Wydawca: Amber Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2015

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 285 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Miłość po miłości - Sandi Lynn

Można nie wierzyć w miłość, ale miłość wierzy w nas…

Lily Gilmore: narzeczony zdradził ją w dniu ślubu z jej własną siostrą.

Luke Matthews: narzeczona zginęła w tragicznym wypadku.

Oboje przestali wierzyć w miłość.

Ona stara się zapomnieć. O siostrze, narzeczonym, o zdradzie matki. Ucieka w swoją pasję - fotografowanie.

On zagłusza ból. Egzystuje bezwolnie, gra na gitarze w barze. Fanki go uwielbiają, ale on ich nie widzi.

Co będzie, kiedy los połączy życie tych dwojga, którzy nie wierzą już w miłość?

Opinie o ebooku Miłość po miłości - Sandi Lynn

Fragment ebooka Miłość po miłości - Sandi Lynn

Korekta

Halina Lisińska

Hanna Lachowska

Projekt graficzny okładki

Małgorzata Cebo-Foniok

Zdjęcie na okładce

© Marili Forastieri/Digital Vision/Thinkstock

Tytuł oryginału

Love in Between

Love in Between

Copyright © 2013 by Sandi Lynn.

Published by arrangement with Browne Miller Literary Associates, LLC.

All rights reserved.

For the Polish edition

Copyright © 2015 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-5636-8

Warszawa 2015. Wydanie I

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-952 Warszawa, ul. Wiertnicza 63

tel. 620 40 13, 620 81 62

www.wydawnictwoamber.pl

Konwersja do wydania elektronicznego

Prolog

Jesteś najpiękniejszą panną młodą, jaką widziałam.

– Mówisz tak, bo jesteś moją mamą – uśmiechnęłam się.

Przyjrzałam się mojej sukni o kroju litery A z gorsetem wyszywanym kryształkami w kwiaty, które tworzyły asymetryczną kaskadę, i opuściłam ręce. Odwróciłam głowę, żeby się upewnić, że welon trzyma się idealnie na romantycznie upiętych włosach.

– Nie mogę uwierzyć, że w końcu wychodzisz za mąż! – Giselle się uśmiechnęła.

– Wyglądasz jak z obrazka, Lily Gilmore – powiedziała Gretchen i pstryknęła mi zdjęcie telefonem.

Byłam strasznie zdenerwowana, dłonie zaczynały mi się pocić. Nie mogłam uwierzyć, że w końcu nadszedł ten dzień. Ostatni rok planowania idealnego ślubu był męczący, ale ekscytujący. Hunter mnie wspierał i zgadzał się na wszystko, co mi się podobało. Wydaje mi się, że po prostu nie chciał się kłócić albo było mu wszystko jedno. Nie chciał wielkiej uroczystości, wolał uciec do Vegas i pobrać się w jednej z tamtejszych kaplic. Ja zawsze marzyłam o wystawnym weselu i on to rozumiał, więc zarzucił pomysł z Vegas. Poza tym, moja matka zabiłaby nas oboje, gdybyśmy to zrobili.

W kościele zebrali się goście, którzy czekali na rozpoczęcie ceremonii.

– Lily, gdzie twoja siostra?

– Nie wiem, mamo. Powiedziała, że musi coś załatwić i że zaraz wraca.

– Jest twoją druhną, musi tu być, zaraz zaczyna się uroczystość.

Westchnęłam i wyszłam z garderoby. Przeszłam długim korytarzem, który prowadził do małej kuchni. Przypuszczałam, że pewnie wyszła za kościół zapalić papierosa, więc przeszłam przez kuchnię i zatrzymałam się, bo usłyszałam odgłosy dobiegające z jednego z przyległych pokoi. Położyłam dłoń na klamce, nacisnęłam ją i otworzyłam drzwi. Nic nie przygotowało mnie na to, co zobaczyłam.

Zatrzasnęłam drzwi i wybiegłam z kościoła. Serce mi łomotało, czułam mdłości. Usłyszałam głos biegnącej za mną matki. Zatrzymałam się, kiedy kazała mi stanąć. Przyłożyłam dłoń do czoła i zaczęłam chodzić w kółko, nie mogąc uwierzyć w to, co zobaczyłam. Oddychałam szybko. Kiedy podniosłam wzrok, zobaczyłam Huntera, który na mnie patrzył, i stojącą za nim moją siostrę. Łzy zaczęły spływać mi po twarzy, kiedy podchodził do mnie wolnym krokiem. Wyciągnęłam rękę, nim zdążył zrobić trzy kroki.

– Nie waż się do mnie zbliżać, bydlaku! – krzyknęłam.

– Lily, Hunter, co się stało, do cholery? – spytała moja matka.

Stałam i celowałam w niego palcem.

– Może spytasz tego zdrajcę i jego szmatławą dziwkę, która za nim stoi? – wypaliłam.

