Miłość klasy średniej - Manuela Gretkowska, Piotr Pietucha - ebook
Opis

Kobiecy i męski punkt widzenia na kryzys związku

W pierwszej opowieści zdesperowana pisarka ucieka przed małżeńską klęską. Wyjeżdża z nastoletnią córką na stypendium do Kalifornii. Egzotyczny świat, niezwykli ludzie, eksperymenty ze środkami zmieniającymi świadomość mają ukoić ból.

W drugiej historii przypadkowe spotkanie dawnych przyjaciół uruchamia lawinę rujnującą ich z trudem osiągniętą stabilizację. Przestają obowiązywać dotychczasowe prawdy i przyzwoitość.

Manuela Gretkowska debiutowała w 1991 r. powieścią My zdies' emigranty. W jej dorobku są także: Tarot paryski (1993), Kabaret metafizyczny (1994), Podręcznik do ludzi (1996), Namiętnik (1998), Światowidz (1998), Silikon (2000), Polka (2001), Sceny z życia pozamałżeńskiego (2003, wraz z Piotrem Pietuchą), Europejka (2004), Kobieta i mężczyźni (2007), Na dnie nieba (2007), Obywatelka (2008), Miłość po polsku (2010), Trans (2011) i Agent (2012), Marysiu jak myślisz -  książka dla dzieci. Jej powieści zostały przełożone na kilkanaście języków.

Piotr Pietucha ur. 1954, psychoterapeuta, publicysta. Autor książek Stróż obłąkanych, Dożywotni kochankowie, współautor bestsellerowych Scen z życia pozamałżeńskiego.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 466

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


WydawcaDaria Kielan

Redaktor prowadzącyKatarzyna Krawczyk

RedakcjaSylwia Bartkowska

KorektaMarianna Filipkowska Agnieszka Wójcik

Copyright © by Manuela Gretkowska i Piotr Pietucha, 2015 Copyright © for this edition by Świat Książki Sp. z o.o., Warszawa 2015

Świat Książki Warszawa 2015

Świat Książki Sp. z o.o. 02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2

Księgarnia internetowa: swiatksiazki.pl

ŁamanieJoanna Duchnowska

Dystrybucja Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o., sp. j. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 e-mail: hurt@olesiejuk.pl tel. 22 733 50 10www.olesiejuk.pl

ISBN 978-83-8031-239-5

Skład wersji elektronicznej

KALIFORNIA

Manuela Gretkowska

To nie może być prawda. Mijam kabriolety z opalającymi się Kalifornijczykami. Ja w czapce uszatce, szaliku i rękawiczkach prowadzę przez Golden Gate Bridge. W dole trałowce ciągną za sobą mgłę z oceanu na San Francisco. Przede mną jeszcze dwa przęsła. Staram się nie wyć ze strachu. Przełykam wrzask. Cieknie mi z nosa, oczu i czoła.

Wąsaty policjant przygląda się pieszym. Jest jednoosobową, zmotoryzowaną brygadą antysamobójczą, od lat zatrudnioną na moście. Weteran ratownictwa wyłapuje pierwsze oznaki desperacji. Nie stanę przy nim, prosząc o pomoc, zostało mi jeszcze tylko jedno przęsło. Jednak, zamiast przyspieszać, gwałtownie zwalniam. Cholerny automat, pomyliłam pedał gazu z hamulcem. Pojawia się policjant. Siwe wąsy ocierają się o szybę mojej poobijanej hondy. W jego profesjonalnie zatroskanych oczach przebłysk zadowolenia. Co prawda złamałam tylko przepisy, ale może to był wstęp do szaleństwa. Zdążył i eskortuje mnie w stronę zjazdu. Co mu powiem? Mogę być pasażerem, byle nie prowadzić. Umiem pływać, nie boję się wysokości.

Co z tego? Na każdym moście atak paniki. Robię się purpurowa. Podkręcam najzimniejszą klimę, żeby oddychać. Spocona dostaję ciężkiej anginy, więc biorę szalik, czapkę. Założyłam jednopalczaste rękawiczki Luli, mojej córki. Ręce mokre z przerażenia ślizgają się po kierownicy. Nie jestem wariatką, wariuje mój organizm. W spodniach kilka podpasek zastępuje pieluchy, na wszelki wypadek. Kiedy wiozłam dziecko do zoo, dojechałam pod most Świętokrzyski i wzięłam taksówkę. Teraz za bardzo się spieszę, zaryzykowałam.

– Prawo jazdy? – Policjant zagląda przez uchylone okno.

Wdziera się upał.

– Tak, mam tymczasowe, kalifornijskie.

Mam też prawo opowiedzieć, skąd się wzięłam na moście Golden Gate. Nie, nie jestem samobójczynią. Zawsze bałam się umrzeć, zanim przestanę żyć. Może dlatego nic sobie nie zrobiłam tyle lat. Nawet rok temu podczas Wigilii:

Odpakowujemy prezenty, dwa dni przed Gwiazdką. Ty i Lula jedziecie na święta do Amsterdamu. Z naszej podwarszawskiej chałupy w wielki świat.

Zaprosił cię Eryk, syn z poprzedniego małżeństwa. Eryk, zielonooki jak dolary Eryk, marzący od zawsze o karierze, negocjuje ze światowymi handlarzami dla holenderskiego banku. Przyrodni, przyrodzony brat naszej Luli, jakby to, co nie najbliższe, należało do przyrody. I pleniło się w rodzinnych romansach z samicami i samcami obcych genetycznie gatunków. Lula po przeczytaniu tomu Harry Potter i Książę Półkrwi zaczęła nazywać Eryka bratem półkrwi. Kupił jej za to w Amsterdamie kolczyk – prawdziwy brylant oprawiony w srebro. Nosi go z dumą księżniczki, siostry półkrwi.

Lubisz być w Holandii, masz obywatelstwo, znasz język. Tam uczyłeś się zawodu w najlepszych klinikach. Podziwiana przez ciebie flandryjska mieścina Geel, gdzie od kilkuset lat chorych psychicznie nie trzyma się w szpitalu czy azylu. Tradycyjnie mieszkają ze zdrowymi, wracając do normalności.

Czy my wrócimy do niej? Choinkowe lampki zapalają się i gasną wśród skrzyżowań gałęzi. U nas magia świąt przystaje, po czerwonym świetle będzie niebieskie do nieba. Aniołek albo wróżka zwisająca nad podłogą kieruje ruchem statków kosmicznych NASA. Czemu nie? Święta, ma być cudownie... Gdzie w takim razie jest mój prezent? Jedenastoletnia Lula szeleści pod stertą kolorowych papierów. Zębami rozrywasz sznurek kolejnego pudełka.

– Tyle prezentów. – Plujesz rozdartym opakowaniem. – A dla ciebie nic? Głupio tak...

Podpuszczasz mnie, nie zapomniałbyś. Otwieram podarunek. Żaden z podłożonych przeze mnie pod choinkę.

– To dla ciebie. – Podaję ci męskie perfumy.

Kupiłam je miesiąc temu, zapomniałam.

– Umawialiśmy się. – Wąchasz butelkę. – Żadnych prezentów, tylko dla dziecka. Ty naprawdę myślałaś? – Kpisz z mojego rozczarowania. – Umawialiśmy się... – Obłudnie wpadasz w oskarżycielski ton.

Nie, nie umawialiśmy się. Święta raz w roku, dlaczego nie dla mnie? Nie umawialiśmy się, i na takie życie też nie, że mnie nie ma.

Że w wakacje po przyjściu z pracy słyszysz od dziecka: Mama jest na górze, pomalowała mieszkanie. Ale nie zajrzysz do mnie, nie powiesz: „Napracowałaś się” albo chociaż: „Co słychać?”.

Pooklejałam papierami podłogi, framugi. Złapałam za wiadro z kredowym mlekiem i wielkim pędzlem machnęłam dwa piętra w parę godzin, bez sufitów. Szybciej wyschnie przy otwartych oknach. Pod dachem ukrop, zdjęłam nawet majtki. Skapująca farba przemalowała mnie na albinoskę. Mam białe sutki. Nie różnię się od klasycznej rzeźby, gdyby posągowe kobiety miały gipsowe owłosienie łonowe. O zmierzchu zlewam się z mleczną ścianą. Mogłabym w nią wejść. Nie zauważyłbyś. Przecież podałabym ci herbatę nienagannie białymi rękoma wysuwającymi się ze ściany w kuchni. Może to ty jesteś za ścianą, nie ja? Poddaję się, nie wywijam białą flagą, cała jestem umazana bielą. Padam na deski podłogi i ciężko oddycham przez jej szczeliny, gdzieś nad twoją głową oświetloną ekranem telewizora.

Dlaczego pamiętam tylko to? Złe? Dobre jest normalne. Jest zmysłem życiowej równowagi, jak wtedy, gdy uczymy się chodzić, instynktownie łapiąc pion. Pamiętamy upadki. Chyba że ktoś, jak ty, nauczył się w dzieciństwie czołgać przez życie, zamiast iść. Ze wstydu, z upokorzenia po zataczającym się ojcu pijaku.

