29 osób interesuje się tą książką

Opis

Ona, Sonia, jest dwudziestopięcioletnią absolwentką prawa.
On, Łukasz, czterdziestoletnim dziennikarzem zajmującym się muzyką i filmem.
Ona jest córką jego najbliższych znajomych.
On razem z żoną mieszkają tuż obok jej rodziców.
Ona jest młoda, na początku swojej drogi, cały czas niezdecydowana jak jej życie ma wyglądać.
On dojrzały, dryfujący przez życie, ani nieszczęśliwy, ani specjalnie szczęśliwy, pozbawiony złudzeń, nieliczący specjalnie na wiele.

Wpadają na siebie przypadkiem na koncercie rockowym. Z czasem poznają się lepiej, nawiązuje się między nimi nić porozumienia. To jest przyjaźń, tak to czują, tak chcą to widzieć.
Gdy uczucie zaczyna wymykać się im spod kontroli i przeradzać się w coś więcej, muszą zdecydować.
Czy odejść, każde w swoją stronę i nie niszczyć tego, co dotąd udało się im zbudować, czy walczyć o miłość.


Miłość jest do szczęścia niezbędna. Miłość to wszystko, co jest. Kiedy jej nie ma po prostu dryfujesz przez życie. Można się do tego przyzwyczaić.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 291

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


 

 

 

 

 

 

 

SKUNK ANANSIE, „STODOŁA”, 21 LUTEGO 2017 R.

 

 

When you came and saved me

You saved me from myself

Skunk Anansie, You Saved Me

 

 

– Dzień dobry! – usłyszał Łukasz za plecami.

Stał w niedużej kolejce przed wejściem do klubu. Co prawda bilety na koncert były już wyprzedane, ale ponieważ audytorium składało się przede wszystkim z trzydziesto- i czterdziestolatków, nie spodziewał się tłoku. Do występu zespołu supportującego została jeszcze godzina, więc w środku powinno być pusto. Część słuchaczy i tak pewnie planuje przyjść dopiero na występ headlinera.

Łukasz zawsze przychodził wcześnie. Lubił być blisko sceny, bo tam następowała kumulacja dobrej zabawy. Wprawdzie dzisiaj pogowania się nie spodziewał, ale miał nadzieję na dużą dawkę skoków w rytmie szaleństwa Skin, wokalistki zespołu, która na scenie była czystą energią. No i jesteś od niej młodszy, uśmiechnął się do siebie w duchu. A to już ostatnio rzadkość. Na szczęście grały jeszcze zespoły, których słuchał od czasów młodości i których członkowie byli od niego o dekadę starsi. Na takich koncertach czuł się jak wśród swoich. I choć pojawiały się na nich również tłumy młodzieży (co zawsze działało na niego pocieszająco, dobrze, że „duch w narodzie nie ginie”), nadal mógł czuć się młodszy od sporej grupy pozostałych słuchaczy. Na przykład na koncercie Kultu, który odbywał się w tym klubie co roku w listopadzie. W „Proximie” na Dezerterze też nie było źle. Zupełnie inaczej wyglądało to na występach tych wszystkich metalowych zespołów, których członkowie urodzili się w latach osiemdziesiątych zeszłego wieku albo nawet później. Kiedy Łukasz szedł na koncert ze swoim synem Michałem, jego obecność wydawała się uzasadniona. Ojciec z synem – może taki bardziej wyluzowany, może taki szalejący na koncercie, ale zawsze to ojciec z synem. Od czasu, kiedy kilka lat temu Michał wyjechał na studia do Londynu, Łukasz chodził sam. To on zaszczepił w synu miłość do muzyki, również tej granej na żywo. Nie zamierzał rezygnować z jednej ze swoich miłości, zwłaszcza że alternatywą było zostanie w domu. Na samą myśl przeszył go dreszcz.

– Jeśli chcesz poczuć się młodo, idź na koncert Rolling Stones – mruknął pod nosem. Nie, taki stary to jednak nie jestem, roześmiał się w myślach. Znał muzykę Stonesów, pobieżnie, ale znał. Doceniał ją, ale to nie była jego bajka. A skoro już o dinozaurach mowa, to zdecydowanie wolał Black Sabbath.

– Dzień dobry!

To było chyba jednak do niego. Odwrócił się. Przed nim stały trzy dziewczyny. Ta pośrodku, która przyglądała mu się badawczo (najwyraźniej to ona się odezwała), miała długie czarne włosy i ciemnobrązowe oczy. Była ubrana podobnie jak jej towarzyszki w czarną skórzaną kurtkę i czarne dżinsy. Wszystkie były dość wysokie, mogły mieć jakieś metr siedemdziesiąt wzrostu.

„Nie dla nas kwitnie ananas”. Łukasz uśmiechnął się do siebie w duchu.

– Pani mówiła do mnie? – zwrócił się do ciemnowłosej, która stała o krok przed tamtymi dwiema.

– Przepraszam – powiedziała speszona. – Byłam pewna …

Łukasz wyszczerzył się w uśmiechu. Dziewczyna natychmiast pojęła, że sobie z niej zażartował. A więc się nie pomyliła! Jej twarz również rozjaśnił uśmiech.

– Wiedziałam, że to ty, ale przez chwilę dałam się nabrać – powiedziała wesoło. – Ładnie to tak robić kogoś w balona?

– Wybacz. To „dzień dobry” zabrzmiało tak poważnie!

– No fakt. Mogłam powiedzieć „wujku”.

– Wtedy ciężar lat by mnie chyba przygniótł – roześmiał się.

– Nie przesadzaj… wujku.

– No co! Jestem tylko dwa lata młodszy od twojego taty.

– Serio? – Popatrzyła na niego z niedowierzaniem.

– Serio.

– Na moje oko to przynajmniej dziesięć.

– Jesteś bardzo miła! – Łukasz był wyraźnie rozbawiony. – Chociaż Marek pewnie by się nie ucieszył.

– To niech to zostanie między nami, dobra?

– Dobra. Koniec pieśni. Skąd znacie Skunk? Przyszłyście razem, tak? – zwrócił się do dwóch dziewczyn, które w ciszy przysłuchiwały się ich rozmowie.

Jednocześnie kiwnęły głowami.

– Ja jestem Sonia, jakbyś zapomniał – powiedziała z uśmiechem dziewczyna o czarnych włosach. – To jest Justyna, a to Kasia.

– Łukasz, miło mi.

Dziewczyny podały mu dłonie na przywitanie.