Matka odwróciła głowę i spojrzała na moją siostrę, Brynn. Brynn stała, kręcąc głową. Potem spojrzała na Huntera. Wokół nas zdążył się zebrać tłumek, bo goście wyszli z kościoła zobaczyć, co to za zamieszanie. Matka patrzyła na Brynn i Huntera w taki sposób, że nabrałam przekonania, że wiedziała, co ich łączy.

– Lily, proszę, pozwól mi… – zaczął Hunter.

– Nie chcę słyszeć ani jednego twojego pieprzonego słowa! – krzyknęłam, uciszając go.

Stałam i czułam się mała jak mrówka. Uniosłam obie ręce.

– Cóż, drodzy państwo, wygląda na to, że dzisiaj ślubu nie będzie! Chyba że moja siostra, dziwka, chce wyjść za tego zdrajcę! – krzyknęłam, celując palcem w Huntera.

– Lily, dość! – rozkazała matka.

Spojrzałam na nią z pogardą i podeszłam do niej wolnym krokiem.

– Wiedziałaś, prawda? Wiedziałaś, że się pieprzą za moimi plecami!

Patrzyła na mnie z poczuciem winy. Nie musiała nic mówić, jej reakcja wszystko wyjaśniała. Pokręciłam głową i spojrzałam na siostrę, która stała na schodach i płakała.

– Dlaczego płaczesz? Chyba tego chciałaś? Możesz go sobie wziąć, siostrzyczko, bo jesteście dla siebie stworzeni!

Giselle i Gretchen ruszyły za mną, wsiadłyśmy do limuzyny i wróciłyśmy do hotelu. Weszłyśmy do pokoju, usiadłam na łóżku. Nadal miałam na sobie ślubną suknię. Łzy popłynęły mi z oczu jedynie przed kościołem, cały czas byłam w szoku. Giselle usiadła przy mnie, powiedziała, że nie muszę powstrzymywać łez, a ja się rozkleiłam, kiedy mnie przytuliła. Gretchen podeszła do nas, usiadła z drugiej strony i siedziałyśmy tak, obejmując się we trzy.

– Wszystko będzie dobrze, Lily – wyszeptała Gretchen.

– Jak on mógł mi to zrobić? – szlochałam.

– To dupek, lepiej, że dowiedziałaś się teraz – powiedziała Giselle.

– Ona ma rację, kochana, lepiej teraz niż za pięć lat – odezwała się Gretchen.

Pociągnęłam nosem, a Giselle podała mi chusteczki.

– Co teraz zrobisz? – spytała Gretchen.

– Gretchen! – zganiła ją Giselle.

– Nic się nie stało. Nie wiem, co zrobię. Nie mogę wrócić do domu, nie mogę spojrzeć w oczy mojej rodzinie. Nie mogę uwierzyć, że matka wiedziała o Hunterze i Brynn. Jak mogła zrobić mi coś takiego po tym, co przeżyła z ojcem?

– Nie wiem, skarbie, przegięła z tym, że ci nie powiedziała. A twoja siostra? Mój Boże, dlaczego zrobiła ci coś takiego?

– Chyba mi niedobrze. – Zerwałam się z łóżka, pobiegłam do łazienki i zatrzasnęłam za sobą drzwi.

W hotelowym pokoju spędziłam cały tydzień. Z łóżka wstawałam tylko do łazienki. Telefon miałam wyłączony i kategorycznie zakazałam Giselle i Gretchen mówić komukolwiek, gdzie się zatrzymałam. Poszły kupić mi nowy telefon, żeby mieć ze mną kontakt, bo musiały wracać do pracy, do Kalifornii. Obsługę hotelową wzywałam, kiedy miałam ochotę, ale głównie patrzyłam w sufit i rozmyślałam o tym, że zawalił mi się świat. Płakałam, aż wydawało mi się, że oczy mi wypadną. Nie rozumiałam, dlaczego Hunter mi to zrobił. O, nie. Dlatego że jest mężczyzną, a mężczyźni tak się zachowują. Są zdrajcami i kłamliwymi bydlakami, którzy nie są w stanie dochować wierności jednej kobiecie. Wszyscy są jednakowi? Zaczynałam w to wierzyć. A do tego moja siostra.

Była środa, więc wiedziałam, że matka będzie na zebraniu organizacji charytatywnej, a siostra na obiedzie z przyjaciółmi. Spędzały tak każdą środę. Kiedy taksówka podjechała pod dom, przez minutę wpatrywałam się w okno.

– Wysiada pani? – spytał kierowca.

Spojrzałam na niego i dopiero po minucie dotarło do mnie, co powiedział.

– Tak, przepraszam.

Zapłaciłam mu, wysiadłam i stanęłam przed długim krętym podjazdem prowadzącym do jedynego domu, jaki w życiu miałam. Powoli weszłam do środka i upewniłam się, czy nikogo nie ma. Nie mogłam spotkać się z rodziną po tym, co mi zrobili. Weszłam na górę do mojego pokoju, szybko wyjęłam walizki z szafy i zaczęłam wrzucać do nich najpotrzebniejsze rzeczy. Musiałam zdążyć, zanim ktoś wróci do domu. Chwyciłam ubrania z szafy, przybory do makijażu, staniki, bieliznę i buty. Miałam spakowane dwie walizki i byłam gotowa do wyjścia. Otworzyłam górną szufladę biurka, wyciągnęłam książeczkę czekową, stanęłam w progu i rozejrzałam się po pokoju. Zeszłam z walizkami po schodach. Kiedy podchodziłam do drzwi, otworzyły się i do środka weszła matka. Zamarła, kiedy mnie zobaczyła i łzy napłynęły jej do oczu.

