Miłość barona - Grace Burrowes - ebook
Opis

Thomas Jennings, baron Sutcliffe, przybywa do swej nowo nabytej posiadłości i dowiaduje się, że zarządca zniknął bez śladu po szokującym skandalu. Teraz, mimo oburzenia okolicznych mieszkańców, majątkiem zajmuje się jego nieodparcie piękna córka, panna Loris Tanner. Thomas doskonale wie, jak to jest być nieakceptowanym przez otoczenie, a jako człowiek interesu docenia rezultaty pracy Loris. Pozostawia ją więc na stanowisku, mimo że to typowe męskie zajęcie. Jej czar i uroda także nie są bez znaczenia…
Lecz niespodziewana seria tajemniczych wypadków omal nie kończy się tragedią. Kto za nimi stoi? I jakiego wyboru dokona Loris, kiedy prawda wyjdzie na jaw?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 451

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Korekta

Renata Kuk

Projekt graficzny okładki

Małgorzata Cebo-Foniok

Zdjęcie na okładce

© Olivier Lantzendorffer/iStock

Tytuł oryginału

Thomas

Copyright © 2015 by Grace Burrowes

All rights reserved.

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna część tej publikacji nie może być reprodukowana

ani przekazywana w jakiejkolwiek formie zapisu

bez zgody właściciela praw autorskich.

For the Polish edition

Copyright © 2016 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-5891-1

Warszawa 2016. Wydanie I

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-954 Warszawa, ul. Królowej Marysieńki 58

tel. 620 40 13, 620 81 62

www.wydawnictwoamber.pl

Konwersja do wydania elektronicznego

P.U. OPCJA

[email protected]

Wszystkim

1

Cóż to mogło zwiastować, gdy właściciel nowo nabytego majątku tuż po przyjeździe stawał się świadkiem egzekucji?

– To przeklęte bydlę już się chyba nie wyliże – zawyrokował krępy, brzuchaty jegomość stojący pośrodku stajni.

Thomas Jennings, baron Sutcliffe, górował wzrostem nad zgromadzonymi. Mimo to jednak najwyraźniej nie został zauważony, kiedy nadjeżdżał. Nie zwrócił też niczyjej uwagi, kiedy stanął w półmroku przy drzwiach, obserwując rozgrywającą się scenę.

– To przeklęte bydlę właśnie dochodziło do siebie, póki jakiś drań nie podał mu w południe owsa, panie Chesterton – odparowała kobieta.

Stała z przodu. Była dość wysoka, a na jej wyprostowane jak struna plecy opadał ciemny, schludnie zapleciony warkocz. Suknię miała ubłoconą przy ziemi i tak dalece niemodną, że Thomas nie był w stanie precyzyjnie określić jej koloru.

– Wszystkie nasze konie karmimy w południe – stwierdził jegomość nazwany przez nią Chestertonem. – Jakżeś pani chciała, żeby jej koń miał specjalne traktowanie, to trzeba było z tym przyjść do mnie. – Rozwinął bat, którym był przepasany: brzydki kawał splecionego rzemienia, przymocowanego do ciężkiego, drewnianego trzonka. – Po mojemu konia trzeba zastrzelić, a w końcu to ja tu jestem masztalerzem, paniusiu.

Tej kobiecie raczej nie spodoba się nazywanie jej paniusią, nawet ślepy by to zauważył. Można to było wywnioskować z rozkazującego tonu jej głosu.

A Thomas nie był ślepy.

Dama owa stała do niego bokiem. Nos miała nieco wydatny, a usta szerokie i pełne. Nie była pięknością, chociaż jej wygląd zwracał uwagę. Całym ciałem zagradzała wejście do boksu, w którym znajdował się wychudzony gniady wałach. Zwierzę stało ze zwieszoną głową, sierść na bokach miało zmatowiałą od potu. Raz po raz wierzgał zadnią nogą, jakby chciał wymierzyć kopniaka we własny brzuch.

– Konia trzeba wyprowadzać – powiedziała. – Co godzinę odrobina trawy, trochę czystej, letniej wody i żadnego owsa.

Chesterton opuścił bat na ziemię, a jego koniec opadł na zakurzone czubki butów damy.

– Przedłuża pani jego cierpienie, panno Tanner – odparł. – Co nasz nowy pan powie na takie okrucieństwo? Konisko dostało kolki, bo żeś go panna zajeździła w tym upale, a teraz nie ma pani nawet na tyle litości, żeby skrócić jego męczarnie.

