Wydawca: Burda Książki Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 539 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Miłość na walizkach - Małgorzata Kalicińska

Dalsze losy Mańki i Tośka – zakochanej pary, znanej z Lilki i Trzymaj się, Mańka!


Na miłość nigdy nie jest za późno.

Tak właśnie myśli Marianna, gdy wspólnie z ukochanym Antkiem musi sprostać nowemu etapowi w życiu. Antek, inżynier pracujący w Korei Południowej, przechodzi na emeryturę, czuje się niepotrzebny i rozżalony. Jak wykorzystać energię, zapał i pasję, które wciąż w sobie ma? Jak sprawić, by znów złapał wiatr w żagle, w nowym życiu bez pracy zawodowej?

Wrócić do Polski i spokojnie mieszkać w domu z ogródkiem pod miastem? Czy takie sielsko-anielskie życie w jednym miejscu to jedyne przeznaczenie dla dwojga dojrzałych ludzi? A może lepiej podróżować, odważnie poznawać świat, cieszyć się sobą?

Mańka wie jedno: na pewno nie zostawi Antka samego. Nieważne, co wybiorą, gdzie pojadą, byle razem.

Zaliczą Lizbonę, Finlandię, nawet Australię. A przy okazji będą się zmagać z rodzinnymi problemami, małymi i dużymi.

 

Opinie o ebooku Miłość na walizkach - Małgorzata Kalicińska

Fragment ebooka Miłość na walizkach - Małgorzata Kalicińska

Text copyright © by Małgorzata Kalicińska, 2018

Text copyright © by Sales Support Systems Polska Sp. z o.o., 2018

Copyright © by Burda Publishing Polska Sp. z o.o., 2017

02-674 Warszawa, ul. Marynarska 15

Dział handlowy: tel. 22 360 38 42

Sprzedaż wysyłkowa: tel. 22 360 37 77

Redaktor prowadzący: Marcin Kicki

Opieka merytoryczna: Joanna Salak

Redakcja: Renata Bubrowiecka

Korekta: Olga Gorczyca-Popławska, Marzena Kłos

Redaktor techniczny: Mariusz Teler

Skład i łamanie: Beata Rukat/Katka

Projekt okładki: Eliza Luty

Zdjęcia na okładce: zelijkosantrac/Gettty Images, gustavofrazao/Adobe Stock

ISBN: 978-83-8053-445-2

Wszelkie podobieństwo do prawdziwych osób i zdarzeń jest zupełnie przypadkowe.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

www.burdaksiazki.pl

Skład wersji elektronicznej: Marcin Kapusta

konwersja.virtualo.pl

Wiosna w Ulsan

Jest! Czeka na mnie. Już widzę jego uśmiechniętą twarz wśród postaci witających podróżnych na lotnisku.

– Kochanie moje!

Wieszam mu się na szyi.

Lubię wszelkie hale przylotów. Jest jak na filmie To właśnie miłość. Wszyscy się cieszą, uśmiechają, śmieją, wołają albo milczą wzruszeni, wrzeszczą dziko, wskakując na kogoś, albo układnie podają dłoń. Bywają powitania przebojowe i nieśmiałe, pogodne i obojętne, ale ja lubię obserwować te, w których następuje wybuch radości. Spontaniczne buziaki, uściski, przytulanki i szepty, okrzyki radości. Zatrzymuję się i gapię, i mimo że sama kipię radością, jeszcze wychwytuję te scenki. Mogłabym każdą z osobna opisać, podomyślać się, kto jest kim.

– Ty to masz fantazję – kwituje moje przypuszczenia Tosiek, przyciągając mnie do siebie.

Znów czuję tę jego ciepłą dłoń, zdecydowany męski uścisk. Idziemy do pociągu. Nie ma sensu jechać tu, do Seulu, samochodem. I chociaż wiem, co i jak mam zrobić, gdzie jest metro, gdzie dworzec kolejowy, cieszę się, że mój niemal mąż wyjechał po mnie pociągiem aż tutaj, żeby zrobiło mi się miło.

Jest sobota, Antek tak obmyślił mój przelot, żebym zjawiła się w weekend. Żeby mógł się mną zająć.

– A może chcesz zostać? Znajdziemy hotel, połazimy po Seulu?

– Wybacz, ale do doooooomu! Do Seulu wpadniemy później, co? Będą tu jakieś atrakcje? Koncerty?

– Mają być. Sekretarka mówiła, że czwartego czerwca będzie świetny koncert muzyki filmowej czy… nie pamiętam szczegółów. Jakieś pokazy technik filmowych, balet…? Ma też być jakaś gwiazda… eeee… nie pamiętam. A nawet jeśli nie, powiedz tylko, a natychmiast to zorganizuję. Podobno znów ma przyjechać Adele. Chciałabyś?

– Jasne! Polecimy?

– Albo pojedziemy.

***

„Do domu” – myślę ciepło o naszym,  n a s z y m  mieszkaniu w tym mieście. Bo tak jest – jestem tu częściej niż na Zwycięzców, czuję, że to moje miejsce. Zwłaszcza że Tosiek tak ładnie do mnie napisał:

Pusto bez Ciebie, Marianno. Wracam z pracy ze smutkiem, choć ten smutek osładza nasza obrączka na palcu. Patrzę na nią i zaraz myślę, że Ciebie nie ma tylko na chwilę, że przecież jednak jesteś!

Ty wiesz, co zrobiłem? Uśmiejesz się. Wyjąłem z Twojej szuflady ten szary sweterek i zawiesiłem go na krześle koło komputera. A tiszercik taki pomarańczowy z R2-D2 na plecach i C-3PO na przedzie położyłem na Twoim pufie koło łóżka. I lepiej tak – dom wygląda, jakbyś tylko wybiegła po pomidory. Stary głupiec? Może tak, ale od kiedy nie słychać tu Twojego śmiechu, nie czuć rosołu, smutno mi.

Była u mnie wczoraj mała Choprówna. Ależ to jest śliczne dziecko! Maleńka, subtelna dziewuszka. Urocza! Ma dwa i pół roczku. Mówię Ci – sam cukier! Kiedy wracały ze spaceru – opiekunka i mała Sara – zapukały do mnie, bo podobno Sara się uparła, żeby zapukać do wujcia. Byłem w domu na obiedzie (zrobiłem sobie na szybko ryż smażony z jajkiem i szpinakiem – Twoja szkoła!), otwieram, a tam stoi to maleństwo i uśmiecha się radośnie. Opiekunka oczywiście w przeprosiny, ale Sara weszła odważnie, zrobiła inspekcję, zajrzała do talerza i za pozwoleniem opiekunki skubnęła nieco ryżu. Potem pomachała mi i poszły. Rozczulająca jest. Już zapomniałem, jakie fajne są małe dzieci. A może nigdy tego nie zauważyłem? Gdy Minika była mała, ja harowałem do dwudziestej, dwudziestej drugiej na dwóch etatach, bo dorabiałem u prywaciarza, żeby szybko kupić porządne mieszkanie, samochód… Ech, szkoda słów.

Tak czy inaczej, pozdrawiamy Cię wszyscy – wesoły Cedrik, rozczochrany John i Choprowie z Sarą.

Tak, u Choprów – Lali i Rasula – naszych miłych sąsiadów, pojawiła się pewnego dnia Sara, adoptowane koreańskie maleństwo. Lali nie mogła zrezygnować z pracy, więc wynajęła opiekunkę – miłą czterdziestoletnią Rosjankę znakomicie mówiącą po angielsku, mieszkającą niedaleko z mężem, oczywiście pracującym w stoczni.

***

Tak więc jestem „w ramionach naszego domu”, w ramionach Antka i w ramionach Korei, którą już zdążyłam polubić i nawet nieco zrozumieć.

To zasługa Antka, który z uporem godnym lepszej sprawy zrobił ze mnie łazika. Gdy niemal w każdy weekend zdobywamy jakiś szczyt, trwa to z reguły krótko. Rano wyjazd, ale koło piętnastej, szesnastej jesteśmy już przy samochodzie, głodni jak diabli. Wracamy przez miasteczka, które już rano spenetrowałam przez okno w poszukiwaniu knajpek. Tosiek o tym wie i tylko czeka, aż powiem: „O, tu się zatrzymaj!”. I albo to rzeczywiście jakiś bar, albo spora restauracja nastawiona na turystów, albo maleńka jadłodajnia jak ta pod górą w pewnym miasteczku… nie pamiętam jakim… która okazała się kawałkiem prywatnego mieszkania – spory pokój, cztery stoliczki do siedzenia w kucki, maleńki kantorek, lodówka z napojami i już. Jedzenie właścicielka przyrządzała w prywatnej kuchni. „Smażone w głębokim tłuszczu, więc nie ma się czego bać” – rzuciłam, choć wiedziałam, że Antek się nie boi. Nie w takich miejscach jadał i nigdy się nie struł.

***

No i jesteśmy już w domu, w którym czysto, posprzątane. Scindapsus, jakby bliźniak mojego warszawskiego, rośnie tu na potęgę, zwłaszcza że regularnie dostaje nawóz. Pod moją nieobecność administracja wymieniła Antkowi lodówkę na wielką dwudrzwiową, z kostkarką do lodu, i zapowiedziała, że za rok każde mieszkanie będzie wyposażone w minikompostownik do resztek organicznych.

– W co?!

– Jutro ci pokażę w Mega Markcie – obiecuje Tosiek, bo jutro jedziemy na zakupy. Przecież muszę uzupełnić lodówkę na „swój gust”. Teraz jest w niej tylko mleko, sześć jajek, dwa pomidory, ser topiony w plastrach, mój przeszmuglowany rokpol i śledzie. Nic więcej! Męski minimalizm.

Ale ta kostkarka jest świetna! Kompostownik?! Hę?

***

Dość szybko zaliczyliśmy sypialnię, bo jednak po obiedzie zjedzonym po drodze do domu i małym odpoczynku na kanapie przy herbacie rozcałowaliśmy się, opowiadając sobie szeptem o tym, jak tęskniliśmy.

Jesteśmy dorośli, dojrzali i umiemy czekać. I właśnie przy herbacie i koniaczku przyszedł czas na to, co kipiało w naszej codziennej tęsknocie. A raczej conocnej. Każdego dnia bez Antka moje myśli były z nim niemal zawsze. Zawsze miałam go gdzieś z tyłu głowy. Gdy byłam zajęta rozmową z kimś, kręciłam na palcu obrączkę jak młynek modlitewny. To uspokajało. A wieczorem, już w łóżku, miałam go pod powiekami. Nie podniecało mnie to, ale uspokajało. Że on gdzieś jest. Mój Tosiek.

