Miłość i samotność - Rygiel Katarzyna - ebook

Miłość i samotność ebook

Rygiel Katarzyna

3,3

Opis

Jeden sygnał, dwa, trzy, sekundy są długie jak całe lata świetlne. Agata zastanawia się, co powiedzieć, gdy już usłyszy głos mężczyzny, o co zapytać, co zrobić, jeśli okaże się, że ją zawiódł. Czeka na cud, który natychmiast rozwieje jej wątpliwości, przywróci dawną wiarę.

- Halo! – rozlega się w słuchawce. Piotr jest zajęty, Agata zna dobrze ten ton, świadczący o zniecierpliwieniu. Właśnie ma się odezwać, zadać pytanie, które jako pierwsze przyszło jej do głowy, gdzie jesteś, w Gdańsku, mógłby odpowiedzieć, albo w Warszawie, tylko tyle, to wystarczy, by kogoś poznać naprawdę, ale podnosi wzrok i się nie odzywa. Nie może.

Mężczyzna przed nią, który jest Piotrem, przecież wie to ponad wszelką wątpliwość, wciąż stoi w tym samym miejscu. Nie ma w dłoni telefonu. Jego ręce są w ruchu, dotykają, wyjmują, wsuwają z powrotem, otwierają, kartkują, wykonują mnóstwo innych czynności, które w każdym języku mają swoje nazwy. Ale nie trzymają telefonu. Nie trzymają. Jak to możliwe, że ona słyszy "halo!", powtarzane coraz głośniej, podczas gdy jej mężczyzna nie otwiera ust. Ciche klik i znowu sygnał. Połączenie zostało przerwane. Czy to znaczy, że cuda się zdarzają?

[...]

Mój Drogi,

nie lekceważ moich słów. Nasze listy są rozmowami, których nigdy nie odbyliśmy i nie odbędziemy ani przez telefon, ani tym bardziej twarzą w twarz. Myślę, że wiesz o tym tak samo dobrze jak ja i dlatego je piszesz, chociaż o wiele łatwiej zadzwonić. Rozłąka, która dochodzi w nich do głosu sprawia, że nie jesteśmy już tymi ludźmi, którzy rozstali się miesiąc temu na najbrzydszym dworcu we wszechświecie.

Czy przyszło Ci kiedykolwiek do głowy pytanie, co by się stało, gdyby Penelopie spodobał się któryś z zalotników? To, że nie przyjęła starań żadnego z nich, mogło przecież wynikać z ich przeciętności i bylejakości. Żadna kobieta nie zamieni bohatera na kogokolwiek. Ale gdyby pojawił się odpowiedni mężczyzna, silny i interesujący, gdyby, przypuśćmy, miał w sobie kilka cech Odysa, tych najbardziej ujmujących, godnych uwagi i podziwu, może nawet byłby do niego odrobinę podobny zewnętrznie (...) Możesz mi powiedzieć, co by się wtedy stało?

Agata i Piotr są archeologami. Ona jeszcze studiuje, on zdążył już przepracować kilka lat w zawodzie. Mieszkają razem od niedawna. Pewnego dnia Piotr informuje Agatę, że wyjeżdża na kilka miesięcy do pracy. W tym czasie prawdopodobnie będą widywać się rzadko lub wcale. Dziewczyna jest rozgoryczona, że chłopak podjął decyzję, nie pytając jej o zdanie. Po jego wyjeździe nie potrafi pogodzić się z samotnością. Telefony i listy, które do siebie piszą, nie zmniejszają tęsknoty i nie ułatwiają czekania. Uczucie Agaty zostaje poddane próbie. Pewnego dnia spotyka mężczyznę, który jest do Piotra łudząco podobny. Kiedy się poznają, nie może oprzeć się wrażeniu, że nowy znajomy jest nieobecnym narzeczonym.

Katarzyna Rygiel zadebiutowała bestsellerową książką Pod powiekami, która ukazała się w 2005 roku nakadem Wydawnictwa Autorskiego Katarzyna Grochola, Elżbieta Majcherczyk.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 254

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,3 (6 ocen)
1
2
1
2
0

Popularność




KatarzynaRygiel

Miłość i samotność

Fragment

Zysk i S-ka Wydawnictwo

*

Agata śpi. Oddycha spokojnie, głęboko. Sen delikatnie barwi jej policzki na trudny do nazwania kolor, zupełnie jakby ktoś dolał do mleka naparstek herbaty, a potem dodał kroplę soku malinowego. Jej twarz wyraźnie odcina się od pościeli, której barwa przywodzi na myśl kwitnące wrzosy. Jasne czoło ze zdecydowaną linią czarnej grzywki, pod nią kreski brwi, w ich cieniu miękkie, jedwabiste lśnienie rzęs na policzkach. Leży na wznak, z ręką podłożoną pod głowę. Na szyi, tuż pod białą skórą drga niemal niedostrzegalnie cienki błękitny wężyk, który oznacza życie.

