Miłość z nutą imbiru - Agnieszka Olejnik - ebook
Opis

 

Ewa wreszcie odnalazła szczęście, lecz nadal marzy o najprostszych rzeczach, takich jak codzienne zasypianie u boku ukochanego. Andrzej nie jest z nią całkiem szczery, co sprawia, że oboje oddalają się od siebie. Ewa martwi się także o swą skrytą córkę – kiedy zawodzą próby przeprowadzenia szczerej rozmowy, pozostaje jej potajemne śledzenie bloga Klaudii.

Czy Ewa i Andrzej zawalczą o swój związek, kiedy na horyzoncie pojawi się ktoś inny? Czy Klaudia wsłucha się we własne pragnienia i odnajdzie prawdziwą siebie? Bohaterowie Miłości z nutą imbiru muszą sprostać codziennym wyzwaniom, otworzyć się na drugiego człowieka, a niekiedy przyznać się do popełnionego błędu…

Agnieszka Olejnik zaprasza nas do świata, w którym nie zawsze możemy znaleźć prosty kontrast czerni i bieli. Prawdziwe, przejmujące emocje, które zna każdy z nas – bo życie zazwyczaj ma smak słodko-gorzki, ze szczyptą imbiru.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 450

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Copyright © Agnieszka Olejnik, 2016

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2016

Redaktor prowadząca: Magdalena Genow-Jopek

Redakcja: Malwina Błażejczak

Korekta: Magdalena Wójcik

Projekt okładki i stron tytułowych: Katarzyna Borkowska

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Maciej Majchrzak

Fotografie na okładce:

fotolia.com/ Syda Productions

fotolia.com/photocrew

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

Wydanie elektroniczne 2016

eISBN 978-83-7976-491-4

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

[email protected]

www.czwartastrona.pl

Październik

Wprzytulnej, niedawno wyremontowanej i urządzonej w stylu prowansalskim kuchni unosił się zapach świeżo upieczonego chleba na zakwasie. Za oknem zapadła ciemność, tylko przejeżdżające od czasu do czasu samochody omiatały ulicę snopem światła.

– Czy wiesz, że to już prawie dwa lata?– zapytał Andrzej, wtulając nos w ucho Ewy.

– Co takiego?– nie zrozumiała.

Miksowała właśnie bób na pastę do pieczywa. Robot kuchenny zagłuszał słowa, więc wyłączyła go na chwilę.

– Niedługo miną dwa lata, odkąd się poznaliśmy.

Andrzej objął ją ciaśniej, przesunął dłonie na piersi. Ewa zamknęła oczy i pozwoliła, żeby jeszcze przez chwilę całował ją i szeptał do ucha, na co miałby ochotę zamiast kolacji. Wreszcie westchnęła i stanowczym ruchem zdjęła jego ręce ze swojego biustu.

– Nawet o tym nie myśl. Klaudia powinna już być z powrotem– powiedziała.– Nie lubię, kiedy się tak spóźnia.

– Ewuś, twoja córka to już prawie dorosła kobieta.

– Jasne. Gdybyś słyszał, jak opowiada o zabawach z Igorem, powiedziałbyś, że jest małą dziewczynką zamkniętą w prawie dorosłym ciele.

Andrzej uśmiechnął się i delikatnie odwrócił Ewę twarzą w swoją stronę. Ucałował rysujące się w kącikach oczu kurzełapki.

– Ty też niekiedy bywasz małą dziewczynką. A ja bywam chłopcem w krótkich spodenkach. Chcesz, żebym po nią pojechał?

– Nie, obraziłaby się. Przerwałbyś jej randkę.

– Rozumiem. Czyli już jesteś pewna, że kogoś ma?

– Ma to za dużo powiedziane. Powiedzmy, że się zaleca.

– Zaleca. Jakie to romantyczne i staroświeckie.

– No, nie wiem.– Ewa roześmiała się, ale w tym śmiechu dała się słyszeć gorzka nuta.– Nasze prababki powiedziałyby pewnie coś zupełnie przeciwnego. Nastoletnie dziewczęta przechadzające się po parku, jedna drugą usiłuje przytulić, pocałować… To jest według ciebie staroświeckie?

– Kochanie?

– Słucham.

– Ty wcale się z tym nie pogodziłaś, prawda?

Ewa rozpłakała się tak nagle, jakby te łzy przez cały czas zbierały się pod powierzchnią, tylko czekając na ujście.

– Nie– wyszeptała.– W każdym razie nie do końca. Udaję, żeby Klaudii było łatwiej, przecież widzę, jakie to dla niej ważne. Ale nie do końca. Czy w ogóle można zaakceptować fakt, że twoje dziecko jest kimś, kim samo nie chciałoby być? Przecież homoseksualizm nie jest wyborem, stanowi coś… jakby wyrok. Tak okropnie się o nią boję.

Andrzej nie odpowiedział. Tulił Ewę i kołysał delikatnie, pozwolił się wypłakać i uspokoić oddech, jednocześnie myśląc o tym, że– mimo swojego braku uprzedzeń– chybaniezniósłby widoku własnego syna całującego innego chłopca.

– Zostaniesz dzisiaj?– zapytała nagle Ewa, jeszcze przez łzy.

– Co takiego?

– Zostań na noc. Jeszcze nigdy nie obudziłam się obok ciebie.

Pocałował ją i otarł kciukami jeszcze mokre policzki.

– Nie mogę– skłamał.– Sławek może wrócić w każdej chwili. Umówiliśmy się, że jakby coś nie grało, to po prostu mama Oskara go odwiezie. Muszę być w domu.

Po kolacji– złożonej z sałatki z mieszanych warzyw oraz jeszcze ciepłego żytniego chleba posmarowanego aksamitną pastą z bobu– Andrzej wracał do domu z ciężkim sercem. Ostatnie miesiące nie przyniosły zmian, na które po cichu liczył, kiedy wracał do Polski na stałe. Z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień czuł się coraz bardziej sfrustrowany, rozczarowany i zagubiony.

Nie wysiadł od razu z samochodu, pozostał w ciemności na parkingu przed domem, patrząc na sylwetki jałowców kołyszących się na wietrze. Pamiętał dzień, w którym jako młody żonkoś sadził je wraz z matką– sięgały wówczas do kolan. Teraz wprawdzie urosły, ale straciły urodę, zrobiły się rzadkie i łyse od dołu, a on nie miał pojęcia, czego im brakuje; pewnie jakiegoś nawozu. Mama by wiedziała.

Oparł ręce na kierownicy i pochylił głowę; usiłował się uspokoić. Sławka nie było w domu, nocował u kolegi, a Andrzej poczuł nagle, że nie czuje się na siłach iść do domu i spędzić nocy w towarzystwie żony. Nie po tym wszystkim, co się między nimi wydarzyło.

