Wydawca: ILLUMINATIO Łukasz Kierus Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 242 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Miłość, Bóg i kuchnia francuska - James F. Twyman

Czy można odkryć receptę na życie dzięki… kuchni francuskiej? Czy prostota i miłość wystarczą, aby odnaleźć drogę do szczęścia?

Wyobraź sobie, że spotykasz francuskiego szefa kuchni, który serwuje lekcje o miłości i duchowości, równie łatwo jak wyśmienite dania.

Robert Dufau to nie tylko znakomity kucharz, ale także przewodnik duchowy, który pomaga głównemu bohaterowi Jamesowi przejść przez proces niebywałej transformacji, po nieoczekiwanym rozstaniu z kobietą. James przygląda się swoim dawnym związkom, pozbywa negatywnych wzorców i uczy, jak uwolnić się od strachu i w pełni otworzyć serce.

Zasada wyznawana przez francuskiego kucharza mówi, że jedzenie jest źródłem pełnej duchowości. Spożywanie posiłków przypomina głęboką medytację, gdyż wymaga milczenia i cieszenia się chwilą, a wtedy najłatwiej wniknąć we własne Ja.

To książka, która poruszy serca, ale też podpowie, jak zostać szefem, nie tylko w kuchni, ale przede wszystkim we własnym życiu. To recepta na życie przekazana w bardzo osobisty sposób, który trafi do każdego.

Pokochaj jedzenie, a pokochasz życie!

Opinie o ebooku Miłość, Bóg i kuchnia francuska - James F. Twyman

Fragment ebooka Miłość, Bóg i kuchnia francuska - James F. Twyman

Mojej matce – pierwszej osobie,

która nauczyła mnie,

czym jest miłość do jedzenia

Nie ma bardziej szczerej miłości niż miłość do jedzenia

— GEORGEBERNARDSHAW

Jedzenie bez miłości jest jak życie bez miłości

— ROGERDUFAU

Wstęp

Gdy byłem mały, z zachwytem obserwowałem, jak moja matka gotowała. Nawet gdy wkroczyłem w dorosłość i wyprowadziłem się z domu, twierdziłem, że robiła najlepsze lasagne na świecie, a jej sałatka taco nie miała sobie równych. W czasie studiów na Uniwersytecie Loyola zajadałem się chicagowską pizzą i innymi lokalnymi przysmakami, ale nic nie emanowało taką energią, jaką wyczuwałem wokół rodzinnego stołu – zwłaszcza gdy mama wyjmowała parujące naczynie żaroodporne z piekarnika, a ja wiedziałem, jaka poezja kryje się pod aluminiową folią. Stopione sery i inne „dekadenckie” składniki może i nie były najzdrowszym jedzeniem, ale nic nie da się porównać z wpływem, który te posiłki miały na moją duszę... i mają aż po dziś dzień. W moim mniemaniu nie istniała żadna godna konkurencja: kuchnia mamy była najlepsza.

Rozmyślałem o tym i znalazłem jeszcze jedno wytłumaczenie swoich odczuć. Choć kuchnia mamy odcisnęła na mnie niezatarte piętno, jestem pewien, że istniały lepsze kucharki od niej. Jednak w naszej kuchni było coś, z czym nikt inny nie miał szans konkurować, nawet najzdolniejsza kucharka świata. Mama bezgranicznie kochała całą rodzinę, a jej miłość ogarniała każdą potrawę niczym delikatny zapach, który zmienia atmosferę w całym pomieszczeniu. Czuliśmy tę miłość; przenikała nasze ciała z taką siłą, że nie miało dla nas znaczenia to, czyje lasagne były tak naprawdę smaczniejsze. Po raz pierwszy zdałem sobie sprawę z tego, że miłość ma moc przemiany jedzenia. Wspaniałe danie zależy zarówno od przygotowującej je osoby, jak i od samego przepisu.

Obecnie tę sztukę uprawia moja dwudziestopięcioletnia córka Angela. Raz na jakiś czas zjawia się na progu mojego domu w Portland z talerzem w ręku. Nie mija chwila, a zawartość talerza zostaje pochłonięta. Angela odziedziczyła po babci zbiór przepisów i właśnie te dania zazwyczaj mi przywozi – pewnie dlatego, że wie, jak je uwielbiam. Albo zdaje sobie sprawę z tego, że jej tato nie ma za grosz talentu kulinarnego.

Gdybym miał obliczyć, ile wydaję rocznie na posiłki w restauracjach, suma ta przyprawiłaby mnie o zawrót głowy. Zatem widok uśmiechniętej Angeli na ganku z daniem prosto z piekarnika jest zawsze miłą niespodzianką. I znowu kluczem jest miłość – czuję ją w każdym kęsie.

Może jakaś cząstka mnie nie chce nauczyć się gotować, ponieważ boi się, że oznaczałoby to koniec kulinarnych dostaw od mojej córki. A może jest ważniejszy powód, który dopiero zaczynam odkrywać... Jakiś głębszy sens, którego szukam i którym chcę się z wami podzielić.

