Opis

Nowa powieść bestsellerowej autorki!

Potrzeba bycia kochanym określa nasze życia. Błądzimy, szukamy, wciąż mamy nadzieję, że obok nas pojawi się ten ktoś najważniejszy. Ale „serce nie sługa”, nie zawsze postępuje zgodnie z rozumem i potrafi pokochać człowieka, który niszczy siebie, bliskich i swoje życie.

Anna Janowska, kobieta z przeszłością, samotnie mierzy się z wyzwaniami, wciąż nie może znaleźć szczęścia. Prowadzi intensywne życie, by zapomnieć o tragicznym wypadku sprzed lat, który odebrał jej rodzinę i sprawił, że młoda dziewczyna musiała szybko dorosnąć.

Michał Gebert, mężczyzna po przejściach, dawno wyczerpał limit życiowych błędów i upadków, z których nie może się podnieść. Stracił zaufanie do siebie samego, co jeszcze bardziej pcha go w stronę ryzykownych zachowań i życia i bez zasad. Mimo pomocy ze strony rodziny i przyjaciół zdaje się zbliżać do granicy życiowego dna.

Czy dwoje tak zupełnie różnych ludzi może stworzyć udany związek? Czy przeszłość nie upomni się o nich w najmniej oczekiwanym momencie? Czy miłość obroni się w starciu z siłą uzależnienia? Czy można uratować kogoś przed życiowym upadkiem?

Utkana z emocji, wzruszająca i niezwykle prawdziwa powieść o różnych odcieniach miłości, która jest sensem życia. Autorka udowadnia, że nigdy nie należy się poddawać, nawet jeśli odchodzą najbliższe osoby, życie nas nie rozpieszcza, a miłość omija szerokim łukiem. Czasem wystarczy jedno niespodziewane spotkanie, by wszystko zmieniło się nie do poznania.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 497

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Koncepcja okładki: Izabela Marcinowska

Przygotowanie okładki do druku: Laser. Wojciech Jankowski

Redakcja: Ita Turowicz

Redaktor prowadzący: Małgorzata Burakiewicz

Redakcja techniczna: Anna Sawicka-Banaszkiewicz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Anna Sawicka-Banaszkiewicz

Zdjęcia wykorzystane na okładce

© Elena Efimova/Dreamstime.com

https://pixabay.com/pl/park-parklandschaft-ogr%C3%B3d-angielski-1495814/

© by Ilona Gołębiewska

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2018

ISBN 978-83-287-0968-3

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2018

FRAGMENT

Powieść dedykuję drogim Czytelniczkom i Czytelnikom

w podziękowaniu

za mnóstwo serdecznych słów po lekturze moich książek,

bezcenne wsparcie i motywację do dalszej pracy

oraz nieustannie okazywaną życzliwość.

Pisanie powieści to moja ogromna pasja, a także niezwykła przygoda.

A jak wiadomo…

Przygody najlepiej przeżywa się wspólnie, dlatego

bardzo serdecznie dziękuję Wam za znakomite towarzystwo.Do zobaczenia na literackim szlaku!

Mężczyźni i kobiety znają o jeden język więcej, o którym nie wiedzą

– mowę płci przeciwnej. Dlatego się porozumiewają.

ALEKSANDER ŚWIĘTOCHOWSKI

Prolog

Już na zawsze

To był jeden z tych dni, które zapamiętuje się na zawsze, zwłaszcza że poprzedzał wydarzenia dotkliwie zmieniające życie i pozostawiające w sercu rany, których już nigdy nie da się wyleczyć. To niesamowite, jak krótka nić dzieli codzienne beztroskie życie nastoletniej dziewczyny od chwili, gdy musi z dnia na dzień dorosnąć i samotnie dźwigać skutki złych wyborów innych ludzi. Z takim bagażem będzie pokonywać kolejne lata.

Ogród coraz odważniej przybierał barwy wczesnej wiosny. Pośród wyznaczających aleję kamieni rosły równo hiacynty, irysy i krokusy. Nad nimi wirowały chmary owadów, których brzęczenie było przyjemne dla ucha. Zawilce usłały biały dywan aż do ogrodzenia. Drzewka magnolii ustroiły się w pierwsze pąki, które lada chwila miały zachwycić barwą kolorów i hipnotyzującym zapachem. Widok prawdziwie bajkowy.

