Miłość za milion dolarów - Katy Evans - ebook + książka
BESTSELLER

Miłość za milion dolarów ebook

Katy Evans

4,3

10 osób interesuje się tą książką

Opis

Podjęła się prawie niemożliwego zadania przeistoczenia tego faceta w mężczyznę idealnego – tyle że w trakcie tego procesu nie wolno jej ulec jego urokowi.

Elizabeth Banks wychowała się w świecie mężczyzn. Przez całe życie musiała udowadniać, że jest godna przejęcia schedy po swoim ojcu, że jest pod każdym względem idealna.

Nie ustając w walce o aprobatę ojca, stawia samej sobie bardzo wysoką poprzeczkę. Ma wprowadzić na rynek nową linię garniturów – i musi to zrobić lepiej niż ktokolwiek w historii firmy. Ale żeby to osiągnąć, musi zatrudnić odpowiedniego modela – kogoś, kto uosabia wszystko to, co reprezentują sobą najwyższej jakości garnitury: klasę, elegancję, styl i pewność siebie. Kiedy nie udaje jej się znaleźć idealnego mężczyzny, ma tylko jedno wyjście: musi go stworzyć. Gdy spotyka niepokornego Jamesa Rowana, wie, że ma on wszystko to, czego jej potrzeba. Ktoś musi to tylko wyciągnąć na światło dzienne. Za cenę miliona dolarów James zgadza się zostać mężczyzną idealnym, choć do tej pory do tego ideału było mu zdecydowanie daleko.

Czy po tym, jak Lizzy sama stworzy mężczyznę ze swoich marzeń – będzie umiała mu się oprzeć?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 382

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,3 (738 ocen)
427
181
84
38
8
Sortuj według:
kaha0780

Nie oderwiesz się od lektury

Cudowna ❤️❤️❤️
10
Agatasiwek

Nie oderwiesz się od lektury

😀😀😀😀
10
rrdorota

Dobrze spędzony czas

Ok
10
DanowskaU91

Nie oderwiesz się od lektury

polecam
10
Anka2018

Dobrze spędzony czas

Cóż na to poradzę ... lubię książki tej autorki. Skierowane do dorosłych.
10

Popularność




Dla tego wszystkiego

Nawet z diabła zrobiłaby mężczyznę idealnego…

Prolog

Jedyny mężczyzna na sali

♥ ♥ ♥

Lizzy

Sala balowa pęka w szwach – jest tu dosłownie każdy, kto w tym mieście coś znaczy. Wszystkie grube ryby. Najbardziej wpływowi dziennikarze, blogerzy, po prostu wszyscy. Mocniej zaciskam palce na jego ramieniu, a on prowadzi mnie do sali balowej pięciogwiazdkowego hotelu, którą wynajęliśmy na tę galę. Podejrzewam, że denerwuję się bardziej niż on. Zerkam w lewo i widzę jego męski profil. Ściska mi się żołądek. Jego twarz… Cóż, taka twarz do tej chwili istniała tylko w moich marzeniach. Mocny, idealnie wyrzeźbiony podbródek. Pięknie wykrojone, aksamitne, kuszące usta. Przenikliwe oczy w kolorze najczystszego błękitu o spojrzeniu ostrym jak laser. Dostrzega, że mu się przyglądam, i po jego ustach zaczyna błądzić ten szelmowski uśmieszek wart milion dolarów. Zresztą dokładnie tyle kosztował. Ten facet tyle mnie kosztował. A byłabym skłonna zapłacić o wiele więcej.

Mam wrażenie, że jest jedynym mężczyzną na sali. Czuje się tutaj jak ryba w wodzie. Bije od niego niezmącona pewność siebie. Męskość leży na nim tak idealnie, jak szyty na miarę czarny smoking. Kroczy przed siebie pewnym krokiem, jakby to miejsce należało do niego. A moje serce bije coraz mocniej – dla niego.

Nie wierzę, że udało mi się go namówić. Porusza się tak płynnie, w wyrafinowany sposób. Elegancko. Wszystkie zabiegają o jego uwagę.

– Można prosić o autograf…? – zagaduje nieśmiało młoda kobieta. Podaje mu notatnik i długopis, a on szybko kreśli swoje nazwisko.

– Proszę bardzo. – Jego głos jest niski i szorstki. Pod całą tą ogładą kryje się surowa, męska energia. Determinacja, która przywiodła go aż tutaj.

– James… – Zatrzymuję go, zanim ruszymy dalej. – Cokolwiek się stanie…

Patrzy na mnie. To spojrzenie wyraża więcej niż tysiąc słów.

– Wiem.

Ale czy na pewno…? Zakochałam się we własnym dziele. Wypolerowałam diament, który teraz jest bez skazy. Idealny. Tyle że nie wolno mi go zachować. Nie jest mój. Świat elit, do którego właśnie ma dołączyć, nie jest jego światem, nie tutaj się urodził. Jego fanki poznały go dzięki mnie. Facet na szczycie? Znalazłam go o wiele, wiele niżej.

Mężczyzna idealny

♥ ♥ ♥

Trzy miesiące wcześniej…

Ojciec od trzech minut wpatruje się we mnie z nieznośnie denerwującym wyczekiwaniem, prawie nie słyszę własnych myśli. Siedzę naprzeciwko niego po drugiej stronie masywnego, dębowego biurka i się denerwuję. Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek wcześniej tak się denerwowała. Przygotowywałam się do tego spotkania przez cały tydzień, czyli odkąd ojciec się zgodził, żebym przedstawiła mu swój pomysł na wprowadzenie na rynek nowej linii designerskich garniturów. Ale co innego przemawiać do własnego odbicia w lustrze, a co innego mieć przed sobą wbijającego we mnie wzrok Harolda Banksa we własnej osobie. Mojego ojca nie zawsze jest łatwo zadowolić – do cholery, to się raczej nigdy nie udaje – a jego gabinet zawsze mnie onieśmiela. Przypomina mi o jednej małej, malutkiej rzeczy, którą zawsze mam z tyłu głowy: nie jestem tym, czego chciał.

Wiecie, jego gabinet to kapliczka pełna skarbów. Wokół mnie pełno prekolumbijskich artefaktów, starych gobelinów, oprawionych znaczków. Mój ojciec kolekcjonuje dosłownie wszystko, ale wyłącznie w najlepszym gatunku. W jego kolekcji brakuje tylko tego, czego najbardziej pragnął: synów. Za pierwszym razem rodzicom trafiłam się ja. A kolejnych prób nie było, bo w międzyczasie mama od niego odeszła. Zostałam mu tylko ja.

Mam dwadzieścia pięć lat, ciemne włosy i zielone oczy. Dzięki zdrowemu odżywianiu i ćwiczeniom jestem szczupła, a dzięki nawykom wpojonym mi przez nianie – zadbana. Grzeczna dziewczynka, która nigdy nie wpakowała się w kłopoty. Cieszę się opinią idealnej córki. Jednak tylko córki – w dodatku robiącej co może, żeby odnieść sukces w firmie, której oferta skierowana jest głównie do mężczyzn.

Czekałam na chwilę, gdy wreszcie będę mogła udowodnić ojcu, że jestem kobietą, która może wiele wnieść do jego firmy – do naszej firmy. Jednak człowiek jego pokroju z zasady nie wierzy nikomu na słowo. Oczekuje wyników, i to szybko.

