Wydawca: HarperCollins Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 250 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Miłość na deser - Nora Roberts

 

Summer Lyndon jest prawdziwą artystką deserów. Jej kulinarny kunszt doceniają elity w Europie i w Ameryce. Nic dziwnego, że wysoko ceni swoje umiejętności i nie od razu chce współpracować z Blakiem Cocharanem, właścicielem sieci luksusowych hoteli. Dopiero gdy ten przyjmuje jej wygórowane żądania, Summer zgadza się zostać szefem kuchni w jego restauracji. Blake ani przez moment nie żałuje swojego ustępstwa – wręcz przeciwnie, im więcej czasu spędza z tą utalentowaną i wymagającą kobietą, tym bardziej czuje się zauroczony jej sławnymi deserami i nią samą…

Opinie o ebooku Miłość na deser - Nora Roberts

Fragment ebooka Miłość na deser - Nora Roberts

Nora Roberts

Miłość na deser

Tłumaczyła Anna

MENU

Zakąska:

Mule St. Jacques

Zupa:

Chłodnik z pomidorami Madrilevne

Sałatka:

Sałatka florencka

Danie główne:

Antrykot Bordelaise

Dodatki:

Ziemniaki pieczone z masłem

Fasolka almondine

Deser:

Bomba w czekoladzie

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Miała na imię Summer [1]. Słowo to przywodziło na myśl kwitnące łąki, gwałtowne burze, niekończące się wieczory oraz popołudniowe drzemki w cieniu.

Summer stała poważna i wyprostowana, z najwyższą uwagą wykonując swoje zadanie. Nikt nie śmiał zakłócić ciszy panującej w kuchni. Jedynie z oddali słychać było scherzo Chopina. Cała uwaga zebranych skupiona była na tej niedużej, kobiecej postaci o ciemnych, elegancko upiętych włosach. Szmaragdowe kolczyki dyskretnie zdobiły kształtne uszy.

Cerę miała zdrową, lekko zaróżowioną. Dyskretny róż podkreślał szlachetną linię kości policzkowych, a wyrazisty makijaż stanowił oprawę dla ciemnych, orzechowych oczu. Lekko zaciśnięte usta demonstrowały skupienie.

Mimo że była ubrana w biały kucharski fartuch, przyciągała wzrok niczym barwny motyl. Publiczność wpatrywała się w nią, jakby nie chciała uronić ani jednego słowa – lecz postać królująca pośrodku kuchni odprawiała swój rytuał w milczeniu.

Summer nie zwracała najmniejszej uwagi na tłoczących się wokół ludzi. Tylko jedna rzecz liczyła się teraz dla niej: perfekcja.

Z namaszczeniem uniosła ostatnią wisienkę i umieściła ją na deserze Savarin. W jednej chwili żmudne godziny, które spędziła w kuchni, przygotowując ów majstersztyk, odeszły w niepamięć razem z gorącem, bólem krzyża i opuchniętymi nogami. Liczył się tylko ostateczny kształt autorskiego dzieła Summer Lyndon. Deser może wyśmienicie smakować, cudownie pachnieć i łatwo się kroić, ale jeśli nie będzie miał odpowiedniego wyglądu, ani smak, ani zapach nie zrobią wrażenia na gościach.

Z pieczołowitością artysty nasączyła pędzelek morelowym lukrem, po czym zwilżyła nim owoce i migdały.

Ciszę, która towarzyszyła jej poczynaniom, można było kroić nożem.

Teraz Summer zabrała się do wypełniania wnętrza deseru gęstym kremem. Zawsze robiła wszystko sama. Nie ufała cudzym rękom.

Cofnęła się o krok, by ocenić swoją pracę, i w skupieniu analizowała każdy szczegół dekoracji.

Wreszcie uniosła dłoń w efektownym geście, kończącym pokaz.

– Możecie go zabrać.

Dwóch kelnerów uniosło tacę, rozbrzmiały oklaski i posypały się słowa uznania. Summer przyjęła je ze spokojną godnością. Wiedziała, kiedy jest czas na dumę, a kiedy na skromność. Savarin z całą pewnością zasługiwał na to pierwsze. Był po prostu królewski. Włoski hrabia zażyczył sobie popisowy deser, mający ukoronować przyjęcie zaręczynowe córki, i słono za niego zapłacił. Summer dostarczyła produkt odpowiadający jego oczekiwaniom.

– Mademoiselle! – Foulfount, francuski specjalista od ostryg, porwał Summer w ramiona, pełen zachwytu i uwielbienia. – Incroyable! – Wylewnie ucałował ją w oba policzki i serdelkowatymi palcami pieszczotliwie ścisnął podbródek, jak ściska się świeżą bułeczkę.

Summer uśmiechnęła się po raz pierwszy od wielu godzin.

– Merci.

Butelka wina otwarta na jej cześć krążyła już po kuchni. Summer podała kieliszek Francuzowi.

– Obyśmy mieli jeszcze okazję pracować razem, mon ami – powiedziała, z uśmiechem wznosząc toast.

Odstawiwszy kieliszek, zdjęła czepiec szefa kuchni i wymknęła się do jadalni. Pośród marmurowych posadzek i olbrzymich świeczników jej Savarin prezentował się doskonale.

Dwie godziny później była już w samolocie. Drzemała w fotelu, a otwarta książka zsuwała się z jej kolan. Spędziła w Mediolanie trzy dni, aby przygotować jedno danie, i nie było w tym nic nadzwyczajnego. Piekła już Charlotte Malakoff w Madrycie, prażyła Crêpes Fourées w Atenach i komponowała Ile Flottante w Istambule. Za odpowiednią sumę Summer Lyndon potrafiła stworzyć danie długo pozostające w pamięci tych, którzy mieli szczęście je skosztować.

Uważała się za profesjonalistkę, nie gorszą od chirurga pod względem kwalifikacji. Studiowała, odbywała liczne staże i praktyki. Pięć lat po uzyskaniu tytułu kucharza cordon bleu[2] w Paryżu, gdzie sztuka kulinarna stanowi istotną dziedzinę życia, była już znana ze swojego żywiołowego temperamentu, komputerowej pamięci i wirtuozerskiej sprawności.

Wiedziała, że lot minie szybciej, jeśli zaśnie lub odda się lekturze. Należała do ludzi, którzy cenią sobie sen i odpoczynek.

W Filadelfii czeka ją mnóstwo pracy. Musi przygotować bombe na bal dobroczynny u senatora, pokazać się na dorocznym spotkaniu Stowarzyszenia Smakoszy, nagrać prezentację dla telewizji i jeszcze pójść na jakieś spotkanie...

Co mówił ten świdrujący, ptasi głos w słuchawce? Próbowała przypomnieć sobie szczegóły. Drake? Nie. Blake? Tak, Blake Cocharan. Trzeci z dynastii właścicieli ogromnych hoteli.

Swoją drogą, pomyślała, ziewając przeciągle, lubię te hotele.

Była stałą klientką owej sieci oplatającej cały świat.

I oto sam pan Cocharan miał dla niej propozycję.

Przypuszczała, że chodzi o jakiś ekskluzywny deser, opracowany wyłącznie dla Cocharan House i do serwowania w hotelowych restauracjach. Nie miała nic przeciwko takim propozycjom, dopóki warunki były rozsądne, a stawka – godziwa. Oczywiście będzie musiała przyjrzeć się dokładnie przedsięwzięciu Cocharana, nim zdecyduje się firmować je swoim nazwiskiem.

Stwierdziła, że zajmie się tym później, po spotkaniu z „Trzecim”.

Blake Cocharan Trzeci...

Wyobraziła sobie tłustego, łysiejącego i flegmatycznego faceta. Preferującego włoskie buty, szwajcarskie zegarki, francuskie koszule, niemieckie samochody, a do tego uważającego się za prawdziwego Amerykanina.

Obraz, który stworzyła w wyobraźni, szybko ją znudził. Opuściła oparcie fotela, zdecydowana oddać się kolejnej drzemce.

Blake Cocharan rozpierał się wygodnie na miękkim pluszu kanapy w swojej limuzynie. Przeglądał raport z budowy nowego hotelu w Saint Croix. Miał dar kojarzenia strzępków najróżniejszych informacji i układania ich w spójną, logiczną całość. Chaos jawił mu się jako rodzaj swoistego porządku, który należało jedynie przełożyć na ciąg przyczynowo-skutkowy. Logika była bowiem jego drugą naturą. Punkt A prowadził niewątpliwie do punktu B, skąd bezwzględnie wynikało C. Uważał, że przy odrobinie cierpliwości i dyscypliny znajdzie wyjście z każdego labiryntu.

