Miłość ma twoje imię - Ilona Gołębiewska - ebook
Opis

Nowa powieść bestsellerowej autorki!

Potrzeba bycia kochanym określa nasze życia. Błądzimy, szukamy, wciąż mamy nadzieję, że obok nas pojawi się ten ktoś najważniejszy. Ale „serce nie sługa”, nie zawsze postępuje zgodnie z rozumem i potrafi pokochać człowieka, który niszczy siebie, bliskich i swoje życie.

Anna Janowska, kobieta z przeszłością, samotnie mierzy się z wyzwaniami, wciąż nie może znaleźć szczęścia. Prowadzi intensywne życie, by zapomnieć o tragicznym wypadku sprzed lat, który odebrał jej rodzinę i sprawił, że młoda dziewczyna musiała szybko dorosnąć.

Michał Gebert, mężczyzna po przejściach, dawno wyczerpał limit życiowych błędów i upadków, z których nie może się podnieść. Stracił zaufanie do siebie samego, co jeszcze bardziej pcha go w stronę ryzykownych zachowań i życia i bez zasad. Mimo pomocy ze strony rodziny i przyjaciół zdaje się zbliżać do granicy życiowego dna.

Czy dwoje tak zupełnie różnych ludzi może stworzyć udany związek? Czy przeszłość nie upomni się o nich w najmniej oczekiwanym momencie? Czy miłość obroni się w starciu z siłą uzależnienia? Czy można uratować kogoś przed życiowym upadkiem?

Utkana z emocji, wzruszająca i niezwykle prawdziwa powieść o różnych odcieniach miłości, która jest sensem życia. Autorka udowadnia, że nigdy nie należy się poddawać, nawet jeśli odchodzą najbliższe osoby, życie nas nie rozpieszcza, a miłość omija szerokim łukiem. Czasem wystarczy jedno niespodziewane spotkanie, by wszystko zmieniło się nie do poznania.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 497

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Koncepcja ‌okładki: Izabela ‌Marcinowska

Przygotowanie okładki ‌do druku: Laser. ‌Wojciech Jankowski

Redakcja: Ita Turowicz

Redaktor ‌prowadzący: Małgorzata ‌Burakiewicz

Redakcja techniczna: Anna Sawicka-Banaszkiewicz

Skład ‌wersji elektronicznej: ‌Robert ‌Fritzkowski

Korekta: ‌Anna ‌Sawicka-Banaszkiewicz

Zdjęcia wykorzystane ‌na ‌okładce

© Elena Efimova/Dreamstime.com

https://pixabay.com/pl/park-parklandschaft-ogr%C3%B3d-angielski-1495814/

© by ‌Ilona ‌Gołębiewska

© for this ‌edition by ‌MUZA SA, Warszawa ‌2018

ISBN 978-83-287-0968-3

Warszawskie ‌Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa ‌2018

Powieść dedykuję ‌drogim Czytelniczkom i ‌Czytelnikom

w podziękowaniu

za mnóstwo serdecznych ‌słów ‌po lekturze moich książek,

bezcenne ‌wsparcie i ‌motywację do ‌dalszej ‌pracy

oraz nieustannie ‌okazywaną życzliwość.

Pisanie ‌powieści to moja ogromna ‌pasja, ‌a ‌także niezwykła przygoda.

A jak ‌wiadomo…

Przygody najlepiej przeżywa się ‌wspólnie, ‌dlatego

bardzo ‌serdecznie dziękuję ‌Wam za znakomite towarzystwo.Do ‌zobaczenia ‌na ‌literackim szlaku!

Mężczyźni ‌i kobiety znają ‌o jeden język więcej, ‌o którym nie ‌wiedzą

– mowę ‌płci ‌przeciwnej. Dlatego się ‌porozumiewają.

ALEKSANDER ‌ŚWIĘTOCHOWSKI

Prolog

Już na zawsze

To ‌był jeden z tych ‌dni, które zapamiętuje ‌się na zawsze, zwłaszcza ‌że ‌poprzedzał ‌wydarzenia dotkliwie zmieniające ‌życie ‌i pozostawiające w sercu rany, ‌których już ‌nigdy ‌nie da się wyleczyć. ‌To niesamowite, jak ‌krótka nić dzieli ‌codzienne beztroskie życie nastoletniej ‌dziewczyny od chwili, gdy ‌musi ‌z dnia na dzień dorosnąć i samotnie dźwigać skutki złych wyborów innych ludzi. Z takim bagażem będzie pokonywać kolejne lata.

Ogród coraz odważniej przybierał barwy wczesnej wiosny. Pośród wyznaczających aleję kamieni rosły równo hiacynty, irysy i krokusy. Nad nimi wirowały chmary owadów, których brzęczenie było przyjemne dla ucha. Zawilce usłały biały dywan aż do ogrodzenia. Drzewka magnolii ustroiły się w pierwsze pąki, które lada chwila miały zachwycić barwą kolorów i hipnotyzującym zapachem. Widok prawdziwie bajkowy.

Anna wybiegła z domu. Przytrzymała ręką słomkowy kapelusz, w którym cały ranek podziwiała się przed lustrem. Spojrzała na rosnący pośrodku ogrodu stary dąb, do którego najmocniejszego konaru jej ojciec przywiązał poprzedniego dnia huśtawkę. Solidne drewniane siedzisko umocowano za pomocą dwóch porządnych lin. To była ich rodzinna tradycja. Pierwszy raz huśtawka zawisła przy dębie, kiedy Anna miała cztery lata. Dziś dzieliło ją kilka miesięcy od rozpoczęcia licealnego życia. Jak ten czas szybko leci…

Rzuciła kapelusz na trawę, usiadła na huśtawce i mocno odepchnęła się nogami od ziemi. Kilka mocniejszych ruchów wprawiło ją w równomierne kołysanie. Coraz wyżej. Zaśmiała się w głos. Lata mijały, a ona wciąż czuła się jak mała dziewczynka, która ma nadzieję, że za chwilę dosięgnie nieba. Ciepły kwietniowy wiatr mocno szarpał pasma jej długich jasnych włosów.

– Anusia! Jeszcze nie jest tak ciepło! Chodź, mam dla ciebie lekką kurtkę – zawołała z ganku jej matka, uśmiechając się serdecznie. Wpatrywała się z czułością w córkę, zapewne zastanawiając się, jakim cudem tak szybko dorosła.

– Mamuś! Nic mi nie będzie! Mamy już piękną wiosnę. Tak długo na nią czekałam. Chodź! Wypróbujesz huśtawkę.

– Za chwilę przyjdę. Tylko wyjmę ciasto z piekarnika.

– Jak możesz, to przynieś mi kawałek! – odkrzyknęła radośnie.

Matka, słysząc te słowa, jedynie pokręciła głową i po chwili zniknęła za drzwiami.

Anna skierowała twarz w stronę słońca i pomyślała, że jest największą na świecie szczęściarą. Nie przeczuwając ani trochę, że to jedna z ostatnich chwil, kiedy widzi uśmiechniętą matkę, a huśtawka na zawsze stanie się symbolem jej beztroskiej młodości. I życia, które za chwilę miało zupełnie zmienić swój bieg…

Rozdział I

Nikt by nie uwierzył, jakie mnóstwo łez

mieści się w kobiecych oczach.

SIMONE DE BEAUVOIR

Ludziom trzeba ufać

Nareszcie koniec. Najgorsze, co może być, to ciągłe siedzenie w papierach. Potrafi uprzykrzyć życie. To jedyny minus mojej pracy. Ale co tam, dosyć narzekania na dziś. Limit wyczerpany. Trzeba mieć pogodne myśli. Powiadają, że to klucz do dobrego życia.

– Do widzenia, pani Aniu. Jutro o której się widzimy? – zapytał uprzejmie ochroniarz.

– Jestem od rana, ale za to wcześnie kończę.

– To miłego wieczoru życzę i do zobaczenia.

– Dzisiaj chyba tylko siedzenie pod ciepłym kocem zostaje. Oberwanie chmury czy jak?

– Jutro będzie ładny dzień – zapewnił pan Staszek.

– Lubię jesień, ale tylko taką pełną słońca i kolorów – dodałam, wychodząc z budynku.

Pogoda dziś okropna. No nie, to za dużo powiedziane. Po prostu pada i to cały dzień. A ja kolejny raz przekonałam się, że ludziom trzeba ufać. Dobrze o tym wiem, tylko jakoś nie umiem wcielić w życie. Skąd się u mnie bierze ta nieufność?

Nazywam się Ania. Ania Janowska. Imię takie zwyczajne, ale ładne. Rodzice mogli nazwać mnie Marceliną, Klarą, Julianną, Roksaną, jednak nie, wybrali Anię. Mam dwadzieścia pięć lat i podobno wyglądam na mniej. Nie jestem posągową pięknością, ale niektórzy mówią, że kogoś im przypominam. Do dzisiaj nie udało się ustalić kogo. Czy się wyróżniam? Wydaje mi się, że nie. Chociaż… może trochę. Na pewno uwagę zwracają włosy. Odkąd pamiętam, zawsze miałam długie fale jasnych włosów, które jako mała dziewczynka nosiłam zaplecione w dwa warkocze. Teraz warkoczy już nie mam, ale długość się nie zmieniła. Powiedzmy, że jestem ładna, przynajmniej kilka razy usłyszałam takie stwierdzenie i to od całkiem obcych osób. Ze względu na wzrost mogłabym zostać koszykarką, a permanentny niedobór kilogramów zawsze był obiektem wielu plotek. Ale kto by się tym martwił?

Jak magnes przyciągam do siebie ludzi. Może dlatego, że potrafię ich słuchać? Nawet w podstawówce przychodzili do mnie koledzy z klasy, żeby się wyżalić. Jakiś taki potężny altruizm we mnie tkwi. Chociaż czasami mam już dość. Bo ile razy można się poświęcać dla innych, zaniedbując przy okazji swoje sprawy? Ciocia Mania miała rację, gdy mówiła, że aby móc pomagać innym, trzeba najpierw pomóc sobie. Tylko że ja często o tym zapominam. Przecież już nieraz zawiodłam się na tej swojej słabości. Zwłaszcza jeśli chodzi o mężczyzn.

Z Mateuszem i Dominikiem było tak samo. Pierwszego poznałam w liceum. Chodził do równoległej klasy. Zapisałam się do koła teatralnego, on też. Początkowo był moim kolegą. Ale dobrze nam się ze sobą rozmawiało. Nie chciałam szukać kogoś na siłę, w ogóle nie chciałam nikogo szukać. Zawsze myślałam, że miłość sama wie, kiedy ma do nas przyjść, nie chciałam niczego przyśpieszać. Spędzaliśmy czas na wspólnych rozmowach, razem gdzieś wychodziliśmy, wymienialiśmy się notatkami. Momentem przełomowym był czas tuż przed studniówką. Pamiętam doskonale ten szał przygotowań. Kto z kim pójdzie? W jakiej sukience? Jaką warto mieć fryzurę? Czy lepiej iść z tym, czy jednak z tamtym drugim?