Dlatego jestem taka zdenerwowana. Nie chcę porywać się z motyką na słońce. A nasza nowa linia garniturów to dla firmy ogromna inwestycja. Wiem, że ojciec chciałby, żeby wprowadzeniem jej na rynek zajął się ktoś bardziej doświadczony. Ja jednak liczę, że uda mi się to rozegrać po swojemu.

– Zajęłaś się już tym non profit niosącym pomoc chorym dzieciom w Ugandzie? – pyta wreszcie. Zawsze wydaje się zaskoczony, że chcę pracować w jego firmie zamiast zajmować się sprawami „którymi powinny zajmować się kobiety”. – A co z urządzaniem nowego mieszkania? Nie musisz niczego dokupić?

Staram się nie pokazać po sobie, że takie pytania doprowadzają mnie do szewskiej pasji.

– Non profit rozkręciłam już w zeszłym roku, działa bez zarzutu. A moje mieszkanie jest idealne, nie trzeba tam niczego zmieniać… – Urywam. Waham się, ale nie ma co owijać w bawełnę. – Mogę pracować w twojej firmie, tato. Owszem, w tym momencie zarządza nią banda staroświeckich sztywniaków, ale to nie znaczy, że ja sobie nie poradzę. Mój dyplom ukończenia Uniwersytetu Stanforda jest tak samo dobry jak ich dyplomy. Poza tym uważam, że to właśnie kobieta wie najlepiej, jaki powinien być mężczyzna idealny.

Ojciec marszczy czoło, zapada pełna napięcia cisza.

Powiedz „tak”, ponaglam go w myślach.

– Nie będę żałował, że się zgodziłem, prawda? – pyta wreszcie.

Serce mi radośnie podskakuje, bo właśnie w tym momencie dociera do mnie, że się udało! Krótko kiwam głową, po czym odpowiadam chłodnym, rzeczowym tonem, który przejęłam od niego, bo ojciec zazwyczaj właśnie tak się do mnie zwraca:

– Nie sprawię ci zawodu, tato. Wiem, że wcześniej cię zawiodłam, ale teraz jestem ostrożniejsza…

– Czy aby na pewno…? Tego dupka, z którym się umawiałaś, trudno nazwać diamentem. Był bogaty, owszem, ale niezbyt dobrze wychowany. Wystawić cię w dniu, kiedy miał spotkać swojego, być może, przyszłego teścia…

– Właśnie dlatego już się z nim nie spotykam. Koniec z kompromisami, od tej pory sięgam tylko po to, co najlepsze. Tak jak mi zawsze powtarzałeś.

Z zadowoleniem kiwa głową i po raz kolejny poprawia krawat. Myślę, że zaburzenia obsesyjno-kompulsywne odziedziczyłam po nim. Podczas każdego naszego spotkania ciągle poprawia krawat.

– Jesteś idealna i zasługujesz na idealnego mężczyznę – zapewnia.

Tata zawsze mi powtarzał, że jestem idealna, a każda część mnie, łącznie z nieskazitelnymi markowymi czółenkami, które mam na nogach, jest dowodem na to, jak wiele wysiłku wkładam, żeby właśnie tak wyglądać.

Uśmiecham się w podzięce za komplement, choć wolałabym, żeby powiedział to nieco cieplej i żeby sformułowanie „idealna… jak na córkę” nie dźwięczały mi tak nieznośnie w głowie.

Chcę, żeby ojciec obdarował mnie jednym z tych pełnych dumy spojrzeń, których tak skąpo mi wydziela. Chcę, żeby powiedział: „Moja córka jest cholernie dobra, po prostu najlepsza, najlepsza we wszystkim!”. Chcę, żeby na myśl o mnie się uśmiechał.

Wiem, że się zastanawia, kto powinien zająć jego miejsce, kiedy zdecyduje się ustąpić ze stanowiska – a ja nie chcę, żeby zatrudnił prezesa, który nie dorastał wraz z naszą firmą, który nie oddycha i nie żyje Banks Ltd., tak jak ja. Jestem Banksówną i jeśli ktoś ma przejąć spuściznę po ojcu, powinnam to być właśnie ja.

– Jeśli chcesz mi udowodnić, że będziesz kompetentnym dyrektorem, to masz okazję. To musi być najlepsze wprowadzenie na rynek nowej linii w historii tej firmy, Lizzy. Nie zadowolę się sukcesem na pół gwizdka.

– Rozumiem. Kiedy zdecydujesz się przejść na emeryturę, nie znajdziesz lepszego dyrektora generalnego dla tej firmy niż ja, tato.

– Świetnie. No to masz szansę, żeby mi pokazać, że sobie poradzisz jako przyszła pani prezes. Ale będę szczery: jeśli mnie zawiedziesz, zacznę przygotowywać LB do objęcia tego stanowiska. – Potrzebuję chwili, żeby przetrawić tę ostatnią informację, ale on już klaszcze w dłonie: znak, że temat skończony. – W takim razie, kto będzie ambasadorem naszej nowej linii?

Błyskawicznie sięgam do aktówki i wyciągam z niej opasłą teczkę.

– Mam tu listę atrakcyjnych, odnoszących sukcesy biznesmenów stanu wolnego, którzy uosabiają wszystko, co ma wyobrażać nasza linia: energię, męskość, władzę, pieniądze, klasę.

Ojciec przygląda się uważnie pierwszemu zdjęciu, po czym odwraca je, żeby przeczytać informacje, które umieściłam na odwrocie.

– Ferdinand Johnson. Lubię go – kwituje.

Po ustach błądzi mi triumfalny uśmieszek, powoli zaczyna rozpierać mnie duma.

– Mam z nim spotkanie o trzeciej.

– Gregory Hutchinson. Też by się nadał. – Ponownie z aprobatą kiwa głową, a ja czuję, że zaraz uniosę się nad ziemię.

– Umówiłam go na wpół do drugiej.

Ojciec unosi brwi, najwyraźniej jest pod wrażeniem, ale nie zamierza obsypywać mnie pochwałami. Nigdy mnie nie rozpieszczał. Mama zostawiła nas, kiedy miałam zaledwie cztery lata, dorastałam w świecie pełnym mężczyzn. Starałam się z całych sił, żeby nie dać się stłamsić. Stawiałam czoła najlepszym z najlepszych.

– Zostaw to mnie – mówię, kiedy bez słowa komentarza przerzuca kolejne zdjęcia.

– Taki mam zamiar. Jednak ostrzegam, Lizzy, nie licz na taryfę ulgową tylko dlatego, że jesteś moją córką. Praca to praca…

– Nieraz mi to mówiłeś, tato – przypominam zrezygnowana.

Fotografie wracają do schludnie opisanej teczki, którą następnie wsuwam do aktówki.

Wychodzę z gabinetu i stukając głośno obcasami, zdecydowanym krokiem przemierzam korytarz. Mijam obie sekretarki ojca, uśmiecham się do nich z wdzięcznością, a jednocześnie z całych sił próbuję zebrać się na odwagę. Nie było łatwo namówić tatę, żeby zgodził się ze mną spotkać, a przekonanie każdego z tych ośmiu milionerów, żeby poświęcili mi swój cenny czas, wcale nie było prostsze. Jeszcze nie wiem, jak tego dokonam, ale mam zamiar wybrać najlepszego z nich i namówić, żeby został moim modelem. Naszym modelem. Ta nowa kolekcja to moje oczko w głowie, postawiłam sobie za cel sprawić, że sygnowane przez nas garnitury staną się wyznacznikiem klasy i elegancji – niezbędnym elementem w szafie najlepszych przedstawicieli naszego gatunku, którzy chodzą po tej ziemi.