Nasze życia są pełne zbiegów okoliczności – przelotnych spotkań i drobnych wydarzeń, które mogą nas zmienić. Ale te chwile są często niezauważane albo lekceważone. Jesteśmy zbyt zajęci, zbyt zabiegani (a może po prostu zbyt przerażeni tym, czego moglibyśmy się o sobie dowiedzieć), aby waga takich chwil dotarła do nas w pełni. Ale gdy czasem zwalniamy (albo zostajemy do tego zmuszeni), w końcu zaczynamy dostrzegać, że roztaczają się przed nami szerokie perspektywy i możemy zdobyć niebywałą wiedzę.

Mówię o otwarciu się i chwytaniu chwili, ale nie różnię się od większości ludzi. Moje olśnienie, moje przelotne spotkanie z przeznaczeniem przytrafiło mi się tak nagle, że nie dało się tego nie zauważyć...

Ta książka opowiada o tamtej pamiętnej chwili oraz o jej skutkach. Taki moment ma na jakimś etapie życia każdy z nas: ruletka się kręci, twój numer nie wypada i zdajesz sobie sprawę, że czas spłacić dług, który od lat odwlekasz. Jeśli mamy szczęście, temu okropnemu doświadczeniu towarzyszy obecność kogoś, kto pomoże nam spojrzeć na nie z innego punktu widzenia – tak jak Clarence w To wspaniałe życie, anioł, który pomógł George’owi Baileyowi (granemu przez Jimmy’ego Stewarta) dostrzec, że mimo porażek jego życie było niezwykłe, a nawet niezastąpione. Rzecz w tym, że aniołowie rzadko oznajmiają swoją obecność. Oni zazwyczaj nie wiedzą, że ogrywają rolę aniołów.

Może ty byłeś dla kogoś aniołem – dla przyjaciela znajdującego się nad przepaścią, potrzebującego mądrości, którą tylko ty mogłeś się podzielić. Może powiedziałeś coś, co tobie wydało się mało ważne, ale twoje słowa przeniknęły do serca rozmówcy i zmieniły jego życie. Kto wie? Aniołowie objawiają się na wiele sposobów i na tym polega ich piękno. Właśnie ich nierozpoznawalność sprawia, że są tacy skuteczni.

W trakcie pisania tej opowieści nauczyłem się także ważnych lekcji – tych, które mi początkowo umknęły i musiały dojrzewać we mnie przez kolejne dni i tygodnie. Wydawało mi się, że pewna lekcja była kluczowa, ale wtedy dostrzegłem inne – i intuicyjnie wiedziałem, że nie były przeznaczone jedynie dla mnie.

Prawdopodobnie będziesz w stanie odnaleźć siebie w tej książce – każdy z nas przeszedł te ścieżki i samotne drogi... Dowodzą tego odciski na naszych stopach. Jestem jednak pewien, że dzięki tej wędrówce stałem się lepszym człowiekiem. Choć niektóre lekcje boleśnie wryły się w moją duszę i zostaną ze mną na zawsze niczym wypalone piętno, to bez względu na to, co się wydarzy, mogę spojrzeć na nie i powiedzieć: „Dziękuję wam, przeklęte rany... Dziękuję za wspomnienia”.

Roger Dufau, szef kuchni i mistyk

Historia, którą za chwilę przeczytasz, jest prawdziwa. Zmieniłem imiona kilku osób, aby chronić ich prywatność, ale Roger, którego dobrze poznasz, jest w stu procentach autentyczny. Wiele naszych rozmów zawartych w tej opowieści zostało najpierw nagranych, dzięki czemu mogłem zaprezentować jego filozofię tak precyzyjne, jak to tylko możliwe. Pozostałe zostały minimalnie zmodyfikowane na potrzeby narracji. Ogólnie rzecz biorąc, ta historia przedstawia prawdę, zwłaszcza o tym, przez co przeszedłem, aby dotrzeć do mety. Teraz gdy na niej jestem, pragnę się tą prawdą podzielić. Sądzę, że to jedna z najważniejszych lekcji, których możemy się nauczyć.

Zatem usiądź wygodnie z kieliszkiem dobrego wina i francuskim serem. Wprawią cię w odpowiedni nastrój.

ROZDZIAŁ 1. Porzucony

ROZDZIAŁ 1

Porzucony

Jej ostatnie spojrzenie było bardzo wymowne. Gdy Michele wycofywała auto z podjazdu, a poranne słońce oświetliło jej lewy policzek, wiedziałem, że to koniec. Nasz koniec.

Nasze spojrzenia spotkały się na chwilę, po czym ona przeniosła wzrok na wsteczne lusterko. Stałem z nadzieją, że jeszcze raz na mnie zerknie, ostatnim spojrzeniem da mi jakąś szansę. Ale nie spojrzała. Chwilę później jej samochód skręcił w Mill Street – i tyle ją widziałem. Była dopiero siódma rano, a dzień już zapowiadał się paskudnie.

