Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2011

Miłość na marginesie ebook

Yoko Ogawa

3 (96)

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Miłość na marginesie - Yoko Ogawa

Ma 24 lata. Pewnego dnia zostawił ją mąż. Dzień później zaczęła się choroba. Głuchota czuciowo-nerwowa. Uszy źle oceniały głośność dźwięków. Każdy szmer był niczym grom podczas burzy. Nieustannie słyszała grę na flecie albo na skrzypcach. Mimo leczenia dolegliwości nawracały. Podczas wywiadu dla redakcji czasopisma medycznego poznała Y - stenografa. Zwróciła uwagę na jego palce. Zafascynowały ją. Pracowały niczym najsprawniejszy mechanizm. Zaczęli się spotykać. Zanurzyli się w jej przeszłość, by odnaleźć źródło choroby. Stenografia stała się zapisem straty, terapią pamięci. A na marginesie zanotowanych kartek narodziło się uczucie. Otulone w szept, rozpisane między dźwiękami. Czy razem uda im się przebrnąć przez labirynt wspomnień? Czy Y wystarczy kartek na zapisanie jej historii? Czy pamięć jej nie oszuka - jak uszy? Ogawa pisze niezwykle elegancko i subtelnie. W przenikliwy i niepokojący sposób analizuje działanie ludzkiej psychiki.

Opinie o ebooku Miłość na marginesie - Yoko Ogawa

Fragment ebooka Miłość na marginesie - Yoko Ogawa

Yoko Ogawa

Miłość na marginesie

przełożyła Anna Horikoshi

Wydano z pomocą finansową The Japan Foundation
Tytuł oryginału:(Yohaku no ai)

Copyright © 1991 by Yoko Ogawa

First published in Japan in 1991

by Fukutake Publishing Co., Ltd.

Polish translation rights arranged with Yoko Ogawa

through Japan Foreign-Rights Centre/Graal Sp. z o.o.

Copyright © for the Polish edition

by Wydawnictwo W.A.B., 2011

Copyright © for the Polish translation

by Wydawnictwo W.A.B., 2011

Wydanie 1

Warszawa 2011

Przekład: Anna Horikoshi

Redaktor serii: Karolina Iwaszkiewicz

Redakcja: Beata Frankowska

Korekta: Małgorzata Kuśnierz, Beata Wójcik

Redakcja techniczna: Marta Nowakowska

Projekt graficzny serii: Joanna Szachowska-Tarkowska

Projekt okładki i stron tytułowych: Magda Wolna

Fotografie wykorzystane na I stronie okładki: © Yury Shirokov – Fotolia.com; 

Jon Feingersh/Blend Images/Corbis/FotoChannels

Wydawnictwo W.A.B.

02-386 Warszawa, ul. Usypiskowa 5

tel./fax (22) 646 01 74, 646 01 75, 646 05 10, 646 05 11

wab@wab.com.pl

www.wab.com.pl

Skład i łamanie: Tekst – Małgorzata Krzywicka Piaseczno, Żółkiewskiego 7a

ISBN 978-83-7747-280-4

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

Yoko Ogawa

(ur. 1962) – pisarka japońska, autorka przeszło dwudziestu książek. Publikuje od 1988 roku. Laureatka wielu japońskich nagród literackich, m.in. nagrody im. Akutagawy (1990), której teraz jest jurorką, nagrody Yomiuri (2004) i nagrody im. Tanizakiego (2006). W 2005 roku na podstawie jednej z jej powieści powstał francuski filmL`Annulairew reżyserii Diane Bertrand, z muzyką Beth Gibbons. Książki Ogawy zostały przetłumaczone na wiele języków, m.in. angielski, francuski, niemiecki i włoski. Nakładem W.A.B. ukaże się także powieśćMuzeum ciszy.

1

Pierwszy raz spotkałam Y w małym pokoju konferencyjnym starego hotelu, który znajdował się na tyłach Kliniki Otolaryngologicznej F. Hotel mieścił się w zaadaptowanej do tego celu rezydencji pewnego arystokraty. Pod względem architektonicznym budynek przedstawiał pewnie dużą wartość, ale sam hotel nie cieszył się wielką popularnością. Było tam niespełna dwadzieścia pokoi, do tego restauracja i bar, no i oddalone nieco od głównego budynku niewielkie muzeum ze zbiorami sztuki. To wszystko.