Anna wybiegła z domu. Przytrzymała ręką słomkowy kapelusz, w którym cały ranek podziwiała się przed lustrem. Spojrzała na rosnący pośrodku ogrodu stary dąb, do którego najmocniejszego konaru jej ojciec przywiązał poprzedniego dnia huśtawkę. Solidne drewniane siedzisko umocowano za pomocą dwóch porządnych lin. To była ich rodzinna tradycja. Pierwszy raz huśtawka zawisła przy dębie, kiedy Anna miała cztery lata. Dziś dzieliło ją kilka miesięcy od rozpoczęcia licealnego życia. Jak ten czas szybko leci…

Rzuciła kapelusz na trawę, usiadła na huśtawce i mocno odepchnęła się nogami od ziemi. Kilka mocniejszych ruchów wprawiło ją w równomierne kołysanie. Coraz wyżej. Zaśmiała się w głos. Lata mijały, a ona wciąż czuła się jak mała dziewczynka, która ma nadzieję, że za chwilę dosięgnie nieba. Ciepły kwietniowy wiatr mocno szarpał pasma jej długich jasnych włosów.

– Anusia! Jeszcze nie jest tak ciepło! Chodź, mam dla ciebie lekką kurtkę – zawołała z ganku jej matka, uśmiechając się serdecznie. Wpatrywała się z czułością w córkę, zapewne zastanawiając się, jakim cudem tak szybko dorosła.

– Mamuś! Nic mi nie będzie! Mamy już piękną wiosnę. Tak długo na nią czekałam. Chodź! Wypróbujesz huśtawkę.

– Za chwilę przyjdę. Tylko wyjmę ciasto z piekarnika.

– Jak możesz, to przynieś mi kawałek! – odkrzyknęła radośnie.

Matka, słysząc te słowa, jedynie pokręciła głową i po chwili zniknęła za drzwiami.

Anna skierowała twarz w stronę słońca i pomyślała, że jest największą na świecie szczęściarą. Nie przeczuwając ani trochę, że to jedna z ostatnich chwil, kiedy widzi uśmiechniętą matkę, a huśtawka na zawsze stanie się symbolem jej beztroskiej młodości. I życia, które za chwilę miało zupełnie zmienić swój bieg…

Rozdział I

Nikt by nie uwierzył, jakie mnóstwo łez

mieści się w kobiecych oczach.

SIMONE DE BEAUVOIR

Ludziom trzeba ufać

Nareszcie koniec. Najgorsze, co może być, to ciągłe siedzenie w papierach. Potrafi uprzykrzyć życie. To jedyny minus mojej pracy. Ale co tam, dosyć narzekania na dziś. Limit wyczerpany. Trzeba mieć pogodne myśli. Powiadają, że to klucz do dobrego życia.

– Do widzenia, pani Aniu. Jutro o której się widzimy? – zapytał uprzejmie ochroniarz.

– Jestem od rana, ale za to wcześnie kończę.

– To miłego wieczoru życzę i do zobaczenia.

– Dzisiaj chyba tylko siedzenie pod ciepłym kocem zostaje. Oberwanie chmury czy jak?

– Jutro będzie ładny dzień – zapewnił pan Staszek.

– Lubię jesień, ale tylko taką pełną słońca i kolorów – dodałam, wychodząc z budynku.

Pogoda dziś okropna. No nie, to za dużo powiedziane. Po prostu pada i to cały dzień. A ja kolejny raz przekonałam się, że ludziom trzeba ufać. Dobrze o tym wiem, tylko jakoś nie umiem wcielić w życie. Skąd się u mnie bierze ta nieufność?

Nazywam się Ania. Ania Janowska. Imię takie zwyczajne, ale ładne. Rodzice mogli nazwać mnie Marceliną, Klarą, Julianną, Roksaną, jednak nie, wybrali Anię. Mam dwadzieścia pięć lat i podobno wyglądam na mniej. Nie jestem posągową pięknością, ale niektórzy mówią, że kogoś im przypominam. Do dzisiaj nie udało się ustalić kogo. Czy się wyróżniam? Wydaje mi się, że nie. Chociaż… może trochę. Na pewno uwagę zwracają włosy. Odkąd pamiętam, zawsze miałam długie fale jasnych włosów, które jako mała dziewczynka nosiłam zaplecione w dwa warkocze. Teraz warkoczy już nie mam, ale długość się nie zmieniła. Powiedzmy, że jestem ładna, przynajmniej kilka razy usłyszałam takie stwierdzenie i to od całkiem obcych osób. Ze względu na wzrost mogłabym zostać koszykarką, a permanentny niedobór kilogramów zawsze był obiektem wielu plotek. Ale kto by się tym martwił?

