Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 236 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Miłość rano, miłość wieczorem - Maria Nurowska

Powieść o uczuciach, które potrafią przetrwać długie lata, o historii, która staje im na przeszkodzie, i o męskiej przyjaźni, która nie poddaje się przeciwnościom losu.

Jerzy zostaje rozdzielony z żoną tuż po zakończeniu drugiej wojny światowej. Po latach spotyka ukochaną i dowiaduje się, że jest ojcem. Córka Anna za utrzymywanie kontaktów z terrorystyczną Frakcją Czerwonej Armii trafia do niemieckiego więzienia. Jerzy wraz z powstańczymi kolegami postawia ją odbić.

Czy mu się uda? Czy po latach odzyska utraconą rodzinę?

Opinie o ebooku Miłość rano, miłość wieczorem - Maria Nurowska

Fragment ebooka Miłość rano, miłość wieczorem - Maria Nurowska

Maria Nurowska

MIŁOŚĆ RANO, MIŁOŚĆ WIECZOREM

Copyright © by Maria Nurowska, MMXIV

Wydanie I

Warszawa

1

W kwietniu tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego szóstego roku Teatr Wielki wystawiał Toscę w wykonaniu artystów opery berlińskiej z Evą Meier, słynną śpiewaczką w roli tytułowej, trudno więc było o bilety. Podobno przy kasach rozgrywały się dantejskie sceny, ludzie bili się nawet o wejściówki. Wieści te przyjmowałem dosyć obojętnie, gdyż nie byłem miłośnikiem opery, raziła mnie ta wszechobecna sztuczność, śmieszyły krągłe śpiewaczki odgrywające piękne heroiny, pożądane przez partnerów. Z tego pożądania wynikały same kłopoty kończące się zgonem jednego z kochanków, a bywało, że i obojga naraz. Nie zabiegałem więc o zaproszenie, kilka z nich trafiło do naszej pracowni architektonicznej i natychmiast zostały rozdrapane, ale w dniu premiery jeden z kolegów, szczęśliwy posiadacz takiego zaproszenia, rozchorował się i mnie wyznaczono na zastępstwo, a skoro tak, wbiłem się w garnitur i wyruszyłem do teatru.

Dawno nie byłem w tak szacownym wnętrzu, więc jak tylko znalazłem się w środku, udzielił mi się nastrój podniosłości i oczekiwania na niezwykłe przeżycia duchowe. Gdy odezwał się trzeci dzwonek ponaglający spóźnialskich do zajęcia miejsc, ja już dawno siedziałem w swoim fotelu, wcześniej zapoznawszy się z treścią libretta, jako że artyści mieli śpiewać po włosku, a ja niestety nie jestem poliglotą. Kiedy kurtyna poszła w górę i zobaczyłem dekoracje, wiedziałem już, że to kościół Świętego Andrzeja z widoczną kaplicą Attavantich, w której markiza ukryła kobiece przebranie dla zbiega, konsula podbitej Republiki Rzymskiej, był to bowiem rok tysiąc osiemsetny. Jak dotąd wszystko się zgadzało, w kaplicy pojawił się konsul, a zaraz potem na scenę weszli Zakrystian i malarz Mario Cavaradossi, który kończył wizerunek Marii Magdaleny, obdarzając ją twarzą znanej nam już markizy. To ona modliła się wcześniej w kaplicy obok.

Po wyjściu Zakrystiana zbieg opuścił swoją kryjówkę, a Mario zaoferował mu pomoc w ucieczce. I oto nadeszła Tosca… wiedziałem, co wydarzy się dalej, ona na widok wizerunku markizy odczuje zazdrość, tym bardziej że wchodząc do kościoła, słyszała, jak Cavaradossi z kimś rozmawiał, on z kolei nie zechce ujawnić, kim był rozmówca, aby nie narazić ukochanej. Dochodzi między nimi do kłótni…

W momencie gdy śpiewaczka pojawiła się na widowni, rozległ się szmer, a ja przestałem śledzić losy przedstawienia, bo ta kobieta… gdzieś już musiałem ją widzieć. Mimo peruki i grubo nałożonego makijażu odkrywałem w niej coś znajomego, z każdą niemal chwilą odczuwając narastający niepokój. Kim ona jest? Gdzie mogliśmy się spotkać? Nie była to osoba młoda, co rzucało się w oczy mimo przebrania, mogła być kimś z dalekiej przeszłości, z dzieciństwa nawet, ale ja przecież wtedy nie znałem żadnej Niemki…

Obserwowałem diwę przez lornetkę, co budziło zdziwienie osób siedzących obok, a potem w czasie antraktu przyjrzałem się na afiszu jej twarzy już bez teatralnego makijażu. Uśmiechała się do mnie… moja teściowa. Widziałem ją tylko raz, podczas przysięgi małżeńskiej w na wpół zburzonej katedrze Świętego Jana na Starówce, niedługo zresztą przed ewakuacją. Teściowa nie przeszła wraz z innymi do Śródmieścia. Albo pozostała pod gruzami Starego Miasta, albo zginęła gdzieś w kanałach. Zosia, moja żona, długo na nią czekała… Teraz znowu kościół i znowu ona… Tyle że teraz byłaby już bardzo wiekową osobą, na jaką artystka jednak nie wyglądała. Była dość korpulentna, z pewnością krawcowe tudzież makijażystki sporo się musiały napracować, aby uczynić z niej w miarę atrakcyjną kobietę. Ale czy to mogła być ona… Zosia? W żadnym razie nie przypominała tamtej smukłej, jasnowłosej dziewczyny, która stanęła w progu kwatery powstańczej i tak bardzo nie pasowała do tego otoczenia. Starówka była wtedy zupełnie zburzona.