Nie jestem pewien, jak długo tam stałem, spoglądając w kierunku, w którym odjechała. Jej samochód zniknął, a inne pojazdy poruszały się w obie strony: ludzie jechali do pracy lub odwozili dzieci do szkoły. Wszyscy zdawali się mieć cel, jakby wiedzieli, dokąd zmierzają i dlaczego właśnie tam. Ja natomiast nagle znalazłem się bez samochodu w kraju, który wydawał się bardzo podobny do mojego, ale wcale taki nie był. Ledwie wiedziałem, gdzie się znajduję, i nie miałem pojęcia, dokąd zmierzam.

Był początek listopada. Moja przyjaciółka Michele wpadła na pomysł, żebyśmy spędzili kilka dni w Elorze, małej wiosce godzinę drogi od Toronto. Poleciałem tam ze swojego domu w Oregonie z nadzieją, że staniemy się sobie bliżsi, a nasz związek przetrwa mimo dzielącej nas odległości zmuszającej do wielogodzinnych podróży. Ale ostatecznie Michele odeszła nie dlatego, że dzieliły nas kilometry. Powiedziała mi, że jestem zbyt liberalny, a ona zbyt konserwatywna, co wydało mi się zupełnie bez sensu. Stwierdziła, że wierzy w proste linie, a moje są przerywane i kręte. Doprowadziło to do kłótni, i wkrótce leżeliśmy po przeciwnych stronach łóżka, za wszelką cenę starając się uniknąć przypadkowego dotyku.

Miałem wrażenie, że między nami nagle popłynęła rwąca rzeka, i bez względu na wysiłek nie potrafiłem znaleźć słów, które zbudowałyby między nami most. Wyciągnąłem ręką, aby dotknąć Michele, ale odsunęła się ode mnie. Straciłem ją, choć dzieliło nas zaledwie kilkadziesiąt centymetrów.

Żadne z nas nie spało tamtej nocy. Chyba mieliśmy nadzieję, że chłodne wiejskie powietrze i nocne niebo objawią nam coś, czego nie potrafiliśmy dostrzec gołym okiem. Być może była jeszcze jakaś szansa, aby różnice między nami zniknęły, a namiętność, którą czuliśmy kilka miesięcy wcześniej, wróciła... „Choćby na tyle, żeby Michele zdążyła odwieźć mnie na lotnisko” – pomyślałem.

Ale nazajutrz o świcie stałem sam na żwirowym podjeździe przed pensjonatem o lata świetlne oddalonym od miejsca, w którym – jak sądziłem – powinienem być. Czym sobie na to zasłużyłem?

Przez chmury przebijały się promienie słońca, ale ja czułem się niewyraźnie.

Z zamyślenia wyrwał mnie dźwięk – charakterystyczny zgrzyt zawiasów, które potrzebują naoliwienia. Odwróciłem się w prawo i w tej samej chwili otworzyły się drzwi, a w moją stronę poleciała woda. Wysoki, dostojnie wyglądający mężczyzna spojrzał na mnie wyraźnie zaskoczony, że ktoś stoi tak blisko.

Roger (imię wymawiane z francuska „Roozaa”) był wraz z żoną Kathleen współwłaścicielem Drew House. Spotkaliśmy się dzień wcześniej, gdy meldowałem się z Michele, ale od tamtej pory ich nie widziałem. Wieczorem znaleźliśmy z Michele niezłą restaurację, i to właśnie tam zaczęło kiełkować ziarno nieporozumienia. Zanim wróciliśmy do pokoju, zdążyło już wykiełkować i zakwitnąć: zostało nam tylko zebrać plon, co uczyniliśmy następnego ranka.

Byłem sam, a mężczyzna z włosami spiętymi w kitkę niemal wbił gwóźdź do trumny, prawie chrzcząc mnie brudną wodą.

– Aj! Nie zauważyłem pana – powiedział Roger z charakterystycznym francuskim akcentem.

Był nie tylko właścicielem Drew House, jednego z najbardziej urokliwych pensjonatów w europejskim stylu w Ameryce Północnej, ale także znanym szefem kuchni. Posiadał słynne restauracje we Francji, Toronto i Australii. W Elorze był lokalną gwiazdą zarówno dzięki radosnemu sposobowi bycia jak i talentowi kulinarnemu.

Później Kathleen opowiedziała mi historię, która lepiej to wyjaśnia – zwłaszcza wpływ, jaki Roger miał na wiele miejscowych kobiet. Otóż Roger podsłuchał, jak kilka z nich rozmawiało po cichu, i zastanawiał się, co miały na myśli, gdy mówiąc o nim, za każdym razem używały pewnego słowa. Wieczorem wspomniał o tym żonie z nadzieją, że Kathleen mu pomoże.

– Wszystkie kobiety mówiły, że jestem „ciao” – powiedział mocno zaniepokojony Roger. – Co to znaczy?

Kathleen spojrzała na niego zaskoczona, niepewna, co odpowiedzieć.

– Nie wiem. Może to jakiś skrót...

– Siedziały razem w jadalni i usłyszałem, jak powiedziały, że niezłe ze mnie „ciao”. To chyba coś pozytywnego, ale nie jestem pewny.