Nie rozumiałam problemów swoich koleżanek. W ogóle niczego nie rozumiałam. Czy nie ma na świecie poważniejszych spraw niż kolor sukienki lub wzrost chłopaka? Nie miałam z kim iść i zostało jedno wyjście – Mateusz. Przez jakiś czas miałam nawet wyrzuty sumienia, że traktuję go tak instrumentalnie. Czekałam kilka dni, aby go w końcu zapytać, czy ze mną pójdzie. Ku mojemu zdziwieniu, ubiegł mnie w moich planach. W ten sposób miałam chłopaka na studniówkę. Zbliżyliśmy się do siebie. Po maturze zapytał, czy zostałabym jego dziewczyną. Zgodziłam się, chociaż podeszłam do tego z ogromną ostrożnością.

Dostałam się na wymarzoną psychologię, Mateusz na informatykę. Studia wszystko zmieniły. Szczególnie Mateusza. Już nie był tym samym chłopakiem, co wcześniej. Ciągle imprezował, po kryjomu przede mną zaczął pić. Po pierwszym roku miał kilka warunków. Sam również zaczął stawiać mi warunki. Pewnego dnia zadzwonił. Już po głosie poznałam, że jest pijany, ale jednak do niego poszłam. Czułam, że szykuje się coś złego.

– Mam ciebie dość – powiedział na dzień dobry. Nie byłam jednak zaskoczona.

– Miło słyszeć.

– Ile mam jeszcze czekać?

– Na co?

– Ty wiesz na co! Zawsze będziesz udawać taką wrażliwą i niedostępną?

– Udawać?

– Całe liceum na ciebie czekałem i jeden rok studiów.

– Podobno tak mnie kochasz… – powiedziałam z ironią.

– Co to za związek bez seksu? Nie pieprz mi tu o wzajemnym poznawaniu się i innych pierdołach. Nie chcesz ze mną spać i tyle! Nie jestem głupi. Ile mam jeszcze czekać?

– Masz rację, nie chcę z tobą spać.

– I tak ze spokojem mi to mówisz? Myślisz, że jesteś jedyna na tym świecie? Nie, nie jesteś! Ani aż tak nadzwyczajna, żeby czekać na ciebie nie wiadomo ile!

– Bardzo się zmieniłeś, Mateusz. Spójrz na siebie, nie poznaję cię.

– Przestań pieprzyć! Dosyć mam tych bzdur. Nie mam zamiaru marnować z tobą czasu. Jest tyle innych panienek, które by wszystko dały, żeby ze mną być.

– To rzeczywiście nie rozumiem, dlaczego tracisz na mnie czas.

Naszą rozmowę potraktowałam jako zerwanie. Wyszłam od niego bez poczucia żalu. Wręcz przeciwnie, czułam dziwny spokój, jakbym zrzuciła z siebie olbrzymi ciężar. Odzywał się do mnie jeszcze kilka razy, próbował przepraszać. Przeprosiny przyjęłam, ale do niego nie wróciłam. Po jakimś czasie zdałam sobie sprawę, że Mateusz był zaprzeczeniem mężczyzny moich marzeń. Jednak zawsze znajdowałam wytłumaczenie dla tego, co robił i mówił. Podobno jest to pułapka, w którą wpadają kobiety tak bardzo pragnące miłości.

Potem była pustka, nie chciałam żadnego mężczyzny w swoim życiu, bałam się powtórki z rozrywki. Wszystko się zmieniło, gdy poznałam Dominika. Był przeciwieństwem Mateusza, no i bardzo mi się spodobał. Poznałam go na sylwestrze u koleżanki. Zakochałam się w nim. Był zaradny życiowo, co bardzo mi imponowało. Niestety, potem przekonałam się, że jest to tylko jego maska. Zaledwie po miesiącu byliśmy już parą. Dominik wydawał mi się ideałem. To dzięki niemu poznałam, czym jest bliskość i intymność. Jednak fascynacja nim była dla mnie zgubna. Zanim się obejrzałam, po pół roku naszej znajomości byłam jego etatową kochanką, sekretarką, kucharką i sprzątaczką. Pisałam mu prace na zaliczenia, załatwiałam wszystkie sprawy, sprzątałam mieszkanie i coraz częściej pożyczałam pieniądze. Najpierw drobne sumy, potem coraz większe. Ile to razy nie kupiłam sobie nawet książki, bo wiedziałam, że muszę mu pożyczyć. Tłumaczył, że to wszystko na nowy biznes, który rozkręca z kuzynem. Miała to być kawiarenka internetowa. Wierzyłam mu i cieszyłam się, że w swoich planach uwzględnia również mnie. Wreszcie przejrzałam na oczy.

– Jak tam lokal? Na kiedy będzie gotowy?

– Dokładnie nie wiem. Ciągle trzeba coś jeszcze załatwiać. No i kasa się kończy. Słuchaj, może masz tysiaka? Muszę do końca miesiąca zapłacić ludziom od klimatyzacji.

– Tysiaka? – powtórzyłam zdziwiona, zwłaszcza że równo tydzień temu pożyczyłam mu kolejne trzysta złotych.

– Tak, to nieduża suma, szybko ci oddam, jak tylko stanę na nogi.

– Wiesz, że zawsze ci pożyczam, jak tylko mam, ale teraz nie za bardzo mogę.

– Jak to?

– Chciałabym się zapisać na specjalistyczny kurs z nowatorskiej metody terapii. Dużo bym się nauczyła, a certyfikat końcowy pozwoli mi na znalezienie lepszej pracy.

– Nie możesz zrobić tego później? Wyluzuj trochę – uciął zdenerwowany.

– Rozmawiałam dzisiaj z zaprzyjaźnioną terapeutką. Powiedziała, że jak zrobię ten certyfikat, to mnie przyjmie do siebie na pół etatu. Zawsze jakieś pieniądze z tego będą.

– Chcesz na głupi kurs wydawać, żeby potem jakaś baba kazała ci wszystko robić i płaciła za to drobniakami?

– Nie mów tak, od czegoś trzeba zacząć. Wiesz, jak jest teraz ze znalezieniem pracy. Kurs zaczyna się już za miesiąc. Do jutra muszę się zdecydować i wpłacić pieniądze na konto.

– Świetnie! Kurs ważniejszy od pomyślności mojego biznesu.

– Kawiarenka będzie twoja. Dobrze wiesz, że się na tym nie znam, chcę się rozwijać w swojej dziedzinie. Nie liczą się dla ciebie moje plany?

– A co mnie obchodzi durny kurs! Dobra, nie chcesz pożyczyć, to nie. Sam sobie poradzę! – Trzasnął drzwiami i wyszedł.

Od tamtego momentu było już coraz gorzej. Zaczął mnie unikać. Wiedział, że każda kolejna rozmowa skończy się kłótnią. Na kurs poszłam. I to był początek końca. Usłyszałam od niego, że nie tak miało być. Niestety, jego plan na życie sprowadzał się do tego, że to on miał się rozwijać, prowadzić własny biznes, a ja miałam być kurą domową. Takiego życia nie chciałam.

Po jakimś czasie Dominik przestał się odzywać. Zniknęły też moje pieniądze. Na koniec odzyskałam tylko ich część i usłyszałam, że skoro taka zaradna jestem, to sama zarobię miliony. Zabolało. Naprawdę go kochałam, a on widział we mnie tylko swoją służącą. Przepłakałam niejedną noc. Związek z nim spowodował, że przestałam wierzyć w swoje marzenia i plany. Wtedy też przysięgłam sobie, że już nigdy więcej się nie zakocham. Miłość boli, a ja nie chciałam więcej tego doświadczyć. Gdyby nie ciocia Mania, pewnie bym nawet zrezygnowała ze studiów. Tak mi wtedy brakowało mamy. Może dałaby mi receptę na to, jak znaleźć mężczyznę na całe życie?

Zamiast mamy miałam Daniela. To on zmusił mnie, by od nowa zająć się tylko sobą. Jedyny mężczyzna, na którym nigdy się nie zawiodłam.

Dom pachnący mamą

Dzieciństwo. Czas niesamowicie radosny. Tak przynajmniej było w moim przypadku. Wychowałam się w małej miejscowości, jakieś siedemdziesiąt kilometrów od Warszawy, tuż za Pułtuskiem. Doskonale pamiętam, jak razem z bratem i innymi dzieciakami bawiliśmy się całe dnie w lesie, na łąkach, nad rzeką. Czułam się wtedy taka wolna. Nie było dla nas granic, których nie można by przekroczyć. Zamiast oglądać telewizję, wszyscy woleli przebywać na dworze. Każda pora roku niosła ze sobą niezapomniane przygody.

Wiosna na wsi wygląda cudownie. Pachnące w lesie zawilce, zielone pąki na drzewach, w końcu zapach poranka sprawiały, że czułam się jak zaczarowana. Nie zapomnę chwil, kiedy siedziałam pod stuletnim dębem i czytałam Anię z Zielonego Wzgórza. Idąc tropem głównej bohaterki, pobliskie wzgórze nazwałam „Pchełką”. Wiosna rozpoczynała się od topienia Marzanny w pobliskiej rzece. Zawsze było mi szkoda tej kukły. Zwłaszcza że wrzucali ją do lodowatej wody. Miałam nadzieję, że jakiś dobry człowiek ją wyłowi i zabierze do domu.

A skoro wiosna, przychodziła również Wielkanoc. Najważniejsze było malowanie pisanek oraz owijanie ich sitowiem, które zbierałam pół dnia, zostawiając niekiedy swój kalosz w sadzawce. Kalosz nie był ważny, tylko mina mamy, kiedy podziwiała moje pisanki. Potem mieliłyśmy razem ser, robiłyśmy mazurki i inne pyszności. W sobotni poranek obie niosłyśmy koszyki do kościoła, mama duży, ja taki mały. Cały dom dekorowałyśmy baziami. Babcia opowiadała historie o tym, jak dawniej obchodzono Wielkanoc i jak się oblewano wodą w lany poniedziałek. Razem z bratem i przyjaciółmi kontynuowaliśmy wielkanocną tradycję. Niejeden raz wracałam do domu cała mokra po tym, jak wrzucili mnie do sadzawki.