Jako pacjentka Kliniki Otolaryngologicznej F przyglądałam się czasem hotelowemu podjazdowi, widocznemu z mojego okna przez gałęzie kasztanowca. Samochodów, które się tam zatrzymywały, było naprawdę niewiele. Kiedy znudzony portier chował się za drzwiami, na podjeździe panowała taka cisza, jak w kościele po mszy, gdy wyjdą ostatni wierni.

Dwa dni po opuszczeniu szpitala, popołudniową porą, odwiedziłam ten hotel. Miało się tam odbyć małe spotkanie, na które mnie zaproszono.

Trzymając za uchwyt, pchnęłam bardzo stare, ozdobione witrażem drzwi obrotowe w wejściu głównym. Poruszyły się z cichym zgrzytem. Przestraszyłam się, że to znów jeden z tych nieistniejących dźwięków, które sprawiły mi tyle kłopotu. Stanęłam nieruchomo z zamkniętymi oczami. Zgrzyt, który wydawały drzwi, dobiegał z głębokiej dali. Zwykle z takiej głębi docierały do mnie słuchowe omamy. Dopiero co wyszłam ze szpitala, nie miałam jeszcze pewności, czy dobrze rozróżniam dźwięki. Kiedy orientowałam się, że to, co słyszę, naprawdę nie istnieje, mogłam tylko zamknąć oczy i czekać bez ruchu.

– Czy coś się pani stało? – spytał zaniepokojony portier.

– Nie, nic – odparłam, nie otwierając oczu.

– Może źle się pani czuje?

– Nie, naprawdę, proszę nie zwracać na mnie uwagi…

Drzwi powoli wyhamowały za moimi plecami. W tym samym momencie wrażenie dźwięku ulotniło się. Trwało to bardzo krótko, jedną, może dwie sekundy.

– …bo już wszystko w porządku – powiedziałam i otworzyłam oczy.

Chyba trochę zakręciło mi się w głowie. Portier z uśmiechem zaprosił mnie do środka.

Kiedy weszłam do sali, wszyscy pozostali uczestnicy siedzieli już na swoich miejscach. Pomieszczenie było niewielkie, stół dla ośmiu osób i krzesła zajmowały niemal całą jego powierzchnię. Stiuk w narożnikach sufitu i rzeźbione zakończenia karniszy świadczyły jednak o pewnym zbytku.

Przy stole, tyłem do kominka, siedziała kobieta w średnim wieku, ubrana w perłowoszary kostium, oraz młody mężczyzna, najwyraźniej pół-Japończyk. Miejsce po drugiej stronie stołu, przy ścianie, zajmował redaktor czasopisma, który był jednocześnie organizatorem spotkania. A na rogu siedział Y. Jesienne słońce, które wpadało przez południowe okno, wypełniało pokój. Światło przesączało się przez obrus, karafkę z wodą i złociste włosy młodzieńca. Tylko krzesło Y, jakby wciśnięte w szczelinę w smudze światła, pozostawało w lekkim mroku. Przeprosiłam za spóźnienie i usiadłam obok Y.

– W takim razie pozwolę sobie zacząć. Dziękuję, że znaleźliście państwo czas, aby wziąć udział w naszym dzisiejszym spotkaniu. Chcemy zebrać materiał do artykułu pod tytułem „Jak pokonałem głuchotę czuciowo-nerwową” dla naszego magazynu „Wrota Zdrowia”.

Redaktor pochylił uprzejmie głowę.

– Seria „Jak pokonałem…” cieszy się ogromnym powodzeniem wśród naszych czytelników. Dużo emocji w całym kraju wywołała choroba Gravesa-Basedowa z poprzedniego numeru, a także bezsenność dwa numery wcześniej. Tym razem we współpracy z Kliniką Otolaryngologiczną F chcemy stworzyć naprawdę wartościowy artykuł o utracie słuchu na podstawie państwa doświadczeń w walce z chorobą. Sprawa dotyczy waszego ciała, ponadto głuchota należy do dolegliwości wstydliwych, dlatego być może trudno wam o tym mówić, ale oczywiście nie pokażemy waszych twarzy, także nazwiska zostaną zmienione, byłbym więc wdzięczny, gdybyście czuli się swobodnie i mówili o wszystkim szczerze.

Skinęliśmy niepewnie głowami.

– W takim razie proszę najpierw opisać, w jaki sposób dostrzegliście pierwsze objawy choroby. Po kolei, może zaczniemy od pani. – Redaktor skierował wzrok na starszą damę.