Piotr nigdy nie kupiłby takiej pościeli. Gdyby to od niego zależało, wybrałby mniej rzucającą się w oczy, najlepiej gładką albo w jakiś prosty geometryczny wzór. Ale w ich domu to Agata jest kolorystką i dobiera barwy po swojemu. Dzięki niej dom jest domem. Piotr wie o tym z całą pewnością. I nie chodzi tylko o kolor.

Siedzi w fotelu i przygląda się śpiącej kobiecie. Liczy jej oddechy, śledzi drobne ruchy odpoczywającego ciała, dotyka wzrokiem wiotkich palców prawej dłoni, która nagle zamyka się jak kwiat, a w chwilę później otwiera i nieruchomieje na kołdrze. Agata przypomina kobiety Wschodu, myśli i wie, że w tym określeniu zawiera się wszystko, powieki miękkie i ciężkie jak u starożytnych posągów z Azji Mniejszej, bizantyjska czerń oczu, niemal granatowe, rozsypane wokół twarzy włosy gejszy.

Jest wczesny kwietniowy poranek. Sobota. Przez szczelinę w niedbale zasuniętych zasłonach wpada do pokoju nieśmiały promień i znaczy uśpioną dłoń Agaty swoim ciepłem. Piotr czuje, że mu zazdrości. Podchodzi do łóżka, pochyla się i całuje rozgrzane przez słońce miejsce poniżej serdecznego palca. Kiedy się prostuje, napotyka połyskliwe spojrzenie ciemnych oczu.

— Wyjeżdżam — mówi z przepraszającym uśmiechem, bo nie ma siły dłużej dusić w sobie tej informacji. Agata patrzy na niego wzrokiem, który świadczy o tym, że nic nie rozumie. Podnosi się na łokciu.

— Jak to? — pyta. Wyjaśnij mi, mówi jej spojrzenie, i Piotr ma ochotę uciec. Powstrzymuje się jednak. Tego się przecież nie robi. To ich dom i ich miłość. Dokąd miałby pójść i po co? Problemy nie znikają przez to, że się ich unika. Dlatego zostaje i czeka, aż ona przestanie na niego patrzeć, bo tylko wtedy będzie miał dość sił, by odpowiedzieć jej na pytanie.

— Co to znaczy? — odzywa się znowu Agata. Siada na łóżku po turecku i opiera twarz na dłoniach. Wygląda jak japońska grafika oprawiona we wrzosowe passe-partout.

— Wyjeżdżam do pracy, na kilka miesięcy.

— Chcesz powiedzieć do jesieni, tak? — upewnia się, a jej oczy ogromnieją nagle i odbija się w nich strach, bo Piotr mówi zupełnie poważnie i Agata rozumie, że podjął już decyzję. Szkoda tylko, że jej nie zapytał o zdanie i informuje ją teraz o wszystkim beznamiętnym głosem, jakby nie obchodziło go wcale, że ona przez ten czas będzie zupełnie sama.

— Do pierwszych mrozów — potwierdza Piotr spokojnie. Boi się łez Agaty, które ona czuje już pod powiekami. Walczy z nimi, bezskutecznie, bo po chwili jedna za drugą toczą się po mlecznobiałych policzkach i bezgłośnie rozbijają o kącik pociemniałych od płaczu ust.

— Dlaczego? — Agata rzuca Piotrowi oskarżycielskie spojrzenie, a on zastanawia się, jak ma jej wyjaśnić to, co ona powinna wiedzieć tak samo dobrze jak on, bo w końcu zamierza kiedyś uprawiać ten sam zawód. Uprawiać, to słowo przykuwa na moment jego uwagę, uprawiać, jak rośliny. W gruncie rzeczy w obu przypadkach chodzi o kontakt z ziemią.

— Agata — zaczyna łagodnie, najłagodniej jak umie — to trudne, wiem. Ale rozpoczyna się sezon, tego nie muszę ci tłumaczyć. Tak jest przecież co roku. Rusza budowa autostrady. A ja jestem najemnikiem.

— To nasz pierwszy wspólny rok — Agata patrzy mu prosto w oczy — a ty chcesz wyjechać? Kiedy wrócisz? W październiku, w listopadzie? Nie możesz mi tego zrobić. Po co mnie tu ściągnąłeś? To twoje mieszkanie, jak wyjedziesz, nie będzie w nim nic mojego.

— Ta pościel jest twoja — mówi Piotr bez sensu i natychmiast zaczyna żałować tych słów, bo Agata zachowuje się tak, jakby ją uderzył, zasłania twarz dłońmi i pochyla głowę. Piotr widzi tylko grzywkę, w którą zaplątały się jej palce. Oczy mu wilgotnieją. Przysiada na łóżku i obejmuje smukłe drżące plecy.

— Pojadę z tobą — słyszy. Delikatnie głaszcze błyszczące ciemne włosy. — Też jestem archeologiem.

— Nie możesz — tłumaczy jej cierpliwie, choć dla niej to oczywiste, bo ma przed sobą sesję letnią, kilka prac zaliczeniowych i wybór seminarium magisterskiego. Dość, by zostać i nie cierpieć na nadmiar czasu. Świat bez Piotra traci kolor, staje się szary jak jesienny świt.