– Lily, córeczko, tak się o ciebie martwiłam. Gdzie byłaś?

Spojrzałam na nią surowo i w jednej chwili poczułam, że robi mi się niedobrze.

– Nieważne, gdzie byłam. Ważne jest tylko to, że wyjeżdżam i nie chcę mieć z tą rodziną nic wspólnego. To, co mi zrobiłaś, nie mówiąc mi o Brynn i Hunterze, jest niewybaczalne. Pomagałaś mi planować ślub, wiedząc, że pieprzy moją młodszą siostrę. Miałaś zamiar pozwolić mi wyjść za zdrajcę i kłamcę. Co z ciebie za matka?! – rozpłakałam się.

– Lily, proszę, musisz zrozumieć, że próbowałam cię chronić, a on mi przyrzekł, że to skończone – powiedziała, podchodząc do mnie z wyciągniętymi rękami.

– Nie waż się zrobić ani kroku więcej! – warknęłam. – Nie jestem taka jak ty i nie będę żyła tak jak ty.

Wyszłam z domu, przystanęłam, odwróciłam się i spojrzałam na matkę, która stała i płakała.

– Ta rodzina dla mnie nie istnieje. Powiedz mojej młodszej siostrze, że mam nadzieję, że będą żyli z Hunterem długo i szczęśliwie. Miłego życia, mamo.

Wrzuciłam walizki na tył mojego SUV-a explorera, wsiadłam, odpaliłam auto, a matka wybiegła za mną.

– Proszę, Lily, wybacz mi, nie rób nam tego. Będziesz tego żałować.

– Żałuję tylko tego, że byłam częścią tej zakłamanej rodziny! – wypaliłam, wyjechałam z podjazdu i ruszyłam przed siebie, najdalej od tego miejsca, jak się tylko da. Wiedziałam jedynie to, że nie mogę zostać w Seattle. Musiałam zniknąć i rozpocząć nowe życie.

Jechałam przez około trzy godziny, aż zapaliła mi się kontrolka paliwa. Dotarłam do Portland w Oregonie. Podjechałam na stację benzynową i otworzyłam torebkę, żeby wyjąć kartę kredytową i zamarłam, kiedy zobaczyłam dwa bilety na Arubę, która miała być celem mojej podróży poślubnej. Mieliśmy wyruszać jutro, bo Hunter nie mógł wziąć dwóch tygodni urlopu dzień po ślubie. Nalałam benzyny do explorera i podjechałam do małego targu. Wyjęłam aparat fotograficzny i postanowiłam, że będę robić zdjęcia w każdym miejscu, w którym się zatrzymałam. Chciałam stworzyć album z podróży do nowego życia. Robiłam zdjęcia sklepów, znaków drogowych i ludzi. Był piękny, ciepły, słoneczny dzień. Zauważyłam kawiarnię ze stolikami na zewnątrz. Nie byłam głodna, ale ostatnio jadłam kilka dobrych godzin temu. Usiadłam przy stoliku i złożyłam zamówienie u kelnerki. Rozejrzałam się, wdychając świeże powietrze, i zauważyłam parę siedzącą kilka stolików dalej. Trzymali się za ręce, roześmiani. Chłopak był przystojny, to nie ulegało wątpliwości, a jego dziewczyna bardzo ładna. W jego uśmiechu było coś, co mnie poruszyło. Wyglądali na szczęśliwych i sprawiali wrażenie bardzo zakochanych. Chwyciłam aparat i zrobiłam im zdjęcie.

Zjadłam obiad, wypiłam dwie szklanki mrożonej herbaty i sięgnęłam po torebkę, żeby zapłacić rachunek. Bilety wypadły na betonowy chodnik. Schyliłam się, podniosłam je i trzymałam, wpatrując się w nie. Zostawiłam pieniądze na stoliku i podeszłam do szczęśliwej pary, której się przyglądałam, odkąd usiadłam.

– Dzień dobry, wiem, że to dziwne, ale mam dwa bilety lotnicze na Arubę. Lot jest jutro i chcę je państwu dać.

Oboje spojrzeli na mnie jak na wariatkę.

– Pani nie leci? – spytała oszołomiona kobieta.

– Nie, coś mi wypadło, mój narzeczony i ja nie będziemy mogli polecieć. Nie chcę, żeby przepadły, a wydaje mi się, że byłoby państwu miło na Arubie.

Spojrzała na niego, oboje spojrzeli na mnie.

– Zapłacę pani za bilety – powiedział chłopak, sięgając do kieszeni po portfel.