Lato było jeszcze bogatsze w przygody. Zwłaszcza wakacje. Przeważnie spędzałam je w domu albo wyjeżdżałam do dziadków, czasem jak udało się odłożyć trochę więcej pieniędzy, jechaliśmy całą rodziną pod namiot nad morze. Nigdy nie zapomnę zapachu morza nad ranem i tego, jak czasami niewygodnie było spać na materacu. Wcale mi to jednak nie przeszkadzało. Uciekałam wtedy w marzenia, które były dosyć oryginalne jak na tak małą dziewczynkę. Na wakacjach u dziadków też było wspaniale, zwłaszcza że za wszelką cenę chcieli nauczyć mnie i brata wszystkich regionalnych zwyczajów i przepisów. Poddawaliśmy się nauce z wielką przyjemnością. Dziś dziadków już nie ma, ale wspomnienia i przekazana wiedza pozostały.

Pod koniec wakacji zaczynałam tęsknić za szkołą. Wrzesień był dla mnie zapowiedzią jesieni, którą niesamowicie uwielbiałam. W chłodne i deszczowe wieczory razem z mamą zaszywałyśmy się pod kocem, by długo ze sobą rozmawiać lub czytać książki. Mama zawsze pachniała fiołkami, to był jej ulubiony zapach. Mój zresztą też. Cały dom pachniał mamą. Najwspanialszy zapach w moim życiu. Bo mama była najwspanialsza. Pamiętam, jak kładłam głowę na jej kolanach, a ona głaskała moje włosy, mówiąc przy tym, że bardzo mnie kocha. Kiedy dzisiaj wspominam te chwile, to aż serce mi się ściska. Zawsze wiedziała, jak poprawić mi humor i sprawić, by każdy kolejny dzień był udany. Była moim aniołem stróżem. Teraz też jest. Czuję to. Mama zawsze widziała wszystko w jasnych barwach. Uwielbiała Wszystkich Świętych. Podkreślała, że jest to radosne święto. Nigdy nie zapomnę naszej rozmowy nad grobem sąsiadki. Miałam wtedy jedenaście lat.

– Mamusiu, dlaczego ludzie umierają? – zapytałam, spoglądając na grób.

– Tak to już zostało stworzone. Nie mamy na to wpływu. Po życiu przychodzi śmierć.

– Jak ktoś umiera, jest bardzo smutno, prawda?

– Tak, jest smutno. Smucą się ci, co tracą bliskich.

– A czy ci, co umierają, idą do nieba?

– Na pewno by tego chcieli. Wszystko zależy od ich życia, jakie było, czy zrobili w nim dużo dobrego, czy nie.

– Śmierć zabiera ludzi i potem ten, kto zostaje, nie jest już kochany.

– To nie śmierć rozdziela ludzi, tylko brak miłości. Pamiętaj o tym. Jeżeli jest miłość, to nawet jak ktoś odejdzie, dalej będziemy go kochać, nosić wspomnienia w swoim sercu. A osoba, która odeszła, również będzie blisko nas, byśmy nie czuli się samotni.

– Ale ty, mamusiu, nigdy mnie nie opuścisz?

– Tego nie mogę ci obiecać, ale zapamiętaj, że nigdy nie przestanę cię kochać.

Czasami zachowywała się tak, jakby przeczuwała, że śmierć jest blisko. Jakby czuła jej oddech. A ja uwielbiałam oddech mamy i ciepło jej rąk, gdy przytulała mnie do siebie. Zawsze w czasie Bożego Narodzenia przebierała się za aniołka. Pięknie wyglądała w białej sukience z pomponami u dołu. Sama ją uszyła, chciała sprawić nam radość. Był to dla wszystkich wspaniały czas. Mój brat Seweryn najbardziej cieszył się radością rodziców, gdy otwierali przygotowane przez nas prezenty. Podobało mi się, że mam brata starszego o pięć lat, który zawsze był po mojej stronie i siał postrach wśród moich kolegów.

Żyło nam się bardzo dobrze, chociaż skromnie. Chodziliśmy do szkoły w pobliskiej miejscowości. Mama pracowała tam jako nauczycielka. Czasami nam to przeszkadzało. Zwłaszcza gdy koledzy z klasy podśmiewali się, że dobre oceny zawdzięczamy mamie. Ale tak nigdy nie było, mama niczego nam nie ułatwiała. Tata pracował najpierw w hurtowni materiałów budowlanych, a potem został agentem ubezpieczeniowym. Naprawdę nadawał się do tej pracy. Chociaż czasami miał wyrzuty sumienia, że namawia ludzi na kolejne umowy.

Ale nic nie może trwać wiecznie. Seweryn, to on zawiódł najbardziej. Wszystko się zaczęło, gdy poszedł do technikum, które znajdowało się w odległym mieście. Chciał zostać elektronikiem, a potem iść na studia informatyczne. Jego konikiem był komputer i wszystkie związane z nim sprawy. Problemy zaczęły się w drugiej klasie. Tuż przed Bożym Narodzeniem rodzice dostali ze szkoły telefon z prośbą o pilne przybycie. Dowiedzieli się od dyrektora, że Seweryn jest podejrzany o kradzież telefonu. Niestety, podejrzenia się potwierdziły. Wyszło również na jaw, że ma na swoim koncie inne wybryki, w tym paserstwo. Sprzedawał skradzione oprogramowanie do komputerów i części. Rodzice byli załamani, ale zrobili wszystko, by nie został wyrzucony ze szkoły. Udało się. Obiecał, że zerwie ze złym życiem. Wiedział dobrze, jak uśpić ich czujność.

Najgorsze wydarzyło się w ostatniej klasie. Zaczął wypominać rodzicom, że są biedni. Postanowił razem z kolegą wynająć mieszkanie i pracować popołudniami, żeby mieć więcej pieniędzy. Rodzice nie mogli do niego w żaden sposób dotrzeć. Seweryn już nawet nie krył się z tym, że nadal zajmuje się kradzieżami. Jakimś cudem udawało mu się uciec przed prawem. Skończył technikum, ale nie podszedł do matury. Oznajmił, że wyjeżdża za granicę, bo ma już dość biedy. Słowa dotrzymał. Wyjechał w sierpniu. Nie odzywał się, nie dzwonił, nie przyjeżdżał. Nawet nie wrócił na święta. Mama bardzo to przeżyła. Obwiniała się za wszystko. Patrzyłam, jak z każdym dniem była coraz smutniejsza. Szukałam sposobu, aby jej pomóc, ale nie wiedziałam jak. Nie widziałam już w jej spojrzeniu tego błysku co kiedyś. Dziś wiem, że były to początki depresji. Ale wtedy miałam zaledwie szesnaście lat.

Po Wielkanocy mamie jakby się polepszyło. Myślałam, że wszystko wraca do normy. Ale to były tylko pozory. Pewnego dnia bardzo źle się czuła. Namówiłam ją na wizytę u lekarza. Miałam z nią jechać, ale kolejnego dnia musiałam oddać pracę, którą przygotowywałam z koleżanką, więc do niej poszłam. Mama pojechała sama. Pamiętam, że wtedy mocno padał deszcz. Kiedy wracała, uderzył w nią pijany kierowca. Zaledwie kilometr od naszego domu. Zginęła na miejscu. Nie miała żadnych szans. Do dzisiaj obwiniam się, że z nią wtedy nie pojechałam. Może by do tego nie doszło. Ale co ja mogłabym zrobić?

Pamiętam ten czas jak przez mgłę. Byłam na silnych lekach uspokajających. Do dzisiaj widzę przed oczami tłum ludzi na pogrzebie, rozpaczliwy płacz taty i załamanego brata stojącego przy trumnie. Mnie jakby tam nie było. Przynajmniej duchem. Myślałam, że to koszmarny sen, z którego zaraz się obudzę. I mama też. Przecież kiedyś w końcu musi otworzyć oczy! Z zamyślenia wyrwał mnie odgłos grud ziemi rzucanych na trumnę. Już wiedziałam, że to nie sen. Ktoś okrutnie zniszczył moje życie. Gdzie byłeś, Boże, gdy mama jechała samochodem, a ten pijak w nią uderzył? Czemu mama nie żyje, podczas gdy on wyszedł z tego cało? Pierwszy raz w życiu miałam pretensje do Boga, przestałam chodzić do kościoła. Zły los zabrał mi wszystko. Zabrał mi moją ukochaną mamę. Wtedy, gdy najbardziej jej potrzebowałam.

Śmierć matki naznacza życie. Wydaje się ono nie do zniesienia. Przepełnia je lęk i ogromna potrzeba miłości, która może pchnąć w stronę złych ludzi, złych wyborów i rezygnacji z siebie. Albo wręcz przeciwnie. Staje się wyzwaniem, zmusza do rozwoju i udowodnienia sobie oraz innym, że nic nas nie może złamać. Być córką pozbawioną matki to odczuwać brak i tęsknotę, ale również rozwijać w sobie odwagę i siłę przetrwania. To iść swoją drogą, nie pytając nikogo o pozwolenie. Czasami być skupioną wyłącznie na tym, by już nigdy nikt ani nic nie zburzyło nam naszego świata, który uporczywie budujemy dzień po dniu. To taka walka z wiatrakami. Żałoba i poczucie straty są jak tornado. Na jakiś czas cichną, a potem znowu się odzywają. Nie da się z nimi pogodzić. Zapomnienie tym bardziej jest niemożliwe. Są niczym cień, który nigdy nie opuszcza.

Córka bez matki jest jak pudełko bez zapałek. Nic nie jest w stanie zastąpić łączącego je uczucia. Brakuje jej oddechu, spojrzenia pełnego troski oraz wsparcia. Stracony czas jest nieodwracalny jak śmierć. Dopiero strata ukochanej osoby pokazuje nam, jak wiele zmarnowaliśmy szans. Teraz wiem, że nie zawsze szanowałam dany nam czas. Mama była blisko i nie wyobrażałam sobie, że mogłoby to się kiedyś zmienić. A potem… potem wystarczyła jedna chwila, by legł w gruzach nasz bezpieczny świat. Kilka sekund. Tyle dzieli nas od straty. Mama podarowała mi najcenniejszy skarb. Moje życie. Mogłam zrobić tylko jedno. Stojąc nad jej trumną, przysięgłam sobie, że zrobię wszystko, by moje życie było pokłosiem olbrzymiej miłości, jakiej od niej doznałam. Chociaż od razu wiedziałam, że nie będzie to łatwe. Mój ból był nie do opisania. I ta przeraźliwa pustka, która zawładnęła mną na zawsze.

Seweryn wyjechał zaraz po pogrzebie. Był przekonany, że mama zginęła przez niego. Od tamtej pory nie odezwał się do mnie ani razu. Ojciec wpadł w depresję, został oddany pod opiekę dobrych lekarzy. Przez miesiąc nie wypowiedział ani słowa. Myślałam, że zwariował. Sama też o mało nie zwariowałam. Nie przeżyłabym tej tragedii, gdyby nie ciocia Mania. To moja chrzestna, ma na imię Marysia, ale wszyscy mówią na nią Mania. Przeprowadziła się do nas z Warszawy na czas wakacji. Była dla nas ratunkiem.