Nie powiedział Ewie, że Żaneta wróciła. Nie miał odwagi. Układał sobie w wyobraźni tę rozmowę, dobierał słowa. Kochanie, słuchaj, nie jestem już sam, żona zdecydowała się jednak wrócić z Anglii i wiesz, taki drobiazg, nie zgadza się na rozwód… Twierdzi, że chce spróbować terapii małżeńskiej, że kocha mnie i syna… Oboje wiemy doskonale, o co chodzi– odkryła, że nie zarobi na siebie tyle, aby żyć na poziomie, do jakiego przywykła. Amężczyzn gotowych ją utrzymywać nie ma znowu tak wielu…

Odkąd dzięki Ewie zrozumiał, jak powinna wyglądać bliskość między ludźmi, znosił obecność Żanety coraz gorzej. Nie umiał już rozmawiać z nią normalnie– przechodzili od cichych dni do krzyku, ale nigdy nie było nic pośrodku. Najpierw wiosną ubiegłego roku, kiedy wróciła po swojej ucieczce z kochankiem i nie raczyła niczego wyjaśnić, tylko po prostu wprowadziła się z powrotem. Później, gdy uparła się, żeby jechać z mężem i synem do Anglii i tam zacząć wszystko od nowa. Tamtego koszmarnego lata umierał z tęsknoty za Ewą, ale dla dobra dziecka wytrzymywał, usiłował stworzyć fikcję małżeństwa, które jeszcze się da uratować.

Żanecie spodobało się w Anglii tak bardzo, że nawet gdy już stało się jasne, jak zły był to pomysł, jak bardzo nic z ich wspólnego życia nie będzie– postanowiła zostać na Wyspach. Znalazła pracę, wprawdzie znacznie poniżej swoich aspiracji (składała kartonowe pudełka), ale dało się z tego wyżyć. Powiedziała, że nie wróci, w każdym razie póki jeszcze jakoś sobie radzi. Radziła sobie przez ponad rok.

Andrzej ze Sławkiem pożegnali się z Wielką Brytanią bez żalu. Wrócili do Polski i wszystko zaczęło się układać. Wciąż mieszkali w dużym domu, który Wójcikowie kupili przed laty, zaraz po wyjeździe Andrzeja do Anglii. Wówczas wydawał się w sam raz, zwłaszcza że sprowadzili się do nich rodzice Andrzeja– ale teraz zrobiło się trochę pusto w tym nadmiarze przestrzeni. Mimo to Sławek nie narzekał, a jego ojciec chyba po cichu liczył na to, że pewnego dnia do tych murów wróci kobiece ciepło– że Ewa zgodzi się z nimi zamieszkać.

Poprzedniego dnia obudził się nad ranem i od razu poczuł, że coś jest nie tak. Odruchowo zajrzał do pokoju Sławka, ale przypomniał sobie, że chłopiec spędza długi weekend u kolegi. Andrzej zszedł do salonu i już wiedział. Nie, nie rzuciła na sofę żadnej kiecki, nie zostawiła toreb w holu. Na pozór nic się nie zmieniło. Ale on wyczuł waniliowy zapach jej perfum i natychmiast zaczęło go ściskać w gardle. Jeszcze tylko sprawdził w szafie w wiatrołapie– tak, nie mylił się, płaszcz Żanety wisiał na wieszaku, jakby nigdy go tam nie brakowało.

Czym prędzej zrobił sobie kanapki, wypił kawę i wyszedł dopracy. Wprawdzie robotę zaczynał o ósmej, ale wolał błąkać się po jakimś supermarkecie, niż spotkać swoją żonę. Dobrze, że w szkole było wolne z powodu Dnia Nauczyciela– Sławek wróci do domu dopiero w niedzielę.

Jednoosobowa firma budowlana Andrzeja nie narzekała na brak zleceń. W tej chwili remontował kuchnię pewnej staruszce mieszkającej na Jeżycach. Starsza pani okazała się przesympatyczna, za to jej syn– który płacił i wymagał– to był kawał cwanego gnojka. Andrzej widywał takich dość często: upodobania matki się nie liczyły, najwyraźniej synalek odliczał tylko dni do jej śmierci, a mieszkanie szykował dla siebie albo może na sprzedaż. Kiedy babcia nieśmiało zasugerowała, że nie rozumie, jak działa kuchenka indukcyjna i wolałaby zwykłą gazową, syn odwarknął, że jak jej się nie podoba, to zawsze może jadać w barze. Starsza pani przełknęła łzy i z uśmiechem na pomarszczonej twarzy zaproponowała Andrzejowi herbatę z pigwą.

Wtedy, w piątek, prosto z pracy pojechał do Ewy, żeby odwlec moment, w którym spotka się z Żanetą. Wieczorem jednak trzeba było wreszcie stanąć twarzą w twarz z wiarołomną żoną. Wysłuchał jej spokojnie: nie przerywał, kiedy perorowała, że to małżeństwo jeszcze można uratować, a w ogóle to wszystkiemu winien był on, ze swoją zimną obojętnością, wiecznie nieobecny, bo przecież łatwiej było czmychnąć na Wyspy i pławić się w wygodnym, łatwym życiu, kiedy ona tu użerała się z teściową i dzieckiem. Wygodne i łatwe życie, podobnie jak pławienie się, zniósł jakoś, choć natychmiast przypomniał mu się ból karku i zdarty do krwi naskórek palców, kiedy pokrywał gładzią i szlifował sufity bogatym Anglikom. Nie wytrzymał dopiero przy użeraniu się z teściową, czyli jego nieżyjącą już mamą. Po prostu wyszedł z kuchni, z impetem trzasnąwszy drzwiami, żeby sobie choć trochę ulżyć. Zamknął się w łazience i siedział tam, dopóki Żaneta nie przestała się kręcić po domu.

Wiedział, że dziś czeka go ciąg dalszy. Westchnął, na wszelki wypadek wyciszył komórkę, żeby nic nie przeszkodziło mu w tej rozmowie, i wcisnął guzik pilota, by otworzyć bramęgarażu.

Klaudia wracała ze spotkania z Paulą zmarznięta i smutna. Czuła, że nic nie idzie tak, jak powinno. Naczytała się w swoim nastoletnim życiu książek o miłości– wprawdzie nie homoseksualnej, ale to chyba na jedno wychodzi. Uczucia w tych wszystkich opowieściach były subtelne i delikatne. Wszystko zaczynało się od tego, że zakochanym drżały dłonie i spragnione pocałunków wargi, że chcieli się poznać, rozmawiać, patrzeć na siebie godzinami i słuchać razem ulubionych piosenek.

Tymczasem z Paulą było inaczej. Kiedy Klaudia odważyła się wreszcie, by delikatnie dotknąć jej palców, tamta nagle przyciągnęła ją do siebie za kurtkę i wessała się gwałtownie w jej usta, aż zabolało. Ten pocałunek– pierwszy w życiu Klaudii– nie był subtelny ani delikatny. Jeśli zakręciło jej się w głowie, to z braku powietrza, nie od emocji. Język Pauli miał gorzkawy smak, pewnie dlatego, że dziewczyna paliła papierosy. Poza tym tak mocno wciskała nogę między uda Klaudii, jakby zamierzała ją w tym parku zgwałcić.

Nie, to wszystko nie tak. Nie czuję tego, co powinnam czuć, powtarzała sobie dziewczyna, powstrzymując łzy. Czyżbym się myliła? Może wcale nie jestem lesbijką, może tamta historia ze szczenięcą miłością do Kariny to była jakaś kolosalna pomyłka, zadurzenie wynikające z tego, że w ogóle byłam wtedy zagubiona, jak szczeniak, który zabłądził i nie umie wrócić do ciepłego legowiska, do mamy. Tak było, przecież wydawało mi się, że nikt na mnie nigdzie nie czeka, że już nie mam dokąd wracać.