– Nie, proszę je wziąć. Nie chcę pieniędzy. Proszę mi tylko obiecać, że będą się państwo dobrze bawić. – Położyłam bilety na stoliku i zaczęłam się oddalać.

– Chwileczkę! – krzyknęła dziewczyna. – Dziękujemy – uśmiechnęła się.

– Potraktujcie to jako prezent, odpłaćcie kiedyś komuś innemu – uśmiechnęłam się i wróciłam do explorera.

Rozdział 1

Rok później…

Wsunęłam klucz do zamka i otworzyłam drzwi. Powoli nacisnęłam klamkę i weszłam do mojego nowego mieszkania. Postawiłam walizki i wzięłam głęboki oddech. Wcisnęłam włącznik światła na ścianie przy drzwiach i rozejrzałam się. Meble, które zamówiłam przez internet, zdążyły już dotrzeć i stały porozstawiane po całym pokoju. Wynajęłam to mieszkanie na podstawie zdjęć zamieszczonych w internecie. Przeszłam się, żeby ocenić miejsce. Jasnoszare ściany i białe sztukaterie nadawały mu tradycyjnego charakteru. Sofa i szeroki fotel w odcieniu bakłażana, które kupiłam, doskonale pasowały do wnętrza, tak jak szklany stół kawowy i stoliki boczne. Przeszłam korytarzem do sypialni. Włączyłam światło i wpatrywałam się w pustą przestrzeń. Zestaw sypialniany miał zostać dostarczony następnego dnia. Było późno, byłam wyczerpana po czternastogodzinnej jeździe z Portland do Santa Monica. Mój explorer był pełen pudeł, które musiały poczekać do rana. W tej chwili chciałam tylko wygodnej kanapy.

Ostatni rok spędziłam w Portland, kiedy zepsuło mi się auto i było w naprawie przez dwa tygodnie. Chyba można powiedzieć, że miejsce mnie wciągnęło i właściwie nie miałam dokąd pojechać. Wynajęłam mieszkanie, podjęłam pracę jako niezależny fotograf dla miejscowej gazety i przez parę miesięcy pracowałam też na zastępstwie w szkole podstawowej. Jak wylądowałam w Santa Monica? Miejscowa gazeta przestała się ukazywać, a praca w szkole skończyła się, kiedy nauczycielka, którą zastępowałam, wróciła z urlopu macierzyńskiego. Któregoś dnia zadzwoniła do mnie Giselle i powiedziała, że jej ciotka, Chris, która jest dyrektorką jednej ze szkół podstawowych w Santa Monica, szuka nauczyciela na zastępstwo na długi okres i że powinnam do niej zadzwonić. Zrobiłam to i takim sposobem tu wylądowałam.

Giselle i Gretchen mieszkają w Santa Monica i byłam przejęta tym, że będę mieszkać niedaleko. Są bliźniaczkami, przyjaźniłyśmy się, odkąd pamiętam. Poznałam je, kiedy miałam sześć lat i kiedy wprowadziły się do sąsiedniego domu. Ich ojciec był bankierem inwestycyjnym, a matka, w młodości, modelką. Obie poszły w ślady matki. Ze wzrostem metr siedemdziesiąt pięć i rozmiarem XS, były stworzone do zawodu modelki. Zazdrościłam im ciemnobrązowych oczu i długich, prostych brązowych włosów. Nasze matki mówiły na nas: trzej muszkieterowie, bo byłyśmy nierozłączne. Wszystko robiłyśmy razem i zawsze sobie pomagałyśmy. Bliźniaczki były moim oparciem i bez względu na to, do jakiego egzotycznego miejsca prowadziła je praca, rozmawiałyśmy ze sobą codziennie.

Otworzyłam oczy, przestraszona muzyką dobiegającą zza ściany. Chwyciłam telefon i sprawdziłam, która godzina. Była trzecia w nocy. Przespałam jakieś dwie godziny, które stały się normą od chwili, kiedy przyłapałam Huntera z Brynn w kościele. Mój umysł ciągle odtwarzał przeszłość i za każdym razem, kiedy zamknęłam oczy, widziałam tę scenę. Wstałam z kanapy, wzięłam torebkę i poszłam do łazienki. Chciałam przemyć twarz, ale zapomniałam, że wszystkie ręczniki i myjki leżą spakowane w którymś z kartonów w explorerze. Wyjęłam z torebki szczotkę i przeczesałam długie jasne włosy. Poszukałam gumki i spięłam je w koński ogon. Kiedy przeglądałam się w lustrze, nie mogłam nie zauważyć worków pod niebieskoszarymi oczami. Musiałam wziąć prysznic, więc włożyłam buty, wzięłam kluczyki i ruszyłam do explorera. Kiedy wyszłam na klatkę schodową, stanęłam i wpatrywałam się w drzwi, przez które wydobywała się ogłuszająca muzyka. Pokręciłam głową, przewróciłam oczami i poszłam do SUV-a po pudło opisane: „Łazienka”. Wyjęłam z auta karton i zaniosłam pod drzwi klatki. Postawiłam go na minutę, żeby otworzyć drzwi. Kiedy wsunęłam klucz do zamka, drzwi się otworzyły, a ja zachwiałam się i mało nie poleciałam do tyłu.