Tata chce mężczyzny idealnego. A ja mam zamiar mu go dać.

* * *

– Przykro mi, Lizzy, ale żadna kwota nie jest mnie w stanie przekonać do udziału w tym projekcie – powiedział Ferdinand Johnson, dopijając kawę. Odłożył serwetkę i wyszedł, zostawiając mnie mrugającą bezradnie oczami ze wzrokiem utkwionym w rachunek.

– Zgodziłbym się, ale tylko gdybyś zaoferowała mi trzy razy tyle – oznajmił Gregory Hutchinson. – A może i wtedy nie. Mój czas jest zbyt cenny.

Keith ledwo pozwolił mi dokończyć. Kiedy się odezwał, konsekwentnie zwracał się do moich piersi, choć były dokładnie ukryte za zapiętą na ostatni guzik jedwabną bluzką, bo w ten sposób chciałam dać do zrozumienia, że interesuje mnie wyłącznie praca. Tysiąc razy musiałam ugryźć się w język, żeby mu nie powiedzieć: „Patrz mi w oczy!”.

A pozostali? Nie byli lepsi…

– Serio powiedział: dzięki, ale nie mam czasu na odgrywanie Kena przed wszystkimi Barbie tego świata? – Jeanine nie może wyjść ze zdumienia. Po ostatnim spotkaniu, które odbyło się o wpół do dziewiątej wieczorem, jestem na linii z moją najlepszą przyjaciółką.

– Tak! A to był tylko jeden z nich… Jeanine, to była prawdziwa masakra. Jestem w szoku, naprawdę! Byli tacy niegrzeczni, aroganccy i najzwyczajniej w świecie niezainteresowani! Do cholery! Co ja teraz zrobię? To pierwsza szansa, a właściwie jedyna, jaką dostałam od ojca. Jestem w kropce!

Osiem spotkań. Osiem! Nikt nie ma ochoty zostać twarzą nowej linii garniturów Banks Ltd. Wszyscy mają to w dupie. Jeden chciał pięciu milionów, inny ciągle zerkał na zegarek. Kolejny wysłuchał mnie, potakując, po czym zapytał po prostu: „To wszystko? Za pół godziny gram w tenisa”.

Ci milionerzy są zepsuci do szpiku kości, a ja nadal nie mogę uwierzyć, że tak źle mi poszło.

Mam skłonność do obwiniania się za każdy popełniony błąd, ponieważ wpojono mi przekonanie, że nie mam prawa się pomylić. Zdaniem mojego ojca – tego Harolda Banksa – ci, którzy zapewniają, że porażka to droga do sukcesu, pieprzą głupoty. On uważa, że gloryfikowanie błędów to strategia głupców, którzy po prostu nie potrafią niczego porządnie zrobić za pierwszym razem.

Nie jest mi łatwo dotrzymać mu kroku, ale próbuję. Idę przed siebie po odbyciu tych wszystkich beznadziejnych spotkań i nie mam pojęcia, jak teraz pokażę się ojcu.

Choć czego się właściwie spodziewałam? W końcu wśród takich mężczyzn obracałam się przez całe życie; tylko takich ojciec mógłby uznać za godnych mnie. A właśnie tacy, jak tamtych ośmiu, to powód, dla którego jestem skazana na samotność do końca życia. Są tak zadufani w sobie, że nawet gdybym zaoferowała im cały świat, im nadal byłoby mało. Do tego jeszcze tata – prawdopodobnie miałabym więcej zabawy jako zakonnica…!

– Czy naprawdę na tym świecie nie ma już porządnych facetów zainteresowanych ciężką pracą i niezłym zarobkiem? – pytam Jeanine, wpatrując się z wściekłością we własne poruszające się stopy. – Do cholery, zaproponowałam im okrągły milion! Mieliby tylko promować ze mną produkt, zostać twarzą nowej linii garniturów i włożyć je na kilka imprez promocyjnych. Tylko tyle!

– Wiesz co… Oni już wyrobili sobie markę, prawdopodobnie mierzysz zbyt wysoko. – Przerywa na moment. – Dla takiego Ferdinanda Johnsona milion dolarów to garść drobniaków. Może powinnaś celować nieco niżej.

Trafiła w punkt.

– Nieco niżej. Hmm. Tylko… gdzie znajdę taką bestię?

– Tego nie wiem. Przejdź się po śródmieściu, zajrzyj do winiarni. Nie martw się, spadniesz na cztery łapy, kochana. Zawsze spadasz.

Chyba zapomniała, że mieszkam w centrum Atlanty, a jakoś nigdy nie natknęłam się na nikogo, kto by chociaż przypominał dżentelmenów z mojej listy.

– Poza tym boję się, że jeśli będę celować niżej, skończy się na kimś w rodzaju Daniela.

– A fuj… – jęczy Jeanine na wzmiankę o moim okropnym eks, który tak bardzo się bał pierwszego spotkania z moim ojcem, że nawet się na nim nie pojawił. – Nie każdy facet jest takim pozbawionym kręgosłupa mięczakiem jak on. Na świecie istnieją też prawdziwi mężczyźni, daję słowo. No więc, co zamierzasz?

– Teraz? Chcę się urżnąć, ale w stylu Ernesta Hemingwaya. Podobno najlepsze dzieła stworzył z butelką w ręce. Mam zamiar wypróbować tę metodę.

– Hmm, chętnie bym do ciebie dołączyła. Ale nie mogę. Jeden z aplikantów nawalił, więc dzisiaj wszystkie ręce na pokład.

Nadal idę przed siebie, choć nie mam pojęcia, dokąd zmierzam. Wiem tylko, że nie mogę bez niczego wrócić do domu, a już na pewno nie mogę się jutro pokazać ojcu z pustymi rękami.

– Boże… Może ja się po prostu nie nadaję do tej pracy. Może powinnam zatrudnić się u kogoś innego, kogo łatwiej będzie zadowolić.

– Jesteś Banksówna, skarbie. Nieodrodna córka własnego ojca. Wymyślisz coś, Liz. – Jeanine próbuje mnie podnieść na duchu, ale jej słowa zupełnie do mnie nie trafiają.

– Już coś wymyśliłam. Zamierzam się upić i nie iść jutro do pracy.

Parska śmiechem, po czym mówi:

– No dobrze. Idź na drinka, ja stawiam. Potem prosto do domu i bierz się do roboty, znajdziesz jakieś wyjście.

– Widzę jakiś bar. Obskurny, co mi bardzo pasuje, bo w godzinie czarnej rozpaczy nie chcę się natknąć na nikogo znajomego. Zadzwonię jutro…

– Lizzy, jesteś pewna…?

Rozłączam się, nie pozwalając jej zaprotestować, i wpatruję się w szyld: „U Tima”.

Musiałam w którymś momencie skręcić nie w tę uliczkę, co trzeba, i w rezultacie znalazłam się w niezbyt przyjemnej części miasta. Na domiar złego z torebką Hermèsa na ramieniu i w czółenkach Louboutina.

Ukradkiem lustruję wzrokiem okolicę. W ciemnej, wąskiej uliczce coś się porusza, pewnie jakaś złowieszcza postać, jedna z tych, których nie brakuje w takich dzielnicach. O Boże…! Nagle czuję się naga. Równie dobrze mogłabym mieć na czole napis: NAPADNIJ MNIE.