Więc co powinna teraz zrobić? Iść do jakiegoś psychologa, jak sugerowała matka? A może jednak dać szansę tej znajomości– wszak podkochiwała się w Pauli od dawna, poznały się przed rokiem na grupie wsparcia dla homoseksualistów i po wielu miesiącach nieśmiałych spojrzeń Klaudia odważyła się wreszcie zaprosić obiekt swoich westchnień na randkę… Teraz miałaby zrezygnować tylko dlatego, że pierwsze spotkanie nie poszło tak, jak sobie to wymarzyła?

Chciałaby z kimś o tym porozmawiać– z kimś, kto już przeszedł przez te wszystkie rozterki, kto umiałby się połapać w zawiłościach ludzkich uczuć. Mama? Mama jest kochana, ale nie zrozumie. Będzie tylko udawała, że akceptuje cały ten homoseksualizm, ale potem znów delikatnie zasugeruje spotkanie z psychologiem. Najgorsze, że może mieć rację, może rzeczywiście Klaudia potrzebuje pomocy specjalisty. Ta powracająca myśl wcale nie poprawiała jej samopoczucia.

Kiedy dziewczyna weszła do domu i owionął ją znajomy zapach świeżo upieczonego żytniego chleba, przez moment poczuła się bezbronna. Żeby się nie rozkleić przy matce, natychmiast przebrała się w coś wygodniejszego i zrobiła szybką rozgrzewkę, po czym zaczęła się znęcać nad swoimi pośladkami i mięśniami brzucha. Znęcaćsię i pastwić to były żartobliwe określenia Pauli, która nie lubiła aktywności fizycznej. Klaudia z kolei uwielbiała ćwiczenia, a ból mięśni był teraz dla niej tym, czym jeszcze dwa lata temu– samookaleczanie. Pozwalał na rozładowanie napięcia i opanowanie strachu przed światem.

Mama zajrzała do jej pokoju.

– Jak było?

– Faj-nie– wystękała Klaudia w rytm wymachów nogą.

Pośladek napinał się jak kamień. Więcej, mocniej, jeszcze.

– Zrobiłam świeżą pastę z bobu. I chleb jest jeszcze ciepły.

– Uhm.

– No dobra, widzę, że teraz nie pogadamy.

Mama wyszła. I bardzo dobrze, pomyślała Klaudia. Nie miała ochoty na zwierzenia.

Po skończonym treningu poszła pod prysznic. Długo zmywała z siebie pot, zmęczenie i niesmak po nieudanej randce. Potem opatuliła się szlafrokiem i w wielkich puchatych kapciach poczłapała do kuchni. Kiedy nakładała sobie na kromkę chleba zielone smarowidło, uderzyło ją, jak cicho jest w domu. Mama sprawdzała jakieś kartkówki w swoim pokoju, w pozostałych pomieszczeniach wiało pustką. Półmrok, chłód i smutek– tak to odczuła Klaudia. Co z tego, że mama zrobiła remont, urządziła wszystko po swojemu– bibeloty, kwiatuszki i pastele. Co z tego, skoro w domu jest pusto? Klaudia zatęskniła za ojcem i przez chwilę myślała, jak fajnie byłoby mieszkać z nim, mieć na co dzień małego Igorka. Szybko jednak zawstydziła się, że w ogóle o tym pomyślała. Przecież mama zostałaby wtedy całkiem sama.

Wzięła sobie kubek z herbatą do pokoju, włączyła komputer i właśnie zamierzała pozwierzać się światu na blogu, ale wyskoczyła jej ikonka nowej wiadomości na Facebooku. ToPaula.

Cześć. Co robiłaś tak długo?

Klaudia musiała chwilę odczekać, bo serce zaczęło jej bić jak oszalałe.

Pastwiłam się i znęcałam.

Nad czym?

Głównie nad pupą. I trochę nad brzuchem. Potem prysznic, kolacja, no i jestem.

Pupa? Brzmi interesująco. Kiedy zobaczę z bliska efekty?

Klaudia zawahała się. Co powinna odpisać, jak zareagować? Przecież to zapewne wygłupy.

Nie ma na co patrzeć– odpowiedziała.– Jeszcze ze dwa lata ćwiczeń iwtedy będzie rekordowa.

Dla mnie już jest świetna. Mam wielką ochotę na twój tyłeczek.

Nie była gotowa na takie rozmowy. Nie chciała tego. Była zakochana, tak lirycznie, niewinnie– i teraz czuła, że ktoś próbuje tę jej niewinność podeptać. A jednak oddech jej przyspieszył, policzki paliły i Klaudia zupełnie nic nie mogła poradzić na zdradliwe ciepło, które pojawiło się w dole brzucha. Wstała i zamknęła drzwi do pokoju na klucz, a potem wróciła do komputera.

Niedziela wstała pochmurna, jakby cały świat podzielał nastrój Andrzeja. Bolała go głowa i czuł się rozbity. Budząc się, zdał sobie sprawę, że nie chce otwierać oczu, ale powieki rozchyliły się same, gdy tylko wróciło wspomnienie wczorajszej rozmowy z żoną.

– Gdzie byłeś tak długo?– zapytała słodko, kiedy wszedł i zdjął kurtkę.

Jakby nic nie zaszło; jakby byli zgodnym małżeństwem, które z jakichś kompletnie nieistotnych powodów spędziło ostatni rok osobno.

– Przecież pracuję– mruknął.

– Tak?– ucieszyła się.– A dużo masz zleceń?

Niechętnie musiał przyznać, że Żaneta ma prawo o to pytać. Jakkolwiek na to patrzeć, wciąż byli małżeństwem, a to oznaczało wspólnotę majątkową. Mieli wspólny dom, rachunki, no i syna.

– Dużo– odparł.– Teraz kuchnia na Jeżycach, a potem będę robił cały dom na Górczynie. Akurat robota do wiosny.

– Świetnie. Ja też szukam. Dzisiaj byłam w tym studiu fitness, ale na razie nic dla mnie nie mają.

Andrzej nie odpowiedział, poszedł do kuchni, żeby usmażyć sobie jajecznicę. Zastanawiał się, do czego zmierza ta rozmowa.

– Upiekłam boczek w majeranku– zaszemrał głos tuż obok jego ramienia.

Wzdrygnął się. Nawet nie zauważył, że przyszła za nim. Upiekła boczek? Poczuł się prawie tak, jakby namawiała go do zdrady. Wprawdzie tylko przy wspólnych posiłkach z Ewą przestrzegał jej zasad żywieniowych– w domu pozwalali sobie ze Sławkiem na pizzę, zapiekanki, pieczonego kurczaka i zawiesiste sosy– ale to było coś zupełnie innego. To była potrawa przyrządzona przez jego żonę po to, by ona mogła osiągnąć jakiś cel.

– Nie mam ochoty– mruknął słabo i odwrócił się, żeby pokroić cebulę do jajecznicy.

Żaneta otworzyła piekarnik, a z jego wnętrza buchnął taki zapach, że Andrzejowi zmiękły kolana.

– Chociaż kawałek– powiedziała.– Zobacz, jest wyjątkowo chudy, ale soczysty. Tak tęskniłam… za domowym jedzeniem.

Walczył ze sobą jeszcze chwilę, choć wiedział już, że przegra. Po tych wszystkich wegańskich wynalazkach Ewy zdarzało mu się rzucać na mięso i opychać bez opanowania.