Jej twarz się rozpromieniła i Kathleen wybuchła śmiechem.

– Mówiły, że niezłe z ciebie „ciacho”. Nie wymówiłeś „ch” i dlatego cię nie zrozumiałam. Tak, Roger, to coś pozytywnego. Uważają cię za atrakcyjnego mężczyznę.

Nawet jako sześćdziesięciolatek Roger miał w sobie europejską elegancję i pewną tajemniczość, która przyciągała kobiety. Ja w nim widziałem francuskiego Roberta De Niro. Raz nawet poprosiłem go, żeby zrobił minę charakterystyczną dla tego aktora, co jeszcze bardziej mnie utwierdziło w tym przekonaniu. Ale to wydarzyło się dużo później – dawno po tym, jak niemal przemoczył mnie brudną wodą. Choć biorąc pod uwagę mój ówczesny nastrój, wcale nie pogorszyłby mojego stanu.

– Nic nie szkodzi – powiedziałem, ale najpierw uskoczyłem w bok, żeby uniknąć ochlapania. – Nie powinienem tu sterczeć z miną, jakby mi psa przejechali.

Roger wyglądał na zbitego z pantałyku.

– Pewnie to jakaś metafora, i do tego mało radosna. Chciałbym ją odmienić obfitym śniadaniem, ale nie jest jeszcze gotowe. Ale mam kawę, może ona pozwoli nam odzyskać pana psa.

Uśmiechnąłem się, usłyszawszy jego żart. Właśnie tego było mi trzeba, żeby wyrwać się z odrętwienia.

„Przecież nie byliśmy ze sobą aż tak długo” – pomyślałem. Od poznania na konferencji w Toronto spotkaliśmy się tylko dwa razy. Postanowiliśmy spędzić razem tydzień, żeby sprawdzić, co z tego wyjdzie. Minęło półtora dnia i przyjechaliśmy do pensjonatu Drew House, który polecił nam znajomy. I wtedy wszystko zaczęło się zmieniać. Poczułem powstający między nami dziwny dystans, który po krótkim czasie przerodził się w wielką przepaść, całkiem jak ta, z której słynie Elora.

– Kawa... brzmi nieźle – powiedziałem i pomaszerowałem za Rogerem do środka.

Weszliśmy do małej kuchni, która wydała mi się jednocześnie nowoczesna i staromodna. Kosze z warzywami stały obok drzwi, a przybory ze stali nierdzewnej leżały obok starych urządzeń. Stojąca w kącie zmywarka przywodziła na myśl tę, której używałem w swojej pierwszej pracy, gdy miałem szesnaście lat. Od razu poczułem, że ta kuchnia należy do kogoś, kto wie, co robi – do zawodowca, który poświęcił swoje życie sztuce gotowania. Jednocześnie nieduży rozmiar i funkcjonalność pomieszczenia sprawiały, że kuchnia bardziej przypominała maleńką oazę niż komercyjne przedsięwzięcie. Roger wziął francuską praskę do kawy, wsypał do niej trzy duże łyżki kawy, a następnie wlał gorącą wodę z czajnika.

– Jak jest pan w domu – odezwał się przez ramię – to jak przyrządza pan kawę? Ma pan ekspres do kawy?

– Kiedyś miałem. Teraz używam ekspresu przelewowego, takiego na jedną filiżankę. Ale mam też francuską prasę.

– Lepiej używać prasy – powiedział, mieszając kawę z wodą. – Proszę spojrzeć, co się dzieje, gdy ją mieszam: na górze tworzy się pianka, całkiem jak w espresso. Poza tym kawa nie utlenia się tak bardzo jak w ekspresach przelewowych, zwłaszcza gdy dłużej postoi na płytce. Wystarczy kilka minut, a kawa zaczyna się psuć... Nie tylko nabiera gorzkiego smaku, ale także przestaje być zdrowa. To niszczy całą przyjemność picia kawy, a przecież o to w tym wszystkim chodzi. Robimy to, co przynosi nam radość, a unikamy tego, co szkodzi.

– To pańska filozofia życia? Robić, co nas cieszy i co nam sprawia przyjemność?

– Oczywiście – odparł Roger, rozpościerając dłonie. Wskazał mi taboret w kącie. – Po to jesteśmy na tej planecie... Ale nie chodzi o to, żeby tylko sobie sprawiać przyjemność. Najlepsze życie to takie, które przysparza radości innym – oto droga do szczęścia. Właśnie dlatego uwielbiam gotować. Gdy używam najlepszych dostępnych składników i wkładam serce we wszystko, co robię, mogę zmieniać nastrój innych osób... A czasami nawet ich życie. Większość ludzi nie ma pojęcia, że istnieje tak silny związek między intencjami kucharza a jakością posiłku. Wystarczy wziąć dwóch początkujących kucharzy: używają tego samego przepisu i tych samych składników, ale danie jednego z nich jest zachwycające, a drugiego – średnie. Dlaczego? Bo pierwszy włożył serce w każdą czynność: krojenie warzyw, mieszanie w garnku, przygotowanie sosu. A drugi jedynie postępował zgodnie z przepisem: wszystko działo się w jego głowie, a nie w sercu.