Dzięki owej żelaznej logice Blake w wieku trzydziestu pięciu lat kontrolował większość hotelowego imperium rodziny. Nie dbał o pieniądze, gdyż urodził się bogaty, ale cenił pozycję, którą osiągnął dzięki ciężkiej pracy.

Jakość była jego znakiem firmowym. Wszystko w hotelach sieci Cocharan House musiało być najlepsze, od fundamentów po pościel.

Raport na temat Summer Lyndon dowodził, że ona również jest najlepsza.

Blake odłożył papiery z Saint Croix i sięgnął do aktówki.

– Summer Lyndon – powiedział głośno, otwierając papierową teczkę.

Lat dwadzieścia osiem, absolwentka Sorbony, dyplomowany kucharz cordon bleu. Ojciec, Rothshild Lyndon, szanowany członek brytyjskiego parlamentu. Matka, Monique Dubois-Lyndon, była gwiazda francuskiego kina. Rozwiedzeni od dwudziestu trzech lat. Lata szkolne Summer spędziła w Londynie i Paryżu. Po ślubie matki z pewnym amerykańskim przemysłowcem obie osiadły w Filadelfii. Następnie panna Lyndon wróciła do Europy, aby dokończyć studia. Matka wyszła za mąż po raz trzeci, tym razem za barona przemysłu papierniczego. Ojciec Summer żyje w separacji z drugą żoną, wziętą prawniczką.

Przestudiowawszy rekomendacje zawodowe mistrzyni kuchni, Blake doszedł do wniosku, że jeśli chodzi o desery, Summer jest istotnie najlepsza, i to po obu stronach Atlantyku. Jest także znakomitym szefem kuchni. Ma intuicję, potrafi być kreatywna i nie boi się improwizacji. Lubi też rządzić, bywa kapryśna i szczera do bólu. Nie przeszkodziło jej to, jak widać, w wejściu do światowych elit, gdyż obracała się wśród polityków, artystów oraz ludzi dobrze urodzonych.

Konkluzja była prosta: jeśli nawet ta kobieta ma swoje dziwactwa i kaprysy, jej mus rzuca na kolana.

Blake nie miał zamiaru padać nikomu do stóp. Chciał pozyskać Summer dla Cocharan House i był pewien, że bez zastrzeżeń przyjmie jego warunki. Lyndon to silna kobieta, rozumował, a takie nie lubią ludzi o słabym charakterze, zwłaszcza w interesach. Na szczęście nie zaliczał się do nich.

Z podziwem pomyślał, że niewielu kobietom udało się zdobyć równie wysoką pozycję, zwłaszcza w tak specyficznym zawodzie. Choć rodzaj żeński jak świat światem zajmował się gotowaniem, szefami kuchni niemal zawsze byli mężczyźni.

Wyobraził sobie sylwetkę Summer, zaokrągloną od ciągłego smakowania własnych produktów, jej podniszczone dłonie i skórę o niezdrowym odcieniu. Choć z pewnością jest zorganizowana, logicznie myśląca, inteligentna i kulturalna, ciągłe siedzenie w czterech kuchennych ścianach musiało wywrzeć na niej swoje piętno.

Był jednak pewien, że się dogadają.

Spojrzał na zegarek i z zadowoleniem stwierdził, że przybył punktualnie.

– Będę za godzinę – oznajmił szoferowi.

Blake przyjrzał się staremu, ale dobrze utrzymanemu budynkowi. Okna czwartego piętra były szeroko otwarte. Dobiegała z nich delikatna muzyka, zagłuszana hałasem ulicy. Gdy wszedł do środka, przekonał się, że jedyna winda w budynku jest nieczynna.

Zmęczony wędrówką po piętrach, zapukał do drzwi. Otworzyła mu drobna kobieta, ubrana w koszulkę i czarne, obcisłe dżinsy.

Służąca?

Uważnie przyjrzał się twarzy kobiety. Klasyczne rysy, bez makijażu, delikatne, ładnie wykrojone usta. Pociągająca, pomyślał, lecz natychmiast przywołał się do porządku. Nie zwykł podrywać służby.

– Blake Cocharan do pani Lyndon – przedstawił się.

Lewa brew Summer nieznacznie się uniosła, a kąciki ust drgnęły.

Nie jest tłusty, zauważyła z aprobatą. Ma mocną sylwetkę, ale jest gibki i wysportowany. Tenis, squash, pływanie – tak, to bardziej do niego pasowało niż obfite biznesowe obiadki i długie zebrania zarządu, jak to sobie wcześniej wyobrażała.

Łysiejący? Dyskretnie zerknęła na czubek jego głowy. Nic podobnego!

Włosy miał gęste, czarne. Zaczesane do tyłu, lekko falowały, dodając twarzy tajemniczej zmysłowości. Mocno zarysowane kości policzkowe świadczyły o sile charakteru, a prosta linia podbródka z niewielkim dołeczkiem – o uroku osobistym. Ciemne brwi rysowały się zdecydowaną linią nad przejrzystymi, błękitnymi oczami. Usta miał trochę za duże, ale o pięknym kształcie. Nos klasyczny, taki jaki lubiła u mężczyzn.

Jeśli chodzi o strój, trafiła w dziesiątkę. Włoskie buty, szwajcarski zegarek, francuska koszula – wszystko się zgadzało, choć musiała przyznać, że inaczej wyobrażała sobie Blake'a Cocharana Trzeciego.

Blake nie mógł oderwać oczu od tej urodziwej kobiety. Takich ust pragnąłby skosztować każdy mężczyzna.

– Proszę wejść, panie Cocharan. – Summer cofnęła się, uchylając drzwi. – Dziękuję, że zgodził się pan na spotkanie tutaj. Proszę usiąść. Niestety, jeszcze przez chwilę będę zajęta w kuchni – powiedziała i z przepraszającym uśmiechem zniknęła w korytarzu.

Blake już otwierał usta, aby dać do zrozumienia, że nie zwykł przyjmować dyspozycji od służącej. Zrezygnował jednak, ciekaw, co będzie dalej.

Rozejrzał się po pokoju. Wystrój był fantazyjną mieszanką stylów i epok. Lampy miały klosze z długimi frędzlami, rzeźbiona sofa obita była niebieskim aksamitem, a w kącie stał bogato zdobiony stół. Na podłodze leżały dwa dywany o stonowanych odcieniach błękitów i szarości, na serwantce zaś stała piękna waza z epoki dynastii Ming. Obok niej kolorowe potpourri w naczyniu z drezdeńskiej porcelany rozsiewało delikatną woń.

Pokój powinien razić pretensjonalnością, a tymczasem fascynował bogactwem form. Na stole zalegały w twórczym nieładzie papiery i notatki. Przez okno wpadały odgłosy ulicy, które mieszały się z muzyką Chopina, odtwarzaną na najnowocześniejszym sprzęcie.

Blake, nie ruszając się z miejsca i chłonąc fascynujące otoczenie, zastanawiał się, czy kobieta, która go wpuściła, to Summer Lyndon. Po chwili, zaintrygowany napływającym do pokoju słodkim zapachem, z wahaniem ruszył do kuchni.

Sześć złocistych ciasteczek spoczywało na blacie. Summer wypełniała je po brzegi białym, gęstym kremem. Na jej twarzy malowało się skupienie i powaga, które można by śmiało przypisać neurochirurgowi wykonującemu skomplikowaną operację. Sącząca się z salonu klasyczna muzyka, taniec delikatnych dłoni i pełna nieuchwytnego napięcia atmosfera oczarowały Blake'a, choć wrodzony praktycyzm nakazywał mu dystans.

Summer polewała teraz ciastka rozgrzanym karmelem, który obficie spływał po bokach i zastygał w fantazyjnym kształcie. Blake marzył, aby jak najszybciej skosztować tych delicji. Tymczasem gospodyni starannie układała ciasteczka na ozdobnej tacy. Dopiero kiedy skończyła, przypomniała sobie, że ma gościa. Uniosła głowę i spojrzała na Blake'a.

– Napije się pan kawy? – Zmarszczka skupienia zniknęła z jej czoła, a rysy zmiękły.

Cocharan wciąż wpatrywał się w łakocie. Jakim cudem ta kobieta zachowała idealną figurę, obcując bez przerwy z takimi pysznościami?