Jedź już. Wolałbyś zostać na prawdziwą Wigilię? Nie, proszę, nie będzie mi przykro, przynajmniej nie z tego powodu. Lula nie może się doczekać, jedźcie, zanim znowu złapie mróz. Sople z dachu topnieją, zamarzają nocą. Dosięgają już parapetu, zamieniając się w lodowe kraty.

Nareszcie sama, moja wigilia, wigilia mnie. Bez babrania się godzinami w kuchni. Ryba, surowa, zagryzana ryżem i suche owoce zalane wodą na kompot, wystarczy dosypać cukru. Potem Święty Mikołaj, plastikowa taniota. Zakładam brodę, długi płaszcz, pod czapkę ciemne okulary. W worku mam keyboard, lalkę, słodycze. Nie przewidziałam ślizgawicy na drodze przez wieś. Trzymam się płotów, przy każdym potknięciu z worka bębni perkusja albo disco polo. Jest za ciemno, żeby znaleźć przycisk i wyłączyć, w dodatku te przeciwsłoneczne okulary. Zdejmując je, zniszczę konstrukcję czapki połączonej z mikołajową brodą. Wzdłuż płotów bezpieczniej, doślizguję się pod bramę. Gospodarstwo nie wygląda biednie, ale mają finansowy zawał. Jedna krowa, kawałek pola nie starczy młodemu małżeństwu z dwojgiem maluchów. Odkują się, byle znaleźli znowu pracę. Cieszę się ze Świętego Mikołaja bardziej niż oni. Nie poznali mnie! Dopiero po głosie, chociaż staram się brzmieć groźnie: ho, ho, ho! Dzieci mówią paciorek, dziewczynka składa lalce ręce do modlitwy. Chłopiec zaczyna się spowiadać. Nie mogę go wysłuchać, muszę iść do innych dzieci – święcie kłamię. Gospodyni chce zatrzymać mnie na wigilię, wie, że będę sama.

– Nie, jutro przyjeżdżają znajomi, naprawdę jest okej. – Wymykam się na zaśnieżoną ulicę.

Nie jestem panią z dworku odwiedzającą ubogich. Znam radość wigilijnego cudu. W taki dzień wiele lat temu dreptałam przy ojcu, pomagając mu podeprzeć na działce gałęzie po śnieżycy. Spieszyliśmy się przed zmierzchem. Ulicę dalej, w domu, mama szykowała wigilię. Już mieliśmy wychodzić z działki, gdy kij podpierający młodą jabłoń osunął się w krzaki malin. Właściwie chwastów, wielkie kolce, żadnych owoców. Tata postanowił je wyciąć wiosną i posadzić prawdziwe maliny. Nagle spod osypanego śniegu błysnęło coś krwistego. Zimowa, przemrożona odmiana owoców, słodsza od letniej. Nazbieraliśmy, ile się dało. Nieśliśmy je w rękach ulicą wyłożoną kocimi łbami, wzdłuż zamarzniętych rynsztoków starych Bałut. Zaczepiali nas przechodnie. Nie wierzyli – świeże maliny na święta w lukrze szronu. Kupowali je od nas na sztuki. Tacie z malin został na rękawicach sok i nasączone nim krwiste, pachnące banknoty.

Zdążyliśmy przed zamknięciem sklepów kupić wymarzoną lalkę z zamykanymi oczami. Tata wbiegł do drogerii i poprosił o perfumy dla mamy. Nie wodę kwiatową, prawdziwe – w jego głosie wzruszająca duma, stać go na prezent. Perfumy Być Może, innych wtedy nie było.

Wymarzone, samotne święta, Vivaldi na moc głośnika i kawałek skręta. Czas zwalnia, synchronizuje się z muzyką. Nuty są czarnymi banieczkami musującymi w ciemnych wodach Wenecji, przy każdym uderzeniu wiosłem, pociągnięciu smyczkiem. Skręt skręca czas w nieskończoność. Próbuję tańczyć, zamiast pasterki balet. Każdy ruch wydaje się tak zaskakująco możliwy, wczuwam się w niego nieruchomo... Vivaldi, odprawiając mszę, też zastygał. Wierni czekali cierpliwie, aż rudy ksiądz przy ołtarzu ocknie się i pobłogosławi. Albo dokończy kazanie przerwane w pół słowa, w pół dźwięku olśniewającego błyskiem wody. Zdarzało się Vivaldiemu przerwać wenecką mszę. Uciekał sprzed ołtarza do zakrystii rozpisać nutami nagły przypływ muzyki.

Pukanie w sieni, potem w okno. Kogo niesie o tej porze? Błyskawicznie otwieram kominek, mieszając zapach trawy z dymem. Jest prawie północ. Nie ma jednego pustego talerza dla wędrowca, wędrowca z innego świata, czyli zmarłego. Byli ze mną sami zmarli: mój ojciec, babcia, Przemek Marczewski – umarł w tym roku, śmiejąc się. Opowiedział dowcip, fiknął z krzesłem do tyłu. Studenci pomyśleli – dalsza część żartu wykładowcy. A jemu pękło serce. Dwa miesiące po operacji jeszcze z rozpędu pracowało i puściły szwy.

Na mojej wigilii byłam jedynym wędrowcem ze świata żywych, reszta puste talerze.

– To my! Poznaniacy! – Na ganku, między dworkowymi kolumnami, przyjaciele.

Tupią, strząsają śnieg.

– Zjedliśmy z rodziną wigilię i przyjechaliśmy. Co za różnica jutro rano czy dziś.

Antek stawia torbę przy kominku, Ola zaciąga się ostatni raz, gasi papierosa w śniegu. Żar roztapia lód. Pet chwilę dygocze, zamarza.

– Autostrada pusta, śmig i jesteśmy w trzy godziny, nie będziesz sama.

Olę spotkałam dwadzieścia lat temu. Pracowałam w redakcji, ona przyszła do działu kultury z ogłoszeniem o politycznie zaangażowanym spektaklu. Opowiedziała przedstawienie, swoje życie, ja jej swoje. Doszłyśmy do wniosku: świat jest pojebany, bo mężczyźni to pizdy, a kobiety chuje.

Wyszła za faceta, który miał być moim mężem. Jeszcze w liceum zobaczyłam go na scenie. Postanowiłam rzucić szkołę i zostać w jego teatrze. Nie widziałam nic doskonalszego od jego awangardowych przedstawień. Obalały komunizm i moje aktorskie beztalencie. Z nim zagrałabym Hamleta. Na szczęście w Łodzi był tylko kilka dni, nie zdążyłam się przebić przez tłum wielbicielek.

Antek pił; artyści piją. No wiesz, jem przez rozum, piję przez rozpacz, przesączam przez nią alkohol. Pomagał innym wydostać się z nałogu chociaż na weekend, od święta. On nie potrzebował pomocy ani Oli. Postanowiła odejść.

– Jak to? – Nie miał delirium, mimo to zobaczył przemawiającą do niego mysz dokarmianą okruchami miłości.

– Basta. Nigdy więcej. – Wyliczyła to, co żony, kochanki, dzieci alkoholików znoszą w upokorzeniu.

Powiało nie meliną, lecz chłodem spraw ostatecznych. Antek przestał pić.

Dlaczego on mógł się zmienić, ty nie? Twój ojciec umarł przez alkohol. Zaczął pić po śmierci brata. Niemcy spalili go żywcem w bitwie o Koszalin.

Mówi się: „Byle nie pił”. Ty nie pijesz. Odziedziczyłeś zachowania alkoholika. Danusia, sąsiadka z Zalesia, broniła cię: „Nie możesz go oskarżać, to fantastyczny człowiek. Zobacz, też jestem z alkoholowej rodziny, dorosłe dziecko alkoholika i co?”. I podobnie jak większość DDA wybrała na męża pijaka. Została sama z czwórką dzieci. Nocą, wędrując wiejską ulicą, może wyjąc z bólu do księżyca, napisała palcem na moim brudnym wozie: „Kochacie się, pasujecie do siebie”.

Dorosła kobieta rysuje w kurzu i brudzie marzenie, że gdzieś, w sąsiedniej wsi, za siedmioma błotami i płotami, jest prawdziwa miłość. Ale miłość to nie to, co się komuś zdaje, tylko to, co jest. Ginę codziennie za Koszalin, Leningrad i Stalingrad, na linii frontu.

Styczeń, luty, jesteśmy jeszcze sojusznikami, wierzę w twoją lojalność.

Marzec. Siedzisz godzinami przy komputerze. Prowadzisz drugie życie na facebookach. Nie ma cię ani tam, ani tutaj. Żyjesz gdzieś między dwoma światami, niby dusza zabłąkana w buddyjskim bardo, szukająca drogi powrotu. Znalazłeś zaprzyjaźnioną duszę, zainstalowałeś sobie dzięki niej wirtualny rozrusznik serca. Proszę, żebyś się wyprowadził. Masz swój gabinet w Warszawie, masz gdzie. Twoja jedyna obrona: „To tylko internet”. Rzucasz za sobą jak klątwę:

– Dzwoń wyłącznie w konkretnej sprawie! – Pakujesz walizkę.