Jak magnes przyciągam do siebie ludzi. Może dlatego, że potrafię ich słuchać? Nawet w podstawówce przychodzili do mnie koledzy z klasy, żeby się wyżalić. Jakiś taki potężny altruizm we mnie tkwi. Chociaż czasami mam już dość. Bo ile razy można się poświęcać dla innych, zaniedbując przy okazji swoje sprawy? Ciocia Mania miała rację, gdy mówiła, że aby móc pomagać innym, trzeba najpierw pomóc sobie. Tylko że ja często o tym zapominam. Przecież już nieraz zawiodłam się na tej swojej słabości. Zwłaszcza jeśli chodzi o mężczyzn.

Z Mateuszem i Dominikiem było tak samo. Pierwszego poznałam w liceum. Chodził do równoległej klasy. Zapisałam się do koła teatralnego, on też. Początkowo był moim kolegą. Ale dobrze nam się ze sobą rozmawiało. Nie chciałam szukać kogoś na siłę, w ogóle nie chciałam nikogo szukać. Zawsze myślałam, że miłość sama wie, kiedy ma do nas przyjść, nie chciałam niczego przyśpieszać. Spędzaliśmy czas na wspólnych rozmowach, razem gdzieś wychodziliśmy, wymienialiśmy się notatkami. Momentem przełomowym był czas tuż przed studniówką. Pamiętam doskonale ten szał przygotowań. Kto z kim pójdzie? W jakiej sukience? Jaką warto mieć fryzurę? Czy lepiej iść z tym, czy jednak z tamtym drugim?

Nie rozumiałam problemów swoich koleżanek. W ogóle niczego nie rozumiałam. Czy nie ma na świecie poważniejszych spraw niż kolor sukienki lub wzrost chłopaka? Nie miałam z kim iść i zostało jedno wyjście – Mateusz. Przez jakiś czas miałam nawet wyrzuty sumienia, że traktuję go tak instrumentalnie. Czekałam kilka dni, aby go w końcu zapytać, czy ze mną pójdzie. Ku mojemu zdziwieniu, ubiegł mnie w moich planach. W ten sposób miałam chłopaka na studniówkę. Zbliżyliśmy się do siebie. Po maturze zapytał, czy zostałabym jego dziewczyną. Zgodziłam się, chociaż podeszłam do tego z ogromną ostrożnością.

Dostałam się na wymarzoną psychologię, Mateusz na informatykę. Studia wszystko zmieniły. Szczególnie Mateusza. Już nie był tym samym chłopakiem, co wcześniej. Ciągle imprezował, po kryjomu przede mną zaczął pić. Po pierwszym roku miał kilka warunków. Sam również zaczął stawiać mi warunki. Pewnego dnia zadzwonił. Już po głosie poznałam, że jest pijany, ale jednak do niego poszłam. Czułam, że szykuje się coś złego.

– Mam ciebie dość – powiedział na dzień dobry. Nie byłam jednak zaskoczona.

– Miło słyszeć.

– Ile mam jeszcze czekać?

– Na co?

– Ty wiesz na co! Zawsze będziesz udawać taką wrażliwą i niedostępną?

– Udawać?

– Całe liceum na ciebie czekałem i jeden rok studiów.

– Podobno tak mnie kochasz… – powiedziałam z ironią.

– Co to za związek bez seksu? Nie pieprz mi tu o wzajemnym poznawaniu się i innych pierdołach. Nie chcesz ze mną spać i tyle! Nie jestem głupi. Ile mam jeszcze czekać?

– Masz rację, nie chcę z tobą spać.

– I tak ze spokojem mi to mówisz? Myślisz, że jesteś jedyna na tym świecie? Nie, nie jesteś! Ani aż tak nadzwyczajna, żeby czekać na ciebie nie wiadomo ile!

– Bardzo się zmieniłeś, Mateusz. Spójrz na siebie, nie poznaję cię.

– Przestań pieprzyć! Dosyć mam tych bzdur. Nie mam zamiaru marnować z tobą czasu. Jest tyle innych panienek, które by wszystko dały, żeby ze mną być.

– To rzeczywiście nie rozumiem, dlaczego tracisz na mnie czas.

Naszą rozmowę potraktowałam jako zerwanie. Wyszłam od niego bez poczucia żalu. Wręcz przeciwnie, czułam dziwny spokój, jakbym zrzuciła z siebie olbrzymi ciężar. Odzywał się do mnie jeszcze kilka razy, próbował przepraszać. Przeprosiny przyjęłam, ale do niego nie wróciłam. Po jakimś czasie zdałam sobie sprawę, że Mateusz był zaprzeczeniem mężczyzny moich marzeń. Jednak zawsze znajdowałam wytłumaczenie dla tego, co robił i mówił. Podobno jest to pułapka, w którą wpadają kobiety tak bardzo pragnące miłości.