– Jakieś pół roku temu Justyna kupiła ich ostatnią płytę Anarchytecture i tak nam się spodobała, że słuchałyśmy jej na okrągło. Potem sięgnęłyśmy po wcześniejsze. Kasia znała już ten zespół wcześniej i powiedziała nam, że będzie koncert w Warszawie. No i kupiłyśmy bilety, chyba w ostatniej chwili, bo potem okazało się, że koncert jest wyprzedany.

– To rzeczywiście miałyście szczęście.

– A ty, wujku, przyszedłeś…

– Łukasz – przerwał jej. – Po prostu Łukasz.

Sonia uśmiechnęła się.

– Okej. A ty, Łukasz, przyszedłeś sam?

– Tak. Kiedyś byłbym z Michałem, moim synem, ale odkąd wyjechał do Anglii, na koncerty chodzę sam.

– A ciocia? Czy tak też nie powinnam mówić? – roześmiała się.

– Nie, tego określenia możesz używać. Nawet powinnaś. Do poważnej pani prezes pasuje jak ulał!

– Sugerujesz w ten sposób, że jest stara? – Sonia śmiała się w głos.

– Nigdy w życiu! Moja żona jest pewną siebie, świadomą swojej wartości kobietą sukcesu i nie trzeba jej słodzić. Nie to co ja i moje delikatne, a na dodatek niemłode ego. Ja jestem tylko zwykłym pismakiem – uśmiechnął się do niej. – Nawiasem mówiąc, ciocia niespecjalnie przepada za koncertami.

– A gdzie pan… yyy, to znaczy, gdzie piszesz i co? – spytała Kasia.

– Pracuję na etacie w „Dzienniku”. Prowadzę rubrykę kulturalną. Piszę o koncertach, premierach płytowych i kinowych, recenzuję nowości, a od czasu do czasu popełnię jakiś artykuł o aktorze, reżyserze lub serii filmowej. Teraz na przykład mam zamówienie na duży artykuł o całej serii i roli Obcego w kinie, w związku z premierą Obcego: Przymierze.

– Brzmi super! A teraz jesteś w pracy czy dla przyjemności?

– Dla przyjemności, a jeśli ktoś zechce opublikować moją relację z koncertu, to bonus dla mnie. Bo działam też na zasadzie wolnego strzelca, wysyłam swoje artykuły do miesięczników muzycznych i kilku portali internetowych. Piszę o wszystkim, co oglądam albo słucham, a jest tego sporo. Szczęśliwie dla mnie, jest na to zapotrzebowanie.

– Nie myślałeś o własnym blogu? – spytała Sonia.

– Myślałem, ale chyba jestem zbyt leniwy, żeby coś z tym zrobić. Fakt, ludzie chyba lubią mnie czytać. Ale przez to, że póki co płacą mi za publikację, temat bloga leży odłogiem.

Nawet się nie spostrzegli, jak znaleźli się przy drzwiach wejściowych. Panie na prawo, panowie na lewo. Przeszli przez serwis sprawdzający, czy nie wnoszą jakichś zakazanych przedmiotów. Następnie pokazali bilety i weszli do środka.

– Może się czegoś napijemy? – rzuciła Justyna.

– Idźcie, ja pójdę już na salę. Lubię być blisko sceny.

– Nie napijesz się z nami? – spytała Sonia.

– Nie kuś – roześmiał się. – Sam fakt, że rozmawiałem z takimi fajnymi dziewczynami, dostarczył mi wrażeń.

Dziewczyny wybuchnęły śmiechem.

– Bawcie się dobrze, może spotkamy się w środku.

– Okej, to na razie!

– Do zobaczenia!

 

 

* * *

 

Koncert był super, dawno się tak nie wybawiła. Wstyd się przyznać, ale w ciągu swojego dwudziestosześcioletniego życia była raptem na trzech koncertach, z czego na dwóch jeszcze w liceum. Później się jakoś nie składało; towarzystwo, w którym się obracała, nie było zainteresowane tego typu rozrywką.

Długo po powrocie do domu, wracając do wydarzeń wieczora, nie mogły ostudzić emocji. Wokalistka zespołu, Skin, okazała się totalnym wulkanem energii. Co prawda Sonia oglądała wcześniej ich koncerty na Youtubie, ale zobaczenie tego na żywo było całkowicie odmiennym doświadczeniem. Dwugodzinny koncert przeszedł jej najśmielsze oczekiwania. Lista zagranych utworów też na szczęście odzwierciedlała piosenki, które zdążyły poznać. Mogły więc bez skrępowania śpiewać wraz z wokalistką oraz oczywiście z całą salą.

Patrząc na Skin, nie chciało się wierzyć, że w tym roku kończy pięćdziesiąt lat. Normalnie ludzie tyle nie żyją – przynajmniej z perspektywy nastolatków… Gdyby tak wszyscy ludzie w jej wieku mieli tyle wewnętrznego luzu i energii co ona, świat wyglądałby zupełnie inaczej! Kiedy Sonia pomyślała o swoich rodzicach i ich znajomych, ogarnął ją pusty śmiech. Byli młodsi od Skin o dobre pięć, sześć lat, a zachowywali się tak, jakby byli dużo starsi. Może to była kwestia drogi zawodowej? A wuj… to znaczy Łukasz… Nie znała go od tej strony. Zdziwiła się, kiedy go zobaczyła pod klubem, chociaż niby dlaczego to było takie dziwne? Pewnie postrzegała go przez pryzmat wszystkich ludzi w wieku jej rodziców.

Łukasza poznała, kiedy miała dziesięć lat, ale tak naprawdę niewiele o nim wiedziała. Nigdy specjalnie się nie interesowała znajomymi swoich rodziców.

– Sympatyczny ten Łukasz – stwierdziła Justyna, kiedy wyszły z klubu.

– Jak na starszego pana – skwitowała Kasia.

– Bez przesady. – Sonia uśmiechnęła się szeroko. – Nie jest taki stary.

– Na pewno nie wygląda na swoje lata.

– To ile on ma właściwie?

– Mówił, że jest o dwa lata młodszy od mojego ojca. Czyli czterdzieści cztery – odparła Sonia.

– Auć, to bolesne! – powiedziała Justyna i znowu zaczęły się śmiać.

– Przestańcie. – Sonia próbowała uspokoić koleżanki, choć bardziej dla zasady, gdyż sama z trudem hamowała śmiech.

– Wiecie, kogo mi przypomina? – spytała Kasia.

– Kogo? – zawołały jednocześnie Justyna i Sonia.

– Christiana Bale’a.

– Serio? – Justyna popatrzyła na przyjaciółkę z niedowierzaniem.

– No… Może… – Sonia wydawała się nieprzekonana.

– Ale tego z American Hustle, grubego i z „pożyczką” na głowie? – zapytała Justyna z udawaną powagą.