– To co? Nie tęskniłaś za mną tak bardziej sensualnie? – zapytał niemal z pretensją i zaraz dodał: – Bo ja często marzyłem o twojej obecności i o tym, żeby się spleść, zagłębić w tobie… Oj, Mańka! Mańka, Manieczko, Maryniu moja… dobrze, że wreszcie jesteś!

I nie dając mi odpowiedzieć, całował czule, coraz mocniej.

Nie potrzeba było dłuższej zabawy, bo akurat po takiej rozłące potrzebowaliśmy kochać się mocniej niż zwykle. Na finezję przyjdzie pora.

Gdy złapaliśmy już oddech, Antek spojrzał na zegarek:

– Jejka, jak wcześnie. Dopiero ósma! Nie zasnę. A Ty?

– Ja też. Chodź, wstajemy, za wcześnie na sen!

– Jutro po zakupach zawiozę cię do świątyni na wzgórku, vis-à-vis stoczni.

– Do parku Jujeon? Tam, gdzie jest wieża sygnałów dymnych?

Tosiek się roześmiał.

– Skąd wiesz? Zapamiętałaś? Tak. Tam jest teraz festiwal kwitnących wiśni, dzikich czereśni i azalii. Oszalejesz, jak zobaczysz!

– A po drodze kamelie?

W szlafrokach posiedzieliśmy jeszcze na kanapie, grając w scrabble.

Korea wiosną? Kwitnące czereśnie i azalie? O, tak!

Korea, Tosiek i ja

Bywa tak, że wpadamy z popłochem do sklepu tylko po pół bochenka chleba, bo zabrakło, a wychodzimy z torbą pełną zakupów. Jeszcze cukier i mleko, kawa się kończy, to trzeba wziąć, jeszcze może ciasto jakieś ukręcę, to i drożdże, pomidory, ogórki (nie może zabraknąć witamin!), olej, bo był w promocji, i oliwa, bo tydzień grecki.

Wpadłam do Korei na krótki urlop i znalazłam Tośka, a wraz z nim moje obecne życie.

W sumie spędziłam w Ulsan z Antkiem prawie półtora roku! A miałam zostać miesiąc, dwa… Kto by się spodziewał?

– No właśnie. – Lilka usiadła na lodówce. Chyba lubi to miejsce, bo patrzy na mnie z góry i dogaduje: – Fajne chłopisko i do twarzy ci z nim. Zamierzasz to ciągnąć?

Moja zmarła siostra jest moim… hmmm… sumieniem? Odbiciem? Tak czy siak, pojawia się jako dobry duch i rozmawiamy.

– Zamierzam. Sama widzisz, że to zwyczajne staroświeckie uczucie. Zakochani starsi państwo – tłumaczę jej spokojnie.

– Tak, tak, ale wkurza mnie ta twoja kokieteria, żeś niby starsza pani.

– Ale bo co?! Zaraz, już niedługo zaliczę sześćdziesiąte urodziny, a mój…

– Tak, wiem. Twój narzeczony już je zaliczył i ty równasz do niego? A czemu tak? Nie korci cię, by się odmłodzić? Kurczę, siostra, przy dzisiejszych możliwościach mogłabyś odmłodnieć co najmniej o dyszkę.

– Wiem, Lilutku, wiem, ale po licho? Jestem, jaka jestem, a tracić pieniądze na lifting i odsysanie? Nie chce mi się.

– Ach, leniwa siostro – szepnęła – a mnie by się chciało. Takie teraz są możliwości… Masz kasę, mogłabyś. Komórki macierzyste, laser, fale jakieś tam…

– Z kim rozmawiasz? – Tosiek wszedł do kuchni z szerokim uśmiechem.

Popatrzyłam na lodówkę.

– Z Lilką – odpowiedziałam, wzruszając ramionami, a on otworzył lodówkę, wyjął plaster żółtego sera i rzekł:

– No tak… moja kobieta rozmawia z duchami. Co na obiad? Pojadę z samochodem do elektryka na Bangeojinie i zatankuję. Pa.

I wyszedł, zostawiając mnie w zamyśleniu.

Od słynnych wakacji na Fuerteventurze i Bali minęło już sporo czasu. Nadal wspominam je z radością i zachwytem. Książka o dziewczynach mieszkających poza Polską, a wiodących ciekawe życie, jest w księgarniach. Ju-hu! Po mojej rozmowie z Hanką z Australii dostałam namiary na tyle dziewczyn, że miałam w czym wybierać. To właściwie moja pierwsza książka w życiu, bo Gotujemy, jemy, jemy nadal niedopracowana. Stale coś do niej dodaję, coś zmieniam, no i teraz jest szansa, że wydam ją w redakcji współpracującej z „National Geographic”. Podobno jeszcze ze dwa, trzy wywiady z modnymi dzisiaj celebrytami i będzie super.

Książka o moich dziewczynach na świecie sprzedaje się całkiem nieźle, a ja miałam wielką frajdę, gdy podpisywałam ją na targach wydawniczych. Może nie była to petarda, ale nakład poszedł! Telewizje zapraszały, wywiady były… Ewelina Łuszczewska pogratulowała mi i stwierdziła, że moje wtręty osobiste każą jej poprosić mnie o napisanie książki o Korei Południowej.

– U nas mało kto zna Koreę, a przecież mamy jej wiele na ulicach, w domach, w kieszeniach. Chętnie wydam taką pozycję! Co pani myśli?

– Ale ja nazywam się Roszkowska, a nie Kapuścińska. Gdzie mi tam do mistrza!

– A ja nie proszę o reportaż. Raczej o Koreę pani okiem, w łagodnym osobistym ujęciu. Ze zdjęciami. Co pani na to?

No jasne! Na ile mogę, dam radę. Jeżdżę do Tośka z miłości, ale prawda jest taka, że gdy skończyłam opracowywanie wywiadów, poczułam pustkę. A teraz znów mam co robić! Co za radość!

Tosiek pojechał nad morze na zjazd absolwentów, a potem z kolegą jachtem na męskie wędkowanie w Bałtyku, a ja spędziłam wtedy trochę czasu u taty. Sklep idzie dobrze, Kasia, córka Ani – obecnej żony mojego taty – ma nową protezę nogi, naprawdę świetną, najnowsza technologia. Pokazali mi zdjęcia z Chorwacji. Kasia na plaży, bez żadnego skrępowania w bikini i z tą protezą, która wygląda… kosmicznie, ciekawie. Świetne, zgodne z zasadą: jeśli nie możesz czegoś ukryć, wyeksponuj to! I Kasia eksponuje. Łukasz przy niej, kochający i pomocny.

Ania – gosposia pełną gębą, ojciec i ogród zadbani. I tylko mój tatko to już staruszek się zrobił. Szybko jakoś.

– Aniu, nie czujesz się zawiedziona? Ojciec tak się posunął…

– Cóż, kochana. Trudno, ważne, że jest! Mam do kogo usta otworzyć, komu pośpiewać, ugotować. Ja to lubię. Nikt nigdy dla mnie taki dobry nie był i nikt mnie tak nie szanował. Powiem ci w tajemnicy, że ja kiedyś próbowałam chodzić do takiego klubu dla samotnych, ale to nie dla mnie. Panie zbyt natarczywe w zalotach, a panowie zbyt wyluzowani, jeśli wiesz, co mam na myśli. Potem było takie kółko dla samotnych koło naszej parafii. Ja jestem wierząca i praktykująca, ale wieczorki dla samotnych – takie ugrzecznione rozmowy o wierze, wycieczkach do Częstochowy czy Lourdes… też nie. A Michaś to skarb! Poza tym, Marianno, menopauza gasi hucie. Przynajmniej u mnie. I jak Michał zaniemógł także pod tym względem, nie płakałam, bo mnie nie o to chodziło. Rozumiesz?

Kiwnęłam głową, że rozumiem, ale czułam się niezręcznie. Życie erotyczne ojca? Brrrr. Dzieci zawsze uważają, że ten temat w przyrodzie nie występuje.

Z jej opowiadań i z tego, jak tatko wygląda, wynika, że ich ślub to była dobra decyzja. Dostałam do wglądu najnowsze wyniki badań taty. Są dość dobre. Regularnie bywają u lekarzy oboje, to też zasługa Ani. Tatko jest wesoły, ciekawy wszystkiego i gdy tak sobie pogadujemy koło pieca czy latem w altanie, rozmawia znacznie przytomniej niż przez telefon, gdy byłam w Ulsan. To chyba świadomość odległości tak na niego wpływała. Musiałam tylko czasem mówić głośniej albo coś objaśnić dodatkowo. Mój kochany sucharek, mój przystojny tato Michał! Oby żył wiecznie.

Podróże małe i duże

Te prawie dwa lata spędzone tu, w Korei, to wyjazdy dalekie i bliskie. W poprzednim życiu nigdy się tyle nie najeździłam. Wyjazdy do taty to tylko mały myk za miasto. Dawniej z Mirkiem to… tylko na wakacje, a i to niezbyt daleko. No i służbowo – Japonia, Sopot, Kazimierz, Kraków czy Wrocław na jakieś sympozja. Z Antkiem to cotygodniowe wyskoki w głąb Korei. Czasem już w piątek, żeby mieć półtora dnia na zwiedzanie i choć połowę niedzieli na powrót.

Najczęściej łazimy w góry, czasem zaliczamy jakiś koncert albo tylko spacer po Pusan, Daegu, Seulu, Suwon czy Gwangju. Zawsze mnóstwo łażenia, patrzenia i pojadania. Tak się poznaje kraje, ludzi, obyczaje i kulturę. Wspaniale jest włożyć wygodne buty, wsunąć łapę w łapę Tośka i iść, iść… Zawsze mam co i kogo oglądać. Ludzie niezwykle mnie interesują. Już drugi rok obserwuję, jak się zachowują na ulicy, wobec siebie, wobec turystów. I wiem, jak wiele bredni pojawia się na forach. Szczególnie wymyślonych przez tych, którzy tu nigdy nie byli! Od razu rozpoznaję komentatora – był? Nie był?

