powiedział, że dziewczyna żyje, przebywa w złych warunkach, ale na swoje życzenie. Mieszka w Warszawie przy wybrukowanej kocimi łbami ulicy w jedynym tam dużym bloku. Obok niej jasnowidz zobaczył podejrzanego partnera Edyty – to narkoman, jakiś kombinator. Dziewczyna dopuściła się oszustwa z tym mężczyzną.

Policja spenetrowała wszystkie ulice w Warszawie z przedwojennym brukiem. Nigdzie nie stał pojedynczy blok.

Kolejny jasnowidz (tym razem była to kobieta) zobaczył poćwiartowane ciało Edyty przez kilka dni leżące w łazience. Morderca wywoził zwłoki partiami i wrzucał do Wisły. Ta kobieta powiedziała rodzicom Edyty, że po trzech latach B. wyzna prawdę, co rzeczywiście miało miejsce.

Notatka policjanta: „Dobrze byłoby sprawdzić, co wcześniej dotarło do jasnowidzącej z mediów. Czy wstrzeliła się w te informacje, czy też faktycznie ma takie zdolności. Podobno występowała w telewizji japońskiej”.

W aktach prokuratorskich nie ma informacji, czy pani jasnowidz okazała się jeszcze przydatna. Śledczych bardziej zajmowała analiza prawdomówności podejrzanego.

***

Drobiazgowo wyłuskiwano wszystkie kłamstwa zatrzymanego w jego listach mailowych, zeznaniach.

Na przykład: Na policji B. twierdził, że 17 października 2005 roku pożyczył Edycie 38 tysięcy złotych. Sporządzili wtedy umowę, którą kobieta podpisała. Tymczasem z korespondencji Edyty z przyjaciółką na gadu-gadu wynika, że narzeczona Arka nie widziała się z nim między 12 a 18 października. Miał w tym czasie przebywać w interesach w Białymstoku.

Pytany w śledztwie o dochody (bo skąd miał tyle pieniędzy, aby mógł je pożyczać) kłamał, mówiąc, że kilkumiesięczny etat zaopatrzeniowca posłańca w firmie Asubo pozwolił mu odłożyć 40 tysięcy. Ponadto w skupie surowców wtórnych dostawał kilkaset złotych miesięcznie za sprzedaż zbieranych pod sklepami palet drewnianych.

Skłamał, twierdząc, że nie miał długów w bankach. Tylko w jednym banku PH zadłużył się na 15 tysięcy złotych. Nie spłacał też dwudziestotysięcznego kredytu na kupno poloneza, zaciągniętego w 2000 roku w PKO BP.

W czasie pierwszego przesłuchania zeznał, że widział się z Edytą w czwartek, 10 listopada o godzinie 17.00. Mieli zjeść kolację w jego domu rodzinnym (o wynajmowanej kawalerce policja jeszcze nie wiedziała), ale jego matka, która w ostatniej chwili nie wyjechała na działkę, pokrzyżowała im plany. Rozczarowana Edyta wróciła do siebie.

Justynie, siostrze Edyty, powiedział, że 10 listopada miał z narzeczoną kontakt tylko przez telefon.

Kłamstwa. Nie mógł umówić się z narzeczoną w mieszkaniu matki, gdyż z jego rozmów na gadu-gadu wynikało, że ten lokal rodzice sprzedali wyjeżdżając do Włoch.

Ósmego listopada 2005 roku miał być rzekomo w drodze do Kostrzyna nad Odrą, gdzie czekał na niego klient od „interesu życia”. O pokonywaniu kolejnych odcinków podróży szczegółowo informował Edytę. A ona swą przyjaciółkę. Tymczasem na odnalezionej przez policję umowie na wynajęcie przez Arkadiusza B. kawalerki przy jego podpisie widnieje data: 8 listopada, Warszawa.

Twierdził też, że 11 listopada, po rzekomej sprzeczce z Edytą, pojechał do niej z kwiatami, ale drzwi były zamknięte. Zostawił kartkę: „Gdzie jesteś. Odezwij się…”.