– Bardziej tego z Batmana: Początek, zwłaszcza jak robił pompki. – Kasia zrobiła rozmarzoną minę i gdy zobaczyła zaskoczenie na twarzach przyjaciółek, wybuchnęła głośnym śmiechem.

– To taki Christian Bale ci się marzy!

– Umówić cię? – Sonia uniosła łobuzersko brew. – Tylko wiesz, on ma żonę, słyszałaś zresztą. Dodam, że dosyć atrakcyjną.

– Może spodobam się obojgu!

Parsknęły śmiechem.

– Widziałyście, jak szalał pod sceną? – powiedziała Kasia, kiedy już trochę ochłonęły.

– To chyba dobrze? – Sonia popatrzyła na przyjaciółkę.

– No jasne! Mówię całkiem poważnie. – Kasia podniosła ręce w obronnym geście. – Nie ma chyba nic gorszego na takim koncercie niż ludzie, którzy stoją jak słupy soli. Zawsze się zastanawiam, po co w ogóle przychodzą.

– Mam tylko nadzieję, że nic sobie nie nadwyrężył! – Justyna postanowiła wtrącić swoje trzy grosze.

Dziewczyny parsknęły.

– Dosyć! – zarządziła Sonia, próbując zabrzmieć stanowczo. – Uszy już go pewnie pieką.

– Albo dostał czkawki! – zachichotała Kasia.

– A to niebezpieczne w tym wieku – dodała Justyna i wszystkie wybuchnęły głośnym śmiechem.

 

 

 

 

 

 

HEY, „PALLADIUM”, 10 MARCA 2017 R.

 

 

Wybieram Cię

Na dobre na zawsze

Tak się wstydzę tych słów

Choć szczere, wyświechtanych

Hey, Wilk vs. Kot

 

 

Sonia weszła do holu klubu Palladium i rozejrzała się dookoła. Był piątkowy wieczór, a ona przyszła sama. W końcu powinna się już przyzwyczaić, od czasu zerwania z Szymonem minęło prawie pięć miesięcy. Modne czy nie, bycie singielką nie było dla niej. Na szczęście miała Justynę, której życie uczuciowe było chyba jeszcze mniej poukładane niż jej własne. Co prawda przyjaciółka miała chłopaka, tak jakby, bo sama nie potrafiła określić „statusu” ich związku. Dzisiaj miały przyjść tutaj razem. Niestety Justyna leżała teraz w łóżku, powalona niemal czterdziestostopniową gorączką. Na listopadowy koncert w „Stodole” nie zdążyły kupić biletów. Kiedy więc się okazało, że na wiosnę Hey znowu zagra w Warszawie, przy kasie, a właściwie na portalu z biletami, były w momencie rozpoczęcia sprzedaży.

Teraz stała jak kołek na środku holu i zastanawiała się, co dalej. Oczywiście musisz zejść po schodkach na dół i wejść na salę, głupia, powiedziała do siebie w myślach.

– Sonia?

Spojrzała w stronę, z której dochodził głos.

– Łukasz?

– Tak zdecydowanie lepiej – uśmiechnął się. – Bałem się przez moment, że powiesz głośno ten brzydki wyraz na literę „W” i będę spalony.

Sonia roześmiała się.

– Dlaczego spalony?

– „Wujek” brzmi dla mnie jak „stary zboczeniec” – ściszył konspiracyjnie głos.

– A ty nie jesteś, jak to ładnie ująłeś, „starym zboczeńcem” – odpowiedziała szeptem, usiłując z całych sił powstrzymać śmiech.

– Lubię o sobie myśleć, że nie jestem stary.

– Druga część się zgadza?

– Tylko nie mów nikomu! – odpowiedział, uśmiechając się szeroko.

Roześmiali się oboje.

– W takim razie nie wiem, czy to bezpieczne dla mnie, przebywać w twoim towarzystwie.

– Podchodzisz na własne ryzyko.

– Myślę, że je podejmę. Zwłaszcza że i tak jestem sama.

– Z braku laku… – roześmiał się.

– To nie tak. – Sonia poczuła się zakłopotana.

– Przestań, żartuję sobie. Zakładam, że kiedy się tu wybierałaś, liczyłaś na inne towarzystwo. Co się stało?

– Justyna się rozchorowała, a ja nie chciałam tracić koncertu, na który czekałam bardzo długo. Ten jesienny przegapiłam.

– Ja też przegapiłem jesienny, dzień wcześniej był koncert Marii Peszek, na który już miałem bilet, i uznałem, że dzień po dniu to trochę za dużo. Oczywiście potem, jak się okazało, że był wyprzedany, żałowałem, ale już i tak było za późno. Zresztą Agata nie byłaby zadowolona, że mnie nie ma dwa wieczory z rzędu.

Z drugiej strony, co za różnica, przemknęło mu przez głowę. Delikatnie pokręcił głową, chcąc odgonić myśli, które wypełniły mu umysł.

– Długo słuchasz Hey? – spytał.

Sonia zamyśliła się.

– Siedem lat, mniej więcej. Zaraz po moich dwudziestych urodzinach wpadła mi w ręce ich najnowsza płyta, Miłość! Uwaga! Ratunku! Pomocy!. Zdobyła mnie praktycznie od pierwszego przesłuchania. Klimat był niesamowity, i te teksty, takie enigmatyczne, a jednocześnie zapadające w ciebie. Nagle okazywało się, że to, co na pozór wydawało ci się tajemnicze, trafia do ciebie, przebija cię na wskroś. Wszystko staje się proste i oczywiste. To znaczy… ani proste, ani oczywiste, ale… takie jasne. Wiesz, o co mi chodzi?

– Wiem.

– Zakochałam się w Kasi Nosowskiej – roześmiała się.

– Doskonale cię rozumiem, moja miłość do niej trwa od tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego drugiego roku.

– Miałam wtedy dwa lata.

– Przestań, tylko nie o wieku!

– Okej – odpowiedziała z uśmiechem. – W każdym razie zaczęłam potem słuchać wcześniejszych płyt, których było niemało, i nagle okazało się, że grają bliższy mojemu sercu rock. Najlepsze jest to, że pokochałam ich za płytę tak odmienną od tego, co tworzyli wcześniej.

– Wiesz, klasa to jest klasa. Hey nie przestał być Heyem. Jak ci się podoba ostatnia płyta?

– Błysk jest genialny, to oczywista oczywistość.

– To rozumiem.

Roześmiali się.

– Idziemy na salę? Chciałbym stanąć jak najbliżej sceny.

– Oczywiście, poszalejemy trochę – uśmiechnęła się szeroko.