Nie ma mowy, żeby nie odczuć tu ludzkiej sympatii, choć odrobiny serdeczności i powszechnej grzeczności. Czasem czytam Antkowi takie wpisy na głos i podśmiewamy się z jędrków mędrków, którzy opowiadają banialuki wyssane z palca, snując dziwne refleksje z krótkiego pobytu w Korei Południowej.

Tu trzeba pobyć! Zrozumieć choć troszkę specyfikę Korio.

***

Rok temu wiosną zaliczyliśmy Jeju (wymawia się: Dżedżu), wyspę na samym koniuszku Korei, owalną i z wulkanem, na który Tosiek oczywiście mnie wyciągnął. Fakt! Nabrałam już umiejętności, mam kondycję i umiem oddychać tak, żeby iść efektywnie. Co jeszcze? Ano oboje się stuningowaliśmy i wyglądamy w górach niemal jak Koreańczycy. Od butów po plecak i gadżety.

Na Jeju polecieliśmy samolotem. Na tydzień. Tak się złożyły wolne dni Tośka. Mała urocza wyspa z Halla-san – szczytem wulkanu pośrodku. Duże i małe pensjonaty, hotele i bogate resorty, gaje mandarynkowe. Do tego wielkie pola golfowe – bo Koreańczycy uwielbiają ten sport dżentelmenów – i słynny Love Park, w którym obśmialiśmy się i narobiliśmy wesołych zdjęć. Kamieniste plaże z czarnymi skałami i setki knajp z kuchnią koreańską i światową – od włoskich spaghetterii i pizzerii przez amerykańskie steak house’y po tutejsze zupiarnie i plażowe jedzenie wprost z rąk syren haenyo.

Opisywałam to na bieżąco w mailach do taty i Grześka.

Haenyo, kobiety morza – to dopiero ciekawostka!

To stricte kobiecy zawód, dla pań dojrzałych i starszych. Młodych się prawie nie widzi. I chociaż powstały pod turystów „szkółki haenyo”, jest to zabawa dla przyjezdnych, a nie nauka profesji owianej tajemnicami, mitami i opowieściami. Nurkowanie podobno wciąga jak narkotyk. Jak u poławiaczy pereł czy freedivingowców, czyli schodzących jak najgłębiej pod wodę bez butli, coś podobno się dzieje w chemii krwi, że z czasem nurkowanie staje się potrzebą, narkotykiem.

Bo jak inaczej wyjaśnić tę przemożną chęć nurkowania nawet u osiemdziesięciolatki? „Ja muszę, muszę choć raz w tygodniu!” – opowiadała w reportażu. Te kobiety utrzymywały rodzinę z tego, co wyłowiły i sprzedały restauracjom. Skarby z dna mórz. Jadalne skarby! Dzisiaj wielką frajdą jest zjedzenie tych skarbów wprost z ich rąk, na plaży, tam, gdzie nurkują. Na surowo albo na szybko z woka. To rodzaj zaszczytu, którym potem naprawdę można się chwalić.

Nie zaliczyliśmy… Za duża kolejka, tłoczno. Poza tym Tosiek miał rację, mówiąc:

– Pojedziemy do naszego parku Daewangam. Tam też są, pamiętasz? Po lewej i po prawej.

– Prawda. Czemu nigdy tam nie jedliśmy?

– Bo ty nie lubisz owoców morza na surowo. Z tego co kojarzę, oczywiście!

Dobrze kojarzył.

Nie czułam nóg, ale ciągle było nam mało, więc łaziliśmy na potęgę, robiąc setki zdjęć.

Rok temu zimą, właściwie prawie w lutym, w czasie koreańskiego, a w zasadzie azjatyckiego Nowego Roku był tydzień wolnego! Antek zatarł ręce i zapytał:

– A czy widziała pani Hongkong, pani Marianno?

– Nie – odpowiedziałam spokojnie.

– No to co? Da się pani wyciągnąć na pokaz sztucznych ogni czy woli pani… nie wiem… Indie? Japonię? Ciepłą wyspę, jak Bali? Mauritius może, choć to okropnie daleko i na tydzień chyba się nie opłaca? Niech pani decyduje.

– Ależ nie muszę się namyślać! Hongkong!

Uśmiechnął się i zasalutował:

– Taaa jest!

Polecieliśmy.

Opisałam to Grzesiowi i tacie w długim liście:

Kochani!

No to muszę jakoś ogarnąć naszą podróż do Hongkongu, bo tu w Korei Lunar New Year, czyli Księżycowy Nowy Rok. To wielkie święto, cała Korea podróżuje i z tej okazji mają wolne trzy dni. A jak się je pospina z weekendem, to czasem wychodzi tydzień. Jak teraz!

Najpierw pisownia. Po polsku to Hongkong, po angielsku: Hong Kong. I już po sprawie! To było łatwe.

A jak opisać Hongkong, żeby nie przynudzać? Nie wiem, chciałabym Wam wszystko opowiedzieć. Obrazki mam pod powiekami, zapachy i wrażenia zmysłowe też, no i pora specyficzna – azjatycki Nowy Rok! Zjechała się tu masa ludzisków! I nie tylko Azjatów, ale z całego świata. Chcą zaliczyć to najpopularniejsze tu święto i zobaczyć długi i piękny pokaz sztucznych ogni. Hongkong od lat rywalizuje z innymi miastami o prymat w tym zakresie. I zdaje mi się, że i my przyjechaliśmy tam w podobnym celu – zobaczyć te ognie, poczuć ten klimat, egzotykę, ale i… ciepło, bo pogoda dopisała! Tam ponad dwadzieścia stopni! A w Ulsan zima…

Od czego by tu zacząć?

Od początku?

Nie. Tym razem pogrupuję jakoś doświadczenia.

Ogólny rzut okiem:

Budynki, budowle, ulice, w tym oczywiście port lotniczy i kolej dojazdowa. No… wszystko robi wrażenie. Port lotniczy wielki jak miasto. Dwa ogromne terminale, doskonale oznakowane i czyste jak nie wiem co. No i to, co lubię – świetnie objaśniona droga do kolei, która wywozi tych, co przylecieli do właściwego Hongkongu. Bo wiadomo, że takie wielkie lotnisko jest położone dalej od miasta – w tym wypadku na sąsiedniej wyspie Lantau. Do miasta trzydzieści minut jazdy szybkim pociągiem. Oczywiście są też taksówki. Drogie ☺

Kolej przywozi nas z lotniska do samego środka miasta – na Kowloon. To dzielnica Hongkongu. I tu, z Kowloon Station, taksówką siedem minut i mamy nasz hotel. Może nie jakiś szał, ale doskonała miejscówka! Tosiek się lekko stropił, bo gdy rezerwował, to już właściwie wszystko było zaklepane i został ten – co prawda w centrum, ale podejrzanie tani. „Ale co tam! Kochanie, aby ciepła woda była, łazienka w numerze i czysta pościel!” – powiedziałam dzielnie. No, okazało się, że pokoiki malusieńkie, ciasne i hotel bez możliwości śniadaniowych, bez restauracji. „Patrz, co się tu dzieje” – pokazałam Tośkowi ulicę z okna. Mnóstwo knajpek! A naprzeciwko knajpa… koreańska! Nie zginiemy!

Stąd też mieliśmy blisko do portu, blisko do metra i na Nathan Road, najbardziej znaną ulicę w Hongkongu. Pokoik mały, klimatyzacja dmucha obligatoryjnie, czyli bez odwołania i bez regulacji. Jest zwyczajnie zimno, dostajemy więc… kaloryfer. Ale – UWAGA! – mamy internet w cenie!

Miasto, szczególnie nabrzeża po obu stronach cieśniny, jest naszpikowane wysokościowcami. Powierzchnia budowlana droga, więc domy strzelają do nieba niezwykłymi konstrukcjami. Szkło i metal, i… wielka wyobraźnia architektów, konstruktorów, którzy muszą jednak liczyć się z porą tajfunów i upałami latem. Obok widać czasem jakieś domy dziesięcio-, dwudziestopiętrowe, które kiedyś robiły tu za drapacze chmur – jak w Warszawie, na Angorskiej i Waszyngtona. Byłam wtedy mała, „drapacze” dopiero co wybudowano w naszej małej willowej dzielnicy. Ojejka! Ale wielkie! Jak wieżowce w Śródmieściu!

A dzisiaj? Co to jest dziesięć pięter?! Dzisiaj budynki w rejonach czynnych tektonicznie mają po siedemdziesiąt pięter, a ich konstrukcje, posadowienie, ruchome platformy i inne cuda podziwiałby sam mistrz Leonardo da Vinci w towarzystwie Michała Anioła. A jeszcze gdyby się dowiedzieli, że niektóre z tych cudów świata projektowały kobiety, spadliby z krzesła albo upili się w sztok.

Formy i kształty zadziwiają rozmachem, choć oczy już przywykły do takich budowli (Singapur, Dubaj i inne widziane w telewizji oraz w necie), a Arabka Zaha Hadid nadal szokuje architektów i nas, zwyklaczków, swoją nieokiełznaną wyobraźnią. Niedługo stanie tu według jej projektu Innovation Tower o wariackich kształtach (no, a czego mamy się spodziewać po niezwyczajnej Arabce?!). I to o niej myślę – jak by ją odebrali Leonardo D. i Michał A.? Musieliby się ukłonić i pewnie teraz, gdy Zaha już w innym świecie, rozmawiają z nią z szacunkiem.

Antek cykał te niezwykłe budynki z głową i aparatem zadartymi do góry i pojękiwał z zachwytu. Ja może nie wyrażałam zachwytu paszczą, ale oddawałam cześć budowlom wielkim, nowoczesnym i znakomicie połączonym z arteriami komunikacyjnymi. Mostki, wiadukty (oczywiście zadaszone), estakady pozwalają ludziom swobodnie poruszać się między tymi konstrukcjami bez zbędnego schodzenia na ulicę i stania na światłach czy korzystania z przejść podziemnych. Wygoda przede wszystkim!

Wokół miasta stale rozrastają się dzielnice sypialnie. Wysokie do firmamentu i niestety pozbawione porządnych loggii i balkonów (jak w Korei). Dlatego mieszkający w nich ludzie wieszają swoje gacie, pościel, rajstopy na zewnątrz budynków na jakichś prostych konstrukcjach, co sprawia, że patrzy się na to… ze współczuciem. Gdzieś te łachy muszą schnąć – no nie?