Kłamstwo. Jedenastego listopada B. był w mieszkaniu Edyty (dysponując jej kluczami), aby okraść mieszkanie. Zginął laptop, biżuteria, dokumenty. Później na te rzeczy policja trafiła w mieszkaniu jego matki.

Rodzina zaginionej znalazła w drzwiach mieszkania Edyty kartkę, ale z informacją, że w razie niezapłacenia rachunku, zostanie odcięty prąd.

Czczymi przechwałkami okazały się też jego opowieści o zbrojnym uczestnictwie w wojnie na Bałkanach.

Wszystkie te poszlaki stały się dużo bardziej wiarygodne rok później, gdy w kanalizacji brodzika w wynajętej kawalerce ujawniono ślad krwi. Badanie DNA wykazało, że fragment tkanki pochodzi z organizmu Edyty bądź osoby z nią spokrewnionej. W czasie ponownych oględzin łazienki ujawniono kolejne ślady krwi, między innymi na uszczelkach syfonu i na ściance kabiny prysznicowej. A także włosy. Eksperci zakładu medycyny sądowej potwierdzili poprzednie rozeznanie.

Mimo braku corpus delicti Arkadiuszowi B. został przedstawiony akt oskarżenia. Zdaniem prokuratury poszlaki dowodzące, że zamordował Edytę, ułożyły się w jedną całość.

Prosto z aresztu B. pojechał na obserwację do szpitala psychiatrycznego. Przez pierwsze tygodnie symulował urojenia – twierdził, że jest nieśmiertelny, bo choć w czasie wojny na Bałkanach został zraniony odłamkiem, nie doznał żadnych obrażeń. W opinii biegli napisali, że inteligencja B. jest wyższa od przeciętnej. Nie cierpi na żadną chorobę psychiczną, natomiast ma skłonność do urojeń wielkościowych. Ale ta cecha nie wpływa na poczytalność oskarżonego.

***

W styczniu 2008 roku rozpoczął się poszlakowy proces Arkadiusza B. Oskarżony nie przyznał się do zarzucanego czynu, odmówił odpowiedzi na pytania sądu i prokuratury. Zeznań świadków słuchał wpatrzony w notes, w którym coś zapisywał. Nie drgnęła mu nawet powieka, kiedy ciszę sali sądowej rozerwał krzyk matki Edyty. Wskazując na oskarżonego: mówiła z płaczem:

– To na pewno on zamordował! Pasożyt przylepiony do obcej skóry, który na niej żeruje. Chciał dostatnio żyć, ale się nie napracować. Zasługuje tylko na karę śmierci!

W ciągu toczącego się ponad dwa lata procesu Arkadiusz B. raz tylko się odezwał. Był zaskoczony, gdy wezwano świadka – Sylwię S.

– Myślałem, że to ktoś z rodziny – mruknął. – Ma podobnie brzmiące nazwisko.

Tymczasem młoda kobieta za barierką dla świadków okazała się jego znajomą z portalu Sympatia.pl. Sama zgłosiła się na policję, gdy usłyszała w TVN informację o rozpoczęciu procesu B. Uznała, że ma do przekazania istotne informacje.

Oto one: Poznali się jesienią 2005 roku, gdy dała ogłoszenie w internecie, że Samotna kobieta po przejściach poszukuje swej drugiej połowy na resztę życia. Była w trakcie rozwodu, mąż nie chciał się wyprowadzić, nie przychodził na rozprawy. Spośród mężczyzn, którzy odpowiedzieli na jej anons, wybrała roześmianego Arkadiusza B. (jak zwykle, wysłał swoje zdjęcie w kąpielówkach, gdy łowi ryby). Umówili się na spotkanie pod Halą Marymoncką.

– Rozmawialiśmy o jego wędkarstwie i o naszych nieudanych związkach – zeznała Sylwia S. w sądzie. – Oskarżony opowiedział o swej byłej dziewczynie, że zadręczała go zazdrością. Nie kochał jej, ale nadal mieszkali wspólnie w wynajmowanej przez niego kawalerce na Żoliborzu.