Potem była pustka, nie chciałam żadnego mężczyzny w swoim życiu, bałam się powtórki z rozrywki. Wszystko się zmieniło, gdy poznałam Dominika. Był przeciwieństwem Mateusza, no i bardzo mi się spodobał. Poznałam go na sylwestrze u koleżanki. Zakochałam się w nim. Był zaradny życiowo, co bardzo mi imponowało. Niestety, potem przekonałam się, że jest to tylko jego maska. Zaledwie po miesiącu byliśmy już parą. Dominik wydawał mi się ideałem. To dzięki niemu poznałam, czym jest bliskość i intymność. Jednak fascynacja nim była dla mnie zgubna. Zanim się obejrzałam, po pół roku naszej znajomości byłam jego etatową kochanką, sekretarką, kucharką i sprzątaczką. Pisałam mu prace na zaliczenia, załatwiałam wszystkie sprawy, sprzątałam mieszkanie i coraz częściej pożyczałam pieniądze. Najpierw drobne sumy, potem coraz większe. Ile to razy nie kupiłam sobie nawet książki, bo wiedziałam, że muszę mu pożyczyć. Tłumaczył, że to wszystko na nowy biznes, który rozkręca z kuzynem. Miała to być kawiarenka internetowa. Wierzyłam mu i cieszyłam się, że w swoich planach uwzględnia również mnie. Wreszcie przejrzałam na oczy.

– Jak tam lokal? Na kiedy będzie gotowy?

– Dokładnie nie wiem. Ciągle trzeba coś jeszcze załatwiać. No i kasa się kończy. Słuchaj, może masz tysiaka? Muszę do końca miesiąca zapłacić ludziom od klimatyzacji.

– Tysiaka? – powtórzyłam zdziwiona, zwłaszcza że równo tydzień temu pożyczyłam mu kolejne trzysta złotych.

– Tak, to nieduża suma, szybko ci oddam, jak tylko stanę na nogi.

– Wiesz, że zawsze ci pożyczam, jak tylko mam, ale teraz nie za bardzo mogę.

– Jak to?

– Chciałabym się zapisać na specjalistyczny kurs z nowatorskiej metody terapii. Dużo bym się nauczyła, a certyfikat końcowy pozwoli mi na znalezienie lepszej pracy.

– Nie możesz zrobić tego później? Wyluzuj trochę – uciął zdenerwowany.

– Rozmawiałam dzisiaj z zaprzyjaźnioną terapeutką. Powiedziała, że jak zrobię ten certyfikat, to mnie przyjmie do siebie na pół etatu. Zawsze jakieś pieniądze z tego będą.

– Chcesz na głupi kurs wydawać, żeby potem jakaś baba kazała ci wszystko robić i płaciła za to drobniakami?

– Nie mów tak, od czegoś trzeba zacząć. Wiesz, jak jest teraz ze znalezieniem pracy. Kurs zaczyna się już za miesiąc. Do jutra muszę się zdecydować i wpłacić pieniądze na konto.

– Świetnie! Kurs ważniejszy od pomyślności mojego biznesu.

– Kawiarenka będzie twoja. Dobrze wiesz, że się na tym nie znam, chcę się rozwijać w swojej dziedzinie. Nie liczą się dla ciebie moje plany?

– A co mnie obchodzi durny kurs! Dobra, nie chcesz pożyczyć, to nie. Sam sobie poradzę! – Trzasnął drzwiami i wyszedł.

Od tamtego momentu było już coraz gorzej. Zaczął mnie unikać. Wiedział, że każda kolejna rozmowa skończy się kłótnią. Na kurs poszłam. I to był początek końca. Usłyszałam od niego, że nie tak miało być. Niestety, jego plan na życie sprowadzał się do tego, że to on miał się rozwijać, prowadzić własny biznes, a ja miałam być kurą domową. Takiego życia nie chciałam.

Po jakimś czasie Dominik przestał się odzywać. Zniknęły też moje pieniądze. Na koniec odzyskałam tylko ich część i usłyszałam, że skoro taka zaradna jestem, to sama zarobię miliony. Zabolało. Naprawdę go kochałam, a on widział we mnie tylko swoją służącą. Przepłakałam niejedną noc. Związek z nim spowodował, że przestałam wierzyć w swoje marzenia i plany. Wtedy też przysięgłam sobie, że już nigdy więcej się nie zakocham. Miłość boli, a ja nie chciałam więcej tego doświadczyć. Gdyby nie ciocia Mania, pewnie bym nawet zrezygnowała ze studiów. Tak mi wtedy brakowało mamy. Może dałaby mi receptę na to, jak znaleźć mężczyznę na całe życie?