Owe sypialnie są obudowane centrami handlowymi, oferującymi wszystko, co przeciętnemu Kowalskiemu z Hongkongu czy też bardziej państwu Li lub innym przybyszom ze świata może być potrzebne do życia. Bank, poczta, fryzjer, jadłodajnie, sklepy, sklepy, sklepy, sklepy i węzły komunikacyjne – autobusy, tramwaje i metro. Ach, i tramwaje wodne! Oczywiście też szkoły, przedszkola i cała socjalna reszta.

I rzecz dziwna, i nie do pomyślenia – przynajmniej w Polsce – oto mijamy szkołę podstawową imienia tej „wrednej okupantki, królowej Elżbiety II”! I nikt nie zażądał zmiany nazwy po odejściu Brytyjczyków?! Szkoła nadal nosi jej imię i szanuje królową? Takie rzeczy!

Naturalnie są i w śródmieściu budynki starsze, zwyczajne, niepiękne, w których mieszkają dość ubodzy ludzie. To widać, gdy zadrze się głowę. U góry ukazują się szarość, brud i kurz. W oknach stare ciężkie wentylatory albo klimatyzatory i coś, co naprawdę zadziwia – instalacja gazowa i wodno-kanalizacyjna puszczona na zewnątrz, która oplata te domy i zdecydowanie je szpeci. I oczywiście suszą się też majty, swetry, staniki.

Komunikacja:

O, jest fajna – bo różnorodna. Najszybciej oczywiście metrem.

Zadziwia to, że metro należy do różnych właścicieli (korporacji, firm i tak dalej), a my – podróżni – w ogóle tego nie odczuwamy. Komfort jazdy nie różni się niczym (jak w przypadku PKP i Przewozów Regionalnych w Polsce). Może jedynie kolorem i rodzajem uchwytów do trzymania się podczas jazdy.

Kupuje się bilet, dokąd się chce, i jedzie się, przesiada… Aby do celu. I wszystko jeździ jak w zegarku.

Same stacje przestronne, tory oddzielone od peronów szybami, które rozsuwają się dopiero wraz z drzwiami pociągu. Szpara między wagonem a peronem maluśka! Nawet dziecięcy bucik tu nie wpadnie. Prowadnice dla niewidomych są w podłodze, a jakże! I windy, i ruchome schody czynne. Wszystko działa.

Na tramwaje (tu są piętrowe!), metro i autobusy są bilety oczywiście jedno- i wielorazowe, elektroniczne, do kupienia w automatach – dość prostych w obsłudze.

Dla mnie „dość prosta obsługa” to zawsze konduktor, więc Tosiek opanował obsługę automatów w stopniu doskonałym ☺ i mam to z głowy. Jeszcze tylko włożyć bilet do przepuszczarki (bramki) i zjechać na peron. Można sobie teraz zwiedzić wszystkie stacje!

Dnia by nie wystarczyło, no ale po co, skoro na górze ciekawiej.

Inne środki komunikacji to taksówki – mrowie ich i wszystkie takie same – czerwono-białe i raczej nieoszukujące. Oraz… transport wodny! Czyli promy, tramwaje wodne, słynne Star Ferries, najtańsze, kursujące tu od… zawsze między wyspą Hongkong a półwyspem Kowloon. Sprawny, łatwy, szybki tramwaj, stary i zabytkowy – skrzypiący wprawdzie jak bardzo stary dziadek, ale żwawy – odpływa co kilka minut. Trasę na wyspę pokonuje mniej więcej w dziesięć minut. Tam już jest, jakby w oczekiwaniu, sieć zadaszonych estakad, osłoniętych od wiatru szybami (tajfuny!) i rozpiętych ponad ulicami. Wyprowadzają nas z mety na główne skrzyżowanie, gdzie są piętrowe tramwaje i również piętrowe autobusy, i metro. Zwykłe.

Są też kolejki linowe – na przykład ta wioząca do wielkiego posągu Buddy – i wysoko, stromo pod górę jeżdżące tramwaje – na przykład ten na Victoria Peak, całkiem jak nasza kolejka na Gubałówkę. Jedzie pod takim kątem, że kiedy się patrzy na mijane budynki, ma się wrażenie, że wszystkie są pochylone względem ziemi. Zabawne uczucie.

Można też dolecieć do Makao helikopterem, jeżeli ktoś chce, bo ja nie bardzo. Mam lęk wysokości i poproszę jakoś inaczej! Makao sobie odpuściliśmy, poczytawszy o nim w necie i w obawie przed tłumami. Do kasyn też raczej nie chodzimy, a tam same kasyna.

Ufff. To w skrócie tyle na temat transportu i budowli.

Zabytki?

No, jest ich trochę. Są pozostałości sprzed drugiej wojny (tutaj toczonej z Japonią), ale mało. Są ładnie eksponowane na starych fotografiach – wszędzie, gdzie się da, na deptakach, w poczekalniach, na peronach… Dla porównania, dla poszerzania wiedzy… Są i jakieś stare świątynie, dyskretnie ukryte w parkach. Największy posąg Buddy stoi na wzgórzu, na które wiezie ludzi kolejka linowa, ale… nie dane nam było. Czekaliśmy w ogonku ponad godzinę i… końca tego czekania nie było widać. W końcu zrezygnowaliśmy.

W kolejce o mały włos popełnilibyśmy nietakt. Przed nami stała rodzina takich jak my – białasów. Coś po angielsku nawijała ich córka, duuuuża i z bardzo kanadyjskim czy australijskim akcentem. Oboje już, już chcieliśmy rzucić dość złośliwą uwagę o tuszy owej młodej lady, ale wymieniliśmy tylko znaczące spojrzenia, a ja zajęłam się kamerą. Tosiek podał mi drucik do skrępowania przydługiego przewodu od mikrofonu, więc się ucieszyłam: „O, jak fajnie! Dobrze, że go masz” – powiedziałam. Na to starsza pani, mama owej młodej damy, rzekła do mnie poważnie po polsku: „No, dobrze, że miał, nie? Inaczej byłby mały problem!”.

Lekko nas zatkało, ale zaraz potoczyła się rozmowa po polsku z emigrantami jeszcze z tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego piątego! Ich córka osiadła kilka lat temu w Hongkongu i uczy angielskiego. Miło było spotkać Polaków i zapamiętać sobie, że właściwie dzisiaj po świecie podróżuje masa naszych, więc, doprawdy, warto uważać na język.

Są tu też parki – a w nich pielęgnowane i ponumerowane, sklasyfikowane (!) i opisane drzewa. Na przykład niektóre chińskie baniany (figowce bengalskie) traktuje się tu jak zabytki. Ja nazywam je drzewami wędrującymi albo drzewami Buddy. Opisywałam je Wam z Bali. Są pięknie wyeksponowane i naprawdę zdobią. Ich poplątane korzenie, konary i zwisające gałęzie wyglądają jak reliefy, nad którymi piałby z zachwytu Gaudi – wielbiciel łagodnych linii. Czysta, piękna, naturalna secesja! Tato – widać na zdjęciu, że to drzewo?

W parkach rosną też wypielęgnowane i wychuchane kwiaty – chryzantemy, dalie, prymule – i reszta kwitnących krzewów, bugenwille i jakieś śmieszne pomponikowe czerwone, i hibiskusy, i drzewa storczykowe. Wkoło ptaki ćwierkają, wabią Antkowe oko i obiektyw, a potem… uciekają. Przy drzewie storczykowym zauważyłam nawet kolibra, ale on ma zespół niespokojnych skrzydełek, więc nie sposób go przygwoździć fotką, a nawet sięgnąć zoomem kamery. Szkoda.

W parkach sporo ludzi. Jedni śpią, inni ćwiczą tai-chi, jeszcze inni gadają, jedzą, spacerują. Po prostu są. My też jesteśmy sobie niespiesznie, w cieple i słońcu. Ziewam… i tak myślę, że chyba bym pospała.

W Hong Kong Park na wyspie zobaczyliśmy wygrzewające się na kamieniach żółwie. Rozbawiło mnie wymyślanie, co do siebie mówią. A w wielkiej, ogromnej wolierze, mającej w podstawie z pięćdziesiąt na pięćdziesiąt metrów i o wysokości trzydziestu metrów, opartej o pionową skałę, rosną drzewa i krzaki, a w dole płynie potok, nad którym dwa piętra nad ziemią zawieszono alejkę dla zwiedzających. Chodzi się wśród koron drzew. Mieszkają tu niezwykle piękne ptaki rzadkich odmian. Raj dla fotografów! Co druga osoba robiła zdjęcia. Na wymyślnych karmidełkach nabito połówki pomarańczy, papai i bananów, a ptaszyska kolorowe jak z Photoshopa wdzięcznie pojadały, ustawiając się do zdjęć jak modele. Tadzio miałby powód do zachwytu. Tatku, a tu dla Ciebie seria zdjęć. Prawda, że bajeczne? Papużki – zielona i czerwona – pozowały z dziobami pełnymi jedzenia. No doprawdy, co za maniery! Żółto-czerwone ptaki, których nazwać nie umiałam, też kokietowały urodą. Pojawił się też ptaszek, który sprawił Antkowi niemałą radość, bo pozował z piórkiem w dziobie! Obracał się, wdzięczył, zanim odfrunął do dziupli. Z piórkiem oczywiście!

W Hong Kong Wetland Park, utworzonym nad rozlewiskami rzecznymi, było takie mrowie hałasującej ludności, że… ptaki się pochowały i miały nas w… rzyci – jak mówią górale. Niemniej udało się Antkowi strzelić zdjęcie rybce dwudysznej, zwanej poskoczkiem mułowym ☺ Prawda, że fajna? Grzesiu, powinieneś pamiętać ze szkoły, co to są ryby dwudyszne. Malutkie takie, mają oczy na szypułkach i płetwonóżki, na których skaczą po ciepłym błocie. Antek cyknął też małego kraba uca z wielkimi szczypcami zasłaniającymi dyskretnie paszczę, do której drugimi małymi szczypcami pakował sobie jakieś kąski, może minihamburgera? ☺

Nic więcej z „żywiny” nie chciało wyjść z kryjówek. Nie dziwię się – takie tłumy!

Zgłodniali wróciliśmy do miasta… Jeeeeeeeeeeeeść!!!