– Przepraszam, nie zauważyłem pani – odezwał się mężczyzna.

Spojrzał na mnie, a potem na karton na ziemi.

– Wprowadza się pani? – spytał, spoglądając na zegarek.

– Tak, przyjechałam parę godzin temu i nie zdążyłam wypakować kartonów z samochodu – odpowiedziałam.

– Miło panią poznać. Jestem Sam – wyciągnął rękę.

– A ja Lily. Bardzo mi miło.

– Zaniosę ci ten karton – zaproponował i schylił się, żeby go podnieść.

– Nie, dam sobie radę – wyciągnęłam rękę, żeby mu przeszkodzić.

– Nie bądź śmieszna. Zaniosę ci to pudło za to, że mało cię nie przewróciłem przy otwieraniu drzwi – uśmiechnął się.

Był środek nocy, a ja kłóciłam się z zabójczo przystojnym chłopakiem o karton.

– W porządku, moje mieszkanie jest tutaj. – Wskazałam drzwi.

Sam spojrzał na mnie i się uśmiechnął.

– No, proszę, chyba jesteśmy sąsiadami.

Otworzyłam mu drzwi, a on wszedł do mieszkania i postawił pudło na podłodze.

– Więc to ty puszczałeś tak głośno muzykę o trzeciej w nocy? – spytałam.

– Przepraszam. – Wzruszył ramionami. – Powiem Lucky’owi, żeby ściszył.

– Byłabym wdzięczna. Dzięki za pomoc z kartonem. – Zatrzasnęłam drzwi.

Przez następną godzinę rozpakowywałam pudło i układałam ręczniki. Pochowałam wszystkie przybory łazienkowe i wzięłam gorącą, odprężającą kąpiel w pianie. Moje dłonie zaczęły wędrować, bo już od dłuższego czasu nie miałam randki z moim chłopakiem na baterie. Kiedy skończyłam, wyszłam z wanny, owinęłam się ręcznikiem i poszłam do salonu, w którym stały walizki. Otworzyłam jedną i wyjęłam dżinsowe szorty i granatową koszulkę na ramiączkach. Wzięłam telefon z kanapy i spojrzałam, która godzina. Była szósta. Giselle i Gretchen miały przyjść pomóc mi się rozpakować około ósmej, a zestaw mebli do sypialni miał przyjechać pomiędzy dziewiątą a jedenastą. Wysuszyłam włosy i znów związałam je w kucyk. Nałożyłam lekki makijaż, a potem postanowiłam wyjść po kawę.

Wyszłam z mieszkania w tym samym czasie, co Sam ze swojego. Spojrzeliśmy na siebie nawzajem, a on się uśmiechnął.

– Czy ty w ogóle śpisz? – spytał.

– Powinnam zapytać cię o to samo. – Odwzajemniłam uśmiech.

Był przystojny, to nie ulegało kwestii. Mierzył jakiś metr osiemdziesiąt i miał wspaniałe umięśnione ciało, piaskowobrązowe włosy i brązowe oczy. Zdecydowanie pasował do wzoru obowiązującego w Santa Monica.

– Dokąd się wybierasz tak wcześnie?

Nie powinno go to obchodzić, ale był tak miły, że czułam, że ja również, jako sąsiadka, powinnam być dla niego miła.

– Idę po kawę, bo bardzo jej potrzebuję – odpowiedziałam, wychodząc z budynku, a on poszedł za mną.

– Ja też – powiedział. – Poszedłem zrobić kawę, ale torebka była pusta. Nie cierpię, kiedy Luke mi nie mówi, że kawa nam się kończy.

– Luke? – zagadnęłam.

– Tak, to mój przyjaciel i współlokator. Słuchaj, może wybierzemy się po kawę razem? – zaproponował z uśmiechem.

Przyjrzałam mu się. Sprawiał wrażenie sympatycznego chłopaka, no i był gejem, więc nie musiałam się przejmować tym, że zacznie mnie podrywać.

– Jasne, pójdę z tobą, ale musimy się streszczać, moje przyjaciółki mają przyjść pomóc mi się rozpakować.

Wsiadłam do jego samochodu i pojechaliśmy do kawiarni Brewsters. Weszliśmy do środka, a Sama od razu przywitała dziewczyna za ladą.

– Dobry, Sam! Kogo ze sobą przyprowadziłeś? – spytała, wycierając blat.

– Dobry, Jamie! To jest Lily, wprowadziła się do sąsiedniego mieszkania. Lily, to moja kuzynka, Jamie, jest właścicielką tej klimatycznej kawiarni.

Jamie wytarła rękę i wyciągnęła ją do mnie, a ja delikatnie ją uścisnęłam.

– Miło cię poznać, Lily. Jesteś w mieście od niedawna?