– Tak, chętnie – wybąkał, z trudem odrywając oczy od srebrnej tacy.

– Jest świeżo zaparzona – powiedziała, unosząc tacę. – Zaniosę tylko wypieki do sąsiadki. – W słoju są pierniki – dodała, odwracając się w drzwiach. – Proszę się poczęstować. Zaraz wrócę.

Zniknęła, a wraz z nią czarodziejskie ciasteczka. Blake rozejrzał się po kuchni, która przypominała pobojowisko. Summer Lyndon była równie wyśmienitą kucharką jak bałaganiarą.

Zaczął szperać po szafkach w poszukiwaniu filiżanki, a gdy wreszcie ją znalazł, uległ pokusie. Rozejrzał się, czy na pewno nikt go nie widzi, i zachłannie przeciągnął palcem po krawędzi miski po kremie. Długo smakował resztki specjału, wydając pomruki aprobaty i z zachwytem mrużąc oczy. Krem miał bogaty, prawdziwie francuski smak.

Blake jadał w najlepszych restauracjach i w najbardziej arystokratycznych domach, ale nigdy nie próbował czegoś tak pysznego. Summer Lyndon wiedziała, co robi, wybierając desery jako specjalizację. W ten sposób najszybciej można było trafić do serca konsumenta.

Gdy rozglądał się za filiżanką, natknął się na słój w kształcie misia pandy, wypełniony ciasteczkami. Skoro zabrano mu sprzed nosa jeden przysmak, postanowił spróbować innego. Poza tym był ciekaw, co jeszcze stworzyła mistrzyni haute cuisine[3]. Uniósł głowę pandy, wyjął ciasteczko i zastygł w bezruchu.

Każdy Amerykanin rozpoznałby ów prosty pierniczek, zwany oreo. Blake wpatrywał się w przysmak z podwójną ilością nadzienia, powoli obracając go w palcach. Nie wierzył, że tak plebejskie ciastko jest dziełem rąk tej, która piekła dla królowej matki.

Był szczerze rozbawiony, wrzucając oreo z powrotem do słoika. W ciągu swojej kariery spotkał się z wieloma dziwactwami, nie wyłączając własnych. A jednak ktoś potrafił go jeszcze zadziwić.

Summer pojawiła się w kuchni, gdy nalewał sobie kawę.

– Przepraszam, że kazałam panu czekać, panie Cocharan. To naprawdę nieuprzejme z mojej strony. – Powiedziała to z uśmiechem, pewna, że nietakt zostanie wybaczony. – Obiecałam sąsiadce trochę słodyczy, gdyż wydaje małe przyjęcie zaręczynowe. – Szybko zaparzyła sobie kawę. – Poczęstował się pan? – spytała, zaglądając do słoika-pandy.

– Nie, ale proszę się nie krępować.

Summer wyjęła ciasteczko i zaczęła je łakomie pogryzać.

– Usiądźmy i porozmawiajmy o pana propozycji – powiedziała, idąc w stronę salonu.

Rzeczowa z niej babka, pomyślał, uśmiechając się. W jednym przynajmniej się nie pomylił.

Ruszył za nią do salonu. Źródłem sukcesów Blake'a był szybki, analityczny umysł, który konsekwentnie radził sobie z każdym problemem. W tej chwili musiał się zastanowić, jak podejść do kobiety pokroju Summer Lyndon.

Szlachetna, bardzo francuska w typie twarz przywodziła mu na myśl urok Lasku Bulońskiego. Akcent świadczył o europejskiej proweniencji i starannym wykształceniu. Francuska frywolność w niezwykły sposób współistniała w jej osobowości z brytyjską dyscypliną.

Włosy miała upięte, z pewnością z powodu nieludzkiego upału, jaki tego dnia zalewał miasto. W uszach pobłyskiwały kolczyki, ale w rękawie koszulki, którą nosiła, świeciła dziura.

Usiadła na sofie, podkulając pod siebie nogi. Paznokcie stóp raziły Blake'a ognistą czerwienią, kontrastując z nieozdobionymi dłońmi. Dotarł do niego jej zapach – woń karmelowych ciasteczek, spod której przebijało coś francuskiego i niesłychanie podniecającego.

W jaki sposób rozmawiać z taką kobietą? Użyć pochlebstwa, męskiego uroku czy zasypać faktami i statystykami? Była perfekcjonistką i miała nie byle jaki charakterek. Odmówiła usług znanemu politykowi, bo nie zgodził się przetransportować jej przyborów kuchennych do swojego kraju. Zainkasowała fortunę za dwudziestopiętrowe tortowe cacko dla hollywoodzkiej gwiazdy. A przed chwilą upiekła ciasteczka dla sąsiadki i sama zaniosła je na tacy. Blake wolałby wiedzieć, z kim ma do czynienia, zanim podejmie rozmowę. Lubił ryzyko, ale w określonych granicach.

– Poznałem pani matkę – rzucił swobodnie, obserwując przy tym swoją rozmówczynię.

– Doprawdy? – W głosie Summer rozpoznał zdziwienie, a zarazem tkliwość. – Mama często gości w pańskich hotelach. Ja z kolei jadłam kiedyś obiad z pana dziadkiem. Jaki ten świat jest mały, prawda? – uśmiechnęła się, sadowiąc się wygodniej na sofie.

Ma doskonały garnitur, myślała, sącząc kawę. Znakomicie skrojony i konserwatywny. Podobałby się jej ojcu. Z kolei sylwetka, którą okrywał wytworny materiał, była dobrze zbudowana i wystarczająco wysportowana, by zdobyć uznanie jej matki. Osoba Blake'a Cochrane'a Trzeciego wydała się Summer bardzo interesująca.

Dobry Boże, myślała, przyglądając się jego twarzy – ten gość jest na dodatek niesamowicie przystojny! I przy tym władczy, ale nie szorstki – co bardzo liczyło się dla niej, gdyż zwracała uwagę na oznaki siły charakteru. Ceniła ludzi, którzy szukali własnej drogi, a znalazłszy ją, konsekwentnie trzymali kurs. Oboje zaliczali się do ich grona.

Jej matka powiedziałaby o Blake'u, iż jest séduisant[4], i miałaby rację. Summer dodałaby jeszcze „niebezpieczny”. Mało która kobieta potrafi się oprzeć podobnej kombinacji.

Znów zmieniła pozycję na sofie, bezwiednie się od niego odsuwając. Cóż, interes to interes.

– Zatem orientuje się pani, jak wysokie są standardy Cocharan House – zaczął Blake. Zapragnął, by jej zapach nie był tak kuszący, a usta uwodzicielskie. Nie lubił mieszać przyjemnego z pożytecznym.

– Oczywiście. – Summer odstawiła filiżankę. – Sama często odwiedzam te hotele.

– Słyszałem, że pani jest równie wymagająca jak ja.

W jej uśmiechu dostrzegł cień arogancji.

– Jestem najlepsza w tym, co robię. Nie poprzestaję na byle czym.

Oto pierwszy klucz do tej kobiety! – pomyślał. Zawodowa próżność.

– Wiem o tym, pani Lyndon, i dlatego tu jestem. – Uśmiechnął się z satysfakcją.

– Czego pan się konkretnie po mnie spodziewa?

Zdawała sobie sprawę, że pytanie jest dwuznaczne, ale nie potrafiła się oprzeć pokusie. Lubiła szarżować i często balansowała na krawędzi ryzyka.

W głowie Blake'a zakotłowało się sześć różnych odpowiedzi, z których żadna nie miała związku z celem jego wizyty. Dokończył kawę i odstawił filiżankę.

– Restauracje w Cocharan House są znane ze znakomitego jedzenia i fachowej obsługi. Jednak ostatnimi czasy lokal w Filadelfii podupadł. Osobiście jestem zdania, że potrawy, które serwuje, spowszedniały gościom. Zamierzam dokonać tam wielu zmian.

– Mądre posunięcie – przyznała z zawodowym zrozumieniem. – Restauracje potrafią nudzić, zupełnie jak ludzie.

– Chcę najlepszego szefa kuchni – Blake prostą drogą zmierzał do sedna – czyli panią.

Summer uniosła brwi.

– Schlebia mi pan – odrzekła z namysłem – ale proszę nie zapominać, że mam określoną specjalizację i pracuję na własny rachunek.

– Ma pani również doświadczenie we wszystkich dziedzinach kuchni. Sama dobierze pani zespół i skomponuje menu. Jest pani ekspertem i nie zamierzam się wtrącać.