Zamiast mamy miałam Daniela. To on zmusił mnie, by od nowa zająć się tylko sobą. Jedyny mężczyzna, na którym nigdy się nie zawiodłam.

Dom pachnący mamą

Dzieciństwo. Czas niesamowicie radosny. Tak przynajmniej było w moim przypadku. Wychowałam się w małej miejscowości, jakieś siedemdziesiąt kilometrów od Warszawy, tuż za Pułtuskiem. Doskonale pamiętam, jak razem z bratem i innymi dzieciakami bawiliśmy się całe dnie w lesie, na łąkach, nad rzeką. Czułam się wtedy taka wolna. Nie było dla nas granic, których nie można by przekroczyć. Zamiast oglądać telewizję, wszyscy woleli przebywać na dworze. Każda pora roku niosła ze sobą niezapomniane przygody.

Wiosna na wsi wygląda cudownie. Pachnące w lesie zawilce, zielone pąki na drzewach, w końcu zapach poranka sprawiały, że czułam się jak zaczarowana. Nie zapomnę chwil, kiedy siedziałam pod stuletnim dębem i czytałam Anię z Zielonego Wzgórza. Idąc tropem głównej bohaterki, pobliskie wzgórze nazwałam „Pchełką”. Wiosna rozpoczynała się od topienia Marzanny w pobliskiej rzece. Zawsze było mi szkoda tej kukły. Zwłaszcza że wrzucali ją do lodowatej wody. Miałam nadzieję, że jakiś dobry człowiek ją wyłowi i zabierze do domu.

A skoro wiosna, przychodziła również Wielkanoc. Najważniejsze było malowanie pisanek oraz owijanie ich sitowiem, które zbierałam pół dnia, zostawiając niekiedy swój kalosz w sadzawce. Kalosz nie był ważny, tylko mina mamy, kiedy podziwiała moje pisanki. Potem mieliłyśmy razem ser, robiłyśmy mazurki i inne pyszności. W sobotni poranek obie niosłyśmy koszyki do kościoła, mama duży, ja taki mały. Cały dom dekorowałyśmy baziami. Babcia opowiadała historie o tym, jak dawniej obchodzono Wielkanoc i jak się oblewano wodą w lany poniedziałek. Razem z bratem i przyjaciółmi kontynuowaliśmy wielkanocną tradycję. Niejeden raz wracałam do domu cała mokra po tym, jak wrzucili mnie do sadzawki.

Lato było jeszcze bogatsze w przygody. Zwłaszcza wakacje. Przeważnie spędzałam je w domu albo wyjeżdżałam do dziadków, czasem jak udało się odłożyć trochę więcej pieniędzy, jechaliśmy całą rodziną pod namiot nad morze. Nigdy nie zapomnę zapachu morza nad ranem i tego, jak czasami niewygodnie było spać na materacu. Wcale mi to jednak nie przeszkadzało. Uciekałam wtedy w marzenia, które były dosyć oryginalne jak na tak małą dziewczynkę. Na wakacjach u dziadków też było wspaniale, zwłaszcza że za wszelką cenę chcieli nauczyć mnie i brata wszystkich regionalnych zwyczajów i przepisów. Poddawaliśmy się nauce z wielką przyjemnością. Dziś dziadków już nie ma, ale wspomnienia i przekazana wiedza pozostały.

Pod koniec wakacji zaczynałam tęsknić za szkołą. Wrzesień był dla mnie zapowiedzią jesieni, którą niesamowicie uwielbiałam. W chłodne i deszczowe wieczory razem z mamą zaszywałyśmy się pod kocem, by długo ze sobą rozmawiać lub czytać książki. Mama zawsze pachniała fiołkami, to był jej ulubiony zapach. Mój zresztą też. Cały dom pachniał mamą. Najwspanialszy zapach w moim życiu. Bo mama była najwspanialsza. Pamiętam, jak kładłam głowę na jej kolanach, a ona głaskała moje włosy, mówiąc przy tym, że bardzo mnie kocha. Kiedy dzisiaj wspominam te chwile, to aż serce mi się ściska. Zawsze wiedziała, jak poprawić mi humor i sprawić, by każdy kolejny dzień był udany. Była moim aniołem stróżem. Teraz też jest. Czuję to. Mama zawsze widziała wszystko w jasnych barwach. Uwielbiała Wszystkich Świętych. Podkreślała, że jest to radosne święto. Nigdy nie zapomnę naszej rozmowy nad grobem sąsiadki. Miałam wtedy jedenaście lat.