Zauważyłem dużą patelnię ze skwierczącym olejem stojącą na kuchence gazowej, na desce do krojenia pokrojone w kostkę ziemniaki i bataty. Roger przerzucił je za pomocą noża na patelnię. Z mistrzowską zręcznością zamieszał składniki, odstawił patelnię na palnik i zmniejszył płomień.

– Trzeba je smażyć powoli; w przeciwnym razie przypalą się i stracą smak.

Odwrócił się i przeszedł na drugą stronę kuchni. Sięgnął do torby i wyjął dużą główkę czosnku.

– Kupuję go na targu niedaleko stąd. Jest hodowany w okolicy i kosztuje cztery razy więcej niż ten ze sklepu, ale warto mieć takie wspaniałe, świeże składniki.

– A to, co mówił pan o skupianiu się na uszczęśliwianiu innych... – spróbowałem powrócić do poprzedniego tematu. – Co z ludźmi, którzy tego nie chcą? To znaczy... tymi, którzy nigdy nie pozwalają sobie na odczuwanie radości.

– Mówi pan o sobie czy o tej czarującej damie, z którą pan przyjechał? – spytał z uśmiechem.

– Chyba o nas obojgu – powiedziałem z lekkim zażenowaniem. – Właśnie mnie rzuciła, bo uważa, że za bardzo się różnimy. A ja chciałem ją po prostu lepiej poznać i może zbliżyć się do niej o krok.

– O krok? – Roger wciąż się uśmiechał. – Miłość zazwyczaj nie robi pojedynczych kroków, rzadko bywa tak zorganizowana. Może w tym rzecz: pan chce, żeby związek biegł określonym torem, i nie widzi, że w rzeczywistości toczy się własnym. Wolimy małe, zaplanowane kroki, ponieważ chcemy kontrolować nasze emocje... głównie z obawy przed brakiem kontroli. Proszę spojrzeć na przykład na ten czosnek.

Wziął duży nóż i oddzielił jeden ząbek.

– Większość ludzi mówi, że czosnek najlepiej kroić na małe kawałki. Sądzą, że w ten sposób wydobędą jego smak. Ale nie wiedzą, że czosnek ma bardzo ciekawą właściwość: potrafi się goić tak samo jak ludzki palec. Palec chce zatrzymać krew, czosnek chce zatrzymać sok. Kroi pan czosnek powoli, ostrożnie, ale zanim wrzuci na patelnię, czosnek zdąży ukryć swój sok w środku. Pokażę panu lepszy sposób.

Odłupał dwa kolejne ząbki i silnym ruchem zmiażdżył je ostrzem noża.

– Teraz nie zdoła się zagoić. I proszę spojrzeć: sok wypłynął, i możemy go w pełni poczuć.

Po mojej minie poznał, że nie dostrzegam związku między moim doświadczeniem z Michele, a prawidłowym sposobem obchodzenia się z czosnkiem.

– Mam na myśli to – ciągnął – że życia nie należy rozkrawać... Trzeba je zmiażdżyć! Wtedy sok z naszego wnętrza wypływa i dodaje smaku wszystkiemu, czego dotykamy. Gdy kontrolujemy zdarzenia i ludzi dookoła nas, robimy to ze strachu. „Nie dawajmy zbyt dużo z siebie, bo nic nam nie zostanie” – tak zdajemy się myśleć. Tamujemy przepływ życia, gdy tylko go poczujemy. Trzeba więc pozbyć się strachu i pozwolić, żeby wylał się na zewnątrz jak sok z tego czosnku.

Roger użył noża, żeby pozbierać zmiażdżone kawałki i sok, po czym dorzucił je do ziemniaków na patelni. Gdy zetknęły się z rozgrzanym olejem, znad patelni uniósł się obłoczek pary. Roger podniósł patelnię i zamieszał zawartość bez żadnych przyrządów – po prostu podrzucał składniki, a ja zachwycałem się ich barwami i aromatem.

– Większość ludzi usiłuje prowadzić nadmiernie ugrzecznione życie – mówił dalej – tak jakby brak brudu i czystość były tym samym.

Sięgnął za siebie po miseczkę z pożółkłą solą.

– To sól morska. Nie jest śnieżnobiała jak ta, której zapewne pan używa. Jest brązowawa i ma w sobie ziarenka ziemi. Jest dużo zdrowsza dzięki tak zwanym nieczystościom.

Obsypał mieszankę ziemniaków i czosnku dwoma szczyptami soli i mówił dalej:

– Śniadanie smakuje doskonale, chociaż składniki nie są doskonałe. Sól nie jest biała, czosnek został zmiażdżony, żeby popłynął z niego sok, a warzywa nie zostały pokrojone idealnie przez maszynę. Ale do tego dodaję miłość, która łączy się ze składnikami i sprawia, że tworzę najsmaczniejsze placki ziemniaczane. Gdybyśmy potrafili żyć w taki właśnie sposób, większość naszych problemów zniknęłaby w okamgnieniu.