Zamyśliła się. Propozycja była kusząca. Jedna kuchnia przez dłuższy czas... Była już znużona, nawet znudzona ciągłymi wędrówkami z jednego końca świata w drugi, tylko po to, aby przygotować pojedyncze, pokazowe danie. Blake trafił na dobry moment, by ją zainteresować.

Ta praca mogłaby się stać wyzwaniem, zwłaszcza jeśli dałby jej wolną rękę. Zorganizowałaby kuchnię po swojemu i opracowała autorskie menu dla renomowanego hotelu. Sześć miesięcy wytężonego wysiłku, a potem... Zawahała się. Czy poświęcając tyle czasu i energii jednemu zajęciu, nie popadnie w rutynę? Czy jej sztuka nie straci uroku wyjątkowości?

Summer bardzo pilnowała swojej wolności. Oddanie się jednemu zajęciu lub jednemu człowiekowi oznaczało dla niej rezygnację z wypracowanej przez lata niezależności.

A zresztą, gdyby chciała prowadzić restaurację, otworzyłaby własną.

To, że podróżuje, przybywa do czyjejś kuchni, tworzy tę jedyną, wyjątkową potrawę i rusza dalej, miało dla niej ogromny urok. Dlaczego miałaby teraz wszystko zmieniać?

– Bardzo atrakcyjna oferta, panie Cocharan, ale...

– ...a przy tym korzystna – wszedł jej w słowo, a wiedząc, do czego zmierza, szybko wymienił sześciocyfrową liczbę rocznego zarobku. Zaniemówiła, ale tylko na ułamek sekundy.

– I hojna – podsumowała krótko.

– Doskonale wiem, że jakość ma swoją cenę. Proszę się zastanowić, pani Lyndon. – Mówiąc to, wyciągnął z aktówki plik papierów. – Oto projekt umowy. Oczywiście jestem otwarty na wszelkie uwagi z pani strony.

Nie miała ochoty go czytać. Instynktownie czuła, że ten człowiek próbuje zapędzić ją w kozi róg – pluszowy i miękki jak kanapa w jego limuzynie.

– Panie Cocharan – zaczęła – doceniam pana ofertę, lecz...

– Kiedy już przejrzy pani umowę, chciałbym ją z panią przedyskutować. Może w piątek przy kolacji?

Summer rzuciła mu zimne, badawcze spojrzenie. Doprawdy, ten gość wie, czego chce!

– Przykro mi – odparła z godnością. – W piątek pracuję na balu dobroczynnym u senatora.

– Jaka szkoda. – Blake uśmiechnął się, choć wcale nie było mu do śmiechu. Jego analityczny umysł bohatersko walczył z wizją ich dwojga kochających się na miękkiej leśnej ściółce.

– Może przyjadę tam po panią? – spytał z nadzieją.

– Przykro mi, panie Cocharan, ale moja odpowiedź brzmi „nie” – oświadczyła chłodno Summer.

Blake zdobył się na jeszcze jeden czarujący uśmiech.

– Proszę wybaczyć, jeśli jestem natarczywy, ale była pani pierwszą osobą, o której pomyślałem, planując to przedsięwzięcie.

Wstał, lecz nie doczekał się żadnej reakcji z jej strony.

– W takim razie, jeżeli to ostateczna odpowiedź... – Zebrał dokumenty ze stołu. – ...mam tylko jedną prośbę. Czy mogłaby pani wyrazić swoją opinię na temat Louisa LaPointe'a?

– LaPointe'a? – wykrztusiła, niepewna, czy dobrze słyszy. W uszach Summer to nazwisko zabrzmiało jak złe zaklęcie. Powoli podniosła się z kanapy. – Pyta mnie pan o LaPointe'a? – Jej akcent stał się jeszcze bardziej francuski.

– Tak, i byłbym wdzięczny za jakąkolwiek informację. – Blake, teraz już pewien zwycięstwa, przywołał na twarz najbardziej niewinny uśmiech, na jaki mógł się zdobyć. – Jesteście kolegami po fachu, a zatem...

Nie dokończył zdania, gdyż Summer zaklęła soczyście w języku swojej matki. Wyprostowała się z furią, jak bogini zemsty, która szykuje się do zadania śmiertelnego ciosu.

Sherlock Holmes miał swojego doktora Moriarty`ego, a Superman – Lex Luthora. Summer Lyndon miała Louisa LaPointe`a.

– To oślizgła świnia – wróciła do angielszczyzny. – Ma rozumek Kubusia Puchatka i łapy jak drwal. – Wyszarpała papierosa z torebki. – Wieśniak. Tyle o nim powiem.

– Należy do piątki najlepszych kucharzy w Paryżu – jątrzył Blake. – Canard en crôute w jego wykonaniu to ósmy cud świata.

– Pieprzenie! – syknęła.

Blake musiał bardzo uważać, aby nie parsknąć śmiechem. Zawodowa próżność, oto pięta achillesowa wielkiej Summer Lyndon, pomyślał z satysfakcją.

– Czemu pan mnie w ogóle pyta o LaPointe'a? – Zaciągnęła się papierosem, wypinając biust. Blake z wysiłkiem stłumił przypływ pożądania.

– W przyszłym tygodniu jadę do Paryża, aby się z nim spotkać. Skoro pani odrzuciła moją ofertę...

– Zaproponuje pan to – wskazała papierosem na dokumenty, które Blake wciąż trzymał w dłoni – temu gruboskórnemu jaszczurowi?

– Jest drugą osobą na mojej liście. W opinii niektórych członków zarządu LaPointe lepiej nadaje się do tej pracy.

– Czyżby? – Głos miała szorstki, a wąskie szparki oczu nikły za chmurą papierosowego dymu. Wyrwała mu z ręki papiery i rzuciła na stół. – Najwidoczniej są ignorantami.

– Uważa pani, że nie mają racji?

– Proszę przyjechać po mnie w piątek o dziewiątej. – Energicznym ruchem zdusiła papierosa w popielniczce. Była wrogiem palenia.

– Wedle życzenia, pani Lyndon – odparł z kamienną twarzą. Dopiero na korytarzu, kiedy był już daleko od jej drzwi, dał upust triumfującej radości.

ROZDZIAŁ DRUGI

Trudno jest stworzyć kulinarne dzieło sztuki z mąki, jajek i cukru. Ilekroć Summer brała do ręki trzepaczkę albo mieszadełko, czuła się w obowiązku wykreować coś pięknego. Określenie „wystarczająco”, użyte w odniesieniu do jej pracy, było niewybaczalną obelgą. W jej mniemaniu godne było co najwyżej młodej żony, która po raz pierwszy otwiera książkę kucharską. Summer nie mieszała, nie ubijała i nie piekła – ona komponowała, urzeczywistniała i udoskonalała. Była architektem, inżynierem i naukowcem w jednej osobie. W każdym przedsięwzięciu dążyła do perfekcji.

Cały ranek spędziła w senatorskiej kuchni, gdzie było duszno, gorąco i hałaśliwie. Panował chaos, dania wędrowały z blatu na blat, asystenci zaś pospiesznie uprzątali stoły, które po chwili znów ociekały sosem lub śmietaną. Summer, nie zwracając najmniejszej uwagi na to pandemonium, spokojnie kończyła swój kolejny firmowy deser – bombe.

Wyłożyła lekko wilgotne ciasto do formy, nadając mu wyszukany kształt. Mus o rajskim, śmietankowo-czekoladowym smaku, chłodzony od rana, wypełnił wnętrze deseru.

Na jej żądanie w kuchni rozbrzmiewała muzyka – scherzo Chopina. Skończywszy pierwsze danie, mogła odetchnąć. Była dziś w dobrej formie, choć nieco rozkojarzona.

LaPointe...

Zacisnęła zęby, przypomniawszy sobie jego znienawidzoną fizjonomię. Świadomość, że mógłby zostać wybrany zamiast niej, doprowadzała ją do pasji. Oczywiście domyśliła się, że Blake użył tego nazwiska, by ją podejść, lecz ani trochę nie złagodziło to jej wzburzenia.

Wydaje mu się, że jest cwany, ironizowała, myśląc o Cocharanie. Wzięła głęboki, oczyszczający oddech i pogrążyła się w kontemplowaniu doskonałości złocistej bombe.

Prosić mnie o referencje dla LaPointe'a, co za skandal! – kipiała ze złości.