Gdy Sylwia S. zwierzyła mu się ze swoich problemów z mężem, napomknął, że są różne możliwości pozbycia się człowieka. Za stosunkowo drobne pieniądze można go zlikwidować i w częściach zrzucić do Kanału Żerańskiego. Można też rozpuścić ciało kwasem solnym. Gdy będzie zdecydowana, pomoże jej zredagować odpowiednie ogłoszenie do gazety; na pewno odezwie się jakiś Ruski, który wykona takie zlecenie.

– Traktowałam radę jako makabryczny żart. I w tej konwencji odpowiedziałam, że przemyślę sprawę – zeznała świadek.

– Kiedy zakończyła się wasza znajomość? – zapytał sędzia.

– Na początku listopada, a spotkanie było pod koniec września. Jedno jedyne, bo przestał dzwonić, gdy mu powiedziałam, że mam dziecko.

***

Nikt dotąd z rodziny oskarżonego nie pojawił się na rozprawie. Ale z akt wiadomo, że jego matka często stoi pod murem aresztu w miejscu, skąd może zobaczyć syna za okratowanym oknem.

On pisze do niej listy, opatrywane rysunkiem uśmiechniętej buźki.

Głównie są to prośby o pieniądze – czy już wysłała, dlaczego się spóźnia. Zawsze dołącza listę smakołyków, które chciałby zobaczyć w paczce – jakieś serki, batoniki. Chwali się, że intensywnie ćwiczy w siłowni, uczy się angielskiego, i w ogóle przebywa w dobrym towarzystwie: „Ja tu mam pełno kolegów takich, jakich nigdy nie miałem i miło czas leci. […] Jest nawet wiceprezydent Warszawy i ci z Pruszkowa, wszyscy się lubimy i pomagamy sobie nawzajem. Poznałem na spacerze Sycylijczyka. Mieszka nad samym morzem i jak wyjdę, zaprosi mnie do siebie na całe lato. Cieszę się, że budujesz domek na działce. Drugi postawimy pod Warszawą. Albo wyjedziemy do Włoch. Zadzwoń na moją uczelnię i załatw mi urlop dziekański na jeden lub dwa semestry.

Jak będziesz pod aresztem, zatrąb – długo, krótko, długo, krótko i krzyknij «pszczoła». Ja cały dzień leżę, oglądam TVP, wideo, gram. Obiecuję ci, że po wyjściu szybko stanę na nogi – wiem już jak, mam dużo pomysłów. Tu trafiają ludzie z ministerstw, banków… takie znajomości są bezcenne. Pamiętaj o pieniądzach dla mnie. Twój Arek”.

***

Lipiec 2010. Pięć lat po zaginięciu Edyty poszlakowy proces Arkadiusza B. dobiegł końca. Prokurator Małgorzata Mróz, uznając winę oskarżonego, domagała się dla niego najwyższej kary – dożywocia. Kilkakrotnie powtórzyła, że choć nie znaleziono ciała ofiary, brak jest jakichkolwiek przesłanek do uznania, że Edyta W. postanowiła w tajemnicy przed rodziną i znajomymi wyjechać za granicę, zniknąć. Oskarżycielka publiczna w długim wystąpieniu udowadniała, że człowieka, który wykorzystał ufność młodej kobiety, a następnie ją zamordował, należy izolować od społeczeństwa:

– Edyta W. nie zdołała się w porę zorientować, z kim ma do czynienia, ale my już wiemy. Nie dostrzegam żadnej gwarancji, że w poczuciu bezkarności Arkadiusz B. nie popełni podobnego czynu.

– Nie mam pewności, że pan B. nie zamordował Edyty W. – powiedział obrońca oskarżonego mecenas Zbigniew Jewdokin – ale też nie wiem, czy mój klient ją zabił. Pani prokurator gratuluję spokoju i opanowania w wymierzaniu najwyższej kary mimo braku stuprocentowej pewności, że Arkadiusz B. dokonał zabronionego czynu. W procesie karnym wątpliwości są rozstrzygane na korzyść oskarżonego. Na dziś Edyta W. nawet nie została uznana za osobę zmarłą.

