Wydawca: Sol Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 475 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Miłość, szkielet i spaghetti - Marta Obuch

,,Miłość, szkielet i spaghetti" to komedia kryminalna opowiadająca o rządach mafii włoskiej w Częstochowie, którą przepędziły z miasta… baby. Jedna z bohaterek zatrudnia się w domu włoskiego biznesmena jako pielęgniarka, ale okazuje się, że będzie musiała dla chorego także gotować. I nie tylko dla niego – w domu mieszka sześciu współpracowników szefa z żołądkami jak spadochrony. Problem w tym, że Dorota potrafi przyrządzić jedynie herbatę. Ale od czego pomysłowość! Wystarczy zamknąć się w kuchni, podgłosić radio i wpuścić przez okno swoje siostry, mamę i ciocię – znakomite kucharki. Szkoda tylko, że mają tak podłe charaktery... Jednocześnie z jasnogórskiej wieży spada trup, a pod murami klasztoru grupa naukowców odkopuje wiekowy szkielet człowieka. Te odległe w czasie zdarzenia wydaje się coś łączyć, a trop prowadzi do… Włochów. Dorota – jako tajna agentka – dostarcza organom ścigania potrzebnych informacji, co powoduje wiele zabawnych zdarzeń. Wreszcie policja, naukowcy i zaangażowana kulinarnie rodzina bohaterki doprowadzają do wyjaśnienia tajemnicy podziemnego przejścia pomiędzy Jasną Górą a zamkiem pod Częstochową i demaskują włoskich przestępców

Opinie o ebooku Miłość, szkielet i spaghetti - Marta Obuch

Fragment ebooka Miłość, szkielet i spaghetti - Marta Obuch

www.wydawnictwosol.pl

Copyright © by Marta Obuch 2012

Redakcja i korekta:

Karina Stempel-Gancarczyk

Projekt okładki:

Andrzej Brzezicki i Alicja Brzezicka ARIDI

Warszawa 2012

ISBN 978-83-62405-77-0

Wydawca:

Wydawnictwo SOLMonika Szwaja • Mariusz Krzyżanowski 05-600 Grójec, Duży Dół 2awydawnictwo@wydawnictwosol.pl

ePub i Redakcja techniczna:

Ilona i Dominik Trzebińscy Du Châteauxatelier@duchateaux.pl

Niniejsze kryminalne dziełko dedykuję mojej siostrze, Ewelinie, w której mam zawsze wierną czytelniczkę i przyjaciółkę. Te kuchenne pogaduszki...

Panu Zbigniewowi Czarneckiemu, właścicielowi wydawnictwa Bellona, należą się podziękowania za to, że zechciał wydobyć dla mnie z zasobów redakcyjnych książkę, na której bardzo mi zależało.

Nadkomisarzowi Michałowi Gruszczyńskiemu, mojemu serdecznemu koledze jeszcze z czasów szkoły wojskowej, dziękuję za konsultacje merytoryczne.

Pani Monice Kosielak i Panu Janowi Wewiórowi jestem wdzięczna za pomoc i okazaną życzliwość, a w szczególności za przekazanie materiałów dotyczących historii Olsztyna pod Częstochową.

Moim zapleczem archeologicznym były panie: Justyna Szymonik-Polak i Ludwika Sawicka. Dziękuję im za obszerne maile i zaangażowanie.

Dobrymi duchami książki byli: redaktor Artur Wiśniewski i Filip Modrzejewski. Serdeczności dla obu panów.

Miłość, szkielet ispa­ghet­ti

Kor­pu­lent­na blon­dyn­ka smark­nę­ła ener­gicz­nie w chu­s­tecz­kę dla do­da­nia so­bie ani­mu­szu, wy­tar­ła czer­wo­ny za­puch­nię­ty nos i pod­ję­ła de­cy­zję:

– Otwo­rzyć trum­nę!

Okrzyk ze­lek­try­zo­wał stad­ko ża­łob­ni­ków z mi­mo­wol­ną fa­scy­na­cją wpa­trzo­nych w gra­ba­rza, któ­ry wy­wi­jał ło­pa­tą tak spraw­nie, jak­by prze­ko­py­wał grząd­kę ka­pu­sty. Kie­dy w za­py­lo­nej ci­szy cmen­ta­rza św. Ro­cha roz­legł się so­pran pa­ni Smo­li­ko­wej, gra­barz do­słow­nie za­marł. Po chwi­li jed­nak po­pra­wił be­ret z nie­śmier­tel­ną an­ten­ką, ob­rzu­cił ko­bie­tę spoj­rze­niem wy­ra­ża­ją­cym obrzy­dze­nie i jak gdy­by ni­g­dy nic wró­cił do prze­rwa­nej czyn­no­ści. Nie omiesz­kał przy tym wy­mow­nie splu­nąć, aż hor­ten­sja, na któ­rą pa­dło, pło­chli­wie się za­gi­ba­ła. Jed­no­cze­śnie od bra­my od­gra­dza­ją­cej cmen­ta­rzy­sko od mia­sta do­le­cia­ło tak na­głe i świ­dru­ją­ce wy­cie er­ki, że wszy­scy na­raz drgnę­li.

– Ka­ret­ka… – Ko­bie­ta po­pa­trzy­ła z prze­ję­ciem po twa­rzach ze­bra­nych. – Sły­szy­cie? To znak!

Pan Smo­lik sta­rał się uspo­ko­ić mał­żon­kę i tym sa­mym nie do­pu­ścić do skan­da­lu.

– Ka­siu, co ty mó­wisz, ko­cha­nie...

– Otwórz­cie trum­nę! – Żo­na jed­nak do­pie­ro się roz­krę­ca­ła.

– Ka­sień­ko...

– Sły­szy­cie?! Otwórz­cie tę cho­ler­ną trum­nę!

Stru­mień łez zno­wu roz­lał się pa­ni Smo­li­ko­wej od oczu aż po fa­lu­ją­ce po­pier­sie, do któ­re­go przy­war­ła bluz­ka mo­kra od wcze­śniej­szych ata­ków roz­pa­czy. Nie­szczę­sna ża­łob­ni­ca wy­glą­da­ła te­raz jak wście­kła fu­ria. Smar­ka­ła, wy­ła i prze­wie­sza­ła się przez ra­mię zdez­o­rien­to­wa­ne­go mał­żon­ka, któ­ry już le­d­wie zi­pał pod na­po­rem jej pulch­ne­go cia­ła.

– Dla­cze­go nie chce­cie mi po­móc? Ja mu­szę spraw­dzić!

Z od­sie­czą ru­szo­no w sa­mą po­rę. Gdy­by nie po­moc ro­dzi­ny, wą­tły jak ra­bar­bar pan Smo­lik wziął­by się i zła­mał w pół, a nie dał­by ra­dy. Wi­dać by­ło, że pa­ni Ka­sia by­ła go­to­wa wsko­czyć do gro­bu choć­by po je­go tru­pie.

– Syn­ku! – krzyk­nę­ła w ostat­nim ak­cie de­spe­ra­cji, wy­rzu­ca­jąc przed sie­bie rę­kę. Wie­ko trum­ny po­wo­li prze­sta­wa­ło być wi­docz­ne. Ło­pa­ta szu­ra­ła o ka­mie­nie, a chmu­ra py­łu oto­czy­ła zgro­ma­dzo­nych tak szczel­nie, że nie­któ­rzy za­czę­li po­ka­sły­wać.

Pa­ni Smo­li­ko­wa przy­trzy­my­wa­na te­raz dla od­mia­ny przez ho­żych i ro­słych bra­tan­ków w koń­cu po­ję­ła, że jej wy­sił­ki są ra­czej da­rem­ne. Nie da nu­ra do do­łu, nie roz­grze­bie zie­mi i nie roz­wa­li so­sno­wej de­chy pię­ścia­mi. Już się pod­da­ła, okla­pła, choć na­dal ża­ło­śnie po­chli­py­wa­ła.

Dla­cze­go czu­ła się tak nie­spo­koj­na?

Coś jej ka­za­ło ostat­ni raz spoj­rzeć na sy­na.

Upew­nić się.

Tym­cza­sem gra­barz na­piął mię­śnie. Przy­spie­szył. Nie bę­dzie żad­ne­go otwie­ra­nia. Nie do­pu­ści do te­go, zresz­tą fa­na­be­rie ba­by tam­ci wzię­li za hi­ste­rię. I do­brze. Za­mie­nił się w spo­co­ny au­to­mat do za­sy­py­wa­nia gro­bów. Miał wra­że­nie, jak­by rę­ce nie­mal przy­ro­sły mu do ło­pa­ty. Tak jesz­cze chy­ba ni­g­dy nie za­su­wał, choć ro­bił tu już kil­ka lat.

Trze­ba za­mknąć tę pa­skud­ną spra­wę.

Za­mknąć.

Za­sy­pać.

Za­pić.

Że też dał się na­mó­wić...

Jul­ka jesz­cze raz spró­bo­wa­ła znie­chę­cić sie­dzą­ce­go na­prze­ciw­ko męż­czy­znę:

– Bę­dzie pan mo­im nie­wol­ni­kiem. – Zaj­rza­ła mu w oczy, ale wy­czy­ta­ła w nich ta­kie bła­ga­nie, że nie­co się zmie­sza­ła.

Nie bez zna­cze­nia po­zo­sta­wał fakt, że ol­brzy­mi fa­cet przy­po­mi­nał wy­glą­dem do­rod­ne­go niedź­wie­dzia, ale spoj­rze­nie miał ra­czej sa­ren­ki. Ewen­tu­al­nie ło­sia. Ła­god­ne­go. Po­ży­wia­ją­ce­go się le­śną ja­go­dą i grzyb­ka­mi (je­śli ło­sie bio­rą coś ta­kie­go do gę­by) i stą­pa­ją­ce­go de­li­kat­nie po ru­nie. W każ­dym ra­zie z li­ca pa­trzy­ły pa­nu Pio­tru­sio­wi do­bro, ła­god­ność i in­ne ta­kie plu­szo­we rze­czy. I nie uda­wał, Jul­ka po­tra­fi­ła­by to prze­cież od­kryć. Cho­ciaż wy­raź­nie się czymś de­ner­wo­wał, bo cią­gle zer­kał w okno. Wier­cił się, na­chy­lał nad wi­kli­no­wym ko­szem przy wi­try­nie i wy­glą­dał na uli­cę. Cie­ka­we, co go tak nie­po­ko­iło. Mo­że bu­rza?

Na ze­wnątrz trwał wście­kle upal­ny po­ra­nek, po alei drep­ta­ły po­je­dyn­cze jed­nost­ki ludz­kie wpa­tru­ją­ce się to w ja­sno­gór­ską wie­żę, to w nie­bo, któ­re gro­zi­ło spa­ce­ro­wi­czom na­stro­szo­ny­mi gra­na­to­wy­mi chmu­ra­mi. Bez­ruch i za­duch wręcz po­ra­ża­ły.

– Je­stem do pa­ni dys­po­zy­cji. – Pio­truś uśmiech­nął się w koń­cu nie­znacz­nie i znów po­pra­wił na miej­scu, ale je­go po­sta­wa na­dal wy­ra­ża­ła tę sa­mą... de­spe­ra­cję.

Tak, nie wie­dzieć cze­mu, wy­glą­dał na za­cię­te­go w swo­im po­sta­no­wie­niu. Wręcz upar­cie pchał się pod nóż. Za­dzi­wia­ją­ce. Jul­ka chrząk­nę­ła i da­lej ba­da­ła grunt. By­ła cie­ka­wa, ile fa­cet znie­sie. Cie­ka­wa? A mo­że to ta le­gen­dar­na w jej ro­dzi­nie zło­śli­wość?

– W za­sa­dzie to się do pa­na wpro­wa­dzę – pal­nę­ła.

– Nic nie szko­dzi.

– A prze­me­blo­wa­nie? Cał­ko­wi­te i zu­peł­ne. Prze­me­blu­ję pa­nu miesz­ka­nie. Co pan na to? Od ki­bel­ka po bal­kon. Wszę­dzie ro­ko­ko. – Z fan­ta­zją syp­nę­ła so­bie cu­kru do ka­wy, bacz­nie ob­ser­wu­jąc re­ak­cję roz­mów­cy. – Na­wet pa­na wła­sna my­del­nicz­ka bę­dzie mieć wię­cej z Lu­dwi­ka XV niż on sam. A swo­ją dro­gą fa­scy­nu­ją­ce, jak to dzia­ła. Lu­dwik żył so­bie spo­koj­nie i nie miał zie­lo­ne­go po­ję­cia, że pod no­sem roz­kwi­ta mu ta­kie wy­na­tu­rzo­ne coś. Ro­ko­ko... No do­brze... – szczę­śli­wie dla pa­na Pio­tra zre­flek­to­wa­ła się i wró­ci­ła do głów­ne­go wąt­ku: – Prze-me-blo-wa-nie. Czło­wiek w za­sa­dzie po­trze­bu­je zmian. Chy­ba że ma pan ja­kieś oba­wy.

– Nie mam żad­nych obaw – Pio­truś za­prze­czył gor­li­wie, pa­trząc przy tym na Jul­kę z praw­dzi­wym od­da­niem. – A z Lu­dwi­kiem to by­ła bar­dzo in­te­re­su­ją­ca dy­gre­sja.

Ależ się głu­pio po­czu­ła.

Ten po­czci­wiec zwy­czaj­nie po­trze­bu­je po­mo­cy, a ona stroi so­bie żar­ty. Prze­cież gdy­by sa­ma zwró­ci­ła się do psy­cho­lo­ga z proś­bą o te­ra­pię i usły­sza­ła po­dob­ny stek bzdur, od­wró­ci­ła­by się na pię­cie i roz­pacz­li­wie szu­ka­ła po­mo­cy choć­by w przy­chod­ni pań­stwo­wej. Ma fa­cet sa­mo­za­par­cie, po­gra­tu­lo­wać. Ale z dru­giej stro­ny, od­mó­wi­ła mu już kul­tu­ral­nie i wprost i na­wet uprzej­mie po­da­ła przy­czy­nę de­cy­zji: wresz­cie za­mie­rza­ła od­po­cząć. Rze­tel­nie się po­by­czyć. Wziąć wol­ne, zro­bić so­bie pod pęp­kiem ta­tu­aż, żło­pać szklan­ka­mi pi­ña co­la­dę i czy­tać, czy­tać i czy­tać. No, no, bez prze­sa­dy, ta­tu­aż mo­gła so­bie ewen­tu­al­nie da­ro­wać, ale spo­ko­ju­uu! Chce świę­te­go spo­ko­ju!

– Wi­dzi­my się trzy, czte­ry ra­zy w ty­go­dniu. Moż­li­we, że wkro­czę na­wet w pa­na ja­dło­spis – za­zna­czy­ła groź­nie, usi­łu­jąc nie po­ka­zać po so­bie zło­ści. – Die­ta wpły­wa na na­sze sa­mo­po­czu­cie. Tak sa­mo jak sen i ruch. Ka­żę pa­nu też co­dzien­nie… hm… bie­gać.

Tu jej roz­mów­ca chrząk­nął nie­mra­wo znad spo­re­go brzusz­ka, po­my­ślał chwi­lę, ale zno­wu się zgo­dził.

– W po­rząd­ku.

– Pa­nie Pio­trze. – Jul­ka opa­dła na­gle z sił. To­czo­na dys­ku­sja sta­wa­ła się co naj­mniej nie­etycz­na, do­dat­ko­wo w po­wie­trzu za­czy­na­ło dra­stycz­nie bra­ko­wać tle­nu. – Bę­dę z pa­nem szcze­ra. Mu­szę wy­znać, że na co dzień je­stem wred­na. Na­wet so­bie pan nie wy­obra­ża, jak bar­dzo. Trud­no ze mną wy­trzy­mać. Strasz­na ze mnie... – szu­ka­ła ja­kiś pa­skud­nych słów, ale je­dy­ne, co przy­cho­dzi­ło jej do gło­wy, to mał­pa, kro­wa i wy­dra.

– Pa­ni? Wred­na? Nie wie­rzę – Pio­truś sta­now­czo za­prze­czył.

Co mia­ła ro­bić, stra­ci­ła cier­pli­wość.

– Czło­wie­ku, ja nie by­łam na urlo­pie od ro­ku! – wy­ję­cza­ła przej­mu­ją­co. – Już na­wet prze­sta­łam o tym ma­rzyć. Nie­dłu­go znie­na­wi­dzę swo­ją pra­cę. Pra­ca ma sens, je­śli moż­na od niej od­po­cząć.

– Ale ze mną nie bę­dzie żad­ne­go kło­po­tu. Obie­cu­ję.

– Aku­rat.

– Na­praw­dę. Żad­ne­go kło­po­tu! – Pio­truś zła­pał się za wło­cha­tą pierś i tym sa­mym pra­wie do­ko­nał miej­sco­wej au­to­de­pi­la­cji. – Tyl­ko mie­siąc. Pro­szę!

– Yhm. Go­dzić się na ta­kie kre­tyń­stwa, ja­kie wy­ga­du­ję? To ma nie zwia­sto­wać kło­po­tów?

– Bar­dzo mi za­le­ży…

– Ale na ro­ko­ko pan się zgo­dził? – Jul­ka za­ła­ma­ła rę­ce. – Prze­cież ja żar­to­wa­łam. W ży­ciu bym na ta­kie coś nie wpa­dła, że­by się sza­ro­gę­sić w cu­dzym do­mu! I po­za tym ro­ko­ko od­pa­da. Okrop­ność.

– Uff, tro­chę mi ulży­ło. – Pio­truś nie­znacz­nie po­tarł czo­ło, a na­stęp­nie wy­ko­nał ta­ki ruch, jak gdy­by za­mie­rzał paść na ko­la­na. – Pa­ni Ju­lian­no, ja pa­ni po­trze­bu­ję, pa­ni jest naj­lep­sza! – wy­ar­ty­ku­ło­wał z praw­dzi­wą roz­pa­czą. – Czy jest coś, co by mo­gło pa­nią prze­ko­nać?

Jul­ka mia­ła dość.

Tak, po­zo­sta­wa­ło jej przy­brać po­sta­wę ka­te­go­rycz­ną, za­pła­cić ra­chu­nek i grzecz­nie się po­że­gnać.

Tyl­ko co da­lej?