Jeszcze nigdy tak na poważnie nie upiłam się w barze, za bardzo obawiałam się, że przyniosę ojcu wstyd. Jednak idę o zakład, że tutaj, u dobrego, starego Tima, nie znajdę nikogo, kto by słyszał o nim lub o jego garniturach. Właśnie takiej anonimowości teraz mi trzeba.

Jednak nie mogę tak po prostu wejść do środka. Kto wie, jakich dzikich, przerażających ludzi tam spotkam. Kiedy dorastałam, największym rozrabiaką, jakiego znałam, był Sensei Tom, który we wtorki i w czwartki uczył mnie judo, ale nawet on żył w miłym domku na przedmieściach i dorabiał sobie sprzedażą świec zapachowych.

Kiedy tak się biję z myślami, z cienia wyłania się jakiś człowiek. Nie ma zębów, zamiast oczu w twarzy widnieją szparki. W świetle ulicznych latarni wydaje się jeszcze bardziej złowrogi.

– Cześć, cukiereczku – syczy.

Do diabła, nie…!

Wypuszczam powietrze z płuc, popycham drzwi i wpadam do środka, po czym gwałtownie przystaję i nieufnie się rozglądam.

W moją stronę zwraca się kilkanaście par oczu, jakbym była główną atrakcją wieczoru. Mam wrażenie, że nawet płyta w starej szafie grającej, stojącej w kącie, nagle się zacięła.

Zakładam kosmyk włosów za ucho. Przede mną znajduje się długi, prawie pusty bar, przy stolikach nieliczni klienci raczą się nachosami i frytkami maczanymi w salsie. Jednak kiedy ruszam naprzód po krzywej, cementowej podłodze, oczy wszystkich zwracają się na mnie.

Co ja tu właściwie robię? Ach, racja! Przecież szukam kłopotów.

Bez przesady, to zwyczajny lokal, jak każdy inny. Na pewno z przyjemnością mnie obsłużą.

Zbieram się na odwagę, siadam na stołku w środkowej części baru i zwracam się do barmana, zajętego właśnie przeglądaniem czegoś na telefonie.

– Poproszę tequilę, najlepszą, jaka jest. Bez lodu. – Mam nadzieję, że mój szorstki ton jasno komunikuje, że potrafię o siebie zadbać. To tak na wszelki wypadek, gdyby ktoś już miał na oku moją torebkę.

Barman nawet nie raczy na mnie spojrzeć. Uśmiecha się tylko na widok czegoś, co właśnie zobaczył na ekranie komórki, jednocześnie nalewając mi drinka z butelki podpisanej „Montezuma”, po czym wolną ręką podaje mi kieliszek.

Co to, u licha, jest Montezuma?

Świetna obsługa, nie ma co…!

– Hmm… Prosiłam o najlepszą tequilę.

Barman podnosi wzrok, po raz pierwszy spogląda mi w oczy. Krzywi się z irytacją.

– To jest najlepsza tequila. Poza tym jedyna, jaką mamy.

Raczej nie jest w moim interesie działać mu na nerwy, szczególnie że ma ramiona potężne jak konary drzewa, każde pokryte obficie tatuażami.

Podnoszę kieliszek i wychylam jednym haustem. Tequila jest paskudna, smakuje jak rozpuszczalnik, aż oczy zachodzą mi łzami. Nieważne. Uderzam dłonią w bar na znak, żeby nalał mi jeszcze jedną kolejkę. Kiedy ciekawość bierze górę, zadaję pytanie:

– Co oglądasz?

– Jimmy’ego.

– Jakiego Jimmy’ego?

– Jimmy’ego Rowana. Tego kaskadera z YouTube’a? Facet pewnego dnia zginie…!

– Miejmy nadzieję, że nie dzisiaj. – Ze zmarszczonymi brwiami wpatruję się w ekran. – A właściwie co on robi? To niebezpieczne.

Barman odwraca telefon w moją stronę. Facet w kasku i nylonowym kombinezonie wyskakuje z samolotu. Mówi do kamery: „No więc przyjąłem wyzwanie, żeby pociągnąć za sznurki piętnaście sekund później, niż zrobiłby to każdy normalny, zdrowy na umyśle człowiek. Co oznacza, że odliczanie zaczniemy mniej więcej… teraz”.

Oczy mi się rozszerzają, a w brzuchu czuję bolesny skurcz. Boję się o los tego idioty przed kamerą.

Czternaście…

Szum wiatru sprawia, że jego głos wydaje się napięty.

Rwie się.

– Trzynaście – odlicza barman.

Patrzę, jak ten idiota nadal swobodnie spada, gdy tymczasem ziemia pod nim niebezpiecznie się przybliża.

– Co za palant… – mamroczę pod nosem, ale nie jestem w stanie oderwać oczu od nagrania.

– Pięć! – oznajmia barman.

Odwracam wzrok.

– Powiedz, że przeżył…!

– Och, przeżył i ma się dobrze. – Pokazuje mi telefon.

Facet wreszcie pociąga za sznurki i kilka sekund później gwałtownie uderza o ziemię. „Auć!” mruczy pod nosem, po czym zaczyna się śmiać cichym, przyjemnie wibrującym śmiechem.

Nie mogę powstrzymać uśmiechu, ale z niedowierzaniem kręcę głową.

– A zrobił to wszystko, ponieważ…?

– Przyjął wyzwanie. Pięćset dolców.

– Zrobił to dla pięciuset dolców?

– Więcej zarabia na odsłonach. W końcu trzeba z czegoś żyć. – Barman mierzy mnie wzrokiem od stóp do głów. – Szczególnie jeśli nie masz co liczyć na fundusz powierniczy.

Cholera, a ja próbuję tylko zatrudnić gościa, który zechce się pojawić w moich garniturach na kilku imprezach.

– Dlaczego nie mogę znaleźć takiego faceta? – pytam na głos, potrząsając głową i przesuwając kieliszek w stronę barmana. – Poproszę jeszcze raz to samo.

To już trzecia kolejka.

Barman nalewa tequilę.

– Ten Jimmy to prawdziwy facet z klasą – oświadcza z przekonaniem.

– Według jakiego słownika?

Marszczy brwi, wsuwając telefon do kieszeni, i zabiera się do polerowania kieliszka.

– Że jak?

– W jakim słowniku znajdę taką definicję faceta z klasą, żeby do niego pasowała?

Oczy mu się rozszerzają, jakbym właśnie popełniła świętokradztwo.

– Hmm, może nie w twoim słowniku. W końcu nie jeździ rollsem. Ale zapewniam cię, że w tej dzielnicy Jimmy jest traktowany jak członek rodziny królewskiej. Zresztą ciągle tu przesiaduje. – Wskazuje głową w stronę tonącej w mroku loży usytuowanej w kącie na prawo od baru. – Tam ma biuro.

Podążam za jego wzrokiem i widzę zagracony stolik. Zastanawiam się, jaki człowiek zostawia w barze statyw, kamerę i starego laptopa? Musi ufać stałym bywalcom tego miejsca. Albo wie, że stali bywalcy się go boją.

– Jimmy Rowan zrobi wszystko, jeśli zostanie wyzwany. To człowiek honoru.

– Jeśli wykonał taki skok za pięćset dolarów, to co by zrobił za pół miliona albo więcej? – mamroczę pod nosem z uśmiechem. Nie jest źle, nadal jestem w stanie się uśmiechać.