Mecenas układał przed sądem różne wersje odpowiedzi na pytanie, co się mogło stać z niedającą znaku życia kobietą.

– A jeśli z nieznanych powodów postanowiła odciąć się od dotychczasowego życia? Wszystkim, którzy ją znali, wydaje się to nieprawdopodobne, ale w procesie poszlakowym nie można wykluczyć żadnej wersji wydarzeń. Pokłóciła się z narzeczonym i wzburzona wybiegła z kawalerki, na co wskazywałby pozostawiony pod blokiem samochód? A może ktoś ją porwał? W Polsce około 16 tysięcy osób rocznie ginie bez śladu. Warszawa jest oblepiona plakatami przestrzegającymi młode kobiety przed uprowadzaniem ich do zagranicznych agencji towarzyskich.

– Gdyby przyjąć, że Edyta W. nie żyje – ciągnął swój wywód obrońca – trzeba by odpowiedzieć na pytanie, czy zmarła w sposób naturalny. Jeśli ktoś pozbawił ją życia, to czy zrobił to umyślnie, czy też zgon nastąpił w wyniku śmiertelnego pobicia. I czy sprawcą mógł być Arkadiusz B.?

Zdaniem mecenasa Jewdokina, mimo zakończenia procesu sądowego, wiele pytań pozostało bez odpowiedzi. Nie ma nawet pewności, kiedy dokładnie mogło dojść do zabójstwa. Co do miejsca zbrodni, prokuratura tylko je domniemywa.

Poszlaki wskazane w śledztwie są bardzo wątpliwe. Że Arkadiusz B. wietrzył przez dzień i noc kawalerkę, bo jak się zwierzył swojej byłej dziewczynie, miało tam śmierdzieć trupem?

– Na tej sali – podkpiwał mecenas – też są otwarte okna. Czy to znaczy, że wczoraj w sądzie ktoś popełnił morderstwo?

Odbarwione fugi w łazience, zagadkowe nadmierne zużycie wody, przemalowanie sufitu tworzą tylko mit zbrodni; zwłaszcza że prokuratura nie powołała biegłego do analizy tych śladów. Stwierdzone w kanalizacji drobinki krwi, prawdopodobnie poszkodowanej, mogły być wynikiem naturalnego krwawienia; to tylko dowód, że Edyta W. była w tej kawalerce.

Co do 80 tysięcy złotych rzekomo wyłudzonych od ofiary? Jest dowód bankowy, że przelała ona na konto narzeczonego 28 tysięcy złotych. Pozostałą kwotę miała wręczyć Arkadiuszowi B. osobiście. Ale to tylko wersja prokuratury, nikogo przy tym nie było…

A że Arkadiusz B. notorycznie kłamał? Taki miał sposób na życie i uwodzenie kobiet. To jeszcze nie oznacza, że jest mordercą.

Mecenas domagał się uniewinnienia jego klienta.

I tydzień później sąd okręgowy uniewinnił Arkadiusza B. od zarzutu zamordowania Edyty W. Uzasadniając taki wyrok (nieprawomocny), sędzia Tomasz Grochowicz stwierdził, że brak jest w sprawie jednoznacznego i kategorycznego dowodu, iż zaginiona kobieta nie żyje. Nie udało się też ustalić – po zgromadzeniu 40 tomów akt – że zabił ją oskarżony. B. odpowiadał też przed sądem za oszustwo, czyli wyłudzenie od Edyty W. ponad 70 tysięcy złotych, ukrywanie dokumentów Wojskowej Agencji Nieruchomości, gdzie był zatrudniony na umowę-zlecenie jako archiwista, a także posiadanie bez zezwolenia amunicji do pistoletu gazowego. Za te czyny został skazany na pięć lat więzienia. Według sądu pierwszej instancji w sprawie oszustwa udało się jedynie udowodnić wyłudzenie od Edyty W. 28 tysięcy złotych.