— Przyjadę do ciebie na wakacje — mówi Agata i Piotr rozumie, że w jej głowie powstaje już plan na nadchodzące miesiące. Żałuje, że musi go zburzyć, ale nie ma wyboru.

— Nie przyjedziesz, kochanie — jego łagodność wydaje się kobiecie nie do zniesienia. Odsuwa się od niego gwałtownie i patrzy szeroko otwartymi, zapuchniętymi oczami.

— Dlaczego? — pyta po raz kolejny, bo Piotr się nie odzywa.

— Mają dość kobiet. Potrzebują tylko mężczyzn i nie chcą żadnych par. To odciąga od pracy. Źle wpływa na atmosferę w grupie.

Agata trawi tę informację długą chwilę. Nie jest to łatwe, bo nie potrafi jej zrozumieć. W czym kobieta jest gorsza od mężczyzny, skoro ma takie samo wykształcenie, kilkumiesięczną praktykę w terenie i jej jedyną słabością jest słabość fizyczna. Ale akurat za to nie może się winić. Piotr widzi w jej oczach niedowierzanie i próbuje tłumaczyć:

— Posłuchaj, tam będą trudne warunki mieszkaniowe, niewykluczone, że i tak nie będziemy mogli być razem, będą nas przerzucać z miejsca na miejsce. — Milknie bezradnie, bo Agata rzuca mu spod grzywki kpiące spojrzenie, jakby chciała powiedzieć, że nie musi się wysilać, że ona już go rozszyfrowała. Nie będzie mu przeszkadzać, ani jemu, ani temu, kto zaproponował mu współpracę.

— Ty i te twoje zasady.

— To nie ja je wymyśliłem — broni się Piotr.

— Ale przyjąłeś je jak swoje. Więc na jedno wychodzi. Dokąd jedziesz? — zadaje pytanie spokojnie, ale łzy ciągle płyną po policzkach, jakby bez udziału jej woli. Czuje się podwójnie zdradzona, przez Piotra i przez los, który w przedziwny sposób zaszydził z jej wyboru. Archeologia nie jest dla wszystkich, przychodzi jej nagle do głowy, skąd miałam o tym wiedzieć kilka lat temu? A jeśli teraz już zawsze tak będzie? Co zrobię, gdy skończę studia? Piotr nie może mi pomóc. Albo nie chce. Na dnie tej myśli rodzi się bunt i niejasna pretensja, której Agata nie chce kierować pod niczyj adres.

— Gdzieś pod Gdańsk — mówi Piotr, przyglądając jej się z niepokojem.

— Kiedy?

— W poniedziałek. — Mężczyzna czuje się winny, że tak długo ukrywał datę wyjazdu. Teraz poczucie winy zamienia się w ulgę. Agata otwiera usta, jakby miała zamiar coś powiedzieć i natychmiast je zamyka. Nie rozumie go. A kiedyś wydawało jej się, że jest inaczej. Kiedyś, to znaczy kiedy? Wczoraj przed zaśnięciem i dzisiaj zaraz po przebudzeniu, zanim jej to powiedział.

— Będziesz przyjeżdżał?

— Nie wiem — mówi zgodnie z prawdą. Nie chce jej dawać nadziei.

— Jesteś egoistą — stwierdza Agata, jakby stawiała diagnozę. Jednostka chorobowa taka i taka. Zaleca się przyjmowanie leku trzy razy dziennie po posiłku. W tym przypadku jednak nie można przepisać żadnej pigułki. Ten przypadek jest nieuleczalny. — Nie myślisz o mnie — dodaje ze smutkiem. — Boję się, że to wszystko nie ma sensu. Nie powinnam była się tu wprowadzać. Wydawało mi się, że coś razem tworzymy. Teraz widzę, że każde budowało własną wieżę, żeby się w niej zamknąć na cztery spusty.

— Agata — Piotr bierze kobietę za rękę i próbuje skłonić do tego, by na niego popatrzyła, ale mu się nie udaje. Chciałby ją objąć, ale tłumi w sobie pokusę. Nie teraz, myśli. — To nieprawda. Spróbuj zrozumieć. Kocham to, co robię — urywa i spogląda na Agatę wyczekująco. Przemawia w myśli do jej pochylonej głowy. Przecież musisz także czuć to każdej wiosny, tłumaczy bezgłośnie, kiedy ziemia rozmarza i jej zapach wypełnia powietrze, na pewno wiesz, o czym mówię, nie potrafię siedzieć z założonymi rękami, ona śni mi się po nocach. Nie mówi tego, boi się śmieszności. Agata powinna wyczytać to w jego milczeniu. Wierzy, że tak właśnie będzie.

Dziewczyna prostuje się i patrzy mu w oczy, długo, przenikliwie, i w jej spojrzeniu pojawia się zrozumienie. Zrozumienie i żal. Jestem na straconej pozycji, osądza, muszę się zastanowić, czy wystarczy mi drugie miejsce w jego życiu.

— Nie zmienisz zdania — mówi powoli. — Dlaczego nie możemy robić tego razem? — pytanie unosi się w powietrzu, ale Piotr wie, że Agata nie oczekuje odpowiedzi.