– Do jasnej i ciasnej, za taką kasę zrobiłby wszystko…! A co? Masz jakąś propozycję? – Barman przygląda mi się z nowym zaciekawieniem, jakoś tak przymilnie, jakby uważał, że jestem zainteresowana skorzystaniem z usług Jimmy’ego. Za kogo on mnie ma?

– Damy na niego lecą.

O Boże, a więc o to mu chodzi!

– Nie, dziękuję bardzo – mamroczę. – Damy czy raczej kobiety? Nie sądzę, żeby wiele dam było zainteresowanych kimś tak lekkomyślnym…

Mężczyzna podnosi wzrok i spogląda mi przez ramię. W barze zapada cisza.

– O wilku mowa… – mruczy pod nosem.

Drzwi zamykają się z głośnym trzaskiem i natychmiast podnosi się gwar.

– Co się dzieje? – Rozglądam się, zaskoczona tym nagłym zamieszaniem.

Barman się uśmiecha.

– Jimmy Rowan.

Spoglądam w stronę drzwi i serce na moment przestaje mi bić. Wysoki, nieokrzesany, emanujący seksem facet, którego wskazał, wcale nie wygląda jak jakiś Jimmy. Jest na to zbyt wysoki, za bardzo przyciąga wzrok i jest… no cóż, zbyt gorący.

Nie rozpoznaję w nim mężczyzny z filmiku. W czasie wykonywania numeru kaskaderskiego, który właśnie obejrzałam, miał na głowie kask. A teraz widzę, że ma mnóstwo ciemnych, zmierzwionych włosów. Ubrany jest w znoszone dżinsy, idealnie leżące na wąskich biodrach, oraz w czarny podkoszulek, na oko stary i znoszony, opinający muskuły, których nie powstydziłby się zawodowy atleta.

Nagle sobie uświadamiam, że się na niego gapię, jakbym nigdy wcześniej nie widziała mężczyzny z krwi i kości. Zaciskam usta, zniesmaczona samą sobą, w myślach zrzucając winę na tanią tequilę, po czym wracam do swojego drinka.

Rozlega się głośny gwizd.

– Luke!

– Jimmy! – Barman odpowiada na powitanie.

Znowu zerkam przez ramię i nie jestem w stanie powstrzymać lekkiego drżenia. Spoglądam na mężczyznę – i nie potrafię odwrócić wzroku.

Włosy ma trochę zbyt długie, sięgają koszulki i lekko się podwijają na końcach. Są ciemne jak noc. Z uśmiechem wita gości, którzy zdecydowali się tu wpaść. Kobiety na jego widok bezwiednie się prostują, wypychając do przodu cycki albo biodra. Niektóre nawet ruszają w jego stronę zmysłowym krokiem. Biją od niego pewność siebie i siła, choć jednocześnie w kąciku ust błądzi figlarny uśmieszek, który dodaje mu młodzieńczego, szelmowskiego uroku.

Jest nieco niechlujny i potargany.

Tyle, że… wow! Najwyraźniej nikt nie zwraca na to najmniejszej uwagi. Wydaje się lokalnym celebrytą.

Przebiegam wzrokiem po jego klatce piersiowej i nie mogę nie zauważyć, jak ciasno koszulka opina mu szerokie ramiona. Bicepsy musi mieć twarde niczym skała, bo materiał aż trzeszczy, kiedy mężczyzna się porusza. Znoszone dżinsy podkreślają wąskie biodra. Facet ma długie nogi, a sprany denim interesująco otula uda. Po kręgosłupie przebiega mi dreszcz, kiedy podnosi wzrok, jakby wyczuł moją obecność.

– Jimmy! – woła jakaś dziewczyna, wyłaniając się zza rogu.

Prycham, potrząsając głową i marszcząc z dezaprobatą czoło. Nie mogę uwierzyć, co te laski wyrabiają!

Na dźwięk prychnięcia Jimmy się odwraca. Dostrzegam dołek pod jego niechlujnym zarostem, po czym nasze spojrzenia się krzyżują.

Nieogolony podbródek. Szelmowski uśmiech. Złota opalenizna. Białe zęby. Oczy w tak intensywnym odcieniu błękitu, że przeżywam prawdziwy wstrząs, kiedy zatrzymuje na mnie wzrok. Dlaczego to wszystko tak mnie kręci? Facet może i jest gorący, ale przecież to wcale nie mój typ. Ja to ja, a on jest taki… nieokrzesany. To najbardziej nieobliczalny mężczyzna, jakiego w życiu widziałam.

Odwracam się razem ze stołkiem, żeby upić łyk tequili, i przygotowuję się psychicznie na kolejne spojrzenie. Zerkam nieśmiało i aż mi się żołądek kurczy, ponieważ, o Boże!, facet otwarcie się na mnie gapi.

Podniósł jedną brew, a ja cała sztywnieję. Ściskam mocniej szklankę i słyszę za sobą miękki, męski śmiech.

– Jimmy… ty pierdolony dupku! – rozlega się nagły krzyk.

Jimmy patrzy teraz na jakiegoś faceta, który kopniakiem odsuwa swoje krzesło. Ponownie unosi brew. Z jakiegoś powodu głęboki tembr jego głosu sprawia, że włoski na moich ramionach się unoszą.

– Powiedziałem, że cię znajdę – Jimmy zwraca się groźnie do mężczyzny.

– No to jestem, skurwysynu – odpowiada tamten.

Rozpoczyna się konfrontacja. Obaj krążą wokół stołów, dbając o zachowanie odpowiedniego dystansu.

– Cholernie ułatwiasz mi sprawę – mamrocze Jimmy z drwiną w głosie. Napina ramiona, bicepsy tak się wybrzuszają, jakby koszulka na nim miała za chwilę pęknąć.

Co ja, do cholery, robię w tym barze? W samym środku jakiejś pieprzonej bójki. Jeanine kazałaby mi stąd jak najszybciej spadać. Przedtem poradziłaby, żebym w ogóle tu nie przychodziła. Odnoszę dziwne wrażenie, że przyrosłam do stołka. Nie mam nawet czasu, żeby wziąć kolejny wdech, bo Jimmy rzuca się na faceta.

Zaatakowany przewraca się na stojący za nim stolik, który z trzaskiem traci nogi. Mężczyzna pada płasko na plecy. Jimmy jakby tylko na to czekał, przygniata go swoim ciałem.

– A niech cię, Jimmy… – jęczy barman, wskakując na bar. Ześlizguje się z drugiej strony i podbiega do walczących mężczyzn. – Stary, zabieraj się stąd! Na zewnątrz, kurwa mać! Wynoś mi się z tym na zewnątrz, James!

Chwila. Ten facet ma na imię James? To prawie jak… Bond. James Bond.

Barman i jeszcze jeden mężczyzna odciągają Jamesa, który z wykrzywioną twarzą potrząsa głową i ze złością spogląda na leżącego przed nim człowieka.

– Dobra, już dobra…

Kiedy go puszczają, niespokojnie przesuwa ręką po karku, po czym unosi głowę i znowu na mnie spogląda. Gdy tak patrzy, serce zaczyna mi bić jak szalone. Jednak już po chwili ponownie wzbiera w nim gniew i znowu rzuca się na faceta.

Tłum przypatruje się, jak obaj okładają się pięściami, tarzając po podłodze, a ja siedzę jak sparaliżowana. Jestem w szoku, ale nie mogę oderwać od nich wzroku. To jak przyglądanie się katastrofie kolejowej.

– Dalej, Jimmy! – krzyczy połowa barowych gości, podczas gdy druga połowa tylko się przygląda. Choć wiele osób wygląda na szczerze rozbawionych, mnie ta sytuacja zupełnie nie bawi.