– Mamusiu, dlaczego ludzie umierają? – zapytałam, spoglądając na grób.

– Tak to już zostało stworzone. Nie mamy na to wpływu. Po życiu przychodzi śmierć.

– Jak ktoś umiera, jest bardzo smutno, prawda?

– Tak, jest smutno. Smucą się ci, co tracą bliskich.

– A czy ci, co umierają, idą do nieba?

– Na pewno by tego chcieli. Wszystko zależy od ich życia, jakie było, czy zrobili w nim dużo dobrego, czy nie.

– Śmierć zabiera ludzi i potem ten, kto zostaje, nie jest już kochany.

– To nie śmierć rozdziela ludzi, tylko brak miłości. Pamiętaj o tym. Jeżeli jest miłość, to nawet jak ktoś odejdzie, dalej będziemy go kochać, nosić wspomnienia w swoim sercu. A osoba, która odeszła, również będzie blisko nas, byśmy nie czuli się samotni.

– Ale ty, mamusiu, nigdy mnie nie opuścisz?

– Tego nie mogę ci obiecać, ale zapamiętaj, że nigdy nie przestanę cię kochać.

Czasami zachowywała się tak, jakby przeczuwała, że śmierć jest blisko. Jakby czuła jej oddech. A ja uwielbiałam oddech mamy i ciepło jej rąk, gdy przytulała mnie do siebie. Zawsze w czasie Bożego Narodzenia przebierała się za aniołka. Pięknie wyglądała w białej sukience z pomponami u dołu. Sama ją uszyła, chciała sprawić nam radość. Był to dla wszystkich wspaniały czas. Mój brat Seweryn najbardziej cieszył się radością rodziców, gdy otwierali przygotowane przez nas prezenty. Podobało mi się, że mam brata starszego o pięć lat, który zawsze był po mojej stronie i siał postrach wśród moich kolegów.

Żyło nam się bardzo dobrze, chociaż skromnie. Chodziliśmy do szkoły w pobliskiej miejscowości. Mama pracowała tam jako nauczycielka. Czasami nam to przeszkadzało. Zwłaszcza gdy koledzy z klasy podśmiewali się, że dobre oceny zawdzięczamy mamie. Ale tak nigdy nie było, mama niczego nam nie ułatwiała. Tata pracował najpierw w hurtowni materiałów budowlanych, a potem został agentem ubezpieczeniowym. Naprawdę nadawał się do tej pracy. Chociaż czasami miał wyrzuty sumienia, że namawia ludzi na kolejne umowy.

Ale nic nie może trwać wiecznie. Seweryn, to on zawiódł najbardziej. Wszystko się zaczęło, gdy poszedł do technikum, które znajdowało się w odległym mieście. Chciał zostać elektronikiem, a potem iść na studia informatyczne. Jego konikiem był komputer i wszystkie związane z nim sprawy. Problemy zaczęły się w drugiej klasie. Tuż przed Bożym Narodzeniem rodzice dostali ze szkoły telefon z prośbą o pilne przybycie. Dowiedzieli się od dyrektora, że Seweryn jest podejrzany o kradzież telefonu. Niestety, podejrzenia się potwierdziły. Wyszło również na jaw, że ma na swoim koncie inne wybryki, w tym paserstwo. Sprzedawał skradzione oprogramowanie do komputerów i części. Rodzice byli załamani, ale zrobili wszystko, by nie został wyrzucony ze szkoły. Udało się. Obiecał, że zerwie ze złym życiem. Wiedział dobrze, jak uśpić ich czujność.

Najgorsze wydarzyło się w ostatniej klasie. Zaczął wypominać rodzicom, że są biedni. Postanowił razem z kolegą wynająć mieszkanie i pracować popołudniami, żeby mieć więcej pieniędzy. Rodzice nie mogli do niego w żaden sposób dotrzeć. Seweryn już nawet nie krył się z tym, że nadal zajmuje się kradzieżami. Jakimś cudem udawało mu się uciec przed prawem. Skończył technikum, ale nie podszedł do matury. Oznajmił, że wyjeżdża za granicę, bo ma już dość biedy. Słowa dotrzymał. Wyjechał w sierpniu. Nie odzywał się, nie dzwonił, nie przyjeżdżał. Nawet nie wrócił na święta. Mama bardzo to przeżyła. Obwiniała się za wszystko. Patrzyłam, jak z każdym dniem była coraz smutniejsza. Szukałam sposobu, aby jej pomóc, ale nie wiedziałam jak. Nie widziałam już w jej spojrzeniu tego błysku co kiedyś. Dziś wiem, że były to początki depresji. Ale wtedy miałam zaledwie szesnaście lat.