— Kocham cię — mówi i dopiero teraz mocno przytula ją do siebie, jakby wyjeżdżał już za chwilę, a nie za dwa dni. Jakby odtąd przez te dwa dni chciał ją mieć bez przerwy przy sobie, blisko, jak najbliżej.

— Co ze mną będzie?

— Zostaniesz tutaj — odpowiada w jej gęste włosy, o nieprawdopodobnym na tej szerokości geograficznej kolorze. — Chciałbym, żebyś została — poprawia się szybko. — To przecież nasz dom. Zostań — to słowo brzmi już jak prośba, a nie propozycja, i Agata, która potrzebuje teraz choć jednej pewnej rzeczy, by odzyskać utracone poczucie bezpieczeństwa, chwyta się rozpaczliwie tej namiastki ich dotychczasowego życia.

— Dobrze — mówi bardzo cicho — zostanę.

Tęsknota zawsze zaczyna się jeszcze przed rozstaniem, myśli Agata, błądząc po mieszkaniu i szukając sobie ciągle nowych zajęć. Piotr jest w domu, ale jakby go nie było. Układa w głowie plan podróży, zastanawia się, co zabrać, na skrzydłach wyobraźni dociera już do celu i próbuje się odnaleźć w nowej rzeczywistości nadchodzącego poniedziałku. Agata nie ma do niej wstępu. Przygląda się więc ciału Piotra, skoro jeszcze jest obok, i uczy się znosić przyszłą nieobecność. Czuje, jak mijające minuty nieuchronnie zbliżają ją do peronu, na którym zostanie, gdy pociąg Piotra odjedzie na północ.

— To nie koniec świata — podsumowuje półgłosem swoje rozważania. Świat jest wciąż ten sam, gdy jedna osoba zmienia miejsce pobytu. Niezmiennie liczy pięć miliardów mieszkańców.

— Co mówiłaś? — pyta Piotr, przechodząc przez przedpokój w drodze do szafy, w której trzyma plecak. Chce go odnaleźć. Plecak też należy do innej, obcej rzeczywistości.

— Nic — odpowiada Agata, wpatrując się w kuchenne okno niewidzącym wzrokiem. — Nic nie mówiłam.

Przecież rok temu doskonale radziłam sobie bez niego, myśli dalej, kiedy go jeszcze nie znałam. Od poniedziałku będzie tak jak wtedy. Nic prostszego. Poukładam sobie świat na nowo. Zajmę się czymś pożytecznym, wypełnię sobie czas. Jakoś to będzie. Dam sobie radę. Mimo to nie jest przekonana.

Piotr wchodzi do kuchni i zapala światło. Zmierzch pierzcha nagle i w szybie odbijają się dwie postaci. Agata stoi twarzą do okna i przygląda się chmurnie rysującej się za nią męskiej sylwetce.

— Będę dzwonił — obiecuje Piotr. Jego odbicie obejmuje odbicie kobiety i przytula twarz do jej twarzy.

— Dzwoń. I pisz do mnie listy. W listach więcej można powiedzieć niż przez telefon. W każdym razie — Agata zawiesza głos i chwilę się zastanawia — ty więcej mi powiesz — precyzuje.

— Listy? — dziwi się Piotr. — Takie tradycyjne? Nie umiem pisać listów — broni się bez przekonania. — I skąd ja tam wezmę pocztę?

— Znajdziesz, jeśli będziesz chciał. Koperty i znaczki możesz kupić przed wyjazdem, a skrzynki na pewno gdzieś będą. Pisz do mnie — prosi, bo nagle wydaje jej się to bardzo ważne. — Każdy list przeczytam kilka razy, pomyśl, to jak kilka rozmów telefonicznych.

W oczach znowu ma łzy. Nie panuje nad głosem, który łamie się i drży. Zdobywa się na bohaterski uśmiech, który nawet w ciemnej szybie wygląda nieprawdziwie. Odwraca się i odchodzi. Odbicie Piotra zostaje z pustymi rękami w źle oświetlonej kuchni.

— Mamo, Piotr wyjeżdża do pracy — skarży się Agata do słuchawki. Telefon wisi w przedpokoju. Pod nim na podłodze leży plecak i stoją stare wysłużone buty, które Piotr zawsze zabiera ze sobą w teren. Rozmowa się nie klei. Agata nie wie, czy to przez odległość, czy przez nienawiść do butów i plecaka, które absorbują ją i sprawiają, że nie może zebrać myśli.

— To dobrze, córeczko — cieszy się głos po drugiej stronie. Z czego ona się cieszy, nie rozumie Agata. — Dobrze, że ma pracę — uściśla głos.

— Mamo, on wyjeżdża na pół roku i zostawia mnie samą — dlaczego to do ciebie nie dociera, chciałaby powiedzieć, ale nie robi tego. To znaczy, że przez sześć miesięcy będę nieszczęśliwa, chcesz tego? Naprawdę? Czy jest to warte jakichś pieniędzy?

— Szybko zleci — pociesza ją matka, jakby część myśli Agaty przedostała się w cudowny sposób przez kabel telefoniczny do oddalonej o dwieście kilometrów od Warszawy miejscowości. — Zobaczysz, kochanie. On musi zadbać o ciebie. Bądź dla niego wyrozumiała. Na pewno też jest mu trudno.