Mężczyźni znowu odciągają Jamesa, który wyrzuca z siebie wściekłe przekleństwo, po czym, przytrzymywany przez przyjaciół, znowu przenosi wzrok na mnie. Wpatruje się we mnie intensywnie, nozdrza mu drgają, nie ma w nim ani krztyny wstydu czy wyrzutów sumienia. Nie odwraca wzroku, a jego spojrzenie aż ocieka seksem, jakby chciał, żebym to zauważyła. Ma ciężki oddech, pierś mu faluje, rozciągając podkoszulek.

Zwilżam językiem usta i drżącymi rękami sięgam po torebkę, żeby wyciągnąć z niej pieniądze. Zostawiam na barze kilka banknotów. Zakładam torebkę na ramię, biorę żakiet i ruszam w stronę wyjścia.

Czuję, jak jego wzrok ślizga się po moim ciele, prawie zapominam, że mam na sobie garsonkę. Żakiet trzymam w ręce, a bluzka wydaje się zbyt cienka, sutki odznaczają się pod delikatnym materiałem. Spódnica wydaje mi się krótsza niż naprawdę i bardziej obcisła, niż zapamiętałam.

Do diabła! Kiedy wreszcie się stąd wyrwę…! Co ten facet ze mną robi?

– Wszystko okej, stary? – Barman z niepokojem zwraca się do Jamesa Rowana. Gwiazdy YouTube’a. Człowieka, który śmiało zagląda śmierci w oczy.

Tamten gwałtownie kiwa głową, nie odrywając ode mnie wzroku i marszcząc czoło. Barman podąża za jego spojrzeniem i uśmiecha się, jakby wiedział coś, czego ja nie wiem.

Nie jestem pewna, czy chcę się dowiedzieć. Odnoszę wrażenie, że wszyscy są w szoku, bo James gapi się na mnie jawnie i wyzywająco.

A ja jestem równie zszokowana, bo też nie mogę oderwać od niego wzroku. Kolana mi się trzęsą, uda stają się coraz słabsze. Byle dać radę… Jeszcze tylko kilka kroków i będę przy drzwiach…

Nagle facet na podłodze zaczyna mamrotać:

– Masz ochotę na tego kociaka? Tyle że dziewczyna chyba nie może się doczekać, żeby dać stąd nogę… Stawiam pięćdziesiąt dolarów, wyzywam cię, żebyś spróbował ją przelecieć.

James z szybkością błyskawicy rzuca się na niego, odpychając dwóch mężczyzn, którzy próbują go powstrzymać.

Z piskiem dopadam drzwi i już mam wyjść, ale coś mnie powstrzymuje. Jakiś nieustępliwy głosik w mojej głowie nie pozwala mi nacisnąć klamkę. Zerkam za siebie, obserwuję każdy ruch tego faceta, który zrobi wszystko dla pieniędzy.

Wszystko…

Na myśl o tym znowu się zastanawiam, czy nie powinnam po prostu wyjść. Boże, Elizabeth, powtarzam sobie w duchu, chyba nie myślisz o tym na serio…? To niemożliwe. Bez szans. To tequila podsunęła ci ten pomysł, to nie jest trzeźwe, racjonalne myślenie.

Tyle że… tak! Naprawdę to mam na myśli!

Biorę głęboki wdech, żeby dodać sobie odwagi, robię w tył zwrot i idę w stronę baru, z każdym krokiem zbliżając się do panującego tu chaosu.

– Panowie! – krzyczę głośno i stanowczo, stając między walczącymi, choć nie mam stuprocentowej pewności, czy nie dostanę pięścią w twarz. – Jestem pewna, że możecie rozwiązać ten problem jak prawdziwi dżentelmeni! Porozmawiajmy!

Mężczyźni nieruchomieją. Wpatrują się we mnie, jakbym oszalała, a do mnie dopiero teraz dociera, jak głupio to zabrzmiało. Ludzie tacy jak oni nie rozmawiają. Oni wydają z siebie dzikie pomruki, jak jaskiniowcy, a potem rozwiązują problem za pomocą pięści. Koniec.

– Hej… – zwraca się do mnie Jimmy, łapiąc oddech. Zatrzymuje wzrok na sznurze pereł na mojej szyi, po czym wędruje niżej. – Hillary Clinton. Niezła garsonka. A teraz zejdź mi z drogi.

Spoglądam w dół na mój kostium. Wcale nie wyglądam jak Hillary Clinton! Wiem, że jestem zbyt elegancko ubrana jak na to miejsce, ale…

James rzuca zabójcze spojrzenie swojemu równie napakowanemu przeciwnikowi.

– Nie mam ci nic więcej do powiedzenia. Jeśli twój cholerny smarkacz jeszcze raz zbliży się do Charliego… – James spluwa i zaciska pięści.

– Pieprz się, Rowan.

James chowa mnie za swoimi plecami tak szybko, że przez moment nie mogę złapać tchu, po czym robi potężny zamach i uderza faceta pięścią w szczękę. Na nowo wywiązuje się bójka.

Chwieję się na nogach, moje serce pompuje czystą adrenalinę.

Potrzeba trzech mężczyzn, żeby powstrzymać Jamesa, oraz dwóch, żeby zapanować nad tym drugim, ale wreszcie facet zostaje odciągnięty na tyle daleko, że mogę porozmawiać z Jamesem.

W barze zapada złowieszcza cisza, a ja jestem jeszcze bardziej zdenerwowana, kiedy wreszcie udaje mi się znowu spojrzeć mu w oczy.

Gdy koledzy go puszczają, znowu kieruje uwagę na mnie. Ponownie mierzy mnie wzrokiem od stóp do głów. Kąciki jego ust wędrują do góry, kiedy spogląda mi w oczy. Ale nagle marszczy czoło.

– Co ty, do kurwy nędzy, wyrabiasz? – Wydaje z siebie cichy, głęboki pomruk, który sprawia, że wstrząsa mną dreszcz zarówno strachu, jak i podekscytowania. Wygląda groźnie, kiedy robi krok w moją stronę. Zmarszczka na czole się pogłębia. – Chcesz, żeby ktoś cię zabił, panieneczko?

– Zabił, nie… Zauważył, tak. – Jestem zdenerwowana, bo nagle znalazł się zbyt blisko. Obronnym gestem wyciągam przed siebie rękę. – James, ja…

– Dla przyjaciół Jimmy – wtrąca barman. – Albo Nieustraszony.

Przez chwilę się nad tym zastanawiam. Czy chcę zostać jego przyjaciółką? Nie. Czy chcę z nim robić interesy? Być może.

– Wolę zostać przy Jamesie.

Nieustraszony nie komentuje, tylko wpatruje się we mnie zwężonymi oczami.

– Zajmę się tobą, kiedy tutaj skończę – nieoczekiwanie zwraca się do mnie cichym, łagodnym głosem, przyglądając mi się z szelmowskim uśmieszkiem. Kiwa głową, jakby chciał mnie uspokoić.

Z rozchylonymi ustami patrzę, jak odwraca się w stronę tamtego mężczyzny. Nie jestem przyzwyczajona do tak lekceważącego traktowania. Szczególnie przez jakiegoś cholernie narwanego idiotę, który nie waha się zaryzykować życia dla marnych pięciuset dolarów.

Tupię nogą i krzyżuję ramiona na piersi.