– Czemu pan porucznik tak mi się przygląda? – odezwała się, mrużąc w uśmiechu oczy. – Czy mam coś na nosie?

Poczułem się zmieszany, chyba się nawet zaczerwieniłem, więc oficjalnym tonem spytałem:

– Nowa łączniczka?

– Jestem Viola, przyniosłam pocztę…

Potem się dowiedziałem, że wybrała sobie pseudonim z Wieczoru trzech króli, co wydało mi się dziwne, bo sztuka była komedią. Sięgnęła do brezentowej, obszytej skórą torby i wyjęła stamtąd meldunek, a wychodząc, niemal zderzyła się w przejściu z moim przyjacielem, Olem. Oczywiście obejrzał się za nią.

– Niezła jest – powiedział. – Który z nas do niej startuje?

– Lepiej przeczytaj, co przyniosła – odpowiedziałem, podsuwając mu pod nos skrawek papieru. – Będziemy się ewakuować, my, wojsko, a co z ludnością cywilną?

Przyjaciel wzruszył ramionami.

– Niech się martwią ci wyżej, my jesteśmy od wykonywania rozkazów.

Było mu łatwiej niż mnie, mógłbym go nazwać lekkoduchem, ale znałem Olka od dzieciństwa i wiedziałem, że jest to jego sposób na życie: jeśli coś od niego nie zależy, przestaje się tym zajmować. Przed wojną mieszkaliśmy w tej samej kamienicy przy Rozbrat, nasze rodziny były ze sobą zaprzyjaźnione. Można powiedzieć, że czasami nieźle rozrabialiśmy, jak wtedy gdy wykradliśmy należący do ojca Olka odlew herbu Zakonu Kawalerów Maltańskich. Postanowiliśmy go spieniężyć i wyruszyć z Gdyni statkiem dokoła świata. Do dzisiaj mam ten herb przed oczyma: czarny płaszcz usiany złotymi liliami, podbity gronostajem, u góry korona królewska, a w środku na czerwonym tle tarcza ze srebrnym krzyżem, całość opasana różańcem z pereł. Spakowaliśmy herb do torby i poszliśmy na bazar na Koszykach. Wydawało nam się, że dostaniemy za to dużo pieniędzy, a skończyło się na tym, że stójkowy odprowadził nas do domu razem z torbą i jej cenną zawartością.

Łączniczka Viola zniknęła, ale ciągle miałem przed oczami jej piękną twarz, niepokoiło mnie to i rozpraszało, więc nawet byłem zły na siebie, bo na Starówce robiło się coraz bardziej gorąco, a ja odpowiadałem za swoich ludzi…

A potem nadszedł ten dzień, a właściwie wieczór, kiedy ona nie wróciła od razu do Śródmieścia.

Po zmroku siedzieliśmy wszyscy w piwnicy, cała moja kompania, przyszły też dwie inne łączniczki. Wcześniej odkryliśmy po sąsiedzku kilka skrzynek samogonu i grzechem byłoby, gdyby się zmarnował, robiło się więc coraz głośniej i ośmieliłem się usiąść obok Violi. W pewnym momencie jedna z przybyłych dziewcząt zaproponowała, aby każdy powiedział z pamięci wiersz, warunkiem było, żeby nie był smutny. Olek wyrwał się pierwszy: „Po co troski, po co smutki, skoro żywot mamy krótki”.

– No to pod ten krótki żywot pijmy wino, szwoleżerowie! – zawołał Kosa, mój zastępca.

A potem ta druga dziewczyna zaczęła recytować:

Stare Miasto czołami kamienic

Stoi naprzeciw przemocy,

Stare Miasto zdobywa wieniec,

Stare Miasto krwią broczy…

I dalej:

Ale Stare Miasto – to szaniec,

Bohaterstwa, wolności, sławy.

Stare Miasto nie podda się za nic,

Stare Miasto to szermierz Warszawy…

Więc gdy runą ostatnie domy,

Na Piekarskiej, Piwnej, Kanonii,

Tylko mur się przesunie ruchomy

I gdzie indziej zagrzmi: do broni!

Zrobiło się nagle bardzo cicho, w końcu ktoś odezwał się z pretensją w głosie: „To miał być ten wesoły wiersz?”, a ja szepnąłem do Violi:

– Stare Miasto już się poddało, wycofujemy się.

– Nie mów im tego – odrzekła też szeptem.

Spojrzałem na nią:

– Przecież i tak się wkrótce dowiedzą.

– Jutro moja przyjaciółka bierze ślub – odpowiedziała. – Zepsujesz im uroczystość.

My także niemal w przeddzień ewakuacji stanęliśmy przed księdzem. W normalnym życiu można by to uznać za szaleństwo, ale tutaj wszystko działo się w przyspieszonym tempie, uczucia wybuchały z jakąś niebywałą siłą, a miłość i śmierć stawały się codziennością. Dzisiaj było się świeżo poślubioną żoną czy poślubionym mężem, a jutro zostawało się wdową lub wdowcem…

Ksiądz Karłowicz, starzec o tragicznej, wręcz cierpiętniczej twarzy, spytał nas:

– Jesteście pewni swoich uczuć?

Zgodnie przytaknęliśmy, nie wiem, co ona wtedy pomyślała, ale ja pomyślałem, że pewna jest tylko śmierć.