– Sam się dzwoń! – Nie mam żadnej sprawy.

Lula widuje cię, kiedy chce. Nie prowadzę wojny totalnej. Zrywam tylko kontakt.

Jestem silniejsza, nie muszę do ciebie skomleć. Ale to pozorne zwycięstwo. W twojej pokrętnej logice pijackiego dziedzictwa przegrywam. Przecież tego chciałeś – milczenia. Nauczyłeś się go we własnym domu. Tortura cichego poniżenia stosowana latami przez rodziców. Nie było o czym rozmawiać. O leczeniu psyche w zionącym alkoholem ciele? Nikt wtedy nie słyszał o chorobie uzależnienia. Pijak był pijak, a niewidzialna dusza w kościele. W konfesjonale ksiądz ostukiwał ją po zadaniu pokuty i rozgrzeszeniu. Może dobijał się do niej, uderzając trzy razy o drewniane kratki: Następny!

Twoi rodzice karali się milczeniem. Mijali bez słowa w wąskich korytarzach blokowego mieszkania. Puchli obrazą martwego małżeństwa. Nadęte gazami trupy w grobie, zanim zgniją pożarte przez toczące je od środka robale. Prawda też jest pośrodku, ale racja zawsze po jednej stronie. Na tym polegało twoje obrażone dzieciństwo. Twojej matce to zostało. Owdowiała obraziła się na cały świat. Na psychiatrów próbujących wykurzyć ją elektrowstrząsami z labiryntów pokrętnego myślenia. Wyniośle cierpi i milczy, obmywana przez salowe w domu opieki.

Kwiecień, pierwszy dzień, pierwsza noc milczenia od dwudziestu lat. Nie czuję się nawet niedobrze. Oddzielona od ciebie nie czuję w ogóle siebie. Jestem tobą, spędzając poranek w internecie. Czytam porady „Szybkie i bezbolesne samobójstwo”. Zaczynam się śmiać. Ze śmiechu przechodzi mi ochota na podcięcie żył. Dawno nie widziałam tylu błędów ortograficznych: „Jeżeli przerzywasz depresję”, „Kto znius taki bul”. Najwidoczniej dyslektycy, siostry i bracia błędni, mając w szkole życia „cieńrzej”, częściej rozważają wyjście awaryjne. Nie drwię. Mój ojciec czytał codziennie jedną książkę, ale z trudem się podpisywał. Lula nie zauważa, kiedy kończy jej się zeszyt zapełniony typowym dla dyslektyków „lustrzanym” pismem poprzekręcanych liter. Dalej pisze w powietrzu. Przekazałam jej geny dziadka, od pokoleń sama dyslektycznie upośledzona. Urodziłam się z poprzestawianymi kablami w mózgu.

Listopad. Wsłuchuję się w odgłosy swoich czterdziestych ósmych urodzin. Świt, nie leżę sama, skrobanie za ścianą. Nadchodzi jesienna inwazja gryzoni z pól. Przez uczuciową obsuwę zapomniałam o nieuchronnym.

A sąsiedzi, wielbiciele przyrody, dają swoim dwóm hodowanym szczurom witaminy. Zawożą Słodziaka z astmą na seanse w namiocie tlenowym. Ja w tym czasie powinnam bezlitośnie wysypać trutkę. Budzę Lulę. Szybko, uciekamy. Miałyśmy dzisiaj świętować u Antka i Oli w Poznaniu. Zdążymy na pierwszy poranny pociąg. Jadąc tramwajem, wystukuję numer myszołapa. Przyjdzie, sypnie hojnie trucizną.

Razem z porannym tłumem wysiadamy na przystanku przy Pałacu Kultury. Po cichej wsi, gdzie skrobanie myszy dudni, jazgot Marszałkowskiej ogłusza. W dodatku wyje syrena. Radiowóz ściga podejrzanego faceta. Pomięty, niedomyty oprych idzie spokojnie. Uskakuję przed wozem policyjnym, jadącym za nim po chodniku. Zamiast dalej go ścigać, zajeżdża nam drogę.

– Dlaczego pani się nie zatrzymała?! – woła policjant. – Dokumenty proszę!

– Co ja zrobiłam? – W myślach wertuję dawne wezwania, mandaty.

– Jak to co? Przeszła pani z dzieckiem na czerwonym świetle.

– Gdzie? Nigdzie nie przechodziłam, dopiero co wysiadłam z tramwaju.

– Właśnie.

Wszyscy wtedy przeszli, ale on uczepił się czerwonego skafandra Luli, matka z dzieckiem – łatwy łup. Próbuję opanować roztrzęsione ręce i łzy.

– Dokumenty proszę! – krzyczy na mnie facet w mundurze. – Życie pani niemiłe? Dziecko narażać?!

Dopadła mnie męska władza, twoje oskarżenia i samotna bezradność. Nikogo na moją obronę.

– Zawód? – Policjant ogląda plastikowy dowód.

– Pisarka, buuu. – Nie mogę ukryć płaczu powstrzymywanego od miesięcy.

– Tak myślałem. – Chyba mnie rozpoznał, z telewizji, nie z kronik kryminalnych. Przygląda się zdziwiony. – Nigdy pani nie zatrzymała policja?

– Nieee, udawało mi się uciec przed ZOMO – szlocham.

Przestraszony łkaniem, oddaje mi dowód, Lula nie wie, co się dzieje. Im bardziej chcę być spokojna, tym głośniej ryczę.

– Proszę uważać. – Policjant zostawia mnie, jest z drogówki, nie z psychiatryka.

W Poznaniu tradycyjnie kultura i ciastko. Ola z Antkiem prowadzą nas do najstarszej części miasta, tam ochrzczono Polskę.

– Mniej więcej tu. – Pokazują trawnik.

– Tu? – Podchodzę najbliżej miejsca, gdzie stała chrzcielnica.

Żadnego znaku, krzyża. Zwykły chodnik z budką telefoniczną Orange. Właściwie to jest pomnik funkcjonalno-symboliczny. Tak jak chrzest w dziewięćset sześćdziesiątym szóstym przyłączył kraj do cywilizowanego świata, tak telefon łączy Polaków ze sobą, światem, emigracją. Polacy nie gęsi, chociaż odlatują częściej niż inne nacje.

Idziemy do prawdziwie poznańskiej cukierni świętować moje urodziny. Ciemne meble, pluszowe kanapy z lukrowymi okruchami wanilii. Przytulność nie wygłusza rozmów z kąta sali. Antek syczy, gdy elegancki mężczyzna w krawacie przeklina. Na scenie można, ale kurwoszyć przy kobietach i dzieciach?

– Przepraszam – mamrocze skarcony, międląc białą serwetkę.

Poznańska sielanka. Dwie licealistki jedzą na spółkę krem, za odłożone przez tydzień kieszonkowe. Lula pożera nasze porcje. Krztusi się ze śmiechu i zanim zdąży dobiec do łazienki, obrzyguje gorącą czekoladą dziewczyny, meble. Stara się odwrócić do ściany. Siła odrzutu miota nią po sali. Potok płynący z ust dziecka godny Egzorcysty. Biegniemy po ścierkę. Ocieramy Lulę, potem podłogę, buty licealistek. Na klęczkach kończę swoje urodziny: myszy, policja, rzygi.

Pierwszy września. Lula w szkole. Chodzę po lesie i rozdłubuję patykiem błoto. Powieść to umiejętność powiedzenia wszystkiego w odpowiednim czasie. Dziennik jest litanią do świętego Ego.

Nie zależy mi na byciu pomiędzy. Pomiędzy tobą i mną. Kochając, chciałam, żebyś wszedł we mnie, nie tylko między mnie i mnie, pomiędzy skórę i waginę. Chciałam głębiej, tam gdzie kończą się słowa i zaczyna bełkot miłości.

Rozwód, rozstanie to werdykt. Kto przegrał? Zawsze przegrywałam, odzywając się po kłótni pierwsza. Tyle razy przechodziłam przez poligon twojej depresji. Teraz się uparłam: Nie. Wysyłasz SMS-y sondujące moją desperację. „Tęsknię” – piszesz. Po dwudziestu latach SMS-y?

Nie umiem sobie wyobrazić takiego życia – ja z Lulą, ty przychodzisz nas odwiedzać. Być może dwie osobne rodziny. Już to przerabiałeś, znowu twoja przewaga.

Muszę uciec, najdalej. Australia – nauczę się tam angielskiego. Dyslektyczna, nie mam szans opanować żadnego języka w szkole. Lula też. Po pięciu latach drogiego dwujęzycznego przedszkola umiała powiedzieć jedno słowo: water, i to nie wiadomo czemu z australijskim akcentem: łota. Słońce, plaża, łota... Kiedy mi się to znudzi? Potrzebuję czegoś więcej... a gdyby pojechać na amerykański uniwersytet? Jaś, mój amerykański przyjaciel. Wysyłam mejla: „Nigdy nie przyznano mi stypendium dostępnego nawet dla magistrów historii czy debiutujących poetów. Napisałam dziesięć powieści historycznych. Mogłabym przyjechać do Berkeley?”. Odpowiedź Jasia: „Bardzo mi przykro z wyglądu na twoje serce. Ja i Tabita współczujemy wam. Zapytam ludzi z Literature Department, przyślij życie”. Wysyłam. Odpowiedź następnego dnia i tak już będzie, natychmiastowe odpowiedzi administracji, profesorów. Żadnego czekania, polskiej metody na później, na odpierdololo. Jasiu: „Przyznali ci za książki doktorat, inaczej byś nie mogła przyjechać. Możesz mieć akademik, Lula szkoła darmo. Pakowuj się”.