– Nie! Jeśli natychmiast ze mną nie porozmawiasz, wychodzę. Mam dla ciebie lukratywną propozycję – dodaję, prostując ramiona.

Nie wiem, czy ostatnie zdanie odnosi się do mnie, czy do Jamesa, ale skoro już dorwałam się do głosu, chcę wyjaśnić, dlaczego powinien uważnie mnie wysłuchać.

O mój Boże…! Naprawdę zamierzam to zrobić. Czy ja oszalałam? Chyba kompletnie odleciałam…

Jakaś część mnie chce, żeby powiedział „nie” i zaśmiał mi się w twarz. Wtedy mogłabym iść do domu i lizać rany. A jutro bym się obudziła i pękała ze śmiechu na myśl o tym, że byłam tak zdesperowana, żeby próbować przekupić pierwszego lepszego gościa ze śliczną buźką, który prawdopodobnie nawet nie wie, jak wyglądają spinki do mankietów, żeby zgodził się zostać twarzą Banks Ltd. A następnie wzięłabym się do roboty i zabrała do szukania sensownego rozwiązania problemu.

Tyle że tak się nie dzieje.

James odwraca się na pięcie i spogląda na mnie ze zmarszczonym czołem. Parska śmiechem, a potem zlizuje krew z kącika ust.

Bezwiednie kieruję wzrok w to miejsce. Nic na to nie poradzę, że przez głowę przelatują mi fantazje na temat nas razem. Moje usta na jego ustach, pod jego ustami, moje ciało pod ciężarem jego ciała…

Przełykam ślinę, zszokowana, że coś takiego w ogóle pojawiło się w mojej głowie. To nie jest Elizabeth, którą znam.

Jezu, jak ten facet na mnie patrzy… Spod naprawdę ciemnych, łukowatych brwi, przez firankę czarnych rzęs wpatrują się we mnie oczy w odcieniu topazu, tak intensywnie, jakbym była jedyną osobą w tym barze.

Czy on też czuje tę dziwną więź między nami…?

Boję się odpowiedzi.

Kiedy zaczyna się uśmiechać, wygląda na człowieka, którego na wszystko stać. Jakby chciał zrobić ze mną coś absolutnie szalonego, na dodatek tutaj, na oczach wszystkich. Sutki jeszcze bardziej mi twardnieją, jakby usłużnie chciały przypomnieć, że gdyby przyszło co do czego, nie będę się opierać.

Chrząkam i drżącymi rękami wygładzam przód bluzki. Po prostu upewniam się, że jest na swoim miejscu.

– Jestem Elizabeth. – Nie zdradzam na razie nazwiska.

James przebiega po mnie takim wzrokiem, że zaczynam się rumienić.

– Jak widzisz, Elizabeth, mam tu do załatwienia pewną niecierpiącą zwłoki sprawę…

– Ale ja… ja mam do ciebie inną sprawę. Chciałam ci złożyć pewną ofertę – powtarzam, zanim straci zainteresowanie moimi słowami. – Myślę, że moja propozycja może ci się wydać interesująca.

– Tak? No to muszę jej wysłuchać.

Gdzieś z tyłu głowy kołacze mi myśl, że może jestem zbyt pijana, aby jasno myśleć. Prowadzę go do baru, w pełni świadoma bliskości jego ciała. Nie umyka mojej uwadze, że barman obserwuje nas z rozbawieniem i podsuwa mi kolejnego drinka. Wlewam do gardła tequilę i na chwilę tracę oddech, gdy kiepski alkohol pali w przełyk. Odwracam się, żeby stanąć twarzą w twarz ze śmiałkiem z YouTube’a.

James „Jimmy” Rowan bezczelnie się na mnie gapi. Kiedy się odwróciłam, wzrok miał utkwiony w moim tyłku – nie mogę uwierzyć, jak nisko upadłam! Jak gwałtownie moje ciało reaguje na jego bliskość. Zaciskam usta, rozpaczliwie próbując nie stracić nad sobą panowania. Nie wierzę, że usiłuję znaleźć twarz dla naszego nowego, ekskluzywnego produktu w jakimś szemranych barze i że mój wybór padł na aroganckiego, zarośniętego śmiałka, na którego wołają Jimmy. Jestem zdesperowana, a bardzo nie lubię tego stanu.

Bacznie się przyglądam jego szerokim ramionom i ciemnym, rozczochranym włosom.

On podnosi wzrok, jakby wyczuł, że go obserwuję, i nasze oczy się spotykają. Ma inteligentne spojrzenie – może nie jest absolwentem Harvardu, ale po wprowadzeniu niewielkich… no dobra, po wprowadzeniu ogromnych poprawek… to nawet mogłoby zadziałać. Nagle czuję kolejny ścisk w żołądku. Tak, ten facet to udźwignie. Zabieram go do domu.

Wręczam barmanowi sto dolarów napiwku.

– Dzięki.

– O w mordę… Nie ma za co. Wpadnij jeszcze.

– Idziemy, James – rzucam oschle.

Mężczyzna się krzywi, spogląda zdezorientowany na Luke’a, ale posłusznie rusza za mną i oboje opuszczamy to miejsce.

Jimmy

No to po kolei. Wcale tego nie planowałem. Właśnie szedłem do biura, kiedy wpadłem na Denny’ego i jego bandę. Pomyślałem, że w sumie to dobrze, bo będzie okazja wyrwać mu nogi z dupy, najpierw jedną, potem drugą. Ale wygląda na to, że będę musiał obejść się smakiem, ponieważ Hillary Clinton ma dla mnie jakąś propozycję.

Fajnie. Nadal nie mam pojęcia, o co chodzi. No tak… W sumie to chyba wiem, co jej może chodzić po głowie. Nie jest pierwszą laseczką z górnej półki, taką naprawdę z klasą, która pojawia się „U Tima” i uważa, że albo ja, albo mój kumpel, Luke, staniemy się na jedną noc jej Magic Mikiem. Jak każdy facet lubię pieprzenie, ale w końcu ma się tę dumę, więc zawsze spławiam takie laseczki. Więc dlaczego tej nie wysłałem do diabła razem z jej eleganckim kostiumikiem?

Przyglądam się uważnie jej profilowi, podczas gdy ona wystukuje coś na telefonie, pewnie zamawia samochód. Ręka jej drży. Jest drobna, przynajmniej półtorej głowy niższa ode mnie. Ma długie do ramion, ciemne włosy i porcelanową cerę. Wygląda jak jedna z tych ładniutkich laleczek, które ludzie trzymają w szklanych witrynach. Nie wolno ich dotykać, można jedynie podziwiać z daleka.

Dlaczego, kurwa, w takim razie aż mnie ręce świerzbią, żeby przesunąć palcem po jej skórze z góry na dół?

Wygląda na to, że kiedy się w nią wpatruję, zaczyna jeszcze mocniej drżeć, jakby wyczuwała moje spojrzenie. Uśmiecham się pod nosem. Do cholery, podoba mi się, że jest przy mnie taka zdenerwowana. Przyjemnie się na to patrzy, ale wolałbym przejść już do etapu, kiedy oboje zrzucimy ciuchy. Mogę się założyć, że właśnie o to jej chodzi. A ja nie zakładam się, jeśli nie jestem pewny swego.

– Zgubiłaś się, wracając do domu z… – mrużę oczy, jakbym się musiał nad tym głęboko zastanowić – …proszonej herbatki?