Ta położyła dłonie na torebce, którą trzymała na kolanach, dwa, trzy razy pstryknęła biglem i zaczęła mówić.

– Pewnego ranka po obudzeniu stwierdziłam, że nie słyszę żadnych dźwięków. Zniknęły.

Wtedy zrozumiałam, że Y jest stenografem. Dokładnie w tym samym momencie, kiedy kobieta wypowiedziała pierwsze słowo, dłoń, w której Y trzymał długopis, zaczęła się poruszać po papierze. Śmigający po papierze długopis, był tak dobrze zsynchronizowany z nosowym, niewzbudzającym zaufania głosem kobiety, że poczułam się, jakbym oglądała cyrkową sztuczkę. Zdumienie i zachwyt, niczym gołębie wylatujące z chusteczki prestidigitatora, frunęły ku mnie i osiadały na chwilę w moim sercu. Bezwiednie spoglądałam na przemian to na wargi kobiety, to na rękę Y i porównywałam ich ruchy. Kobieta mówiła dalej.

– Najpierw pomyślałam, że spadł śnieg. Pamiętam taką ciszę z dzieciństwa, kiedy budziłam się rano, a ogród przysypany był śniegiem. Ale to nie wchodziło w grę. Był czerwiec. Nie wiedziałam, co robić. To nie była zwyczajna cisza. Zdawało mi się, że każdy zakątek ucha wypełniła nieskazitelna biel. Próbowałam naciskać uszy, potrząsać głową, ciągnąć się za włosy, ale z każdą próbą ta biel stawała się coraz gęstsza. Nic nie pomagało.

Kobieta utkwiła wzrok w magnetofonie, który stał włączony na środku stołu, i z dużą wprawą, jakby nauczyła się tego wcześniej na pamięć, wyjaśniała zawiłości swojego przypadku.

– Leżałam w łóżku, trzęsąc się ze strachu. „Jak to? Czyżbym straciła słuch w ciągu jednej nocy?” – myślałam gorączkowo. Na zewnątrz moje uszy były takie jak dawniej, ale w środku, tam, gdzie jest ich istota, na pewno się rozpuściły i został tylko pusty otwór. Trzęsłam się tak okropnie, że moje kości o mało nie wypadły ze stawów. Nie wiem, czy to objaw głuchoty czuciowo-nerwowej, czy tylko reakcja psychiczna. Potem zrobiło mi się niedobrze. Jakby wszystkie nerwy w moim mózgu dostały nagle ataku konwulsji.

– Podsumowując, na początku przestała pani słyszeć, potem były dreszcze i mdłości? – wtrącił się redaktor.

– Tak.

Kobieta skinęła głową i upiła łyk wody ze szklanki.

W tej krótkiej przerwie Y przewrócił kartkę. Kątem oka dostrzegłam wówczas jego palce. Kobieta kontynuowała wyjaśnienia, redaktor od czasu do czasu porządkował jej wypowiedź, a młodzieniec kulturalnie słuchał. Poruszała się tylko ręka Y. Miałam wrażenie, że wokół tej ręki powietrze przepływa w jakiś inny, wyjątkowy sposób. Ale tak naprawdę nie było tam nic wyjątkowego. Długopis, papier, teczka, zegarek, palce, wszystko to wyglądało najnormalniej w świecie. Może tylko jedno – pismo stenograficzne – nie było zupełnie zwyczajne.

Miałam wielką ochotę zobaczyć, jak ono wygląda. Na podstawie pociągłych, ale jednocześnie nieznacznych ruchów dłoni, która ani na chwilę nie zatrzymywała się w miejscu, wyobraziłam sobie, że musi być ono niezwykłe i fascynujące. Niestety siedziałam w miejscu, z którego nie mogłam zobaczyć pisma. Światło, kąt nachylenia i położenie papieru – wszystko to sprawiało, że miejsce pod dłonią Y pozostawało w cieniu. I choćbym nie wiem jak wytężyła wzrok, niczego poza koniuszkiem niebieskiego długopisu nie byłam w stanie dojrzeć.

Złe traktowanie w szpitalu miejskim na laryngologii, gdzie najpierw trafiła, odbiło się na jej psychice, a to z kolei pogorszyło stan zdrowia i pogłębiło głuchotę. Dopiero kiedy dostała się do Kliniki Otolaryngologicznej F, leczenie zaczęło przynosić rezultaty. Kobieta relacjonowała przebieg swojej choroby, jakby haftowała obrus, ścieg za ściegiem, centymetr po centymetrze, każda nić przylegała do innej, tworząc nierozerwalną całość.