Guzik, myśli Agata i czuje ból, intensywny i nie do uśmierzenia. Wcale nie, on jedzie się spełniać w pracy. Ale tego też ci przecież nie powiem.

— Może masz rację — mówi zamiast tego.

— A widzisz — cieszy się kobieta. — Musisz to zrozumieć.

— Tak, mamo — zgadza się Agata. — Ucałuj tatę — dodaje i odkłada słuchawkę.

Najwyraźniej coś jest z nią nie tak. Tęsknota nie jest uczuciem godnym pochwały. Tęsknota jest niemodna i nie do zaakceptowania, a ona jest histeryczką. Ludzie rozstają się na długo, bo czasy są trudne albo dlatego że coś gna ich przed siebie do miejsc, które chcą odkrywać. Widocznie należy to znosić cierpliwie. Tylko że ona nie potrafi. Przegrywać co roku i odprowadzać Piotra na dworzec w pierwszy wiosenny dzień. Ona nie kocha tej pracy aż tak bardzo, by móc zrozumieć jego miłość. Dlatego nie może spędzać jednego półrocza w domu, a drugiego gdzieś daleko, z Piotrem czy bez niego, bo na to żadne z nich nie będzie miało wpływu. Nie chce bez przerwy zamieniać własnej ciepłej codzienności na życie z plecakiem, w którym musi się zmieścić cały dobytek, stare ciuchy do pracy, jedne lepsze spodnie, ciepły sweter, kurtka od deszczu i buty, na tyle ciężkie, żeby łatwo było nadepnąć szpadel i wbić go w ziemię. Nie potrafi sobie wyobrazić, że tak mogłoby być przez kilka najbliższych lat. Dopóki oboje nie zaczną siwieć i skarżyć się na bóle stawów. Czy to znaczy, że się pomyliła? Zazdrości Piotrowi spokojnej pewności i tego uczucia, które powinna z nim dzielić. Czy on chce robić doktorat? Czy zamierza być najemnikiem przez całe życie?

Agata czuje, że jest dla niego ciężarem. Przez nią on traci niezależność. Może powinna poszukać w życiu czegoś innego, czegoś, co wypełni jej letnie miesiące, kiedy jego nie będzie, i pomoże jej wytrwać. W przeciwnym razie będzie musiała odejść. A jeśli on zapyta ją o powód odejścia, będzie mogła powiedzieć tylko, że nie umiała czekać.

Sterta rzeczy koło plecaka rośnie z upływem godzin. Piotr chce być dobrze przygotowany. Nie wie, kiedy będzie mógł przyjechać do domu. Za miesiąc, a może za trzy. Musi wziąć pod uwagę upływający czas i zmieniające się pory roku. To już jutro, myśli, jutro zostawię ją samą. Nieruchomieje na chwilę przed półką z podkoszulkami. Chciałby mieć je obie, Agatę i swoją pracę. Dlaczego musi wybierać?

Niedziela płynie leniwie. Słońce ociera się o firanki i na palcach przemyka przez pokój. Piotr najbardziej żałuje niedziel. Przed Agatą były nijakie, długie i samotne. To ona zmieniła każdą w święto, pełen niespodzianek festyn, przeznaczony wyłącznie dla nich dwojga. Od jutra wszystko się zmieni. Niedziele będą tylko w kalendarzu, a on rozpozna je po tym, że budzik nie zadzwoni o zwykłej porze, lecz pozwoli mu spać, choćby do południa. Kiedy człowiek śpi, czas płynie szybciej i coraz bliższy jest powrót do domu. Piotr czuje, że się zagubił. Nie wie już, czy bardziej chce wyjechać, czy zostać.

— Chodźmy na spacer — mówi Agata. Staje w progu pokoju i jej głos budzi go z odrętwienia. — Jeszcze zdążysz się spakować.

Jest gotowa do wyjścia. Czarna koszula podkreśla naturalną bladość jej cery. W dopasowanych dżinsach wydaje się wyższa i bardzo smukła. Piotr nie może od niej oderwać oczu. Jest krucha i zdecydowana, delikatna i dumna, wiotka i silna jednocześnie. Poradzę sobie bez ciebie, mówi jej spojrzenie, i mężczyznę nagle opadają wątpliwości, czy on poradzi sobie bez niej. Stoją tak przez długą chwilę w zupełnej ciszy, dzieląc się spojrzeniem, w którym zawiera się wszystko, jej zaprawiony smutkiem upór, by wytrwać, i jego pełne miłości zwątpienie.

— Dokąd chcesz pójść? — pyta Piotr i podchodzi bliżej. Zapach jej ciała oszałamia go, ale to uczucie szybko mija, gdy zdaje sobie sprawę, że od jutra będzie mu go brakować.

— Przed siebie — odpowiada Agata — jak zawsze.

Wychodzą z domu i Tamką schodzą ku Wiśle. Piotr obejmuje ją ramieniem i dopasowuje krok do jej kroku. Wiosenny wiatr rozwiewa Agacie włosy. Młodzi mężczyźni, którzy ich mijają, zatrzymują wzrok na jej twarzy.