Po Wielkanocy mamie jakby się polepszyło. Myślałam, że wszystko wraca do normy. Ale to były tylko pozory. Pewnego dnia bardzo źle się czuła. Namówiłam ją na wizytę u lekarza. Miałam z nią jechać, ale kolejnego dnia musiałam oddać pracę, którą przygotowywałam z koleżanką, więc do niej poszłam. Mama pojechała sama. Pamiętam, że wtedy mocno padał deszcz. Kiedy wracała, uderzył w nią pijany kierowca. Zaledwie kilometr od naszego domu. Zginęła na miejscu. Nie miała żadnych szans. Do dzisiaj obwiniam się, że z nią wtedy nie pojechałam. Może by do tego nie doszło. Ale co ja mogłabym zrobić?

Pamiętam ten czas jak przez mgłę. Byłam na silnych lekach uspokajających. Do dzisiaj widzę przed oczami tłum ludzi na pogrzebie, rozpaczliwy płacz taty i załamanego brata stojącego przy trumnie. Mnie jakby tam nie było. Przynajmniej duchem. Myślałam, że to koszmarny sen, z którego zaraz się obudzę. I mama też. Przecież kiedyś w końcu musi otworzyć oczy! Z zamyślenia wyrwał mnie odgłos grud ziemi rzucanych na trumnę. Już wiedziałam, że to nie sen. Ktoś okrutnie zniszczył moje życie. Gdzie byłeś, Boże, gdy mama jechała samochodem, a ten pijak w nią uderzył? Czemu mama nie żyje, podczas gdy on wyszedł z tego cało? Pierwszy raz w życiu miałam pretensje do Boga, przestałam chodzić do kościoła. Zły los zabrał mi wszystko. Zabrał mi moją ukochaną mamę. Wtedy, gdy najbardziej jej potrzebowałam.

Śmierć matki naznacza życie. Wydaje się ono nie do zniesienia. Przepełnia je lęk i ogromna potrzeba miłości, która może pchnąć w stronę złych ludzi, złych wyborów i rezygnacji z siebie. Albo wręcz przeciwnie. Staje się wyzwaniem, zmusza do rozwoju i udowodnienia sobie oraz innym, że nic nas nie może złamać. Być córką pozbawioną matki to odczuwać brak i tęsknotę, ale również rozwijać w sobie odwagę i siłę przetrwania. To iść swoją drogą, nie pytając nikogo o pozwolenie. Czasami być skupioną wyłącznie na tym, by już nigdy nikt ani nic nie zburzyło nam naszego świata, który uporczywie budujemy dzień po dniu. To taka walka z wiatrakami. Żałoba i poczucie straty są jak tornado. Na jakiś czas cichną, a potem znowu się odzywają. Nie da się z nimi pogodzić. Zapomnienie tym bardziej jest niemożliwe. Są niczym cień, który nigdy nie opuszcza.

Córka bez matki jest jak pudełko bez zapałek. Nic nie jest w stanie zastąpić łączącego je uczucia. Brakuje jej oddechu, spojrzenia pełnego troski oraz wsparcia. Stracony czas jest nieodwracalny jak śmierć. Dopiero strata ukochanej osoby pokazuje nam, jak wiele zmarnowaliśmy szans. Teraz wiem, że nie zawsze szanowałam dany nam czas. Mama była blisko i nie wyobrażałam sobie, że mogłoby to się kiedyś zmienić. A potem… potem wystarczyła jedna chwila, by legł w gruzach nasz bezpieczny świat. Kilka sekund. Tyle dzieli nas od straty. Mama podarowała mi najcenniejszy skarb. Moje życie. Mogłam zrobić tylko jedno. Stojąc nad jej trumną, przysięgłam sobie, że zrobię wszystko, by moje życie było pokłosiem olbrzymiej miłości, jakiej od niej doznałam. Chociaż od razu wiedziałam, że nie będzie to łatwe. Mój ból był nie do opisania. I ta przeraźliwa pustka, która zawładnęła mną na zawsze.