– Tak, przeprowadziłam się tu wczoraj wieczorem z Portland – odpowiedziałam.

– Super! Witamy w Santa Monica i w Brewsters! Co ci podać? – spytała.

– Poproszę dużą czarną kawę – uśmiechnęłam się. Zerknęłam na Sama i zauważyłam, że mi się przygląda. – Co jest?

– Taką kawę pije Luke. Nie rozumiem, jak można pić kawę bez cukru albo mleka. cały czas się o to sprzeczamy.

– Każdemu smakuje co innego, Sam – powiedziała Jamie.

– Postawię ci kawę – zwróciłam się do Sama.

– Firma stawia. – Jamie podała nam kawę. – Ten sknerus, Sam, nigdy tu nie płaci. Potraktuj to jako upominek powitalny w Santa Monica.

– Dzięki, Jamie! – Sam się uśmiechnął i wziął paczkę kawy z półki. – Zabieram paczkę do domu, jestem twoim dłużnikiem!

Jamie przewróciła oczami.

– Co tydzień zostaje moim dłużnikiem – roześmiała się.

– Dziękuję, Jamie, miło cię było poznać – uśmiechnęłam się i uniosłam kubek z kawą.

– Nawzajem!

Wyszłam z Brewsters i wsiadłam do samochodu.

– Masz bardzo miłą kuzynkę – powiedziałam.

– Tak, jest dla mnie jak siostra. Zamieszkała ze mną i z moją rodziną, kiedy miała osiem lat. Jej mama i tata byli dilerami narkotyków, zostali złapani i wylądowali w więzieniu.

– Jeszcze siedzą?

– Tak, minęło dwadzieścia lat, a oni dalej siedzą. Nie widziała ich przez te wszystkie lata.

Podjechaliśmy pod blok i wysiadłam z auta. Podeszłam do mojego explorera i postawiłam kawę na masce. Wyjęłam z torebki kluczyki i otworzyłam samochód. Sam podszedł do mnie.

– Pomogę ci z tymi kartonami – zaproponował.

– Nie ma potrzeby, Sam. Napij się spokojnie kawy, poradzę sobie.

Podszedł do tyłu explorera.

– Daj spokój, Lily, pozwól mi pomóc. To przecież sąsiedzki obowiązek.

Westchnęłam i niechętnie otworzyłam bagażnik. Sam się uśmiechnął, wziął karton i ruszył w stronę budynku. Wyprzedziłam go, żeby przytrzymać mu drzwi. Nim zdążyłam podejść do wejścia, otworzyły się z rozmachem i stanął w nich chłopak, który zaczął mi się przyglądać.

– Luke, w samą porę, weź ten karton – powiedział Sam i podał mu pudło.

– Co ty robisz? – spytał Luke. – Obudziłem się, a ciebie nie było. Aha, kawa się skończyła.

– Wiem, przyniosłem z Brewsters, w aucie jest paczka. A, to jest Lily, nasza nowa sąsiadka.

Luke spojrzał na mnie.

– Cześć. – Szybko odwrócił wzrok.

– Cześć – odpowiedziałam.

Nie mogłam oderwać od niego wzroku. Stał w drzwiach – całe jego metr osiemdziesiąt – w postrzępionych dżinsach i szarej obcisłej koszulce. Był boso, a krótkie brązowe włosy miał rozczochrane. Nie ulegało wątpliwości, że był najseksowniejszym facetem, jakiego w życiu widziałam. Widać było, że pracuje nad mięśniami i kształtem rąk i ramion. Na lewym bicepsie miał wytatuowany celtycki krzyż, ze skrzydłami w tle. Dzięki Bogu, że jest gejem. Czułam się raczej niezręcznie, bo Luke nie wydawał się tak sympatyczny jak Sam.

– Lily, idź otworzyć mieszkanie, żebyśmy mogli pownosić kartony – poprosił Sam.

Minęłam Luke’a i przyłapałam go na tym, że mi się przygląda. Jak tylko na niego spojrzałam, odwrócił wzrok. Otworzyłam drzwi wejściowe do budynku i się odsunęłam, żeby je przytrzymywać, aby Luke mógł wnieść karton do środka. Zrobił to, a potem wszedł do swojego mieszkania i bez słowa zatrzasnął za sobą drzwi.

– Co mu jest? – spytałam Sama.

– Nie zwracaj na niego uwagi. Po prostu nie jest rannym ptaszkiem.

Nie mogłam pozbyć się wrażenia, że skądś go znam, ale wiedziałam, że to niemożliwe. Kiedy wnosiliśmy z Samem ostatnie kartony, przyjechały Giselle i Gretchen. Nie widziałam ich ponad trzy miesiące, więc postawiłam karton i podbiegłam do nich, kiedy wysiadały z samochodu. Najpierw uściskałam Gretchen, a potem Giselle.

– Tak się cieszę, że przeprowadziłaś się do Santa Monica – powiedziała Giselle i mocno mnie przytuliła.

– Ja też – przyznałam, a do oczu zaczęły napływać mi łzy.