– Jeśli nie będziesz się wstydziła podskakującego obok ciebie starszego pana.

– Jeszcze raz o tym wspomnisz i pójdę w inne miejsce – zagroziła żartobliwie Sonia.

– Czuję się przywołany do porządku. – Łukasz zrobił poważną minę.

– I tak dla jasności: nie jesteś taki stary.

Podniosła palec wskazujący, aby powstrzymać jego ewentualny protest.

– Gdybym – kontynuowała – nie wiedziała, ile masz lat, to dałabym ci o wiele mniej. Moje przyjaciółki powiedziały, że to niemożliwe, że masz czterdzieści cztery, i że wyglądasz na o wiele młodszego.

– Jasne. – Łukasz pokiwał z powątpiewaniem głową.

– Co powiedziałam przed chwilą? – Pogroziła mu palcem, robiąc groźną minę.

– Okej, wątpię, ale przyjmuję do wiadomości. Koniec tematu. Muszę przyznać, że jesteś bardzo stanowcza – uśmiechnął się delikatnie.

– To prawda, czasami chyba za bardzo.

Cień przeszedł przez jej twarz, aby po chwili ponownie rozjaśniła się w uśmiechu.

– Szalejemy? – spytała, kierując się do wejścia na salę.

– Szalejemy – odparł.

 

 

* * *

 

Koncert był świetny, zespół zagrał prawie cały materiał z ostatniej płyty plus sporą porcję utworów przekrojowych. Kasia była jak zwykle doskonała; urzekało w niej to połączenie delikatnej nerwowości z tak charakterystyczną dla niej pewną nieśmiałością, mimo tylu lat na scenie. I nie było w tym grama fałszu ani kokieterii.

Łukasz widział już Hey na żywo wiele razy. Chyba przy okazji każdej kolejnej płyty szedł na koncert, do tego słyszał ich na paru festiwalach. Na pierwszym koncercie był z Olą, jeszcze w 1993 roku. Jak ten czas leci… Co po tych latach mógłby powiedzieć o swoim życiu, gdyby spojrzał wstecz? Sukcesy czy błędy? Błędy czy sukcesy? Czy błędy popełnione na początku pozwalają użyć słowa „sukces” w dalszym życiu? Chyba wszystko zależy od niego samego. Od tego, jak on to widzi. A jak widzi?

– Podobało ci się? – Głos Soni przerwał jego rozmyślania.

– Oczywiście. – Spojrzał na idącą obok dziewczynę. – A tobie?

Przed chwilą wyszli z sali, w której odbywał się koncert, i wolnym krokiem wśród tłumu fanów zmierzali do wyjścia.

– Bardzo. Ta siła, która drzemie w Kasi… Muzyka też jest doskonała, ale ta jej nienachalna charyzma…

– Świetnie to określiłaś.

– Bo tak jest. Stoi taka figurka na scenie, mam nadzieję, że by się nie obraziła za takie określenie, w każdym razie stoi, nawet nie drgnie, i nagle zaczyna śpiewać, a ty czujesz, jak ten śpiew trafia do twojego wnętrza, jakby to było bezpośrednio do ciebie.

Sonia uśmiechnęła się z lekkim zakłopotaniem, jakby za bardzo się odkryła, mówiąc o tym, co czuła głęboko w sobie podczas koncertu.

– Sam bym lepiej tego nie ujął. Mogę cię w razie czego zacytować?

Roześmiała się.

– Zależy, jak ci płacą. Zawsze przyda mi się parę groszy.

Teraz śmiali się już oboje.

Łukasz był zafascynowany pasją, z jaką Sonia opisywała to, czego świadkami byli przed chwilą. Czy to tylko domena młodych? – spytał siebie w myślach. Wiek tu chyba nie gra roli. Pasję się ma albo nie. Jaki jest sens się otwierać, kiedy nie ma przed kim?

W końcu wyszli przed klub.

– Podrzucić cię gdzieś? – spytał.

– A to nie będzie kłopot? Mogę wrócić sama, jest dopiero wpół do jedenastej.

– Powiedzmy, że będę spokojniejszy, jeśli nie będziesz wracać sama o tej porze.

– Ale zdajesz sobie sprawę, że już nie raz tak wracałam? – zapytała z uśmiechem.

– Pewnie cię zaskoczę, ale tak, zdaję sobie sprawę – odpowiedział tym samym – ale spotkaliśmy się i jeśli jesteś w stanie znieść jeszcze przez chwilę moje towarzystwo, to wolałbym cię odstawić do domu. Chyba że masz inne plany.

– Nie, skąd, będzie mi bardzo miło. Po prostu nie chciałam sprawiać ci kłopotu.

– Żaden kłopot, a i twoi rodzice na pewno by byli spokojniejsi.

– Myślisz, że by byli? – Przygryzła wargę. – Skoro tak, to chyba nie mamy wyjścia – dodała cicho po chwili.

 

 

 

 

 

 

LOGAN, KINO, 6 KWIETNIA 2017 R.

 

 

You know Logan…

This is what life looks like.

A home, people who love each other.

Safe place.

You should take a moment and feel it

Prof. Xavier do Logana, Logan

 

 

Łukasz spojrzał na zegarek. Do rozpoczęcia seansu zostało jeszcze prawie dziewięćdziesiąt minut. Wcześniej zawiózł Agatę na lotnisko, skąd miała samolot do Paryża. Kolejna konferencja czy inne szkolenie. „Jak się jest dyrektorem finansowym, to niestety trzeba na takie spotkania jeździć. Ja też ich nie lubię”. Tak dokładnie brzmiały słowa, które tyle razy słyszał. Pierwsza część się zgadzała, nie był natomiast pewny co do stwierdzenia „ja też ich nie lubię”. Doskonale wiedział, jak jego żona świetnie się czuje, będąc w centrum uwagi na wszelkiego rodzaju spotkaniach biznesowych. Widział to nie raz, kiedy go zabierała na takie, na których wypadało się pojawić z małżonkiem. Pasował tam zawsze jak pięść do nosa. On, z tym swoim niepoważnym zajęciem.

Dzisiaj wręcz nalegał, aby ją odwieźć. Mogli spędzić razem przynajmniej parę minut więcej przed dwudniową rozłąką. Agata stwierdziła, że weźmie taksówkę, przecież i tak firma za nią płaci, a on nie będzie musiał się tłuc w korkach na lotnisko i z powrotem do centrum, jeśli na serio planuje to kino. Na serio planował, więc mogli pojechać razem. Szybki buziak na do widzenia, „nie ma sensu, abyś płacił za parking” i tyle ją widział.