Jedzenie

Zanim o jedzeniu, jeszcze ciut o ludziach, OK?

Mieszanka ludzka, koktajl! Bardzo dużo Chińczyków, ale i Arabowie, i biali, czyli „długie nosy”, i Hindusi, masa Filipinek. To częsta tu służba domowa.

Filipinki urządzają w Hongkongu niepowtarzalny rytuał. Kiedy mają wolne (święta), spotykają się grupkami. Pół biedy, jeśli w parku, ale mają też jakieś dziwne ulubione miejsca w mieście. Siadają wówczas na ziemi, na papierach, gazetach, szmatkach, czasem karimatach, i wyjmują prowiant. Mają ze sobą masę jedzenia i często piwo czy coś innego. Zaczynają biesiadowanie w ściśle babskich gronach i siedzą, siedzą, siedzą, paplając. Ze śmiechem, robieniem sobie selfików i z plotkami. Potrafią tak spędzić pół dnia albo nawet cały. Gromady ich widziałam. Przypominają ptasie sejmiki.

W uliczkach w miarę eleganccy Hindusi, stojąc przed swoimi pracowniami, nagabują mężczyzn, że uszyją im piękny garnitur! Inni, mniej eleganccy, naganiają na ulicy klientelę do sklepów albo może do jakichś handlarzy w zaułkach, w które jednak się nie zapuszczaliśmy. Oferują zegarki, torebki… wszystko w najnowszych modelach, markowe, oczywiście niedrogo: „Do you want a watch? Copy Rolex? Good price! Come, come!”. Namolni, ale z wyczuciem, szybko odpuszczają na nasze zdecydowane: „No, thanks”.

Generalnie wielobarwny tłum i królujący język angielski sprawiają, że czujemy się tu dobrze!

Handel trwa wszędzie. Wielkie domy towarowe, centra handlowe jak labirynty i najbardziej znane firmy, modele, dyktatorzy mody. Raj dla tych, którzy to kochają i czczą bożka – marki Tommy Hilfiger, Cartier, Prada, D&G, Armani… Na Nathan Road co krok wielki sklep z biżuterią. Wszystko ze złota! Azjatyckie! Żółciuśkie i świecące. Są i platyna, i białe złoto, i kolorowane, ale najważniejsze to żółte. Na wystawach masa rzeźb i posążków. Oczywiście złotych! Budda w kilku odmianach, jakieś inne symbole i nawet Myszka Miki ze złota! A naszyjniki… W życiu takich nie widziałam! Wielkie, misternie poplątane złote liście, smoki, ptaki… Chyba wzorowane na starych chińskich klejnotach! Moją Złotą Palmę wygrał naszyjnik tak dla nas, Europejczyków, absurdalny, że aż siadłam z wrażenia. Na złotych łańcuszkach zawieszona wielka złota świnia, maciora znaczy, taka z piętnaście centymetrów długa, a do jej cycków doczepione małe jakby ssące prosiaki. Mówię Wam, co za koszmarek! Ale złoty! Podobno jest symbolem zasobności.

Są i mniejsze sklepy, i sklepiki, i uliczne targowiska, i bazary. Tam ceny niższe, kolorowe badziewko i raj dla tych, którzy chcą kupić suwenirki inne niż w markowych sklepach na całym świecie. Oczywiście większość to produkty z Chin, chociaż Tosiek mało nie pękł ze śmiechu, widząc na straganie niebieskie czapeczki z taniego polaru, z szalikami i przywieszką producenta z polskimi napisami. Wyprodukowano gdzieś w Polsce czy jednak w Chinach, a potem trafiło na stragan w Hongkongu? Nie zakładałabym się!

Świat jest mały. I ciągle się kurczy.

Taki bazar to jednak dla mnie znakomita okazja do obserwacji i ciekawostka. Mam w sobie takiego dzieciaka, badziewiarza, co to lubi lizaki, ćwierkawki i inne duperelki z odpustu. Zawsze, w każdym kraju czy mieście, zaliczam bazar, suk, targowisko. Tu są ludzie, jest klimat kraju.

W Hongkongu ludzie się targują. Okazuje się, że cena wyjściowa może być ho, ho! nieźle podkręcona! Antek znakomicie opanował tę sztukę schodzenia z obłoków na ziemię, targuje się zdecydowanie i zachowuje powagę. No, prawie.

Lubię tę atmosferkę. Zupełnie mnie nie ruszają eleganckie restauracje. A gdy widzę kwadratowe talerze wielkości hektara z mazajem sosu i kupką jakiegoś nieszczęścia pośrodku, a do tego kelnera z wyniosłą miną – uciekam. Wszelkie kebaby i buły z kotletem omijam szerokim łukiem. Lubię koreańskie michy parujących zup i polskie michy pełne kapuśniaku czy grochówki, furę pierogów na talerzu czy kotlet z ziemniakami i marchewką. Ale cudaczenie nie bierze mnie wcale. Poproszę knajpy z tutejszym klimacikiem! Kuchnię swojską, z tego tygla, jakim jest każdy wielonarodowościowy kraj! Tu – chińską w kilku odmianach, tajską, hinduską, koreańską (ale może nie dzisiaj) i arabską. Poproszę małą knajpkę rodzinną ze smakami pana kucharza – zazwyczaj ojca rodziny albo wuja czy przyjaciela. Mama i córka podają, a w miskach są dania, których jeszcze nigdy i nigdzie nie jadłam! Pachną całkiem inaczej i moje zmysły tańczą, pytają, smakują… Jedzenie syci i inspiruje. Myślę: „Już wiem, jak zrobię to danie! Ale tamtego nie zrobię, bo nie mam pojęcia, czego kucharz dodał!”. Taka zabawa kulinarna…

Tu wszędzie się je. Mnie ciągnie zwłaszcza do tej uboższej dzielnicy…

Obiecane Soho

Kto mi je obiecał? Sama sobie obiecałam! I pojechaliśmy! Dwa razy! Dwa razy – i pudło! Raz po Nowym Roku sądziliśmy, że co jak co, ale Soho będzie żyło swoim życiem. Widać za mało wiemy o kulturze Hongkongu! W Nowy Rok Soho spało snem spokojnym. Wszystko pozamykane na amen! Oczywiście wszelki handel też zamknięty. Szkoda! „Ale z pewnością, jak znam Chińczyków, jadłodajnie będą czynne! – zapewniał mnie Antek. – Zarabiać lubią, więc czeka na nas coś ciekawego…”

I prawda, czekały otwarte knajpki z każdego zakątka świata. Ale nie po to przyleciałam do Hongkongu, żeby jeść amerykański stek, włoskie spaghetti czy francuską bagietkę z foie gras… Poproszę miejscową kuchnię! Pozamykane… NOWY ROK!

Wreszcie coś jest! Szybka chińska jadłodajnia z daniami na wynos i na miejscu. Plastikowe miski i kubki. Tłum. Jest fajnie! Zamawiam zupę z wołowiną i czymś mi nieznanym. Tosiek podobną miskę zupy z pierożkami. Co poza tym jest w tej zupie?! Nie wiem! Jest aromatyczna, gęsta. Wołowina mięciutka i pyszna, a w dziwnej cukiernicy obok przypraw jest kiszone… coś. Nie mam pojęcia co, ale smaczne!

Dodaję do zupy octu imbirowego i tej kiszonki. Nie ma mowy, żebym ten smak powtórzyła w swojej kuchni. Za mało wiem. Pokornie przyznaję, że Azja z jej zakamarkami kulinarnymi jest dla mnie lądem ledwo odkrytym. Wielkim! Ciekawym.

Nocne stoiska z fast foodami

O! To jest dopiero ciekawe doświadczenie! Te knajpy uliczne, a właściwie stoiska, otwiera się późno, między ósmą a dziewiątą wieczorem. Są czynne do bladego świtu. Tu się przyjeżdża na coś specjalnego. Żadna najbardziej wymyślna knajpa nie poda tego, co poda ulica, i to jest szyk! Tu schodzą się amatorzy ciekawostek.

W gorącym tłuszczu i na opiekaczach czy grillach przyrządza się taką różnorodność, że trudno wszystko spamiętać. Jakieś kulki z mięsa i ryżu, jakieś inne kompozycje i tempura z owoców morza, i parówki w cieście, a dalej nie wiem co, ale ładnie (czasem brzydko) pachnie, i ostre papryczki nadziewane (czym?! nie wiem). I minibakłażany też czymś faszerowane. Kurze skrzydełka na patyku. Dość normalne. Ale dalej… zaczyna się raj dla znawców i myśliwych polujących na „trudne” smaki. Podroby! Duszą się w dziwnie śmierdzącym sosie tłuste kawałki wieprzowe z miękką prawie rozgotowaną skórą (też na patyku). A obok w żeliwnej rynience w równie śmierdzącym gęstym sosie duszą się płuca, jelita, śledziony i grasice, żołądki, mózgi, nerki, język. Śmierdzą okropnie, ale wzbudzają wielkie zainteresowanie miejscowych!

Wykwintnie ubrane damy i eleganccy panowie zamawiają jakieś hardcore’owe danko. Dostają na tackach małe kąski podrobów nadziane na patyk i wcinają, jakby to był ósmy cud świata! Wiem, że może dałabym radę zjeść kawałek żołądka, nawet grasicę, wątróbkę – ale z czymś. Choćby z marynowanym grzybkiem czy kimchi, ale wszystko tu jest sauté. Znaczy są jakieś sosy dla mięczaków, ale twardziele nie biorą ani ich, ani pieczywa. Miny mają, jakby jedli cuda, a wiem po zapachu, że cud to nie jest. Najwięksi „znawcy” zjadają bez skrzywienia kawałek śledziony. Każda jest ohydna. O wiele paskudniejsza od gotowanej krwi czy wątróbki.

Nadęty, nonszalancki sprzedawca dał mi na wykałaczce ciutek taki. Bo mają dla nas, tych, co się nie znają, pokrojone w centymetrowe kawałeczki próbki tych tam… Nadział mi. „Liver?” – zapytałam z nadzieją. Kawałek był szary i nieapetyczny. Zresztą wątróbki nie widziałam tu wcale. Była szansa, że to może nerka, ale nerka była brązowawa, nie szara! Wzięłam do ust i niemal natychmiast wyplułam. Ohydne…

Owoce? Jest ich tu mnóstwo. Najbardziej smakowały mi w postaci sałatek albo świeżo wyciśniętych soków. A soki były tak gęste, że podana do nich rurka miała grubość palca! Jednosmakowe i wieloowocowe, pyszne! Kubeczek orzeźwiającego smoothie. Wszędzie się go kupi.