Nasze przyjęcie weselne było dość skromne, kilka puszek wędzonki ze zrzutów, za to wódki nie brakowało. W noc poślubną byłem tak pijany, że wtuliłem się w ramię swojej żony i zasnąłem. Z ciężkiego, pijackiego snu przebudziłem się dopiero nad ranem. Cuchnący potem i przetrawionym alkoholem nie przypominałem romantycznego kochanka, ale ona mi to wybaczyła. Miałem być jej pierwszym mężczyzną i kiedy to się stało, wypowiedziałem słowa, które dla kogoś z zewnątrz mogły zabrzmieć świętokradczo: – Ty jesteś jak hostia!

Zosia kursowała pomiędzy Starówką a Śródmieściem, odkąd została tam przeniesiona Komenda Główna, zwykle przedostając się kanałami, czasem jednak przejścia były zasypane i wtedy przechodziła górą, za każdym razem musiała „przeskoczyć” Aleje Jerozolimskie, czyli przebiec kilkanaście metrów pod ogniem strzelców wyborowych rozlokowanych na górnych piętrach Banku Gospodarstwa Krajowego. Nazywano ten odcinek przesmykiem śmierci, bo nasycony był głównie krwią łączniczek, ale i innych, którym spieszyło się na tamten świat… Zosia podziemną drogę znała na pamięć i to właśnie ona miała poprowadzić nasz konwój.

Czym była taka przeprawa, zrozumiałem, kiedy schodząc wtedy po klamrach, kilka metrów w dół, sam znalazłem się w kanale. Smród szlamu, ekskrementów i ciasno stłoczeni ludzie, uciekinierzy od życia, do którego nie było już powrotu. Z miejsca nas rozdzielili. Sądziłem, że już się nie zobaczymy, a jednak to Zosia była pierwszą osobą, która powitała mnie przy włazie na Wareckiej. Byłem brudny, śmierdzący i czułem odrazę do samego siebie, ale w jej oczach widziałem tylko miłość… Wychodziliśmy z Warszawy z towarzyszami broni, niektórym z nas udało się przeżyć, lecz kolejne polskie powstanie, jak i marzenie o wolności, legło w gruzach, dosłownie i w przenośni. Pozostawialiśmy za sobą doszczętnie zrujnowane miasto i sterty zabitych, wśród nich cywilów, kobiety i dzieci…

Czy to może być ona? – zadawałem sobie w kółko to pytanie, dopóki malarz Mario nie został podstępnie uśmiercony, Tosca zaś nie rzuciła się z wieży…

No i owacje na stojąco, ludzie klaskali i klaskali, kilkakrotnie wywoływano artystów, słyszało się okrzyki: „Eva! Eva!”, a ona z godnością skłaniała głowę. Wreszcie można było wyjść. Musiałem się przekonać, kim była, inaczej ta niepewność dręczyłaby mnie do końca życia, więc na wyrwanej z notesu kartce napisałem: „Jeśli to Ty, żyję”, po czym poprosiłem portiera, aby zaniósł liścik do garderoby. Powiedziałem mu, że jestem znajomym artystki. Nie oczekiwałem jakiegokolwiek odzewu, jednak po kilku minutach w foyer pojawiła się młoda dziewczyna z wypisanym na planszy imieniem i nazwiskiem: „Jerzy Ziarnicki”. Na uginających się nogach ruszyłem w jej stronę.

Zosia siedziała w fotelu przed lustrem, miała na sobie jedwabny szlafrok w papugi, włosy spięte w zabawny koczek na czubku głowy. Wyglądała na zmęczoną, pod jej oczy zakradły się głębokie cienie.

– Szukałem ciebie – odezwałem się pierwszy z jakąś zapiekłą pretensją – przez całe lata…

– I jesteś rozczarowany – odpowiedziała ze smutnym uśmiechem. – Szukałeś młodej, a znalazłeś starą…

– Szukałem swojej żony.

– I odnalazłeś gruzy, same zgliszcza.

– Od gruzów się tylko zaczęło.

Oczy garderobianej, którą Zosia przywiozła ze sobą i która nie znała polskiego, robiły się coraz większe. Nie mogła pojąć, dlaczego jej chlebodawczyni tak długo rozmawia z nieznanym mężczyzną i w dodatku płacze.

– Dobrze, Greta – rzekła po niemiecku moja żona – zostaw nas.

Dziewczyna posłusznie dygnęła i ruszyła do wyjścia, ale zanim zamknęła drzwi, jeszcze się obejrzała, obrzucając mnie pełnym nieufności spojrzeniem.

– Nasza córka, Jerzy, nasza córka wplątała się w straszną sprawę, nie wiem, jak ją z tego wyciągnąć.

Chyba zmieniłem się na twarzy, bo Zosia na chwilę zamilkła.

– Źle się czujesz?

– W porządku – odparłem, starając się opanować. – Właśnie się dowiedziałem, że mam córkę…

– Ma na imię Anna, po mojej mamie… Kiedy się ostatni raz widzieliśmy, nie wiedziałam, że jestem w ciąży… a potem… powiedziano mi, że nie żyjesz…

– Zostałem tylko ranny… gdybym nie wrócił po twoje zdjęcie, to w ramce, moje ulubione… być może by mnie nie dostali…

Pokiwała z politowaniem głową.

– Zawsze byłeś sentymentalny.

– Ile ona ma teraz lat? Dwadzieścia cztery?

– Dwadzieścia trzy – sprostowała. – Urodziła się w pięćdziesiątym trzecim, w marcu. W środku to zagubione dziecko. Może nawet z mojej winy…

– A co to za straszna sprawa?