Jasia spotkałam w Krakowie. Beznadziejnie zakochany student. Przyleciał z Ameryki do Niemiec, wtedy jeszcze RFN – Niemiec zachodnich – podszlifować język. Bracia mechanicy samochodowi, matka gospodyni domowa. Ojciec, weteran drugiej wojny światowej, przeczytał jedną książkę poleconą mu przez kaprala. Jasiek z typowym irlandzkim nazwiskiem przechodził wyżej i wyżej w hierarchii katolickich szkół dzięki stypendiom dla wybitnie zdolnych. Po pierwszym roku studiów przyleciał do Europy. W Berlinie Wschodnim, po niewłaściwej stronie historii, spotkał w kawiarni piękną dziewczynę z NRD. Zakochany przekonałby ją do małżeństwa, ale kończyła mu się wiza. Ojciec Niemki rozwiał jego nadzieje: Ona nigdy nie wyjedzie, studiuje w Berlinie aktorstwo, to jej przyszłość.

Jasiek się nie poddawał. Bez kropli słowiańskiej krwi przekonał o swoim polskim pochodzeniu komisję rozdającą stypendia dla Polonusów. Nie kłamał, przecież katolicy są braćmi. Dostał stypendium w Krakowie. Z polską wizą był bliżej granicy. Codziennie nosił ten sam bawełniany mundur amerykańskiego młodzieńca: przetarte dżinsy i kraciastą koszulę, spod której wystawał T-shirt. Jego twarzy hollywoodzkiego gwiazdora o rozbrajająco dziecięcym uśmiechu nie dały rady zamaskować żadne przeciwsłoneczne okulary. Gdy w wakacje, wędrując po schroniskach, zwiedzaliśmy poniemieckie ruiny Kotliny Kłodzkiej, pijacy prosili Jasia o dolary, dzieci o gumę do żucia.

Skończyłam studia. On oddalał się od swojej miłości i Niemiec, studiując w Rosji, Pradze. Wrócił do Stanów, został profesorem historii, mężem Tabity, szczęśliwym ojcem trójki dzieci. Przez trzydzieści lat widywaliśmy się niemal co roku: we Francji, w Polsce, w Niemczech.

Na pięćdziesiąte urodziny profesorowie w Berkeley sprezentowali germanofilskiemu Jasiowi bilet do teatru. Po bankiecie niemiecki spektakl. Szeptem tłumaczył żonie nudną sztukę Becketta, aż zobaczył swoją dawną miłość. Rozpięła na scenie bluzkę, by pokazać nagi biust. Nic więcej, krótki niemy epizod. Kurtyna czasu opadła.

Przez telefon twój głos. Tłumaczy Luli, co się stało u babci w szpitalu. A co się mogło stać? Nie żyje? Próbowano lekarstw, prądu, głaskania na siłę psów i głów wnucząt. Wyniszczona małżeństwem, do końca, do delirium ślubnego pijaka, zamurowała się w starczym odrętwieniu. Dwa dni temu wypadła z wózka i uderzyła się w głowę. Natychmiast do niej pobiegłeś. Babcia przeszyła cię matczyną intuicją: „I co? Znowu jesteś sam?” – przemówiła po latach milczenia. Skąd mogła wiedzieć, co się stało? Przestałeś ją odwiedzać na długo przed naszym rozstaniem.

Podejrzewam, że walnięcie w głowę wrzuciło mózg na swoje miejsce. Z zaświatów rozumu matka wróciła ci pomóc. Na jeden dzień, potem znowu zamilkła. To możliwe? Ja przestałam się odzywać i przemówiła ona. Jakbyśmy na zmianę musiały do ciebie mówić, więc teraz moja kolej:

– Słuchaj, chciałabym z Lulą wyjechać do Berkeley w wakacje, zostałybyśmy na rok. Nauczyłaby się języka... Zgadzasz się?

– Tak i na terapię małżeńską też.

Na wszystko byś się zgodził. Boisz się. Przebudzenie matki udowadnia psychiczność świata, więc i możliwość odwetu za okropne traktowanie nas.

Ostatnie miesiące mieszkałeś w swoim gabinecie. Przez ścianę krzyczała nocami kobieta. Nie wytrzymałeś, poszedłeś zapytać, co się dzieje. Otworzył słaniający się z wycieńczenia staruszek, żona umiera na raka kości, znieczulenie kosztuje.

Cisza, hospicjum. Po starym małżeństwie wprowadziło się młode. Znowu krzyki nie tylko nocą. Za ścianą orgazm orgazmu. Miłość i śmierć bywają głośne. Jedna przypomina o drugiej. Wycie hinduskiej Kali wmurowanej żywcem w cegłę warszawskiego bloku. Bogini seksu i agonii, rodząca dzieci na pożarcie. Bogowie są po to, by nam coś przypomnieć, rodzicielsko przestrzec.

Zapisujemy się do pary terapeutów. Będą naszą „matką i ojcem”, „mężem i żoną”. We dwójkę sprawiedliwie rozłożą winy. Samotny terapeuta to za mało na udźwignięcie naszego związku. Mógłby wziąć stronę jednego, osierocić drugie w poczuciu niezrozumienia.

– Pani jest chyba pisarką... znam panią – mówi w drzwiach terapeutka, poprawiając sobie okulary prymuski.

– A pani... jest taka młoda. – Wyzerowuję licznik nietaktów.

Nie, nie jest za młoda. To ja jestem okropną pacjentką. Mało kto zniósłby moje zawodzenie. Na twoje jedno słowo potok moich. Wcześniej nie dopuszczałeś mnie do głosu. Obrażałeś się, trzaskałeś drzwiami. Nadrabiam stracone dyskusje, wysuwam szpony nigdy nieużytych argumentów. Terapeuci mają mnie dość, grożą wyrzuceniem. Uspokajam się, żeby na następnej sesji znowu oskarżać.

– Było nam tak źle? – pytasz.

– Nie, ale mogło być lepiej, o wiele lepiej.

– Zawsze może być lepiej – mówi terapeuta. – Po to tu jesteście.

– Nie. To nie ma sensu, jeżeli nie pójdziesz na terapię DDA. Ja już nic więcej nie mogę. – Poddaję się.

– Nie pójdę i nie chcę, żebyście wyjeżdżały. – Zmieniasz zdanie.

– Byłam na swojej terapii prawie dwa lata. – Załamuję się. – Chyba zamiast ciebie. Wiem, że jestem partnerem DDA, zaraziłam się tobą i więcej nie chcę.

– Co się naprawdę stało? – Szukasz winnych wszędzie oprócz siebie.

Najchętniej obgryzałbyś z nerwów paznokcie. Zaciskasz pięści, ale widzę twoje palce. Wstydzisz się dziecięcych przyzwyczajeń. Gryziesz je pod jednakowym kątem, nadając paznokciom artystyczny sznyt. Przycięte zębami niby fryzura zaczesana na bok.

– Może jestem starsza i brakuje mi sił? A co, jeśli nasz wyjątkowy, jedyny związek jest typowym piekłem? – Mam przygotowany wydruk z pierwszej znalezionej w internecie strony po wbiciu w wyszukiwarkę: „Partner DDA”. Czytam:

„Partnerzy dzieci alkoholików są w wyjątkowo trudnej sytuacji. Po latach normalnego życia i zwyczajnych przeżyć w niezaburzonym otoczeniu spotykają tak specyficzną osobę jak DDA (dorosłe dziecko alkoholika).

Partnerzy DDA [...] wielokrotnie są rozczarowywani, i to z przeróżnych powodów. Na przykład: nie czują się przez swojego partnera docenieni, dowartościowani, a często nawet nie czują się kochani. Słyszą miłosne słowa – ale to wszystko. Czyny są już inne. Niezrozumiałe, wręcz ekscentryczne. Bo taki partner, który nie jest jednostką zaburzoną, a do tego nie ma pojęcia o «czymś takim jak DDA», traktuje dziecko alkoholika jak równe sobie. Skoro się stara, mówi to, co czuje, potrafi rozmawiać, wyrażać emocje, jest otwarty, szczery i ufny, to po prostu nie rozumie, jak można zachowywać się inaczej. To tak samo jak dziecko alkoholika nie rozumie tych codziennych, zupełnie zwyczajnych zachowań osób z funkcjonalnych rodzin.

Przez lata wychowywać się w rodzinie funkcjonalnej – to nabywać prawidłowe wzorce postępowania. A w przyszłości – kierować się nimi.