– Co to za przystojniak do nas idzie? – Gretchen się uśmiechnęła i założyła sobie włosy za ucho.

– Witam panie. – Sam się uśmiechnął.

– Sam, to jest Giselle, a to Gretchen, moje dwie najlepsze przyjaciółki.

– Miło was obie poznać. – Sam podał każdej rękę.

– Sam mieszka obok, pomaga mi wnosić kartony – wyjaśniłam.

– Poszliśmy też rano na kawę – wypalił.

Giselle spojrzała na mnie z uśmiechem.

– Słyszałaś, Gretchen? Lily była na kawie z facetem.

– Słyszałam, siostro! – Gretchen się do mnie uśmiechnęła.

Odwróciłam się i spojrzałam na Sama.

– Nie słuchaj ich. Dzięki za pomoc.

– Nie ma sprawy. Gdybyś czegoś potrzebowała, zapukaj do drzwi albo w ścianę.

Wzięłam Gretchen i Giselle za rękę i zaprowadziłam je do mojego nowego mieszkania.

Rozdział 2

No to, Lily, powiedz nam coś o Samie, co między wami jest? – Gretchen uśmiechnęła się i musnęła dłonią moją nową kanapę.

– Nic między nami nie ma! – krzyknęłam. – Pomógł mi wnieść kartony, to wszystko!

– Ale poszłaś z nim na kawę – wtrąciła Giselle.

– Sprostowanie: pojechaliśmy po kawę na wynos. Poza tym, jest gejem.

– O, nie! Niemożliwe! – jęknęła Gretchen.

– Owszem, jest gejem, a Luke jest jego chłopakiem. – Zaczęłam rozpakowywać karton z kuchennymi rzeczami.

– Wielka szkoda – powiedziała Giselle. – wygląda na miłego chłopaka, byłby dla ciebie idealny.

– Przede wszystkim, nie jestem zainteresowana. Skończyłam z facetami, zapomniałaś? A po drugie, znacie go od dziesięciu sekund. Skąd wiecie, że byłby dla mnie idealny?

– To widać – stwierdziły jednocześnie Giselle i Gretchen.

Przewróciłam oczami.

– Chodźcie, pomóżcie mi ustawić te meble.

Przesuwałyśmy meble po salonie, aż znalazły się w idealnym położeniu. Przyjechał też komplet do sypialni i większość kartonów została rozpakowana.

– Co to jest? – spytała Giselle, trzymając pudło z napisem: „Album”.

– Zdjęcia, które robiłam po wyjeździe z Seattle. Miałam zamiar zrobić album na pamiątkę początku nowego życia. Ale przez to, że zostałam w Portland, nie ma ich zbyt wiele. Schowaj je do szafy, któregoś dnia je przejrzę.

– Aha, dobra – skwitowała i ruszyła w stronę sypialni. Po kilku minutach wróciła z moją gitarą. – Chyba nie będziesz tego trzymać w szafie?

Spojrzałam na nią i na gitarę.

– A, zapomniałam o niej. Schowałam ją, żeby się nie zniszczyła przy rozpakowywaniu i przesuwaniu. Dzięki, Giselle, postaw ją w kącie w sypialni.

– Umieram z głodu! – wypaliła Giselle.

– Ja też – dodała Giselle.

Spojrzałam na zegarek, była szósta po południu i uświadomiłam sobie, że przez cały dzień nic nie jadłam.

– Zamówmy pizzę i sałatkę – zaproponowałam.

– Niezła myśl, gdzie masz foldery knajp? – spytała Gretchen.

– Chyba zapomniałaś, że wprowadziłam się wczoraj w nocy, nie mam żadnych folderów – roześmiałam się.

– Mam pomysł. Zapukajmy do sąsiadów, może Sam ma menu jakiejś pizzerii? – Giselle puściła do mnie oko.

– Mam pomysł. Może poszukasz w telefonie? – odparłam.

Giselle przewróciła oczami i akurat w tej chwili rozległo się pukanie do drzwi. Podeszłam i przez wizjer zobaczyłam Sama, stojącego po drugiej stronie. Otworzyłam i z zaskoczeniem dostrzegłam, że trzyma dwie pizze i dużą brązową torbę.

– Sam, co to ma znaczyć? – spytałam, wskazując pizze.

– Pomyślałem, że pewnie coś byście zjadły po całym dniu ciężkiej pracy – uśmiechnął się.

– Wejdź, dziękujemy. – Ja też się uśmiechnęłam.

– Życie nam ratujesz! – oznajmiła Gretchen, podeszła do niego i pocałowała go w policzek. – Umieramy z głodu.

– Bardzo miło z twojej strony, że o nas pomyślałeś, Sam. Pójdę po portfel, ile ci jestem winna?

– Nic, ja stawiam. Potraktujcie to jako prezent powitalny – powiedział.

– Nie musiałeś tego robić, ale dziękujemy. Zapraszamy, przyłącz się do nas.

– Bardzo chętnie.