– Nie tutaj – odrzekła, dając mi do zrozumienia, że możemy być podsłuchiwani. – Przyjdź po mnie rano do hotelu, wybierzemy się na spacer. Teraz jestem bardzo zmęczona, po prostu padam z nóg.

Wychodziłem już, gdy spytała:

– Jak ci się podobało przedstawienie?

– Nie wiem, widziałem tylko ciebie – odrzekłem zgodnie z prawdą.

Byłem tak poruszony, że mimo późnej pory postanowiłem odwiedzić Feliksa. Znaliśmy się od czasów szkolnych, dołączył do nas z Olem w liceum imienia Stefana Batorego jako trzeci Muszkieter, bo tak nas zaczęto nazywać. Mieszkał na Pradze, jego ojciec miał tam warsztat szewski, ale dla syna chciał lepszej przyszłości, więc posłał go do renomowanego liceum w lewobrzeżnej Warszawie. Nie da się ukryć, że nasz przyjaciel początki miał trudne, zaczęło się od tego, że nikt nie chciał z nim siedzieć w ławce, nabijano się z jego praskiego akcentu i na różne sposoby starano się uprzykrzyć mu życie. Ktoś posmarował uchwyt do szafki klejem, ktoś inny niby przypadkiem wylał atrament na jego zeszyt. Kiedy na lekcjach wuefu okazało się, że świetnie gra w piłkę, jeden z kolegów podstawił mu nogę i ten wyłożył się jak długi.

– Wstawaj Piestrak, ciamajdo! – zawołał nauczyciel, bo nie widział całego zajścia.

I wtedy Olo powiedział:

– Panie profesorze, to był faul! Feliksowi podstawiono nogę!

– I który to?

– Mam nadzieję, że nasz kolega ma na tyle odwagi, aby się przyznać – ciągnął Olo.

W auli zrobiło się cicho jak makiem zasiał, wszyscy czekali na rozwój wypadków. Oczywiście nikt nie wyszedł przed szereg. A po powrocie do klasy Olo ostentacyjnie zebrał swoje książki i usiadł w ławce obok Feliksa. Do tej pory siedzieliśmy razem, ale zrozumiałem jego gest. Jako syn kawalera maltańskiego od najmłodszych lat miał wpajane, że zawsze należy stawać w obronie słabszych.

Od tamtego czasu nasza trójka stała się nierozłączna, wyznawaliśmy zasadę: jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. Kiedy wybuchła wojna, mieliśmy po dziewiętnaście lat i byliśmy już studentami – ja architektury, Felek zdał na politechnikę na wydział mechaniki precyzyjnej, a Olo na medycynę. Oczywiście jak jeden mąż wstąpiliśmy do tajnej podchorążówki o nazwie Agrykola, przed powstaniem braliśmy udział w kilku akcjach, w jednej z nich Feliks został ciężko ranny w brzuch, ale się z tego wylizał. Z pomocą przyszedł ojciec Olka, profesor Zanecki, który był ordynatorem oddziału chirurgii w Szpitalu Dzieciątka Jezus. Po powstaniu nasze losy bardzo się skomplikowały, ja przesiedziałem kilka lat w więzieniu, Olo – wywieziony do stalagu w Niemczech – już do Polski nie wrócił, widzieliśmy się bardzo krótko, gdy przyjechał na pogrzeb ojca w pięćdziesiątym siódmym roku, jego matka umarła wcześniej i nie mógł jej pożegnać, byłoby to dla niego niebezpieczne. Ja wtedy jeszcze siedziałem, a kiedy w końcu wyszedłem, starałem się odszukać ich obu. Od ojca Ola, który mieszkał w dawnym mieszkaniu, tyle że z lokatorami, dowiedziałem się o losach jego syna, a z Feliksem zupełnym przypadkiem spotkaliśmy się na ulicy. Minęliśmy się i w tym samym momencie obejrzeliśmy się za siebie.

Feliks otworzył mi w szlafroku.

– Cóż cię sprowadza, przyjacielu, o tak późnej porze? – spytał. – Mniemam, iż jest to rzecz niecierpiąca zwłoki?

– Zośka się odnalazła – odpowiedziałem krótko.

Spojrzał mi w oczy:

– A nie mówiłem, że się odnajdzie!

– Może i mówiłeś, ale żaden z nas w to nie wierzył!

– To opowiadaj!

– Najpierw zrób herbatę.

Nastawił czajnik na gaz, usiedliśmy w jego niewielkiej kuchni.

– Byłem w Teatrze Wielkim…

– Wiem, naTosce – znowu mi przerwał.

– Ale tego nie wiesz, że to ona była Toscą!

– Kto?

– Zośka!

Chyba pierwszy raz, odkąd się znamy, Feliks zaniemówił, miałem więc możliwość dokończenia swojej historii.

– A cóż ta twoja odnaleziona córka mogła takiego zrobić? Najwyżej zajść w ciążę z jakimś fagasem, który naszej artystce nie przypadł do gustu. – Feliks podsumował moją opowieść.

– Nie trywializuj – oburzyłem się. – Mówisz o mojej rodzinie!

– Takie mamy czasy, trywialne do granic możliwości. A twoja Zosia… nic dziwnego, że zrobiła karierę, sam mi opowiadałeś, że jak zaśpiewała piosenkę Dziś do ciebie przyjść nie mogę, wszyscy zamilkli…

– Co ty tu wyjeżdżasz z jakąś piosenką! – przerwałem mu. – Ona występuje na deskach największych teatrów świata. Metropolitan, La Scala…!

– Przecież to był nasz hymn!

– Hymn przegranego pokolenia, skończ już z tymi wspominkami!