Bez słowa wziął z szafki talerz i zamierzał nałożyć sobie plaster cudownie zrumienionego pieczystego, ale żona go ubiegła. Kiedy jadł, usiadła naprzeciwko i patrzyła. Zupełnie jak w pierwszych dniach ich małżeństwa. Drażniła go, ale nie mógł tak po prostu powiedzieć, żeby sobie poszła. Czuł się okropnie. Miał poczucie winy, że je ten boczek.

Dopiero kiedy przełknął ostatni kęs, Żaneta zaczęła mówić. Andrzej nie był w stanie jej przerwać. Nie tylko powtórzyła to, co powiedziała już w piątkowy wieczór, ale dodała też kilka nowości: że się zmieniła, dorosła i dojrzała do zmian. Teraz rozumie, jakie popełniała błędy i jaką wartością jest rodzina. Będzie walczyć. Była na takim jednym spotkaniu i wiele rzeczy zrozumiała. Co to za spotkanie, chciał wiedzieć Andrzej, niby gdzie na nim była. Odparła, że w Londynie, i uprzedziła jego pytanie, czy na pewno dobrze wszystko zrozumiała, bo przecież jej angielski wciąż jest bardzo nieporadny. Po polsku. Spotkanie było po polsku, to był jakiś polski terapeuta, właściwie on organizuje te wykłady dla imigrantów, ale oprócz tego, że mówił o szoku kulturowym i tęsknocie za ojczyzną, to też o rodzinie.

Andrzej miał złe sny po tej rozmowie (albo raczej przemowie, bo sam niewiele mówił), a teraz, rankiem, czuł się jak ciężko skacowany alkoholik. Alkoholikiem był, to fakt, tyle że nie pijącym. A uczucie podobne do kaca mógł mieć po tym tłustym mięsie... Albo był to kac moralny. Choć przecież właściwie niezrobił nic złego.

Wstał, przeciągnął się, zrobił parę pompek i brzuszków, schował pościel i poszedł do kuchni, żeby zaparzyć sobie mocnej kawy. Co to Żaneta wczoraj mówiła? Że już sobie znalazła psychologa. Ustawienia hellingerowskie czy jakoś tak. Bo tamten terapeuta jej powiedział, że ona ciągle jest połamana po swoim paskudnym dzieciństwie i dopóki tego nie załatwi, nie zaleczy tamtych ran, to nic jej się nie uda, niczego nie zbuduje.

Andrzej usiadł z kawą przy oknie i zapatrzył się na ciężkie, ołowiane chmury, które wiatr gnał tak nisko, że zdawały się szorować stalowymi brzuchami o wierzchołki drzew. W zasadzie niewiele wiedział o młodości swojej żony. Kiedy byli jeszcze zakochani, tuż przed ślubem i zaraz po nim, Żaneta nie chciała opowiadać o sobie. Wiedział tylko, że skończyła liceum i zaraz prysnęła z domu. Pracowała trochę jako sekretarka. Przeżyła jakąś wielką miłość, ale wyszła z niej strasznie poraniona (Andrzej podejrzewał, że wplątała się po prostu w romans z szefem, ale ona nigdy nie chciała się zwierzać). Powiedziała tylko, że pierwsze zarobione pieniądze wydała na ciuchy i kosmetyki, a potem zaczęła zbierać na wymarzoną wycieczkę zagraniczną. Właśnie podczas tej wycieczki, we Francji, gdzie Andrzej pracował w winnicy, poznali się i wpadli sobie w oko– oboje opaleni i ładni, młodzi (choć on sporo starszy, ale wtedy ta różnica była nieistotna), oboje dążący dorealizacji jakichś celów, z których nikomu nie mieli potrzeby się zwierzać.

Teraz, po raz pierwszy zastanawiając się nad tym głębiej, doszedł do wniosku, iż nigdy nie było między nimi prawdziwej bliskości. O tym, że taka bliskość może w ogóle istnieć, przekonał się dopiero w związku z Ewą. I nie chodziło mu wcale o miłość fizyczną, chociaż ten aspekt był przecież równie ważny. Ale nie– tu szło o coś więcej: o takie poczucie jedności, że człowiek miał wrażenie, jakby to drugie znało jego myśli. I nic już nie trzeba było ukrywać, niczego się wstydzić: każda sprawa stawała się wspólna. Można było mówić, co się pomyślało, ale właściwie nie trzeba było tego robić, ponieważ ta druga połówka i tak czuła to samo.

Czy ta bliskość istniała naprawdę, czy tylko stanowiła jego pobożne życzenie? Andrzej sam nie wiedział. Wiedział jedynie, że nigdy z nikim nie było mu tak dobrze, tak bezpiecznie. Że Ewa– oprócz tego, że miała w sobie coś z jego już nieżyjącej mamy– wyzwalała w nim tkliwość i chęć otaczania jej opieką, choć przecież podziwiał jej wewnętrzną siłę i w głębi duszy czuł, że ona nijakiej pomocy od niego nie potrzebuje. A jednak potrafiła czasem zagrać dla niego rolę słabej kobietki, żeby poczuł się bardziej męski, odważny, silny i bardzo potrzebny. Dzięki niej chciał stać się lepszym człowiekiem. Była mądra. Zwyczajnie, po ludzku dobra i mądra.

Do tej pory zawsze myślał, że Żaneta– dokładnie przez przeciwieństwo– była tą głupią i złą. Łatwo było ją tak sklasyfikować, bo to rozgrzeszało go ze wszystkiego. Tego ranka, dmuchając w kubek z kawą, po raz pierwszy przyszło mu dogłowy, że może się mylić i że nie znajdzie tu prostego kontrastu bieli i czerni.

We wszystkim, co dotąd robił, kierował się bardzo prostymi zasadami: pozostać przyzwoitym facetem, utrzymać rodzinę i być dobrym ojcem; nie tylko dlatego, że tak kochał Sławka (bo przecież kochał), ale także z tego powodu, że dzięki temu pozbywał się wyrzutów sumienia. A wyrzuty Andrzej miał, owszem. Ich najważniejsze źródło stanowił fakt, że wyjechał za granicę, zostawiając żonę i dziecko. I że nie wrócił, kiedy umarła matka– ukochana babcia Sławka.

Tak, za to drugie miał do siebie szczególne pretensje. Przecież wiedział, jaką zimną osobą jest Żaneta, jak surowo wychowuje chłopca. O ile w ogóle w tym przypadku można było użyć słowa wychowuje. Raczej chowa. Traktowała syna chłodno i surowo, nie usiłowała na niego wpłynąć, nazywała tylko fakty: mamy nieznośne dziecko. Ale jedyną reakcją, jaka przychodziła jej do głowy, było karcenie.

Może sama była wychowywana właśnie w ten sposób? Jej rodzice mieszkali pod ukraińską granicą, Andrzej pamiętał tylko, że jedzie się pociągiem aż do Przemyśla, a potem jeszcze kawałek pekaesem, ale nigdy nie pojechali w odwiedziny, bo Żaneta nie chciała. Teściów zupełnie nie znał– na ślub przyjechała jedynie matka Żanety, bez męża, ponieważ ktoś musiał zostać i pilnować gospodarstwa, a zresztą to był ojczym, a nie ojciec, więc Andrzej wytłumaczył sobie, że pewnie nie było między nimi specjalnej więzi. Teraz to wszystko wydało mu się nagle piekielnie istotne, tyle że było już za późno–cokolwiek stało się w dzieciństwie jego żony i jakkolwiek ją topoharatało emocjonalnie, mleko już się rozlało: miłości w tym małżeństwie od dawna nie ma i nie będzie.