Jednakże «bohaterem głównym» tego artykułu jest trauma. W jaki sposób dzieci alkoholików mogą swojemu partnerowi zgotować taki los? Niestety, w bardzo prosty. Najczęściej robią to, kierując się egocentryzmem, który w nich tkwi. Chęcią bycia kochanym, docenionym, dowartościowanym, krótko mówiąc: chęcią zaspokojenia w końcu, po długich latach, swoich potrzeb. To wprawdzie nic złego, pod warunkiem, że myśli się także o tej drugiej osobie. Ale, niestety, dzieci alkoholików są nauczone tego, że każdy zajmuje się sobą – tak jak w ich rodzinie. Ewentualnie silniejszy zajmuje się słabszym – a w związku to zazwyczaj one czują się słabsze.

Osoba związana z dzieckiem alkoholika nie patrzy na swojego partnera jak na dziecko. Wiąże się z dorosłą osobą i traktuje ją jak równą sobie. Nie ma świadomości, że wiąże się z dorosłym dzieckiem, dlatego nie jest w stanie zrozumieć krzywdzących dla siebie zachowań swojego partnera. Nie rozumie, że dorosła osoba może mieć potrzeby dziecka.

Bądźmy szczerzy. Dzieci alkoholików często zachowują się wprost okropnie – a chcą zrozumienia. Nie można się dziwić partnerom dzieci alkoholików, że ich nie rozumieją. Dlaczego? Dlatego że doznają przez nich bólu, cierpienia. Dlatego że nie czują się kochani i rozumiani. Cały czas muszą tylko dawać, nie dostając niczego w zamian. W takiej sytuacji żaden człowiek nie ma ochoty na dalsze dawanie. Dzieci alkoholików nieświadomie obarczają swoimi własnymi uczuciami najbliższą dla nich osobę. Przemieszczają swoje bardzo trudne uczucia na swojego partnera.

Spójrzmy na kilka przykładów w poniższej tabeli. W pierwszej kolumnie mamy uczucia i zachowania dziecka alkoholika w dzieciństwie, w drugiej ich efekty – czyli zachowania DDA, a w trzeciej kolumnie skutek – oddziaływanie tych zachowań na partnera:

Uczucia i zachowania dziecka alkoholika w dzieciństwie

Zachowania dziecka alkoholika w dorosłości

Uczucia partnera dziecka alkoholika

Brak zainteresowania ze strony najbliższych – poczucie bezwartościowości. Próby wzbudzenia zainteresowania.

Nieokazywanie zainteresowania najbliższej osobie.

Partner czuje się bezwartościowy i ma poczucie przymusu walki o zainteresowanie partnera.

Brak ciepła i uczucia w domu rodzinnym. Walka o miłość najbliższych.

Nieumiejętność wyrażania uczuć i pustka bądź chłód emocjonalny.

Partner czuje się niekochany, traktowany przedmiotowo. Ciągle towarzyszy mu niedosyt pozytywnych uczuć ze strony partnera.

Brak rozmowy, brak wspólnego rozwiązywania problemów i trudności.

Nieumiejętność rozmawiania, rozwiązywania problemów i trudności.

Poczucie niechęci ze strony partnera do rozwiązywania problemów i trudności. Partner czuje się nieważny i ignorowany.

Znając specyfikę problemów dzieci alkoholików – wyżej opisane najczęściej będą tymi fundamentalnymi.

I tak właśnie powstaje u partnerów dzieci alkoholików trauma. Prawie tak samo jak u dzieci alkoholików. Zaczyna się od obserwowania dziwnych, niezrozumiałych zachowań. Później od próbowania zrozumienia tych zachowań. Kończy się na tym, że tak jak dziecko alkoholika szuka winy w sobie – tak partner dziecka alkoholika szuka jej u siebie.

To znaczy, że osoba związana z dzieckiem alkoholika zaczyna czuć się beznadziejna, bezwartościowa, niekochana, odrzucona, odepchnięta, mało interesująca, mało atrakcyjna... bo po prostu nie otrzymuje od partnera tego wszystkiego, co sama daje. Te wszystkie odczucia z dnia na dzień zaczynają się utrwalać. Są coraz bardziej dokuczliwe i coraz intensywniej odczuwane. [...] Czasami pojawia się lęk, a zawsze stres i napięcie.

Później, kiedy partnerzy dzieci alkoholików tracą siły i chęci do walki o zainteresowanie partnera i jakiekolwiek oznaki jego uczucia – popadają w bezsilność. Czują się bezradni, a do tego bezwartościowi.

To wszystko składa się na traumę. Jest ona oczywiście inna niż ta, którą odczuwa się po tragicznym wypadku, ale omawiamy tutaj traumę po przeżyciach mniej intensywnych, za to o wiele częstszych i bezpośrednio dotykających sfery emocjonalnej i psychicznej.

Po jakimś czasie partnerzy dzieci alkoholików zaczynają uporczywie unikać bodźców, które mogłyby im się kojarzyć z traumą. Znacznie obniża się ich zainteresowanie związkiem, a tym bardziej staraniem się o niego. Unikają wspólnego spędzania czasu, nawet jeśli są bardzo zakochani. Mocno obniża się także ich zdolność do cieszenia się «partnerstwem» oraz zdolność do przeżywania pozytywnych uczuć i emocji. Zaczynają być drażliwi i coraz bardziej irytują ich zachowania partnera. Irytują ich stare i te nowe zachowania – nawet jeżeli są lepsze – bo dla nich są po prostu niezrozumiałe lub nieprawdziwe.

Te zachowania partnerów DDA nie wypływają z wyrachowania, z chęci zemsty czy z podłości charakteru. Są normalną reakcją na nienormalną sytuację!

Najtrudniejsze tutaj staje się zrozumienie. I to działa w dwie strony, jeszcze bardziej niż na początku związku. Dziecko alkoholika nie rozumie przemiany swojego partnera. Z tego, który niegdyś się tak bardzo starał, w obecnie wiecznie rozdrażnionego, zirytowanego, znudzonego i przygnębionego człowieka. Zaczyna znów czuć się niepotrzebny etc.”.

Za pochylonymi plecami terapeutów bezlistna korona drzewa z ptasim gniazdem. Po kilku miesiącach nadal puste gniazdo ledwo widać w zieleni. Ono też puściło listki.

– Ale chcesz z nim być? – przypominają mi zgodnie terapeuci.

– Chcę z nim, z tobą być... kiedy nie wpadasz w swoje urojenia DDA, jesteś najlepszym człowiekiem, jakiego znam.

Kocham cię, znaczy nie chciałabym ci wyrządzić żadnej krzywdy, niczego złego, ale czy dobrego? Raczej już nie, to tylko miłość, nie miłosierdzie. Nie mogę czekać, aż znowu twoje dzieciństwo poplącze ci się z naszym życiem, nie mogę czekać na koszmar.

Kilka lat wcześniej sen o galopującym koniu. Boję się, nie ma we mnie ułańskiej fantazji. Tradycji pokoleń z szablami na czołgi, współcześnie z dzieckiem na konia. Nie należę do rodziców zachwyconych potomstwem ujeżdżającym końskie bydlę dla sportu.

Kulę się pod tratującym ogierem. Zanim uderzy mnie kopytami, zamieni się w niedawno zmarłego słynnego aktora. Jestem do niego zaprzęgnięta. Ciągnę go przez pole, czerń ziemi zlewa się z niebem, jakby też było do zaorania.

Pomaga modlitwa o koniec tej męki. Z każdym słowem trup traci śmiertelny ciężar. Ze snu wyrywa mnie własny szloch: „Zdrowaś Mario, Matko...!”.

– Co się dzieje? – Budzi cię mój krzyk.

– Nie wiem, stanie się coś złego.

– Sen mara.

Bóg, wiara. Wierzę mojej mamie, gdy wieczorem mówi przez telefon:

– Byłaś dzisiaj u nas rano, stało się coś złego?

– Tereska – słyszę sceptyczny głos ojca. – Żywi nie przychodzą. – Aluzja do moich rzadkich wizyt.

I obsesja, że straci też Tereskę. Jej pół uśmiechu zakleja warstwa maści przeciw niegroźnemu nowotworowi skóry.

– Mamo, rozumiesz, że nie mogłam być we własnym łóżku i u was, ponad sto kilometrów stąd?

Boję się jej intuicji.

– No przecież – trzeźwość mojej mamy, emerytowanej oddziałowej psychiatrycznej – nie mówię, że to byłaś ty. Pokazałaś się mi w rogu łóżka. Nie zdążyłam obudzić taty.

„Matko!”, ostatnie słowo nocnego koszmaru, wykrzyczanej modlitwy. Moja matka nie ma zwidów ani halucynacji. Jej praca polegała na odróżnianiu prawdy od snu wariata. Wyrzuciłam z siebie wędrujący cień razem z błaganiem o pomoc do mamy? Zjawy nie wiedzą, komu się pokazują i kim są? A żywi, mądrzy ludzie mogą nie wiedzieć, kim naprawdę są i co robią innym?