– Gdzie nauczył się pan tak gotować? – spytałem.

– Wychowywałem się we Francji. Moja matka zawsze uczyła mnie podchodzenia do wszystkiego z prostotą i miłością. Ot, cały sekret: nie tylko francuskiej kuchni, ale i życia. Proste składniki najwyższej jakości... Gdy zacznie się od tego, reszta jest łatwa. Wcale nie uważam się za świetnego kucharza. Po prostu wiem, gdzie robić zakupy.

– Gdzie robić zakupy? – powtórzyłem niczym echo.

– W młodości nauczyłem się jeździć do wiejskich gospodarstw i na lokalne targowiska, żeby kupować najlepsze warzywa i mięsa. Nawet teraz, gdy odwiedzam nowe miasto, potrafię wyczuć, gdzie przypływają łodzie, i kupuję ryby prosto z łodzi. Potrafię to wyczuć niemal w powietrzu, co zawsze zadziwia moją żonę. Gdy człowiek nauczył się tego w dzieciństwie, ma taki odruch. Oto mój przepis: zacznij od najlepszych, naturalnych składników i zawsze gotuj z miłością.

Roger zaimponował mi życiem, które stworzył sobie w Elorze. Później dowiedziałem się, że kiedyś był właścicielem jednej z najbardziej popularnych restauracji w Toronto. Sprzedał ją i wyjechał do Australii na swego rodzaju urlop, ale gotowanie było dla niego zbyt ważne, żeby je porzucić. Otworzył francuską cukiernię, która szybko stała się hitem w miasteczku. Po szesnastu latach wrócił do Kanady i zaczął prowadzić pensjonat z Kathleen.

Jego obecna żona wynajmowała pokój w Drew House, gdy Roger był w Australii. Po jego powrocie ich przyjaźń przerodziła się w miłość. Ich praca wydawała się idealnym uzupełnieniem tego, kim byli jako ludzie i jako para. Obserwowanie ich związku z bliska było przyjemnością.

– Chyba znalazł pan sekret nie tylko gotowania, ale i dostatku – powiedziałem. – Gdy się rozglądam, wszystko wydaje się takie harmonijne. Czy żyje pan dostatnio?

– Opowiem panu historię o kimś, kto wiedzie bardzo dostatnie życie – odparł Roger. – Kilka lat temu miejscowy jegomość, któremu się w życiu bardzo powiodło, chciał zorganizować kolację charytatywną i sprowadził z Paryża Alaina Dutournier’a, aby ten przygotował posiłek. Alain to jeden z najlepszych kucharzy, prawdziwa gwiazda. Organizatorzy postanowili zakwaterować go u nas, w Drew House... Pewnie myśleli, że poczuje się tu bardziej jak w domu. Gdy przyjechał, nie miał pojęcia, że właścicielem pensjonatu jest Francuz. Przez cały jego pobyt musiałem nalegać, aby się odprężył i pozwolił mi dla siebie gotować. Ten człowiek – ciągnął Roger – spędzał cały czas na gotowaniu dla innych, tworzeniu spektakularnych dań, które zdobywały międzynarodowe nagrody. Wieczorami piliśmy wino i dzieliliśmy się opowieściami. Pewnego razu zadałem mu pytanie: gdyby został mu na ziemi tylko jeden wieczór, co zjadłby na ostatni posiłek. Oczekiwałem wytwornych dań, bo przecież był tak utalentowanym kucharzem, ale on całkiem mnie zaskoczył... Powiedział, że przyrządziłby sobie jajka sadzone.

– Niemożliwe! Czemu miałby wybrać jajka, jeśli mógł mieć wszystko, czego dusza zapragnie?

– Proszę się chwilę zastanowić. Ma pan rację: ten człowiek mógł mieć wszystko, najznakomitsze dania na świecie. Ale bardziej zależało mu na uczuciu. Wyznał mi, że w dzieciństwie matka każdego ranka przyrządzała mu jajka. Ale na swój ostatni posiłek nie zjadłby byle jakich jajek. Zostałyby usmażone na kaczym lub gęsim tłuszczu, bo jest najlepszy. Zebrałby jajka z kurnika stojącego za jego domem. Poszedłby także do ogrodu zerwać zieloną papryczkę i kupiłby świeży chleb w piekarni na rogu. Właśnie z tego składałby się jego ostatni posiłek. Z całą mocą przypomniałby mu o miłości, jaką jego matka okazywała mu przez jedzenie, które gotowała. Dla Alaina to był najlepszy możliwy posiłek. A dla mnie to definicja prawdziwego dostatku.

– Czyli dostatek mniej zależy od tego, co posiadamy, a bardziej od tego, jak się czujemy?

– Właśnie tak. Większość ludzi sądzi, że chodzi o zasobność portfela albo wielkość domu. Alain ma to wszystko, ale wie, że to nie jest ważne. Najważniejsza jest miłość i przepływająca przez nas dobra energia. Jego matka była symbolem czegoś z jego wnętrza. Prawdopodobnie była pierwszą osobą, która sprawiła, że poczuł się sobą i odczuł więź z czymś większym niż on sam. Gdy go o to spytałem, wrócił pamięcią do tamtych czasów i do jedzenia, które mu podawała. Było proste i dlatego tak bardzo go pragnął.