— Nie powinienem wyjeżdżać — mówi Piotr, widząc ich zainteresowanie.

— Ale wyjeżdżasz. I nie ma o czym mówić.

— Co będziesz robić, kiedy wyjadę? — dopytuje się mężczyzna. Idą już wzdłuż brzegu, po wybetonowanych schodkach, którymi zejść można do samej wody. Przed sobą po lewej stronie mają zielone budynki biblioteki uniwersyteckiej, za nimi spadziste dachy Starego Miasta. Piotr wkłada dłoń Agaty do swojej kieszeni i delikatnie ściska jej szczupłe palce.

— Nie wiem — milczy przez chwilę, jakby się zastanawiała. — Będę wstawać rano, jak dotąd. Poczytam przy śniadaniu... już nie będę musiała się powstrzymywać — dodaje, mając w pamięci ich wspólne poranki. Dobry początek dnia, mówił zawsze Piotr, to śniadanie zjedzone w twoim towarzystwie. Nie czytaj podczas posiłku, upominał ją, gdy się wprowadziła, tak robią tylko samotni, którzy nie mają się do kogo odezwać. Wtedy przyznała mu rację.

— I co potem? — Piotr chce wiedzieć więcej. Może po to, by móc sobie pod Gdańskiem wyobrazić dzień Agaty.

— Pójdę na zajęcia, posiedzę w bibliotece, spotkam się ze znajomymi. Zjem coś na mieście albo ugotuję zupę na cały tydzień. Kupię jakiś ciuch w jednym z twoich ulubionych kolorów, żeby poprawić sobie nastrój. Będzie rudy albo bordowy, albo w kolorze starego złota. W maju po raz pierwszy włożę sandały i tę sukienkę, którą tak lubisz. Będę często chodzić do fryzjera i może nawet zacznę się malować.

— Mężczyźni nie dadzą ci spokoju — mówi Piotr bezwiednie, ale kobieta pozostawia jego słowa bez komentarza.

— W czerwcu zdam egzaminy i wyjadę na wykopaliska, jak co roku, na miesiąc lub dwa. Wrzesień spędzę u rodziców, a może nie, zobaczę. A potem będzie już jesień — Agata milknie nagle, bo lubi jesień i niemal czuje jej rześki powiew na policzkach, a oczami wyobraźni widzi październikowe przedpołudnie, pełne słońca i opadających liści. Jest jak tokaj, złote, aromatyczne i naznaczone wspomnieniem nocnego chłodu.

Piotr zastanawia się, o czym ona myśli, ale nie przerywa ciszy, bo twarz Agaty po raz pierwszy od wczorajszego poranka rozjaśnia się, dawnym szczęśliwym uśmiechem. Kiedy dziewczyna przytomnieje, uśmiech znika powraca znów świadomość kurczącego się czasu.

— A w listopadzie już będziesz, prawda? — pyta, unosząc czujnie twarz ku górze i spoglądając Piotrowi w oczy. Uspokaja się, gdy on poważnie kiwa głową. To potwierdzenie i obietnica. Oboje o tym wiedzą.

— Ty mnie nie zapytasz, co ja będę robił?

— Przecież wiem. Widziałam cię już w tej roli — mówi Agata. — Będziesz wstawał pierwszy i kładł się ostatni, od rana będziesz krzyczał na pracowników, żeby byli bardziej wydajni, i nie dasz im nawet pięciu minut, żeby zaczęli się nudzić. Codziennie tak samo wymagający i zdyscyplinowany Piotr Kondratowicz. Nadczłowiek — nieoczekiwanie dla niej samej słowa brzmią jak wyrzut.

— Mylisz się. To wcale nie jest tak.

— A jak? Powiedz mi — zatrzymuje się i patrzy na niego wyczekująco. Wiatr wiejący od Wisły rozdziela ich na chwilę i oboje mrużą oczy, czując na twarzach jego chłodny podmuch.

— Ja tylko staram się robić to najlepiej jak potrafię. Wymagam od innych, ale zawsze najwięcej od siebie.

— A teraz także ode mnie — dodaje cicho Agata i rusza powoli przed siebie.

— Wydawało mi się, że to rozumiesz.

— Mnie też się tak wydawało. Ale ja nie składam się tylko z dyscypliny, organizacji pracy i przekonania, że na wszystko w życiu jest czas i miejsce. Dlatego nie chcę zajmować n-tej pozycji na twojej liście priorytetów.

— Nie jesteś na n-tej pozycji — przerywa jej Piotr — ale na pierwszej.

— Nie jestem pewna.

Piotr milczy, bo brakuje mu słów. Agata przysiada na betonowym schodku, więc on robi to samo, spoglądając z niepokojem na jej zamyślony profil. Woda pluszcze miarowo o brzeg, mewy krzyczą prawie ludzkim głosem.

— Przepraszam — mówi Piotr bezradnie do siedzącej obok kobiety, a ona, słysząc to, ma wrażenie, że głos dochodzi do niej z bardzo daleka.