Ewa wypuściła Cohena do ogrodu, żeby się załatwił i zgodnie ze swymi zwyczajami obwąchał wszystkie zakamarki w poszukiwaniu nornic. Pogoda była paskudna, więc na długi spacer się nie zanosiło. Może później, obiecała mu, a on pomachał ogonem, jakby zrozumiał.

Martwiła się. Wyraźnie widziała, że z Klaudią dzieje się coś niepokojącego. Tłumaczyła sobie, że dziewczyna jest zakochana, zresztą przecież Ewa wiedziała o tym od prawie roku–odkąd przeczytała na blogu córki wyznanie walentynkowe. A jaka bywa miłość, każdy wie. Czasem pełnia szczęścia, a czasem otchłań rozpaczy. Tym bardziej, kiedy się ma naście lat.

Ewa nie przyznała się Klaudii, że śledzi jej dziennik internetowy. Trafiła na niego przypadkiem, kiedy jej własny komputer uległ drobnej awarii, a ona musiała przygotować test z fonetyki dla szóstoklasistów. Córki nie było w domu, Ewa nie mogła więc poprosić o pomoc. Po prostu włączyła laptopa Klaudii, a ponieważ nie był chroniony hasłem, otworzyła Worda i opracowała ten test. Potem, bardziej z przyzwyczajenia niż z realnej potrzeby, uruchomiła przeglądarkę, żeby zajrzeć do ulubionych portali informacyjnych. Otworzyła się strona główna Nowa Ja, a Ewa z uśmiechem wspomniała, że to był początkowo jej pomysł na tytuł bloga– zresztą wyśmiany przez córkę. Ostatecznie wtedy, dwa lata temu, Ewa założyła dziennik pod nazwą Nikt mnie nie znajdzie, ale im bardziej prostowało się jej życie osobiste, tym rzadziej miała potrzebę cokolwiek tam publikować. Inaczej niż Klaudia, która pisała tym regularniej, im bardziej odbudowywała się jej pewność siebie.

Do pewnego momentu dziewczyna zajmowała się głównie dietą, zamieszczała jadłospisy i chwaliła się efektami odchudzania. Dopiero od kilku miesięcy zaczęła przebąkiwać o swoim życiu uczuciowym. Dla Ewy, która drżała z matczynego strachu o kruchą równowagę psychiczną córki, wpisy te stanowiły bezcenne źródło wiedzy. Dzięki nim wiedziała, co przeżywa jej skryta, zamknięta w sobie jedynaczka. I choć Ewa odczuwała wyrzuty sumienia, nie zamierzała zrezygnować z możliwości dyskretnego przyglądania się, jak radzi sobie najbliższa jej istota.

– Właściwie jakie wyrzuty sumienia?– prychnęła teraz, biorąc poranny prysznic.– Przecież to jest blog. Ona te swoje uczucia wyznaje publicznie.

Uciszywszy w ten sposób wątpliwości natury etycznej, spłukała z siebie resztę piany i owinęła się wielkim ręcznikiem. Kiedy odcisnęła włosy, stanęła na wadze. Pięćdziesiąt sześć kilogramów. Gdyby zjechała jeszcze ze dwa, byłoby idealnie dla talii i bioder– ale niekoniecznie dla owalu twarzy. W pewnym wieku trzeba wybierać między płaskim brzuchem a młodymi rysami, przypomniała sobie słowa jakiejś znanej aktorki.

Wklepała w twarz krem przeciwzmarszczkowy i opatuliła się szlafrokiem, a potem wpuściła psa, wytarła mu łapy i poszła do kuchni, żeby przygotować niedzielne śniadanie. Wiedziała, że Klaudia pośpi jeszcze trochę, dlatego poprzestała na sałatce owocowej. Coś na ciepło przyrządzą sobie razem, gdy córkawstanie.

Ewa wróciła myślami do swojego ciała, które przed chwilą oglądała w lustrze. Było jeszcze ładne, jędrne– skóra wróciła do dobrej formy po zrzuceniu nadwagi, jedynie na udach pozostało trochę cellulitu, ale Ewa nie odczuwała potrzeby noszenia minispódniczek ani paradowania w bikini. Chciała być ładna i atrakcyjna dla niego– dla Andrzeja. Pragnęła odkryć na nowo miłość fizyczną, przeżywać ją w pełni, bez zahamowań, bez niepotrzebnego wstydu przed obnażeniem najgłębszych pragnień. Czuła się gotowa, znacznie dojrzalsza, niż kiedy wychodziła za mąż, znacznie pewniejsza tego, czego naprawdę chce. A chciała dawać i brać– w równych proporcjach.

Problem w tym, że nie mieli ani kiedy, ani gdzie się kochać. Oboje zapracowani, spotykali się dwa lub trzy razy w tygodniu u Ewy– kiedy Sławek był na treningu. W drugim pokoju uczyła się Klaudia, tegoroczna maturzystka, więc nie czuli się swobodnie. Wieczorem Andrzej musiał wracać do syna. Chociaż Sławek był już w szóstej klasie, nie znosił zostawać sam w pustym domu.

Otym, żeby Ewa odwiedzała Wójcików, w ogóle mowy być nie mogło: utrzymywali swój romans w tajemnicy przed chłopcem. Tak postanowili, biorąc pod uwagę jego skomplikowane relacje z matką i niedawną reakcję na jej związek z innym mężczyzną. Po burzliwych dyskusjach uznali, że przynajmniej takdługo, jak długo Ewa jest wychowawczynią Sławka, chłopak nie powinien się o niczym dowiedzieć.

Początkowo ta konspiracja miała pewien urok– smak tajemnicy, zakazanego owocu i kradzionych życiu chwil czułości. Potem jednak Ewa zaczęła tęsknić za czymś bardziej stabilnym. Nie za kolejnym małżeństwem, Boże broń! Ale za leniwym popołudniem spędzonym w ramionach ukochanego. Za zapachem szarlotki upieczonej wspólnie i zjedzonej bez pośpiechu–bo on musi zaraz wracać do syna. Zamarzyło jej się parzenie porannej kawy dla dwojga, wspólne oglądanie dobrych filmów i czytanie przed snem. Ten moment, kiedy ona, już wykąpana, leży w chłodnej pościeli, a on bierze prysznic, i oboje wiedzą, że za chwilę będą się kochać. Długie spacery z Cohenem, może planowanie wypadów nad morze lub w góry. Nawet zakupy. Chciała móc zapytać Andrzeja, czy ładnie jej w czerwonej sukience, doradzić mu przy wyborze koszuli, wspólnie wybrać warzywa na sałatkę– jednym słowem: naprawdę być razem.

Liczyła na to, że w ten weekend któreś z tych marzeń uda się zrealizować. Wiedziała, że Sławek ma zamiar spać u kolegi, ponieważ słyszała w szkole, jak umawiali się na całonocne rozgrywki w „Osadników z Catanu”. W piątkowy wieczór czekała na słowa Andrzeja, że może zostać– ale te słowa nie padły. Dlatego w sobotę zebrała się na odwagę i poprosiła o wspólną noc. Oczywiście rozumiała, dlaczego odmówił, ale i tak byłojejsmutno.