Zapisała mnie do dobrego liceum w Warszawie. Miałam z nią mieszkać i spróbować znowu normalnie żyć. Ojciec długo się leczył. Chciał wrócić do sprzedaży ubezpieczeń, ale miał słabe wyniki i go wyrzucili. W ogóle nie chciał ze mną rozmawiać, szczególnie o mamie. A dla mnie pamięć o niej była najważniejsza. Dostał od swojego kolegi propozycję dobrze płatnej pracy w Norwegii. Bez wahania się na nią zgodził i wyjechał. W tak krótkim czasie straciłam całą swoją rodzinę. Co prawda ojciec często się odzywał, dzwonił, starał się przyjeżdżać na święta, przesyłał pieniądze na moje utrzymanie, ale i tak go przy mnie nie było.

Została mi tylko ciocia Mania. Na szczęście nie chciała mi zastąpić mamy, nawet tego nie próbowała. Najgorszy był początek liceum. Zachorowałam ciężko na nerki. Pierwszy semestr ledwo zaliczyłam. Potem było już lepiej. Nie chciałam marnować życia na ciągłe użalanie się nad sobą. Mama by mi tego nie darowała. Bo są w życiu takie rzeczy i osoby, o które warto walczyć do samego końca. Chciałam być psychologiem, a droga ku temu wiodła przez ukończenie odpowiednich studiów. Więc wzięłam się do pracy i już w drugiej klasie liceum byłam prymuską.

Ciocia Mania tak naprawdę wychowała się w Stanach, gdzie trafiła z rodzicami jako małe dziecko. Jest stryjeczną siostrą mojego taty, starszą od niego o dziesięć lat. Ciocię sprowadziła do Polski jej praca zawodowa. Jest dosyć znaną malarką. W Stanach się nie przebiła, za to w Polsce jej twórczość jest doceniana. To ona wprowadziła mnie w świat sztuki, pięknych galerii, muzeów, sal koncertowych i teatrów. Zabierała mnie praktycznie wszędzie. Często latała do Stanów, żeby odwiedzić rodziców. Trzy razy zabrała mnie ze sobą. To były podróże mojego życia. Jeszcze nigdy tak daleko nie byłam. Do dzisiaj widzę przed oczami piękne wzgórza Kalifornii. Jednak wszystko, co dobre, nie trwa zbyt długo. Rodzice cioci Mani byli coraz słabsi i mieli problemy ze zdrowiem. Gdy byłam na pierwszym roku studiów, mama cioci Mani poważnie zachorowała i wymagała pilnie kosztownej operacji. Ciocia musiała sprzedać swój piękny dom w Warszawie. Chciała mnie zabrać na stałe do Stanów. Ja jednak wolałam zostać w Polsce. Może miałam nadzieję, że niebawem moja rodzina znowu będzie razem? Że tata i Seweryn wrócą do mnie i spróbujemy od nowa?

Przez długi czas mieszkałam w wynajmowanym mieszkaniu z dwiema koleżankami, ale potem jedna wyszła za mąż, a druga przerwała studia. Na szczęście ze mną było inaczej. Ślubu nie miałam w planach. Chociaż związek z Dominikiem narobił mi trochę apetytu. Na studiach robiłam, co mogłam, aby zdobyć doświadczenie, zarobić pieniądze i mieć zajęcie. Brałam udział w kilku projektach, opiekowałam się dziećmi, pracowałam w firmie rekrutującej pracowników, układałam ankiety dla towarzystw ubezpieczeniowych, pisałam również dla kilku portali porady dla kobiet, byłam na stażu w redakcji popularnej gazety. Nie powiem, podobało mi się. Posadę w poradni dostałam na trzy miesiące przed obroną, z czego się cieszyłam jak wariatka. Na razie jest dobrze, może w przyszłości poszukam czegoś innego, ale wiem na pewno, że zawsze będzie to praca z dziećmi.

Szaleństwa panny Anny

Moje życie wydaje mi się bardzo poukładane i takie… przemyślane. Ale jest w nim również miejsce na szaleństwa. Jak to mama mówiła… szaleństwa panny Anny! Zaczęły się już w dzieciństwie. Od marzeń, które ma każda mała dziewczynka. Marzyłam o zostaniu sławną piosenkarką. Miałam też towarzysza swoich marzeń. Znamy się od przysłowiowej piaskownicy. Jesteśmy w tym samym wieku. Chodziliśmy do tych samych szkół. Podczas odwiedzin w jego domu zawsze podziwiałam stojący w dużym pokoju bardzo stary fortepian. Pamiątka po jego pradziadku, który był muzykiem. Daniel odziedziczył po nim talent, bo już w wieku trzech lat wygrywał na klawiszach proste melodie. Zazdrościłam mu tego i chciałam grać jak on. Wierciłam mamie dziurę w brzuchu, by zapisała mnie na lekcje gry na fortepianie.

Trafiłam do szkoły muzycznej. Potem odkryłam w sobie talent wokalny i chodziłam na lekcje śpiewu. W tym samym czasie Daniel przerzucił się z klawiszy na gitarę elektryczną i perkusję. Mama cieszyła się, że nie mam takich pomysłów jak on. Gdy mieliśmy po trzynaście lat, postanowiliśmy założyć zespół Ale Bajka! Daniel miał obiekcje, że to zbyt dziewczęca nazwa, jednak w końcu się zgodził. I tak powstał nasz pierwszy zespół muzyczny. Siedzibą był garaż w domu Daniela. Jego rodzice pozwolili nam na stałe wstawić tam instrumenty. Gdy tylko wróciliśmy ze szkoły i zjedliśmy obiad, od razu ruszaliśmy na próbę.

Po pewnym czasie dołączył do nas Rafał, który grał na klawiszach, saksofonie i gitarze, dzięki czemu Daniel mógł objąć perkusję. Sama skupiłam się wyłącznie na wokalu i ogólnie na artystycznej oprawie zespołu. Potem dołączył do nas Artur, który potrafi grać na różnych „egzotycznych” instrumentach, gitarze elektrycznej i perkusji. Trudnym momentem był czas wyboru liceum. Panowie stanęli na wysokości zadania, wybierając szkoły w Warszawie. Wiadomo, w stolicy są większe perspektywy. Był to strzał w dziesiątkę. Już na początku liceum zaczęliśmy grywać w klubach i kawiarniach. Potem przyszedł czas na wesela i inne imprezy. Robiliśmy to, co kochamy, a w dodatku były z tego niezłe pieniądze.

Zmieniliśmy nazwę zespołu z Ale Bajka! na Abradon. Pomysłodawcą był Daniel. Nazwa była chwytliwa, brzmiała poważnie i nikt nie wiedział, co oznacza. Ciocia Mania była nami zachwycona. Często załatwiała nam występy na swoich wystawach. Byłam szczęśliwa, że moje dziecięce marzenie się spełniło. Dotrzymałam kroku swojej pierwszej miłości, czyli śpiewaniu. Najpierw graliśmy covery znanych zespołów, a potem zaczęliśmy tworzyć własną muzykę. Z czasem pojawiły się coraz śmielsze marzenia o nagraniu własnej płyty. Na pewno będzie to rock, bo ten gatunek muzyki uwielbiamy i najczęściej gramy.

Z chłopakami z zespołu mam świetny kontakt. Najbardziej cenię sobie Daniela. Jest moim najlepszym przyjacielem. Stanowimy przykład tego, że przyjaźń damsko-męska istnieje. Na nikogo (poza ciocią Manią) nie mogę w życiu liczyć tak jak na Daniela. Razem z rodzicami przeprowadził się do Warszawy w tym samym czasie, co i ja. Był oparciem, rozumiał mnie i jak nikt wiedział, że muszę zająć głowę nowymi wyzwaniami, inaczej wciąż będę rozmyślała o wypadku mamy. Przy nim mogę być sobą, zna wszystkie moje słabości i potrafi pomóc w największej opresji. Po wyjeździe Mani jego rodzice proponowali mi nawet, bym z nimi zamieszkała, ale nie chciałam. Są pewne granice, nawet w przyjaźni. Daniel należy do ludzi, którzy nigdy nie zawodzą. Był blisko mnie po śmierci mamy i w każdej gorszej chwili mojego życia. Podobnie jak ja, nie ma szczęścia w miłości. Ale żartuje, że karta niedługo się odwróci. Na razie jesteśmy zakochani w muzyce i to z wzajemnością. Jednak to nie jedyna pasja naszego życia. Drugą jest fotografia. Uwielbiamy robić zdjęcia. Przede wszystkim ludziom, w momentach, kiedy najmniej się tego spodziewają. Wtedy widać na ich twarzach prawdziwe uczucia.

W życiu bywa i tak, że czasem zadajemy się z niewłaściwymi osobami. W moim przypadku było tak z Gośką. Los niekiedy potrafi nam spłatać figla. Ale żeby aż takiego? Chodziłyśmy razem do podstawówki. Nie przepadałyśmy za sobą. Pewnie dlatego, że się bardzo od siebie różnimy. Ja poukładana i spokojna, a jej zawsze było wszędzie pełno. Miała niesamowity dar do ciągłego pakowania się w kłopoty. Zostało jej to do dzisiaj. Spotkałam ją przypadkowo po latach w jednym z warszawskich klubów, gdzie grałam z chłopakami koncert. Po pierwszej rozmowie zorientowałam się, że od czasów podstawówki nic się nie zmieniła. Było chyba jeszcze gorzej. Bez zastanowienia się przyznałam, że szukam mieszkania do wynajęcia. Miałam wtedy niezbyt ciekawą sytuację i musiałam na szybko znaleźć coś nowego. Gośka pochwaliła się, że rodzice kupili jej rok temu mieszkanie, ale nie ma za bardzo pieniędzy na jego utrzymanie, więc szuka współlokatorki. Stwierdziła, że chętnie mnie widzi w tej roli. Miałam do wyboru: albo zamieszkać z Danielem i jego rodzicami, albo u Gośki. Wybrałam Gośkę jako mniejsze zło (wtedy wydawało mi się ono mniejsze, potem jednak zmieniłam zdanie). Myślałam jeszcze o kupnie mieszkania, ale ich ceny w Warszawie skutecznie burzą nadzieję na własne lokum. Nie miałam aż tyle pieniędzy, a kredytu nikt by mi nie dał.