– Odrażająca francuska świnia – mamrotała pod nosem, rozrzucając jagody po wierzchu deseru. Stwierdziła, że Blake musi być taką samą świnią, skoro rozważa możliwość wyjazdu do Paryża.

Doskonale pamiętała pierwsze spotkanie z tym francuskim kurduplem. Gdy garnirowała boki deseru leśnymi owocami, przyszło jej na myśl, żeby przewrotnie dać LaPointe'owi znakomitą rekomendację. To powinno nauczyć głupiego Amerykańca moresu. Prychnęła wzgardliwie.

Mimo wzburzenia dłonie Summer misternie zdobiły ciasto. Ułożywszy wszystkie owoce, przystąpiła do dekorowania swego dzieła kremem. Jej twarz, z pozoru spokojną i skoncentrowaną, co chwila jednak wykrzywiał grymas złości.

Cóż za zarozumiały typ, myślała o Blake'u. Niby taki uprzejmy i szarmancki, a tymczasem to zwykły manipulant!

Wolałaby mężczyznę twardego, nawet nieco kanciastego, zamiast tego wypolerowanego na błysk pajaca. Kogoś, kto wie, co znaczy giąć kark nad robotą i oblewać się potem. Zamiast tych wyglansowanych paznokci i drogich garniturów wolałaby...

Summer przerwała układanie kremu i wyprostowała się z kwaśną miną. Nagle dotarło do niej, o czym myśli. Od kiedy to rozważa związanie się na stałe z mężczyzną? I co ma z tym wspólnego Blake Cocharan?

Przecież to śmieszne!

Zmarszczyła brwi, czekając, aż asystenci uprzątną stertę brudnych miseczek i talerzyków z jej stołu. Z tyłu dwóch kucharzy kłóciło się zażarcie o jakąś błahostkę. Pośród tego zgiełku zastanawiała się, jak to możliwe, że wciąż rozpamiętuje wczorajszą wizytę Blake'a, przywołując najdrobniejsze szczegóły. Zapamiętała, że miał oczy w odcieniu wody w jeziorze w Devon, a głos głęboki i męski, z nutką północno-wschodniego akcentu. Przypomniała sobie nawet, jak układają się jego usta, gdy jest uśmiechnięty albo zdziwiony.

Było w tym coś niepokojącego. Nie zwykła poświęcać mężczyźnie tyle uwagi, chyba że była z nim związana – a i wtedy zachowywała stosowny dystans.

Teraz liczy się tylko bombe, upomniała się stanowczo. O reszcie pomyśli potem, przy kolacji, na którą dała się namówić.

Blake celowo zjawił się za wcześnie. Przed podpisaniem kontraktu chciał zobaczyć, jak sobie radzi przyszła wspólniczka. Miał bowiem zwyczaj obserwować pracowników i wspólników przy pracy, zanim podejmie jakiekolwiek decyzje.

Choć powtarzał sobie, że przybył tu jedynie w sprawach zawodowych, jego myśli miały podwójne dno. Tamtego dnia opuścił mieszkanie Summer przekonany o zwycięstwie. Wyraz twarzy tej kobiety w chwili, gdy wymienił nazwisko LaPointe'a, był świadectwem jego triumfu. Stało się jednak coś niepokojącego – owa twarz od tygodnia nie znikała z jego myśli.

Pokaźnych rozmiarów kuchnia wydała mu się nieprzyjemna. Obecność Summer sprawiła, że poczuł się skrępowany. Z niepokojem analizował przyczyny swojego stanu ducha. Zwykle, dysponując listą faktów i motywacji, potrafił rozwiązać każdą łamigłówkę.

Cenił piękno w sztuce, w architekturze i u kobiet. Summer bez wątpienia była piękną kobietą, ale to jeszcze nie powód, by czuć się niezręcznie. Inteligencja należała do cech, które nie tylko podziwiał, lecz wręcz wymagał ich od ludzi, wśród których przebywał. Summer była inteligentna, ale to go nie deprymowało. Fakt, że miała też styl i klasę, cieszył go tylko.

Co aż tak niezwykłego ma w sobie ta kobieta? – zastanawiał się, mijając dwóch kucharzy, zażarcie spierających się o kaczkę.

Oczy? Były niebanalne, ze złocistymi plamkami, które ciemniały lub rozjaśniały się w zależności od nastroju. Spojrzenie miała szczere, otwarte, właśnie takie, jakie lubił.

Może seksapil? Głupcem jest mężczyzna, który daje się ponieść emocjom na widok naturalnej kobiecości. Blake nie uważał się za głupca. Nie był też podatny na błahe podniety. A jednak... kiedy zobaczył Summer po raz pierwszy, poczuł, że ogarnia go pożądanie.

Niebywałe. Zupełnie nie w jego stylu. Musi to wszystko zanalizować, a potem usunąć z umysłu. Między wspólnikami nie ma miejsca na pożądanie.

Uśmiechnął się, gdyż nie wątpił, że wkrótce nimi zostaną. Blake ufał swojemu darowi perswazji, a w razie potrzeby mógł wytoczyć najcięższą artylerię w postaci LaPointe'a i urobić Summer, jak tylko zapragnie.

Właściwie już jest urobiona. Nagle stanął jak wryty. Była tam! Pochylona, ledwie widoczna zza deseru, nad którym pracowała, z twarzą zastygłą w skupieniu. Usta, których chyba nigdy nie malowała, były po prostu urzekające.

W białym fartuchu i w bufiastej czapie powinna wyglądać pospolicie, jeśli nie komicznie. Tymczasem była zniewalająco piękna. Blake jak przez mgłę słyszał scherzo Chopina – znak firmowy Summer Lyndon – odgłosy kucharskich sprzeczek, łoskot metalowych naczyń i brzęk delikatnej porcelany. Do jego nozdrzy napływał intensywny zapach egzotycznych potraw, które piętrzyły się dookoła. Jego umysł zaprzątało w tej chwili tylko pytanie, jak Summer wyglądałaby naga, w jego łóżku, w półmroku rozjaśnionym ciepłym blaskiem świec.

Kiedy zdał sobie sprawę, o czym myśli, z konsternacją pokręcił głową. Daj spokój, upomniał się ostro, hormony i interesy to niebezpieczna mieszanina.

Jak dotąd unikał takich sytuacji bez trudu. Swoją wysoką pozycję zawdzięczał umiejętności rozpoznania, oceny i likwidowania błędów w zarodku, zanim zostały popełnione. W takich sprawach nie znał litości.

Kobieta może być równie apetyczna jak przygotowany przez nią deser, ale tak naprawdę nie tego od niej oczekiwał. Potrzebował jej sławnego nazwiska, umiejętności i umysłu. Wolałby poprzestać na tym, a tymczasem musiał stawić czoło bardziej naglącym i przyziemnym potrzebom.

Sam pozostając niezauważonym, obserwował, jak Summer nakłada kolejne warstwy kremu, pieczołowicie wyrównując każdą z nich.

Jest cierpliwa i skrupulatna, mówił sobie, studiując jednocześnie szlachetny kształt jej dłoni. Ich ruchy były zdecydowane i precyzyjne. W ogóle cała sylwetka tej kobiety zdradzała, że nie brakło jej pewności siebie. Dokładnie wiedziała, co robi i co chce osiągnąć. Blake dostrzegł również, że potrafiła całkowicie odgrodzić się od otoczenia. Mogłaby tworzyć swoją bombe na Ben Franklin Parkway podczas największego natężenia ruchu i nie popełniłaby najmniejszego błędu.

Wspaniale, pomyślał z aprobatą. Nie mógłby pracować z kimś, kto wpada w histerię z powodu byle stresu.

Cierpliwie czekał, aż Summer zakończy pracę. Gdy wykańczała dekorację lukrem, zebrał się wokół niej wianuszek personelu. Wszystko było przygotowane i czekano już tylko na deser.

Summer zrobiła krok do tyłu, przyglądając się rezultatowi swojej pracy. Widzowie wydali zgodny okrzyk podziwu, ale wyraz twarzy mistrzyni pozostał niewzruszony. Kilkakrotnie okrążyła deser, sprawdzając i oceniając. Musiał być doskonały, gdyż nie uznawała kompromisów.

Wreszcie na jej twarzy zagościł uśmiech, a oczy przybrały jaśniejszy odcień. Stojąc tam, wśród klaszczącego tłumku, była nie tylko piękna, ale też łagodna, kobieca i ciepła. Blake poczuł się jeszcze bardziej skrępowany. Summer w profesjonalnym, niemal męskim wcieleniu była dla niego łatwiejsza do strawienia.