Po­drep­cze umę­czo­na na przy­sta­nek i wsią­dzie do au­to­bu­su, gdzie aro­mat kil­ku­na­stu spo­co­nych ciał po­zba­wi ją wę­chu na resz­tę dnia. Wy­wal­czy miej­sce sie­dzą­ce, po­wa­chlu­je się ga­ze­tą, a na­stęp­nie ze wszyst­kich swo­ich sił po­sta­ra się w tym upa­le nie sko­nać. Na sa­mą myśl, że wie­czo­rem zno­wu mu­si wró­cić do cen­trum, aż się wzdry­gnę­ła.

– Jest coś – wy­pa­li­ła z głu­pia frant. – Po­pro­szę o sa­mo­chód. Ewen­tu­al­nie o do­roż­kę. Z kli­ma­ty­za­cją i ba­ci­kiem. Obo­wiąz­ko­wo. Bez kli­ma­ty­za­cji i ba­ci­ka od­pa­da.

– Z do­roż­ką był­by kło­pot, ale... mo­że być al­fa ro­meo? – W oczach Pio­tru­sia roz­sza­la­ła się na­dzie­ja.

– Nie je­stem wy­bred­na – ła­ska­wie wy­ra­zi­ła zgo­dę. – Mo­że być. Czy aby spraw­na?

– Prze­cież nie dał­bym pa­ni ja­kie­goś gru­cho­ta.

Zby­strza­ła. Do­tar­ło do niej, że zno­wu ktoś tu nie zro­zu­miał żar­tu.

– Mo­men­cik. – Od­su­nę­ła fi­li­żan­kę. – Nie chcę ani gru­cho­ta, ani...

– O, prze­pra­szam, to cu­dow­ny sa­mo­chód. Mam go od dwóch ty­go­dni. Bę­dzie pa­ni bar­dzo za­do­wo­lo­na.

– Pa­nie Pio­trze...

– Pa­ni Ju­lian­no!

O ra­ny. Czy ten uro­czy męż­czy­zna nie po­stra­dał cza­sem zmy­słów? A mo­że to z nią jest coś nie tak. Zde­cy­do­wa­nie upa­ły jej nie słu­żą.

– Prze­cież z tą do­roż­ką i sa­mo­cho­dem nie mó­wi­łam po­waż­nie!

– Ale dla­cze­go? Pie­nią­dze to nie jest pro­blem – za­pew­nił roz­bra­ja­ją­co. – Na­praw­dę. Pro­szę to po­trak­to­wać ja­ko mie­sięcz­ną za­pła­tę za cięż­ką pra­cę. Po­za tym – do­dał z ocią­ga­niem – ja na­wet miał­bym in­te­res w tym, że­by pa­ni to au­to przy­ję­ła, bo... te­go jesz­cze nie mó­wi­łem. Chcia­łem pro­sić, że­by przy­jeż­dża­ła pa­ni do mnie. Do Ka­to­wic.

– Słu­cham? – Unio­sła w zdzi­wie­niu brwi.

– Wiem, pew­nie to brzmi ma­ło za­chę­ca­ją­co. Ka­to­wi­ce, Czę­sto­cho­wa, od­le­gło­ści, ale... – Za­czął się krę­cić, po­stę­ki­wać i ogól­nie czy­nić roz­ma­ite kry­gu­ją­ce sztu­ki. Aż żal by­ło pa­trzeć. Przy zwi­nię­tej w ru­lo­nik ser­wet­ce Jul­ka wes­tchnę­ła, ale za­wzię­ła się. Nie po­mo­że mu, po­cze­ka na dal­szy roz­wój wy­pad­ków. – Nie zno­szę te­go mia­sta – pa­dło wresz­cie spod okna to­nem uspra­wie­dli­wie­nia.

– Czę­sto­cho­wy? O, nie ma pan prze­cież obo­wiąz­ku. Ja dla od­mia­ny nie zno­szę Ka­to­wic.

– Ale pa­ni Ju­lian­no... Mo­że al­fa ro­meo... Czer­wo­na... Mo­że by pa­ni po­lu­bi­ła?

– Czer­wo­nym jeż­dżą stra­ża­cy.

– To prze­ma­lu­je­my! – Pan Pio­truś roz­ło­żył ura­do­wa­ny rę­ce i Jul­ka zgłu­pia­ła do resz­ty. – Bia­łym jeź­dzi po­go­to­wie, nie­bie­skim... po­li­cja, to mo­że zie­lo­ny? Ko­lor na­dziei. Pro­szę, jak pięk­nie. Mo­że być zie­lo­ny?

Mu­si ją prze­ko­nać.

Ta ko­bie­ta to je­go je­dy­na na­dzie­ja.

Wie­le o niej sły­szał. Ju­lian­na Rzep­ka. Mło­da, ale już zna­na psy­cho­te­ra­peut­ka. Sty­pen­dia za­gra­nicz­ne, wła­sna prak­ty­ka i, co naj­waż­niej­sze, no­wa­tor­ska te­ra­pia po­le­ga­ją­ca na ści­słym kon­tak­cie z pa­cjen­tem. Żad­nych kli­nicz­nych dy­stan­sów. Przy­jaźń. Na tym mu wła­śnie za­le­ża­ło – że­by spę­dza­ła z nim jak naj­wię­cej cza­su. Na ra­zie nie szło naj­le­piej, ale au­to mo­gło prze­chy­lić sza­lę. Przy­da się jej sa­mo­chód. Z tym rze­czy­wi­ście nie by­ło żad­ne­go pro­ble­mu. On sam w obec­nej sy­tu­acji już go nie po­trze­bo­wał.

– Pa­ni Ju­lian­no, mam po­mysł. Chodź­my na par­king. Wte­dy za­de­cy­du­jesz... To jest, prze­pra­szam, wte­dy pa­ni za­de­cy­du­je.

Za­mru­ga­ła nie­pew­nie rzę­sa­mi, któ­re chy­ba przy­ciem­nia­ła ja­kimś ko­sme­tycz­nym ma­zi­dłem, bo nie przy­po­mi­na­ły w słoń­cu płyn­ne­go mio­du tak jak wło­sy. Za­uwa­żył, że pod wpły­wem roz­mo­wy al­bo pa­nu­ją­ce­go w ka­wiar­ni skwa­ru za­ró­żo­wi­ły się jej po­licz­ki. Ład­na. I wzbu­dza­ła za­ufa­nie.

– Pro­szę mi tu nie pa­nio­wać. Jul­ka je­stem. – Wy­cią­gnę­ła ener­gicz­nie rę­kę i do­pie­ro wte­dy ode­tchnął.

Coś za­czy­na­ło się w tym im­pa­sie prze­ła­my­wać.

Do­bra na­sza.

– Piotr. – Tak się ucie­szył, że chciał tę kształt­ną ko­bie­cą rę­kę uca­ło­wać, ale pa­ni psy­cho­log ofuk­nę­ła go jak ro­ze­źlo­na kot­ka.

– Nie zno­szę cmo­ka­nia. Cmok­nij coś in­ne­go, je­śli mu­sisz, Pio­tru­siu. Nie wiem, sto­lik, lam­pę... Ale mnie oszczędź, ja cię pro­szę.

Za­baw­na osób­ka.

– Oczy­wi­ście, za­pa­mię­tam. Żad­ne­go cmo­ka­nia. Ju­lian­no, za­pra­szam. – Wstał, ukło­nił się z ga­lan­te­rią i wska­zał wyj­ście. – Za­par­ko­wa­łem na są­sied­niej uli­cy.

Na­resz­cie. Sie­dział tu jak na szpil­kach. To Jul­ka wy­bra­ła Bli­kle­go, nie wy­pa­da­ło krę­cić no­sem. I to jak wy­bra­ła. Ale­ja! Sa­mo ser­ce Czę­sto­cho­wy. Wręcz głów­na ar­te­ria tęt­nią­ca cie­kaw­skim, na­tręt­nym tłu­mem. Na szczę­ście dzi­siaj zia­ło tu pust­ką, pew­nie ze wzglę­du na po­go­dę – już ran­kiem każ­dy szu­kał choć­by skraw­ka cie­nia, spa­cer po za­la­nej sło­necz­nym ża­rem uli­cy nie wy­da­wał się naj­lep­szym po­my­słem.

– I nie myśl, że sko­ro prze­cho­dzę z to­bą na ty, to ozna­cza, że się zgo­dzi­łam – po­spiesz­nie za­strze­gła.

– Nic po­dob­ne­go nie my­ślę.

– Au­to­bu­sy to jest ge­ne­ral­nie bar­dzo wy­y­y­god­ne roz­wią­za­nie – szcze­bio­ta­ła. – Nie mu­szę się mar­twić o par­king, o ben­zy­nę i ta­kie tam. Yyy... Ra­dio oczy­wi­ście ma? Ten twój wóz?

Piotr wła­śnie za­sta­na­wiał się, czy on aby nie jest zbyt ra­do­sny jak na ko­goś ma­ją­ce­go pro­ble­my emo­cjo­nal­ne. Szcze­rzył zę­by, a po­wi­nien wy­glą­dać na czło­wie­ka za­gu­bio­ne­go i po­trze­bu­ją­ce­go wspar­cia. Jesz­cze Jul­ka po­my­śli, że uda­je.

A otóż nie uda­wał.

Od mie­się­cy tra­wił go tak nie­zno­śny nie­po­kój, że je­dy­nym sku­tecz­nym spo­so­bem od­zy­ska­nia rów­no­wa­gi oka­zy­wa­ło się od­pa­le­nie kom­pu­te­ra, choć pró­bo­wał spo­ty­kać się ze zna­jo­my­mi, a na­wet za­pi­sał się na jo­gę. Nic z tych rze­czy. Naj­le­piej po­ma­ga­ła je­go uko­cha­na gra. He­ros V. W tym świe­cie rzą­dzi­ły zu­peł­nie in­ne pra­wa. Wszyst­ko pro­ste jak drut. Do­bro i zło. Włócz­nie mo­kre od krwi wro­ga za­bi­te­go w uczci­wej wal­ce. Mie­cze, ma­czu­gi, ar­te­fak­ty i cza­ry. Sam miód i ło­pot ry­cer­skich szat. Żad­nych Wło­chów. Tyl­ko ile moż­na sie­dzieć przed kom­pu­te­rem? Te­ra­pia. Tak. Naj­lep­szy z moż­li­wych po­my­słów.

A je­śli i to nie po­mo­że, strze­li so­bie w łeb.

Al­bo sko­czy z mo­stu.

Ewen­tu­al­nie z wie­ży.

Ce­za­ry Trę­bacz przy­jeż­dżał tra­sę z Ka­to­wic do Czę­sto­cho­wy w go­dzin­kę. Cza­sem po­ko­ny­wał ją dwa ra­zy dzien­nie, je­śli aku­rat mu­siał coś skon­sul­to­wać na uni­wer­sy­te­cie. I tak przez ca­ły ostat­ni ty­dzień. Ka­to­wi­ce – Czę­sto­cho­wa, Czę­sto­cho­wa – Ka­to­wi­ce.

Ale nie na­rze­kał.

W ogó­le nie­źle to so­bie w ży­ciu wy­kom­bi­no­wał. Ma pra­cę, któ­ra da­je mu sa­tys­fak­cję i za­pew­nia przy­go­dę. Nie sie­dzi zmar­twia­ły za biur­kiem, nie ob­słu­gu­je roz­chi­me­ry­zo­wa­nych klien­tów i nie wy­cze­ku­je osiem­na­stej jak zba­wie­nia. Grze­bie so­bie w zie­mi, a co! Zna­leźć frag­ment szkie­le­tu i na je­go pod­sta­wie okre­ślić choć­by przy­czy­nę śmier­ci, to do­pie­ro fraj­da. Oczy­wi­ście, by­li i ta­cy, dla któ­rych fraj­da wią­za­ła się z prze­wi­dy­wa­niem hos­sy czy bes­sy, ale on nie za­mie­nił­by swo­jej ge­ne­ty­ki i pa­le­oan­tro­po­lo­gii na żad­ne pie­nią­dze. Zresz­tą, po wy­pra­wie do Ke­nii i od­na­le­zie­niu ko­ści gny­ko­wej ho­mo erec­tus stał się w Pol­sce... hm, bez fał­szy­wej skrom­no­ści, stał się po pro­stu sław­ny! Zna­le­zi­sko nad Lo­gi­pi otwo­rzy­ło mu już nie­jed­ne drzwi. Jak choć­by te w Czę­sto­cho­wie. Kie­dy pod­czas prac ogrod­ni­czych na klasz­tor­nych wa­łach od­kry­to wie­ko­wy szkie­let czło­wie­ka, ko­go we­zwa­no na miej­sce?

Ce­za­re­go Trę­ba­cza, rzecz ja­sna.

To on wraz z pro­fe­so­rem Le­sia­kiem z Wro­cła­wia za­jął się or­ga­ni­za­cją prac. A po­nie­waż pro­fe­sor, a za­ra­zem je­go ser­decz­ny ko­le­ga, nie mógł co­dzien­nie by­wać w klasz­to­rze, wła­ści­wą pie­czę nad przed­się­wzię­ciem trzy­mał on. Aż do dzi­siaj.

O ósmej ra­no pew­nie już wszy­scy by­li na swo­ich sta­no­wi­skach. Wszy­scy z wy­jąt­kiem Ce­za­re­go. Tak bla­dym świ­tem uak­tyw­nia­ła mu się do­pie­ro pra­wa pół­ku­la mó­zgo­wa. Le­wa trwa­ła w umy­sło­wym odrę­twie­niu i mia­ła ocho­tę po­dra­pać się po tył­ku, ewen­tu­al­nie za­ku­rzyć pa­pie­ro­sa. Obie za­czy­na­ły współ­pra­co­wać w mia­rę kom­pa­ty­bil­nie znacz­nie póź­niej. Dla­te­go dla za­stęp­cy kie­row­ni­ka wy­ko­pa­lisk od­po­wied­nią go­dzi­ną do roz­po­czę­cia pra­cy by­ła je­de­na­sta. Po­sta­no­wił, że po­wrót Le­sia­ka te­go nie zmie­ni.

Przed pra­cą za­wsze moż­na prze­cież ty­le zro­bić. Te­raz na przy­kład ob­jeż­dżał mia­sto w po­szu­ki­wa­niu skró­tu, a za chwi­lę so­bie ele­ganc­ko za­par­ku­je i sko­czy na śnia­dan­ko do Skrzyn­ki. Roz­pust­nie wrzu­ci do żo­łąd­ka dwa na­le­śnio­ry me­dio­lań­skie (sło­wo na­le­śnik za bar­dzo nie od­da­wa­ło roz­mia­ru po­tra­wy) i po­pi­je je ka­wą.

Z głów­nej uli­cy skrę­cił w Szy­ma­now­skie­go, gdzie ko­ła tur­ko­ta­ły, ude­rza­jąc o ko­cie łby. Z ar­chi­tek­tu­ry bu­dyn­ków wciąż spo­zie­rał po­nu­ry duch ko­mu­ni­zmu, za to beł­kot mia­sta pra­wie tu milkł, be­to­no­we ko­lo­sy po obu stro­nach dro­gi dzia­ła­ły jak sto­pe­ry. Uci­na­ły dźwię­ki, po­zwa­la­ły sły­szeć wła­sne my­śli.

A Ce­za­ry my­ślał o swo­jej by­łej dziew­czy­nie.

I o tym, ja­ki był głu­pi. Wie­dział, że Lut­ka chce się roz­mna­żać i ma­rzy o ro­dzi­nie. To nie! Wła­do­wał się w ten zwią­zek, mi­mo że prze­wi­dział fi­nał. Kla­pa. Od po­cząt­ku po­wi­nien był omi­jać Lut­kę sze­ro­kim ko­łem i szu­kać ja­kiejś ba­becz­ki, któ­ra nie do­ma­ga­ła­by się cy­ro­gra­fu w po­sta­ci wspól­ne­go kre­dy­tu. Już się roz­pę­dził.

O nie, nie, nie.

Żad­nych for­mal­nych de­kla­ra­cji i do­bro­wol­nych pod­pi­sów pod pi­sma­mi od­bie­ra­ją­cy­mi wol­ność. Kie­dy wy­ra­ził swój sprze­ciw, do Lut­ki wresz­cie do­tar­ło. Nie bę­dzie żad­ne­go: „Ży­li dłu­go i szczę­śli­wie”. Po­szu­ka­ła więc so­bie ja­kie­goś sa­fan­du­ły z mniej­szym stę­że­niem te­sto­ste­ro­nu, któ­ry ją jed­nak na­le­ży­cie za­płod­nił. Oczy­wi­ście to ostat­nie od­by­ło się w ta­jem­ni­cy. Ce­za­ry zo­stał po­sta­wio­ny przed brze­mien­nym fak­tem.

I do­brze.

Świat jest pe­łen ko­biet.

Pe­łen chęt­nych i słod­kich nie­wiast.

Przy tym nie­któ­re dzie­wo­je (Ce­za­ry za­ry­zy­ko­wał­by na­wet stwier­dze­nie, że jest ich za­sta­na­wia­ją­ca więk­szość) ma­ją wy­pi­sa­ne na czo­le mie­nią­cy­mi się li­te­ra­mi: PRO VA­GI­NAS IN COR­DIS. Z wy­raź­ną przy­kro­ścią stwier­dzał, że pod­bo­je prze­sta­ły być jak­by ak­tu­al­ne. Daw­niej to czło­wiek przy­naj­mniej się roz­wi­jał, ukła­dał pro­gra­my ar­ty­stycz­ne: wier­sze, gi­ta­ra, kwia­ty... A te­raz na­sta­ła cie­le­sna jed­no­myśl­ność. Ale zno­wu do cza­su. Ba­by jak to ba­by. Po wszyst­kim pra­wie każ­da roz­ła­do­wa­na ko­bie­cość do­sta­je ro­man­tycz­ne­go ko­cio­kwi­ku i ma na­dzie­ję na wspól­ne śnia­da­nie, po­tem na wspól­ne miesz­ka­nie, a w koń­cu na do­rod­ny owoc mi­ło­ści w po­sta­ci roz­dar­te­go ose­ska w ró­żo­wym be­ci­ku.

W mor­dę! Ja­koś nie czuł po­trze­by prze­dłu­ża­nia li­nii Trę­ba­czów i gme­ra­nia w cie­płych kup­kach. Miał w ży­ciu waż­niej­sze rze­czy do zro­bie­nia. O!