Zacząłem rozważać własne życie, cały ten czas spędzony na poszukiwaniu pieniędzy i sławy. Ich zdobycie oznaczało, że byłem godny miłości; zdawało mi się, że bez nich nie mogłem innym nic zaoferować. Gdy byłem młodszy i nie miałem na koncie finansowych ani zawodowych sukcesów, sądziłem, że nie jestem w stanie utrzymać czyjejś miłości. Wciąż mi się wydawało, że nie jestem dość silny i bogaty. Nagle zdałem sobie sprawę, że przez czterdzieści osiem lat życia nie byłem w związku dłużej niż kilka lat. Odniosłem sukces i zarobiłem pieniądze, ale nie nazwałbym tego dostatkiem.

– A pan? – spytałem Rogera. – Mam wrażenie, że żyje pan dobrze. Czy uważa się pan za człowieka sukcesu?

– Pamiętam czasy, kiedy miałem restaurację w centrum Toronto. Była bardzo popularna i zjeżdżały się do niej tłumy. Oczywiście dzięki niej zarabiałem fortunę i zyskałem rozgłos. Teraz mieszkam z dala od miasta i prestiżu, ale jestem szczęśliwszy niż poprzednio. Jeśli chodzi o pieniądze – dziś zarabiam mniej, ale czuję się bogatszy. To dlatego, że kocham to, co robię. Mam wspaniałą żonę i gotuję pyszne jedzenie dla innych, nawet jeśli to tylko śniadania. Dla mnie nie liczy się ilość – liczy się jakość mojego życia.

Nie przerywając wywodu, Roger wyjął inną patelnię, nalał na nią oliwę z oliwek i włączył kolejny palnik. Sięgnął po miskę wypełnioną sześcioma jajkami, a gdy oliwa się rozgrzała, delikatnie wbił je na patelnię.

– Użyłbym tłuszczu gęsi lub kaczki, gdybym go miał, ale oliwa z oliwek będzie musiała wystarczyć.

– To zadziwiające, jak duchowo podchodzi pan do gotowania – powiedziałem. – Mam wrażenie, że jestem w kościele i słucham kazania o tym, jak wieść świętobliwe życie.

– Jedzenie to jedna z rzeczy, które najbardziej zbliżają nas do prawdziwej duchowości – odrzekł Roger. – Dlaczego według pana tak wiele uwagi poświęca się Ostatniej Wieczerzy? Moim zdaniem ludzie źle interpretują jej sens. Na przykład katolicy żarliwie wierzą, że to faktycznie ciało i krew Chrystusa, i przegapiają prawdziwe znaczenie tej wieczerzy. Jezus starał się wpoić swoim uczniom bardzo prostą naukę. Spojrzał na stół, przy którym wówczas siedzieli, i wziął dwie najzwyklejsze rzeczy, jakie tam stały: chleb i wino. Zawsze były na stole, więc nikt nie zwracał na nie uwagi. Wybrał właśnie je, aby przekazać swoją najważniejszą lekcję. Jezus powiedział: „To ciało moje”, ponieważ chciał, żebyśmy dostrzegli boskość w czymś tak zwyczajnym jak chleb i byśmy pamiętali o Nim za każdym razem, gdy go spożywamy – ciągnął Roger. – Potem powiedział: „To krew moja”, ponieważ chciał, żebyśmy zobaczyli związek między czymś, co mamy na co dzień, a świętością, która zawsze nas otacza. Chciał przekazać, że energia miłości jest zawsze obecna i że można ją znaleźć w najprostszych rzeczach.

– A ja myślałem, że wszyscy Francuzi to katolicy... – powiedziałem półżartem. – Postrzegał pan kiedykolwiek chleb i wino jako ciało i krew Jezusa?

– Ależ ja właśnie tak je widzę, ale to niczego nie wyklucza. Tak samo postrzegam jajka czy czosnek. Wiedział pan, że na najwcześniejszych obrazach przedstawiających Ostatnią Wieczerzę stół jest niemal pusty? Z czasem, gdy nasze życie stało się bardziej skomplikowane, wypełnione większą liczbą „rzeczy”, skromny posiłek stojący przed Jezusem i jego uczniami przemienił się w ucztę. Właśnie to zazwyczaj robimy: komplikujemy bardzo proste nauki Jezusa, żeby nie musieć ich naprawdę rozumieć. Jest nam wygodniej, gdy jego nauka jest abstrakcyjna lub ukryta w symbolice, niż gdyby miała być tuż przed naszym nosem, choćby na kuchennym stole.

– Ale wierzy pan, że Ostatnia Wieczerza faktycznie się wydarzyła, prawda?