– W zeszłym miesiącu mieliśmy w pana stajni dwa inne przypadki kolki u koni. Każdy głupiec wie, że koniowi z kolką nie podaje się owsa.

Nawet Thomas to wiedział.

– Jeśli koń nie daje rady zjeść swojej porcji ziarna, żeby się potem nie pochorować na brzuch, to chyba nie można powiedzieć, że dochodzi do siebie, prawda? – odciął się Chesterton.

Machnął od niechcenia ręką trzymającą bat, który ułożył się na klepisku za jego plecami. Jeszcze jeden taki zamach, a mógłby owinąć bat wokół jej kostek, przewrócić ją na ziemię i bez przeszkód dostać się do konia.

Jeden ze stajennych bokiem przybliżył się do miejsca, w którym stała dama, ale ona zdawała się nie zwracać uwagi na zagrożenie ze strony Chestertona i jego podwładnych.

– Niech no się pan zastanowi, Chesterton – powiedziała, a w jej głosie pobrzmiewało raczej zniecierpliwienie niż prośba. – Baron Sutcliffe dopiero co kupił majątek Linden i dostanie ode mnie sprawozdanie ze stanu upraw i hodowli. Kiedy się dowie, że w ciągu miesiąca padły mu trzy dorosłe, sporo warte konie, które w dodatku na nic wcześniej nie chorowały, co sobie pomyśli o swoim masztalerzu? Proszę mi zostawić konia jeszcze na dwanaście godzin. Jeśli do tego czasu mu się nie poprawi, to wtedy może go pan zastrzelić.

Propozycja była rozsądna i sprytnie postawiona.

– Żaden szanujący się baron nie będzie słuchał babskich wymysłów na temat swojej ziemi i zwierząt. Lepiej niech się stąd pani zabiera, panno Tanner, albo to ja pójdę do baronka na sprawozdanie, co tu się w Linden wyprawia.

Pora zakończyć to przedstawienie.

– Tak się składa – odezwał się Thomas, wkraczając z godnością do środka – że baronek właśnie przyjechał i z chęcią wysłucha każdego, kto ma do powiedzenia coś sensownego. Może zaczniecie od wyjaśnienia, dlaczego pół tuzina ludzi, którym płacę, żeby dla mnie pracowali, stoi sobie bezczynnie tak wczesnym popołudniem?

Dama nie ruszyła się sprzed końskiego boksu, za to Chesterton zwinął swój bat i wypiął pierś.

– Alvinus Chesterton, jaśnie panie. Jestem tu w Linden masztalerzem. Ten tam biedak strasznie się męczy, a panna Tanner ma za miękkie serce, żeby skrócić jego cierpienia.

Według Thomasa panna Tanner wcale nie wyglądała na osobę o miękkim sercu.

Zaryzykował ukłon w jej kierunku, choć spodziewał się, że jego dworne maniery nie zrobią na niej żadnego wrażenia.

Zasadniczo jednak bardziej zależało mu na tym, żeby zrobić wrażenie na stojących wokół niej prostakach.

– Panno Tanner, Thomas, baron Sutcliffe, do usług. Chesterton, zechciej doglądnąć mojego konia. Ma za sobą długą i męczącą podróż z Londynu w tym skwarze i potrzebuje porządnie ochłonąć.

Chestertonowi wyraźnie nie spodobało się to polecenie. W stajni to z reguły młodszym stajennym przypadało zadanie chodzenia ze zgrzanym koniem, nim zwierzę ochłonie na tyle, żeby można je było napoić i odprowadzić do boksu. Masztalerz odmaszerował urażony, krzykiem wzywając jakiegoś Andersona, żeby zajął się koniem jaśnie pana.

A teraz Thomasa czekało poważniejsze wyzwanie.

– To pani wierzchowiec jest chory? – zapytał damę.

– Tak, należy do mnie – odpowiedziała, nieznacznie unosząc podbródek gestem wyrażającym nie upór, a zdecydowanie. Jednak w jej szarych oczach widniał cień lęku i niepewności.

– Chesterton próbował pani narzucić, co ma pani zrobić z własnym koniem?

– Próbował go zastrzelić i byłby to zrobił, gdybym tu nie przyszła i nie dopilnowała, żeby Seamus miał szansę wrócić do zdrowia.