Jak na za­wo­ła­nie na chod­ni­ku do­strzegł jędr­ne­go ru­dziel­ca o krą­głych kształ­tach. Mie­dzia­ne wło­sy two­rzy­ły wo­kół jej gło­wy pło­mien­ną au­re­olę i przy każ­dym ru­chu le­ciut­ko mu­ska­ły ra­mio­na. Skó­ra bia­ła, per­ło­wa. Pier­si peł­ne, no­gi pierw­sza kla­sa. Bu­zię mia­ła drob­ną, błą­kał się po niej roz­bra­ja­ją­cy gry­mas, jak­by się nad czymś moc­no za­sta­na­wia­ła. Zna­czy się: ro­zum­na be­stia. Mniam, mniam. Ogól­nie bio­rąc – po­tęż­ny ła­du­nek zmy­sło­wej ener­gii i try­ska­ją­cy okaz zdro­wia w jed­nym cie­le. Chy­ba dla­te­go dziew­czy­na sko­ja­rzy­ła mu się na­raz z kub­kiem pa­ru­ją­ce­go mle­ka. Aż go coś w środ­ku opa­rzy­ło.

Za­ga­pił się i...

Ciach!

Wje­chał co­fa­ją­ce­mu wła­śnie fa­ce­to­wi w zde­rzak i, jak nic, roz­wa­lił mu świa­tło. Co za pa­can! Nie wi­dział go? Na mo­ment wszy­scy za­mar­li. Ce­za­ry, ru­da (zdą­ży­ła strze­lić w nie­go zie­lo­nym okiem) i wiel­ko­lud z al­fy ro­meo, któ­ry kur­czył się za kie­row­ni­cą, za­miast w amo­ku wy­pry­snąć z au­ta i co naj­mniej roz­dyź­dać spraw­cy mózg na ma­sce sa­mo­cho­du.

Nie do wia­ry. Ce­za­ry już szy­ko­wał się, że­by wy­ja­śnić spra­wę, ale w tej sa­mej chwi­li na­stą­pi­ło ko­lej­ne nie­ocze­ki­wa­ne zda­rze­nie: roz­legł się po­tęż­ny grzmot, a bu­dyn­ki za­lśni­ły w bla­sku pio­ru­na, jak pod­czas ulicz­ne­go przed­sta­wie­nia. Jed­no­cze­śnie mi­lio­ny desz­czo­wych po­ci­sków po­sy­pa­ły się na świat z ta­ką si­łą, że ru­da w cią­gu pa­ru se­kund zu­peł­nie prze­mo­kła. Su­kien­ka zro­bi­ła się na niej wy­mow­nie prze­zro­czy­sta i nie trze­ba się by­ło zbyt­nio przy­glą­dać, że­by oce­nić ro­dzaj bie­li­zny, któ­ra, ku ra­do­ści Ce­za­re­go, nie przy­po­mi­na­ła pseu­do­bi­ki­ni pa­mię­ta­ją­ce­go szó­ste ży­cie pral­ki. Wi­zu­al­nie do­znał uko­je­nia. Jed­nak szczę­ście nie trwa­ło dłu­go. Prze­mo­czo­na ru­sał­ka za­dy­go­ta­ła z zim­na, po­sła­ła mu ostat­nie spoj­rze­nie, po czym da­ła nu­ra do au­ta. Trza­snę­ły drzwi, al­fa ro­meo za­pier­dzia­ła po­spiesz­nie i po­gna­ła przed sie­bie.

Ce­za­ry nie ro­zu­miał.

Ska­so­wał fa­ce­to­wi lam­pę.

Gdzie fu­ria, po­li­cja i ca­łe za­mie­sza­nie?

I gdzie ru­dzie­lec?

I cze­mu, do cho­le­ry, wła­śnie te­raz przy­szło mu do gło­wy, że w desz­czu moż­na po­wy­czy­niać we dwój­kę roz­ma­ite spryt­ne sztucz­ki? Jak to dwa mie­sią­ce do­tkli­wej sa­mot­no­ści po­tra­fią męż­czyź­nie zma­sa­kro­wać psy­chi­kę... Wes­tchnął z głę­bi spraw­ne­go ukła­du płcio­we­go, uru­cho­mił sa­mo­chód i za­par­ko­wał. Na ta­kie roz­wa­ża­nia nie ma nic lep­sze­go niż ku­fe­lek zim­ne­go pi­wa. A wie­czo­rem sko­czy na ba­le­ty.

Mo­że tam przy­tu­li się do ja­kie­goś współ­czu­ją­ce­go, ko­bie­ce­go cia­ła.

Zła­ma­nie ko­ści łó­decz­ko­wa­tej nad­garst­ka.

W pra­wej rę­ce!

W le­wej po­waż­ne stłu­cze­nie.

Ales­san­dro, zna­ny w gro­nie przy­ja­ciół ja­ko Al­den­te, czuł­by się z pew­no­ścią tym fak­tem zdru­zgo­ta­ny, gdy­by nie był tak okrut­nie zły. Na sie­bie. Po­cząt­ko­wo nic go nie bo­la­ło. Zresz­tą trud­no, że­by bo­la­ło, sko­ro znie­czu­lił się sku­tecz­nie grap­pą. Tak sku­tecz­nie, że do­pie­ro na­stęp­ne­go dnia za­czę­ło do nie­go do­cie­rać, że oprócz cia­ła astral­ne­go zo­stał wy­po­sa­żo­ny tak­że w cia­ło fi­zycz­ne. I to cia­ło, a kon­kret­nie koń­czy­ny gór­ne, od­mó­wi­ły mu po­słu­szeń­stwa. Na pew­no mia­ło z tym zwią­zek zda­rze­nie, do któ­re­go do­szło w no­cy. Mu­siał chy­ba po­my­lić ba­lu­stra­dę bal­ko­nu z ogro­dze­niem. Chciał prze­sko­czyć przez płot, tym­cza­sem oka­za­ło się, że po sko­ku, na mar­gi­ne­sie bar­dzo efek­tow­nym, zbyt dłu­go le­ciał, a lą­du­jąc, spadł na czte­ry li­te­ry i pod­parł się rę­ka­mi. No i masz. Na­za­jutrz nie był w sta­nie pod­nieść ze sto­łu głu­piej szklan­ki z so­kiem.

Prze­świe­tle­nie nie po­zo­sta­wi­ło żad­nych złu­dzeń.

– Rę­ka­wicz­ka ba­lo­wa dla pa­na. – Za­pro­szo­no go do gip­sow­ni, gdzie je­go ma­syw­na dłoń zo­sta­ła wbi­ta w bia­łe tru­chło aż po ło­kieć. – Pro­szę się przy­zwy­cza­jać, bo to mo­że po­trwać na­wet dwa­na­ście ty­go­dni. Łó­decz­ko­wa­ta to jest upier­dli­wa kost­ka, źle się zra­sta. Pal­ce ma pan na wierz­chu, ale nie wol­no ich nad­wy­rę­żać.

Ży­cie bez rę­ki, a za­sa­dzie bez dwóch rąk, bo le­wą też nie po­tra­fił ni­cze­go moc­niej chwy­cić, za­czy­na­ło być nie­zno­śne.

Mę­czył się tak od ty­go­dnia.

Ty­le wła­śnie cza­su zaj­mo­wał się nim Ri­co, je­go naj­bliż­szy współ­pra­cow­nik i kum­pel. Już to wy­star­czy­ło, że­by strze­lić so­bie w łeb. Jed­nak naj­go­rzej Al­den­te zno­sił wy­pra­wy do ła­zien­ki. Ow­szem, chwil in­tym­no­ści nikt mu nie mą­cił, za­pi­na­nie roz­por­ka też ja­koś szło, choć trwa­ło wie­ki i kosz­to­wa­ło wie­le bó­lu, ale czyn­no­ści pie­lę­gna­cyj­ne, któ­re by­ły nie­odzow­ne, że­by wy­glą­dać atrak­cyj­nie, ktoś mu­siał za nie­go wy­ko­nać. Ni­g­dy nie był zbyt­nio roz­gar­nię­ty ma­nu­al­nie – w wy­jąt­kiem oczy­wi­ście po­słu­gi­wa­nia się bro­nią i bry­lan­ty­ną – a te­raz szam­po­ny, my­dła czy choć­by pa­sta do zę­bów za­czę­ły go wręcz prze­ra­żać. Wo­lał po­chła­niać gu­my do żu­cia, niż po­kor­nie pro­sić Ri­ca o przy­go­to­wa­nie szczo­tecz­ki. Był przez to bar­dzo, ale to bar­dzo sfru­stro­wa­ny.

Po­sta­no­wił ra­to­wać twarz.

Oczy­wi­ście ża­den z kum­pli nie od­wa­żył­by się ni­cze­go po so­bie po­ka­zać, ale znał ich. Za je­go ple­ca­mi na pew­no pę­ka­li ze śmie­chu, zresz­tą naj­lep­szy do­wód, że mi­na Ri­ca rze­dła co­raz bar­dziej. Nie od­mó­wił po­mo­cy, ale pa­trzeć na tę je­go cier­pią­cą gę­bę Al­den­te nie miał wię­cej ocho­ty.

Ro­ze­słał więc po mie­ście wi­ci, że po­szu­ku­je pie­lę­gniar­ki.

I ku­char­ki. A naj­le­piej dwóch w jed­nej. Pie­lę­gniar­ko-ku­char­ki. Z opcją biu­ro­wą, bo przy­da­ła­by się też po­moc przy za­ła­twia­niu in­te­re­sów, je­śli Ri­ca nie bę­dzie w po­bli­żu. Co do ko­mu­ni­ka­cji, naj­lep­szy był­by je­go ję­zyk oj­czy­sty, czy­li wło­ski. An­giel­ski też ewen­tu­al­nie uj­dzie, nie bę­dzie się upie­rał. Te­raz di­zajn. Je­śli już ktoś ma się zna­leźć tak bli­sko, naj­lep­sza by­ła­by kla­sa A. Naj­chęt­niej wer­sja li­mi­to­wa­na z do­dat­ko­wy­mi ga­dże­ta­mi, choć­by w po­sta­ci ape­tycz­nie roz­kwi­ta­ją­cych po­du­szek po­wietrz­nych.

Że­by kum­plom żal tył­ki ści­skał.

I wte­dy bę­dzie miał pro­blem z gło­wy.

Skoń­czą się uśmiesz­ki po ką­tach.

Tak, zła­ma­na rę­ka nie prze­szko­dzi mu też do­piąć in­nych waż­nych spraw.

– Ri­co! – wrza­snął w głąb do­mu. – Przy­nieś mi z ga­bi­ne­tu sta­rą ma­pę klasz­to­ru. Ale szyb­ko!

Do­ro­ta szcze­rze nie zno­si­ła swo­jej pra­cy.

Ale pra­co­wać mu­sia­ła, pie­nią­dze ja­koś z nie­ba ka­pać nie chcia­ły, a ona, stu­dent­ka i peł­no­krwi­sta ko­bie­ta, mia­ła swo­je po­trze­by. I tak od koń­ca se­sji ćwi­czy­ła spa­ce­ry mię­dzy sto­li­ka­mi ja­ko kel­ner­ka w Ca­fe Skrzyn­ka. Bar­dzo in­spi­ru­ją­ce za­ję­cie. Zwłasz­cza kie­dy ma się po­praw­kę i zło­śli­wy sta­ry cap z ję­zy­ko­znaw­stwa prag­ma­tycz­ne­go chce czło­wie­ko­wi obrzy­dzić ży­cie i udo­wod­nić, że pięk­ne i za­dba­ne stu­dent­ki ma­ją w gło­wie je­dy­nie siecz­kę.

Czy to spra­wie­dli­we?

Ład­ne ma­ją le­piej? Ta­ką bred­nię mu­sia­ła chy­ba wy­my­ślić ja­kaś nie­zo­rien­to­wa­na w te­ma­cie brzy­du­la. A szy­ka­ny ze stro­ny ko­le­ża­nek? Do­ro­ta za­wsze mia­ła pro­blem ze zna­le­zie­niem brat­niej du­szy, któ­ra nie czu­ła­by się przy niej gor­sza. Dy­stans. Z ta­ką po­sta­wą ze stro­ny ko­biet spo­ty­ka­ła się naj­czę­ściej, je­śli nie li­czyć pod­szy­tej za­zdro­ścią nie­chę­ci. Męż­czyź­ni dla od­mia­ny wi­dzie­li w niej la­lecz­kę, tyl­ko nie­któ­rzy trak­to­wa­li ją jak isto­tę ludz­ką. A ta isto­ta tro­chę się w ży­ciu na­cier­pia­ła i choć mo­że nie by­ła zbyt ko­mu­ni­ka­tyw­na, mo­że na­wet za­cho­wy­wa­ła się nie­co wy­nio­śle, nie był to jed­nak po­wód, że­by po­dzi­wiać ją przez szy­bę i trak­to­wać jak ma­ne­ki­na na wy­sta­wie.

Na szczę­ście mia­ła ro­dzi­nę. Na myśl o mat­ce po­czu­ła zwy­kłą iry­ta­cję, ale zo­sta­ły jesz­cze sio­stry. A, wła­śnie. Mu­si się upew­nić, czy pa­mię­ta­ją o za­pla­no­wa­nej na dziś ak­cji. Że­gnaj­cie ży­la­ki, że­gnaj kel­ner­ski far­tu­chu i fu­chy na zmy­wa­ku! Mo­że już nie­dłu­go do­sta­nie pra­cę swo­ich ma­rzeń. Sio­stry obie­ca­ły jej prze­cież w tym po­móc.

Się­gnę­ła po ko­mór­kę, ale ta jak na złość pi­snę­ła ża­ło­śnie i wy­da­ła przy dźwię­kach mu­zy­ki ostat­nie tchnie­nie. No tak, za­po­mnia­ła ją na­ła­do­wać. W su­mie ża­den pro­blem. Obok Skrzyn­ki, na ścia­nie łą­czą­cej Świat Książ­ki z let­nim ogród­kiem, wi­siał apa­rat te­le­fo­nicz­ny. Sko­czy tam szyb­ciut­ko, nikt nie za­uwa­ży.

Do­ro­ta wy­mknę­ła się z lo­ka­lu, do­pa­dła bud­ki i wy­stu­ka­ła nu­mer.

– Cześć, sio­stra. Pa­mię­tasz, że masz dla mnie coś dzi­siaj zro­bić? – za­py­ta­ła już na wstę­pie.

– Cześć mło­dzie­ży! – w słu­chaw­ce za­brzmiał pe­łen ra­do­ści głos, któ­ry te­raz nie­co zmar­kot­niał, ale na­dal sły­chać w nim by­ło dziw­ną eks­cy­ta­cję. Czyż­by sio­stra aż tak pa­li­ła się do po­mo­cy? – Pa­mię­tam, ale wy­stą­pi­ły... eee... nie­prze­wi­dzia­ne kom­pli­ka­cje. Wła­śnie mia­łam do cie­bie dzwo­nić.

Sło­wo „kom­pli­ka­cje” bar­dzo się Do­ro­cie nie spodo­ba­ło, co jed­nak nie prze­szko­dzi­ło jej w od­no­to­wa­niu, że z re­stau­ra­cji wy­szedł klient i ze znu­dzo­ną mi­ną pod­parł ścia­nę obok. To chy­ba ten bru­net ze sto­li­ka przy drzwiach. Wy­da­wał się cał­kiem in­te­re­su­ją­cy, ale po­przed­nie do­bre wra­że­nie roz­wia­ło się jak pa­pie­ro­so­wy dym, któ­ry przy­stoj­niak wła­śnie nie­dba­le wy­pu­ścił ką­ci­kiem ust. Chy­ba rów­nież za­mie­rzał sko­rzy­stać z te­le­fo­nu, co naj­wy­raź­niej ozna­cza­ło, że by­ła zmu­szo­na bro­dzić w je­go ni­ko­ty­no­wych wy­zie­wach. Za grosz wy­obraź­ni! W do­dat­ku stał za­le­d­wie dwa me­try da­lej i na­wet nie sta­rał się ukry­wać, że pod­słu­chu­je.

– Ja­kie kom­pli­ka­cje? – Chrząk­nę­ła, po czym osten­ta­cyj­nie od­wró­ci­ła się ty­łem do bez­czel­ne­go in­tru­za.

– Po­wiem ci wie­czo­rem, jak się spo­tka­my.

– Czy ty mnie wła­śnie wy­sta­wiasz? – Aż nie chcia­ło się jej wie­rzyć. Prze­cież sio­stra wie­dzia­ła, ile zna­czy dla niej no­wa pra­ca. I jesz­cze to iry­tu­ją­ce za­do­wo­le­nie, któ­re cią­gle błą­ka­ło się po złą­czach.

– Do­ro­ta, oprócz mnie masz Ewe­li­nę. Ona uwiel­bia ta­kie szop­ki, a ja by­ła­bym ma­ło prze­ko­ny­wu...

– Prze­ko­nu­ją­ca się mó­wi – Do­ro­ta nie wy­trzy­ma­ła i po­zwo­li­ła so­bie na za­wo­do­wą po­praw­kę, choć w obec­nej sy­tu­acji czu­ła się opusz­czo­na i po­zo­sta­wio­na na pa­stwę lo­su. Pa­stwa lo­su, czy­li naj­młod­sza la­to­rośl w ro­dzi­nie, by­ła zu­peł­nie nie­prze­wi­dy­wal­na, co ca­łe przed­się­wzię­cie sta­wia­ło pod wiel­kim zna­kiem za­py­ta­nia.

– Wiesz w co mnie po­lo­ni­stycz­nie ugryź? – za­bur­cza­ła sio­stra. – Mam te­raz roz­dy­go­ta­ny umysł, a mu­szę go ze­wrzeć. Spra­wy urzę­do­we mi wy­sko­czy­ły, je­stem uwię­zio­na przez pa­rę go­dzin w wy­dzia­le ko­mu­ni­ka­cji. Dla­te­go ci nie po­mo­gę, wy­bacz. Si­ła wyż­sza.

– W wy­dzia­le ko­mu­ni­ka­cji? A co się sta­ło? – Do­ro­ta za­po­mnia­ła, że po­win­na się wście­kać.

– Coś się sta­ło, ale sa­mo do­bre – sap­nę­ła jej roz­mów­czy­ni. – I ty­le te­go do­bre­go, że nie wiem, co ro­bić. Ale to nie na te­le­fon.

– Aaa, szko­da, bo mnie za­cie­ka­wi­łaś. Czy­li wi­dzi­my się na Spor­to­wej? – za­koń­czy­ła już nie­co spo­koj­niej­sza. Z Ewe­li­ną po­sta­no­wi­ła po pro­stu po­waż­nie po­roz­ma­wiać.

– PRZY­JA­DĘ – nie wie­dzieć cze­mu, sio­stra za­ak­cen­to­wa­ła ostat­nie sło­wo. – Chcę wam coś po­ka­zać, pew­nie się zdzi­wi­cie. Niech mło­da zro­bi ja­kąś smacz­ną ko­la­cyj­kę.