Warszawski Dworzec Centralny przez cały rok jest tak samo szary i przygnębiający. Agata, patrząc na jego brzydką spłaszczoną bryłę, myśli, że ten brak koloru jest wykroczeniem przeciwko prawom natury i ludzkiej potrzebie otaczania się tym, co piękne. Odczuwa to bardzo osobiście. Odwraca wzrok od ścian wyłożonych popielatymi płytami, na których widać zacieki i smugi brudu. W hali dworca zawsze jest grudniowy poranek, wypełniony niezdrowym światłem sączącym się do środka przez bure od kurzu okna.

Piotr stoi przed rozkładem jazdy i sprawdza numer peronu, z którego odchodzi pociąg do Gdańska. Lekko pochyla się pod ciężarem plecaka. Agata czeka cierpliwie, aż oderwie się od tablicy.

— Z trzeciego — mówi i bierze ją za rękę. — Mamy jeszcze dziesięć minut.

Nie, poprawia go w myślach, nie jeszcze, ale tylko, już tylko dziesięć. Nie odzywa się jednak. Nie widzi sensu. Powoli schodzą na dół, a potem zjeżdżają schodami na właściwy peron. Znajdują kilka wolnych metrów kwadratowych, z dala od grupek oczekujących podróżnych. Żadne z nich nie wie, co powiedzieć, i milczenie napełnia ich niepokojem.

— Będę dzwonił — Piotr dotyka kieszeni, w której schował telefon komórkowy — i pisał — dodaje, bo pamięta, że go o to prosiła. — Uważaj na siebie. Gdybyś czegoś potrzebowała, zawsze możesz zadzwonić do moich rodziców.

— Po co miałabym to robić? — Agata kręci głową.

— Będę spokojniejszy, wiedząc, że nie jesteś całkiem sama.

— Piotrze — przerywa mu — ja jestem całkiem sama.

Mężczyzna chce zaprzeczyć, świadczy o tym niecierpliwy gest dłoni i grymas w kąciku ust, ale się powstrzymuje. Przytula kobietę do siebie i stoją oboje bez ruchu, aż do chwili, gdy z megafonu rozlega się zapowiedź ich rozstania. Pociąg wtacza się na peron z ciężkim westchnieniem i to jest właśnie ta chwila, o której Agata starała się nie pamiętać przez ostatnie dwa dni. Piotr całuje ją mocno i długo, nie ma ochoty wypuścić jej z objęć i to ona pierwsza daje mu odczuć, że czas dobiega końca. Na peronie poza nimi nie ma już nikogo. Gdy Piotr wsiada, rozlega się gwizd i wagony zaczynają się przesuwać, coraz szybciej i szybciej. Agata stoi z podniesioną dłonią, chociaż Piotr już nie może jej zobaczyć.

— Przecież wróci — słyszy za plecami męski głos i kiedy się odwraca, napotyka przyjazne spojrzenie starszego pana w bardzo eleganckim jasnym płaszczu.

— Tak — odpowiada zgodnie.

Człowiek przygląda jej się z zainteresowaniem.

— Taka z pani ładna dziewczyna. Proszę się uśmiechnąć.

Jego słowa odnoszą skutek odwrotny do zamierzonego i Agata czuje, że zaraz się rozpłacze. Odwraca się szybko i niemal biegiem rusza w kierunku ruchomych schodów. Łzy wymykają się spod powiek, więc wyciera je wierzchem dłoni, licząc na to, że nikt tego nie zauważy.

Wychodzi z dworca wprost na przystanek autobusowy. Na policzkach czuje powiew wiosennego wiatru. Tutaj znowu jest kwiecień. Błękit nad głową przywraca jej utraconą równowagę. Nie patrzeć na ten ponury, brzydki budynek, myśli Agata, uparcie odwracając się do dworca plecami. Przygląda się ludziom stojącym pod wiatą. Uśmiechają się do słońca. Z podziemnego przejścia wyłania się nagle zaniedbana kobieta o bardzo zniszczonej twarzy. Pewnym krokiem podchodzi do skrzyni, która zimą służy do przechowywania piasku. Otwiera ją i wyjmuje ze środka rozpadające się półbuty. Wkłada je, a stare kozaki, które miała na nogach, chowa do środka. Oddala się w kierunku stacji kolejki podmiejskiej dostojnym krokiem osoby, która od życia otrzymała dokładnie tyle, ile się spodziewała.

Agata odprowadza postać spojrzeniem, w którym współczucie miesza się z podziwem, że miała odwagę uczynić sztandar z własnego opuszczenia. Samotność jest stanem duszy, który wybieramy spośród innych stanów, uświadamia sobie, gdy kobieta w półbutach niknie jej z oczu. I tylko od nas zależy, czy się jej poddamy. Nie chcę być samotna, decyduje. Nie muszę być samotna. Mogę tęsknić w bardziej cywilizowany sposób, bez darcia szat i posypywania głowy popiołem. Racjonalnie. Unosi podbródek wyżej i prostuje ramiona. Życie powinno być jak wiatraczek, który dziadek kupował jej w dzieciństwie na jarmarku, gdy spędzała na wsi wakacje. Bajecznie kolorowe i w ciągłym ruchu. Agata patrzy w niebo, którego kolor zaskakuje ją intensywnością.