„Przepraszam, wiesz, jaka jestem przed wyjazdami. Wynagrodzę Ci, jak wrócę. Kocham Cię” – odczytał, stojąc w korku na Żwirki i Wigury. Odnosił wrażenie, że ich życie toczy się od wynagradzania do wynagradzania. Jakby cały czas musieli coś sobie rekompensować. „Ja Ciebie też” – odpisał. Na to czekała. A może nie? Może już dawno nie.

Szedł powoli alejkami galerii. Kino mieściło się na najwyższym piętrze. Spędził ponad pół godziny w Empiku, oglądając najpierw książki, a później filmy i muzykę, gdzie kupił pierwszą płytę Metalliki Kill’em All. Jego stary egzemplarz zabrał jego syn, Michał, to znaczy pożyczył, jak zresztą wiele innych. Łukasz sukcesywnie uzupełniał braki wynikające z tych „wypożyczeń”, kiedy oczywiście się orientował, że czegoś nie ma. Teraz zmierzał do Media Marktu, żeby obejrzeć dokładnie to samo: filmy i muzykę. Może tutaj też znajdzie jakąś perełkę na wyprzedaży. Później pójdzie coś zjeść i jakoś czas do filmu zleci.

Nagle kątem oka zobaczył znajomą sylwetkę. Co prawda stała do niego tyłem, ale nie mógł się mylić. To była Sonia. Oglądała ubrania w sklepie, który właśnie mijał. W pierwszym odruchu chciał wejść i się przywitać. Zatrzymał się w pół kroku. Daj spokój dziewczynie, pewnie jest z kimś, a ty się będziesz narzucał ze swoim towarzystwem – przeszło mu przez głowę. Ostatni raz widzieli się prawie miesiąc temu na koncercie Hey, a wcześniej w „Stodole”. W ciągu tych dwóch spotkań, zwłaszcza podczas tego drugiego, wymienili między sobą więcej słów niż przez piętnaście lat, odkąd się poznali.

Daj spokój, wyjdziesz na jakiegoś stalkera, zaśmiał się w myślach.

Już miał zawrócić i odejść, kiedy Sonia podniosła wzrok i ich oczy się spotkały. Twarz dziewczyny rozjaśnił uśmiech. Łukasz uśmiechnął się nieporadnie, jakby został złapany na gorącym uczynku. Pomachała do niego i skierowała się do wyjścia. Po chwili już stała przed nim.

– Cześć.

– Cześć.

– Czy to tylko moje wrażenie, czy kiedy cię zobaczyłam, chciałeś właśnie odejść bez przywitania? – spytała, robiąc groźną minę.

Łukasz uśmiechnął się.

– Nic ci nie umknie, przyłapałaś mnie.

– Nie ma się z czego śmiać, powinnam się obrazić.

– Foch znaczy się?

– Foch! – parsknęła śmiechem, ale szybko z powrotem przybrała poważną minę. – Nie myśl, że żartami wszystko załatwisz.

– Czy mogę ci to jakoś wynagrodzić? – spytał, udając skruszonego.

– Czekam na propozycje.

– Może zaproszę cię na kawę?

– Może tak zrób.

– To zapraszam – uśmiechnął się.

– Na początek może być. – Tym razem Sonia nie hamowała uśmiechu.

– Strasznie groźna jesteś – stwierdził.

– Nie jestem groźna, tylko zastanawiam się, czym sobie zasłużyłam, abyś na mój widok przechodził na drugą stronę ulicy.

– Pomyślałem, że pewnie z kimś jesteś, i nie chciałem się narzucać.

– Przywitanie to nie narzucanie się, a poza tym byliśmy razem na koncercie. Kiedy to było? Miesiąc temu, a ty zachowujesz się, jakby nic się nie stało. Nie dzwonisz, nie piszesz.

Łukasz popatrzył na nią zaskoczony. Sonia wybuchnęła śmiechem.

– Wygłupiam się! Żałuj, że nie widzisz swojej miny.

– Masz mnie – odezwał się po chwili. Energia Soni była porażająca. – Normalnie nie mam problemu z ripostą, ale teraz mnie zatkało.

– To co z tą kawą?

– A nie miałaś zamiaru czegoś kupić? – spytał, wskazując ruchem głowy na sklep, z którego przed chwilą wyszła.

– Tak łatwo się mnie nie pozbędziesz – roześmiała się. – Tylko oglądałam, nic pilnego.

– To zapraszam w takim razie.

Wjechali na najwyższe piętro galerii, gdzie oprócz kina mieściło się kilkanaście różnego rodzaju punktów gastronomicznych. Do wyboru, do koloru. Podeszli do jednego, który specjalizował się w serwowaniu różnych rodzajów kawy. Po odebraniu zamówienia usiedli przy dwuosobowym stoliku usytuowanym przy barierce. Z góry mieli widok na sklepy, schody ruchome i ludzi przemierzających niższe piętra.

– Co tutaj robisz? Oczywiście poza obserwowaniem mnie, jak robię zakupy – spytała wesoło Sonia.

– Stalking jest tak zajmujący, że absorbuje mnie w pełni – odpowiedział.

– Chyba nie jesteś w tym za dobry, szybko cię zobaczyłam.

– Uczę się. A tak serio, to przyjechałem do kina.

– A na jaki film się wybierasz? Idziesz sam?

– Tak się jakoś złożyło. – Łukasz zamyślił się przez chwilę. – Agata wyleciała dzisiaj służbowo do Paryża. Pomyślałem, że pójdę do kina. Zresztą ona i tak nie lubi takich filmów.

– Jakich?

– O superbohaterach. Ani science fiction, horrorów, fantasy i pewnie coś by się jeszcze znalazło. Chodzę więc sam, zazwyczaj kiedy wyjeżdża. Co wcale nie jest takie rzadkie. Przepraszam, pytałaś, na co idę. Czasami daję zbyt wyczerpujące odpowiedzi.

Sonia popatrzyła na niego uważnie.

– Daj spokój, mi to nie przeszkadza. Wręcz przeciwnie, mam alergię na jednosylabowe odpowiedzi. Jak pewnie zdążyłeś zauważyć, do introwertyków nie należę. Wierzę w potęgę komunikacji… albo przynajmniej w chęć – uśmiechnęła się. – Teraz ja dałam wykład.

– Mnie to też nie przeszkadza – odpowiedział – tylko żebyśmy dali sobie dojść do głosu.

– Na razie nie było z tym problemu, prawda? Więc co to za film?

– Logan. Wolverine, jeden z X-men…

– Pozwól, że ci przerwę, zanim zaczniesz swój wywód, ale wiem, kto to jest Logan. Mało tego, oglądałam już ten film i najsmutniejsze jest to, że na końcu…

– Przestań!