– A nie wo­li­my zjeść ko­la­cyj­ki, a po­tem iść do Don Ki­cho­ta po­tań­czyć? – za­su­ge­ro­wa­ła Do­ro­ta, któ­rej wi­zje eg­za­mi­nu i cze­ka­ją­cej ją roz­mo­wy kwa­li­fi­ka­cyj­nej by­naj­mniej nie uszczę­śli­wia­ły.

– Zo­ba­czy­my.

– Po­myśl, bo ja bym się zre­lak­so­wa­ła. A do mło­dej wy­dzwa­niam od bla­de­go świ­tu i nic. Chy­ba spy­tam ma­my, czy nie wie, gdzie jest – po­sta­no­wi­ła, sły­sząc za so­bą po­mruk nie­za­do­wo­le­nia – bo za­czy­nam się mar­twić. To pa, pa. Buź­ka. Do wie­czo­ra.

Ow­szem, kum­ple z uczel­ni mó­wi­li mu, że w Czę­sto­cho­wie miesz­ka­ją ład­ne ko­bie­ty. Do tej po­ry Ce­za­ry ko­ja­rzył z wy­stę­po­wa­niem pięk­no­ści na ki­lo­metr kwa­dra­to­wy ra­czej Wro­cław i Kra­ków, ale mu­siał zmie­nić zda­nie. Wi­dział w tej świę­tej mie­ści­nie na­praw­dę wie­le uro­dzi­wych dziew­czyn, ale dwie dzi­siej­sze prze­bi­ły ca­łą resz­tę.

Ta kel­ner­ka... Mu­siał przy­znać, że ro­bi­ła wra­że­nie. In­ne­go ro­dza­ju niż ru­dzie­lec, któ­ry miał w so­bie coś mi­łe­go, mięk­kie­go, ale i obok tej nie moż­na by­ło przejść obo­jęt­nie. Na­wet w fir­mo­wym, nie­zbyt gu­stow­nym zgrze­ble wy­glą­da­ła jak w spe­cjal­nie za­pro­jek­to­wa­nym far­tusz­ku. Za­wo­do­we mo­del­ki mo­gły się przy niej scho­wać w go­spo­dar­stwie rol­nym i w gu­mo­fil­cach do­glą­dać trzo­dy chlew­nej.

Tyl­ko, cho­le­ra, ile moż­na glę­dzić do słu­chaw­ki?

Obie­cał Le­sia­ko­wi, że za­dzwo­ni, a wo­lał nie ry­zy­ko­wać prób z wła­snej ko­mór­ki, po­nie­waż pro­fe­sor był okrop­nym ga­du­łą i wej­ście mu w sło­wo gra­ni­czy­ło z cu­dem, nie mó­wiąc już o cu­dow­nym ra­chun­ku za po­łą­cze­nie. Przy czym nie li­czy­ło się, że za go­dzi­nę uści­sną so­bie dło­nie i na­ga­da­ją się do wo­li.

Ce­za­ry od ra­zu wy­czuł, że blon­dyn­ka przy­mie­rza się ra­czej do kon­fe­ren­cji te­le­fo­nicz­nej na szczy­cie niż do zwy­kłej roz­mo­wy, więc stwier­dził, że przy­naj­mniej so­bie za­pa­li.

I nie po­my­lił się.

Pa­pla­ła jak na­ję­ta.

Tak jak­by te­le­fon słu­żył do wy­wle­ka­nia wnętrz­no­ści.

A już po­że­gna­nia uwa­żał w ko­bie­cych te­le­dy­sku­ta­cjach za szcze­gól­nie fa­scy­nu­ją­ce. Ileż moż­na wy­lać z sie­bie słów na za­koń­cze­nie roz­mo­wy, chłop ni­g­dy nie poj­mie. „W ta­kim ra­zie bę­dę koń­czyć. Pa, pa. Hej­ka. No to do zo­ba­cze­nia, pa. Bu­ziak”.

Ce­za­ry uwiel­biał przy­glą­dać się lu­dziom, za­wsze szcze­rze go in­te­re­so­wa­li, a już za ob­ser­wo­wa­niem ko­biet wprost prze­pa­dał, więc te­raz rów­nież so­bie nie ża­ło­wał i do­słow­nie nie od­ry­wał od blon­dyn­ki oczu. Zwłasz­cza cie­ka­wi­ły go aspek­ty wska­zu­ją­ce na od­mien­no­ści mię­dzy płcia­mi.

To, co w chwi­lę po­tem na­stą­pi­ło, by­ło od­mien­ne bar­dzo.

Kie­dy dziew­czę wresz­cie odło­ży­ło słu­chaw­kę, ze zwy­kłej cie­ka­wo­ści chciał spraw­dzić, ile cza­su za­ję­ły jej te sło­wo­to­ki, i zer­k­nął na ze­ga­rek. Tu cze­ka­ła go nie­mi­ła nie­spo­dzian­ka.

– O! – spon­ta­nicz­nie wy­ra­ził na głos zdzi­wie­nie. – Sta­nął mi...

Blon­dyn­ka od­wró­ci­ła się i chla­snę­ła go miaż­dżą­cym spoj­rze­niem.

Sło­wo „świ­nia” nie pa­dło.

Ale w po­wie­trzu coś tak jed­no­znacz­nie za­czę­ło chrum­czeć i za­la­ty­wać sło­ni­ną, że dał spo­kój tłu­ma­cze­niom.

Ja­sna Gó­ra ma­ja­czy­ła po­śród par­ko­wych drzew i ha­ba­zi i dźga­ła roz­po­go­dzo­ne po ule­wie nie­bo.

Wy­bor­nie.

Ce­za­ry miał wresz­cie wol­ną chwi­lę. Po­wie­trze sta­ło się chłod­ne, ze­rwał się na­wet wiatr, z lu­bo­ścią więc urzą­dził so­bie spa­ce­rek po klasz­tor­nym wzgó­rzu, my­śląc o pąt­ni­kach, któ­rzy daw­ny­mi wie­ki do­cie­ra­li tu na ko­la­nach. Je­śli o nie­go cho­dzi­ło, do re­li­gii miał ra­czej sto­su­nek umiar­ko­wa­ny, choć na pew­no nie­obo­jęt­ny. Sza­no­wał prze­ko­na­nia in­nych, do­ce­niał au­to­ry­tet wia­ry, ale nie ufał żad­nym or­ga­ni­za­cjom, na­wet ko­ściel­nym. I obo­jęt­ne, czy by­li to mu­zuł­ma­nie, bud­dy­ści czy chrze­ści­ja­nie. Wo­lał wy­ty­czać so­bie dro­gę sam. Oczy­wi­ście wy­bra­na przez Ce­za­re­go ścież­ka nie wio­dła przez cuch­ną­ce grze­chem ba­gna i wą­do­ły, a cho­ciaż i tak się zda­rza­ło, je­go za­ło­że­nie by­ło jed­nak jak naj­bar­dziej za­cne: kro­czyć ja­snym szla­kiem mo­cy. A je­śli nie po­ma­gać bliź­nim, to przy­naj­mniej im nie szko­dzić.

I gdzie go rzu­cił prze­kor­ny los?

A otóż rzu­cił go do chrze­ści­jań­skiej sto­li­cy Pol­ski.

O dzi­wo, na­wet się Ce­za­re­mu tu­taj po­do­ba­ło.

Szyb­ko zna­lazł wśród bra­cisz­ków kil­ku do­brych zna­jo­mych i z ich po­mo­cą po­zna­wał klasz­tor od pod­szew­ki. Za­glą­dał w ta­kie miej­sca, gdzie nie wpusz­cza się ani tu­ry­stów, ani wier­nych. Nie by­ła to wpraw­dzie Ke­nia, ale spę­dzać la­to na wy­kop­kach i w chłod­nych klasz­tor­nych mu­rach, w któ­rych każ­da ce­gła szep­ta­ła o hi­sto­rii, to rów­nież nie­zła grat­ka.

Czuł się więc usa­tys­fak­cjo­no­wa­ny.

Je­go po­obied­ni ob­chód po wa­łach z wol­na sta­wał się ry­tu­ałem pod­su­mo­wu­ją­cym dzień pra­cy, któ­ry oko­ło szes­na­stej koń­czył się her­bat­ką u prze­ora. Zwy­kle her­bat­ka aż pie­ni­ła się Ce­za­re­mu w ustach, po­nie­waż dys­ku­to­wał ze świę­tym mę­żem na te­ma­ty ewo­lu­cyj­ne, a oj­ciec prze­ło­żo­ny był dia­bel­nie cię­ty na Dar­wi­na, choć ro­zu­miał zna­cze­nie je­go my­śli dla na­uki. Od ewo­lu­cji do teo­lo­gii był więc krok, mi­mo że teo­re­tycz­nie dzie­dzi­ny na­wza­jem się wy­klu­cza­ły. Wczo­raj do kom­pa­nii do­łą­czył pro­fe­sor Le­siak, któ­ry na­zy­wał sie­bie bud­dy­stą, i dzia­ły się rze­czy ar­cy­cie­ka­we. Po­glą­dy krzy­żo­wa­ły się w re­fek­ta­rzu jak szpa­dy, emo­cje pęcz­nia­ły, a śli­na dys­pu­tan­tów try­ska­ła ob­fi­cie. Za­je­dzo­no więc her­bat­kę wi­nem. Kul­tu­ral­nie, oczy­wi­ście. Tak, za­je­dzo­no. Po­da­ne wi­no by­ło tak sta­re, że za­ser­wo­wa­no je na spodecz­kach w po­sta­ci ga­la­ret­ki, któ­rą spa­ła­szo­wa­li ły­żecz­ka­mi.

Ach, te klasz­tor­ne spe­cja­ły…

Wspo­mi­na­jąc z no­stal­gią wi­no, Ce­za­ry scho­wał się na ław­ce pod Skarb­cem, gdzie za­mie­rzał dys­kret­nie za­ku­rzyć i za­pla­no­wać resz­tę dnia. Przed obia­dem wy­ty­po­wał kost­kę do po­bra­nia DNA, a jesz­cze dzi­siaj pro­fe­sor miał pod­jąć zde­cy­do­wa­ne dzia­ła­nia i ciach­nąć Bru­na. Nie bę­dą cze­kać. Cie­ka­we, ileż to lat li­czył so­bie sza­cow­ny umar­lak, któ­re­go ko­ści od­kry­to pod­czas re­no­wa­cji mu­rów. Na­zwa­li go Bru­no, bo ze sta­ro­ści ca­ły był po­czer­nia­ły. Ju­tro osta­tecz­nie koń­czą prze­no­si­ny – bar­dzo waż­ny etap prac, trze­ba to ja­koś zor­ga­ni­zo­wać, usta­lić z Le­sia­kiem szcze­gó­ły, wy­dać po­le­ce­nia...

Ce­za­ry za­to­pił się w za­wo­do­wych roz­my­śla­niach, nie zda­jąc so­bie zu­peł­nie spra­wy z fak­tu, że ma to­wa­rzy­stwo. I to ja­kie! Tuż za nim znaj­do­wa­ła się uwień­czo­na mur­kiem ścia­na, po­nad któ­rą gó­ro­wa­ła sław­na wie­ża. Wła­śnie na tym mur­ku ba­lan­so­wa­ła od ja­kie­goś cza­su pa­ty­ko­wa­ta pan­na z okiem przy­kle­jo­nym do apa­ra­tu fo­to­gra­ficz­ne­go. Świa­ta po­za cy­ka­dłem nie wi­dzia­ła. A ra­czej świat ogra­ni­czał się dla niej do ka­dru. Na­to­miast ta­niec, ja­ki wy­ko­ny­wa­ła, był go­dzien po­dzi­wu. Je­go rytm wy­zna­cza­ły co­raz to no­we uję­cia. Wie­ża w po­przek, wie­ża pod ką­tem czter­dzie­stu stop­ni, wie­ża przy zmia­nie ogni­sko­wej. Przy­kuc­nię­cie, pstryk. Po­wiew sierp­nio­we­go wia­tru, pre­zen­ta­cja ty­ło­zgię­cia i in­nych wdzię­ków pod wy­dy­ma­ną su­kien­ką, trzy pstry­ki. Od­chył w pra­wo, cyk.

Ce­za­ry czuł ka­wał­kiem świa­do­mo­ści, że coś się tam za nim wy­ra­bia, sły­szał szu­ra­nia, chro­bo­ty, ale wciąż nie prze­czu­wa­jąc nad­cią­ga­ją­cej ka­ta­stro­fy, za­sta­na­wiał się wła­śnie nad ko­niem. Za­sad­ni­czo od­ko­pa­li czło­wie­ka, ale w pią­tek oka­za­ło się, że nie­da­le­ko Bru­na po­nie­wie­ra­ją się po bło­niach ko­lej­ne kost­ki. Do­kład­na pe­ne­tra­cja sta­no­wi­ska wy­ka­za­ła, że na­le­żą do zwie­rza za­przę­go­we­go, co by się na­wet zga­dza­ło, bo wcze­śniej zna­leź­li w po­bli­żu Bru­na drew­nia­ny wóz.

Pa­ta­taj, pa­ta­taj.

Ką­tem oka do­strzegł wy­ciecz­kę eme­ry­tów, któ­rych mi­jał, kie­dy prze­mie­rza­li dro­gę krzy­żo­wą. Two­rząc licz­ne gro­mad­ki, z na­boż­nym sku­pie­niem dzie­li­li się uwa­ga­mi al­bo ro­bi­li zdję­cia i po­dzi­wia­li wi­dok mia­sta ście­ła­ją­ce­go się u stóp klasz­to­ru. Kie­dy do­tar­li w oko­li­ce ła­wecz­ki, gwał­tow­nie wy­ha­mo­wa­li. We­so­ły gwar cichł z chwi­li na chwi­lę, aż prze­szedł w peł­ną na­pię­cia ci­szę.

Co jest?!

Od­ru­cho­wo scho­wał pa­pie­ro­sa.

Kil­ku­na­stu sta­rusz­ków z roz­dzia­wio­ny­mi bu­zia­mi mo­że jed­nak sku­tecz­nie zmą­cić spo­kój du­cha. Za­raz, bez pa­ni­ki. Nie ga­pi­li się na nie­go! Ra­czej na coś po­nad nim. Wresz­cie pro­wa­dzą­cy gro­mad­kę pau­lin prze­ci­snął się do przo­du i oce­nił sy­tu­ację. Po czym za­ła­mał rę­ce. Był po­sia­da­czem gi­gan­tycz­ne­go no­sa przy­po­mi­na­ją­ce­go kształ­tem do­rod­ną, przej­rza­łą gru­chę. Ze zde­ner­wo­wa­nia za­czął nią krę­cić, a kie­dy na twa­rzach no­bli­wych piel­grzy­mów płci mę­skiej uj­rzał, o zgro­zo, naj­zwy­klej­szą w świe­cie ucie­chę, nie wy­trzy­mał. Prze­mó­wił. A był to wy­jąt­ko­wo do­no­śny bas, sły­szal­ny pew­nie nie tyl­ko po dru­giej stro­nie for­ty­fi­ka­cji, ale i na świa­tłach pod par­kiem:

– A to co? Pro­szę pa­ni! Pro­szę pa­aani!

Okrzyk miał ta­ką si­łę ra­że­nia, że z drzew ze­rwa­ło się spło­szo­ne ptac­two, co do­dat­ko­wo prze­stra­szy­ło plą­sa­ją­cą po mur­ku dziew­czy­nę. Ce­za­ry gwał­tow­nie się ob­ró­cił, ale nie zdą­żył za­re­ago­wać. Wszyst­ko dzia­ło się bły­ska­wicz­nie. Dłu­ga­śne rę­ce już krę­ci­ły w po­wie­trzu młyn­ka, za­raz po­tem dał się sły­szeć kwik prze­ra­że­nia i w tej sa­mej chwi­li spa­dło mu na kark pa­rę­dzie­siąt ki­lo ko­bie­cej wa­gi. Plus apa­rat.

– Aaaaaaaa! Cho­le­ra! – Ki­lo­gra­my na szczę­ście po­zbie­ra­ły się do ku­py, choć nie od ra­zu. Dziew­czy­na wgra­mo­li­ła się w koń­cu na ław­kę i od­ru­cho­wo sza­cu­jąc stra­ty, zro­bi­ła kil­ka po­spiesz­nych zdjęć. Uspo­ko­jo­na spraw­dzi­ła efekt na wy­świe­tla­czu. – Bar­dzo prze­pra­szam – wy­du­ka­ła w kie­run­ku nie­co za­sko­czo­ne­go zaj­ściem Ce­za­re­go, ale za­kon­ni­ko­wi nie da­ro­wa­ła. Naj­wy­raź­niej tem­pe­ra­ment rów­nież nie ucier­piał w wy­pad­ku, bo ze­rwa­ła się na rów­ne no­gi i ru­szy­ła do na­tar­cia. – A ksiądz co? Prze­cież mo­głam się za­bić! Po co ksiądz się tak darł? Pra­wie do­sta­łam za­wa­łu.

– Co za ulga. – Du­chow­ny naj­wy­raź­niej uznał, że je­śli ktoś po­tra­fi się tak awan­tu­ro­wać, nic mu nie jest. Otarł pot z czo­ła i ob­rzu­cił dziew­czy­nę nie­pew­nym spoj­rze­niem. – Jest pa­ni ca­ła? Nie chcia­łem...

Ce­za­ry rów­nież już do­szedł do sie­bie. Bra­ci­szek, zda­je się, po­trze­bo­wał po­mo­cy, ta ma­ła nie­źle so­bie ra­dzi­ła. Zle­cieć z wy­so­ko­ści i jesz­cze do­ka­zy­wać? Po­gra­tu­lo­wać re­zo­nu.

– Za­wsze wie­dzia­łem, że bab­ki na mnie le­cą, ale że­by aż tak... To mi się za­czął dzień! – pod­su­mo­wał i spró­bo­wał po­krę­cić gło­wą. – Ja też ca­ły.