Tego samego dnia wyszedłeś z domu. Obrażony moją odmową bycia obrażaną. Nie powiedziałeś, dokąd idziesz. Wyłączyłeś telefon. Mieliśmy zawieźć Lulę na obóz, wysyłam ci SMS-y, nic. Tydzień później pojechałam z nią sama. Zostawiłam i zmęczona zatrzymuję się w Kazimierzu.

Przy drodze, nad Wisłą, otworzono nowy hotel z restauracją. Może dobrą, od paru dni zmuszam się do jedzenia. Na pustawym tarasie hotelowym wiosłuję łyżką w zupie, gdy przysiada się Krystyna Janda. Z wrażenia zdejmuję ciemne okulary. Mrugam zapuchniętymi oczami. Przyjechała na tutejszy festiwal filmowy. Radzi się mnie, czy wybrać z menu tę samą zupę. Chciałabym, żeby w zamian poradziła, jak żyć. Ale nie będę obcej osobie opowiadać, co mi się przytrafiło. Nawet wspaniałej Jandzie, wzruszająco dostojnej w żałobie po mężu. Pochyla się nad talerzem, z dekoltu wysuwa się jej duży filcowy szkaplerz. Kto nosi teraz szkaplerz?! I to ze świętą Tereską, patronką mojej mamy. Znak. Spowiadam się więc jej jak Matce Przenajświętszej ze snu i strasznej jawy.

– Dziecko moje, to nie był sen – mówi zatroskana. – Byłam na jego pogrzebie. Dobry aktor, człowiek żaden, gorzej niż człowiek – demon, co za piekło urządził on swoim kobietom!

Talmud we freudowskim stylu poucza: „Niezinterpretowany sen jest jak nieotwarty list”. Myślę, że napisałam go sama do siebie tamtej koszmarnej nocy, tratowana przez trupa. Do ciebie wysyłałam codziennie SMS-y. Po tygodniu odpowiedziałeś, podałeś adres. Jechałam przez pół Polski, przepraszać, prosić, sama nie wiem po co, po ciebie. Kochaliśmy się, wyspowiadałeś się w konfesjonał pizdy.

Miłość jest zbrodnią doskonałą. Ofiara pokazuje, gdzie zadać cios, by nie zostawić śladu, i z przywiązania prosi o więcej. Nie ucieka przed mordercą. Tęskni i spodziewa się, że jej nie opuści do śmierci.

Na terapii masz doskonałe, nietykalne alibi – uczucia. Kłamiesz, żeby przekonać siebie, nie mnie. Ja się nie liczę. Nie wierzę, że będzie lepiej. Miłość nie jest zbawieniem odkładanym na później. Jest tu i teraz. To spokój, nie udręka. Nie zatkam w twoim sercu dziury po dzieciństwie wygryzionym przez ojca i matkę.

Wyjadę do Berkeley, chcesz czy nie. Wypełnianie wniosku o amerykańską wizę przypomina test na inteligencję. Pytają zresztą drobnym drukiem: „Kto pomaga ci odpowiadać na pytania”. Wpisuję: „Moja przyjaciółka Ola, anglistka”.

– Ola, czy ja dobrze rozumiem? – Proszę ją o przetłumaczenie zdania powalającego szczerością: „Czy jesteś terrorystą?”.

Przeskoczenie pułapek wizowych zajmuje nam dwa dni. Spełnienie wszystkich wymogów to zaledwie wstępna selekcja. Mimo honorowego doktoratu z Berkeley ledwo osiągam końcowy etap: opłata konsularna. Nie można wpłacić po ludzku kartą ani przelewem bankowym. Trzeba znaleźć pocztę ze specjalnym okienkiem opłat wizowych. Nie ma takiej w mojej podwarszawskiej okolicy. Znajdę w Krakowie, będę tam następnego dnia na targach wydawniczych, coroczna targowica.

Branżowe spotkania zlewają mi się w jeden obraz: pisarze i wydawcy krążą między stolikami, nudna wywiadówka. Kto w tym sezonie był dobry, kto prymusem, kto nie przeszedł w rankingach. Postanowiłam się zabawić, rok albo dwa lata temu, ożywić warszawską imprezę.

Szykowny lokal na Foksal. Otwarte okna, po zmierzchu zapalono ogrodowe lampiony. Goście krążą w półmroku z kieliszkami niby lampkami oliwnymi odbijającymi szklany blask. Wyszedłeś wcześniej. Nie potrzebowałeś pretekstu – znudzona Lula musi już iść spać. Powiedziałeś: „Nie wiem, co szykujesz, ale wygłupy mnie nie interesują. Za kogo ty się w ogóle masz?! Za pisarkę czy klauna?”.

Ubrana w kimono i jedwabne, szerokie spodnie wybieram przy barze przekąskę. Rozmowy w eleganckim języku pla-pla gwałtownie zamierają. Nie ruszam się, stoję tyłem do wejścia. Ktoś wytrąca mi z włosów drewniane pałeczki podtrzymujące kok. Odwracam się podnieść je z podłogi. Samurajski miecz tnie obie na drzazgi tuż koło moich palców, zgodnie z planem przećwiczonym co do milimetra. Przy srebrnej rękojeści miecza tradycyjny węzeł czerwonej wełny wchłaniający krew przegranego. W czarnym kostiumie wojownika ninja szczupły, ogolony na łyso Sroka porusza się z gibkością cienia. Wyjmuję spod szerokiego rękawa ukryty wachlarz bojowy. Okuty metalem potrafi, rezonując od uderzenia, przetrącić kark, rozwalić czaszkę, zmiażdżyć tchawicę. Zaczynamy wojenny taniec do monumentalnej muzyki z Incepcji. Po miesiącu ćwiczeń układu próbuję dorównać Sroce, mojemu mistrzowi tai chi. Publiczność się cofa. Mamy dość miejsca na skoki, uniki, szybowanie. Motyl wachlarza kontra żądło miecza. Po prostu Przyczajony tygrys, ukryty smok improwizowany z natchnienia. Głośniki podłączone kilka sal dalej chroboczą, zamiast mistycznej Incepcji dudni przebój Tyle słońca w całym mieście. Organizatora imprezy zaniepokoiła cisza, trzeba się bawić. Zaskoczeni, niezdarnie podrygujemy. Żałosny finał, opadamy z opery w śmieszność. Uciekamy. Nasz przerwany występ nie miał sensu, dowcip bez puenty. Wielki epicki rozmach zmasakrowany przez disco. Całe szczęście, że nie widziałeś. Triumfowałbyś, ze swoim perfekcjonizmem niedocenianego dziecka: „Po co się ośmieszać?!”.

Twój ojciec wyśmiewał cię za dziewczyńskie zainteresowania. Nie nadawałeś się na inżyniera ani sportowca. Mogłeś przynosić mu z kiosku papierosy, do tego byłeś przydatny.

Jesteśmy ze Sroką już przy Jerozolimskich. Dogania nas ktoś z wydawnictwa, namawia do powrotu. Nie rozumie artystycznej porażki. Odmawiam. Rozmawia przez telefon, osłaniając głowę przed hałasem ulicy.

– Arleta obiecała wypić dla ciebie tequilę – powtarza podsunięty mu przed chwilą argument.

– Co? – Wychylam się zza rozłożonego obronnie wachlarza. – Sroka, wracamy, nie wierzę, to będzie spektakl...

Szefowa mojego wydawnictwa stoi w rozkroku przy wysokim stoliku z tequilą. Nauczyła się tego w Stanach, gdzie chodziła do liceum. Na dłoni solidna kreska soli. Wsysa ją nosem. Rozciętą połówkę cytryny wyciska w otwarte oko i łyka tequilę. Jej asystent sięga po drugą połówkę cytryny. Duma nie pozwala mu zostać w tyle za kobietą i szefową.

– Nawet nie próbuj, synu. – Arleta łapie oddech, idzie na parkiet.

*

Wydawniczą targowicę zameldowano w krakowskim hotelu przy Świętej Gertrudy. Żadna święta, to przecież dawna, za komuny, Waryńskiego z łomoczącym tramwajem niedaleko mojej Alma Mater. Od piątej rano mimo zamkniętych okien wjeżdża mi po szynach w głowę dzwoniący miejski wiatyk. Powinnam pamiętać, Gertruda Waryńska po rozwodzie z komunistyczną historią wróciła do panieńskiego nazwiska, co przytrafiło się też wielu ulicom.

Niedospana, decyduję się wrócić do domu dzień wcześniej. Jeszcze obiad z dawnym znajomym, teraz Profesorem, badaczem starożytnych języków. Zapraszam go Pod Różę, on w rewanżu zabiera do siebie na deser.

Mieszkanie Profesora jest typowym inteligenckim bunkrem wyłożonym od podłogi po sufit książkami. Jedyne meble to zawalone papierami biurko i zarwane łóżko, właściwie prycza przykryta łowickim pasiakiem. Przecieramy zakurzone kieliszki. Wieloletni osad miesza się w nich z podzieloną na pół dawką meskaliny. Zalewamy proszek kranówą.

– Toast czy komunia? – Nie jestem pewna, co zrobić przed wypiciem.