Mężczyzna stojący na peronie długo wpatruje się w szczyt schodów, które uniosły sprzed jego oczu smutną dziewczynę. Kiedy ją zaczepił, skuliła się w sobie i odniósł wrażenie, że chciałaby się stać niewidzialna. Jej zawstydzenie wywołało w nim poczucie winy. Ludzie rzadko płaczą na ulicy, zwykle zaszywają się w kącie, z dala od spojrzeń obcych. Jak to możliwe, że on zawsze dostrzega tych, którym nie udało się tego ukryć? Wczoraj kobieta w metrze musiała zdjąć okulary, przez które i tak niewiele widziała. Przyciskała chusteczkę do zaczerwienionych powiek, jakby chciała wycisnąć z nich całą wilgoć. Jak z owoców. Odgradzała się od rzeczywistości ścianą prostych ciemnoblond włosów, ściętych równo, jak od linijki, do ramion. Ale on i tak zauważył.

A dzisiaj z kolei ta dziewczyna. Zupełnie bezbronna pod jego wzrokiem.

Mogłaby być jego córką, zaskakuje go nagła myśl. Była między nimi wystarczająca różnica wieku. Tyle że on nie miał dzieci i nigdy ich nie pragnął. To zaczęło się zmieniać dopiero niedawno, gdy osiągnął wiek odpowiedni do roli dziadka. Za późno. Czy ojcowie pocieszają swoje córki, gdy z dziewczynek wyrastają na kobiety, zastanowił się, wciąż mając przed oczami ciemne, wilgotne spojrzenie nieznajomej, na poły lękliwe, na poły oskarżycielskie, czy zrzekają się tego przywileju na rzecz innych mężczyzn? Jak radzą sobie z podobnym stanem? Dlaczego nie pomyślał wcześniej, ile go w życiu może ominąć?

Starzeję się i źle to znoszę, tłumaczy sobie mężczyzna nadmierną skłonność do refleksji. By nabrać pewności siebie, przygładza siwe, niezbyt gęste włosy i poprawia kołnierz płaszcza. Dłonie ma mocne, palce krótkie i masywne o starannie utrzymanych paznokciach. Ogląda je przez chwilę w skupieniu, jakby się zastanawiał, czym je zająć, po czym wsuwa do kieszeni. Tkwi bez ruchu na peronie z niewielką walizką, którą od czasu do czasu lekko dotyka kolanem, żeby się upewnić, że jeszcze jest. Zaczyna żałować, że nie dał się porwać ruchomym schodom i nie dogonił dziewczyny, że nie upewnił się, czy przestała płakać. Już nigdy się tego nie dowie.

Muszę wsiąść do pociągu, przypomina sobie w porę, gdy wśród nazw miejscowości dobiegających z megafonu pada cel jego służbowej podróży. Pociąg za chwilę ruszy. On jest ostatnim pasażerem.

— Wsiada pan? — niecierpliwi się konduktor, ogromny mężczyzna z wąsem, dla którego liczą się wyłącznie rzędy liczb w tabeli przyjazdów i odjazdów oraz ich zgodność, choć trafniej byłoby powiedzieć, niezgodność ze stanem faktycznym.

Podróżny w płaszczu sięga po walizkę i pnie się po schodkach do wagonu. Unosi go siła mięśni i fala ironii skierowanej przeciwko całemu światu, a więc także przeciw samemu sobie. Nagle zyskuje niecodzienną zdolność widzenia rzeczy w dużym przybliżeniu. Jest jak zegarmistrz oglądający przez lupę werki starych chronometrów. Z tą różnicą, że on poddaje oględzinom własne życie. Precyzja obrazów, które przesuwają się w jego pamięci, zatrzymuje go w połowie korytarza. Pomijane dotąd detale rosną i nabierają wyrazistości. Gdzieś z oddali dobiega go odgłos zatrzaskiwanych drzwi, o które jeszcze kilka sekund temu opierał się ramieniem. Widok za oknem przesuwa się coraz szybciej i szybciej.

KWIECIEŃ

Dostępne w wersji pełnej

MAJ

Dostępne w wersji pełnej

CZERWIEC

Dostępne w wersji pełnej

LIPIEC

Dostępne w wersji pełnej

SIERPIEŃ

Dostępne w wersji pełnej

Copyright © 2008 by Katarzyna Rygiel

All rights reserved

Projekt graficzny okładki

Olga Reszelska

Opracowanie graficzne i techniczne

Przemysław Kida

Wydanie I

ISBN 978-83-7506-609-8

Zysk i S-ka Wydawnictwo

ul. Wielka 10, 61-774 Poznań

tel. (0-61) 853 27 51, 853 27 67, fax 852 63 26

Dział handlowy, tel./fax (0-61) 855 06 90

[email protected]

www.zysk.com.pl

www.woblink.com

Plik EPUB przygotowała firma eLib.pl

al. Szucha 8, 00-582 Warszawa

e-mail: [email protected]

http://eLib.pl