Za­kon­ni­ka czę­sto wi­dy­wał w ogro­dzie, choć nie zna­li się oso­bi­ście. Za­wsze, kie­dy Ce­za­ry za­mie­rzał do nie­go za­ga­dać, nie­śmia­ły bra­ci­szek jak­by włą­czał urzą­dze­nie na­wi­ga­cyj­ne usta­wio­ne na opcję „uni­kać fa­ce­ta od wy­ko­pa­lisk”. Od­wra­cał się na pię­cie, za­rzu­cał gra­bie na wy­chu­dzo­ne ple­cy i darł w krza­ki. Był po­moc­ni­kiem zmar­łe­go w tam­tym ty­go­dniu bra­ta Paw­ła. Od je­go śmier­ci sam zaj­mo­wał się klasz­tor­nym par­kiem i z te­go co Ce­za­ry za­ob­ser­wo­wał, czy­nił to z wiel­kim od­da­niem. Pie­ścił te ro­śli­ny, na­wet do nich ga­dał i spę­dzał w ogro­dzie każ­dą wol­ną chwi­lę. Cóż więc ro­bi tu­taj? Prze­cież zwie­dza­ją­cych opro­wa­dza­ją oso­by z cen­trum in­for­ma­cji. W su­mie, co za róż­ni­ca, waż­ne, że w koń­cu nada­rza się oka­zja do na­wią­za­nia zna­jo­mo­ści. Już się pło­chli­wiec nie wy­mi­ga. Zresz­tą, ja­ki tam z nie­go pło­chli­wiec. Ta­kim gło­sem mógł­by pod­nieść z gro­bu umar­łe­go.

– Cie­szę się, że wy­szli­śmy z te­go bez ob­ra­żeń, przy­naj­mniej na cie­le. Mo­że się przed­sta­wię – za­pro­po­no­wał ocho­czo. – Trę­bacz. Ce­za­ry Trę­bacz. Ge­ne­tyk i pa­le­oan­tro­po­log. Nad­zo­ru­ję pra­ce pod mu­ra­mi.

Dziew­czy­na za­wie­si­ła na szyi apa­rat i z szel­mow­skim uśmie­chem wy­cią­gnę­ła przed sie­bie rę­kę.

– Faj­nie wie­dzieć, na ko­go się spa­da. Rzep­ka. Ewe­li­na Rzep­ka.

Za­kon­nik za­krę­cił się w miej­scu, usi­łu­jąc uciec przed wia­trem, któ­ry miał ocho­tę na ko­lej­ne igrasz­ki, tym ra­zem po­śród mni­siej sza­ty.

– Zyg­munt. – Wy­ko­nał po­spiesz­ny ukłon, na­wet nie pa­trząc na Ce­za­re­go, i zro­bił krok w tył. A do dziew­czy­ny rzu­cił nie­zbyt uprzej­mie: – Brat, nie ksiądz. To co? To ja już... to my już pój­dzie­my. A pa­ni... pro­szę nie siać zgor­sze­nia tą swo­ją su­kien­ką. Wiatr wie­je, pa­ni ro­bi zdję­cia, a wszyst­ko na wierz­chu. Trze­ba się cza­sem oglą­dać za sie­bie.

– No i masz. – Chu­dzi­na od­pro­wa­dzi­ła go roz­ba­wio­nym wzro­kiem. – Zyg­munt. Ten to po­tra­fi ude­rzyć w wiel­ki dzwon. Tak jak­bym spe­cjal­nie wy­sta­wia­ła ty­łek na po­dmu­chy.

Ce­za­ry łyp­nął na swo­ją to­wa­rzysz­kę. Do dia­bła z bra­tem, przy­dy­bie go kie­dyś pod ja­kimś klom­bem i spró­bu­je wy­ba­dać, dla­cze­go wzbu­dza w nim ta­ką an­ty­pa­tię. Te­raz waż­niej­sza by­ła ta ma­ła. No, no. Naj­wy­raź­niej zle­cia­ła mu na gło­wę osób­ka z po­czu­ciem hu­mo­ru. Zde­cy­do­wa­nie le­piej ra­dził so­bie z da­to­wa­niem ko­ści niż z okre­śla­niem wie­ku na­sto­la­tek, bo kom­plet­nie nie po­tra­fił od­gad­nąć, ile mo­że mieć lat. Ale od ra­zu sta­ło się ja­sne, że po­sia­da tak zwa­ny cha­rak­te­rek. Al­bo jesz­cze le­piej: cha­rak­te­rzy­sko. By­ła cien­ka jak pla­ste­rek sa­la­mi i bar­dzo bez­po­śred­nia. Ob­cię­te na pa­zia wło­sy spa­da­ły jej na twarz, prze­sła­nia­jąc brą­zo­we oczy, więc co chwi­lę po­trzą­sa­ła gło­wą i dmu­cha­ła nie­cier­pli­wie w grzyw­kę.

– Sko­ro już na cie­bie spa­dłam, bę­dziesz mi po­zo­wał – oświad­czy­ła to­nem nie­do­pusz­cza­ją­cym sprze­ci­wu.

By­naj­mniej nie ma­rzył o ko­bie­cie wi­ją­cej się u je­go stóp, ale gdy­by utrzeć nie­let­niej no­sa i tro­chę się po­prze­ko­ma­rzać? Mło­de to, py­ska­te, niech się uczy, jak po­stę­po­wać z męż­czy­zna­mi.

– Tak go­rą­co bła­gasz, że chy­ba się nie oprę... Wy­klu­czo­ne!

Na wi­dok bru­ne­ta z nie­bez­piecz­nym bły­skiem w oku Ewe­li­na stra­ci­ła na chwi­lę kon­takt z rze­czy­wi­sto­ścią, jak zwy­kle, kie­dy spo­ty­ka­ła osob­ni­ka płci od­mien­nej, któ­ry nie śmier­dział i był nie­co ład­niej­szy od dia­bła. Zmą­ce­nie jej ko­bie­ce­go umy­słu do­ko­na­ło się nie­mal na­tych­miast, ale za­raz za­dba­ła, że­by ni­cze­go po so­bie nie po­ka­zać. Za­czę­ła być nie­mi­ła. To, co Ce­za­ry na­zwał re­zo­nem, by­ło za­le­d­wie cie­niem moż­li­wo­ści tej pan­ny, któ­ra w je­go to­wa­rzy­stwie lek­ko się za­cu­ka­ła i tyl­ko dla­te­go nie urzą­dzi­ła na ja­sno­gór­skich wa­łach ta­kiej awan­tu­ry, na ja­ką ją by­ło stać.

A by­ło ją stać na du­żo wię­cej.

Bru­ne­ci za­wsze jed­nak dzia­ła­li na nią wręcz hi­sta­mi­no­wo. Nie­je­den ciem­no­wło­sy przy­stoj­niak przy­pra­wił ją już w cią­gu dzie­więt­na­sto­let­nie­go ży­wo­ta o sko­ki ci­śnie­nia i pal­pi­ta­cje ser­ca, przy czym te ostat­nie gwa­ran­to­wa­ła róż­ni­ca wie­ku. O dzi­wo, star­si pa­no­wie (co naj­mniej po trzy­dzie­ste) oka­zy­wa­li się naj­lep­szy­mi part­ne­ra­mi do roz­mo­wy. Wie­dzie­li, cze­go ko­bie­ta chce, po­tra­fi­li o nią za­dbać za­rów­no in­te­lek­tu­al­nie (Ewe­li­na uwiel­bia­ła to­czyć dys­ku­sje i mia­ła wie­le, do­praw­dy wie­le za­in­te­re­so­wań), jak i ma­te­rial­nie, bo prze­cież dys­po­no­wa­li już wła­sny­mi fun­du­sza­mi. Ró­wie­śni­cy mo­gli więc li­czyć u tej pan­ny co naj­wy­żej na wspól­ne wa­ga­ry w zam­ku w Olsz­ty­nie – mia­stecz­ku pod Czę­sto­cho­wą, gdzie uczeń tech­ni­kum ga­stro­no­micz­ne­go tra­fiał, ma­jąc w kie­sze­ni za­le­d­wie zło­ty dzie­więć­dzie­siąt.

Za­chwyt no­wo po­zna­nym mo­że i był­by mniej­szy, gdy­by Ewe­li­na nie po­kłó­ci­ła się ran­kiem ze swo­im chło­pa­kiem Ga­bry­siem, ską­d­inąd blon­dy­nem o roz­czu­la­ją­cym wy­glą­dzie amor­ka. W hi­sto­rii roz­stań i zstań tej pa­ry dzi­siej­sza róż­ni­ca zdań by­ła ma­ło zna­czą­cym szcze­gó­łem, choć pa­ni fo­to­graf zro­bi­ła z niej co naj­mniej schi­zmę i po­przy­się­gła roz­ma­wiać z Ga­brie­lem tyl­ko przez po­sły. Tym głę­biej to­nę­ła te­raz w oczach bru­ne­ta, któ­ry prze­stał się wy­głu­piać i chy­ba wresz­cie po­jął, że ma do czy­nie­nia z po­sta­cią co naj­mniej nie­ba­nal­ną.

– Masz pa­pie­ro­sa? – za­gad­nę­ła. Zna­jo­my za­pach wy­czu­ła już na sa­mym po­cząt­ku, ale z nie­dy­skret­nym py­ta­niem wo­la­ła po­cze­kać do odej­ścia bra­ta Zyg­mun­ta.

– Ta­ka mło­da i pa­lą­ca? – wy­mam­ro­tał z dez­apro­ba­tą, ale ukrad­kiem wy­cią­gnął pacz­kę i kry­tycz­nie przyj­rzał się jej syl­wet­ce. – Pro­ces wzro­stu...

– Za­koń­czo­ny, mam na­dzie­ję. Mle­cza­ki też mi już daw­no wy­pa­dły – wy­szcze­rzy­ła się w uśmie­chu. – Tu chy­ba nie wol­no pa­lić?

– Zga­dza się.

– Ale ty pa­li­łeś.

– Oko­licz­ność przy­mu­so­wa, że tak to uj­mę. Głę­bo­ko nad czymś my­śla­łem. Ni­g­dy tu nie pa­lę.

– W ta­kim ra­zie też chy­ba so­bie da­ru­ję – na­gle zmie­ni­ła zda­nie.

– I słusz­nie.

– Mia­łam dzi­siaj rzu­cić. Pa­le­nie. Ale jak na ra­zie skoń­czy­ło się na... rzu­ce­niu fa­ce­ta – rze­kła lek­ko i zer­k­nę­ła, czy jej sło­wa wy­war­ły ocze­ki­wa­ne wra­że­nie. – Jed­no wy­klu­cza dru­gie, jak się oka­zu­je.

Ce­za­ry po­pa­trzył spod by­ka i ma­ło wdzięcz­nie przy tym za­kasz­lał. Bra­ko­wa­ło tyl­ko, że­by splu­nął, a przy­naj­mniej wy­glą­dał tak, jak­by miał na to wiel­ką ocho­tę. Cie­ka­we, czy po­wstrzy­mał się ze wzglę­du na świę­te miej­sce, czy to­wa­rzy­stwo.

– Ta­aa. Rzu­ci­łaś, ale wi­dzę, że już szu­kasz na­stęp­ne­go? Ja­kie te współ­cze­sne dziew­czy­ny ope­ra­tyw­ne – pod­su­mo­wał, nie kry­jąc obrzy­dze­nia. – Lo­gi­stycz­nie to je­ste­ście ta­kie ob­cy­ka­ne, że hej. I zim­ne jak karp w ga­la­re­cie. Al­bo jesz­cze le­piej – jak pi­ra­nia w ga­la­re­cie. Mar­ke­ting i za­rzą­dza­nie, moż­na po­wie­dzieć, że wro­dzo­ne.

– A ty masz dziew­czy­nę nie­współ­cze­sną? – za­py­ta­ła z cie­ka­wo­ścią. Ty­ra­da na te­mat mo­ral­no­ści płci pięk­nej by­ła jak dla niej zna­czą­ca. – Już wiem! – za­wo­ła­ła, ob­ser­wu­jąc je­go kwa­śną mi­nę. – Rzu­ci­ła cię, tak? To stąd ten jad?

– Wiesz co? – Wstał. – Mi­ło by­ło i tak da­lej, ale mu­szę wra­cać do pra­cy.

– Czy­li rzu­ci­ła.

Nie żar­to­wał. Szy­ko­wał się do odej­ścia i na­praw­dę stra­cił hu­mor. In­tu­icja pod­po­wie­dzia­ła jej więc, że­by zmie­nić te­mat.

– To co z tym po­zo­wa­niem? – za­ga­da­ła, usi­łu­jąc do­trzy­mać mu kro­ku. – Masz cie­ka­wą twarz, zro­bi­ła­bym ci pa­rę por­tre­tów. Mo­że dasz się na­mó­wić.

Ce­za­ry te­raz dla od­mia­ny nie­ocze­ki­wa­nie wy­ha­mo­wał i za­nim Ewe­li­na się zo­rien­to­wa­ła, pod­szedł do bla­sza­nej płach­ty, któ­ra za­my­ka­ła tę część wa­łów dla zwie­dza­ją­cych. Od­chy­lił ją nie­co i zer­k­nął za­chę­ca­ją­co. Po je­go złym na­stro­ju nie by­ło już śla­du.

– Co ro­bisz? – za­pro­te­sto­wa­ła, bo na ogro­dze­niu wi­sia­ła czy­tel­na in­for­ma­cja: „Za­kaz wstę­pu”.

– Chodź, po­ka­żę ci mo­je kró­le­stwo. Po­pa­trzysz stąd, bo tam da­lej nie wi­dać.

Cho­ciaż ten im­per­ty­nent trak­to­wał ją jak młod­szą, nie­zno­śną sio­strę, a nie jak doj­rza­łą ko­bie­tę z kla­są, cie­ka­wość zwy­cię­ży­ła. Ewe­li­na prze­ci­snę­ła się za nim.

– Cze­mu to jest za­gro­dzo­ne?

– Je­ste­śmy w Ba­stio­nie św. Trój­cy – oznaj­mił z za­do­wo­le­niem Ce­za­ry. – Mu­sie­li­śmy coś zro­bić, że­by ga­pie nam nie prze­szka­dza­li. Co praw­da piel­grzy­mi to nie ki­bi­ce, ale po wa­łach spa­ce­ru­ją rów­nież dzie­ci, i to ra­czej one pso­cą. Mie­li­śmy już dość ogryz­ków i bu­te­lek po pep­si. Mar­twa świn­ka mor­ska prze­wa­ży­ła sza­lę – uśmiech­nął się. – Wy­łą­czy­li­śmy ten frag­ment for­ty­fi­ka­cji ze zwie­dza­nia.

– Mó­wi­łeś, że je­steś ge­ne­ty­kiem. Do­brze pa­mię­tam?

– Tak.

– I pa­leo...

– Pa­le­oan­tro­po­lo­giem – do­koń­czył bez za­jąk­nię­cia.

– A kto to ta­ki?

– Za­raz ci wy­ja­śnię. To mo­je wy­kop­ki. – Pod­pro­wa­dził Ewe­li­nę do ka­mien­ne­go pa­ra­pe­tu i dum­nie wy­sta­wił pierś. – Mo­je i pro­fe­so­ra Le­sia­ka.

Ewe­li­na za­chłan­nie rzu­ci­ła się do oglą­da­nia. Na piasz­czy­stej ścież­ce przy sta­cji dro­gi krzy­żo­wej przed­sta­wia­ją­cej grób Je­zu­sa uwi­ja­li się stu­den­ci. Krę­ci­li się jak mrów­ki w ob­rę­bie sze­ro­kie­go na kil­ka­na­ście me­trów pro­sto­ką­ta ogro­dzo­ne­go bia­ło-czer­wo­ną ta­śmą. Zie­mia by­ła tu roz­grze­ba­na, róż­no­ko­lo­ro­wa, upstrzo­na żół­ta­wy­mi wa­pien­ny­mi ob­łup­ka­mi. Pew­ną część te­re­nu wy­gła­dzo­no i po­trak­to­wa­no jak tort uro­dzi­no­wy – w rów­nych od­stę­pach tkwi­ły w niej ni­czym świecz­ki drew­nia­ne pa­li­ki, do któ­rych po­przy­cze­pia­no kart­ki z nu­me­ra­mi. Za to przy mu­rze wi­dać by­ło wy­kro­jo­ne w zie­mi do­ły – obok jed­ne­go z nich stał po­ma­rań­czo­wy, spo­rych roz­mia­rów na­miot.

– Tam le­ży Bru­no – Ce­za­ry wy­ar­ty­ku­ło­wał, a z to­nu Ewe­li­na do­my­śli­ła się, że cho­dzi­ło o cen­ne zna­le­zi­sko.

Zresz­tą lo­kal­na pra­sa nie prze­sta­wa­ła bęb­nić o zna­le­zie­niu na Ja­snej Gó­rze ja­kichś sta­rych ko­ści. Co za wspa­nia­ły zbieg oko­licz­no­ści, że oto po­zna­ła ko­goś, kto ma z tym wszyst­kim zwią­zek. Ocza­mi wy­obraź­ni już wi­dzia­ła sie­bie wy­wi­ja­ją­cą ło­pat­ką po­śród gó­rek zie­mi. Prze­cież tak te­go nie zo­sta­wi! Ma oto je­dy­ną szan­sę na ty­siąc zna­leźć się w an­tro­po­lo­gicz­nym wi­rze wy­da­rzeń.

– Nie­sa­mo­wi­te! Przed­po­to­po­wy czło­wiek?

– Je­ste­śmy w trak­cie usta­leń. Sta­ry to on jest, na pew­no. Że­by okre­ślić je­go wiek, po­bie­ra­my dzi­siaj prób­kę DNA, cho­ciaż do te­go wy­star­czy ana­li­za den­dro­chro­no­lo­gicz­na.

– Czy­li? – za­py­ta­ła rze­czo­wo, sta­ra­jąc się wy­glą­dać na prze­ję­tą, cho­ciaż nie mu­sia­ła uda­wać. By­ła prze­ję­ta. Ce­za­ry zda­wał się tyl­ko cze­kać na po­dob­ny prze­jaw za­in­te­re­so­wa­nia.

– Kil­ka mie­się­cy te­mu, za­nim zna­leź­li­śmy Bru­na, od­ko­pa­no tu drew­nia­ny wóz – za­do­wo­lo­ny roz­po­czął wy­kład. – W tej sa­mej war­stwie. Na szczę­ście ko­ła mia­ły dę­bo­we osie, więc to się faj­nie da­tu­je. Cho­dzi o li­cze­nie pier­ście­ni w drze­wie, tak w du­żym skró­cie. Wy­star­czy okre­ślić wiek osi, czym już się zaj­mu­je pe­wien dok­tor z kra­kow­skiej Aka­de­mii Rol­ni­czej, i ma­my da­to­wa­nie z do­kład­no­ścią co do ro­ku. Oczy­wi­ście mó­wi­my o ro­ku, w któ­rym ścię­to drze­wo uży­te do zro­bie­nia wo­zu.

– Masz fa­scy­nu­ją­cy za­wód.