Byłam pod wrażeniem. Jak wiele określeń znała ta kobieta, żeby opisać swoją chorobę! Zaczęłam się martwić, czy starczy mi słów, kiedy przyjdzie moja kolej. To dlatego, że odkąd zaczęły się moje problemy, uszy przestały być dla mnie zwykłym narządem. Stały się czymś w rodzaju symbolu, idei. Dama od czasu do czasu poprawiała stan podkładu na przetłuszczającym się czole, przykładając do niego chusteczkę, albo wycierała palcem kroplę wody ze szklanki.

Tylko w jednym momencie, kiedy w trakcie spotkania przyniesiono kawę i kelnerka niechcący upuściła łyżeczkę, kobieta zawahała się i przez chwilę nie mogła zebrać myśli. Wszyscy troje: kobieta, młodzieniec i ja, podnieśliśmy wtedy głowy i wymieniliśmy spłoszone spojrzenia. Na podłodze leżał dywan, toteż stuk był naprawdę niewielki, ale dla naszej trójki każdy nieoczekiwany odgłos stanowił potencjalne zagrożenie. Ani redaktor, ani Y chyba nawet nie usłyszeli tego cichego dźwięku. Tak, tylko uszy naszej trójki miały ze sobą coś wspólnego.

– Hm. Rozumiem. Może teraz poproszę następną osobę o opisanie swojego przypadku. – Redaktor, wykorzystując okazję, przerwał kobiecie i skierował wzrok na pół-Japończyka.

Chłopiec miał niezwykle piękną twarz. W słonecznym świetle oczy, nos, broda rysowały się tak wyraziście, jakby ktoś poprawił ich kontury dobrze zatemperowanym ołówkiem. Oczywiście kształt uszu był również doskonały. Nikt by nie podejrzewał, że mogły być chore. Włosy chłopca falowały przy każdym ruchu.

– Na początku nie miałem żadnych objawów. Przynajmniej nie zdawałem sobie z nich sprawy. – Chłopiec mówił po japońsku jak rodowity Japończyk. – Trzeciego dnia po rozpoczęciu studiów mieliśmy badania kontrolne. I podczas kontroli słuchu okazało się, że mam wadę. Zostałem od razu skierowany do szpitala, więc po trzech dniach nauki musiałem wziąć urlop zdrowotny i przerwać studia. Na początku nie wiedziałem, że to tak długo potrwa.

– A co to za wada ujawniła się podczas tego badania? – spytał redaktor.

– Właśnie… tego dokładnie nie wiem. Lekarz był bardzo małomówny. Niczego mi nie wyjaśnił, kazał się tylko zgłosić do szpitala na szczegółową obserwację.

– Czy słyszałeś dźwięki podczas badania?

– Nie. To wszystko odbywało się w uniwersyteckiej auli, poprzedzielanej parawanami na kilka sektorów. Kiedy założyłem słuchawki, usłyszałem szmery towarzyszące badaniu wzroku, przeprowadzanemu w sąsiednim sektorze, kroki studentów, wiele różnych odgłosów poplątanych ze sobą tak, że nie mogłem ich rozróżnić.

– Aha. Ale nie przeszkadzało ci to w codziennym życiu, prawda?

– Nie, nie przeszkadzało. Tylko kiedy wsłuchiwałem się w różne dźwięki podczas szczegółowych testów w klinice F – to znaczy większości z nich albo nie słyszałem wcale, albo słyszałem jakieś inne, wyimaginowane dźwięki – poczułem, że coś zatyka mi uszy. Że tam coś jest, głęboko na dnie ucha, w najwęższym kanaliku. To coś nie było twarde jak korek, raczej miękkie i delikatne jak piórko dmuchawca.

W porównaniu z rzeczową analizą, jaką przedstawiła kobieta, wyjaśnieniom studenta nieco brakowało precyzji.

Osoby, które zabierały głos, co chwila się zmieniały, zaczęłam się martwić, czy Y nie straci orientacji, ale jego długopis poruszał się płynnie po papierze. Ponieważ siedziałam tuż obok stenografa, nie byłam w stanie zobaczyć jego twarzy. Tak naprawdę widziałam tylko jakiś fragment jego sylwetki z profilu – zarys ramienia, stonowane, ciemne ubranie i kształt palców. Niemniej, jeśli tylko mogłam obserwować nieprzerwany ruch ręki mężczyzny, zdawało mi się, że wyczuwam jego oddech. Tyle pasji było w tym ruchu.