Pośród ostrych końskich woni, typowych dla każdej stajni, Thomas nagle poczuł delikatny zapach róż dobiegający… od niej?

– Obejrzymy go, dobrze, panno Tanner?

Oj, nie chciała dopuścić obcego człowieka do swojego konia. Ale jedyna kobieta ekonom w całym państwie, a w dodatku prawdopodobnie najbardziej uparta ze wszystkich ekonomów obydwu płci, nie śmiała przeciwstawić się swojemu nowemu pracodawcy.

– Panno Tanner, nie zamierzam bez pani zgody zastrzelić pani konia. Baron czy nie baron, mogłaby mnie pani za to podać do sądu.

Thomas szczerze wolałby nie być baronem, ale niestety nie miał wyboru.

Mimo wszystko jednak nie chciał odsuwać jej siłą ani sięgać za jej plecami do drzwi boksu, żeby nie okazać jej przed innymi braku poszanowania jako właścicielce konia i – bądź co bądź – ekonomowi majątku.

Stojąc tak blisko niej, widział wyraźnie jej niepokój o zdrowie konia. A w dodatku Chesterton groził jej swoim batem.

– Stan konia można poznać po dziąsłach – wyjaśnił cicho. – Przy tym pani wałach nie pokłada się na ziemi, a to już dobry znak.

Na zewnątrz słychać było stukot kopyt Ruperta na brukowanym podjeździe stajni.

– Niech pan powie tym głupcom, żeby chodzili z koniem w cieniu – powiedziała. – I żeby mu zdjęli siodło.

Panna Tanner ze wszystkich sił starała się odwrócić uwagę Thomasa od swojego chorego konia. Ale Thomas nie dał się wyprowadzić w pole, tym bardziej że Chesterton i jego banda półgłówków wciąż jeszcze kręcili się w pobliżu.

– Ostatnie dwie mile od wsi Rupert szedł stępa – powiedział. – Prawie wcale nie jest spocony, więc nic mu nie będzie. Chciałem tylko coś udowodnić naszemu masztalerzowi, za to pani teraz gra na zwłokę.

Zdecydowanie uniesiony podbródek opadł.

– Może Chesterton ma rację. Nie mam serca zabijać Seamusa.

Kręgosłup ze stali, nerwy z żelaza, a serce szczerozłote. Ciekawe połączenie.

– Panno Tanner, ostatnim razem, kiedy byłem świadkiem dobijania konia, płakałem rzewnymi łzami. To przygnębiający widok.

Thomas miał dwanaście lat, kiedy dziadkowy koń do polowania niefortunnie złamał nogę w króliczej norze. Bliźniaki poprzysięgły nigdy więcej nie polować, a Theresa łkała najgłośniej ze wszystkich.

Ten jeden, jedyny raz w życiu Thomas widział dziadka kompletnie pijanego.

Panna Tanner pchnęła drzwi boksu, a koń uniósł głowę, żeby popatrzyć na wchodzących. Umierające zwierzę odwróciłoby łeb lub w ogóle nie zareagowało.

– Seamus, to jest baron Sutcliffe – poinformowała gniadosza panna Tanner. – Jaśnie pan mówi, że nie zamierza cię zastrzelić.

– Pięknie mnie pani zareklamowała. – Thomas pozwolił zwierzęciu powąchać swoją rękawiczkę. – Ale to szczera prawda. Kiedy po raz pierwszy zauważyła pani, że coś z nim jest nie tak?

– Wczoraj wieczorem. Przyszłam do stajni, bo wezwał mnie mały Nick. Na zmianę z nim i Beckmanem przez całą noc prowadzaliśmy Seamusa, poiliśmy go wodą i podawaliśmy od czasu do czasu trochę świeżej trawy. Rano Seamus miał dużo lepsze samopoczucie i wydawało mi się, że najgorsze mamy już za sobą.

„Dużo lepsze samopoczucie” było z pewnością łagodniejszym określeniem końskiej kupy.

– I wtedy ktoś mu podał owies w południe?

– Jakiś skończony dureń.

Koń, który przez całą noc dostawał niewiele pożywienia i nie zjadł rano swojej porcji owsa, około południa pewnie rzucił się wygłodniały na paszę, a żarłoczne łykanie ziarna nie wpływa dobrze na podrażniony koński żołądek.

Thomas pogłaskał gniadosza po spoconej szyi.