Arkadiusz B. miał wkrótce wyjść na wolność, bo ponad cztery lata odsiedział w areszcie.

***

Prokurator i pełnomocnik oskarżycieli posiłkowych złożyli apelację. Zarzucali w niej sądowi pierwszej instancji, między innymi, że nie wskazał, które dowody uznał, a które nie, i dlaczego dokonał takiego wyboru. Według nich sąd okręgowy niedostatecznie wziął pod uwagę opinie biegłych.

Obrona wnosiła o uniewinnienie oskarżonego.

Sąd Apelacyjny w Warszawie uchylił wyrok do ponownego rozpoznania.

– Uchybienia sądu niższej instancji są nie tylko rażące, są porażające – mówił w uzasadnieniu wyroku Sądu Apelacyjnego w Warszawie sędzia Paweł Rysiński. – Sąd Okręgowy, uniewinniając Akardiusza B. od zarzutu zabójstwa, nie dokonał oceny dowodów. Błędem było analizowanie pojedynczych poszlak w oderwaniu od całego ich łańcucha, oraz niewskazanie alternatywnej wersji zdarzeń. Proces należy powtórzyć.

Ponadto sąd drugiej instancji uznał, że kwota, jaką B. wyłudził od Edyty W. to nie 28 tysięcy, lecz ponad 70 tysięcy złotych.

Proces rozpoczął się od nowa. Długo nie wnosił nic nowego (przesłuchiwani po raz kolejny świadkowie pamiętali coraz mniej), aż nagle w przeddzień ogłoszenia wyroku prokurator zgłosił nowy wniosek dowodowy: w Wiśle na wysokości obrzeży Warszawy znaleziono kobiecą czaszkę.

– Policja rzeczna natrafiła na nią cztery miesiące wcześniej – wyjaśniał prokurator zaskoczonej publiczności sądowej – ale czekaliśmy na wynik wstępnych badań antropologicznych z Zakładu Kryminalistyki i Medycyny Sądowej, mających na celu odtworzenie wizerunku twarzy. Tak zwaną superprojekcję opracował jeden z najbardziej znanych polskich specjalistów z zakresu kryminalistyki i biologii prof. Bronisław Młodziejowski. Uznał, że jest wysokie prawdopodobieństwo, iż znaleziono czaszkę Edyty W. Uszkodzenia (brakuje żuchwy i dwóch górnych jedynek w uzębieniu) mogą świadczyć o urazie mechanicznym.

Aby uzyskać pewność, prokuratura zleciła jeszcze dodatkowe badania wyodrębnienia profilu DNA z czaszki i porównania go z profilem rodziny Edyty W.

W tej sytuacji adwokat oskarżonego schował do aktówki przygotowaną już mowę obrończą; było oczywiste, że sąd zdecyduje o przedłużeniu procesu.

Kolejna ekspertyza wykluczyła przypuszczenia prof. Młodziejowskiego. Mimo to w ponownym procesie Sąd Okręgowy nie miał już wątpliwości, że Arkadiusz B. zamordował Edytę W. Świadczyły o tym dziesiątki dowodów pośrednich, tak zwanych poszlak.

– Tylko oskarżony miał motyw, by zabić. Nie zamierzał oddać pieniędzy, nie zamierzał brać ślubu – powiedziała sędzia Anna Wierciszewska-Chojnowska, ogłaszając karę dożywocia dla Arkadiusza B.

Sąd Apelacyjny w Warszawie podtrzymał wyrok.

– Oskarżony zabił młodą, ufającą mu kobietę, przed którą było całe życie. Słuszne i sprawiedliwe jest, by resztę życia spędził w warunkach więziennej izolacji – mówił sędzia Paweł Rysiński, oddalając apelację obrony.

I tak po 10 latach zapadł wyrok, na który czekali nie tylko najbliżsi Edyty W., ale i wszyscy, którzy z ław dla publiczności obserwowali ten poszlakowy proces.