– Ja też tak miałam. To nieprzyjemne uczucie, jakby ktoś wepchnął zatyczkę do ucha bardzo głęboko i potem nie mógł jej wyciągnąć – powiedziała dama, zwróciwszy się do studenta. – Mówisz, że to coś miękkiego, ale w moim przypadku to było bardzo twarde. Twardsze niż korek. Jak metal. Jakby starą, wytartą jednocentówką, jak klapką, zamknąć wejście do ucha.

Zdumiało mnie, że kobieta nosiła w uszach dość duże klipsy. Turkusy w klipsach, zupełnie niepasujące do perłowego koloru kostiumu, bez wytchnienia huśtały się w jej włosach. Odnosiło się wrażenie, że płatki uszu naciągnęły się pod wpływem ciężaru kamieni. Osobiście nie miałabym jeszcze odwagi założyć klipsów. Przecież dopiero co wyszłam ze szpitala i już trochę udało mi się zapomnieć o chorobie. Gdybym przyczepiła do uszu tak wielkie klipsy, na pewno myślałabym tylko o nich. Odgłos stukających o siebie turkusów zagłuszyłby wkrótce wszystkie inne dźwięki.

– A jak to było z panią?

Redaktor niespodziewanie zażądał wyjaśnień ode mnie, więc czym prędzej odwróciłam wzrok od klipsów damy.

– Tak, ja też czułam, że coś zatyka mi uszy. – Mój głos wydał mi się zachrypnięty.

– Bardzo proszę od początku. Jakie miała pani objawy? – poinstruował mnie redaktor, przeglądając swoje materiały. Postanowiłam mówić jak najwolniej, żeby Y nie musiał się męczyć.

– Tak, już… ale, panie redaktorze, ja wyszłam ze szpitala dopiero przedwczoraj, więc nie mam pewności, czy jestem wyleczona, i nie wiem, czy potrafię to wszystko dobrze opisać…

Zaintrygowało mnie, czy moje słowa zostały zapisane, dlatego spojrzałam w dół, tak aby objąć wzrokiem palce Y. I tym razem nie zobaczyłam kształtu liter, ale bez wątpienia wszystko, co powiedziałam, natychmiast pojawiało się na białym papierze. Uspokoiłam się.

– Tamtego ranka obudził mnie niezwykły dźwięk. Nie znałam go z codziennego życia. To było coś innego. Przez jakiś czas leżałam w łóżku i nasłuchiwałam. Przywoływałam w pamięci różne dźwięki i porównywałam je z tym, który słyszałam. W ten sposób doszłam do wniosku, że to może być flet. Nie metalowy, ale drewniany flet, jakiego używa się w gagaku1. Drzwi na balkon były uchylone, więc pomyślałam,pewnie sąsiadka uczy się grać na flecie. Moja sąsiadka jest dość popularną modelką i raczej trudno podejrzewać ją o naukę gry na flecie, ale ja naprawdę w to uwierzyłam. Co innego mogłam zrobić? Przecież wyraźnie słyszałam dźwięk fletu.

Ręka Y podążała za moim głosem jak cień. Ani na moment nie pozostawała w tyle, nigdy jednak mnie nie wyprzedzała.

– Ze mną było zupełnie inaczej. Co innego jest coś słyszeć, a co innego nie słyszeć nic – wtrąciła się kobieta.

– Obudzić się rano i usłyszeć modelkę grającą na flecie… Niesamowite! – wymamrotał młodzieniec.

– Ale kiedy zrozumiałam, że w pobliżu nie ma nikogo, kto by grał na flecie, wtedy naprawdę się wystraszyłam. Mimo że zamknęłam drzwi na balkon, pod prysznicem, w pociągu, ten dźwięk wciąż mi towarzyszył. Fakt, że słyszę dźwięk, który nie istnieje, bardzo mnie niepokoił.

– Rozumiem, rozumiem doskonale. – Kobieta pokiwała głową. Jej klipsy zahuśtały się jeszcze mocniej.

Spotkanie trwało dłużej, niż się spodziewałam. Kiedy skończyła się taśma, Y szybko obrócił kasetę na drugą stronę i nacisnął „start”. Słoneczne światło, wpadające przez okno do pokoju, wraz z upływem czasu zmieniało nieznacznie swój kolor. Co jakiś czas przez szybę widać było sylwetkę człowieka wychodzącego z muzeum lub ptaka, który przemykał między gałęziami drzew.