– Też tak uwa­żam. – Ce­za­ry bły­snął zę­ba­mi.

– Ale po co w ta­kim ra­zie jesz­cze ba­da­nie DNA?

– Mie­li­by­śmy so­bie da­ro­wać? Chy­ba żar­tu­jesz.

– Nie, nie, oczy­wi­ście – Ewe­li­na za­raz się po­pra­wi­ła. – A ile ten Bru­no mo­że mieć lat? Co ci pod­po­wia­da two­je hm... do­świad­cze­nie?

– Ja­ka się sta­łaś na­gle mi­ła. – Ce­za­ry łyp­nął po­dejrz­li­wie, ale po­ku­sa, że­by opo­wia­dać o tym, co ko­chał, by­ła zbyt wiel­ka. – Od­ko­pa­li­śmy też przy Bru­nie kil­ka na­rzę­dzi i coś mi się wy­da­je, że to mo­że być XVII – XVIII wiek. Ale gło­wy nie dam. Cze­mu py­tasz?

– Miesz­kam w tym mie­ście, więc chcę wie­dzieć wię­cej. Po­za tym tru­py i ko­ści to coś, co mnie fa­scy­nu­je.

– Tru­py, po­wia­dasz? A mnie się wy­da­je, że cie­bie przede wszyst­kim fa­scy­nu­je za­mie­sza­nie – oświad­czył sta­now­czo, świ­dru­jąc ją wzro­kiem.

Ewe­li­na usi­ło­wa­ła przy­jąć po­zę peł­ną pew­no­ści sie­bie. Zda­je się, że ten za­ro­zu­mia­lec do­ga­dał­by się z Jul­ką, jej naj­star­szą sio­strą. Ona też po­zwa­la­ła so­bie na po­dob­ne ko­men­ta­rze, ty­le że jesz­cze bar­dziej bez­li­to­sne. Sio­stra mo­gła. Sio­stra chcia­ła jak naj­le­piej i sio­strę Ewe­li­na z głę­bi swych trze­wi wiel­bi­ła. Ale ten... Nie, złość zo­sta­wi so­bie na kie­dy in­dziej. Te­raz mu­si być słod­ka jak mus ma­li­no­wy, że­by Ce­za­ry po­zwo­lił jej tu wró­cić. Tu, z tym że kil­ka me­trów ni­żej. Jesz­cze ni­g­dy nie wi­dzia­ła wy­ko­pa­lisk z bli­ska.

– A to coś złe­go, że nie lu­bię nu­dy?

– Ni­by nie, tyl­ko na mnie nie licz. Nie za­pew­nię ci roz­ryw­ki, a wi­dzę, że oczka aż ci się świe­cą. Kło­po­tów z ma­ło­la­ta­mi nie po­trze­bu­ję – wy­ja­śnił z zim­nym uśmie­chem. – Na te­ren prac cię nie wpusz­czę, nie ma mo­wy. Wra­caj do przed­szko­la, bo tam już pew­nie dzwo­nią na le­ża­ko­wa­nie.

– W lu­tym skoń­czy­łam dzie­więt­na­ście lat – wy­rwa­ła się, ale za­raz po­ję­ła, jak to mu­sia­ło głu­pio za­brzmieć. Za­ci­snę­ła pię­ści. Sko­ro tak, sko­ro ten prze­brzy­dły pa­le­oja­kiś­tam chce jej rzu­cać kło­dy pod no­gi, ro­ze­gra to ina­czej. Pre­tekst. Po­trze­bu­je pre­tek­stu, że­by go zno­wu spo­tkać. Ale naj­pierw wy­pa­da­ło­by bru­ne­ta ugła­skać, że­by na jej wi­dok nie od­pa­lał hau­bi­cy.

– W po­rząd­ku. – Po­cią­gnę­ła no­sem. – Zga­dłeś. Chcia­łam się przyj­rzeć wa­szej pra­cy, bo ar­che­olo­gia na­praw­dę mnie in­te­re­su­je.

– To się od­in­te­re­suj. Wy­star­czy te­go do­bre­go. Idzie­my.

Ile kosz­to­wał Ewe­li­nę uśmiech, wie­dzia­ła tyl­ko ona. Ale uśmiech­nę­ła się, jak po­tra­fi­ła naj­ład­niej. Nie­ste­ty na bru­ne­ta to nie po­dzia­ła­ło. Po­pro­wa­dził ją do wyj­ścia, a na­stęp­nie skie­ro­wał się do bra­my. Le­d­wie za nim na­dą­ża­ła.

– Po­cze­kaj. – Zła­pa­ła go tuż przy scho­dach. – Sko­ro nie chcesz po­zo­wać, to mo­że cho­ciaż zro­bi­my so­bie pa­miąt­ko­we zdję­cie? Bę­dę się chwa­lić, że po­zna­łam pa­leo... fa­ce­ta, któ­ry od­krył Bru­na.

– To nie ja go od­kry­łem.

– Ale kie­ru­jesz pra­ca­mi.

– Tyl­ko ko­goś za­stę­pu­ję – jesz­cze pró­bo­wał się wy­mi­gać, ale Ewe­li­na do­pię­ła swe­go. Prze­cież wy­star­czy­ło mieć fo­to­gra­fię i po­ma­chać nią straż­ni­ko­wi na ogro­do­wej fur­cie. Ja­ko do­bra zna­jo­ma kie­row­ni­ka prac zo­sta­nie wpusz­czo­na na te­ren wy­ko­pa­lisk, a tam prze­ka­że pa­miąt­kę Ce­za­re­mu. Pre­tekst do ko­lej­ne­go spo­tka­nia jak zło­to.

– Czy to na­praw­dę ta­kie wiel­kie po­świę­ce­nie? Spra­wić dziew­czy­nie odro­bi­nę ra­do­ści? Pro­szę pa­na! – za­krzyk­nę­ła na męż­czy­znę, któ­ry wła­śnie wszedł na wa­ły. – Zro­bi pan nam zdję­cie?

Czy ta ma­ła pi­jaw­ka wresz­cie się od­cze­pi?

Ce­za­ry po­wi­nien już wra­cać do pra­cy. Z mu­rów wi­dział zde­ner­wo­wa­ne­go je­go nie­obec­no­ścią Le­sia­ka, któ­ry mio­tał się po sta­no­wi­sku. Niech jej bę­dzie, od jed­ne­go cyk­nię­cia nikt prze­cież nie umarł. Le­d­wie jed­nak pod­jął de­cy­zję, już jej po­ża­ło­wał. Na­wie­dzo­na pa­ni fo­to­graf do­rwa­ła ja­kie­goś go­ścia, pół go­dzi­ny tłu­ma­czy­ła mu za­sa­dy kom­po­zy­cji ob­ra­zu i wresz­cie wci­snę­ła się Ce­za­re­mu pod pa­chę po­zo­wać, tak peł­na en­tu­zja­zmu, że zwąt­pił.

– Te­raz jesz­cze sam – za­rzą­dzi­ła pod­stęp­na wiedź­ma. – Jed­no je­dy­ne. – Za­krę­ci­ła się tak szyb­ko, że na­wet nie zdą­żył za­pro­te­sto­wać. Do­pię­ła swe­go. Ode­bra­ła fa­ce­to­wi apa­rat i z pręd­ko­ścią świa­tła za­czę­ła zwal­niać mi­gaw­kę. Do­ska­ki­wa­ła, ku­ca­ła na tych swo­ich cien­kich nóż­kach, pra­wie się wi­ła po pły­tach chod­ni­ka. Jed­nym sło­wem, naj­nor­mal­niej w świe­cie ro­bi­ła z nie­go kre­ty­na.

– Mia­ło być jed­no – za­pro­te­sto­wał.

– Groź­ny, do­brze... – mam­ro­ta­ła jak w tran­sie, zu­peł­nie nie przej­mu­jąc się je­go zde­ner­wo­wa­niem. – Świet­nie. Ta two­ja na­bz­dy­czo­na mi­na to bę­dzie prze­bój. A te­raz uśmiech. A przy­naj­mniej spoj­rzyj uwo­dzi­ciel­sko.

Skąd się ta­kie tu­pe­cia­ry na tym pa­do­le bio­rą, Ce­za­ry nie mógł zro­zu­mieć.

Bły­snął zę­ba­mi w prze­szcze­rej od­sło­nie dzią­seł i...

Co się dzie­je?

Zo­ba­czy­ła du­cha?

Chu­da oszust­ka na­raz ska­mie­nia­ła. Po­wo­li opu­ści­ła apa­rat, nie prze­sta­jąc wpa­try­wać się w wie­żę, a w jej wiel­kich oczach od­bi­ło się prze­ra­że­nie.

– Ktoś spadł! – wy­krzy­cza­ła wstrzą­śnię­ta i ru­szy­ła pę­dem do bra­my.

Ra­czej nie ro­bi­ła so­bie żar­tów, a je­śli tak, mia­ła wiel­ki ta­lent. Za­gra­nie twa­rzą po­dob­ne­go wzbu­rze­nia gwa­ran­to­wa­ło­by jej zda­nie eg­za­mi­nu do szko­ły ak­tor­skiej, i to w pierw­szej trój­ce.

Obej­rzał się, ale ni­cze­go cie­ka­we­go nie zo­ba­czył.

W tej sa­mej chwi­li na dzie­dziń­cu przed kruch­tą za­wrza­ło.

Nie roz­róż­niał po­szcze­gól­nych słów, ale chy­ba fak­tycz­nie coś się sta­ło, bo har­mi­der dał się sły­szeć na­wet tu. Za­in­try­go­wa­ny pod­szedł do scho­dów, skąd miał do­sko­na­ły wi­dok na plac przed wej­ściem do ba­zy­li­ki. Mi­ja­jąc bra­mę, usły­szał krzy­ki ko­biet.

– Le­ka­rza!

– On nie ży­je!

Wier­ni tło­czy­li się przy wej­ściu na ma­ły dzie­dzi­niec po­mię­dzy wie­żą a bu­dyn­kiem Po­koi Kró­lew­skich, za­sła­nia­jąc miej­sce naj­więk­szej ko­tło­wa­ni­ny zwar­tą ma­są ciał. Co spryt­niej­si wcho­dzi­li na po­dest cen­trum in­for­ma­cji, gdzie pra­wie wdra­py­wa­li się na ścia­ny, po­zo­sta­li ob­le­ga­li przed­sio­nek. Zro­bi­ło się spo­re za­mie­sza­nie, a cie­kaw­skich przy­by­wa­ło i przy­by­wa­ło. Ewe­li­na z ogniem w oczach rzu­ci­ła się w oce­an lu­dzi i par­ła do przo­du. Gdzie ta sza­lo­na się pcha­ła? I po co? Ce­za­ry za­klął w du­chu, ale prze­ci­skał się w ślad za nią, wy­ła­pu­jąc przy oka­zji z tłu­mu ury­wa­ne roz­mo­wy.

– Prze­cież wi­dzia­łam, jak le­ciał – za­pew­nia­ła ob­wie­szo­na zło­tem blond se­nior­ka, wy­ma­chu­jąc opa­lo­ną dło­nią. – To sa­mo­bój­stwo!

– Ale że­by się na wła­sne ży­cie tar­gać na Ja­snej Gó­rze... – za­wtó­ro­wa­ła jej z nie­sma­kiem są­siad­ka, bar­wio­na na kasz­tan ele­gant­ka w oku­la­rach. – Kie­dyś to z wa­łów ta­ki je­den ska­kał. Mło­dy chło­pak i, mó­wię pa­ni, przy­stoj­ny jak rzad­ko. I po co się za­bi­jać? Prze­cież to grzech śmier­tel­ny.

– Ano śmier­tel­ny, jak wi­dać. Te­raz to lu­dzie żad­ne­go miej­sca nie usza­nu­ją – do­ło­żył czer­stwy sta­ru­szek w słom­ko­wym ka­pe­lu­szu. – Ja to tyl­ko sły­sza­łem ta­kie łu­uup, jak­by coś cięż­kie­go spa­dło.

– A ja wi­dzia­łam, jak le­ciał – upie­ra­ła się ta od zło­tych wo­tów.

– Mo­że prze­ży­je – star­szy pan nie tra­cił na­dziei. – Róż­ne się cu­da zda­rza­ją. Zwłasz­cza na Ja­snej Gó­rze.

O ścia­ny sank­tu­arium obił się na­gle me­ta­licz­ny dźwięk me­ga­fo­nu, z któ­re­go po­pły­nął głos na­le­żą­cy, jak stwier­dził Ce­za­ry, do oj­ca prze­ora. Zgro­ma­dze­ni za­czę­li zgod­nie milk­nąć, wsłu­chu­jąc się w sło­wa ka­pła­na, któ­re nio­sły się po świę­tej bu­dow­li peł­ne po­wa­gi i spo­ko­ju.

– Dro­dzy moi, zda­rzy­ło się coś bar­dzo smut­ne­go. Do­szło do wy­pad­ku, na ra­zie nie wie­my, z ja­kim skut­kiem. Pro­si­my o zro­bie­nie miej­sca, tak że­by nie blo­ko­wać Bra­my Ja­na Paw­ła II. Na tę oko­licz­ność mu­sie­li­śmy za­wia­do­mić po­go­to­wie i po­li­cję i wła­śnie tym wej­ściem ich przy­wi­ta­my. Do te­go cza­su pro­szę, że­by­ście nie opusz­cza­li te­re­nu na­sze­go klasz­to­ru, bo być mo­że bę­dzie­my mu­sie­li z nie­któ­ry­mi po­roz­ma­wiać. Za­pra­szam do ba­zy­li­ki, gdzie zo­sta­nie od­pra­wio­na msza za du­szę te­go bied­ne­go czło­wie­ka.

Roz­waż­ne sło­wa du­chow­ne­go do­tar­ły do wier­nych, bo przez tłum prze­szła fa­la szep­tów, a po­tem lu­dzie za­czę­li się zbie­rać. Ma­ru­de­rów po­ga­nia­li straż­ni­cy i po do­brych dzie­się­ciu mi­nu­tach przy wej­ściu na wie­żę sta­li tyl­ko pau­li­ni, oso­by z cen­trum in­for­ma­cji i naj­wy­tr­wal­si żąd­ni sen­sa­cji tu­ry­ści pod­pie­ra­ją­cy ścia­ny wo­kół pla­cu. Co­fa­ją­cy się tłum uniósł Ce­za­re­go pod kruch­tę i wy­pluł przy zej­ściu do wie­czer­ni­ka. Do­pie­ro tu zła­pał Ewe­li­nę za ło­kieć i to w ostat­niej chwi­li, bo smar­ku­la już chcia­ła wra­cać tam, gdzie usi­ło­wa­ła się do­pchać po­przed­nio. Jak od­ga­nia­na mu­cha. W do­dat­ku usta­wia­ła coś w apa­ra­cie. Ta­kiej dzien­ni­kar­skiej oka­zji pew­nie nie prze­pu­ści, jak­że­by ina­czej.

– Gdzie pę­dzisz? Czło­wiek miał wy­pa­dek, ta­kie to dziw­ne?

– Ale ja wi­dzia­łam, jak spa­da!

– I co z te­go? Nie tyl­ko ty.

– Chcę opo­wie­dzieć, po­móc – wy­ry­wa­ła się.

– Tak? A po co grze­biesz w apa­ra­cie? Jak chcesz po­móc, leć na mszę. Bę­dą po­trze­bo­wać two­jej po­mo­cy, po­pro­szą.

– Słu­chaj – chu­dzi­na zmru­ży­ła oczy i wy­szarp­nę­ła gwał­tow­nie rę­kę – na mszę się cho­dzi, a nie la­ta, to raz. Tro­chę sza­cun­ku. Dwa, ta­tu­sia nie po­trze­bu­ję. Trzy, zaj­muj się swo­imi spra­wa­mi, do­brze? A ode mnie się od­wal!

– Od­wal? – Ce­za­ry ukło­nił się z prze­sad­ną uprzej­mo­ścią. – Tak, tro­chę sza­cun­ku, do­brze mó­wisz.

W su­mie ra­cja. Po­wi­nien pil­no­wać swo­je­go no­sa. To, że ich dro­gi przy­pad­kiem się skrzy­żo­wa­ły, nie ozna­cza­ło, że mu­siał się za smar­ka­tą czuć od­po­wie­dzial­ny. Zda­rzył się wy­pa­dek, rzecz nie­przy­jem­na, ow­szem, ale je­śli za­raz nie wró­ci na sta­no­wi­sko, doj­dzie do ko­lej­ne­go in­cy­den­tu. Le­siak do­sta­nie za­wa­łu.

Le­d­wie wspo­mniał pro­fe­so­ra, ten, jak na za­wo­ła­nie, po­ja­wił się na dzie­dziń­cu, a je­go te­atral­nie roz­ło­żo­ne rę­ce ko­mu­ni­ko­wa­ły roz­cza­ro­wa­nie.

– Ce­za­ry! – krzyk­nął roz­e­mo­cjo­no­wa­ny. – Przed na­mi tak waż­ne za­da­nie, a ty, chłop­cze, prze­pa­dasz w mro­kach hi­sto­rii? Trze­ba po­brać prób­kę. Gdzież to się po­dzie­wa­łeś?

Ewe­li­na wy­ha­mo­wa­ła. Za­sta­na­wia­ła się pew­nie, któ­re przed­sta­wie­nie wy­brać.

Wy­pa­dek czy wy­dzie­ra­ją­ce­go się wnie­bo­gło­sy fa­ce­ta z wło­sa­mi jak je­żo­zwierz.

Le­on Le­siak po­dą­żał za mo­dą i za­wsze wy­glą­dał tak, jak­by wy­szedł od kraw­ca al­bo od fry­zje­ra, na­wet je­śli przed mo­men­tem gme­rał w pia­chu zmie­sza­nym z wa­pie­niem. Wiot­ką szy­ję za­krył błę­kit­ną apasz­ką, a przez ra­mię prze­wie­sza­ła mu się tor­ba, któ­ra opa­da­ła aż na bia­łe, lnia­ne spodnie. Są­dząc po re­ak­cji pań wy­sia­du­ją­cych na ła­wecz­kach, ga­ma je­go ge­stów wska­zu­ją­ca na orien­ta­cję sek­su­al­ną zo­sta­ła za­uwa­żo­na. Ce­za­ry zer­k­nął na Ewe­li­nę. Do­my­ślał się te­go sza­lo­ne­go ga­lo­pu my­śli w jej gło­wie ob­li­czo­ne­go na uczest­ni­cze­nie w naj­dzik­szych i naj­cie­kaw­szych wy­da­rze­niach. Co za afe­rzyst­ka! Ku je­go nie­za­do­wo­le­niu po­sta­wi­ła na pro­fe­so­ra, któ­re­go za­raz po­trak­to­wa­ła apa­ra­tem.