Nóż był pod ręką

Zielona koszula Konrada zrobiła się bordowa od wypływającej krwi. Słabnął coraz bardziej, wysunął się z jej ramion na podłogę. Marta uklękła, żeby go rozebrać. Ranka na piersi była mała. Psiknęła w nią odkażającym środkiem w aerozolu. Krew nadal wypływała, ale już nie tak mocno. Starała się ją zahamować bandażami, ręcznikiem. Potem zaprowadziła Konrada do łóżka. Był przytomny, tylko słaby, przepraszał ją, że się pokłócili. Przecież jest dla niego całym światem.

– Nic nie mów – prosiła. I też go zapewniała o swej miłości. Leżeli nieruchomo, ona co jakiś czas sprawdzała, czy ręcznik na ranie nie przesiąkł krwią. Już szarzało za oknem, gdy się poderwał, chcąc wymiotować. Pomyślała, że to jego normalna reakcja po wypiciu alkoholu. Ale gdy się pochylał nad miską, z rany wypłynęło dużo krwi.

Znów się położyli. O szóstej rano Konrad powiedział niewyraźnie, że trzeba wezwać pogotowie. I sam to zrobił, bo ona na chwilę wyszła do łazienki. Słyszała, jak tłumaczył rejestratorce, że chodzi o dźgnięcie nożem.

Przyjechali bardzo szybko. Ratownik pytał ją, dlaczego wcześniej nie zawiadomiła pogotowia. Nim zdążyła odpowiedzieć, Konrad wyznał, że sam się niechcący nabił na nóż. Wtedy ona dodała, że nie była świadkiem wypadku, gdyż wróciła do domu o północy.

Zabrali go na noszach; zapewniała, że wkrótce dotrze za nim do szpitala, tylko się ubierze. Po odjeździe karetki postanowiła ogarnąć mieszkanie, zmyć krew z podłogi. Włączyła pralkę, w której już były brudne rzeczy; zamierzała w drugim rzucie wyprać zakrwawioną odzież i pościel. I wtedy zapukała do drzwi policja. Powiedzieli, że Konrad K. nie żyje, zmarł w karetce.

***

Podczas pierwszego przesłuchania Marta G. powtórzyła to, co już mówiła ratownikowi. Gdy 21 kwietnia wróciła do domu późno w nocy, jej narzeczony leżał na łóżku w zakrwawionym ubraniu. Myślała, że miał krwotok z nosa na skutek leków, które brał na rozrzedzenie krwi. Chciała go opatrzeć, ale się nie zgadzał, poczuła alkohol. W pokoju stały dwie foliowe torby z puszkami po piwie. Potem w nocy wymiotował; zawsze tak reagował, gdy za dużo wypił. O 6.00 rano zadzwonił po pogotowie.

Kobieta ponownie rozpytywana, zmieniła wersję wydarzeń. Otóż 21 kwietnia 2009 roku kończyło się kilkumiesięczne zwolnienie chorobowe Konrada i z tego powodu zaprosił sąsiadów z bloku na grillowanie. W ogródku siedzieli do godziny 23.00. Mimo że wypito wiele piw, gospodarzowi było za mało. Zarządził wyprawę po alkohol do pobliskiego baru. Był głuchy na sprzeciw Marty, która przypominała narzeczonemu, że nazajutrz musi się stawić w pracy. Powinien być w dobrej formie.

Po powrocie z baru pokłócili się. Najpierw o to, że on pije (gdy wyszła z łazienki, siedział w sypialni z puszką piwa, to już była siódma). Wykrzyczała mu, że się stacza, jak jego ojciec i brat, który przepił wszystko. Ich oboje czeka ten sam los. Potem kłócili się o pieniądze – była zdenerwowana, że przejadają 40 tysięcy złotych kredytu, który wzięła na planowane wesele. Gdy Konrad ją uderzył, pobiegła do kuchni po nóż, krzycząc, że przetnie sobie żyły.

On poszedł za nią. Płakała, krzyczała, że się go boi i żeby się do niej nie zbliżał. Wtedy Konrad złapał jej rękę, próbując wyrwać nóż. Nie pozwalała, więc szarpali ostre narzędzie we wszystkie strony.