Zwestchnieniem odstawiła do zmywarki miseczkę po sałatce. Sypnęła psu porcję karmy i poszła na górę, żeby ubrać się w swój ulubiony śliwkowy dres. Potem zabrała się do zadania domowego z angielskiego. Już od prawie dwóch lat chodziła na zajęcia do szkoły językowej. W tym czasie przeskoczyła z poziomu „początkujący” na „średnio zaawansowany”. Jim (jej walijski nauczyciel) twierdził, że teraz bez trudu zdałaby maturę. Ewa z dumą oświadczyła Klaudii, że w takim razie mogą się uczyć razem, zwłaszcza że dziewczynie marzyły się studia za granicą, więc potrzebowała konwersacji– prawda była jednak taka, że matka wciąż nie dorównywała córce w płynnym mówieniu. Z tym jednym miała kłopot.

Dzisiejsze zadanie było interesujące– polegało na tym, żeby domyślić się z kontekstu znaczenia podkreślonych wyrazów. Były to słowa nieistniejące: jakaś „muhahu”, „pitinga” i „bzdinue”. Ewa rozumiała, że celem ćwiczenia było uświadomienie kursantom, jak wiele informacji można znaleźć „między wierszami”– i pokazanie, że nawet nie znając dobrze języka, mogą oni czytać artykuły w prasie albo teksty literackie. Przez chwilę zastanawiała się, jak mogłaby wykorzystać ten pomysł na lekcji języka polskiego, ale już po chwili dała się wciągnąć w intelektualne wyzwanie, zaśmiewając się przy tym serdecznie, ponieważ tekst był bardzo dowcipny.

Kiedy skończyła, odłożyła notatnik do torby, a wówczas jej wzrok padł na wystające z kieszonki wieczne pióro. Drogą skojarzeń jej myśli poszybowały ku przyjaciołom z kursu, ponieważ pióro było prezentem od nich. Stanowili zgraną grupę, od początku urządzali sobie spotkania w knajpkach, ilekroć ktoś z jakiegoś powodu świętował albo chciał się zwierzyć z jakiego problemu. I właśnie dziś był taki dzień– umówili się na spotkanie w Republice Róż (tym razem dziewczyny wybierały lokalizację), bo przecież Jim obchodził urodziny!

Ewa zerwała się z fotela jak oparzona. Zapomniała! Nie kupiła prezentu, nie ułożyła włosów po myciu, nie zaplanowała, w co się ubierze– a przede wszystkim: nie uprzedziła Andrzeja, że nie spędzą razem popołudnia. Kursanci już dawno ustalili, że na spotkania nie przyprowadzają swoich partnerów; tym bardziej że połowę grupy stanowili single.

Spojrzała na zegarek. Czy jest za wcześnie, żeby zadzwonić? Była dopiero ósma. Ewa wiedziała, że Andrzej w dni powszednie wstaje bardzo wcześnie, dlatego uznała, że w niedzielę pozwoli mu dłużej pospać. Zadzwoni nieco później, teraz zaś zabierze się za fryzurę i przygotowanie jakiegoś sensownego zestawu ciuchów.

Wątpliwości

Czy miłość i pożądanie to synonimy? Chyba zawsze byłam przekonana, że tak. Chociaż pewnie nieudolnie dobieram słowa– „synonim” to nie jest dokładnie to, co mam na myśli. Chodzi mi raczej o to, jak bardzo te pojęcia się dopełniają. Miłość oczywiście może istnieć bez pożądania, ale nie biorę teraz pod uwagę tych wszystkich jej uroczych, słitaśnych odcieni: miłości matczynej, ojcowskiej, braterskiej i tak dalej. Mam na myśli miłość romantyczną. Czy onazawsze jest trochę erotyczna? I czy rzeczywiście„trochę”?

Ateraz w drugą stronę. Czy jeśli ktoś mnie pożąda, to znaczy, że kocha? No dobrze, może nie od razu KOCHA, ale– czy się zakochał? Przynajmniej zaczyna się zakochiwać? Czy po tym, że mnie pragnie, mogę rozpoznać, że stałam się dla niego ważna?

Dużo tych „czy…”. Same pytania i ani jednej odpowiedzi. Dlaczego takich rzeczy nie uczą w szkole? Każą nam wkuwać nikomu niepotrzebne wzory chemiczne i nazwy środkówstylistycznych, a nie uczą życia, nie podają instrukcji obsługi miłości.

Aprzecież to, kim się stanę jako człowiek i czy będę szczęśliwa, zależy nie od znajomości wzoru kwasu solnego albo umiejętności rozróżnienia oksymoronu i tautologii–tylko właśnie od tego, czy poradzę sobie z miłością. Czy jej nie przegapię, nie zaniedbam, nie popsuję.

Klaudia wstała od komputera, żeby odebrać telefon. Miała nadzieję, że to Paula, ale nie– dzwonił tata.

– Cześć, kochanie. Wpadniesz do nas na obiad?– zapytał.

Dzisiaj? Przez chwilę miała w głowie gonitwę myśli, usiłowała sobie przypomnieć, na kiedy umówiła się z Paulą.

– Tak– powiedziała wreszcie.– Ale ja gotuję, pamiętaj. Dieta i jeszcze raz dieta.

– Jaka tam dieta– żachnął się tata.– Tania nie przestrzega tych twoich zasad.

– Nie przestrzega?– Klaudia nawet nie próbowała ukryć rozczarowania.– A ćwiczy chociaż?

– Gdzież tam.

Zamilkli oboje. Dziewczynie zrobiło się przykro, że Tatiana, druga żona taty, tak bezceremonialnie ignoruje jej wskazówki, choć przecież nieustannie skarży się, że tak bardzo przytyła.

– No nic, karmi piersią, więc może schudnie– powiedziała wreszcie Klaudia.

– Tak czy owak, czekamy. Podjechać po ciebie?

– Nie, przyjadę rowerem.

– Ale pogoda paskudna, może zacząć padać.

– Tato, dla prawdziwego twardziela taki deszczyk…

– No wiem, wiem– roześmiał się.– Moja krew. W takim razie ubierz się ciepło. Pa.

Dziewczyna patrzyła przez chwilę na telefon. Tata brzmiał jakoś smutno. Może żałował, że związał się z Tatianą– Klaudia w głębi duszy chciała, żeby tak właśnie było. Jak każde dziecko rozwiedzionych rodziców, nosiła w sobie jakieś mściwe pragnienie, żeby mama i tata zeszli się ponownie, a „ta trzecia” i „ten trzeci” poszli sobie jak niepyszni. Było to podświadome, ale niekiedy dochodziło do głosu.

Ajednak ta świadoma, rozsądna część Klaudii życzyła ojcu i Tatianie jak najlepiej. Zwłaszcza odkąd na świecie pojawił się mały Igorek, jej brat przyrodni. Klaudii nigdy nie interesowały dzieci i początkowo nie chciała go nawet wziąć na ręce. Ale po miesiącu, kiedy zaprezentował siostrze swój pierwszy bezzębny uśmiech– zakochała się bez pamięci. Odtąd chętnie go nosiła i brała na kolana, wąchając małą główkę, która pachniała czymś kojarzącym się z najwcześniejszym dzieciństwem. Klaudia chętnie zabierała go na długie spacery, a raz czy dwa nawet przywiozła braciszka do domu, żeby przedstawić go mamie.