Seweryn wyjechał zaraz po pogrzebie. Był przekonany, że mama zginęła przez niego. Od tamtej pory nie odezwał się do mnie ani razu. Ojciec wpadł w depresję, został oddany pod opiekę dobrych lekarzy. Przez miesiąc nie wypowiedział ani słowa. Myślałam, że zwariował. Sama też o mało nie zwariowałam. Nie przeżyłabym tej tragedii, gdyby nie ciocia Mania. To moja chrzestna, ma na imię Marysia, ale wszyscy mówią na nią Mania. Przeprowadziła się do nas z Warszawy na czas wakacji. Była dla nas ratunkiem.

Zapisała mnie do dobrego liceum w Warszawie. Miałam z nią mieszkać i spróbować znowu normalnie żyć. Ojciec długo się leczył. Chciał wrócić do sprzedaży ubezpieczeń, ale miał słabe wyniki i go wyrzucili. W ogóle nie chciał ze mną rozmawiać, szczególnie o mamie. A dla mnie pamięć o niej była najważniejsza. Dostał od swojego kolegi propozycję dobrze płatnej pracy w Norwegii. Bez wahania się na nią zgodził i wyjechał. W tak krótkim czasie straciłam całą swoją rodzinę. Co prawda ojciec często się odzywał, dzwonił, starał się przyjeżdżać na święta, przesyłał pieniądze na moje utrzymanie, ale i tak go przy mnie nie było.

Została mi tylko ciocia Mania. Na szczęście nie chciała mi zastąpić mamy, nawet tego nie próbowała. Najgorszy był początek liceum. Zachorowałam ciężko na nerki. Pierwszy semestr ledwo zaliczyłam. Potem było już lepiej. Nie chciałam marnować życia na ciągłe użalanie się nad sobą. Mama by mi tego nie darowała. Bo są w życiu takie rzeczy i osoby, o które warto walczyć do samego końca. Chciałam być psychologiem, a droga ku temu wiodła przez ukończenie odpowiednich studiów. Więc wzięłam się do pracy i już w drugiej klasie liceum byłam prymuską.

Ciocia Mania tak naprawdę wychowała się w Stanach, gdzie trafiła z rodzicami jako małe dziecko. Jest stryjeczną siostrą mojego taty, starszą od niego o dziesięć lat. Ciocię sprowadziła do Polski jej praca zawodowa. Jest dosyć znaną malarką. W Stanach się nie przebiła, za to w Polsce jej twórczość jest doceniana. To ona wprowadziła mnie w świat sztuki, pięknych galerii, muzeów, sal koncertowych i teatrów. Zabierała mnie praktycznie wszędzie. Często latała do Stanów, żeby odwiedzić rodziców. Trzy razy zabrała mnie ze sobą. To były podróże mojego życia. Jeszcze nigdy tak daleko nie byłam. Do dzisiaj widzę przed oczami piękne wzgórza Kalifornii. Jednak wszystko, co dobre, nie trwa zbyt długo. Rodzice cioci Mani byli coraz słabsi i mieli problemy ze zdrowiem. Gdy byłam na pierwszym roku studiów, mama cioci Mani poważnie zachorowała i wymagała pilnie kosztownej operacji. Ciocia musiała sprzedać swój piękny dom w Warszawie. Chciała mnie zabrać na stałe do Stanów. Ja jednak wolałam zostać w Polsce. Może miałam nadzieję, że niebawem moja rodzina znowu będzie razem? Że tata i Seweryn wrócą do mnie i spróbujemy od nowa?

Przez długi czas mieszkałam w wynajmowanym mieszkaniu z dwiema koleżankami, ale potem jedna wyszła za mąż, a druga przerwała studia. Na szczęście ze mną było inaczej. Ślubu nie miałam w planach. Chociaż związek z Dominikiem narobił mi trochę apetytu. Na studiach robiłam, co mogłam, aby zdobyć doświadczenie, zarobić pieniądze i mieć zajęcie. Brałam udział w kilku projektach, opiekowałam się dziećmi, pracowałam w firmie rekrutującej pracowników, układałam ankiety dla towarzystw ubezpieczeniowych, pisałam również dla kilku portali porady dla kobiet, byłam na stażu w redakcji popularnej gazety. Nie powiem, podobało mi się. Posadę w poradni dostałam na trzy miesiące przed obroną, z czego się cieszyłam jak wariatka. Na razie jest dobrze, może w przyszłości poszukam czegoś innego, ale wiem na pewno, że zawsze będzie to praca z dziećmi.

* * *

koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

ul. Sienna 73

00-833 Warszawa

tel. +4822 6211775

e-mail: [email protected]

Dział zamówień: +4822 6286360

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF s.c., Bydgoszcz