Słodycze omijaliśmy – w obawie przed totalnym zatuczeniem daliśmy sobie na nie szlaban. Wystarczyła odrobina czekolady z rumem i rodzynkami ☺

Fajerwerki

Właściwie to przyjechaliśmy tu na Lunar New Year, żeby zobaczyć podobno najładniejszy na świecie pokaz ogni sztucznych. Piszę „podobno”, bo każde wielkie i bogate miasto walczy o ten tytuł.

Podobno w tym roku najpiękniejsze sylwestrowe sztuczne ognie były w Rio de Janeiro, ale kto to rozsądzi! Zresztą być w Hongkongu na Lunar New Year i nie zobaczyć pokazu sztucznych ogni nad Victoria Harbour, to jak być w Rzymie i nie widzieć papieża… ☺

Na deptaku nadmorskim w Hongkongu już grubo przed osiemnastą ludziska zajmowali dogodne pozycje. Głównie fotografowie i rodziny z dziećmi. Rozkładali na deptaku gazety, folię, jakieś kocyki i siedzieli, piknikując, w oczekiwaniu na dwudziestą czwartą zero zero. My, obserwatorzy, nadciągaliśmy i nadciągaliśmy… W sporawym już tłumie znaleźliśmy jeszcze z Tośkiem jakieś ciasne miejsce. On rozstawił trójnóg, a ja mój dwunóg (czyli obie nogi) i… czekaliśmy. Niemal pod naszymi stopami siedziała starsza pani z poduszką i kanapkami, za mną – jakieś młode ladies, i powoli robiło się jak w Polsce w kolejce po mięso na kartki albo olej. Dzieci grały na PSP, dorośli – w warcaby, szogi czy inne, i czekaliśmy, popatrując, jak na rzece ustawiają się barki straży pożarnej odpowiedzialnej za popis. W końcu dano sygnał, tłum naparł, ale utrzymaliśmy pozycję i… się zaczęło!

Trwało to prawie pół godziny! Jeśli mogę tak powiedzieć: jakby odwracając grawitację, sypały się wprost do nieba wielkie garście świateł w niezwykłych formach i kształtach. Fontanny, pióropusze, palmy, chryzantemy i migoczący deszcz. W środku pokazu zaskoczono nas niezwykłą sztuczką. Oto wyleciały w niebo czerwone skromne flary i w czterech punktach rozpadły się w wielką literkę I, drugie było czerwone serce, trzeci znak to H i czwarty K. Ludzie z zachwytem czytali głośno: „I love Hong Kong!”. I bili brawa. Niestety, nie do złapania migawką aparatu, ale mamy to na filmie. Bo ja robiłam za Wajdę, a właściwie za Karola Szczecińskiego (Polska Kronika Filmowa w PRL-u), i trzymałam kamerę pół godziny wysoko nad głową.

Pokaz się skończył, ludzie powoli ruszyli do wyjścia, wiele osób zostało, żeby się wzajem nie zadeptać. Dzieciaki zabawiały się na deptaku pełnym folii i gazet, biegając i zaśmiewając się jak to dzieci – z byle czego. Powoli poszliśmy jak inni w miasto, połazić jeszcze. Wieczór dopiero się zaczął!

A po pokazie został tylko dym…

Na wielkim ulicznym bazarze „zakwitł właśnie handel”, a miejscowe knajpy miały żniwa jak nigdy. Wystawiły stoły i stoliki na zewnątrz, wszystkich ogarnął nastrój ulicznej fiesty. Jedzenia masa, na stołach świeże dania, pod stołami resztki już się gromadzą i zaśmiecają, pokazując, ile dana knajpa wydała posiłków.

Zaczyna się nocne życie Hongkongu, a my jutro wieczorem wyjeżdżamy, z Hongkongiem w aparacie i w kamerze na wieczną rzeczy pamiątkę!

Jaki jest jeszcze Hongkong?

Zakamarkowy. Bo tu jest wiele zakątków, zazwyczaj śmierdzących i mrocznych, mieszczących się między budynkami. Przestrzeń niczyja, wyjęta z kontekstu. Oswojony świat kotów i biedaków, i sprzątaczy o zmęczonych i smutnych oczach, niedostępny turystom. Każde miasto ma takie kąty, suszące się majtki na sznurkach i kubły ze śmieciami. Każde miasto ma swoje zaplecza, podwórka, kulisy, w które może nie warto zawsze włazić? A może trzeba mieć na to czas, wiedzę i… pokorę? Chęć obserwowania bez komentarza?

Takie jak w CNN – NO COMMENTS…

Całuję Was mocno

Marianna

Korea dzień po dniu

Znów w miasto na zakupy do znajomych sklepów. Nie wiem, czemu tutaj to lubię. W Warszawie nie. Może dlatego, że często jest ze mną Antek, że prosta zasada we dwoje raźniej sprawdza się banalnie? Tak czy siak, znów pchamy wózek z zakupami, ja z ciekawością oglądam to, co właściwie już znam.

– O, właśnie! Chodź, chodź, coś ci pokażę! – Antek kieruje wózek do działu domowej elektroniki.

Idziemy między lodówkami, lodówkami do kimchi i zmywarkami. Zatrzymujemy się przed czymś takim wąskim, to chyba pralka ładowana od góry. Ale węższa o połowę. A może to zmywarka? Ale przecież mamy…

– Patrz, to jest kuchenny kompostownik. O tu – podnosi klapę – wsypujesz resztki organiczne i zamykasz. Jeszcze dokładnie nie wiem, jak to działa, ale trzeba dodawać małe tabletki z bakteriami. Raz na dobę, czy jakoś tak, to się włącza, system to podgrzewa, rozdrabnia i wysusza, robiąc z resztek coś w rodzaju fusów. Wysypuje się to tutaj – pokazuje boczny otwór.

– I…?

– I z całego tygodnia masz torebkę suchych fusów. I albo to zabierają służby miejskie, albo – jak masz ogródek – wysypujesz. To jest nawóz organiczny. Suchutki kompost! I jest podobno taki plan, żeby to mocno rozpropagować, bo w Japonii to już podobno norma, jak toalety myjące.

– Wspaniałe! – podziwiam.

Wracamy do domu. Jedziemy znanymi ulicami, patrzę na niego ukradkiem. Mój mężczyzna! Kładę mu dłoń na karku, gładzę po policzku. Lubi to. Zaraz się uśmiecha i ociera twarzą o wierzch mojej dłoni.

– Dokąd w weekend, kochanie? – pyta.

– Patrz, chmurzy się. Jak będzie padać…

– …to zawsze możemy do kina, na kręgle albo…

– …napieczemy ciastek – proponuję. – Czytałeś, jak bardzo cukier jest niezdrowy? Zabija myszy! Ale najpierw od niego durnieją.

– Jeśli mam od czegoś zdurnieć, to wolę od ciastek niż od czegokolwiek innego! Upieczmy ciastka! Tak! – Całuje moją dłoń.

***

Pamiętając jego słowa: „To nie może być trudne, kochanie”, szukam w necie ciekawej propozycji. Znajduję marokańskie – z siekanych daktyli i pistacji. Zaliczamy jeszcze jeden sklep. Mały i ukryty w zaułku śródmieścia Ulsan. Sklepik dla Azjatów. Od wejścia czuje się zapach curry i wschodnich przypraw.

Daktyle są wielkie i na wagę. Jeszcze niewyschnięte jak te w Polsce. Wyglądają jak brązowy bursztyn. Jest paczka grubo mielonych pistacji i woda różana. Wspaniale! Mam ochotę na marokańskie ciastka w stylu lokum, jak słodkie galaretki. Biorę jeszcze limonki, liście kafiru i głęboko mrożoną trawę cytrynową.

– A co to będzie? – pyta Tosiek.

– Kuchnia marokańska. Byłam w Krakowie w takiej restauracji i podano tam tadżin. Nie mam glinianego naczynia, ale zrobię to w twoim żeliwnym garnku.

– Oj, chyba trzeba moją panią zawieźć do Maroka! Albo Tunezji, albo i Maroka, i Tunezji! Czyli co, wakacje mamy zaplanowane? – pyta wesoło, pakując zakupy do bagażnika.

Wracamy i rozmawiamy o podróżach.

– I jeszcze, wiesz, muszę sprawdzić, czego mi brakuje do książki, znaczy jakiej wiedzy i fotografii. Na pewno pojedziemy porobić zdjęcia upraw żeń-szenia. Nie byłam, widziałam z szosy! Wyspę Jeju mam obfotografowaną, świątynie mam, kuchnię koreańską mam, obyczaje mam, twoje rozdziały o stoczni też i jeszcze kilka innych. Zdjęć mam masę! Tylko siąść i dopisać do końca.

Maroko? Tunezja? Tak! Tak bardzo polubiłam podróże, że chętnie z Antkiem polecę. Dawniej nie miałam takich marzeń. Byłam realistką. Wychowana w zamkniętej Polsce, nawet nie pozwalałam na tlenie się podobnych iskierek. Po co? Później może nawet i mogłabym, ale nie mieliśmy pieniędzy i nadrzędnym celem było mieszkanie, wychowanie Grzesia, samochód… A teraz to wyłącznie kwestia pieniędzy, i to relatywnie znacznie mniejszych niż kiedyś.

Świetnie! Gdzieś przeczytałam: „Trzeba mieć marzenia. One nadają życiu sens. Bo jak się ma marzenie, to zaraz pojawia się projekt, a jak jest projekt, to się kreśli plan, i stąd już krok do realizacji”.

***

Dni tej wiosny mijały pogodnie jak poprzednie. Przekwitły kamelie i azalie i nadeszło lato. Zawsze jest tu suche, tak suche, że lasy robią się beżowe i szeleszczące. Bo lasy zawsze rosną tu na zboczach gór. Wysychają potoki, zostawiając koryta pełne głazów i kamieni. Wygląda to dziwnie i pięknie. Przywykłam już, że latem potoku nie ma, a jesienią, wiosną znów pojawia się rwąca woda. Zimą bywa, że zamarzają wodospady. Mam kilka zdjęć pod takimi lodowymi rzeźbami.