Sonia ponownie wybuchnęła śmiechem.

– Ładnie tak się nabijać ze starszych? – powiedział wesoło.

Dziewczyna spochmurniała.

– Co mówiłam ostatnio? Może ty nie pamiętasz naszego ostatniego spotkania, ale ja doskonale pamiętam, co ustaliliśmy.

– Okej, pamiętam, zastosuję się. Ale mam dziwne przeczucie, że znowu mnie wkręcasz.

Jej twarz ponownie rozjaśnił uśmiech.

– Tylko trochę, mówiłam poważnie. Wracając do X-menów, który jest twoim ulubionym? Wolverine?

– Nie wiem, czy mam ulubionego, uwielbiam Magneto, jego… – Łukasz zawahał się, szukając odpowiedniego słowa.

– Bezkompromisowość – podpowiedziała Sonia. – To, że nie bierze jeńców. Wiem, że droga, którą obrał profesor Xavier, jest tą właściwą, ale kiedy czasami rozejrzysz się dookoła i zobaczysz tę głośną, pleniącą się nienawiść, to… to… aż by się chciało, aby pojawił się Magneto i zrobił porządek. W końcu on też nienawidził faszyzmu.

– Dokładnie. Jesteś bardzo radykalna – uśmiechnął się Łukasz.

– Tylko wtedy, kiedy ktoś uzurpuje sobie prawo do mówienia innym, jak mają żyć.

– Czyżbym wyczuwał osobistą nutę?

– Dobrze wyczuwasz – uśmiechnęła się smutno – ale nie chcę o tym teraz rozmawiać.

– Nie chciałem być wścibski.

– Nie jesteś. Po prostu jest bardzo miło i nie chcę teraz poruszać tej kwestii, z naciskiem na „teraz”.

– Jeśli kiedyś będziesz potrzebowała pogadać, to jestem do dyspozycji. Nie, żebyś nie miała z kim, ale na przykład gdyby wszyscy wyjechali – roześmiał się nieporadnie.

– Ty nie wyjedziesz?

– Nigdzie się nie wybieram, chyba że na jakiś koncert.

– Ale sam?

– Sam. Dlatego czuję pewne pokrewieństwo z Loganem. Też jestem samotnikiem. Oczywiście innego rodzaju. Po części z wyboru, po części wbrew sobie.

– To znaczy?

– Nie jestem dobry w kontaktach międzyludzkich, gadkach szmatkach i tak dalej. Dlatego lubię moją pracę, ponieważ sprowadza się do bardzo ograniczonego kontaktu i wyłącznie z ludźmi, których lubię.

– Musiałeś ich najpierw poznać.

– Owszem. I innych po prostu już nie potrzebuję. Nie jestem specjalnie towarzyski – uśmiechnął się przepraszająco.

– Serio? Jakoś tego nie zauważyłam.

– Bo z tobą nie rozmawiam o takich pierdołach jak pogoda, tylko na poważne tematy, jak X-meni – roześmiał się.

– Całe szczęście, że mamy takie poważne tematy, bo strasznie byś się teraz męczył.

– Kamień z serca.

– A co z tym „wbrew sobie”? Sam mówiłeś, że nic mi nie umknie – dodała, widząc jego zaskoczenie.

Łukasz westchnął.

– Miało być o Loganie.

– No przecież jest – uśmiechnęła się.

– No właśnie. Moim zdaniem Logan nie lubi samotności i niby nie jest sam, ale jednocześnie jest. Samotność dla niego to nie jest coś normalnego.

– To dlaczego tego nie zmieni?

– Po pierwsze, to nie jest łatwe znaleźć kogoś, z kim się nie jest samotnym, a po drugie, musisz pamiętać, że to jest staruszek Logan!

– Jesteś niereformowalny!

– Przecież mówimy o Loganie! – uśmiechnął się szeroko. – A skoro oglądałaś film, to doskonale wiesz, że młodzieniaszkiem już nie jest.

– Okej, udało ci się.

– A co ty tutaj robisz tak w ogóle? Tylko zakupy?

– Tak. Później jestem umówiona z Kaśką, poznałeś ją w „Stodole”.

– Pamiętam.

– Za ile masz film?

Łukasz spojrzał na zegarek.

– Za piętnaście minut.

– Powoli będziesz się zbierał.

– Powoli, blisko jest. Jak ci się podobał film? Bez spoilerów oczywiście.

– Bardzo. Mnie się generalnie filmy podobają, chyba że faktycznie trafi się szmira, ale zazwyczaj staram się znaleźć jakiś pozytyw. To jest w końcu rozrywka.

– Wiesz, niektórzy spełniają się, szukając dziury w całym.

– To szczerze współczuję. Marnować czas, pieniądze i energię, żeby sobie ponarzekać.

– Cóż, dla niektórych to sens egzystencji.

– Na pewno nie dla mnie.

Łukasz uśmiechnął się szeroko.

– I to rozumiem, z kimś takim można cieszyć się kinem. Dla mnie na przykład gatunek nie ma znaczenia. Oczywiście, jedne lubię bardziej, inne mniej, ale kino musi mnie porwać, wzbudzić we mnie emocje, dostarczyć mi rozrywki. Z pewnością nie szukam dziury w całym.

– To jest nas dwoje. Tych, co lubią się cieszyć kinem – roześmiała się.

– Myślę, że jest nas więcej.

– Na pewno, tylko rzadko się ich spotyka na swojej drodze.

– Czyli mieliśmy farta!

– Czas na ciebie, bo się spóźnisz.

Wstali od stolika.

– Dziękuję za kawę, miło się rozmawiało. – Sonia uśmiechnęła się.

– Mnie również. Do następnego razu!

– Chciałeś powiedzieć: do następnego przypadkowego spotkania.

– Na to możesz śmiało postawić w ciemno – odpowiedział Łukasz, uśmiechając się szeroko.

 

 

* * *

 

Sonia popatrzyła za odchodzącym w stronę kina Łukaszem. Rozmowa z tym dużo starszym mężczyzną zawsze wprowadzała ją w dobry nastrój. Zawsze, czyli dwa razy, jeśli liczyć dokładnie, uśmiechnęła się do siebie w duchu. Kiedy z nim rozmawiała, nie czuła różnicy wieku, nie czuła się jak uczennica rozmawiająca z profesorem. Czuła się sobą, czuła się tak, jakby mogła podzielić się wszystkim. Czuła się swobodnie. Czuła się dobrze. Dźwięk telefonu przerwał jej rozmyślania.

– Cześć, Sonia – usłyszała głos Kaśki.

– Cześć, gdzie jesteś?