– To ty wyciągnąłeś mnie z łóżka! – odrzekł urażony.

– Przyznasz, że miałem powód.

– Jak na spotkanie po dwudziestu latach dużo ci nie opowiedziała – odciął się Feliks. – Dlaczego nie zażądałeś dalszych wyjaśnień?

– Była nieludzko zmęczona, wiesz, ile ważą same jej stroje! Dźwigać to na sobie i do tego śpiewać!

– A jeszcze na koniec skok z wieży! – zażartował. – Nie miałeś ochoty jej złapać?

Wracałem do domu piechotą, Feliks mieszkał w osiedlu Za Żelazną Bramą, tuż przy Ogrodzie Saskim, które było podarunkiem towarzysza Gierka dla młodych małżeństw. W każdym takim bunkrze z wielkiej płyty mieścił się szereg klitek z ciemną kuchnią. Jedną z tych klitek zajmował mój przyjaciel, chociaż nie był ani młody, ani nie miał żony, to znaczy kiedyś miał, ale zginęła śmiercią żołnierza w ostatnim dniu powstania. Po wojnie przy uprzątaniu gruzów na placu Trzech Krzyży natrafiono na mogiłę Sabinki, którą mąż nazywał Królową Sabą i tak ją właśnie traktował, po królewsku. Niektórzy uważali go nawet za pantoflarza. Cokolwiek powiedziała, dla Feliksa było święte. Nie mógł uczestniczyć w jej pogrzebie na Powązkach, gdyż po kapitulacji wraz z kolegami z pułku „Baszta” trafił do obozu w Skierniewicach, a stamtąd do szpitala, gdzie amputowano mu lewą rękę powyżej łokcia, bo miał strzaskaną kość przedramienia. Wylizał się, rany goiły się na nim jak na psie i wraz z innym kontuzjowanym kolegą udało mu się uciec. Przystał do działającego na tym terenie oddziału Narodowych Sił Zbrojnych, który nie złożył broni. Po tym, jak oddział został rozbity, i zanim ogłoszono amnestię, Feliks ukrywał się, a później udało mu się dokończyć studia i pozostać na politechnice. Ze swoją przeszłością nie mógł marzyć o karierze naukowej, ale nie zależało mu na tytułach, chciał pracować z młodzieżą, a studenci go uwielbiali. Co prawda i ja, i Olopodśmiewaliśmy się z niego, że „starszy asystent” brzmi o wiele gorzej niż „adiunkt” na przykład. Feliks nie odpowiadał na takie zaczepki. Kiedy przestało to być dla nas niebezpieczne, Olo pisywał regularnie, najpierw ze Stanów Zjednoczonych, a potem z Kenii, bo na stałe osiadł w Afryce.

Szedłem przez Ogród Saski w stronę domu. Przy Krakowskim Przedmieściu udało mi się wykupić od miasta i wyremontować strych, z którego okien miałem widok na kolumnę Zygmunta i odbudowany Zamek Królewski; mieszkałem sam, bo nie zdecydowałem się na dłuższy związek z żadną kobietą, podobnie jak Feliks – wierny pamięci swojej Królowej Saby. Nie zdjąłem też obrączki, którą Zosia włożyła mi na palec. To była obrączka jej ojca, oddał ją żonie, gdy szedł na wojnę. „Odbiorę, jak wrócę”, powiedział. Nie wrócił, jego nazwisko znalazło się na Liście Katyńskiej. Mama Zosi ofiarowała córce swoją w dniu naszego ślubu. Chyba nie przyniosły nam szczęścia, los nas przecież wkrótce rozdzielił. Kim dla siebie będziemy po tylu latach? Czy będziemy umieli się odnaleźć? To były pytania bez odpowiedzi.

Minąłem swój dom i przecinając plac Zamkowy, zatrzymałem się przed katedrą, która w przeciwieństwie do mnie przeżywała drugą młodość, pamiętam, jak płonęła po zrzuceniu na nią bomby zapalającej. Ci, co ocaleli, pomagali rannym, nikt już nie myślał o ratowaniu tych świętych murów. W ostatniej chwili ksiądz, ten sam, który udzielał nam ślubu, podjął próbę wyniesienia z kaplicy Chrystusa na krzyżu, wisiał tu przecież od wieków. Zabrakło czasu, aby zdjąć go ze ściany, krzyż był olbrzymi, silnie umocowany, staraliśmy się więc z kolegami wynieść z płonącego wnętrza samą figurę, trzeba było ją jednak przedtem rozmontować, osobno tułów, osobno ramiona. Nieśliśmy je we dwóch, ja z uczuciem, że dźwigam fragment żywego ciała. Było w tym coś niesamowitego, zupełnie jakby Chrystus na powrót stał się człowiekiem i doświadczał tego samego, co my tutaj. Zastanawiałem się wtedy, czy ci wszyscy bezdomni ludzie towarzyszący figurze w drodze przez podwórza i przejścia wybite w ścianach, jeśli przeżyją, wystawią nam rachunek za cierpienia, które na nich sprowadziliśmy. A co z rachunkiem umarłych? Do dziś nie znalazłem odpowiedzi na swoje pytania. Z naszej trójki tylko ja miałem takie myśli, Feliks po kapitulacji wstąpił do Narodowych Sił Zbrojnych, które były przeciwne wybuchowi powstania, i czuł się rozgrzeszony, a Olek, traktujący wojnę jak wspaniałą przygodę, uważał decyzję głównodowodzących za jedynie słuszną. Kiedy się po latach spotkaliśmy, z łezką w oku wspominał sam moment kapitulacji, jak to on i jego koledzy szli czwórkami, z bronią przy boku, a potem składali ją na stos.