Zieleni w lasach latem mało, o wiele więcej w dolinach. Wyśledziłam, że nawet podczas suszy jakieś krople wody tworzą maleńkie podskórne potoczki, które umożliwiają życie na zboczach i są znane małym zwierzętom i ptakom. Nie ma tu kwietnych łąk i soczystych zielonych pastwisk, pól ogromnych i płaskich jak naleśnik obsianych rzepakiem, pszenicą czy obsadzonych ziemniakami. Ryż rośnie w dolinach na małych polach, na tarasach, a reszta dolin jest pokryta foliowymi namiotami, w których tak właśnie chroni się warzywa przed utratą wilgoci i przed chorobami.

Nie ma ciągnących się kilometrami piaszczystych plaż, palm i uroku Karaibów, Indochin, Polinezji Francuskiej czy Wysp Kanaryjskich. Nie ma. Szkoda. Wybrzeża są skaliste albo muliste, niepiękne. Antek stara się wiosną i latem, kiedy mieszkamy tu, w Ulsan, wyjeżdżać w weekendy choćby na małą plażę Jinha. Mniej więcej dwadzieścia kilometrów od Ulsan. Ale nawet tu piasek jest przywożony, a okolica poza miasteczkiem nieładna, rolnicza. I choć morze latem ciepłe, na plaży budynek z czystymi prysznicami i oczywiście toaleta, nie ciągnie nas tu częściej niż raz na miesiąc.

W domu ratuje mnie klimatyzacja. Upały są naprawdę dokuczliwe. Tosiek się upierał, że kupi mi samochód, mały i używany, z klimatyzacją, żebym się nie męczyła w autobusach. Nawet wspomniał moją menopauzę, że „przecież ci czasem dokucza, miałabyś wygodę!”, ale się nie zgodziłam. Mam międzynarodowe prawko, lecz… nie korzystam.

Do przystanku dochodzę na luzie, w autobusach klimatyzacja działa świetnie, a potem tylko myk do sklepu, też klimatyzowanego. Po co mnożyć koszty?

Ups…

Choprowie wyjechali. Skończył im się kontrakt, a Rasul dostał propozycję pracy w Malezji. Nie dość, że powstał tam wielki port, który pomagali budować Koreańczycy, to jeszcze uczelnia wyższa. I właśnie tam Rasul będzie zatrudniony. Lali chce rok pauzować i pobyć w domu z Sarą, ale jak znam jej temperament, za rok znów włoży kombinezon i kask i wywoła sensację. A może też pójdzie uczyć? Tak czy siak, mamy zaproszenie i musieliśmy obiecać, że ich odwiedzimy, gdy już się urządzą. Bo dostali piękne mieszkanie i mają dwa pokoje gościnne, więc KONIECZNIE!

Pożegnalne party było miłe i wesołe. Cedrik, nasz sąsiad z góry, wreszcie namówił Junsuna, swojego partnera Koreańczyka, i przyszli razem, i nawet Junsun tak bardzo się nie wstydził. John z parteru był w doskonałym humorze i sypał dykteryjkami jak z rękawa. Sara siedziała z nami, obdarzając każde z nas uśmiechem, głaskaniem, tulakami i świergotem. Takie małe dzieciuchy to sama słodycz! A ona wydaje mi się szczególnie śliczna i urocza. No, wszystkie dzieci są śliczne, ale azjatyckie szczególnie.

– A pamiętasz, jak na lotnisku w Dubaju zobaczyłaś tę maleńką Finkę? Prawie albinoskę, takiego aniołka z mysimi ogonkami? Mówiłaś, że to są najpiękniejsze dzieci – przypomniał Tosiek.

– Tak powiedziałam? A może… wiesz… najpiękniejsze są te dzieci, które akurat nam wpadły w oko?

Znów jedliśmy pyszne rzeczy, znów słodycze, które zrobiła Lali, podbiły nasze serca. Znów lekko spojeni szampanem i innymi dobrymi trunkami bawiliśmy się świetnie, żałując, że Choprowie odlatują. Niechętnie zakończyliśmy to pożegnanie koło pierwszej w nocy. Żegnaliśmy się łzawo i bardzo serdecznie, bo alkohol userdeczenia – jak wyjaśniał mi Tosiek, a on do wylewnych nie należy. Kilka dni później ekipa z administracji posprzątała lokal po Choprach i teraz czeka pusty na następnych pracowników. Na naszej klatce schodowej już nie pachnie wodą różaną, paczulą ani curry.

***

Tę książkę o Korei kończę powoli. Wysłałam z dygotem serca do wydawnictwa i poczułam chwilowy luz. Nie mam wiele do roboty. Wystarcza mi kilka godzin po obiedzie, bo właściwie większość materiałów już mam. Tosiek musi dobrać zdjęcia, ja dopracowuję rozdział o kuchni i kilka słów o Jeju. Raz jeszcze przeczytać i też do redakcji. Bywa jednak, że nie mam weny…

– Dzieciaku! – Nagle objawia mi się duch Włodka. – Nie rozpieszczaj ich. Dopiero wysłałaś książkę o tych pannach, a tę o Korei dopracuj! Proszę, jaka się z ciebie korespondentka zrobiła!

– Włodziu! Dawno u mnie nie byłeś. Stęskniłam się. Jak tam w zaświatach?

– Nie dopytuj się. Kiedyś sama sprawdzisz. Popraw ten rozdział o koreańskiej rodzinie. Strasznie infantylizujesz.

– Tak? W którym miejscu?

– Gdy opisujesz dzieci. Popraw to na ludzki język.

– A ty skąd wiesz?

– Bo ci zaglądam przez ramię! Myślałem, że się sama kapniesz. Zamiast tych twoich zdrobnień „bachorzątka”, „dzieciaczki”, „mordki” pisz normalniej – dzieci.

– Pewnie masz rację. Starzeję się. Nie mam za bardzo kontaktu z wnuczkiem. Znamy się tylko ze Skype’a, a Tadzio jest wówczas nieco spięty i sztuczny.

– To normalne – westchnął. – Choć, jak wiesz, ja nigdy się dziećmi zachwycić nie umiałem. Widzę, że kwitniesz osobiście i zawodowo. Inspekcja załatwiona, spadam!

I rozpłynął się tak szybko, jak pojawił.

Tęskni! I ja też. Stare kochane pijaczysko! Mój mistrz dziennikarstwa. Mógłby żyć, posłałabym mu książkę do pierwszej redakcji.

Nudzi mi się.

***

Przypomniała mi się ta Rosjanka, jak się nazywała? Łarisa?… Marina! Tak, Marina! Mam gdzieś do niej numer. Znalazłam w kalendarzyku sprzed dwóch lat. To dzisiaj jest próba! Pójdę. A nuż mi się spodoba? Dam radę z zakupami, obiadem, książką o Korei i tańcem.

O szesnastej pobiegłam do naszego osiedlowego klubu i zapytałam barmankę, czy i jakie zajęcia są dzisiaj. Tak, belly dance jest, ale dzisiaj odwołany. Umówiłam się u Mariny na zajęcia za tydzień. Tak, oczywiście jest grupa początkująca. Tak, oczywiście dam radę, to proste i nowa grupa to tylko trzy panie i ćwiczą dopiero od dwóch tygodni. A może – zapytała Marina – znam jakąś chętną? W drodze powrotnej spotkałam Min. Min Su, która czasami wpada umyć nam okna, choć teraz jest już prawą ręką administratora. Zapytałam ją, czy chciałaby dołączyć, a ona najpierw zakryła twarz rękoma i chyba była zgorszona, ale kazałam jej zajrzeć do internetu i wyjaśniłam, że taniec brzucha jest prywatny, dla nas, a nie na scenę. Dla naszego osobistego dobrego samopoczucia!

Słuchała mnie uważnie i obiecała poczytać. Nie wiem, czy ją przekonałam…

Kilka razy pojechałam na plażę na Bangeojinie popływać, ale mi samej bez Tośka jakoś smętnie. Chodzę na tutejszy basen. Jest niezbyt duży i przed południem bardzo mało tu ludzi. Ale ile się można kąpać? Robię baseny, żeby się ruszać. Wczoraj zrobiłam czterdzieści trzy.

Nudno…

***

Dzisiaj Antek wrócił z szarą twarzą. Poszedł się umyć, a ja siedziałam jak na szpilkach. Przyniosłam z centrum Hyundaia świeże sushi, otworzyłam białe wino i czekałam.

Przebrał się w jukatę, tę jakby piżamę na upały, i usiadł na kanapie z ciężkim westchnieniem.

– Stało się coś?

– Nic, o czym bym nie wiedział – odpowiedział dziwnie.

– Ale… coś w pracy? – zgaduję, bo on ma zacięte usta i milczy, i tylko sięga po wino, i wypija niemal duszkiem drugi kieliszek.

Milczy. Milczy. Milczy.

– Tosieńku, bo jak cię trzepnę pantoflem – mówię łagodnie i ciepło – to spadniesz z kanapy. Mów! Bo ja ci tu na zawał zejdę. Zabiłeś kogoś?!

Wreszcie się zaśmiał krótko i nerwowo. Kiwa głową. Zbiera się.

– Skończę… skończymy ten statek i finito.

– No, ale jakie finito?

– E–ME–RY–TU–RA – przesylabizował wściekły i dodał, zwracając się do mnie: – Marianna, jestem starym niepotrzebnym fachowcem… Kurczę! To jak nokaut! Niby wiedziałem, że kiedyś. Ale już? JUŻ? – Milknie i smutnieje.

Znów patrzy w okno.

– A kiedy kończycie statek?

– Za rok, może trochę szybciej, ale tak mniej więcej – odpowiada głucho.

Widzę, jaki jest nieswój, widzę, jaki to nokaut. Odchyla się na oparcie, zakłada ręce za głowę i zamyka oczy. Cierpi. Drży mu lewa dziurka od nosa.

– To… ostateczne? Nie ma…

– Nie, nie ma – przerywa mi. – Nie ma szans. Jestem za stary. Skończył się mój termin przydatności. Kurwa!

Pierwszy raz słyszę, że klnie. Pierwszy raz mnie przeprasza. Wychodzi na loggię, staje mocno na rozstawionych nogach i… widzę, jak mu drżą ramiona. Męskie gorzkie łzy. To łzy bezsilności, niezgody i złości. Czekam chwilę i podchodzę. Albo mnie odtrąci, albo przytuli. Obejmuję go w pasie.