Redaktor wypytywał nas po kolei o nazwy przyjmowanych leków, efekty uboczne, samopoczucie w szpitalu, rodzaje posiłków i przebieg „powrotu do normalnego życia”. Kobieta mówiła najwięcej, ja i młodzieniec próbowaliśmy przebić się przez potok jej słów, ale nawet jeśli nam się to czasem udało, to i tak po chwili kobieta znów przejmowała ster i kierowała rozmowę na swoje problemy. Kiedy zaczynała swój długi monolog, młody człowiek zapalał papierosa, a ja oddawałam się obserwacji ruchów ręki Y.

Mimo że sprawa słuchu była dla mnie bardzo ważna, myślałam tylko o Y – sama nie umiałam wytłumaczyć sobie, dlaczego tak się dzieje. Od czasu wyjścia ze szpitala po raz pierwszy miałam okazję słyszeć tylu ludzi naraz. Być może obawiałam się nawrotu choroby i podświadomie próbowałam skupić się na czymś innym niż dźwięki? Albo jego palce kryły w sobie coś bardzo dla mnie ważnego? W każdym razie przyglądając się im, czułam błogi spokój.

Zastanawiało mnie tylko, dlaczego żadna z pozostałych trzech osób nie zwraca uwagi na Y. Redaktor od początku prowadził spotkanie tak, jakby stenografa w ogóle tam nie było. Kobieta i młodzieniec zachowywali się podobnie. Nikt na niego nie patrzył, nikt się do niego nie odzywał. Y siedział w kącie, jakby był jakąś starą, zapomnianą wazą.

Kiedy sprzątnięto filiżanki po kawie i przyniesiono chińską herbatę, redaktor westchnął głęboko i zapowiedział, że zada teraz ostatnie pytanie.

– Jak państwo wiecie, przyczyna głuchoty czuciowo-nerwowej nie jest znana, ale czy macie państwo jakieś podejrzenia? Czy wydarzyło się w waszym życiu, pracy, może jakieś osobiste sprawy, coś, co mogło zainicjować chorobę?

Pierwsza, oczywiście, zabrała głos kobieta.

– Tak, było coś takiego. Moja teściowa miała wylew i zmarła po pięciu latach śpiączki. Właśnie skończyłam wszystkie sprawy związane z pogrzebem i wreszcie trochę odetchnęłam, kiedy to się zaczęło. Teściowa źle mnie w młodości traktowała. Płakałam przez nią wiele razy. Dlatego te ostatnie pięć lat to był dla mnie koszmar: byłam wyczerpana nie tylko fizycznie, ale i psychicznie. No i to wszystko odbiło się na uszach. Tak myślę.

Młody mężczyzna odpowiedział jednym zdaniem, że nic takiego nie przychodzi mu do głowy. A stres i zmęczenie związane z egzaminem na studia? A zmiana środowiska po skończeniu liceum? – redaktor nie dawał za wygraną, ale student kręcił tylko głową, nie okazując zainteresowania.

Zostałam tylko ja. Hm… Moje życie osobiste a choroba uszu? Nie umiałam powiązać tych dwóch rzeczy, więc przez jakiś czas milczałam. Istotnie, choroba rodzi się w psychice, a kiedy się rozwinie, nasze życie zaczyna jej podlegać. Nie ma chyba choroby, której źródła nie dałoby się odnaleźć w psychice. Gdy tak pogrążałam się w rozmyślaniach, ręka Y czekała, niczym motyl, który przysiadł i dla odpoczynku złożył na chwilę skrzydła. Jeśli czegoś nie powiem, ta ręka nie będzie się poruszać – pomyślałam i moje własne milczenie zaczęło sprawiać mi przykrość.

– Nie mogę sobie przypomnieć. Tyle rzeczy się wtedy działo, nie pamiętam dokładnie kolejności ani co z czego wynikało. Bardzo trudno to uporządkować. Która z tych rzeczy miała związek z moimi uszami? Hm… Może to trwało od urodzenia? Jedno tylko jest pewne. Dzień wcześniej, przed tym porankiem, gdy usłyszałam flet, mój mąż wyprowadził się z domu.

Kiedy już to powiedziałam, zdziwiłam się, że zabrzmiało to tak normalnie. W końcu niewielka różnica – śmierć teściowej czy odejście męża. Mimo to kobieta spojrzała na mnie ze współczuciem.