– Oj! – Le­siak uda­wał, że się za­sła­nia. – A cze­mu za­wdzię­czam ce­lo­wa­nie we mnie tym czar­nym przed­mio­tem? Wi­taj, pięk­na nie­zna­jo­ma dziew­czy­no.

Le­on czuł się w swo­im ży­wio­le. Przy­zwy­cza­jo­ny do wy­stą­pień i wy­kła­dów, te­raz wręcz roz­kwi­tał. Do­ska­ki­wał, po­pra­wiał wło­sy, naj­wy­raź­niej był już go­tów do se­sji fo­to­gra­ficz­nej.

Afe­rzyst­ka by­naj­mniej nie cze­ka­ła, aż ją ktoś przed­sta­wi. Sa­ma wy­cią­gnę­ła rę­kę do pro­fe­so­ra i przy­wi­ta­ła się.

– Je­stem Ewe­li­na. Już zna­jo­ma.

– Zna­jo­ma dziew­czy­no...

Ce­za­ry uznał za ko­niecz­ne uciąć te wy­głu­py i wy­ja­śnić Le­sia­ko­wi sy­tu­ację:

– Przed chwi­lą mia­ło tu miej­sce...

– Mor­der­stwo – wtrą­ci­ła szcza­pa, wy­wo­łu­jąc kon­ster­na­cję pro­fe­so­ra, któ­ry do­pie­ro te­raz ro­zej­rzał się bacz­nie do­oko­ła.

– Tam, w przej­ściu pod wie­żą zna­leź­li cia­ło – do­koń­czył Ce­za­ry i zgro­mił Ewe­li­nę wzro­kiem. – Ja­kie mor­der­stwo?

– Chcia­łam ci po­wie­dzieć, co wi­dzia­łam, ale za­czą­łeś się wy­mą­drzać.

– A co wi­dzia­łaś?

Prze­krzy­wi­ła gło­wę.

– Naj­pierw po­le­cę na mszę. Po­tem uklęk­nę w kon­fe­sjo­na­le i wszyst­ko wy­znam. Ale nie to­bie.

– Ależ Ce­za­ry – Le­siak włą­czył się po­now­nie do roz­mo­wy. Po­ufa­le ob­jął Ewe­li­nę ra­mie­niem i spoj­rzał na przy­ja­cie­la z wy­rzu­tem. – Czy do­brze się do­my­ślam, że by­łeś dla tej sło­dy­czy nie­mi­ły? Ta­ka sub­tel­na, świe­ża, mło­da...

– Za mło­da – wark­nął w od­po­wie­dzi współ­pra­cow­nik.

– Jak mo­głeś?

– Był nie­mi­ły – po­świad­czy­ła z sa­tys­fak­cją chu­dzi­na, przy­le­pia­jąc się do swo­je­go obroń­cy.

– No do­brze, ale ja nie je­stem nie­mi­ły, mnie mo­żesz, mo­ja czę­sto­chow­ska We­nus, po­wie­dzieć wszyst­ko.

– Sko­ro o tym wspo­mnia­łeś… – na­wią­zał z prze­ką­sem Ce­za­ry – to zer­k­nij, Le­siak, na jej pa­znok­cie, i po­in­for­muj, że We­nus z Mi­lo po­dob­nie za­czy­na­ła.

Pro­fe­sor ujął dłoń swo­jej no­wej zna­jo­mej i lek­ko się skrzy­wił.

– Po­ob­gry­za­ne... Kup so­bie mo­że ja­kiś ta­ki pre­pa­ra­cik... Ta­ki, wiesz...

– Le­siak!

– Ale wra­ca­jąc do na­sze­go za­mie­sza­nia... – Pro­fe­sor wska­zał na stad­ko blo­ku­ją­ce przej­ście do wie­ży i dał Ce­za­re­mu znak, że­by nie prze­szka­dzał. – O co cho­dzi?

– Ro­bi­łam zdję­cia i zo­ba­czy­łam... – Ewe­li­na zmarsz­czy­ła brwi. – Tak nie do koń­ca zo­ba­czy­łam, bo ra­czej pa­trzy­łam na kwa­śną mi­nę Ce­za­re­go...

– O, tak, tak. Ro­zu­miem cię, mo­ja uro­cza dzie­wecz­ko – za­gru­chał Le­siak. – Co zo­ba­czy­łaś?

– Coś się tam dzia­ło. I... ja nie wiem, czy ten czło­wiek sam sko­czył. Tak mi się wy­da­je, że ktoś z nim chy­ba był.

Pro­fe­sor wy­mow­nie po­pa­trzył na Ce­za­re­go.

– Za­sta­na­wia­ją­ce wy­zna­nie. Ja bym tę by­strą pan­nę od­dał w rę­ce na­sze­go prze­ora. My­ślę, że się ucie­szy.

Ce­za­ry wzniósł oczy do nie­ba i wy­ko­nał gest do szczę­tu dzięk­czyn­ny.

– Z pew­no­ścią. Każ­dy by się ucie­szył. Od­da­je­my, tyl­ko szyb­ko, bo by­stra pan­na jesz­cze się roz­my­śli. Z tym że ja bym od­da­wał po­li­cji. Niech ją za­mkną. By­le da­lej ode mnie.

Prze­or sta­rał się do­da­wać zgro­ma­dzo­nym otu­chy, ale gdy tyl­ko zer­kał w kie­run­ku Po­koi Kró­lew­skich, oczy za­sła­nia­ła mu tro­ska. Nad cia­łem ki­wał się w mil­cze­niu zgar­bio­ny męż­czy­zna. Z ca­łej je­go po­stu­ry bi­ła roz­pacz i chy­ba tyl­ko ona po­wstrzy­ma­ła Ewe­li­nę przed ro­bie­niem zdjęć, choć apa­rat aż pa­rzył ją w rę­kach. Z bo­ku sta­li po­grą­że­ni w przy­ci­szo­nej roz­mo­wie pra­cow­ni­cy po­go­to­wia i le­karz, któ­rzy przed chwi­lą stwier­dził zgon. Krę­cił przy tym no­sem, ale nie chciał zdra­dzić szcze­gó­łów. Te po­sta­no­wił prze­ka­zać po­li­cji. Bra­ko­wa­ło więc je­dy­nie przed­sta­wi­cie­li pra­wa.

– Wi­ta­my prze­ora. – Ce­za­ry z Le­sia­kiem ukło­ni­li się przed słusz­nej po­stu­ry pau­li­nem w oku­la­rach, któ­ry na ich wi­dok odłą­czył się od grup­ki ka­pła­nów.

– Wi­taj­cie, moi dro­dzy. Zda­rzy­ło się nie­szczę­ście. – Wska­zał wzro­kiem na bra­mę pro­wa­dzą­cą do ma­łe­go dzie­dziń­ca. – Cze­ka­my na po­li­cję. W czym mo­gę po­móc?

– My wła­śnie w tej spra­wie, dro­gi oj­cze prze­orze – za­szcze­bio­tał Le­siak. – Ta oto uro­cza isto­ta... Ewe­li­no, przy­wi­taj się ze świę­tym mę­żem... Otóż to dziew­czę twier­dzi, że ma­my tu do czy­nie­nia z mor­der­stwem. Po­dob­no wszyst­ko wi­dzia­ła.

– Nie­do­kład­nie – za­strze­gła spło­szo­na dziew­czy­na, ale pro­fe­sor jak­by prze­stał ją do­strze­gać.

– Wszyst­ko wi­dzia­ła i wy­zna­ła nam jak na spo­wie­dzi... To jest... Wy­zna­ła, że te­mu rze­ko­me­mu sa­mo­bój­cy ktoś do­po­mógł. Wie­rzy­my, że to nie kon­fa­bu­la­cje.

Prze­or za­trzy­mał się w miej­scu po­ra­żo­ny hio­bo­wą wie­ścią jak pio­ru­nem. Już sam nie wie­dział, co gor­sze: za­mach na wła­sne ży­cie czy czyn prze­stęp­czy.

– Mor­der­stwo?! Tu? Nie­moż­li­we. Ale ga­ze­ty i tak nam nie da­dzą żyć – sap­nął sfru­stro­wa­ny. – Po tym, jak zmarł brat Pa­weł, zro­bią z te­go nie wia­do­mo co.

– Zmarł? – za­in­te­re­so­wa­ła się na­tych­miast Ewe­li­na, ale Ce­za­ry ją uci­szył.

– Je­steś pew­na, mo­je dziec­ko? – Prze­or skie­ro­wał spoj­rze­nie swo­ich ja­snych oczu na dziew­czy­nę u bo­ku pro­fe­so­ra. – Po­wiedz, co wi­dzia­łaś.

Ewe­li­na nie zdą­ży­ła speł­nić proś­by prze­ora, gdyż z bra­my do­biegł ich bo­le­sny jęk.

– Pro­szę pa­na! Sły­szy mnie pan? Mo­że pan mó­wić? – usły­sze­li czy­jeś po­krzy­ki­wa­nia wzmoc­nio­ne przez od­bi­ja­ją­cy się o ścia­ny po­głos.

To le­karz na­chy­lał się nad skur­czo­nym sta­rusz­kiem, któ­ry spa­zma­tycz­nie ła­pał po­wie­trze i przy­ci­skał rę­kę do pier­si.

W przej­ściu nad wie­żą zno­wu za­wrza­ło.

– I jesz­cze pan Ste­fan nam tu zej­dzie. Co za sąd­ny dzień! – Prze­or zło­żył po­boż­nie rę­ce, ob­ser­wu­jąc z na­pię­ciem po­czy­na­nia sa­ni­ta­riu­szy, któ­rzy spraw­ny­mi ru­cha­mi uło­ży­li męż­czy­znę na no­szach i prze­no­si­li go wła­śnie do ka­ret­ki usta­wio­nej na głów­nym dzie­dziń­cu. Nie oby­ło się, oczy­wi­ście, bez ko­lej­nej sen­sa­cji, bo wier­ni po­de­rwa­li się na­gle ze swo­ich sta­no­wisk w oba­wie, że coś ich omi­nie.

– Oj­ciec go zna? – za­py­tał pro­fe­sor, po tym jak drzwi ka­ret­ki za­su­nę­ły się z trza­skiem.

– Pa­na Ste­fa­na? Znam, pew­nie. Bar­dzo mu współ­czu­ję, bę­dę się za nie­go mo­dlił. To pra­cow­nik Ba­stio­nu św. Ro­cha. Oka­za­ło się, że ten... zmar­ły chło­pak był je­go sy­nem. Co za tra­gicz­na oko­licz­ność.

Za­nim ka­ret­ka od­je­cha­ła, wy­sko­czył z niej le­karz. W wy­cią­gnię­tej dło­ni trzy­mał sfa­ty­go­wa­ny zwi­tek pa­pie­ru i nie bar­dzo wie­dział, co z nim zro­bić.

– Ko­mu to od­dać?

– Wy­glą­da na to, że na ra­zie mnie – wes­tchnął prze­or. – A co to jest?

Le­karz po­dra­pał się po gło­wie.

– Chy­ba list po­że­gnal­ny, ale się nie wczy­ty­wa­łem. Ten star­szy pan wy­jął to z kie­sze­ni de­na­ta i pro­szę, ma­my efekt.

– Wszyst­ko z nim do­brze? – de­ner­wo­wał się prze­or.

– Wy­zdro­wie­je, pro­szę się nie mar­twić – za­pew­nił le­karz, kie­ru­jąc wzrok na Ewe­li­nę, któ­rej te­le­fon, jak na za­mó­wie­nie, roz­dzwo­nił się w rytm zna­ne­go bie­siad­ne­go szla­gie­ru:

„Sto lat, sto lat...”.

Dzwo­ni­ła Do­ro­ta, jej przed­star­sza sio­stra.

I od ra­zu ru­szy­ła do na­tar­cia.

– Cze­mu nie od­bie­rasz te­le­fo­nu?

Ewe­li­na prze­pro­si­ła swo­ich roz­mów­ców i ode­szła dys­kret­nie na bok. Tu nie mu­sia­ła ukła­dać mię­śni w uprzej­mym wy­ra­zie twa­rzy. Na wszel­ki wy­pa­dek od­wró­ci­ła się do zgro­ma­dzo­nych ty­łem.

– A te­raz ni­by co ro­bię? – syk­nę­ła. – Chcesz się kłó­cić?

Sio­stra wi­docz­nie po­ję­ła, że te­le­ko­mu­ni­ka­cyj­ną prze­mo­cą za wie­le nie zwo­ju­je, bo zmie­ni­ła ton z na­pa­stli­we­go w nie­chęt­nie grzecz­ny.

– Uma­wia­ły­śmy się. Dzi­siaj idziesz do Wło­cha.

– Pa­mię­tam, za­raz tam bę­dę, ale... wy­pa­dło mi mor­der­stwo – do­koń­czy­ła nie­for­tun­nie.

Do­ro­ta nie oka­za­ła za­in­te­re­so­wa­nia, chy­ba nie po­trak­to­wa­ła wy­zna­nia po­waż­nie.

– Ileż moż­na dzwo­nić? – na­rze­ka­ła. – Od ra­na nie ma z to­bą kon­tak­tu.

– By­łam u Ga­bry­sia, po­tem ro­bi­łam zdję­cia. Co się cze­piasz? Mu­szę od­bie­rać każ­dy te­le­fon, kie­dy je­stem za­ję­ta? Jesz­cze tu coś ze­znam i pę­dzę.

– Ewe­li­na! – W Do­ro­cie się za­go­to­wa­ło, jak zwy­kle gdy nie mo­gła spra­wo­wać bez­po­śred­niej kon­tro­li nad sy­tu­acją i po­zo­sta­wa­ła jej opcja kon­tro­li da­le­ko­sięż­nej.

– Do­ro­ta!

– Sio­stra, to waż­ne, ja się mu­szę wy­pro­wa­dzić, a nie mo­gę prze­cież miesz­kać w Skrzyn­ce! Mat­ka z ciot­ką mnie wy­koń­czą. Dzi­siaj zor­ga­ni­zo­wa­ły mi rand­kę z sy­nem la­bo­rant­ki od nas z blo­ku, a po­tem wy­bu­chła awan­tu­ra, bo le­ję za du­żo wo­dy. Ro­zu­miesz? Po­móż, pro­szę cię – na­le­ga­ła płacz­li­wie.

– Ko­cha­na. – Ewe­li­na przy­bra­ła ka­te­go­rycz­ny ton gło­su, bo chy­ba tak po­win­no się roz­ma­wiać z hi­ste­rycz­ka­mi. – Mó­wi­łam, że bę­dę, to bę­dę. Na­wet za­bra­łam ze so­bą pe­ru­kę, bo do do­mu nie zdą­żę.

Do­ro­ta do­zna­ła wstrzą­su.

– Zwa­riu­ję z to­bą. Ja­ką pe­ru­kę?!

– Zwy­czaj­ną. Czerń sa­dzy. Ko­le­żan­ka mi po­ży­czy­ła.

– Ale po co?!

– Jak to po co? Mam do sie­bie znie­chę­cać, tak? Wło­si lu­bią blon­dyn­ki, no to ja mu­szę być owło­sio­na prze­ciw­nie. Czerń sa­dzy, jak ulał. Bę­dzie do­brze, nie martw się.

Do­ro­ta za­mie­rza­ła za wszel­ką ce­nę opu­ścić swo­je ro­dzin­ne gniaz­do.

W wie­ku dwu­dzie­stu czte­rech lat stwier­dzi­ła z ca­łą mo­cą, że dzie­le­nie prze­strze­ni ży­cio­wej z mat­ką i cio­cią Cze­sią prze­ra­sta ją psy­chicz­nie i je­śli cze­goś nie zmie­ni, wy­lą­du­je w za­kła­dzie psy­chia­trycz­nym bez moż­li­wo­ści prze­pust­ki. Dla­te­go już od do­brych kil­ku mie­się­cy szu­ka­ła pra­cy, któ­ra gwa­ran­to­wa­ła­by jej wikt i opie­ru­nek. Oczy­wi­ście zna­la­zła­by ją szyb­ciej, gdy­by tak nie ma­ru­dzi­ła. A to brzyd­ki dom, a to nie­sym­pa­tycz­ni pra­co­daw­cy, a to mar­ne wy­na­gro­dze­nie. I wresz­cie, kie­dy już zwąt­pi­ła, przy­pad­ko­wo po­zna­ny Włoch zdra­dził, że je­go ro­dak zła­mał rę­kę i po­szu­ku­je ko­goś na po­do­bień­stwo pie­lę­gniar­ki i go­spo­dy­ni. Za­chwa­lał zna­jo­me­go pod nie­bio­sa, od­ma­lo­wał go ja­ko czło­wie­ka ide­ał. Nie­kło­po­tli­we­go, sym­pa­tycz­ne­go, wy­ro­zu­mia­łe­go i, co in­try­gu­ją­ce, szczo­dre­go. Po­je­cha­ły więc wczo­raj we trzy pod wska­za­ny ad­res i Do­ro­ta aż za­nie­mó­wi­ła.

Trud­no się zresz­tą dzi­wić.

Dom sto­ją­cy przy uli­cy Świę­to­krzy­skiej pre­zen­to­wał się prze-wspa-nia-le. Był jak­by pro­jek­cją jej ar­chi­tek­to­nicz­nych ma­rzeń. Wiel­ki, wy­koń­czo­ny kar­bo­wa­ną ce­głą i ca­cusz­ka­mi ko­wal­stwa ar­ty­stycz­ne­go po pro­stu za­chwy­cał. Po­dob­ne wra­że­nie wy­wie­ra­ły traw­ni­ki, klom­by, krze­wy i drze­wa – ro­ślin­ność, któ­ra aż wy­le­wa­ła się po­za mu­ry, wy­glą­da­ła baj­ko­wo i szep­ta­ła o szma­rag­do­wym cie­niu. Kie­dy Do­ro­ta zo­ba­czy­ła jesz­cze i szem­rzą­cą ci­chut­ko fon­tan­nę, pod­ję­ła po­sta­no­wie­nie: do­stać się do tej oa­zy spo­ko­ju. Za­miesz­kać w któ­rymś z tych sło­necz­nych po­koi. Po­zbyć się wścib­skiej mat­ki, za­sy­pu­ją­cej ją ra­da­mi cio­ci Cze­si i ba­ła­ga­nia­ry Ewe­li­ny.

Zro­bić wszyst­ko!