– Meskalina pochodzi z peyotlowego kaktusa używanego przez indiańskich szamanów w Ameryce Północnej. – Profesor wącha napój jak dobre wino. – Wypadałoby odprawić obrzędy.

– Więc za moją amerykańską podróż! – Podnoszę kieliszek.

– Za wspólny trip.

W oczekiwaniu na efekt Profesor otwiera książkę.

– Wiesz, co to jest? – Pokazuje stronę technicznych schematów.

– Pojęcia nie mam, układy scalone? – rzucam jedyną znaną mi nazwę czegoś elektronicznie niepojętego.

– W pewnym sensie. Dużo żydowskich informatyków nawróciło się na chasydyzm. Przez dziesięć lat nie chcieli mi tego wysłać z Jerozolimy. Wreszcie wydrukowali w Nowym Jorku. – Przewertował kartki. – Same czarno-białe rysunki drzewa kabalistycznego w stylu technicznym. Żadne tam średniowieczne ozdóbki i gałązki. Przejrzysty, nowoczesny schemat, spryciarze. Gdybym zobaczył kolory, domyśliłbym się reszty. – Jego młodzieńcza, piegowata twarz jaśniała satysfakcją.

Przetarł okulary, omijając zatłuszczony kawałek szkła tuż pod plastrem sklejającym pękniętą czarną oprawkę.

– Reszty czego?

– Konstrukcji świata. – Wzruszył ramionami, strząsając z nich banał oczywistości.

W dorobku Profesora są światowej sławy dzieła o azteckich technikach transowych i szkołach prorockich Starego Testamentu. Dlaczego by nie mógł dobrać się do algorytmu skrywanego przez utalentowanych matematycznie ortodoksów? Są najbliżej źródeł.

Dawno nieobcinanym szponem lewego palca Profesor wyskrobał z kieliszka nierozpuszczone drobinki meskaliny. Pozostałe paznokcie miał przycięte tak krótko, że nie wystawały z nich białe obwódki.

– Kochana, oni wiedzą, świat jest informacją. Wielkim komputerem z ilością danych równych ilości cząsteczek we wszechświecie. Żeby je zredukować do systemu, trzeba znać klucz. Mógłby się dostać w niepowołane ręce. Co innego szamani. Szamanem trzeba się urodzić, z zębami albo podduszonym pępowiną i ta pępowina łącząca z pozaziemskim ciągnie się całe życie, nie odpada. Drewnieje w axis mundi – oś świata czy jak wolisz, drzewo życia, po którym w transie szaman wspina się w zaświaty.

Coś w tym jest. Kikut pępowiny mojej córki przypominał uschniętą gałązkę.

– Muszę do toalety. – Szurnęłam krzesłem.

– Mdłości? Zaczyna działać, zaciśnij zęby – poradził.

W łazience zapomniałam na chwilę o nudnościach. Zafascynowała mnie ogromna reprodukcja nad wanną.

– Skąd masz tego Chagalla?

– Dostałem od ojca, pracował w muzeum. – Profesor stał po drugiej stronie drzwi. – Proszę, wytrzymaj, szkoda porcji. Spacer ci pomoże.

– Zaraz. – Wyjęłam telefon.

Fotografowałam niesamowity kadr. Sznurki na bieliznę i dyndająca z nich czarna skarpetka przecinały niebieski kij szczotki. Idealna kompozycja dla reprodukcji w tle. Meskalina musiała już czarować. Wcześniej nie lubiłam Chagalla. Profesor zajrzał do łazienki. Przesunął mnie na bok od zachwycającego obrazu. Zdjął okulary i otworzył szafkę. Mrużąc oczy, poszukał w niej plastra.

– Muszę zmienić opatrunek. – Zszarpnął stary, by równie sprawnie przykleić czysty na oprawce okularów.

Zamiast odciąć zwisający kawałek plastra, przykleił go sobie do skóry wzdłuż uchwytu, za uchem.

– Nigdy nie wiadomo. – Zgasił światło, zmuszając mnie do wyjścia.

– Nadal widzę! – krzyknęłam zdumiona.

– W ciemnościach?

Poza obrazem zniknęło wszystko inne w łazience – moje ręce, lustro szafki, ściany. Chagall nie świecił. Był cudownie widoczny mimo kompletnej czerni wokół.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

DOMINO

Przez otwarty na oścież balkon napływa ciepłe morskie powietrze. Łóżko unosi się w nim niczym latający dywan. W dole płoną światła Nicei. Urywają się półkoliście, zgaszone ciemnogranatowym jęzorem zatoki. Zabytkowy zegar na placyku wybija północ. Wibrujące dźwięki pobrzmiewają melancholijnym echem. Monika uwalnia się z objęć kochanka, sięga po papierosa. Dym i czułość maskują taksujące spojrzenie, dodają jej odwagi.

– Adam, powiedz, co cię właściwie łączy z Joanną.

– Wieloletnia przyjaźń.

– Sypiacie ze sobą?

– Zdarza się.

– A gdybym cię poprosiła, żebyś przestał?

– Musiałabyś mi podać jakiś powód.

– Najprostszy. Kocham cię i nie chcę się tobą z nikim dzielić.

– Nie wierzę w miłość.

– Moją?

– Tak w ogóle... jako najważniejszy łącznik między ludźmi. Czy to, że mnie kochasz, sprawi, że będę czuł i myślał tak, jak tego sobie życzysz? Czy to jakiś mistyczny stan, w który cię wprawiłem, i mam się za to czuć odpowiedzialny?

– Mówisz o miłości jak o chorobie wenerycznej.

– A ty, jakby była kluczem do wszystkiego, wszystko wyjaśniała, utwierdzała...

– A tak nie jest?

– Niestety. I może dobrze, że nie.

Kilka miesięcy wcześniej...

MATEUSZ

– Tubka niezakręconej pasty do zębów to coś więcej niż zwykłe niechlujstwo – cierpliwie tłumaczy żonie Mateusz. – Większość facetów nie znosi prezerwatyw. Na poziomie symbolicznym to problem odcięcia, zablokowania energii życiowej.

– Nie bardzo rozumiem. – Monika wzrusza ramionami.

– Tamowanie potencji, strumienia swobodnych, żądnych przygody plemników. Wyprawie po złote runo mówimy stop na samym wejściu.

– Co to ma wspólnego z pastą do zębów?

– Popatrz na jej penisopodobny kształt. – Demonstracyjnie wyciąga rękę z tubką. – Mężczyzna podświadomie jej nie zakręca! Weź ją do ręki, no weź. – Śmieje się. – Nie bój się.

Monika bierze pastę, zamyka w dłoni. Myśli, że mąż się z niej nabija.

– Burdel w łazience to dowód męskości?

– W pewnym sensie... Tak jak kobiecy może być lęk przed penisem.

– I dlatego po tobie nie zakręcam? – Trzaska drzwiami. Wychodzi bez śniadania.

Mateusz dzwoni do niej po kwadransie, żeby ją przeprosić. Trochę na wszelki wypadek, bo nie wie za co. Nie czuje się winny. Przeprosi obłudnie za jej małostkowość, dla dobra ich stadła. Wystukuje numer. Monika nie odbiera. Zanim zdążył zjeść śniadanie i usiąść do laptopa, dzwoni producent.

– Matti, bad news!

– Co się dzieje?

– Nowego sezonu nie będzie.

– Jesteś pewien? Mieli rozważyć.

– Nie ma takiej opcji... dostali coś nowego. Jakieś badziewie o Kaszubach. Modne się robią małe ojczyzny. Dziany biznesmen z Gdańska chce to współfinansować. Gadają tylko o tym, nakręceni jak bąki.

– Kto to robi?

– Nam robi?

– Nie, ten serial?

– Nie mam pojęcia. Czy to, kurwa, ważne?!

Mateusz siada na sofie zdruzgotany. Zabiją mu jego serial. Restauratorzy, przebój telewizyjnej stacji SiN. Kura znosząca złote jaja idzie pod nóż. Sam tę kurę wymyślił. W alkoholowo-wizyjnym natchnieniu, uwiedziony kolejną lekturą Zaklętych rewirów. Historia osadzona w życiu, mocne postaci, emocje, kontrasty – na zapleczu knajp jadowitość, na salach obłudna, ugrzeczniona ściema. Tym też grał John Cleese w swoim genialnym Hotelu Zacisze. Mateusz dorzucił własne pomysły: histerię kucharzy, ich mordercze ambicje, rywalizacyjne walki o gwiazdki Michelin, intrygi właścicieli, zmowę kelnerów, grymasy i obsesje gości. Inspirował się zachodnimi programami o knajpach.

W pierwszym sezonie serial szedł jak burza – świetna obsada, uwielbienie widzów, znakomita oglądalność. Prezes stacji tańczył na stole, pomniejsi machali ogonami, jedli z ręki. Stacja wcisnęła mu do pomocy w scenariuszu Artura, zarozumiałego geja. Zaczęły się upierdliwe schody. Co roku bardziej strome: kaprysy aktorskich gwiazd, alkoholizm reżysera, cięcia budżetowe. Trochę siadło napięcie, temat się wysuszał. Nie trafiali z wątkami (Artur się uparł na romans kucharza z kelnerem). Konkurencja na rynku była obłędna. Przez trzy lata Mateusz pracował jak wół. Młyn się kręcił, z tej mąki było dużo chleba. Częściowo spłacony apartament w Wilanowie, dwa samochody, objechany kawał świata, dobre, spokojne życie. No i Monika...