I tak oto trafiłam pod dach Gośki. Już pierwsze dni wspólnego mieszkania utwierdziły mnie w przekonaniu, że nie będzie łatwo. Gośka nadal ma niesamowitą zdolność do pakowania się w tarapaty. Zmienia pracę przynajmniej raz na trzy miesiące. A raczej jest z niej wyrzucana. Bo albo próbowała coś wynieść, albo napyskowała szefowi, albo po prostu nie przychodziła przez kilka dni, bo akurat poznała kolejnego mężczyznę, który wydawał jej się tym jedynym. Obecnie pracuje jako kelnerka i próbuje sił w modelingu, ale jej to nie wychodzi. Najgorzej jest z mężczyznami. Gośka marzy o księciu z bajki, który wyrwie ją z mało atrakcyjnej pracy, zabierze na koniec świata i spełni każde jej życzenie. Ma konto chyba na każdym portalu randkowym. Wymyśla niestworzone historie o sobie i swojej rodzinie. Przeważnie udaje, że jest córką znanego adwokata i tatuś spełnia każde jej życzenie, nie musi się o nic martwić. Wszystko jest dobrze, dopóki nie nastąpi spotkanie i weryfikacja danych. Nic dziwnego, że panowie czują się zawiedzeni. Czasami już nie mogę słuchać tych jej pytań, który ładniejszy, lepszy, bogatszy. A jakie zdjęcie wstawić? Katastrofa!

Miesiąc temu bez mojej zgody założyła mi konto na jednym z portali. Wstawiła moje zdjęcia, podała numer telefonu. Jakże wielkie było moje zdziwienie, gdy nagle zaczęli do mnie dzwonić obcy mężczyźni. Od razu wiedziałam, że ma to związek z Gośką. Tłumaczyła, że chciała po prostu znaleźć mi faceta i rozweselić życie. Myślałam, że ją zastrzelę. Przez nią musiałam zmienić numer. Konto mi usunęła, ale niesmak pozostał. Przez jakiś czas było spokojnie, ale potem Gośka wróciła do swoich nawyków. Imprezowała jeszcze częściej. Ile razy była u nas policja lub straż miejska? Szkoda gadać. Jak tylko ma kłopoty, zawsze przychodzi do mnie. Tak jak wtedy, gdy przybiegła ze łzami w oczach, że chyba jest w ciąży. No bo na jednej z imprez za dużo wypiła i poszła na żywioł. Oczywiście to ja musiałam iść do drogerii i kupić test ciążowy. Ciąży na szczęście nie było (na szczęście dla ewentualnego dziecka, bo mieć taką mamę jak Gośka byłoby ciężko). Gośka obiecała poprawę. Do czasu!

Kobieta poszukująca

Nawet w deszczu Warszawa wygląda pięknie. Niesłusznie tyle narzekałam na pogodę. Z pracy do mieszkania mam naprawdę blisko, dlatego codziennie urządzam sobie spacery. Bardzo je lubię. Może dlatego, że skłaniają mnie do refleksji nad różnymi sprawami. Czemu jestem sama? To pytanie chodzi za mną od zawsze. Cóż, jestem sama, ponieważ nie spotkałam odpowiedniego mężczyzny, wierzę w prawdziwą miłość, boję się powtórki z rozrywki, czyli takich facetów jak Mateusz i Dominik. Nie chcę niczego przyśpieszać na siłę. Przede wszystkim to ja się zmieniłam. Nie ma już smutnej, przerażonej życiem Ani, która wciąż rozpamiętuje przeszłość. Jasne, o niej nie da się zapomnieć. Ale można nauczyć się z nią żyć.

Jestem sama, ale nie samotna. A to znaczna różnica, prawda?

Jeszcze przed drzwiami słyszę głośny śmiech Gośki i tego jej Krystiana. Może i fajnie, że kogoś ma i jest z niego zadowolona. Tylko przeraża mnie, że po raz kolejny zaledwie po dwóch czy trzech miesiącach znajomości stwierdza, że to ten jedyny i na pewno spędzi z nim resztę życia. A Krystian? Ma niewątpliwą zaletę – nie został poznany przez internet. Przyszedł do klubu, w którym pracuje Gośka, i tak się poznali. Życzę im jak najlepiej, może przynajmniej jej się uda związek z prawdziwego zdarzenia. Zawsze idzie na żywioł, a ja muszę przemyśleć sprawę ze sto razy i jeszcze się waham. Bo przecież nie ufam ludziom. Chociaż ostatnio zauważyłam, że przy Gośce trochę się zmieniam. Może się od niej uczę?

– Cześć, piękna! – przywitała mnie, wystawiając głowę zza drzwi pokoju.

Zawsze tak na mnie mówi, ale nie lubię tego, bo ja ani piękna nie jestem, ani jakaś tam inna.

– Cześć, co dobrego słychać? Jak w pracy?

– Spoko, dzisiaj był dobry dzień. Sporo napiwków wpadło do kieszeni, więc jest dobrze. Na koniec róże od ukochanego mężczyzny i powrót do domu.

– Tylko się za bardzo do tego nie przyzwyczajaj – uciął zawadiacko Krystian.

To chyba jednak bardzo cierpliwy człowiek jest. Tyle czasu już wytrzymał z Gośką i ani razu nie narzekał. Nie to, co ja. Może mam wobec niej zbyt duże wymagania?

– Nie martw się, ty mój potworze kochany. Ale od czasu do czasu róża ma być. – Pogroziła mu palcem z hultajskim uśmiechem. – Może, Aniu, zrobić ci kolację?

– Nie, dziękuję. Nie jestem głodna.

– Jedz, chudzino, bo cię niedługo pająk za obraz wciągnie – zaśmiała się.

– Może nie wciągnie, dam sobie z nim radę. Planujecie coś na dzisiaj?

– Może zrobimy sobie wieczór filmowy albo wyjdziemy na miasto. Jutro rano idę do pracy, więc szaleć nie możemy. I ogólnie dni są nieciekawe, wstawać się nie chce.

– Oj tak, też mam z tym problem. Dzisiaj nawet trochę zaspałam, dobrze, że do mnie zajrzałaś. Ciężko było wstać.

– Nie ma sprawy. To jakby co, jesteśmy u mnie, a jak będziemy gdzieś wychodzić, to damy znać. Może się z nami wybierzesz?

– Dzisiaj to mi w głowie już tylko kąpiel i dobra książka.

– Zostaw te książki w spokoju, taka laska nie może się marnować. Krystian ma tylu kolegów, na pewno znajdziemy ci fajnego chłopaka. Prawda, Krystian?

– Zaraz dzwonię do kumpli i za pół godziny będą się o ciebie bili – wtrącił jej ukochany.

– Wielkie dzięki, ale ja dziś odpadam. Mam na głowie sporo pracy i muszę odpocząć.

– Już od roku to słyszę, marudo – skwitowała Gośka.

– I jakoś to wytrzymałaś, więc jeszcze jeden raz mi darujesz. Dobra, uciekam do siebie, pewnie położę się dziś wcześnie.

– Nie martw się, będziemy grzeczni, a nawet jak się nie uda, to wszystko będzie po cichu – ucięła moja współlokatorka, zanosząc się dzikim śmiechem.

– Nie to miałam na myśli. Gośka, ja przez ciebie zwariuję!

– To też od roku słyszę.

Kąpiel zamieniłam na szybki prysznic. Dziś marzyłam jedynie o zakopaniu się pod ciepłą kołdrą. Deszcz jest przyjemny, zwłaszcza z perspektywy wygodnego łóżka. Lubię rozmyślać nad tym, co było, i nad tym, co będzie. Dzisiaj był dobry dzień. Sprawa z Patrycją została wyjaśniona, dokumenty wypełnione i wysłane, czyli wszystko według planu. Szkoda, że na życie nie można napisać takiego planu. Tylko czy wtedy byłoby ono ciekawsze od tego, które jest nieprzewidywalne i przynosi kilogramy rozmaitych chwil, jedne dobre, inne nie? Wtedy na pewno byłoby nudno. Chociaż czasami, jak na przykład teraz, chciałabym móc pokierować swoim życiem, aby było w nim miejsce na wszystko, czego szukam.

Jestem kobietą poszukującą. Już dawno się tak określiłam. Czego szukam? Można by wyliczać w nieskończoność. Jednak ograniczam się do czterech filarów mojego życia. Szukam klucza do swojej osobowości i zrozumienia własnych myśli, uczuć, przekonań, obaw. Coraz częściej przekonuję się, że nie jest to łatwe, jednak się nie poddaję.

Poza tym szukam swojego miejsca na ziemi, bym mogła kiedyś powiedzieć, że akurat tu jest mój dom i chcę tu wracać. Co prawda, mój dom rodzinny jest takim miejscem, tylko że dom bez ludzi przestaje być tym, czym był kiedyś. Jest pusty. A ja chcę mieć takie swoje miejsce, gdzie zawsze będzie obok mnie inny człowiek, a najlepiej cała gromada ludzi.

Szukam również szczęścia. Mogłabym je opisać zgodnie ze słownikowymi definicjami, które zazwyczaj mówią, że szczęście to sytuacja, gdy wszystko układa się zgodnie z naszymi pragnieniami, co prowadzi do pomyślności i powodzenia. Jednak dla mnie szczęście jest czymś znacznie więcej. To chwytanie tego, co przynosi życie, i umiejętność przekształcania tych podarunków w coś, z czego można się cieszyć. Nie zawsze szczęście wiąże się z dobrymi chwilami. Można je odkryć nawet w gorszych czasach. Dlatego też szukam swojego szczęścia, choć jeszcze nie wiem, pod jaką postacią je odnajdę.

Jestem kobietą poszukującą, ponieważ szukam prawdziwej miłości. Tylko gdzie ją można spotkać? Czy w ogóle istnieje? A może jest wytworem znużonych życiem poetów, którzy nie mieli co robić, tylko opisywali coś, czego nie da się nigdy osiągnąć? Czy jej nie przegapię? Skąd mam wiedzieć, że to jest ten moment i akurat prawdziwa miłość? Wiem tylko jedno. Chcę, by ten mężczyzna był dobrym człowiekiem. Każdy rozumie to stwierdzenie inaczej. Według mnie dobry człowiek towarzyszy całe życie tym, których kocha, pomaga tym, których szanuje, i wspiera tych, którzy wprawdzie są mu obcy, ale widząc ich krzywdę, nie zostawi ich samych. To jest moja definicja dobrego człowieka. Czy istnieje na świecie mężczyzna, któremu mogłabym spojrzeć w oczy i tak go opisać? Mam nadzieję, że tak. Obym spotkała go jak najszybciej, bo szkoda życia na czekanie.

Rozdział II

Chwiejną i zmienną jest zawsze kobieta.