– Właśnie wychodzę z domu, będę za pół godziny. Przepraszam, po prostu ze wszystkim się dzisiaj spóźniam.

– Wiesz co, to już nie przyjeżdżaj. Spotkamy się jutro, co ty na to?

– Ale ty już jesteś na miejscu.

– Wiem, ale pochodziłam po sklepach i szczerze mówiąc, jestem zmęczona. Przełóżmy to na jutro.

– Jesteś pewna? Przepraszam. – Kasia była wyraźnie skruszona.

– Nie przejmuj się. Jutro zadzwonię.

Sonia rozłączyła się, nie czekając na odpowiedź przyjaciółki. Spojrzała na zegarek w telefonie. Miała dokładnie pięć minut.

Chwilę później weszła na salę i rozejrzała się w poszukiwaniu znajomej sylwetki. Jest. Wspięła się po schodach do właściwego rzędu i powoli zbliżyła się do niego.

– To miejsce jest wolne? – spytała.

Łukasz podniósł głowę, a twarz rozjaśnił mu uśmiech.

– Już teraz nie. To nie jest przypadek.

– Trochę jest. Szczęśliwy zbieg okoliczności, powiedziałabym.

– A koleżanka?

– Nie wyrobiła się.

– To rzeczywiście szczęśliwy zbieg okoliczności. Dla mnie, bo ty przecież widziałaś ten film.

– Ja też nie lubię oglądać w pojedynkę, więc pomyślałam, że zapewnię ci towarzystwo.

– Bardzo miło z twojej strony. Zaczyna się.

– Cisza, tak?

– Następne słowa po filmie – uśmiechnął się.

– Oczywiście, nie inaczej.

 

 

 

 

 

 

WEEKEND MAJOWY, DOM, 30 KWIETNIA 2017 R.

 

 

Oh just one more,

And I’ll walk away,

All the everything you win

Turns to nothing today.

So just one more,

Just one more go,

Inspire in me the desire in me

To never go home

The Cure, Homesick

 

 

Siedzieli na tarasie domu Marka i Moniki, swoich przyjaciół i sąsiadów od ponad piętnastu lat. Poznali się, kiedy Łukasz i Agata kupili swoją działkę razem z domem w stanie surowym. Nabyli go dosyć okazyjnie, właściciele właśnie się rozwodzili i zależało im na sprzedaży. Nie chcieli wozić się ze sprzedażą zbyt długo. Kiedy sfinalizowali transakcję, ich sąsiedzi już od około pół roku mieszkali w swoim świeżo wykończonym domu.

Łukasz i Agata za pieniądze z kredytu dosyć szybko wykończyli dom i po sześciu miesiącach mogli się wprowadzić. Oczywiście wnętrze wymagało jeszcze drobnych wykończeń, ale to, co najważniejsze, już było. Co prawda Agata chciała się jeszcze wstrzymać. Dla niej wszystko musiało być tip-top, tak aby można było zaprosić gości. Łukasz twierdził, że mogą to zrobić już teraz, w końcu nie ma nic złego w tym, że nie wszystko skończone. „Chyba masz na myśli swoich znajomych” – usłyszał. „Pewnie dlatego, że nie są tacy ą i ę” odpowiedział. To był początek jednej z wielu wymian zdań, nawet nie kłótni, a po prostu złośliwości, którymi się od czasu do czasu przerzucali. Byli wtedy pięć lat po ślubie i złudzenia co do tego, że to była słuszna decyzja, powoli ich opuszczały. Dom miał być nowym startem i w pewnym sensie był. Choć nie do końca tego, czego oczekiwali.

Marek i Monika byli menadżerami w korporacjach, on w amerykańskiej, ona we francuskiej. Łukasz nie potrafiłby powiedzieć, czym dokładnie się zajmowali, wiedział tylko, że on pracuje w finansach, a ona w szeroko rozumianej obsłudze klienta. Na stanowiskach menadżerskich – ten fakt musiał być dla nich dosyć ważny, gdyż raz na jakiś czas wspominali o nim mimochodem w rozmowach, mimo że o pracy specjalnie nie rozmawiali. Warto dodać, że Monika była menadżerem z widokami na stanowisko dyrektorskie. Raz już pełniła obowiązki dyrektora podczas jego dłuższej nieobecności. Wtedy wyprawili z tego powodu przyjęcie. No, może nie oficjalnie z tego powodu. Oficjalnie chcieli tylko zobaczyć dawno niewidzianych znajomych. Jednakże biorąc pod uwagę częstotliwość, z jaką Monika informowała wszystkich o swoim nowym stanowisku (a to, że było czasowe, wygodnie pomijała), na domu równie dobrze mógłby wisieć transparent.

Monika z Agatą dogadywały się doskonale i nawet jeśli to, iż ta druga zajmowała stanowisko dyrektora finansowego w dużej firmie ubezpieczeniowej, w jakikolwiek sposób uwierało tę pierwszą, Monika doskonale to ukrywała.

Marek ukończył polonistykę na UW i jako wielki miłośnik literatury marzył o pracy, która pozwoliłaby mu wykorzystać całą zdobytą wiedzę. Kiedy kończył studia w połowie lat dziewięćdziesiątych, jak wielu mu podobnych załapał się na pracę, która może nie była zgodna z jego wykształceniem, ale była. Korporacje z całego świata chętnie zatrudniały młodych i skorych do pracy, wychodząc z założenia, że wszystkiego się nauczą w trakcie. Nie tak jak teraz, kiedy najlepiej jest mieć dwadzieścia lat, skończone studia i dziesięć lat doświadczenia. Marek zahaczył się w finansach i powoli od młodszego księgowego doszedł do stanowiska menadżera jednego z działów pionu finansowego. Wyżej niż on byli już tylko główny księgowy i dyrektor finansowy, stanowiska obsadzone ludźmi, którzy po pierwsze, nigdzie się nie wybierali, a po drugie, Marek tak wysoko nie mierzył. Pewnie gdyby nie parcie ze strony żony, do tej pory byłby starszym księgowym i orał swoją działkę. W ogóle gdyby nie Monika, może robiłby coś innego, ale jak to ładnie któregoś dnia skonstatowała: „książki to ty sobie możesz czytać po pracy”. Stwierdzenie to kończyło jakiekolwiek dalsze dyskusje na temat ewentualnej innej ścieżki kariery jej męża.