– Na stos rzuciliśmy swój życia los, na stos, na stos! – zanuciłem mu.

– Ale Niemcy musieli przyznać, że jesteśmy wojskiem! Otrzymaliśmy prawa kombatanckie. To nasze moralne zwycięstwo.

– Tak? Powiedz to swoim zabitym kolegom – odpowiedziałem ostro.

– Też mogłem zginąć, ale polec za ojczyznę to najwyższy honor żołnierza.

– Olek! Na jednego zabitego powstańca przypadało trzynastu cywilów!

I tu kończyły się argumenty mojego przyjaciela.

Nie mieliśmy z Zosią do czego wracać, nasi rodzice zginęli, a nasze domy zostały zburzone, postanowiliśmy więc rozpocząć życie w innym miejscu. Zupełnym przypadkiem moja żona dowiedziała się, że w Ostródzie na Mazurach poszukują nauczyciela muzyki. Pojechaliśmy tam i jako była studentka konserwatorium z miejsca dostała tę posadę. Ja postanowiłem się nie ujawniać, nie miałem złudzeń co do zamiarów nowych władz wobec ludzi takich jak ja. Wyrobiłem sobie lewe papiery i starałem się zbytnio nie afiszować. Dorywczo łapałem jakieś prace, trafiła się taka w gospodzie w Miłomłynie pod Ostródą, co miało znacząco zaważyć na moim losie. Któregoś dnia podsłuchałem rozmowę dwóch mocno podpitych gości, szeptali nachyleni do siebie głowami, ale ten ich szept słychać było chyba nawet na drodze.

– Dziewuche, co jest u Edków, tych spod lasa, ubowcy prowadzili za furmanko z powrozem na szyi, dasz wiarę, że partyzanty jo odbiły… podobno tylko kule świstały…

– A dziewucha do rzeczy?

Pijaczyna wzruszył ramionami.

– Bo ja wiem, przecie nikt jej nie oglądał.

– Może to bajdy, kto by tam człowieka na powróz brał, jak jakie bydle…

Pomyślałem, że jeśli to nie są bajdy, należałoby tych Edków, a tym bardziej dziewczynę ostrzec, że zostali zdekonspirowani. Poradziłem się nawet wieczorem Zosi, a ona przyznała mi rację. Poszedłem do tych ludzi pod lasem, to była typowa mazurska chałupa z czerwonym dachem i wymurowanym gankiem, mocno już podniszczona, tynk płatami odpadał ze ścian. W domu zastałem tylko gospodynię, spytałem ją więc o męża i dowiedziałem się, że rąbie drewno za stodołą. Mężczyzna na mój widok wyprostował się, ale siekiery z ręki nie wypuścił. Chwilę staliśmy tak, sondując się nawzajem. Czułem, że się mnie boi.

– Jestem z gospody Pod Kogutem – odezwałem się pierwszy.

Skinął na to głową.

– Różne rzeczy ludzie gadają, jak sobie podpiją, czasami takie, jakich nie powinni… – Urwałem, czekając na jego reakcję, ale minę miał nieprzeniknioną. Zbierałem się już do odejścia, uważając swoją misję za skończoną, kiedy wyciągnął z kieszeni paczkę papierosów. Usiedliśmy obaj na pieńkach i zakurzyliśmy.

– Wy nie stąd – odezwał się wreszcie.

Skinąłem twierdząco głową.

Mniej więcej po tygodniu Mazur pojawił się Pod Kogutem, usiadł w rogu sali i wyraźnie czekał, aż zostaniemy sami. Sądziłem, że zechce mi jakoś podziękować za ostrzeżenie, ale rzekł:

– Ktoś chciałby się z wami spotkać.

Przebiegło mi przez myśl, że to może być prowokacja, jednak intuicja podpowiadała, że chodzi o tych z lasu.

– Gdzie mam się stawić? – spytałem.

– Ten ktoś przyjdzie do gospody zaraz po zamknięciu, w ten piątek albo w następny.

Przyszedł w następny, tym razem ostrzec mnie, że wybrałem najgorsze miejsce na przeczekanie, bo nieopodal w lasach koczuje jeden z oddziałów wileńskiej AK i w związku z tym pełno tu bezpieki, każdy obcy będzie prędzej czy później prześwietlony od stóp do głów.

– Mam dobre papiery – odrzekłem.

Tylko się na to uśmiechnął. Prawie zobaczyłem jego twarz, usłyszałem głos, jakby to było wczoraj. Był jednym z żołnierzy wyklętych, jak się ich potem nazywało, który przyszedł pomóc koledze – powstańcowi. Widocznie miałem wypisane na czole, kim jestem i skąd przywędrowałem. Nie namawiał mnie, abym do nich przystał, wiedział, że ich walka jest skazana na niepowodzenie, ale wiedział też, że nie mają innego wyjścia. Śmierć czekała ich tak czy siak, więc lepiej wybrać tę z honorem. Ale jeszcze wszyscy troje byliśmy na wolności – ja, partyzant i sanitariuszka o pseudonimie Inka, to ona była „dziewczyną z powrozem”, jak ją przezwałem w myślach. Okazało się, że rzeczywiście została ujęta przez UB w okolicach Hajnówki i była prowadzona na powrozie zadzierzgniętym wokół szyi, uwolnił ją patrol wyklętych i tutaj miała kryjówkę, o której ćwierkały wróble na dachu. Więc ona, emisariusz i ja siedzieliśmy w chałupie pod lasem i piliśmy samogon, to znaczy dziewczyna nam tylko towarzyszyła. Była bardzo młoda i miała w sobie coś z siostry zakonnej, brakowało jej tylko habitu. W tym drobnym ciele biło jednak mężne serce, biegała pod kulami po swoich rannych, a i wrogom opatrywała rany.