WERGILIUSZ

Niespodzianki od losu

W pracy czas szybko zleciał, chociaż szefowa zarzuciła mnie kolejną partią pilnych raportów. Miałam na dzisiejszy wieczór idealny plan – zakupy, połączone z przypatrywaniem się różnym cudeńkom w sklepowych witrynach. Pośpiesznie uprzątnęłam swoje biurko i wybiegłam z poradni bocznym wyjściem, nie mogąc się doczekać zakupowego szaleństwa.

– Aniu! Tutaj! – usłyszałam za sobą czyjeś wołanie.

– Daniel? A co ty tu robisz? – zapytałam, wpatrując się w dal. Przed główną bramą stał samochód, a zza uchylonych drzwi wyglądał Daniel.

– Niespodzianka! – krzyknął radośnie, unosząc ręce w górę.

– Nawet miła. Przypadkiem tędy przejeżdżałeś? – zdziwiłam się, podchodząc do bramy.

– No wiesz co? Nie robię przypadkowych niespodzianek. Wsiadaj!

– Nie mów, że chcesz jechać ze mną na zakupy? Właśnie się wybierałam.

– Potem razem pojedziemy. Zawiozę cię, gdzie chcesz, a teraz chodź.

– Zdaję się na ciebie – zgodziłam się, udając lekko zaskoczoną.

– Jak ci minął dzień? Dzieciaki mocno dały w kość?

– Było dobrze. Nawet dostałam dzisiaj propozycję małżeństwa. Od sześciolatka!

– No proszę, robi się ciekawie. Trzeba ci znaleźć starszego faceta.

– O, dziękuję, wystarczy już, że Gośka szuka mi adoratora.

– Przeprowadź się do mnie, będziesz miała spokój.

– Do ciebie mogę wpadać na kawę.

– Już się robi!

Wiedziałam, że to się tak skończy. Daniel lubi ściągać mnie do siebie z użyciem podstępu, szantażu, obietnic, niespodzianek. Czasami przymykam na nie oko. Zamiast w galerii handlowej, znalazłam się u niego w mieszkaniu. Przemyślał sprawę dawno, bo już na samym wejściu przywitali mnie jego rodzice, a na stole czekał pysznie wyglądający obiad.

– Aneczko, tak rzadko nas odwiedzasz – powiedziała mama Daniela.

Pani Basia od zawsze traktuje mnie jak córkę, której nie ma, Daniel jest jedynakiem. Kiedyś widziała nas jako małżeństwo. Na szczęście, Daniel w porę wytłumaczył jej, że nie jest to możliwe.

– A tak jakoś wychodzi, sporo pracy jest i innych zajęć. Ale zaraz, przecież byłam w zeszłym miesiącu. Chyba dwa tygodnie temu to było, tak?

– Daj już dziewczynie spokój, niech odpocznie po pracy. Zapraszamy, nawet twoje ulubione zrazy zrobiłem – odezwał się dumnie pan Krzysztof, tata Daniela. Zawsze mnie rozpieszcza pysznymi potrawami. Chciałabym umieć gotować tak dobrze jak on.

– Na sam widok zgłodniałam jeszcze bardziej – przyznałam zauroczona gościnnością.

– Siadaj i jedz, może przybędzie ci trochę kilogramów – dodała pani Basia.

– Lepiej nie, jest dobrze jak teraz. Tak jakoś wyszło, że mogę się bezkarnie objadać. Figurę mam po mamie, więc czasami sobie pozwalam na małe co nieco.

– Oj tak, Hania przed ślubem z Markiem była tak szczupła, że miała spore trudności ze znalezieniem odpowiedniej dla siebie sukni ślubnej, ale się udało.

– Tak… – przyznałam zamyślona.

Mama miała piękną suknię.

– Dobra, to już Anię pomęczyliście, teraz moja kolej – uciął niezręczną ciszę Daniel.

– A właśnie, mówiłeś, że masz dla mnie niespodziankę?

– Zgadza się. Szykuj gardło na sobotę. Będziemy występować.

– Przecież menadżer „Blue Baru” wczoraj nas odwołał. Za mało ludzi się zapisało na imprezę, czy coś w tym stylu – zauważyłam zdziwiona.

– Dobrze chociaż, że wzięliśmy zaliczkę. Niewielkie pocieszenie, ale zawsze to jakieś pieniądze za zmarnowaną sobotę. Jest coś lepszego.

– To znaczy?

– Nic ci nie mówiłem, ale jakiś czas temu dowiedziałem się od kumpla, że niedługo otwierają na Marszałkowskiej nowy klub. Sprawdziłem to i kumpel miał rację. Klub otworzyli miesiąc temu. Robią świetne imprezy, przychodzi gromada ludzi. Przejeżdżałem tam kiedyś i na chwilę wstąpiłem. Fajne miejsce, ciekawy klimat, na pewno by ci się spodobało. Zostawiłem menadżerowi klubu naszą wizytówkę, pomyślałem, że zawsze mamy jakąś szansę, by u nich wystąpić. I nie zgadniesz, co się stało?

– No mów, bo już umieram z ciekawości.

– Dzisiaj rano dzwoni do mnie ten menadżer, chyba jeszcze przed siódmą, i takim dziwnym głosem pyta, czy mamy może wolny termin w najbliższą sobotę, bo miał u nich grać dosyć znany zespół, ale ich wystawił, no i są w kropce, bo mają w sobotę imprezę dla jakichś tam VIP-ów. Nie wiem dokładnie, dla kogo, to nieistotne, dowiem się. Okazja dobra, a jak się spodobamy, to może na stałe będą z nami współpracować.

– Przecież on praktycznie nas nie zna.

Nie mogłam uwierzyć w zrządzenie losu.

– No mówię ci, rano zadzwonił. O wszystkim miałaś się dowiedzieć znacznie wcześniej, ale wolałem się najpierw upewnić co do warunków.

– Byłeś u niego?

– No tak, trochę się urwałem z pracy i pojechałem tam. Klub nazywa się „Mist-Moon”. Facet ogólnie uradowany, że się wstępnie zgodziliśmy, proponuje bardzo dobre pieniądze. Ustaliliśmy szczegóły i podpisałem wstępną umowę. Gramy w sobotę od dwudziestej do trzeciej nad ranem, ale może się trochę przedłuży, wszystko zależy od gości.

– Z Anią nic nie ustaliłeś? Ty kiedyś głowę zgubisz, taki szalony jesteś – wtrąciła z dezaprobatą pani Basia.

– Oj mamo, w takich sytuacjach trzeba działać, a nie się zastanawiać. Jest okazja, trzeba ją łapać. Aniu, wybaczysz mi, że tak bez ciebie wszystko załatwiłem?

– Daj spokój, trzeba się cieszyć, że mamy szansę się pokazać. Musimy zdobywać nowych klientów – przyznałam, zadowolona z tak korzystnego dla nas obrotu spraw.

– Kochana jesteś, wiesz?

– Tak się tu Ani nie podlizuj. Jedzcie, kariera może zaczekać – uciął pan Krzysztof.

– Nie, tato, nic nie może czekać. Może mamy w gwiazdach zapisany los, który przyniesie nam megapopularność i wszystko, co najlepsze?

– Najpierw musimy dać dobry występ w sobotę, a potem będziesz myślał o międzynarodowej karierze. To już za trzy dni, trzeba jeszcze zrobić próbę.

– Nie ma sprawy. Wstępnie w piątek o siedemnastej u Rafała.

– Całe szczęście, że na piątek nie mam żadnych planów.

– Chodź, zobaczysz stronę tego klubu.

– Daj dziewczynie zjeść – skarciła go pani Basia.

– Chwilę, mamo, są teraz ważniejsze sprawy – zaoponował Daniel, mocno podekscytowany nowym wyzwaniem. – Stronę mają świetną, myślałem, żeby naszą przerobić na taki styl jak u nich – kontynuował, prowadząc mnie do pokoju.

Uwielbiam charakter Daniela, w życiu ma takie samo zamieszanie, jak i w głowie. A potem zawsze z tego wychodzą wspaniałe rzeczy.

– Kto to jest?

Na ekranie laptopa przesuwało się powoli zdjęcie ładnej brunetki.

– A to? Koleżanka… – uciął zmieszany.

Zobaczyłam na jego twarzy spory rumieniec. Tu cię mam! Coś przede mną ukrywasz, cwaniaczku!

– Koleżanka? Od kiedy trzymasz na pulpicie zdjęcia koleżanek? Nawet moje chciwie chowasz po folderach. Czy jest coś, o czymś chciałbyś mi powiedzieć?

– Ale ty czepialska jesteś. Mówię, że to koleżanka.

– Tak? Jakoś nic o niej nigdy nie słyszałam. Znam twoje koleżanki, a tej nie pamiętam. Jak ma na imię?

– Z Sherlockiem Holmesem na rozumy się zamieniłaś? Co to za dochodzenie?

– A takie. Nie powiesz mi?

– Weronika.

– Ładnie. A skąd ją znasz?

– O nie, nic więcej ze mnie nie wyciągniesz. Na razie jest to koleżanka, jak będzie kimś więcej, dowiesz się pierwsza – próbował skończyć niewygodny dla siebie temat.

– Trzymam cię za słowo.

– Lepiej powiedz, jak tam twój chłopak?

– Nie zaczynaj… błagam, litości nade mną. I tak pewnie w sobotę przyczepi się do mnie jakiś pijany bufon z przekonaniem, że czekałam na niego całe życie.

– Takich najbardziej lubię od ciebie przeganiać.

– Chociaż kolejny raz nie podawaj się za mojego męża!

– Jak trzeba będzie, to zostanę nawet twoim ojcem.

– Wariat!

– Idziemy dokończyć obiad, bo zaraz cię gdzieś zabieram – zapowiedział.

Zawsze wie, jak poprawić mi humor, jakby czytał w moich myślach. Czasami żartuję, że jest takim moim aniołem stróżem, który chciałby mnie bronić przed wszystkim, co złe.

Pojechaliśmy na zakupy. Daniel się uparł i koniec. Zacisnął zęby i dzielnie ruszyliśmy w dżunglę centrum handlowego. Na koniec kupiłam sobie przepiękną spódnicę w kolorze szafirowego nieba (cokolwiek by to znaczyło), a do niej złotą bluzkę. Daniel nabył po promocyjnej cenie sportowe buty (regularnie ćwiczy na siłowni) i skórzany pasek. Nie wydaliśmy dużo, więc z miłą chęcią poszliśmy do kina. Najpierw sprzeczaliśmy się pół godziny, na jaki film się wybrać (ja byłam za komedią romantyczną, a Daniel za filmem sensacyjnym). W końcu stanęło na thrillerze, co później oceniliśmy jako mało roztropną decyzję. Przez ponad połowę filmu zasłaniałam oczy, aby ominąć najbardziej drastyczne sceny. Daniel początkowo się ze mnie śmiał, a potem robił podobnie.