Łukasz z kolei, podobnie jak Agata, skończył ekonomię na SGH, ale po dwóch latach pracy w banku i po roku w firmie ubezpieczeniowej, w której notabene poznał Agatę, powiedział „dość”. Było to o tyle proste, że już pracując jako bankowiec, pisał i wysyłał, pisał i wysyłał, głównie faksem, ale jego teksty dotarły wreszcie do kogoś, komu się spodobały, i jakoś poszło. Pamiętał, jak jego przyszła żona wspierała go, aby robił to, co lubi. Później zastanawiał się często, co się z tą kobietą stało, gdzie zniknęła. Czy naprawdę kiedykolwiek istniała, czy istniało tylko jego wyobrażenie o niej?

Pnąc się po szczeblach kariery, Agata zdała sobie sprawę, że może zbyt pochopnie wspierała Łukasza w drodze do realizacji marzeń zawodowych. A początek był taki obiecujący: absolwent bankowości, inteligentny, dowcipny, mógłby tak wiele osiągnąć. Niestety jego ambicje leżały gdzie indziej, jeśli o jakichś ambicjach można mówić. Gdyby chociaż był tak posłuszny jak Marek. Czy naprawdę byś tego chciała? – Agata nie raz zadawała sobie to pytanie w myślach. Łukasz przynajmniej miał dość charakteru, aby pójść swoją drogą, a że nie była to do końca droga, którą ona by dla niego wybrała, cóż… nie można mieć wszystkiego. Zawsze była przekonana, że dlatego tak dobrze dogadywały się z Moniką: jej sąsiadka może nie zajmowała takiego stanowiska jak ona, ale przynajmniej w jej mniemaniu Marek coś znaczył, w przeciwieństwie do Łukasza.

– Jak tam w pracy? – spytała Monika.

– U mnie? – roześmiał się Łukasz, a Marek pozwolił sobie na delikatny uśmiech.

– Jestem przekonana, że mógłbyś nas uraczyć bardzo ciekawymi opowieściami, ale pytałam twoją żonę.

Wyraz twarzy gospodyni nie zmienił się nawet na sekundę. Monika była poważna i opanowana.

– Cóż, co zrobić, może następnym razem. – Łukasz uśmiechał się szeroko.

– Przestań. – Agata spojrzała wymownie na męża. – Znasz go – zwróciła się do Moniki – nigdy nie jest poważny.

Monika uśmiechnęła się.

– Wiem, twój mąż już tak ma.

– Jak mogę być poważny, skoro mam taką niepoważną pracę? Marek jest za to poważny za nas obu.

– Jakby mi ktoś kij wsadził nie powiem gdzie, zamknął na kłódkę i wyrzucił klucz – gospodarz postanowił pozwolić sobie na żart.

– Nie wiem, jak ci to powiedzieć, stary… – Łukasz zaczął się śmiać.

– To wydarzyło się naprawdę! – Marek zawtórował przyjacielowi.

– A więc jestem zołzą, w porządku – powiedziała poważnie Monika.

– Śpisz dzisiaj w salonie – oświadczył z udawaną surowością Łukasz.

Teraz już wszyscy łącznie z Moniką wybuchnęli śmiechem. Marek położył rękę na dłoni swojej żony.

– Ty po prostu o mnie dbasz.

– Oczywiście, tylko to mieliśmy na myśli – dodał Łukasz.

– Dobra, dobra, już ja wiem, co mieliście na myśli – odparła Monika z uśmiechem.

– Że jesteś kochającą żoną, która się o mnie troszczy. – Marek spojrzał na nią z czułością.

– Dobrze, przyjmuję tę wersję. To co u ciebie? – Monika ponownie zwróciła się do przyjaciółki.

– Przez ponad dwa tygodnie nigdzie nie wyjeżdżałam, co samo w sobie jest już bonusem – powiedziała Agata.

– Myślałem, że to lubisz. – Łukasz ponownie się uśmiechnął.

– Nie za często. I nie lubię ciebie zostawiać samego, jeśli chciałbyś wiedzieć. – Agata spojrzała poważnie na męża.

– Czego to się można dowiedzieć po tylu latach małżeństwa…

– Naprawdę?

– Przecież żartuję! Nie ma to jak miły wieczór z mężem.

– O ile ten mąż nie jest właśnie na jakimś koncercie.

– Nic nie stoi na przeszkodzie, abyś była tam z nim. A poza tym jak często chodzę na te koncerty? Raz, góra dwa w miesiącu.

– Wiesz, że nie lubię takiej rozrywki. – Agata uśmiechnęła się delikatnie.

– Wiem, i dlatego chodzę na nie rzadko, biorąc pod uwagę, że jest to w pewnym sensie część mojej pracy. Ale też przyjemność i miło by było ją z tobą dzielić. Nieważne zresztą.

– Ty też nie lubisz moich spotkań służbowych.

Monika i Marek wymienili spojrzenia.

– Naprawdę porównujesz obcowanie ze sztuką na żywo do poklepywania się po plecach przez nadętych dupków? – Łukasz nie mógł się powstrzymać.

– Po pierwsze, to są moi koledzy, a po drugie, gdybyś choć raz się wysilił i ich posłuchał, to może by się okazało, że mają coś ciekawego do powiedzenia. Świat się nie kończy na muzyce.

– Może byłby lepszym miejscem, gdyby tak było.

– Czas, proszę o czas! – Monika poczuła, że musi zainterweniować.

– Spokojnie, wszystko jest w porządku. – Łukasz uśmiechnął się słabo.

– My tylko rozmawiamy – odpowiedziała Agata z równie słabym uśmiechem. – Prawda, kochanie?

Łukasz skinął głową.

– W tym przypadku trzymam stronę Agaty – odezwała się ponownie Monika. – Spotkanie ludzi biznesu to zawsze ciekawe doświadczenie, a koncert, no cóż… Ciasno, głośno, spoceni ludzie. Trudno mi sobie to wyobrazić jako miłe spędzanie czasu.

– A moja kochana mama wie to wszystko skąd?

Siedzący przy stole odwrócili głowy w stronę drzwi prowadzących na taras. Stała w nich Sonia, córka Moniki i Marka.

– Dzień dobry, cześć – odezwała się Sonia. – To skąd wiesz to wszystko o koncertach, mamo?

– Jestem w stanie to sobie wyobrazić. Pewne rzeczy się po prostu wie. – Monika nie wydawała się zbita z tropu.

– Oczywiście. Dobrze, że są tacy ludzie, co wiedzą lepiej… – Sonia uśmiechnęła się szeroko.

Marek wstał, by przytulić i pocałować córkę. Następnie Sonia przytuliła mamę i skinęła głową na powitanie Agacie i Łukaszowi.

– Co sprowadza do nas panią mecenas? – spytała Monika, kładąc akcent na ostatnim słowie.

Sonia niemal niezauważalnie skrzywiła się na dźwięk tego słowa.

– Jak rozwija się kariera mojej córeczki? – dorzucił Marek.