– Tak się czułam ponad dwa lata temu po reorganizacji redakcji, gdy mnie nikt nie chciał. Wiem, jak to boli.

– A ja nie umiałem ci współczuć, przepraszam – mówi nosowo.

– Umiałeś. Z litości mnie tutaj ściągnąłeś. Kochany jesteś.

– Teraz to ja ci dam kapciem. No jakiej litości?! Ściągnąłem cię, bo fajna jesteś. Boże, jak to dobrze, że jesteś, bo inaczej chyba rzuciłbym się z balkonu.

– Niedaleko byś doleciał. To pierwsze piętro, więc złamałbyś nogę albo szczękę i tyle. Tak tęsknisz za szpitalną koreańską strawą?

Ufff. Roześmiał się. Połą jukaty otarł łzy i przytulił mnie mocniej.

– I co ty tu robisz ze starym dziadem?

– Oj, Tosiek…

Stoimy tak na loggii. Pootwierałam okna, zza moskitier wlatuje lekki wieczorny wiatr od morza, od stoczni. Mój biedak, jak on to przeżywa!

Wracamy do salonu. Antek zjada kilka kawałków sushi. Dopijamy wino. Idę do lodówki po następne. Oblewamy ten niewesoły dzień, próbując racjonalizować wszystko to, co dzisiaj spadło na Tośka. Łatwo nie jest.

Wieczorem w łóżku jest czuły, ognisty, gorący, skupiony, jakby seks i szczytowanie dodawały mu skrzydeł. Jakby to miało odczarować całe odium, znieczulić ból. Jakby uciekał w moje ramiona i pocałunki przed tym, co go tak zabolało. Było wspaniale. Ale rano pożegnałam go posępnego.

Napisałam o tej emeryturze do Reginy, mojej przyjaciółki mieszkającej od niedawna w Perth w Australii, a ona odpisała mi szybko:

Marianno,

nie owijajmy w bawełnę – od tego zaczyna się ten trudniejszy czas w naszym życiu. Przerobiłam to, przegadałam z tutejszymi znajomymi paniami i jeśli dobrze pamiętam, miałyśmy o tym spory materiał w numerze. Przypominasz sobie może?

Kobiety przechodzące na emeryturę radzą sobie całkiem dobrze. Nam się to nie kojarzy z nagłym ucięciem filmu, z wyrzuceniem poza nawias, z czasem wolnym i przerażającą nudą. My mamy swoje rejony – dzieci, wnuki, przetwory owocowe, przyjaciółki, zaniedbane spotkania rodzinne, nowy pomysł na ogród albo wręcz nowy pomysł na siebie. Kurs włoskiego, salsa albo tango, gotowanie w jakimś ekstrasupermegawarze, gimnastyka, joga, chór i diabli wiedzą, co jeszcze. A oni dostają taki cios w podbrzusze, że tracą dech. Czują pustkę i gwałtowny spadek wiary w siebie, choćby byli, a może zwłaszcza gdy są generałami, dowódcami, dyrektorami… A i zwykły nauczyciel czy aptekarz też dokładnie tak to przeżywa. Tyle że nauczycielem i aptekarzem możesz być do późnej starości, a skakać po konstrukcjach już nie.

Jego (Twojego Antka) szefowie boją się, że lada upadek poskutkuje złamaniem szyjki biodrowej czy ręki w kilku miejscach, a u starszych osób to się źle goi. I to akurat jest prawda.

A przy okazji przygody z przygniecionym paznokciem sama wspomniałaś, że tamtejsi lekarze mimo świetnego wykształcenia nie lubią kroić nas, białasów. Chodzi o odpowiedzialność. Dlatego lekarz, zamiast oczyścić ranę, dał ci końską dawkę antybiotyku. I nie dziwota, że nie chcą prowokować losu. A starsi pracownicy to większe ryzyko. Mam rację?

Pamiętam, jak mój mąż (naprawdę przypominał Ci Lutkiewicza?) przyjechał do domu dość mocno wstawiony, a jemu właściwie to się nie zdarzało, i oznajmił mi komicznie (bo starał się mówić BARDZO wyraźnie): „jesemkońszony”. Gdy usłyszał: „Panu już dziękujemy. Pani Zenia naliczyła już panu emeryturę i w kadrach pan podpisze…” – to go tak trzepnęło, że się popłakał i koledzy poszli z nim na męską wódkę. NIGDY, Marianno, nigdy mu się to nie zdarzyło, żeby pić z kumplami, znałaś go troszkę. Ostatni raz wstawił się na weselu Kaśki.

Wiem, że szeptałyście, że taki z niego papuć. Ale takiego go kocham, bo gdyby miał w sobie choć cień męskiego buntu, to byśmy się pozabijali. Bywałam niełatwa, prawda? I wiesz, co zrobiłam? Ja mu z mety znalazłam milion zaległych spraw!

– Kochanie, teraz mógłbyś zreperować tę żardinierkę od cioci Wiesi.

– Ale… ja nie mam narzędzi! – odpowiedział.

– No to pora je kupić! Bo chciałabym, żebyś zrobił podobną do tej, ale na trzy kwiaty. No i trzeba odświeżyć barierkę na tarasie. Obiecałeś zrobić porządną drewutnię, bo nam drewno kominkowe stale namaka, zreperować krzesła tarasowe… A na strychu, pamiętasz? Zawsze chciałeś mieć saunę i upierałeś się, że sam zrobisz. No to pora zacząć!

Następnego dnia – tak, już następnego – pojechał do wielkiego składu budowlanego i spędził tam pół dnia. I po półtorej doby przywieziono nam pod dom… PARK MASZYNOWY.

Samochód został wystawiony z garażu, a on sobie tam zrobił wymarzony warsztat, jakby zamierzał otworzyć manufakturę… Samochód stał… pod chmurką albo pod plandeką, a moje ukochane, stare szczęście poczuło zew! I niedługo potem znów wielka sprawa – dom w Polsce. Z trudem Kaśka z mężem pomogli nam załatwić wizę pobytową i teraz mamy przed sobą likwidację domu w Polsce. Przecież tych narzędzi nikt nam nie wyśle pocztą do Perth! Także jeszcze przed nami i taka robota – spakowanie i sprzedaż domu, rozprzedaż warsztatu. Zrobimy wyprzedaż garażową, choć nie bardzo mi się chce…

Musisz coś Antkowi wymyślić do roboty.

A w ogóle to gdzie będziecie mieszkali?

Uściski 

R.

O! Mądrego to i przyjemnie posłuchać. Znaczy poczytać.

Właśnie. Dobre pytanie o ten powrót do kraju. To co prawda za rok, ale trzeba pomyśleć, co dalej.

Następnego dnia Tosiek potwierdził, że tak, za niespełna rok się zwijamy na dobre. On oczywiście poszuka, wyśle aplikacje. Może gdzieś jeszcze znajdzie robotę. Przecież czuje się świetnie, ma siłę i ho, ho!

Rozesłał.

Czekamy.

Jesień

No więc niestety nikt nie potrzebuje kadłubowca w tym wieku.

Oprócz tego, że Tosiek czeka na zmiłowanie, wiedziemy normalne życie, dość monotonne i nudne. Nauczyłam się korzystać z czytnika i słuchać audiobooków. Gdy jestem na fitnessie – słucham, a w domu – czytam. Książka o Korei już niedługo wyjdzie, bo właśnie robimy na odległość korektę i poprawki. Będę musiała pojechać na promocję i październikowe targi w Krakowie. Tosiek nie poleci ze mną.

Ostatnie wakacje chciałby spędzić jakoś wystrzałowo. Dopiero je planujemy.

– A możesz wziąć kasę za urlop? – zapytałam, bo choć uwielbiam podróże, myślę też o gromadzeniu pieniędzy na przyszłość.

Bo ja chcę z nim spędzić życie. Napisałam o tym Grześkowi.

Synku,

nareszcie osiadłam, uspokoiłam się i znalazłam sens życia. To życie z Tośkiem.

Świetny mężczyzna, ogarnięty, odpowiedzialny i normalny. Jest naprawdę interesujący, inteligentny i męski. Spodoba Ci się. Ja Ci się spodobam, bo jestem już inną Marianną. Choć dla Ciebie zawsze mamą, mój Panie Grzegorku.

Jeszcze tylko około roku w Korei, bo właśnie dowiedzieliśmy się o emeryturze Antka. Gdy wrócimy do Polski, będziemy musieli pomyśleć, gdzie zamieszkamy. Na Warszawę Antek się krzywi. Twierdzi, że interesuje go strefa podmiejska, a może w ogóle jakaś wieś.

Tadzik jaki już młodziak! Tadzik, już nie Tadzinek… Jak ten czas leci. Niedawno Ty byłeś taki mały.

Cieszą mnie Wasze zdjęcia i lekko dziwi pomysł ponownego wyjazdu. Naprawdę myślicie o Australii?

Posyłam trochę zdjęć.

Mama

No i wciąż się wahamy, czy Antek ma wziąć kasę za urlop, czy jednak – skoro tu jesteśmy – powinniśmy czmychnąć gdzieś w ciekawe rejony. On jednego dnia marzy o wyjeździe w świat, a drugiego – że najlepiej to byłoby pojeździć po Polsce i zdecydować, gdzie jest najładniejsze miejsce do życia. A gdy usłyszał o Grześku, zapalił się do tego, żeby też osiedlić się w Australii. Niestety, gdy poczytał o wymaganiach wizowo-pobytowych, zbladł.

– Za starzy jesteśmy, pani Marianno… Oni tam nie chcą staruchów. Co innego, gdybyśmy się załapali na listę poszukiwanych zawodów i mieli o dychę mniej na karku. Cholera, jaki ja byłem głupi! Mogłem stanąć na głowie dziesięć lat temu i starać się o robotę w Australii, choć stoczni to tam wielkich nie ma. Kolega coś obiecywał w górnictwie i twierdził, że łatwo się przestawię. A ja z góry, że nie i że za daleko, a potem wylądowałem tu… Cholera jasna!

***

Tymczasem przyszedł koniec lata i powoli, w pełnym słońcu objawiła się koreańska ciepła i piękna jesień. Moja kolejna koreańska jesień, ha!