– Wiem, że się wydarzyła – powiedział z większym zdecydowaniem, niż się spodziewałem. – Czuję to w swoim wnętrzu. Ale nie była taka, jaka większości ludzi może się wydawać. To było świętowanie życia Jezusa, ponieważ tylko On wiedział, że to Jego ostatni posiłek. Wiedział, co się wydarzy, ale zamiast zaszywać się w samotności, wolał być z ludźmi, których kochał. Umył im stopy, gdy weszli do Wieczernika. To było nietypowe, a nawet niespotykane w tamtych czasach. Potem zasiadł z nimi przy stole i nakarmił ich fizycznie i duchowo. Czasem zastanawiam się, czy apostołowie zdawali sobie sprawę z tego, co on im przekazywał... Wzór, jak powinni traktować się nawzajem.

– Powiedział pan, że jedzenie było fizyczne i duchowe. Powinniśmy tak traktować każdy posiłek?

– Cóż, wszystkie posiłki oczywiście są fizyczne – stwierdził Roger. – Ale mają także duchową naturę. Zależy ona od nastroju w jakim jesteśmy, gdy otrzymujemy jedzenie. Jeżeli jesteśmy wdzięczni całemu łańcuchowi, to znaczy rolnikowi, piekarzowi albo zwierzętom i roślinom, pożywimy także naszą duszę. Francuzi zawsze to rozumieli. Nie spieszymy się w trakcie posiłku... w przeciwieństwie do ludzi tutaj. Jemy wolno, delektując się każdym aspektem posiłku i ciesząc towarzystwem ludzi, którzy jedzą z nami. Właśnie to karmi naszą duszę. Moim zdaniem właśnie na tym polega religia.

Wziąłem łyk kawy, którą nalał mi Roger. Od razu pomyślałem, że to najlepsza kawa, jaką w życiu piłem. Po raz pierwszy zaświtała mi myśl, że może przyjechałem do Drew House nie dla Michele albo z innego oczywistego powodu. Może miałem się nauczyć czegoś głębszego, czegoś, co można docenić jedynie dzięki jedzeniu i nauce u mistrza kuchni, a jednocześnie mistrza życia. Odchyliłem się na taborecie i głęboko odetchnąłem.

– Przede mną sporo nauki, prawda?

ROZDZIAŁ 2. Twoje życie musi zostać zmiażdżone

ROZDZIAŁ 2

Twoje życie musi zostać zmiażdżone

„Jedzenie to jedna z rzeczy, które najbardziej zbliżają nas do prawdziwej duchowości”. To zdanie dźwięczało mi w głowie przez resztę popołudnia, zwłaszcza gdy usiłowałem określić, co robić dalej. Lot powrotny do Oregonu miałem dopiero za trzy dni, ale skoro Michele wyjechała, musiałem podjąć decyzję. Czy złapać wcześniejszy lot do Portland? Mógłbym pojechać do Toronto i czymś tam się zająć, ale wizja samotnego szwendania się po mieście sprawiła, że poczułem się pusty w środku.

Im dłużej rozmyślałem, tym bardziej zdawałem sobie sprawę, że chcę zostać w Drew House i słuchać, jak ten facet z francuskim akcentem mówi o miłości, Bogu i kuchni francuskiej. Słowa Rogera przenikały do mojej świadomości w sposób, jakiego nigdy wcześniej nie doświadczyłem... Może zatem powinienem zostać i sprawdzić, czego zdołam się nauczyć?

Przeszedłem na drugą stronę Mill Street i ruszyłem wzdłuż rzeki, żeby przez chwilę posiedzieć w samotności. Po takim dniu potrzebowałem chwili autorefleksji. Rozstanie z Michele było kolejną pozycją na długiej liście moich miłosnych niepowodzeń. Coraz bardziej przyzwyczajałem się do tego, że kobiety zostawiały mnie, zanim związek w ogóle powstał. Nie potrafiłem określić, czym zniechęciłem do siebie Michele (oraz poprzednie trzy lub cztery kobiety). Gdy tak siedziałem na ławce, wpatrując się w miejsce, gdzie koryto rzeki obniżało się o metr, w milczeniu stwierdziłem, że wcale nie chcę wiedzieć. Blokowałem coś i choć udało mi się uświadomić sobie ten fakt, wcale nie wiedziałem, co tak usilnie wypycham ze swojej świadomości. Spojrzałem na przeciwny brzeg rzeki i dziesięciometrowy klif, na którym zbudowano drogie domy. Kilka drzew rosnących na krawędzi klifu zdawało się balansować nad przepaścią – chwytały się jedynie cienkiej warstwy ziemi. Niektóre drzewa były wysokie i proste, jakby udało im się głębiej zapuścić korzenie, a inne przegrały walkę o przetrwanie i zwisały do góry nogami.

Bezkresne niebo zdawało się przywoływać drzewa do siebie, ale grawitacja je przyciągała, jakby bała się pozwolić im wzbić w przestworza. Jedynie kępa trawy i poskręcane korzenie powstrzymywały drzewa przed wpadnięciem do zimnej wody płynącej poniżej. Ich upadek był oczywiście nieunikniony, podobnie jak śmierć i rozkład... Ja także nie potrafiłem uniknąć wywrócenia mojego życia do góry nogami.