– Możecie zabrać – powiedziała, z zadowoleniem wycierając ręce w fartuch. Pomyślała, że mogłaby teraz spać przez cały tydzień.

– Deser jest naprawdę imponujący – zauważył Blake.

Summer obróciła się ku niemu powoli.

– Dziękuję. – Jej głos był chłodny, a spojrzenie powściągliwe. Gdzieś pomiędzy jagodami a lukrem doszła do wniosku, że z Cocharanem należy postępować ostrożnie. – Taki właśnie miał być.

– I udało się.

Na stole stała niesprzątnięta miska z czekoladowym kremem. Blake gestem łakomczucha nabrał na palec resztki i posmakował.

– Fantastyczne – powiedział, mlaskając smakowicie, bez skrępowania.

Summer nie zdołała powstrzymać uśmiechu. Rozbawił ją gest chłopca u mężczyzny w drogim garniturze i jedwabnym krawacie.

– Oczywiście, że fantastyczne – powiedziała, odrzucając włosy do tyłu. – Dlatego jestem panu potrzebna, prawda, panie Cocharan?

– Uhm... – odpowiedź mogła być potwierdzeniem, choć równie dobrze mogła znaczyć coś zupełnie innego. Żadne z nich przezornie nie drążyło tematu.

– Musi być pani zmęczona po tylu godzinach pracy – zauważył ze współczuciem.

– Jaki pan bystry – burknęła, zdejmując czapkę.

– W takim razie możemy zjeść kolację u mnie. Jest tam cicho i przytulnie, więc będzie pani mogła się zrelaksować.

Summer posłała Blake'owi nieufne spojrzenie. Kolacje w intymnej atmosferze domowego zacisza jej zdaniem wymagały dużej czujności. Z drugiej strony zawsze dobrze sobie radziła z mężczyznami, a już zwłaszcza z amerykańskimi biznesmenami.

Zdjęła poplamiony fartuch.

– Dobrze. Tylko się przebiorę.

Ruszyła do wyjścia, gdzie czekał na nią niski, wąsaty człeczyna. Porwał jej dłoń i namiętnie uniósł do ust. Blake nie potrzebował słów, aby zrozumieć, o co chodzi temu konusowi. Poczuł irytację, którą z pewnym wysiłkiem udało mu się obrócić w zdziwienie.

Mężczyzna, uwiesiwszy się na jej ramieniu, paplał po francusku z szybkością pistoletu maszynowego. Summer śmiała się i kręciła głową, aż wreszcie oswobodziła się z jego uścisku. Blake przyglądał się z satysfakcją, jak mężczyzna odprowadza ją wzrokiem z miną porzuconego psa, tuląc do serca własną czapkę kucharską.

Ona naprawdę robi wrażenie na facetach. Cocharan znał ten typ kobiet, które bez najmniejszego wysiłku przyciągają uwagę męskiej części populacji. Nie ufał im. Kobieta wyposażona przez naturę w taki dar może owinąć sobie wokół palca, kogo tylko zechce. W życiu osobistym Blake wolał partnerki o bardziej pospolitych, za to niekłopotliwych talentach.

W kuchni rozpoczęła się gehenna sprzątania i mycia naczyń. Przed wyjściem zdążył jeszcze dojść do wniosku, że ten babski talent nie powinien przeszkadzać Summer w pełnieniu obowiązków szefa kuchni Cocharan House w Filadelfii.

Pojawiła się później, niż obiecała. Miała na sobie kreację z cienkiego jedwabiu w kolorze maku, o doskonałym, prostym kroju, idealnie dopasowanym do jej krągłych kształtów. Odsłonięte ramiona zdobiła tylko złota bransoleta, zapięta tuż nad łokciem. W uszach połyskiwały długie, spiralne kolczyki. Włosy, teraz rozpuszczone, falowały swobodnie wokół twarzy.

Wiedziała, że wygląda ekscentrycznie i odrobinę egzotycznie. Wiedziała również, że jest seksowna. Ubierała się różnie, raz w dżinsy, a kiedy indziej w jedwabie, w zależności od nastroju. Tym razem jednak poczuła przewrotną satysfakcję, dostrzegając zachwyt w oczach Blake'a.

Nie jest z żelaza, pomyślała, choć tak naprawdę nie interesował jej prywatnie. Chciała ustalić swoją pozycję, nie pozwolić sprowadzić się do nazwiska nakreślonego pospiesznie na kontrakcie. Ubranie robocze niosła w dużej, płóciennej torbie, przewieszonej przez ramię. Na drugim wisiała elegancka, skórkowa torebka. Królewskim gestem podała dłoń swemu przyszłemu pracodawcy.

– Gotowa?

– Oczywiście.

Dłoń była chłodna, drobna i gładka. Przywodziła na myśl słońce i mokrą, pachnącą trawę.

– Wygląda pani cudownie – skomplementował ją na powitanie.

Jej oczy rozjaśniły się.

– Wiem o tym.

Po raz pierwszy widziała jego pełny uśmiech. Krótki i urzekający. Niebezpieczny. W tej chwili nie była pewna, kto tak naprawdę jest górą.

– Kierowca już czeka – oznajmił Blake, gdy wyszli na ulicę. – Domyślam się, że jest pani zadowolona z bombe. Nie zaczekała pani na uwagi i gratulacje.

Summer odwróciła się do niego, posyłając mu miażdżące spojrzenie.

– Uwagi? Bombe to moja specjalność, panie Cocharan. Za każdym razem jest doskonała i nikt nie musi mi tego mówić. – Wsiadła z gracją do limuzyny, usadowiła się, wygładziła sukienkę i założyła nogę na nogę.

– Tym bardziej należy panią podziwiać – Blake, przeklinając swoje skrępowanie, zajął miejsce na tylnej kanapie – gdyż jest to bardzo skomplikowane danie. O ile mnie pamięć nie myli – mówił już swobodniej – przygotowanie bombe trwa godzinami.

Przyglądała się, jak wyjmuje z lodu butelkę szampana i otwiera ją z cichym pyknięciem.

– Wszystko, co jest dobre, musi być czasochłonne.

– To prawda – podał jej kieliszek. – Za udaną współpracę! – uśmiechnął się, wznosząc go w toaście. – A skoro mamy współpracować, i to blisko, proponuję przejść na mniej oficjalne formy.

Summer przyjrzała się jego twarzy widocznej w świetle ulicznych latarni. Nie miała nic przeciwko temu.

Trochę szkocki wojownik, trochę angielski arystokrata, zawyrokowała. Niebanalne połączenie. Takie jak lubi.

Przytknęła swój kieliszek do jego kieliszka.

– Za udaną współpracę! – Po pierwszym łyku odgadła rocznik szampana.

– Lubisz swoją pracę, Cocharan?

– Bardzo. – Przyglądał się Summer, sączącej złocisty napój. Jej makijaż ograniczał się do nieznacznego podkreślenia rzęs. Przez chwilę zastanawiał się, jaka może być w dotyku jej skóra.

– Z tego, co widziałem przed chwilą, wnioskuję, że i ty lubisz swoją.

– Owszem. – Summer uznała, że czas zmierzyć się z przeciwnikiem. – Mam zasadę, że robię tylko to, co lubię. O ile się nie mylę, myślisz podobnie.

Przytaknął, wyczuwając w jej słowach jakąś pułapkę.

– Szybko się uczysz, Summer.

– Owszem – odparła, podając kieliszek do napełnienia. – Masz znakomity gust, jeśli chodzi o wina. Czy dotyczy to również innych dziedzin?

Ich spojrzenia spotkały się, gdy nalewał szampana.

– Jakich na przykład?

Summer uwielbiała pierwszy kontakt musującego płynu z podniebieniem. Sączyła go powoli, delektując się każdym łykiem.

– Wszystkich. Wydawało mi się, że jesteś człowiekiem wszechstronnym.

Do diabła, do czego ona zmierza?

– Skoro tak twierdzisz – odparł z wymuszoną swobodą.

– Biznesmenem – kontynuowała – szefem. Powiedz mi, czy jeździsz w delegacje?

– To zależy.

– Zastanawia mnie, czemu Blake Cocharan Trzeci zajmuje się osobiście rekrutacją pracowników do swojego hotelu.

Był pewien, że z niego kpi. Co więcej, celowo daje mu to odczuć. Z trudem opanował irytację.

– To przedsięwzięcie jest moją osobistą inicjatywą. Zależy mi na jakości, dlatego nie żałuję czasu na poszukiwania.