– Krótko mówiąc, zamieszkaliśmy osobno. Ale ja osobiście wciąż nie wierzę, że to miało ze sobą związek. Wprawdzie w klinice F też mówili, że takie nadwyrężenie sił psychicznych i fizycznych jest najgroźniejsze, ale… No cóż, jeśli ktoś potrzebuje prostego wyjaśnienia, to oczywiście mógł to być powód.

Aromat chińskiej herbaty, intensywny jak woń wybujałych, czerwonych kwiatów, wypełnił pokój. Nie mogłam swobodnie oddychać i przeszła mi ochota na herbatę. Usłyszałam szum wody, dochodzący z głębi hotelu. Być może ktoś chciał się wykąpać, a może to tylko moje urojenie? Niepewna swojego słuchu, nie umiałam tego rozstrzygnąć.

– Możecie mi państwo nie uwierzyć, ale ja miałam przeczucie, że zachoruję. Nie żebym rozpoznała jakieś wcześniejsze symptomy, po prostu – przeczucie. I to dużo wcześniej, zanim usłyszałam flet. W czasach, kiedy nie miałam jeszcze żadnych objawów, czułam, że coś dziwnego może stać się z moimi uszami. Kiedyś stałam przed lustrem i czesałam włosy. Zobaczyłam odbicie swoich uszu. Trwało to moment. Zwykle nikt nie zwraca na coś takiego uwagi. A ja nie mogłam oderwać od nich wzroku. Moje uszy wydały mi się czymś bardzo niezwykłym. To było tak, jakbym je zobaczyła po raz pierwszy w życiu. Wodziłam palcami po małżowinie, badając jej kształt, porównywałam układ wgłębień i wypukłości obu uszu, dotykałam płatków, żeby sprawdzić ich miękkość. Jeśli się dobrze przyjrzeć, uszy to bardzo skomplikowany i dziwny organ. No i nie można ich zobaczyć, chyba że w lustrze. To też nie dawało mi spokoju. Miałam wielką ochotę przyjrzeć się im z bliska. Położyć na dłoni. Nie wiem dlaczego. W głowie mojego męża jeszcze nie zrodziła się myśl, żeby mnie opuścić. Nie miałam żadnych problemów. Tylko to przeczucie związane z uszami. To było tu, we mnie, czułam to w piersi.

Kiedy położyłam rękę na piersi, nieco poniżej lewego obojczyka, Y na moment podniósł głowę i spojrzał na mnie. Wtedy, jak mi się wydaje, po raz pierwszy spotkaliśmy się wzrokiem. To był ułamek sekundy, nie byłam w stanie zapamiętać kształtu ani wyrazu jego oczu. Jego spojrzenie, jak spadająca gwiazda, przemknęło i znikło.

Nie może zapisać niczego poza słowami – pomyślałam zmartwiona. To jak utrwali na papierze, że położyłam rękę na piersi?

Słońce zaczęło już zachodzić, kiedy spotkanie dobiegło końca. Drzwi do muzeum zamknięto, drzewa stopniowo pogrążały się w gęstniejącym mroku. Nasza trójka, ja, student i kobieta, spojrzeliśmy na siebie nawzajem i wymieniliśmy zdawkowe uśmiechy. Dama schowała chusteczkę do torebki, a młodzieniec przeciągnął się.

Redaktor wielokrotnie podziękował za „tak ważne” wywiady i porządkując papiery, rozdał nam honoraria. W trakcie tego małego zamieszania kelnerka przyniosła posiłek. Było to lekkie, francuskie danie – udka drobiowe z grzybkami shimeji i brokułami. Przygotowano też rozmaite napoje. Na wózku wjechało kilka rodzajów wina, piwa i woda mineralna.

Postanowiłam porozmawiać z Y podczas posiłku. Może nakłonię go, żeby pokazał mi pismo stenograficzne? – pomyślałam. Spojrzałam w prawo, spodziewając się zobaczyć Y. Nie było go tam jednak.

Zniknęły też teczka, magnetofon, niebieski długopis i papier – jednym słowem, wszystko. Pewnie po cichu wyszedł tymi samymi drzwiami, których używała kelnerka, podczas gdy ja podpisywałam pokwitowanie za honorarium albo zajęłam się serwowanym daniem. Nie usłyszałam również, jak chowa swoje rzeczy do teczki, nie zauważyłam, kiedy wstał i przemknął za moimi plecami do wyjścia. Zniknął, jakby rozpłynął się w powietrzu.