– Dzięki za tyle niespodzianek – powiedziałam, wsiadając do jego samochodu.

– Należy ci się coś od życia, nie możesz mieć na głowie tylko pracy.

– Może zamiast mnie, następnym razem zaproś Weronikę.

– Nie no, już mnie nie męcz. Wystarczy, że mama wierci mi dziurę w brzuchu, bo też zobaczyła to zdjęcie.

– Nie dziwię się jej, jest po prostu ciekawa. Odpowiedz tylko na jedno pytanie.

– Nie ma mowy – oburzył się.

– Tylko jedno, obiecuję. Czy ona fajna jest?

– Fajna, nawet bardzo… i niczego więcej już się nie dowiesz.

– Dobra, obiecałam przecież. Ciekawie dziś było, a ile kasy wydałam.

– W sobotę wpadnie ci nowa, więc potraktuj zakupy jako nagrodę za udany występ.

– Właśnie! Trzeba się brać do pracy.

– Nie zapomnij o piątkowej próbie.

– O to się nie martw. Wejdziesz na chwilę?

– Nie, dzięki, dziś jeszcze muszę pomyśleć chwilę nad repertuarem.

– Owocnej pracy życzę i jeszcze raz dziękuję za miły wieczór.

Wysiadłam tuż pod swoim blokiem i pomachałam Danielowi na pożegnanie. Gdy pojechał, spojrzałam zaciekawiona w górę. Czy ktoś specjalnie zrobił w niebie dziurę? Ale co tam, niech pada, wtedy się lepiej książki czyta. Miałam nadzieję, że Gośka nie wpadnie znowu na genialny plan oglądania durnego filmu. Ten optymistyczny scenariusz wydawał się mało prawdopodobny, bo gdy weszłam do mieszkania, od progu przywitał mnie dosyć głośny śmiech Krystiana. Co jak co, ale ten gość zaczyna mi działać na nerwy. Czy on w ogóle gdzieś pracuje? Zazdroszczę mu takiej ilości czasu. Może go zapytam, jak on to robi?

– Ania? – z kuchni dobiegł głos Gośki.

– To ja, a nie żaden nieproszony gość – zażartowałam, mając nadzieję, że szybko schowam się w swoim pokoju i nie będę musiała znosić umizgów Gośki i jej ukochanego.

– Sprawa jest, możesz na chwilę? – odezwała się grobowym głosem.

– Już, tylko się rozbiorę.

– Nie musisz przychodzić nago, możesz być w ubraniu.

– Tak, tak – odparłam zniechęcona. Żarty Gośki, ni to się z tego śmiać, ni płakać.

– Aniu, chcemy z tobą porozmawiać – oznajmiła, gdy tylko stanęłam w progu kuchni. Jeszcze nigdy nie słyszałam u niej takiego tonu.

– Coś się stało? – spytałam lekko zaniepokojona. Miny ich obojga jeszcze bardziej upewniły mnie, że coś jest nie tak.

– Tak, to znaczy nie. Zależy, jak to rozumieć – odparła pokrętnie Gośka.

– Powiedz od razu, o co chodzi – ponagliłam ją.

– No bo… wiem, że sobie pomyślisz, że to za szybko, za wcześnie i ogólnie nie tak, jak trzeba, ale my to wspólnie przemyśleliśmy i oboje tego chcemy.

– Czego? – Nie rozumiałam, do czego zmierza.

– Nic o tym wcześniej nie mówiłam, bo mieliśmy kilka komplikacji po drodze… wiesz, jak jest, mieliśmy kilka drobnych sprzeczek, ale teraz jest już dobrze, no bo jak dwoje ludzi…

– Gośka! Możesz mi powiedzieć, o co chodzi?

– Bierzemy w sobotę ślub… – wyznała speszona.

Aż mnie serce zakłuło.

– Bierzecie ślub? – dopytałam, nie do końca wierząc w jej słowa.

– Tak, w najbliższą sobotę, równo o dwunastej, to był najbliższy termin, jaki mieli. Nie planowaliśmy tego, tak jakoś wyszło. Wiesz, to jest ślub cywilny, nie ma przy nim tak dużego zamieszania jak przy kościelnym, ale i tak mamy mnóstwo spraw do załatwienia.

– Ślub cywilny też jest poważną sprawą – przyznałam nieco zdziwiona.

– Anka, daj spokój, to tylko podpisanie jakiegoś świstka papieru, nic więcej… a Gośkę kocham i mogę podpisać wszystko – odpowiedział nerwowo Krystian.

Objął czule ukochaną. Zrobiło mi się słabo i duszno. Wiedziałam, że Gośka jest szalona, ale że aż tak?

– Dla mnie możecie robić, co chcecie, życzę wam jak najlepiej i będę trzymać za was kciuki – zadeklarowałam, mijając się delikatnie z prawdą. Jakoś nie wierzyłam w to, że tych dwoje zbuduje udany związek.

– No tak, ja to wszystko, Aniu, wiem, zawsze mi dobrze życzyłaś, tylko jest jeden mały problem, związany z tobą – dodała Gośka, wpatrując się we mnie świdrującym wzrokiem.

– Ze mną? – spytałam wystraszona. No, chyba nie wplączą mnie w ten swój ślub? Póki co, ślub bierze się w parach, a nie w trio!

– Bo wiesz… no, głupio mi o tym mówić. – Gośka wyglądała na zakłopotaną.

– Nie krępuj się… – naciskałam zdenerwowana jej dziwnym zachowaniem. I tak czułam, że nie będzie to miła niespodzianka.

– Chodzi o mieszkanie, bo wiesz… Krystian nie ma za bardzo gdzie mieszkać. To znaczy ma, może zostać u mnie. A to mieszkanie jest małe… przecież to raptem trzydzieści…

– Rozumiem, że chcesz, abym się stąd wyprowadziła? – zapytałam wprost. Głupia nie jestem, potrafię się domyślić tak oczywistych spraw.

– No, bo w sobotę jest ślub, a jako małżeństwo chcemy być sami. Krystian wprowadzi się już jutro, ale do poniedziałku możesz sobie tu spokojnie mieszkać.

– Do poniedziałku? – spytałam oszołomiona jej deklaracją. Jaka wyrozumiała. Dobrze, że już zaraz nie każe mi się pakować.

– No tak, na spokojnie coś sobie znajdziesz przecież.

– Nie będę miała wyjścia – ucięłam zniechęcona jej postawą.

– Ale się nie gniewasz? Wiesz, ten ślub… jesteśmy tacy szczęśliwi.

– Tak, rozumiem, również byłabym szczęśliwa – odpowiedziałam bliska łez.

Można się było po Gośce spodziewać różnych rzeczy, ale takiego scenariusza nie przewidziałam.

– Jest jeszcze jedna rzecz. Zostaniesz moją świadkową? – dorzuciła nagle.

– Ja?

– A któż by inny? Jesteś moją najlepszą kumpelą.

No proszę, jednak mam kogoś bliskiego, szkoda tylko, że mnie z domu wyrzuca.

– Gosia, może ktoś inny by się lepiej do tego nadawał? Nigdy nie występowałam w roli świadkowej na ślubie, a w dodatku…

– No właśnie. Teraz masz szansę spróbować, jak to jest. Proszę, zgódź się.

– Dobrze, niech będzie – odparłam zrezygnowana. Chciałam już mieć to za sobą.

– Jesteś kochana! – Rzuciła mi się na szyję.

– Polecam się na przyszłość. Pójdę już do siebie.

– Jeszcze ci nie pokazałam sukienki, jaką będę mieć. To znaczy, jeszcze jej nie mam, odbieram ją w piątek, ale mam katalog. Krystian jest nią zachwycony.

– Wyglądasz w niej tak apetycznie – potwierdził Krystian.

Poczułam mdłości. Patrzyłam na niego i zastanawiałam się, co Gośka w nim widzi. Bo chyba nie intelekt?

Krew mi buzowała w żyłach. Dawno nie byłam tak wściekła. Chciałam mu szczerze powiedzieć, co o tym wszystkim myślę. Oszukuje Gośkę z rozkręcaniem firmy, a prawda jest taka, że nie ma gdzie mieszkać i szuka naiwnej panny, która go przygarnie. Dla niego ślub to podpisanie świstka papieru? No, brawo za śmieszny żart! Biedna Gośka… ale zaraz… ja mam ją rozumu uczyć? Przecież zawsze była mądrzejsza od innych, więc niech sobie teraz radzi.

– Ale chyba się na nas nie gniewasz? – dopytał Krystian.

– Nie, skąd, to mieszkanie Gosi, więc może robić z nim, co tylko chce. Poszukam czegoś innego – skwitowałam gorzko swoją niespodziewaną sytuację.

– Wiedziałam, Aniu, że można na ciebie liczyć – przyznała Gośka, tuląc się do mnie niczym zdrajca, który właśnie wydał wyrok na swoją ofiarę i udaje, że nic się nie stało.

W Warszawie są tysiące mieszkań i pokoi do wynajęcia. Na pewno znajdę coś w rozsądnej cenie. Płakać nie będę, trzeba działać. Ale po co się zgodziłam na bycie świadkową? Przecież w sobotę gramy w nowym klubie. Daniel nie będzie zadowolony, jak mu powiem, że do trzynastej jestem zajęta. Na wesele nie idę. Tak, to jest dobra decyzja, mam na głowie poważniejsze sprawy. Mieszkanie. W takich momentach czuję się bezradna i bezdomna. Gdyby ciocia Mania tu była, toby mi pomogła. Ale tamte stare dobre czasy już minęły. Jestem dorosła i muszę wziąć życie w swoje ręce. Przecież jest tyle stron z ogłoszeniami, na pewno coś znajdę. O, proszę, już na pierwszej stronie jest przyzwoita oferta.

Wynajmę pokój 16 m2 na Woli, przy ul. Górczewskiej, od października. Łatwy dojazd, dobra lokalizacja. Pokój dla jednej lub dwóch osób. Mieszkanie trzypokojowe, dwie współlokatorki. Proszę dzwonić w dni robocze po godz. 17.00.

– Dobry wieczór, ja w sprawie mieszkania. Czy ogłoszenie jest nadal aktualne?

– Tak, pokój jest wolny od października.

– Dopiero? A nie dałoby rady trochę wcześniej?

– Nie, zresztą jak pani zaczyna studia od października, to po co się śpieszyć?

– Nie, ja już dawno po studiach.

– To dziękuję, szukam studenta, dobranoc.