Teraz mały już siedział i zaczynał stawać w łóżeczku, sprężynując zabawnie na ugiętych nóżkach i gaworząc przy tym wesoło. Siostra uwielbiała go obserwować. Bywałaby u Tani i ojca częściej, gdyby nie odległość– tata kupił dom aż w Komornikach.

– Myślałam, że jeszcze śpisz.– Odgłos uchylanych drzwi i głos mamy przerwał jej rozmyślania.

– No coś ty, oczy by mi chyba spleśniały.

– To czemu nie przychodzisz na śniadanie?

– Już idę. Tata dzwonił, zaprosił mnie do nich na obiad. Nie masz nic przeciwko?

– Oczywiście, że nie. No chodź już, zrobimy sobie ryż z brokułami.

– Zaraz, tylko zapiszę coś w komputerze.

Mama wyszła, a Klaudia wróciła do przerwanego wpisu na blogu.

Czym właściwie jest takie prawdziwe uczucie?– dopisała jeszcze.–I czy zawsze od razu się wie, że jest prawdziwe?

Potrzebuję pomocy.

Pozdrawiam, Kika

Apotem zamknęła laptop i poszła na dół, aby razem z mamą przyrządzić wegańskie śniadanie. Tylko na obiad jadały białko zwierzęce– pozostałe posiłki i przekąski składały się z produktów roślinnych.

Kiedy Klaudia szykowała się do ojca, mama z obłędem w oczach przeglądała zawartość szafy.

– Ty też gdzieś wychodzisz? Czy może szykujesz się na romantyczną randkę z Andrzejem?

– ZAndrzejem? Nie, nie. Coś nie odbiera telefonu, może ma jakąś przeprawę z synem. A ja… idę na spotkanie z przyjaciółmi, i właśnie kompletnie nie wiem, co na siebie włożyć. Planowałam te czarne rurki z ekoskóry, ale tam jest taki liryczny nastrój, wyglądałabym chyba agresywnie…

– Agdzie idziecie?

– Do Republiki Róż. To ładny lokal, trochę romantyczny.

– Wiem, mamo. Obok jest fajny butik, znam to miejsce. Załóż ten biały sweter z luźnym golfem.

– Myślisz?

– Ado tego spodnie w jodełkę.

– Te popielate?

– Gołębie– poprawiła Klaudia z miną znawczyni.– I botki na obcasie. Delikatny makijaż, żadnej szminki. Dodałabym jakieś srebro, ale tylko jedno: broszka albo kolczyki.

Ewa wpatrywała się w nią jak urzeczona.

– Wiesz co, młoda? Może ty zostaniesz jakąś stylistką?

Klaudia roześmiała się z zadowoleniem, po czym zarzuciła na siebie polar i poszła do piwnicy po rower. Nie miała zamiaru zostać stylistką. Marzyła jej się własna klinika leczenia otyłości, taka ze spa, z siłownią, basenem i salą do ćwiczeń aerobowych, salonem masażu i gabinetem dietetyczki– czyli jej, Klaudii, we własnej osobie.

Tatiana zamknęła się w łazience. Cieszyła się, że Klaudia przyjedzie na obiad– przynajmniej przez chwilę nie będzie trzeba nosić Igora na rękach. Ale z drugiej strony (no właśnie, zawsze była jakaś „druga strona”) znowu zaczną się rozmowy o diecie i ćwiczeniach. A Tania nie chciała już o tym słuchać. Nie chciała patrzeć na siebie ani myśleć o tym, jak teraz wygląda.

Kiedy zostawała sama, bez dziecka– co zdarzało się niezwykle rzadko, bo Mirek ciągle był w pracy (tak, tak, oczywiście– przecież musiał zarobić na ich wygodne życie), płakała rzewnie i nuciła sobie po rosyjsku. Tylko wtedy; raptem raz czy dwa razy w ubiegłym miesiącu, gdy Klaudia zabrała małego na spacer, a on zasnął i nie obudził się nawet, kiedy wrócili do domu. Spał tak długo, że Tatianie mleko spływało strużkami z przepełnionych piersi. Weszła wtedy podprysznic,polewała się ciepłą wodą, nuciła Staryj klion i łkała.

Na co dzień nie pozwalała sobie na płacz. Nie mówiła też o tym, jak bardzo czuje się nieszczęśliwa. W ogóle mówiła coraz mniej. Mirek miał swoje sprawy: spotkania biznesowe, kontrakty. Powinien dobrze wyglądać, mieć śnieżnobiałą koszulę, świeży oddech i starannie wygolony podbródek– gdy tymczasem jego żona musiała jedynie być mleczna i budzić się na każde kwilenie dziecka. Czasem zastanawiała się, kiedy Mirek zacznie ją zdradzać. A może już zaczął? Ta myśl bolała, ale Tania wracała do niej, jak wraca się do drapania swędzącego miejsca po ugryzieniu komara.

Czuła obecność obrzydliwego robala w sercu i doskonale wiedziała, że ów robal to poczucie winy wobec Ewy, byłej żony Mirka. Czy z nią było kiedyś tak samo? Siedziała w domu z dzieckiem, starała się ugotować obiad na czas, prała, prasowała, zawieszała świeże firanki, odkurzała i ścierała kurz z zakamarków, w których właściwie ten kurz nikomu by nie przeszkadzał… a robiąc to wszystko– pomaleńku, niezauważalnie i nieubłaganie przestawała żyć.

Drzwi trzasnęły cicho, widocznie Klaudia już przyszła. Tatiana nasłuchiwała przez chwilę, czy mały się nie obudził, ale na szczęście nie zapłakał. Odkręciła kran, żeby nikt jej nie przeszkadzał. Pomyślą, że się myje, i nie będą zaglądać. Zapragnęła, nie pierwszy raz w ciągu ostatnich miesięcy, zatkać odpływ w umywalce, a potem wsadzić do wody zmęczoną głowę i po prostu się utopić. Przynajmniej by się wreszcie wyspała. A najlepsze byłoby to, że przebudzenie nigdy by nie nadeszło– nie nastąpiłoby to wszystko, co doprowadzało ją do rozpaczy: kolejne karmienie, odbijanie, przewijanie, sprzątanie, spacer, karmienie, odbijanie, przewijanie… I tak bez końca.

Posiedziała chwilę na brzegu wanny, aż wreszcie zakręciła kran i zebrała siły, by wyjść. Przyoblekła twarz w sztuczny uśmiech, bo chciała uniknąć pytań o samopoczucie. Co kogo obchodziły jej bóle brzucha. Jeśli Klaudia znowu zacznie udzielać jej rad dotyczących odżywiania i ruchu, Tania po prostu może nie wytrzymać, zacznie krzyczeć. Już lepiej się uśmiechać. Uśmiech nie prowokuje do udzielania rad.

Igor– jak się okazało– jednak się obudził i przez chwilę Tatiana miała chęć soczyście zakląć. Pewnie, dla nich to drobiazg, wyrwać ze snu dziecko i chwilę nad nim pociumkać, porobić słodkie miny. Ale to matka będzie musiała wyciągnąć pierś i nakarmić wiecznie głodnego malca, to matka przewinie, będzie cierpliwie nosić na rękach, aż mu się odbije, a potem zmieni kaftanik, bo oczywiście dzieciak zafajda go sobie śliną wymieszaną z resztką mleka.