– Ja bym tym esbeckim sukinsynom dał zdechnąć za to, co ci zrobili – powiedział przybysz.

– Tak nie wolno – odrzekła ze spokojem.

Z takim samym spokojem spojrzała w oczy śmierci, kiedy została aresztowana i po osądzeniu postawiono ją przed plutonem egzekucyjnym. Gdy opowiadałem o niej Feliksowi, stwierdził krótko:

– Morderstwo sądowe.

Jeśli chodzi o kompana od kieliszka, nic nie wiedziałem o jego dalszych losach, ale wziąłem sobie do serca jego przestrogę, prawdę mówiąc nie tyle ja, ile Zosia. Nalegała, abym natychmiast się ulotnił, oddział działający w ostródzkich lasach został otoczony i rozbity. Albo więc zginął, albo został aresztowany i skazany na śmierć. Dla tych ludzi miłosierdzia nie było. Ja zawędrowałem do kaszubskiej wioski i tam przystałem do rybaków. Nawet polubiłem to surowe życie. Kiedy wraz z innymi musiałem walczyć ze sztormem albo zgrabiałymi z zimna rękami wyciągałem z morza sieci, przychodziło mi do głowy, że to zajęcie dla prawdziwego mężczyzny. Dokuczała mi tylko tęsknota za Zosią, rzadko tu przyjeżdżała, aby nie budzić podejrzeń. A potem była ta wpadka, tym bardziej bezsensowna, że UB nie mnie szukało, ale śmiałka, który pod osłoną nocy chciał się kajakiem przeprawić do Szwecji. Został postrzelony przez patrol nadbrzeżny, ale udało mu się zbiec. Wczesnym świtem zarządzono obławę. Przesłuchiwano miejscowych, grożono im, ktoś się wygadał, że obok w wiosce jest taki jeden nie stąd…

Pojawienie się Zosi uruchomiło cały ciąg wspomnień sprzed dwudziestu paru lat, wydawało mi się, że nauczyłem się żyć z dnia na dzień i nie wracać do tego, co bezpowrotnie minęło, ale przeszłość upomniała się o mnie, o nas oboje, i musieliśmy sobie z tym jakoś poradzić.

Kiedy wszedłem na swój strych, w oknach było już jasno, wziąłem więc kąpiel, ogoliłem się. Tego dnia miałem dwa zadania: zadzwonić do pracowni, że biorę wolne, i pójść na spotkanie z Zosią.

Czekała na mnie przed hotelem Victoria, gdzie zwykle goszczono osobistości z wolnego świata. Wydała mi się niższa, niż ją zapamiętałem. Miała na sobie skórzaną kurtkę, wełnianą spódnicę i buty na płaskiej podeszwie, włosy związane z tyłu jakąś wstążką. Wyglądała tak zwyczajnie, że nikt się za nami nie oglądał, kiedy szliśmy w stronę Ogrodu Saskiego.

– Ciągle obawiasz się podsłuchu? – Uśmiechnąłem się.

– To też, ale chciałabym pospacerować po parku, jako dziecko często przychodziłam tam z dziadkiem, karmiliśmy chlebem kaczki… Czy kaczki są tam jeszcze?

– Chyba tak – odrzekłem niepewnie, bo park traktowałem wyłącznie jako ciąg komunikacyjny, gdy szedłem do Feliksa, i raczej nie rozglądałem się za bardzo.

– A fontanna?

– Fontanna jest, stoi!

– To dobrze. – Uśmiechnęła się. – Czasami prześladuje mnie piosenka „W Saskim Ogrodzie koło fontanny jakiś kawaler… coś tam… do panny…”. Zapomniałam, jak to szło.

– Może zalecał się?

– Nie, to się nie rymuje.

– Podszedł?

– Już lepiej, ale brzmiało chyba inaczej. Nieważne…

Usiedliśmy na ławce pod starym kasztanowcem, który niemal obejmował nas poskręcanymi konarami, jakby chcąc ukryć przed całym światem.

– Wtedy… ta Kaszubka powiedziała mi, że zacząłeś uciekać i strzelili ci w plecy, przysięgała, że martwego wrzucono na wóz…

– Zawieźli mnie do więziennego szpitala, a potem na Rakowiecką, a jeszcze potem pod sąd. Przesiedziałem do amnestii w pięćdziesiątym szóstym roku…

– A ja wtedy jechałam do ciebie z nowiną, że zostaniemy rodzicami…

– I dojechałaś po dwudziestu latach! Masz może jej zdjęcie?

– Tylko kiedy była mała.

Wyjęła z torebki niedużą, zafoliowaną fotografię. Zobaczyłem dziewczynkę z wielką kokardą na czubku głowy i z naburmuszoną miną.

– Nie jest zadowolona, że ją fotografują. – Uśmiechnąłem się.

– Nasza córka rzadko bywała zadowolona – odrzekła.

– Dlaczego?

– Żeby ci na to odpowiedzieć, muszę zacząć od początku.