Czyli jestem za stara, taki z tego wniosek. Ale co tam… to dopiero pierwsze ogłoszenie. Na pewno czeka na mnie ciepły pokoik w uroczym bloku na uroczym osiedlu, gdzie z miłą chęcią zamieszkam.

Witam, mam do wynajęcia umeblowany pokój (łóżko, komoda, szafa) w spokojnej okolicy w Śródmieściu, w dwupokojowym mieszkaniu bez właściciela.

Oglądanie bez opłat!!! Pokój 20-metrowy, w mieszkaniu dwupokojowym, Włochy, ul. Popularna, z dużym balkonem, umeblowany, z używalnością kuchni i łazienki. Cena 1200 zł, mogą mieszkać dwie osoby, cena obejmuje wszystkie opłaty, łącznie z internetem.

Szukam współlokatorki do mojego mieszkania na Ursynowie, bardzo dogodna lokalizacja, blisko metra. Istnieje możliwość mieszkania za darmo, w zamian za miłe towarzystwo. Jeżeli jesteś ładną, wysoką i zgrabną blondynką, pisz śmiało na maila: alton.zabawa@wp.pl. Czekam na ciebie!

No proszę, nawet można oglądać za darmo. Tego się nie spodziewałam. Najlepiej to zapłacić za wynajmem i w ogóle się nie wprowadzać, bo właściciel będzie zły. Czemu to wszystko jest takie beznadziejne? Źle trafiłam. Ceny wysokie jak cholera, bo to czas rozpoczęcia roku akademickiego i wszyscy młodzi adepci nauki szukają czegoś dla siebie. Jestem stara, nie jestem mężczyzną (jedna pani argumentowała, że nie chce kobiety, bo kobiety się częściej myją i marnują wodę), nie chcę być panią do towarzystwa (jak to powiedział jeden pan: ja daję lokum, ty dajesz przyjemność). Jednym słowem… beznadzieja. Gdybym miała pieniądze, tobym mieszkanie kupiła, ale tego nie doczekam się chyba do końca życia. Trzeba było iść na trzecim roku pracować do tej korporacji, gdzie mnie chcieli, może już od dawna miałabym swoje mieszkanie. To ja nie… mówiłam, że się nie nadaję i że praca w takim miejscu to nie dla mnie, bo ja przecież mam misję do spełnienia i chcę pracować z dziećmi. Nie, akurat tej decyzji nie żałuję. Daniel! Może on coś wymyśli.

– Co się stało? – zapytał zaraz po odebraniu połączenia.

– A skąd wiesz, że coś się stało?

– Przecież słyszę.

– Muszę się wyprowadzić do poniedziałku.

– Jak to?

– Gośka bierze w sobotę ślub. Krystian jutro się wprowadza. I jeszcze zgodziłam się być jej świadkową.

– Gośka bierze w sobotę ślub? Tak szybko?

– Planowali wcześniej, ale dopiero teraz mi o tym powiedziała.

– Szkoda, że nie w niedzielę. Co ona sobie myśli?

– Wszystko mi się wali od dłuższego czasu.

– Tak musiało być i koniec. Zamieszkasz u mnie, tak jak ci proponowałem od dawna.

– Jesteś moim przyjacielem, ale nie chcę włazić z butami w twoje życie.

– Sam cię zapraszam, możesz nawet nanieść błota.

– Na twoim miejscu bym to jednak przemyślała.

– Zmiany są dobre, sama ciągle to powtarzasz.

– Ale nie na gorsze. A ja? Nie mam gdzie mieszkać, nie mam faceta, nikt mnie nie chce, nie kocha. A może powinnam wracać na stare śmieci?

– Zwariowałaś? – zapytał przerażony tą wizją.

– Znajdę pracę w szkole, może ktoś mnie tam będzie chciał. Kto powiedział, że muszę robić karierę w wielkim mieście? Może tam czeka na mnie szczęście?

– Nie gadaj głupot. Przyjadę po ciebie, już dziś przenocujesz u nas.

– Dzięki za szczere chęci, ale aż tak źle to ze mną nie jest.

– To się uśmiechnij. I nie krzyw się, bo zbrzydniesz.

– Ale mi pocieszenie.

Zosia – lekarstwo na przypadki beznadziejne, takie jak ja

Nie spałam całą noc. Przychodziły mi do głowy różne scenariusze przyszłości. Nawet te najgorsze… że wyląduję bez mieszkania, nic innego nie znajdę, będę musiała zrezygnować z pracy i wracać w rodzinne strony. A tego, wbrew pozorom, nie chciałam. Muszę to powiedzieć otwarcie… boję się konfrontacji ze wspomnieniami. Bo co zrobię, jak wejdę do domu i poczuję zapach mamy? Nawet nie chcę o tym myśleć. Warszawa jest taką bezpieczną przystanią, gdzie wszystko buduję od nowa. Tylko jakoś słabo mi to idzie.

Dzień nie zapowiadał się najlepiej. Daniel od rana dzwonił z pięć razy z pocieszeniem i zapewnieniami, że z miłą chęcią przyjmie mnie pod swój dach. Wiem o tym doskonale, ale gdybym wybrała ten scenariusz, tym samym ostatecznie przyznałabym się do swojej bezradności. W pracy też źle. Spóźniłam się na ważne zebranie. Szefowa nie była zachwycona. Powiedziałam jej, że mam kłopoty mieszkaniowe, nawet dzwoniła do pewnej koleżanki, która chciała wynająć pokój, ale sprawa była już nieaktualna. Cały świat zbuntował się przeciwko mnie.

Od złych myśli odciągało czekające na mnie wyzwanie. Wizyta w szpitalu. Uśmiech na twarzach moich podopiecznych jest nagrodą za każdy trudny dzień. Współpracuję z fundacją „Zdrowy Jaś”, gdzie udzielam się w wolontariacie, pomagam w organizacji szkoleń, prowadzę je i szukam wszelkich sposobów, by znaleźć pieniądze potrzebne na leczenie. Celem fundacji jest organizacja czasu dla dzieci przebywających w szpitalach, pomoc w ich leczeniu i rehabilitacji. Już w liceum działałam w stowarzyszeniu charytatywnym, a na drugim roku studiów podjęłam współpracę z fundacją „Zdrowy Jaś”. Dlaczego akurat ta fundacja? Gdy miałam siedem lat, mój brat ciężko zachorował i prawie pół roku był w szpitalu. Odwiedzając go, obserwowałam chore dzieci. Najbardziej uderzyło mnie, że są tak bardzo smutne. Można się domyślać, że wynika to z ich choroby, tęsknoty za rodzicami i niechęci do kolejnych dawek leków, strzykawek. Już wtedy pomyślałam, że fajnie by było, gdyby w szpitalach byli ludzie, którzy dobrowolnie poświęcą czas na zabawę i przebywanie z chorymi dziećmi. Do fundacji trafiłam trochę przez przypadek, poszłam na praktyki do szkoły, która z nią współpracowała, i tak się zaczęło.

Rok temu dostałam przydział do dziecięcego oddziału onkologicznego. Gdy się o tym dowiedziałam, byłam przerażona. Bałam się śmierci. Znam ją bardzo dobrze. A szczególnie powodowany przez nią ból, gdy zabiera bliską sercu osobę. Ale jestem kobietą poszukującą i nie uciekam przed trudnymi zadaniami, więc się zgodziłam.

Początki były bardzo trudne. Chyba tylko ja wiem, ile nocy przepłakałam, po tym, jak musiałam patrzeć na przepełnione bólem oczy maleńkich dzieci, które pytały mnie często, kiedy wyjdą ze szpitale i czy będą zdrowe.

Najbardziej bałam się pytania o śmierć. Mały Staś zapytał, co będzie, jak jego choroba nie minie i on umrze? Nie potrafiłam mu odpowiedzieć. Przestudiowałam kilkanaście książek, pytałam mądrzejszych od siebie, ale bezskutecznie. Jednak znalazł się ktoś, kto potrafił prosto odpowiedzieć na trudne pytanie. Zosia. Od czterech lat należy do fundacji, ale poznałam ją dopiero rok temu, na oddziale onkologicznym. Bardzo mądra kobieta. Mam wrażenie, że stoi za nią pewna tajemnica, chyba związana z czymś złym, ale może są to tylko moje wyobrażenia. Nigdy jej o to nie zapytałam. Zosia ma ogromny szacunek do życia i potrafi o nim rozmawiać. W przeciwieństwie do mnie, rozumie też śmierć. Może ją zna jeszcze lepiej niż ja? Bardzo dużo się od niej uczę. Powiedziała mi kiedyś, że życie jest przedsionkiem śmierci, która wystawia naszą miłość do bliskich na ciężką próbę. Kochamy kogoś do końca życia. To egzamin z naszej miłości. Gdy jest prawdziwa, przetrwa nawet śmierć, będziemy kochać bliskich nawet wtedy, gdy odejdą, i nigdy o nich nie zapomnimy. Można więc powiedzieć, że śmierć jest egzaminem z życia i miłości.

Z Zosią zaprzyjaźniłam się już w pierwszych dniach wspólnej pracy. Prowadzi dom bardzo dobrze sytuowanych ludzi. Nie wiem, czy ma rodzinę, nigdy nie mówiła nic o dzieciach czy mężu. Gdyby moja mama żyła, byłaby od niej siedem lat młodsza. Jedno jest pewne, Zosia rozumie mnie jak mało kto. Rozmowa z nią bardzo mnie uspokaja. Mam nadzieję, że dzisiaj nie odwołała swojego dyżuru, bo potrzebuję jej dobrej rady.

– Ciocia Ania przyszła!

Gdy tego dnia stanęłam w drzwiach oddziału, moi podopieczni przywitali mnie radosnymi uśmiechami.

– Cześć, kochani. Jak wam minął dzień?

– Wszystko dobrze. Dostałem dwa zastrzyki, ale nic nie bolało.

– Pawełku, jestem z ciebie dumna i podziwiam twoją odwagę.

– A ja byłam dzisiaj karetką w innym szpitalu, dziwne badanie miałam. Mamusia mówiła, że dzięki niemu szybciej wyzdrowieję.

– Na pewno, Małgosiu, to badanie było ważne i lekarze będą lepiej wiedzieli, jak ci pomóc – przyznałam. – Co będziemy dziś robić? – zmieniłam temat, widząc w ich oczach napięcie.

– Ja chcę teatrzyk!

– Dobrze, będzie teatrzyk, ale mam dla was jeszcze małą niespodziankę.

– Słodycze?

– Coś zdecydowanie lepszego. Mam dla was wspaniałe książeczki.

– Ale śmieszny słoń na okładce – zachichotał Hubert. – Jak wyzdrowieję, pojadę do Afryki, żeby zobaczyć żywe żyrafy. Tylko z ciocią Anią tam pojadę.