Małodusznie myśli o żonie w kontekście kasy. Młodsza od niego o dwadzieścia lat, platynowa blondynka o nienagannej figurze. Marzenie każdego faceta. Życie jest perfidne, wystawia najgrubsze rachunki, gdy zakręcają kran z kasą. Tylko bez paniki! Zamyka oczy i próbuje uspokoić oddech. Przypomina sobie dramatyczny moment, kiedy dwa lata wcześniej jego projekt też wisiał na włosku. Serialowemu gwiazdorowi odbiła palma. Facet odkrył, że „cały ciężar sukcesu spoczywa na jego barkach”. Żądał poczwórnej stawki. Spotkali się w willi producenta w Konstancinie.

– Nie ma rady, musimy zrobić cięcia, bez niego nie pociągniemy.

– Jednym słowem, mamy robić lepszy film za mniejsze pieniądze?! – pienił się piskliwym głosem Artur.

– Świetnie to ująłeś – poparł go reżyser.

– Gwiazdor, kurwa go mać, odjebało mu w kosmos. – Artur skupił się na aktorze.

– Dupek w stanie umysłowej nieważkości! – wtórował mu Mateusz. – Czy ten półmózg zdaje sobie sprawę, że ktoś mu pisze te błyskotliwe kwestie?! Że bez nas, bez nas – jąkał się z emocji – mógłby być gwiazdą kina niemego?

– Oglądalność spada. – Producent przejrzał wydruki, rzucił je na stół zniecierpliwiony. – Weszliście na jakieś mielizny. Ten gejowski romans kucharza nie spodobał się widzom.

Mateusz spojrzał gniewnie na Artura. Otworzył usta, by coś powiedzieć, ale zmienił zdanie. Sięgnął po papierosa. Półroczna heroiczna abstynencja poszła z dymem. Artur skulił się w sobie i patrzył na blat okrągłego stolika, do którego zasiedli układać się o przyszłość. Kilku nakręconych facetów, zatroskanych o własny sukces. Kasę, wpływy. O tort, z którego coraz mniej do podziału. To nie jest już samograj, myślał Mateusz, trzeba zadbać o nową jakość, świeżość.

– Trzeba wpuścić świeżej krwi. – Producent jakby słyszał jego myśli. – Narobić trochę zamieszania.

– Niech gwiazdorowi się coś przydarzy... pierdolnie tym swoim ferrari w karetkę na sygnale albo nowa, czwarta żona go pobije – rzucił złośliwie Artur.

– Mówisz o realu? To jest jakiś pomysł. Mateusz, wykreuj jakąś burzę. Niech się coś o nas przetoczy po gazetach, musimy odżyć z czymś mocnym, coś, kurwa, sfabrykować!

Zawracanie chujem rzeczki. Jak coś nie tak, to znowu ja – myśli Mateusz zniechęcony. Ale to w końcu jego dziecko. Jego maszyneria do robienia pieniędzy, po którą ktoś bez przerwy wyciąga swoje chciwe łapy, którą ktoś głupio zacina. Czuje się zmęczony, wypalony. Buzuje w nim utajony gniew. Nieustanne napięcie, potrzeba rozładowującego konfliktu. Stan ducha zgodny z panującą od lat atmosferą w kraju. Przypomina wrzący kocioł z roztopionym gównem. Kipiącym i oblepiającym wszystko i wszystkich. Mężczyzn i kobiety, polityków i wyborców, duchownych i wiernych, instytucje i petentów, celebrytów i przeciętniaków. Wszyscy ubabrani, skonfliktowani, współuzależnieni.

Nie umie się w tym znaleźć. Nie znajduje dla siebie takiej formy własnego ,,ja”, w której czułby się dobrze. Nie zna kroju mężczyzny, Polaka, z którego byłby zadowolony. Chce lekkości stylu, wdzięku, klasy. Ucieka w kosmopolityczne pozy wyluzowanego światowca, ale nie potrafi oszukać samego siebie. Brakuje w tym polotu. To nie jest jego prawdziwy charakter. Prawdę mówiąc, ma w sobie dużo z wkurwionego Polaczka. Tyle że go w sobie nienawidzi. Bezsilnie się z nim zmagając, traci masę życiowej energii. Miota się. Miewa koszmarne sny o powstaniach. Na twarzy pojawiają się czerwone wypryski wypieranej wściekłości. Polskie barwy – trupio blada twarz z plamami krwawicy. Organizm błaga o chwile rozluźnienia i spokoju. Jak z tym żyć?

Dzień świra w Dniu świstaka. Po raz setny to samo. Schodzi ciężkim krokiem do garażu. Jedzie na umówione spotkania. Wieczorem wróci zmęczony ludźmi, z naręczem książek i wydruków. Od lat dorabia jako wewnętrzny recenzent w kilku wydawnictwach. Liczą się z jego zdaniem, chcą za nie płacić. Takich fuch ma więcej – recenzje filmów, rubryki w gazetach i na portalach. Dyskusje w radiu i TV, wykłady w szkole mediów, kursy kreatywnego pisania. Kręci się w tym kołowrotku jak chomik w klatce. Dopiero serial, jego flagowy okręt, pozwolił mu wypłynąć na ocean spokojnego dobrobytu. Teraz ktoś uparł się go zatopić. Na razie sam tonie w myślach. Prowadząc swojego forda, kluczy umiejętnie przez zapchane miasto. Z kieszeni marynarki dobiega dźwięk SMS-a. Wyjmuje komórkę, wiadomość od Moniki: „Kupiłam ci pastę z naciskanym dozownikiem!”. Uśmiecha się rozczulony. Kiedy unosi wzrok, widzi przed sobą ogromniejący tył monstrualnego jeepa. Wciska hamulec. Za późno. Uderza w tamtego, słyszy huk, wali głową w powietrzną poduchę. Za nim z piskiem hamują samochody, buczą histeryczne klaksony. W popłochu wypina pas. Drzwi nie chcą się otworzyć. Czuje swąd spalenizny. Przerażony, że zaraz wszystko eksploduje, szarpie w panice za klamkę. Ktoś z zewnątrz mu pomaga, niemal wyrywając drzwi. Mateusz upada na ziemię. Podnosi się i chce odbiec jak najdalej od samochodu. Jest w szoku. Ktoś go mocno przytrzymuje.

– Mateusz? To ty? – pyta facet podobny do Adama.

Mam halucynacje – myśli Mateusz, robi mu się ciemno przed oczami.

– Chyba zemdlał – słyszy nad sobą głos. – Trzeba wezwać karetkę.

Ambulans, błyskając niebieskimi światłami, przedziera się przez zakorkowaną ulicę. Młody lekarz świeci mu latarką w oczy, zadaje kilka rzeczowych pytań. Oszołomiony Mateusz ma wrażenie, że jest na planie filmu: policja, gapie, telefony. Jego ford wciągany na lawetę. Na domiar wszystkiego jeszcze kumpel z wojska. To właśnie on jest kierowcą trochę tylko wgniecionego jeepa. Nie widział Adama od dwudziestu lat. Lekko posiwiały mu skronie. Ten sam ironiczny uśmiech. I ten sam nieznoszący sprzeciwu ton głosu.

– Odwiozę cię do domu. Gdzie mieszkasz?

Po drodze do Wilanowa dzielą się swoim życiem. W krótkich, żołnierskich słowach: co, z kim, kiedy, gdzie. Zanim zdąży przekręcić klucz w zamku, drzwi otwiera pobladła Monika. Mateusz przedstawia jej Adama:

– Mój przyjaciel z wojska... nie zgadniesz, kochanie, jak na niego wpadłem.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Źródła cytatów

KALIFORNIA

ss. 21–25 PILUMNUS. Zdrowe życie, Uczucia i zachowania dziecka alkoholika w dzieciństwie [online] http://itc1.nazwa.pl/s/itc1_8/index.php/partnerzy-dda

s. 34 Biblia Tysiąclecia, Marek 15,34, Poznań 1999.

s. 52 Joseph Heller, Paragraf 22, przeł. Lech Jęczmyk, Warszawa 2014.

s. 60 Franz Kafka, Dzienniki 1910–1923, przeł. Jan Werter, przedmowa: Zbigniew Bieńkowski, Kraków 1969.

s. 61 Biblia Tysiąclecia, Jan 18,36, Poznań 1999.

s. 96 Emily Dickinson, My life closed twice before its close [online]

DOMINO

s. 255 José Lezama Lima, Wazy orfickie, przeł. Rajmund Kalicki, Kraków 1977.

s. 365 Jorge Luis Borges, Powszechna historia nikczemności, przeł. Andrzej Sobol-Jurczykowski i Stanisław Zembrzuski, Warszawa 2006.