Z tej de­spe­ra­cji zro­dził się plan: zy­skać pew­ność, że Włoch nie za­trud­ni ni­ko­go in­ne­go. Do te­go po­trze­bo­wa­ła po­mo­cy swych sióstr (nie­ste­ty licz­ba chęt­nych do po­mo­cy zo­sta­ła zre­du­ko­wa­na), któ­re na­kło­ni­ła do urzą­dze­nia ma­łe­go przed­sta­wie­nia. Gdy­by tak sio­strzycz­ki za­stu­ka­ły do drzwi ja­ko fał­szy­we kan­dy­dat­ki i da­ły się Wło­cho­wi w kość, a po­tem dla kon­tra­stu przy­by­ła­by ona...

– Ewe­li­na, ja cię bła­gam! Znie­chę­cić? Po co ci pe­ru­ka? Wy­star­czy, że bę­dziesz so­bą.

Wy­po­wie­dzia­ne z głę­bi ser­ca sło­wa przy­nio­sły ra­czej od­wrot­ny efekt.

– Tak? Ta­ka je­steś? Ja ci po­ma­gam, a ty mnie ob­ra­żasz? Masz tu­pet...

– Chcia­łam tyl­ko po­wie­dzieć, że jak prze­do­brzysz, efekt bę­dzie prze­ciw­ny. – Do­ro­ta usi­ło­wa­ła ra­to­wać sy­tu­ację, bo zna­ła chi­me­rycz­ny cha­rak­ter swo­jej młod­szej sio­stry.

– Aha, aku­rat.

– Na­praw­dę nie mia­łam ni­cze­go złe­go na my­śli. Przy­się­gam!

– W po­rząd­ku. – Ewe­li­na kal­ku­lo­wa­ła coś przez chwi­lę. – Ale po­nie­siesz do­dat­ko­we kosz­ty. Żół­ta su­kien­ka.

Staw­ka by­ła wy­so­ka, ale Do­ro­cie nie po­zo­sta­ło nic in­ne­go, jak przy­stać na wa­run­ki.

– Kie­dy?

– Ju­tro. – Ewe­li­na zer­k­nę­ła przez ra­mię na Ce­za­re­go i po ci­chut­ku prze­mknę­ła się do wyj­ścia. – Ju­tro pla­nu­ję wy­wrzeć pio­ru­nu­ją­ce wra­że­nie na pew­nym ge­ne­ty­ku. A te­raz stąd zwie­wam, bo jak przy­je­dzie po­li­cja, to fak­tycz­nie, ten twój Włoch się mnie nie do­cze­ka.

Ce­za­ry za­pew­ne nie po­znał­by tre­ści po­że­gnal­ne­go li­stu sa­mo­bój­cy, gdy­by nie Le­siak, któ­ry bez zbęd­nych ce­re­gie­li zaj­rzał prze­oro­wi przez ra­mię i za­czął li­te­ro­wać na głos:

Nie chcę już wię­cej żyć; ży­cie nie ma dla mnie naj­mniej­sze­go sen­su. Prze­pra­szam, Ta­to. Ar­tur Ro­żek.

– Hm, Ar­tur Ro­żek? Nie znam – wy­znał z ża­lem po za­koń­czo­nej lek­tu­rze.

Prze­or zło­żył kart­kę i scho­wał ją w man­kie­cie sza­ty, sta­ra­jąc się stłu­mić nie­za­do­wo­le­nie.

– Pan Ste­fan na­zy­wa się ina­czej – po­in­for­mo­wał, mi­mo że swo­bo­da, z ja­ką za­cho­wy­wał się pro­fe­sor, wca­le mu nie od­po­wia­da­ła.

– A jak?

– Pa­nie pro­fe­so­rze, nie bądź­my nie­dy­skret­ni.

– A tak. Dys­kre­cja, styl i kla­sa, trzy do­stoj­ne cno­ty. – Le­siak roz­pro­mie­nił się i już był go­tów do wy­gło­sze­nia sto­sow­nej mo­wy, kie­dy zza ro­gu wy­ło­ni­ła się kil­ku­oso­bo­wa gru­pa męż­czyzn. Idą­cy na ich prze­dzie wy­so­ki sza­tyn wy­cią­gnął do prze­ora rę­kę i przed­sta­wił się przy­jem­nie brzmią­cym jak na funk­cjo­na­riu­sza gło­sem:

– Je­rzy Niec­ko, ko­mi­sarz. Prze­pra­szam, że tak dłu­go, ale mie­li­śmy in­ter­wen­cję. Chciał­bym roz­ma­wiać z prze­orem klasz­to­ru.

– To ja. – Prze­or uści­snął dłoń po­li­cjan­ta i zdo­był się na uśmiech, bo ko­mi­sarz ro­bił sym­pa­tycz­ne wra­że­nie, w prze­ci­wień­stwie do ota­cza­ją­cej go świ­ty po­sęp­nie wy­glą­da­ją­cych fa­ce­tów, któ­rzy jed­nak spraw­nie wzię­li się za swo­ją pra­cę. Dwóch z nich od­gro­dzi­ło przej­ście przy kruch­cie ta­śmą, po­zo­sta­li za­ję­li się za­bez­pie­cza­niem śla­dów i spi­sy­wa­niem toż­sa­mo­ści świad­ków.

– Mo­że­my gdzieś w spo­ko­ju za­mie­nić pa­rę słów? – kie­dy Niec­ko do­pil­no­wał już naj­waż­niej­szych spraw, po­pro­sił oj­ca prze­ora o roz­mo­wę. Pau­lin zer­k­nął z wa­ha­niem na Le­sia­ka i Ce­za­re­go, któ­rzy przez ca­ły czas wier­nie mu to­wa­rzy­szy­li.

– Za­pra­szam do klasz­to­ru – po­wie­dział i ski­nął w ich stro­nę. – Ci pa­no­wie rów­nież są za­in­te­re­so­wa­ni, pój­dzie­my ra­zem. A gdzie jest ta dziew­czy­na, któ­ra po­noć wi­dzia­ła, jak sy­no­wi pa­na Ste­fa­na ktoś... po­mógł sko­czyć?

Do­pie­ro wte­dy Ce­za­ry zro­zu­miał, dla­cze­go czuł się tak nie­swo­jo. Bra­ko­wa­ło afe­rzyst­ki! Za­po­mniał o niej na śmierć, no­men omen. Ode­szła na stro­nę, że­by swo­bod­nie po­roz­ma­wiać przez te­le­fon, i wszel­ki ślad po niej za­gi­nął. A to spry­cia­ra! A tak się wy­ry­wa­ła, że­by po­móc, tak się pcha­ła.

I jak tu za­ufać ko­bie­cie?

Le­siak roz­glą­dał się bez­rad­nie, na­wet ob­szedł dzie­dzi­niec, ale bez skut­ku.

– Po­mógł sko­czyć? – wy­chwy­cił Niec­ko.

Z re­zy­gna­cją wło­żył rę­ce do kie­sze­ni i za­pa­trzył się w je­den z ze­ga­rów sło­necz­nych, któ­re zdo­bi­ły przed­sio­nek ba­zy­li­ki. Cie­nie plą­sa­ły we­so­ło na cy­fer­bla­tach, a po­nad bra­mą le­ża­ły dwa tłu­ste anioł­ki wspar­te bez­tro­sko na ra­mio­nach. Po­pa­try­wa­ły na dzie­dzi­niec z nie­odmien­nym spo­ko­jem i nie mu­sia­ły się nad ni­czym za­sta­na­wiać.

Chęt­nie by się z ni­mi za­mie­nił.

– No i ma­my mor­der­stwo – rzu­cił ni­by do sie­bie, ale sto­ją­cy obok bru­net nad­sta­wił uszu. – W ca­łej swo­jej ka­rie­rze nie wi­dzia­łem sa­mo­bój­cy w gar­ni­tu­rze.

De­nat miał sta­ran­nie wy­pie­lę­gno­wa­ne dło­nie.

Ju­rek Niec­ko od ra­zu zwró­cił na to uwa­gę i za­czę­ło mu śmier­dzieć (à pro­pos za­pa­chu: roz­po­znał „Fah­ren­he­ita” zmie­sza­ne­go z odor­kiem zwłok), bo jak do tej po­ry spo­ty­kał ra­czej sa­mo­bój­ców neu­ro­ty­ków, któ­rzy na­mięt­nie ob­gry­za­li pa­znok­cie. Strój też nie pa­so­wał. Czło­wiek tuż przed tar­gnię­ciem się na wła­sne ży­cie nie za­wra­ca so­bie obo­la­łej du­szy ta­ki­mi du­pe­re­la­mi, jak kra­wat do­pa­so­wa­ny ko­lo­ry­stycz­nie do ko­szu­li. Po­dob­ny tok my­śle­nia zda­rza się biz­nes­me­nom, a i to rzad­ko, bo chłop i wy­czu­cie sty­lu to jak ko­par­ko-ła­do­war­ka i ba­let­ki. Jed­no z dru­gim nie ma zbyt wie­le wspól­ne­go.

De­nat na sa­mo­bój­cę nie wy­glą­dał i już. No i po­za wszyst­kim był... prze­ter­mi­no­wa­ny.

Sta­szek Do­łę­ga, je­go współ­pra­cow­nik i do­bry ko­le­ga, tyl­ko te po­dej­rze­nia po­twier­dził.

– Mo­im zda­niem nie­bosz­czyk jest lek­ko nie­świe­ży.

– Tak. – Ko­mi­sarz pod­szedł do naj­więk­szej ka­łu­ży, któ­ra wy­pły­wa­ła spod zwłok. – Spadł z wy­so­ko­ści, a krwi ani śla­du. Za to tro­chę wo­dy z nie­go ze­szło.

– Ano ze­szło. Po­patrz na si­nia­ki. – Sta­szek wska­zał na twarz, któ­ra by­ła dziw­nie zde­for­mo­wa­na i na­bie­gła si­no-żół­ta­wy­mi krwia­ka­mi. – Zła­ma­nie no­sa. Mu­siał nie­źle w coś przy­grzmo­cić.

– Na zwy­kłe mor­do­bi­cie to nie wy­glą­da.

– Ude­rzył w coś, al­bo coś ude­rzy­ło w nie­go. Przed śmier­cią, oczy­wi­ście.

– A wi­dzia­łeś bu­ty? – Niec­ko przy­klęk­nął przy no­gach de­na­ta i przyj­rzał się z bli­ska po­de­szwom.

– Pi­cuś-glan­cuś.

– Na­wet ani ra­zu nie ska­la­ły pod­ło­gi, nie mó­wiąc już o wdra­py­wa­niu się na wie­żę. Ni­g­dy nie mia­łem ta­kich wy­pu­co­wa­nych – cmok­nął z uzna­niem ko­mi­sarz. – Mo­że do ślu­bu so­bie za­fun­du­ję.

– Nów­ki.

– Ni­by nów­ki, ale po­patrz na ty­ły ob­ca­sów. Oba zdar­te.

– Masz oko – Sta­szek wy­ra­ził uzna­nie dla spo­strze­gaw­czo­ści swo­je­go ko­le­gi. – Ktoś go prze­cią­gnął po scho­dach?

– A ty byś wno­sił na wie­żę ta­kie­go kloc­ka? Lek­ki to on nie jest – oce­nił roz­mia­ry le­żą­ce­go na zie­mi męż­czy­zny. – Z dzie­więć­dzie­siąt ki­lo... mar­twej wa­gi. No to nam się po­szczę­ści­ło. – Niec­ko wes­tchnął i po­wiódł wzro­kiem po świę­tych mu­rach.

Już wi­dział, co się bę­dzie dzia­ło. Mo­rze świad­ków do prze­słu­cha­nia, każ­dy etap śledz­twa pod kon­tro­lą, py­ta­nia, ra­por­ty, su­ge­stie pro­ku­ra­to­ra, któ­ry z pew­no­ścią weź­mie spra­wę pod swo­ją ju­rys­dyk­cję. Uto­ną w pa­pie­rach, a za każ­dy błęd­nie wy­peł­nio­ny świ­stek obe­rwą. Nie wspo­mi­na­jąc o tym, że mar­ny ich los, je­śli nie znaj­dą mor­der­cy.

– Zdol­ne chło­pa­ki je­ste­śmy. Da­my ra­dę – Sta­szek usi­ło­wał żar­to­wać.

– Ja­sne. Ja­sne jak Ja­sna Gó­ra.

Na Rai Sport nada­wa­li wła­śnie mecz, ale po­ziom te­go wy­stą­pie­nia był ra­czej mier­ny, więc Al­den­te nie zde­ner­wo­wał się zbyt­nio, kie­dy usły­szał dzwo­nek do bra­my. Jed­nak i tak nie za­mie­rzał otwo­rzyć. De­lek­to­wał się bo­wiem przy­sła­ny­mi dzi­siaj przez Mam­mę se­ra­mi i tyl­ko trzę­sie­nie zie­mi mo­gło­by go ode­rwać od tych sma­ko­wi­to­ści.

– Ri­co!

– Cze­go?! – od­po­wie­dział mu wi­bru­ją­cy zna­jo­mo głos. No tak, zbli­ża­ła się osiem­na­sta. Je­go kum­pel by­wał o tej go­dzi­nie lek­ko na­pro­mi­lo­wa­ny.

– Sprawdź, kto to.

– Cze­mu ja? Z gó­ry le­piej wi­dać. Kto stoi pod drzwia­mi?! – Ri­co wy­krzy­czał do peł­nią­ce­go na pod­da­szu war­tę Ro­nal­do, cho­ciaż z kuch­ni do ho­lu, gdzie wi­siał te­le­wi­zyj­ny wi­zjer, miał za­le­d­wie pa­rę kro­ków. Czyż­by znaj­do­wał się już w sta­nie wska­zu­ją­cym na czoł­ga­nie?

– Czte­ry ko­bie­ty – do­le­cia­ło od stro­ny scho­dów. – Mło­de, ale dziw­ne. Trzy­ma­ją w rę­ku ja­kąś płach­tę.

– Świad­ki­niom Je­ho­wy mó­wi­my: nie – po­wie­dział pod no­sem Ri­co, ale Al­den­te miał do­bry słuch.

– Wyjdź do nich i bądź grzecz­ny – wy­dał po­le­ce­nie. – Pa­mię­taj, że dba­my o wi­ze­ru­nek. Cho­ciaż nie... – zre­flek­to­wał się, mi­mo że gor­gon­zo­la ła­sko­ta­ła mu przy­jem­nie noz­drza za­pa­chem roz­kła­du. – Le­piej pój­dę z to­bą.

Po wie­czor­nej por­cji pi­wa Ri­co sta­wał się nad­mier­nie roz­mow­ny i cho­ciaż al­ko­hol nie ude­rzał mu do gło­wy, a wręcz prze­ciw­nie, łą­czył w tym zde­gra­do­wa­nym umy­śle po­prze­ry­wa­ne sty­ki, to je­go współ­pra­cow­nik nie­ko­niecz­nie mu­siał wy­wie­rać na wszyst­kich ko­rzyst­ne wra­że­nie. Gdy­by jesz­cze do­znał mu­zycz­ne­go na­tchnie­nia i wy­ko­nał je­den ze swo­ich di­sco prze­bo­jów, z pew­no­ścią zo­stał­by za­pa­mię­ta­ny. Na czym jak na czym, ale na po­pu­lar­no­ści im prze­cież nie za­le­ża­ło.

– A by­ło tak mi­ło – wy­mru­czał Al­den­te, pod­cho­dząc do drzwi.

Z roz­tar­gnie­niem zer­k­nął na mo­ni­tor te­le­wi­zje­ra.

I włos zje­żył mu się na gło­wie.

– Ri­co!

– Co zno­wu?!

– Rusz się, prze­cież sam nie otwo­rzę. – Za­trząsł gip­sem, któ­ry miał ocho­tę roz­trza­skać śred­nio kil­ka ra­zy na do­bę.

Ri­co wy­czuł w gło­sie swo­je­go sze­fa elek­try­zu­ją­cą nu­tę, bo lek­ko się ko­ły­sząc, zna­lazł się przy nim nad wy­raz szyb­ko. Zbli­żył twarz do wy­świe­tla­cza i wle­pił w ekran roz­bie­ga­ne spoj­rze­nie.

– Co to? – On rów­nież nie ro­zu­miał.

Przed bra­mą do­szło chy­ba do ja­kiej mi­ni­de­mon­stra­cji, bo jak ina­czej wy­tłu­ma­czyć, że na ekra­nie wi­dzie­li stad­ko bab ubra­nych w bia­łe far­tu­chy i pie­lę­gniar­skie czep­ki? Sta­ły ja­kieś ta­kie na­stro­szo­ne, wro­gie. Ta z przo­du, z upior­nie czar­ny­mi kłą­cza­mi na gło­wie, żu­ła bez­na­mięt­nie gu­mę i trzy­ma­ła trans­pa­rent z wło­skim na­pi­sem: POL­SKIE PIE­LĘ­GNIAR­KI NIE ZNO­SZĄ SPA­GHET­TI! Na ra­mie­niu dyn­dał jej spo­rych roz­mia­rów apa­rat, co od ra­zu wzmo­gło ich czuj­ność.

– Cze­go one chcą? – Al­den­te za­nie­po­ko­ił się nie na żar­ty.

Ko­lej­ny dzwo­nek zmu­sił ich do pod­ję­cia de­cy­zji. Za­brzmiał na­glą­co i ka­te­go­rycz­nie.

– Nie mam po­ję­cia – wy­mam­ro­tał Ri­co. – I po co tej czar­nej apa­rat?

– Też się za­sta­na­wiam.

– Co ro­bi­my?

– Jak to co? Je­ste­śmy mi­li. – Al­den­te zer­k­nął kon­tro­l­nie w lu­stro. Za­do­wo­lo­ny z efek­tu wska­zał na szaf­kę, gdzie le­ża­ły oku­la­ry sło­necz­ne. – Za­kła­da­my. Jak zro­bią zdję­cie, to i tak nas nikt nie roz­po­zna.

– To ja też. – Ri­co wy­dłu­bał swo­ją pa­rę z kie­sze­ni spodni, po czym prze­krę­cił za­mek i pchnął skrzy­dło drzwi tak ener­gicz­nie, że od­bi­ło się od ścia­ny i po­wró­ci­ło, tra­fia­jąc w sze­fa, któ­ry wła­śnie prze­kra­czał próg.

Sły­sząc nie­spo­dzie­wa­ny ło­mot, pie­lę­gniar­ki zbi­ły się w prze­stra­szo­ną gro­mad­kę i z za­par­tym tchem