I Zosia opowiedziała mi, w jaki sposób udało jej się uciec z Polski. Szczęśliwym trafem mojego aresztowania nie połączono z jej osobą, wzięliśmy ślub kościelny w czasie trwania walk, a wtedy nie było mowy o jakichkolwiek formalnościach. Kiedy Urząd Bezpieczeństwa zaczął się nią interesować jako współwinną wzniecenia powstania i zniszczenia miasta, szwedzki konsul, który dobrze znał ojca Zosi, pomógł jej w wyjeździe za granicę. Czasu było niewiele, bo gdyby dziecko urodziło się tutaj, bardzo by to skomplikowało sprawę. Więc do Warszawy przyjechała kuzynka pana konsula. Wybrano taką osobę, która na fotografii przypominała Zosię, i moja żona wsiadła zamiast niej na pokład samolotu rejsowego do Sztokholmu. Znała dość dobrze angielski, więc gdyby ją o coś zapytano, potrafiłaby odpowiedzieć, a stopień edukacji naszych służb celnych i paszportowych był wtedy na bardzo niskim poziomie i nikogo nie zaniepokoiłby jej akcent. Udało się, następnego dnia ambasada zgłosiła kradzież paszportu „kuzynki”.

– Nawet dobrze się stało, że mnie pochowałaś – powiedziałem – bo byłbym dla ciebie kulą u nogi, też by cię w końcu aresztowali, a dziecko poszłoby do sierocińca…

– A może wolałabym wiedzieć, że mój mąż żyje – odrzekła z goryczą w głosie – nawet gdyby mnie mieli aresztować. A dziecku też by ten sierociniec mógł wyjść na zdrowie, może inaczej by to teraz wszystko wyglądało…

Po policzkach ciekły jej łzy, a mnie zabrakło odwagi, aby ją przytulić, nie wiedziałem też, czy ona by tego chciała. Kiedy się wreszcie uspokoiła, spytałem:

– A jak znalazłyście się w Niemczech?

Rodzina konsula przejęta była sytuacją Zosi, pomagali jej, jak mogli. Piątego marca tysiąc dziewięćset pięćdziesiątego trzeciego roku w jednym ze sztokholmskich szpitali przyszła na świat nasza córka. Anna miała trzy latka, kiedy konsul zaprosił na obiad słynnego niemieckiego dyrygenta, Manfreda Meiera. Poproszono Zosię, aby coś zaśpiewała, a on zachwycił się jej głosem i zaofiarował, że zajmie się jej edukacją. Ściągnął ją z córką do Berlina, zamieszkały u niego i jego żony w willi w eleganckiej dzielnicy Charlottenburg. Początkowo układ był jasny, nauczyciel i uczennica. Ale potem profesor Meier, mimo że dzieliło ich ponad trzydzieści lat, zakochał się w Zosi i wystąpił o rozwód. A ona? Jej było wszystko jedno…

– Jak to było ci wszystko jedno? – spytałem głosem pełnym emocji.– Życie ze starym facetem?

– Dla mnie najważniejsza była muzyka, to był mój świat…

– Miałaś dziecko!

– Wiem, czuję się winna, że ona stała się taka… Nigdy sobie tego nie wybaczę!

– Dlaczego jest w więzieniu?

– Nie potrafię ci odpowiedzieć jednym zdaniem, trafiła tam za przekonania polityczne.

– Przekonania polityczne? – Byłem naprawdę zdumiony.

– Wiesz, co to jest RAF?

– Zdaje się Czerwone Brygady? – odrzekłem niepewnie.

– Frakcja Czerwonej Armii. Związała się z nimi, a ja nie zainterweniowałam w porę… Rzadko bywałam w domu, Manfred już nie żył, a Anka przebywała głównie z gosposią, która zresztą zwracała mi uwagę, że gdy mnie nie ma, w domu pojawia się dziwne towarzystwo…

To, w co się wplątała moja córka, okazało się naprawdę groźne. Nie udowodniono jej bezpośredniego udziału w akcjach terrorystycznych, ale za wspomaganie tego ruchu dostała wyrok dwudziestu lat więzienia. Pomyślałem wtedy, że to nasze geny, w każdym pokoleniu ktoś z rodziny lądował bowiem za kratami, a wyroki dotyczyły zakazanej działalności politycznej. Ale jeśli idolką mojej córki stała się osławiona terrorystka Ulrike Meinhof, to było to jednak wyłamaniem się z tej tradycji.

Do tej pory niezbyt interesowałem się podobnymi grupami, co mnie mogły obchodzić fanaberie buntowników bez powodu – poza oczywiście słynną sprawą porwania i zamordowania Aldo Moro – natomiast Feliks pasjonował się polityką i na pewno mógł mi więcej powiedzieć, niżbym wyczytał z krótkich encyklopedycznych wzmianek. Nie pomyliłem się, zrobił mi na ten temat cały wykład.

– Zaczęło się, proszę ja ciebie, od ruchów studenckich w Europie Zachodniej, we Włoszech młodzież ogłosiła: my nie wysuwamy żadnych żądań, nie chcemy żadnych delegacji, żadnych rokowań, żadnego dialogu. Nasza walka nie ma żadnego celu, jest ona celem samym w sobie. Podważają – ciągnął Feliks – nie tylko podstawy społeczeństwa kapitalistycznego, ale całą cywilizację przemysłową. Krzyczą: społeczeństwo konsumpcji musi zginąć gwałtowną śmiercią. Takie rzeczy można było wyczytać na ulotkach we Francji, no ale tego się nie osiągnie legalnymi, demokratycznymi metodami, więc ich zdaniem skuteczna może być jedynie walka tocząca się na ulicach i w miejscach pracy, a nie w lokalach wyborczych…

– To jakiś trockizm!

– Ciepło, ciepło – odrzekł mój przyjaciel. – Mam