– Rozumiem.

Limuzyna zatrzymała się. Summer oddała Blake'owi swój kieliszek.

– W takim razie dziwi mnie, że pomyślałeś o LaPoincie. – Wysiadła z samochodu z godnością królowej.

Ha, utarłam mu nosa, myślała z satysfakcją.

Hotel Cocharan House w Filadelfii liczył dwanaście pięter. Architektura budynku podkreślała kolonialny klimat centralnej części miasta. Blake Cocharan dobrze wiedział, co robi. Elegancja, styl i subtelność – oto wizytówka Cocharan House. Summer musiała przyznać, że takie połączenie w pełni zaspokajało jej potrzeby estetyczne. Wolała ten odrobinę archaiczny świat od krzykliwej nowoczesności. Hol był zaciszny, złocenia może trochę zbyt mdłe, a miękkie dywany wypłowiałe, lecz wszystko zostało celowo zaaranżowane tak, aby stworzyć atmosferę ugruntowanego w ciągu wieków dostatku. Nic dodać, nic ująć.

Blake prowadził Summer pod ramię, odpowiadając skinieniem głowy na liczne „Dobry wieczór, panie Cocharan”. Otworzył drzwi prywatnej windy i stanęli w jej szklanym wnętrzu.

– Czarujące miejsce – odezwała się Summer. – Od lat tu nie byłam i zdążyłam zapomnieć, że jest tak piękne. – Rozejrzała się po windzie. W srebrzystej tafli szkła odbijały się ich sylwetki. – Nie czujesz się ograniczony, mieszkając w hotelu, w którym pracujesz?

– Nie. Tak jest wygodniej.

Szkoda. Kiedy ona kończyła robotę, chciała jak najszybciej uciec od kuchennych zapachów. Podobnie jak jej ojciec i matka, nie lubiła pracy w domu.

Winda zatrzymała się płynnie, prawie niewyczuwalnie.

– Masz całe piętro do swojej dyspozycji?

– Oprócz mojego, są tu jeszcze trzy inne apartamenty. Chwilowo wolne.

Otworzył kluczem skrzydło podwójnych dębowych drzwi i gestem zaprosił ją do środka.

Dobrze dobrał kolory, oceniła Summer, gdy jej stopy zapadły się w miękki, gęsto tkany dywan. W apartamencie królowała szarość – od jasnosrebrzystej po popielatą. W połączeniu z dyskretnym oświetleniem dawała efekt sennej zmysłowości i kojącego spokoju.

Harmonię szarości gdzieniegdzie przełamywały przemyślnie rozmieszczone akcenty kolorów. Granatowe zasłony, mnóstwo pastelowych poduszek rozrzuconych na sofie, soczysta zieleń bluszczu oplatającego jedną ścianę i jaskrawe kolory impresjonistycznego obrazu na drugiej – wszystko to kipiało życiem, ciesząc oko.

Żadnej z tych rzeczy nie chciałaby mieć u siebie, ale spodobało się jej wyczucie stylu i barw.

– Brawo, Cocharan – powiedziała, nie zdając sobie sprawy, że zsunęła z nóg pantofle. – To robi wrażenie – dodała.

– Dziękuję. Napijesz się czegoś? Barek jest pełny. A może pozostaniesz przy szampanie?

Summer, wciąż nastawiona na zwycięstwo, rozsiadła się na sofie.

– Ja zawsze wolę szampana. – Uśmiechnęła się z godnością.

Podczas gdy Blake otwierał butelkę, jeszcze raz przyjrzała się wnętrzu. Nieprzeciętny człowiek, uznała. Zbyt często przeciętność kojarzyła się z nudą, zwłaszcza jej, która przez całe życie zadawała się z bohemą, ekscentrykami i twórcami. Biznesmeni wydawali się jej niezmiernie nudni.

Blake Cocharan był wyjątkiem, co bardzo komplikowało sprawę. Z nudziarzem, nawet najprzystojniejszym, łatwo mogłaby sobie poradzić. Z Cocharanem będzie trudno. Zwłaszcza że nie podjęła jeszcze żadnej decyzji w związku z jego propozycją.

– Twój szampan.

Gdy przeniosła na niego wzrok, Blake'a ogarnęło niezadowolenie. Spojrzenie Summer było taksujące i piekielnie wyrachowane. O co jej tym razem chodzi? I czemu, do diaska, wygląda tak idealnie, tak kusząco, siedząc z podkurczonymi nogami na jego sofie, oparta o stos poduszek?

– Na pewno jesteś głodna – rzekł, zdziwiony, że czuje się niepewnie. – Powiedz, na co masz ochotę. Może coś z menu?

– To nie będzie konieczne – odrzekła, delektując się francuskim szampanem. – Chcę cheeseburgera.

Blake obserwował, jak jedwabna sukienka zmienia odcień przy każdym ruchu.

– Słucham?

– Cheeseburgera – powtórzyła. – Z frytkami. – Uniosła kieliszek, oceniając barwę płynu. – Czy wiesz, że ten rocznik był wyjątkowy?

– Summer... – Blake'owi powoli zaczynało brakować cierpliwości. Włożył ręce do kieszeni. – Jaką ty grę prowadzisz? – Starał się, aby jego głos brzmiał spokojnie.

– Grę? – spytała, ledwie odrywając usta od kieliszka.

– Mam uwierzyć, że dyplomowany kucharz cordon bleu ma ochotę na cheeseburgera z frytkami?

– Dlaczego nie? – Opróżniwszy kieliszek, wstała, by go napełnić. Poruszała się leniwie i zmysłowo. Dyscyplina i powściągliwość, które prezentowała w kuchni, znikły bez śladu. – W twojej kuchni nie ma chudej wołowiny pierwszego gatunku?

– Oczywiście, że jest! – Blake stracił cierpliwość. Ujął Summer za ramię i odwrócił do siebie. – Czemu uparłaś się na cheeseburgera?

– Bo lubię. – Odpowiedź była jak zwykle krótka i jasna. – Jadam również tacos, pizzę i kurczaka z rusztu. Zwłaszcza gdy ktoś inny je przyrządza. To dania szybkie, smaczne i wygodne. – Uśmiechnęła się szeroko, rozluźniona alkoholem. – Nie lubi pan prostego jedzenia, panie Cocharan? – zapytała przekornie.

– Lubię, ale nie spodziewałem się tego po tobie.

– Nie pasuję do twojej wizji gastronomicznego snoba, co? – Zaśmiała się dźwięcznie, kobieco i urzekająco. – Jako szef kuchni mogę ci powiedzieć, że skomplikowane sosy i gęste kremy są ciężko strawne. Poza tym gotowanie to mój zawód. Na co dzień otaczają mnie najwykwintniejsze potrawy, perfekcyjnie przygotowane rarytasy. Dlatego po pracy chcę się zrelaksować. – Opróżniła kieliszek jednym łykiem. – W tej chwili wolę cheeseburgera od filetu z truflami, jeśli nie masz nic przeciwko.

– Jak sobie życzysz – odparł urażony i sięgnął po słuchawkę. Jej argumenty były sensowne, wręcz logiczne. Nie znosił, gdy przeciwnik, stosując jego własną metodę, stawiał go pod ścianą.

Summer podeszła do okna. Lubiła patrzeć na nocne miasto. Budynki sięgały aż po horyzont, a między nimi w ciszy sunęły samochody. Fascynująca gra świateł, ciemności i cieni.

Nie mogła doliczyć się, ile miast oglądała z podobnej perspektywy. Paryż był jej ulubioną metropolią, ale na dłuższe pobyty wybrała Stany. Podobała się jej amerykańska mozaika kulturowa, kontrasty i różnorodność rzucające się w oczy na każdej ulicy. Ceniła ambicję i entuzjazm Amerykanów, których uosobieniem był dla niej drugi mąż jej matki.

Ambicja, pojmowana iście po amerykańsku, zajmowała wysoką pozycję w systemie wartości Summer. Dlatego w życiu osobistym poszukiwała mężczyzny, który miałby w sobie więcej kreatywności niż ambicji. Para zorientowana na sukces nie rokowała wielkich nadziei. Nauczyła się tego, obserwując własnych rodziców, a potem rodziny, które założyli po rozwodzie. Postanowiła, że gdy zdecyduje się na stały związek – co stanie się nie prędzej niż za dziesięć lat – będzie dzielić życie z kimś, kto zaakceptuje jej zasady. A zwłaszcza pierwszą mówiącą, że najważniejsza jest praca. Każdy kucharz, od brzdąca robiącego kanapkę z masłem orzechowym po doświadczonego szefa kuchni, musi ustalić priorytety. Summer zrobiła to już dawno.