– Proszonej herbatki? Serio? – Rzuca mi zaskoczone spojrzenie. – Jeśli chcesz wiedzieć, to mieszkam dwa kroki stąd! – Wydaje się zirytowana, że jej wytknąłem, że nie pasuje do tego miejsca.

Parskam śmiechem.

– Nie sądzę. Gdyby tak było, raczej bym cię kojarzył.

– Ponieważ znasz wszystkich mieszkańców tej okolicy? – Mierzy mnie wzrokiem. Ale, jeśli chcecie wiedzieć, to spojrzenie jest nieco zbyt pieszczotliwe.

– Wszystkie ślicznotki.

– W to nie wątpię. Pewna z imienia i nazwiska. O drugie imię też pytasz?

– Używam pieszczotliwych zdrobnień. – Choć usta mi drżą z powstrzymywanego śmiechu, puszczam do niej oko. – A te się zmieniają, w miarę jak przechodzimy od gry wstępnej do akcji. Szepczemy je sobie do uszka.

Trochę się jeży, a ja się zastanawiam, czy jest tak samo zepsuta, co bogata. Ciekawe, czy w łóżku jest grzeczna i porządna, czy ostra i nieokiełznana. Podnosi podbródek odrobinę wyżej.

– Samochód już jedzie – wyjaśnia, skromnie przygładzając rękami garsonkę.

– Mam całą noc – rzucam swobodnie, krzyżując ramiona na piersi.

– Ja też – mówi od niechcenia.

– Właśnie to chciałem usłyszeć. – Uśmiecham się. – Lubię cierpliwe kobiety. Mam pewność, że nie będą mnie popędzać, kiedy się wezmę do rzeczy.

Parska sarkastycznym śmiechem.

– Och… dlaczego miałoby mi się spieszyć, skoro stoję na rogu… Przypomnij, gdzie właściwie jesteśmy? Z mężczyzną, którego nigdy wcześniej nie widziałam, dopóki nie zdecydowałam się zajrzeć do baru, o którym nigdy wcześniej nie słyszałam?

Śmieję się, po czym wyciągam rękę i poprawiam jej sznurek pereł na szyi.

Widzę, że nagle brak jej tchu, więc szybko cofam dłoń.

– Nikt cię do tego nie zmuszał. A jeśli tak, to powiedz mi, gdzie go znajdę, a zrobię z nim porządek. Jednak na moje oko weszłaś do baru z własnej woli. Nikt nie zaciągnął cię siłą. A jeśli chodzi o mężczyznę, którego nie znasz? To ja, i właśnie jadę z tobą do domu. – Przesuwam kciukiem po jej dolnej wardze. – Ponieważ mnie do tego zmusiłaś. Nadal czekam na wyjaśnienia, kotku.

Przełyka ślinę, odrywa oczy od moich bicepsów i przygryza usta.

– Okej, ale w międzyczasie mam do ciebie kilka pytań.

– Na przykład?

– Na przykład dlaczego dla kilku dolców wyskakujesz z samolotu?

– Dla kilku dolców? Panieneczko, pięć stów to nie kilka dolców. Rozumiem, że komuś takiemu jak ty kilka stów w tę czy we w tę nie robi większej różnicy, ale dla większości z nas pięć stów to kupa kasy. – Wskazuję podbródkiem na jej stopy. – Założę się, że pięć stów nie starczyłoby nawet na jednego takiego buta.

Nie odpowiada, jakby powoływała się na piątą poprawkę. Przygryza dolną wargę.

Do cholery, dlaczego to ja tak bardzo chciałbym ją przygryźć?

Przesuwam ręką po karku, postanawiając, że podzielę się z nią czymś, o czym zwykle nie gadam z nieznajomymi. Ale chyba się nie dziwicie, że próbuję jej zaimponować? Laska jest gorąca. A ja pragnę poczuć ją pod sobą w łóżku tak bardzo, jak przed chwilą chciałem żywcem rozerwać tamtych dwóch gości.

– Widzisz… na moim kanale zaczęli się pojawiać reklamodawcy, ale trudno jest wynegocjować dobrą cenę. Więc muszę przyciągać uwagę. Odsłony i followersi. Zaproponują mi więcej, jeśli moje statystyki pójdą w górę.

Mam wrażenie, że patrzy na mnie z nowym zainteresowaniem, jakby się nie spodziewała, że taki osiłek może mieć odrobinę oleju w głowie.

– To jak? Masz zamiar dać mi więcej? – pytam. Nie jestem pewny, czy chodzi jej o coś innego, czy naprawdę o pieprzenie. A przecież nie wziąłbym za to od niej ani centa. Jestem tylko ciekawy, czego ona właściwie ode mnie chce. A może ma na myśli prawdziwy interes, z rodzaju tych, które ludzie ubijają za zamkniętymi drzwiami, gdy w grę wchodzi mnóstwo pieniędzy.

Zastanawiam się, czy często ogląda mój kanał. Postanowiła mnie odszukać, bo wie, że nikt tak nie wymiata jak Jimmy Rowan?

Elizabeth kiwa głową, po czym – całkiem jakby jej myśli odpływały w równie niegrzeczne rejony, co moje – ślicznie się rumieni.

– Najprawdopodobniej tak. Jeśli zaakceptujesz moje warunki.

Obok nas zatrzymuje się samochód, wysiada z niego kierowca.

– Panna Banks?

– Tak – mówi i zaprasza mnie gestem do czarnego lexusa, jednocześnie próbując ukryć rumieniec.

Robię się jeszcze twardszy na samą myśl o tym, że będę ją miał tylko dla siebie na tylnym siedzeniu.

Dokładnie w tym momencie mnie olśniło. Już wiem, kim jest to ucieleśnienie męskich fantazji! Czy to mnie powstrzyma?

Do cholery, nie!

Kobieta z misją

♥ ♥ ♥

Elizabeth

Dalsza część dostępna w wersji pełnej

Spis treści:

Okładka
Karta tytułowa
Jedyny mężczyzna na sali
Mężczyzna idealny
Kobieta z misją
Nieznajomy na mojej kanapie
Przepis na dżentelmena
Pierwszy dzień reszty życia
Dzień w spa
Bar „U Tima”
Obiecanki cacanki
YouTube
Przebieranki
Etykieta przy stole
Za kółkiem
Telefon do przyjaciółki
Szczęście – gdy okazja spotyka się z przygotowaniem
Dom
Przed obiektywem
Światła wielkiego miasta
Zachodnie Wybrzeże
Kolacja
James Rowan
Kolacja pod chmurką
Nie ma jak w domu
Złoty chłopiec

TYTUŁ ORYGINAŁU:

Million Dollar Devil

Redaktorka prowadząca: Joanna Pawłowska

Wydawczyni: Joanna Pawłowska

Redakcja: Magdalena Kawka

Korekta: Małgorzata Denys

Projekt okładki: Letitia Hasser

Zdjęcie na okładce: © Wander Aguiar

Copyright © 2019 Million Dollar Devil by Katy Evans

Copyright © 2021 for the Polish edition by Niegrzeczne Książki

an imprint of Wydawnictwo Kobiece Łukasz Kierus

Copyright © for the Polish translation by Gabriela Iwasyk, 2021

Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.

Wydanie elektroniczne

Białystok 2021

ISBN 978-83-67069-86-1

Bądź na bieżąco i śledź nasze wydawnictwo na Facebooku:

www.facebook.com/kobiece

Wydawnictwo Kobiece

E-mail: [email protected]

Pełna oferta wydawnictwa jest dostępna na stronie

www.wydawnictwokobiece.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Rek