Wyjęłam z szafki talerze, z szuflady widelce i usiadłam przy stole obok Sama. Gretchen zdążyła już dobrać się do paluszków chlebowych, a Giselle otworzyła sałatkę. Sam wziął z pudełka kawałek pizzy, położył go na moim talerzu i uśmiechnął się do mnie.

– Dziękuję – wyszeptałam.

– Nie ma za co – odpowiedział szeptem.

– Mógłbyś zaprosić do nas Luke’a – powiedziałam do Sama.

– Już go zapraszałem, ale nie ma ochoty. Powiedziałem, że będziemy mieli towarzystwo trzech pięknych kobiet i pyszne jedzenie, więc jego strata.

– I co na to powiedział? – spytałam.

– Że niczego mu nie potrzeba i żebym poszedł sam.

Wstałam, wzięłam butelkę wina, którą przywiozły Giselle i Gretchen. Wyjęłam z szafki kieliszki i postawiłam je na stole. Sam wstał, otworzył butelkę i napełnił wszystkie kieliszki. Uniósł swój, żeby wznieść toast.

– Za moją nową sąsiadkę, Lily. Żebyśmy się zaprzyjaźnili i spędzili wspólnie wiele miłych chwil.

Uśmiechnęliśmy się wszyscy i stuknęliśmy kieliszkami.

– Dziękuję, Sam.

Przez dwie godziny rozmawialiśmy o pracy. Sam jest architektem i pracuje dla znanej pracowni Glassman and Fillmore. Ja opowiedziałam o mojej miłości do fotografii i o tym, że jestem nauczycielką i to właśnie sprowadziło mnie do Santa Monica. Gretchen i Giselle opowiedziały o karierze modelek i egzotycznych miejscach, w których były. Zrobiło się późno, Gretechen i Giselle postanowiły wracać do domu. Uściskałam je na pożegnanie, a Sam odprowadził je do samochodu.

Sprzątałam w kuchni, kiedy dostałam wiadomość od Gretchen.

„Zakochałam się w Samie. Dlaczego musi być gejem?”

Uśmiechnęłam się i pokręciłam głową.

„Są nimi na ogół wszyscy fajni faceci” – odpisałam.

Dokończyłam sprzątanie i spojrzałam na zegarek. Była za piętnaście trzecia w nocy. Zgasiłam światło i poszłam do łazienki. Odkręciłam wodę w prysznicu, rozebrałam się i weszłam do kabiny. To był długi dzień, chciałam stać pod strumieniem gorącej wody wiecznie. Kiedy zdołałam wydobyć się spod prysznica, włożyłam piżamę i spojrzałam na gitarę, stojącą w kącie sypialni. Podeszłam do niej i ją podniosłam. Usiadłam na łóżku i zaczęłam brzdąkać. W moim umyśle pojawiły się wspomnienia ojca. Zaczęłam grać piosenkę, którą śpiewał mi, kiedy byłam mała. Kiedy skończyłam, znów spojrzałam na zegarek. Była czwarta. Odłożyłam gitarę na stojak, położyłam się w moim nowym łóżku i modliłam się o spokojny sen.

Otworzyłam szybko oczy, budząc się z koszmaru. Zegarek wskazywał szóstą rano, spałam tylko dwie godziny. Leżałam w łóżku, ale przewracałam się z boku na bok. Nie było szans, żebym znów zasnęła. Nie dawała mi spokoju myśl, że jutro zaczynam uczyć. Kochałam dzieci i kochałam je uczyć, ale kochałam też fotografię i to jej chciałam się poświęcić. Mam dwadzieścia sześć lat i ciągle nie zdecydowałam, jak ma wyglądać moje życie. Myślałam, że spędzę je z Hunterem. Było dokładnie zaplanowane. Mieliśmy się pobrać, mieć dwoje dzieci i zamieszkać w domku z białym płotem ze sztachet. Ja miałam zajmować się fotografią, przy okazji wychowując dzieci, a on miał wracać do domu z pracy, mieliśmy jeść razem obiad, który miałam przygotowywać przez cały dzień.

Czy aż tak byłam zdesperowana, żeby odnaleźć trochę normalności?

Wstałam, włożyłam fajną, krótką plażową sukienkę w kwiatowy wzór, którą kupiłam przed przeprowadzką tutaj. Zawlokłam się do kuchni, żeby napić się kawy. Cholera, zapomniałam ją kupić. Westchnęłam. Zastanawiałam się, czy Sam się już obudził. Podeszłam do ściany i przytknęłam do niej ucho. Nie wiedziałam, jaki rozkład ma jego mieszkanie, ale zaryzykowałam i lekko zapukałam w ścianę. Uśmiechnęłam się, kiedy usłyszałam pukanie. Podeszłam do sąsiednich drzwi i zapukałam. Westchnęłam, kiedy się otworzyły i zobaczyłam w nich Luke’a w granatowych spodniach od piżamy, które trzymały się tuż poniżej linii bioder. Poczułam się nieswojo i zaczęłam się wiercić.

– Mogę ci w czymś pomóc? – spytał Luke, patrząc na mnie.