– Podoba ci się widok? – Blake stał za nią od dobrych kilku minut, z zachwytem wpatrując się w jej postać.

Dlaczego aż tak różniła się od kobiet, które kiedykolwiek przestąpiły próg jego domu? Czemu wydawała się bardziej nieuchwytna i urzekająca? Czemu wreszcie jej obecność sprawiała, że tak trudno było mu się skoncentrować na celu wizyty?

– Tak, bardzo – odpowiedziała, nie odwracając się, gdyż zdała sobie sprawę z jego

bliskości. Jak to się stało, że nie usłyszała jego kroków? Jeśli się odwróci, staną twarzą w twarz. Spotkają się ich spojrzenia, ciała otrą się o siebie. Zawstydzenie sprawiło, że pociągnęła spory łyk szampana. To śmieszne, żachnęła się, żaden mężczyzna nie był w stanie jej zawstydzić.

– Mieszkasz tu na tyle długo, aby znać obiekty warte obejrzenia. – Blake konwersował swobodnie, podczas gdy jego umysł dociekał, jak smakuje jej szyja i jak zareagowałaby delikatna skóra na dotyk jego ust.

– Owszem, czuję się tu jak u siebie. Znajomi mówią, że już się zamerykanizowałam.

Blake przysłuchiwał się słowom wypowiadanym z europejskim akcentem, wdychał seksowną woń paryskich perfum. Delikatne światło połyskiwało na jej włosach złocistymi refleksami. Takimi jak w jej oczach, pomyślał. Wystarczyło obrócić ją, by ujrzeć twarz o szlachetnych rysach i subtelnej aparycji.

– Zamerykanizowana – powtórzył.

Zanim się spostrzegł, jego dłonie spoczęły na ramionach Summer. Ogniście czerwony jedwab mienił się wieloma odcieniami, gdy powoli obracał ją ku siebie.

– Nie... – Powiódł spojrzeniem po włosach, oczach, by wreszcie zatrzymać się na ustach. – Twoi znajomi są w błędzie.

– Czyżby? – Zacisnęła palce na kieliszku, przeklinając zdradziecki rumieniec. Siłą woli zdołała opanować drżenie głosu. Czuła, jak jakaś siła przyciąga ją do Blake'a. Pragnienia, dotychczas trzymane na uwięzi, przypomniały o sobie z podwójną mocą, w głowie miała gonitwę myśli. Krępowała ją własna reakcja.

– Chyba mieliśmy rozmawiać o interesach? – spytała, starając się opanować emocje.

– Jeszcze nie zaczęliśmy. – Jego usta znalazły się tuż przy jej wargach. – Zanim przejdziemy do interesów, warto uporać się z inną kwestią.

Oddychała z trudem. Wycofanie się było wciąż możliwe, ale nie leżało to w jej naturze.

– Jaką kwestią?

– Na przykład taką, czy twoje usta smakują równie cudownie, jak wyglądają.

Przymknęła powieki. Jej ciało nie stawiało już oporu.

– Ciekawe – szepnęła.

Ciszę przerwało głośne pukanie do drzwi. Summer z trudem wróciła do rzeczywistości.

– Służba w Cocharan House jest jak zwykle niezawodna – powiedziała z uśmiechem.

– Jutro – odparł, niechętnie zwalniając uścisk – zwolnię wszystkich.

Summer wybuchnęła śmiechem, ale gdy się odwrócił, łapczywie pociągnęła z kieliszka.

Było blisko, pomyślała, biorąc głęboki oddech. O wiele za blisko. Pora przejść do interesów i na nich poprzestać. Odczekała, aż kelner zamknie za sobą drzwi.

– Wyśmienicie pachnie – powiedziała, odchodząc od okna. Zanim usiadła, przyjrzała się daniu. Średnio wysmażony stek, dymiące ziemniaki w skórkach i szparagi w maśle wyglądały bardzo apetycznie. Nie był to zamówiony cheeseburger, ale postanowiła nie obstawać przy swoim. Posłała Blake'owi kuszący uśmiech, gdy odsuwał dla niej krzesło.

– Później możemy zamówić deser.

– Nie jadam deserów – odparła. Posmarowała swoją kromkę chleba obficie musztardą. – Przejdźmy do rzeczy. Przejrzałam umowę.

– Doprawdy?

– Mój prawnik również – dodała.

Blake dodał do swojego steku sporo mielonego pieprzu, zanim wbił weń widelec.

– I co?

– Wydaje się, że wszystko jest jak trzeba, oprócz...

Zawiesiła głos i włożyła do ust pierwszy kęs. Na moment przymknęła oczy, delektując się potrawą.

– Oprócz... – Blake podjął wątek.

– Gdybym miała przyjąć tę propozycję, potrzebowałabym więcej przestrzeni.

Blake pominął tryb warunkowy. Chce przyjąć jego propozycję, oboje o tym wiedzieli.

– To znaczy?

– Wiesz, że dużo podróżuję. – Summer zbyt obficie, jak na jego gust, posoliła ziemniaki. – Jest to zazwyczaj kwestia dwóch, trzech dni, na przykład kiedy jadę do Wenecji przygotować Gâteau St. Honoreu, jedno z moich ulubionych ciast. Niektórzy klienci umawiają się ze mną z dużym wyprzedzeniem, ale inni są bardziej spontaniczni. Czasami zostaję dłużej ze względu na sympatię albo zawodowe wyzwania.

– Krótko mówiąc, chcesz, abym ci zagwarantował, że w każdej chwili będziesz mogła wyskoczyć do Wenecji lub na drugą półkulę? – Blake dolał Summer szampana, choć połączenie szlachetnego trunku z tak konkretnym daniem wydało mu się co najmniej niefortunne.

– Tak. Jakkolwiek twoja oferta jest interesująca, nie wypada mi zostawić na lodzie stałych klientów.

– Rozumiem. – Była przebiegła, tak samo jak on. – Myślę, że dojdziemy do porozumienia. Teraz możemy skupić się na twoich bieżących zajęciach.

Summer zamarła z ziemniakiem w ustach, a potem długo i dokładnie wycierała palce w serwetkę.

– My?

– To uprości sprawę. Łatwiej będzie omawiać ewentualne zmiany w cztery oczy. – Uśmiechał się. – Uważam się za rozsądnego człowieka i chcę być z tobą szczery. Wybrałem ciebie, chociaż zarząd skłania się bardziej ku LaPointe'owi i...

– Dlaczego? – Krótkie pytanie zawierało w sobie żądanie i oskarżenie zarazem. Nic nie mogło bardziej ucieszyć Blake'a.

– Według statystyk męscy kucharze są lepsi.

Summer zaklęła soczyście po francusku.

Blake kiwnął głową.

– No właśnie. Z zaufanych źródeł wiemy, że pan LaPointe jest żywo zainteresowany naszą ofertą.

– Ten prosiak rzuciłby się do prażenia orzeszków na ulicy, żeby tylko znaleźć się w prasie. – Summer wstała, ciskając serwetkę na stół. – Dobrze wiem, czemu ciągle przywołujesz jego nazwisko, Cocharan. – Dumnie uniesiona głowa podkreślała smukłość szyi. Blake natychmiast zapragnął ją całować. – Myślisz pewnie, że grając na moim ego i mojej zawodowej dumie, zyskasz pewność, że zgodzę się na twoją ofertę.

Uśmiechnął się, ponieważ wyglądała teraz prześlicznie.

– A zgodzisz się?

Zmrużyła oczy, powstrzymując uśmiech.

– LaPointe jest filistrem, ja jestem artystką.

– No i?

Wiedziała, że nie należy podejmować decyzji w złości, wiedziała...

– Pozwól mi tylko działać i nie wtrącaj się w nic, a ja sprawię, że twoja restauracja zyska opinię najlepszej na Wschodnim Wybrzeżu – oświadczyła bez wahania.

Potrafi to zrobić. Udowodni jemu i sobie, że potrafi.

Blake sięgnął po kieliszki, aby napełnić je po raz kolejny.

– Zatem – za twoją sztukę, mademoiselle. – Podał jej kieliszek. – I za moje interesy. Obyśmy oboje na tym zyskali.

– Za sukces – podsumowała, trącając jego kieliszek – którego oboje pragniemy.