– Dziękuję jeszcze raz wszystkim. Proszę, częstujcie się – powiedział redaktor z promiennym uśmiechem.

Młodzieniec zgasił papierosa, a dama wbiła widelec w zieloną, sprężystą cząstkę brokułu. Nikt nie zwracał uwagi na Y, kiedy jeszcze tu był, i nikogo nie obchodziło, że zniknął. Tylko ja, trzymając wciąż nierozłożoną serwetkę w rękach, spoglądałam na krzesło, które zajmował. Było puste i smutne. Ta pustka, jak próżnia, zdawała się pochłaniać wspomnienie, że ktoś tam siedział. Być może na oparciu krzesła pozostał ślad wgniecenia, ale mogło mi się tak tylko wydawać.

2

Niepotrzebnie tak szybko wyszłam wtedy ze szpitala. Skutek był taki, że zaraz następnego dnia musiałam wrócić do kliniki F. Przez to jedno wyjście do hotelu nastąpił nawrót choroby i to do najgorszego jej stadium. Zmęczenie po spotkaniu nie opuszczało mnie, mimo że przespałam noc. W moich uszach, niczym złowrogie echo, błąkały się różne dźwięki. Te drobne, ciche odgłosy, jakie wydaje jedna osoba w pustym mieszkaniu, grzmiały w mojej głowie niczym wielkie, rozstrojone organy. Czy to w czasie śniadania dźwięk rozłupywania skorupki jajka, czy szelest stron gazety, nawet ciche chrupnięcie chleba w ustach – wszystko to tworzyło razem dysharmonię i brzmiało ze zwielokrotnioną siłą.

Dostałam ten sam pokój numer dwanaście. Przez okno widać było te same kasztanowce i hotelowy podjazd. Życie w szpitalu toczyło się według sztywnych, ale prostych zasad. Rano, o siódmej, do pokoju wchodziła pielęgniarka z dziennej zmiany. Przynosiła termometr i aparat do mierzenia ciśnienia. Jak najwolniej odsłaniała zasłony. Zgrzyt żabek przesuwanych po szynie karnisza można by porównać do grzmotu pioruna, gdyby ten uderzył w moją poduszkę. Pielęgniarka zawsze zapisywała na karcie moją temperaturę, puls i ciśnienie. Nie bardzo rozumiałam, jaki związek mają te trzy wartości ze słuchem, i odnosiłam wrażenie, że była to dość okrężna droga leczenia mojej choroby. Niemniej jednak pomiar tych trzech rzeczy, niczym święty rytuał, odbywał się codziennie, bez wyjątku. Zawsze modliłam się wtedy w duchu, żeby pielęgniarka nie upuściła torby z aparatem albo długopisu na podłogę.

Śniadanie nie było wyszukane, ale smaczne. W porównaniu, na przykład, ze szpitalem położniczym, klinika otolaryngologiczna ma zwykle znacznie mniej pacjentów, dlatego czuje się różnicę w jakości posiłków. Strączki fasolki były obrane z łyka, a zupa zawsze dobrze podgrzana. Dokładnie o siódmej trzydzieści, dwunastej i szóstej pielęgniarka wchodziła do pokoju z tacą.

Raz przed południem i raz po południu przychodził na obchód lekarz dyżurny. Nie było żadnego badania. „Jak się pani dzisiaj czuje?” – pytał. „Nie najlepiej” – odpowiadałam. „Spokój, tylko spokój” – mówił z uśmiechem, a ja kiwałam głową, leżąc w łóżku. To wszystko. Ponieważ jednak rozmawialiśmy szeptem cichszym, niż kiedy mówi się coś komuś na ucho w tajemnicy, nasze spotkania nabierały dosyć intymnego charakteru. Zbliżaliśmy do siebie twarze jak kochankowie i każde słowo wypowiadaliśmy osobno, posyłając je w gładkiej osłonie oddechu. Inaczej na pewno pękłyby mi bębenki.

Poza tym codziennie przyjmowałam pomarańczową, brązową i zieloną pigułkę. O ósmej wieczorem brałam kąpiel, a o dziewiątej gasiłam światło i zasypiałam. I tak w kółko. Rytualne pomiary, starannie przygotowane posiłki, szept, pigułki, kąpiel – jakbym kręciła się na karuzeli.

Spędzenie dnia