To nie było tak, że go nie kochała. Kochała. Histerycznie. Kiedy po raz pierwszy odkryła u siebie te wszystkie buntownicze myśli, przeraziła się, że właśnie tego jej brak: miłości matczynej. Ale nie. Wystarczyło, że Mirek wziął Igora na spacer i nie wrócił po godzinie, żeby strach zaczął skręcać jejtrzewia. Czuła wręcz zwierzęcą tęsknotę za tym ciepłym ciałkiem, jakby wciąż łączyła ją z nim pępowina.

Zaraz po porodzie miała koszmarne sny. Jeden za drugim, noc w noc. Śniło jej się na przykład, że mały już chodzi, choć jest taki maleńki– pomarszczony, czerwony na buzi noworodek uciekał jej w tym śnie i wpadał wprost pod koła rozpędzonej ciężarówki. Albo inny sen: malec wspina się po dachu, a ona patrzy na to spokojnie, jakby to była zwyczajna dziecięca zabawa. Nagle zaczyna padać deszcz, mokre dachówki błyszczą od strużek wody i ona już wie, że Igor spadnie, ponieważ jest zbyt ślisko. Krzyczy do niego, ale mimowolnie przechodzi narosyjski, a synek nie rozumie, bo przecież zaniedbała to, nie nauczyła go. Ona nie może sobie przypomnieć polskich słów, więc wrzeszczy samym zwierzęcym skowytem, lecz to na nic, dziecko spada i rozbija się na tysiące kawałków na chodniku, a w tych kawałkach ona widzi swoje zwielokrotnione, przerażone oczy. Jakby jej synek był lusterkiem.

Teraz już nie śniły jej się takie okropieństwa, ale to głównie dlatego, że niemal wcale nie spała. Karmiła prawie co godzinę; Igor był uczulony na białko mleka krowiego, więc dokarmianie go mieszankami nie wchodziło w grę– początkowo dostawał wysypki nawet wtedy, gdy Tania zjadła kubeczek jogurtu. Mirek był bardzo stanowczy, żadnej soi, powiedział, żadnych substytutów, skoro masz pokarm. Przecież mleko matki to samo zdrowie. Ewa karmiła Klaudię przez dwa lata i dziewczyna była zdrowa jak rydz, nawet do dentysty nie musiała chodzić. Pierwsze plombowanie miała jako trzynastolatka.

Po takiej przemowie Tania prędzej by umarła, niż poskarżyła się na karmienie piersią, zwłaszcza że sama wierzyła w dobrodziejstwa kobiecego pokarmu. Tylko nic nie mogła poradzić na to, że czasem, gdy mały budził się zaledwie godzinę od ostatniego ssania, miała ochotę wyskoczyć przez okno. Albo wyrzucić jego.

Wcześniej myślała, że może kiedy w diecie malucha pojawią się soczki i zupki, noce zaczną się czymś różnić od dni. Nic z tego. Igor jadł niechętnie, a w nocy budził się z dawną regularnością. Tania umierała z niewyspania– a najgorsze było to, że nawet kiedy miała chwilę na odpoczynek w ciągu dnia, nie potrafiła się położyć i zdrzemnąć. Wydawało jej się, że musi wykorzystać ten czas jakoś pożytecznie, więc z męczeńską miną stawała przy garach albo desce do prasowania.

Nienawidziła całego świata. Nienawidziła siebie za to, że nie umie cieszyć się macierzyństwem; Mirka za to, że żył własnym życiem, Igora za to, że budzi w niej takie uczucia, a Klaudii–żejest szczupła i daje jej rady, o które przecież wcale nie prosi.

Ale najbardziej siebie, zdecydowanie.

– Coś się stało?– zapytała Klaudia, rzuciwszy na nią okiem.

Siedziała na sofie, trzymała Igorka na kolanach i podrzucała go delikatnie, wyśpiewując do rytmu jakąś idiotyczną rymowankę: „Hop, hop, jedzie chłop”.

– Aco by się miało stać?– rzuciła na pozór beztrosko Tatiana, starając się uśmiechnąć.– Płakał?

– Nie, tylko leżał i patrzył, więc go wzięłam z łóżeczka. Chyba trzeba przewinąć.

Jasne, pomyślała Tania. A tatuś się brzydzi albo nie umie, bo to taka cholernie skomplikowana sprawa.

Bez słowa wzięła małego, nieco zbyt gwałtownie chwyciwszy go pod paszkami. Czasem poziom jej frustracji był tak wysoki, że odczuwała potrzebę, by rzucić dzieckiem jak lalką. Wiedziała, że nigdy tego nie zrobi, ale miała na to ochotę. Podobnie jak nachodziła ją czasem chęć, żeby nalać wrzątku dodoniczki z pięknym drzewkiem pomarańczowym. Właściwie ta myśl pojawiała się za każdym razem, kiedy Tatiana parzyła sobie herbatę. Drzewko było prezentem od Mirka. Piękna, wypielęgnowana roślina o lśniących listkach, jakby polakierowanych– z jakiegoś powodu ostatnio budziła jej nienawiść.

Zanim Tania zmieniła dziecku pampersa, Klaudia już skierowała się do kuchni.

– Co dzisiaj robimy?– zapytała, zanim wyszła.– Może zapieczemy rybę pod kołderką?

– Zczego ta kołderka?

– Zcukinii. Po drodze kupiłam w Biedronce.

Mówiąc szczerze, Tani było wszystko jedno. Gotowała mechanicznie to, co jej wpadło w ręce, zazwyczaj po prostu serwowała mężowi mięso z ziemniakami i jakąś gotową surówką, kupowaną w pojemniczkach w pobliskim warzywniaku. Mirek nie narzekał, ale Tania widziała po jego minie, że wcale mu nie smakuje– zresztą tak samo jak jej. Pewnie Ewa była lepszą kucharką. Ta myśl sprawiała, że Tatiana nienawidziła siebiejeszcze bardziej.

Uchyliła okno, wzięła Igora na ręce i poszła z nim do kuchni.

– Próbowałaś wdrożyć jakieś zasady?– podjęła Klaudia, szukając w zamrażalniku morszczuka.– Wiesz, z tego, co ci zapisałam?

Przecież Tania nie mogła jej powiedzieć, że wypieprzyła tamte notatki do kosza jeszcze tego samego dnia, kiedy powstały.

– Uhm– odmruknęła niewyraźnie, licząc na to, że dziewczyna zajmie się gotowaniem i da jej spokój.

– Bo wiesz, w gruncie rzeczy w twojej sytuacji to nie mamy pełnego wyboru produktów. Na przykład musisz być ostrożna ze strączkami. Ja schudłam głównie dzięki soczewicy i cieciorce. No, chyba że się nie boisz zaryzykować, ale czytałam, że te kolki u dzieci jednak mogą być uciążliwe.

Gówno wiesz o kolkach– pomyślała ponuro Tania i wyszła z kuchni. Odłożyła Igora do łóżeczka i zamknęła uchylone okno. Mirek czytał, leżąc na łóżku w sypialni. Była ciekawa, czy gdyby teraz wspięła się na parapet, a potem po prostu wyleciała jak ptak, cokolwiek by zauważył. Pewnie nie, zapewne dopiero krzyki z