– Po części winien jest ten upał. Czemu nie powieszono mu w boksie wiadra z wodą?

– Nie mam pojęcia. Zwykle poimy konie przy żłobie. Nick powiesił wiadro wczoraj wieczorem, ale jest lato i często je szorujemy.

Seamus przechylił głowę w stronę swojej pani.

– Bezwstydny staruszek – mruknęła, drapiąc go za uchem.

Wałach może i nie miał się najlepiej, ale na pewno nie wybierał się na tamten świat, skoro miał siłę na zaczepki. Thomas uniósł jedną wargę i zajrzał koniowi w dziąsła, delikatnie je naciskając. Były zdrowego, jasnoróżowego koloru, nie zaś pociemniałe czy nawet fioletowe, jak by to było u konia w ostatnim stadium kolki.

– Coś mu dolega – powiedział Thomas – ale to nic poważnego. Trzeba mu wydzielać paszę: trawę i siano, a nie ziarno, i przez parę dni nie powinien pracować, dokładnie tak, jak to pani zaleciła. Czy ów Nick był jednym z tych, którzy przyglądali się, jak Chesterton groził pani zabiciem konia?

Gdyby nie jego przybycie, stajenni pewnie zaczęliby obstawiać zakłady, albo i gorzej.

Panna Tanner podrapała konia za drugim uchem.

– Nick, Beck i Jamie przed pańskim przyjazdem wybrali się do wsi po brakujące zakupy. Chesterton celowo zaplanował tę konfrontację na czas ich nieobecności. Żaden z nich trzech nie pozwoliłby nakarmić Seamusa owsem.

Nie chciała pozostawiać konia samego i Thomas wcale się temu nie dziwił, ale będzie musiała zaufać autorytetowi swojego nowego pracodawcy.

– Chodźmy, panno Tanner. Jeszcze nie oglądałem swojego nowego domu, a jako pełniąca obowiązki ekonoma jest pani pierwszą spośród personelu, z którą powinienem zawrzeć bliższą znajomość.

– Pewnie wolałby pan najpierw coś zjeść – powiedziała, mierzwiąc ciemną grzywę konia. – I przebrać się po podróży. Pani Kitts na pewno wychodzi z siebie, że tak długo zamarudził pan w stajni.

Owszem, Thomas chętnie by coś zjadł i popił dużą ilością czegoś zimnego. Z przyjemnością by się też wykąpał – mój Boże, jak on by się chętnie wykąpał.

– Hej, ty! – Thomas zawołał jakiegoś chuderlawego staruszka, który właśnie toczył przez środek stajni ciężką taczkę pełną zabrudzonej podściółki. – Jak cię wołają?

– Hammersmith, jaśnie panie.

– Hammersmith, jeśli koń panny Tanner znowu gorzej się poczuje albo jeśli ktokolwiek poza samą panną Tanner będzie chciał go zabrać z boksu, masz mnie natychmiast zawiadomić. Ani Chesterton, ani miejscowy sołtys, ani nawet sam generał Wellington nie ma prawa dotknąć tego konia bez zgody panny Tanner.

– Tak jest, jaśnie panie.

– A kiedy już uporasz się z tą taczką, zadbaj o to, żeby Seamus dostał pół wiadra czystej wody.

– Tak jest, jaśnie panie. Się robi, jaśnie panie.

– Czy teraz wreszcie zgodzi się pani pójść ze mną do domu, panno Tanner?

Jeszcze raz z namysłem podrapała konia po pysku.

– Tak, milordzie.

Baron Sutcliff, choć tak wysoki, skradał się w tej stajni niczym głodny kot na łowach. Miał cichy, kulturalny głos dżentelmena o nienagannych manierach, a jednak Chesterton zbladł na jego widok – i schował swój bat.

Już samo to wystarczało, żeby Loris nabrała do niego zaufania.

Tak bardzo przejęła się koniem, że zauważyła nowo przybyłego dopiero wtedy, kiedy ten rozsunął stajennych niczym Mojżesz, kroczący przez morze ludzkiej złośliwości i podłości. Baron był jak burza gradowa nadciągająca w jej kierunku, niepomna na to, co spotka na swojej drodze.

Nie, to nie tak – jemu po prostu było to obojętne. Sutcliffe wiedział, że w pobliżu kręci się Chesterton i jego podwładni, widział też, jak Chesterton bawi się swoim piekielnym batem.

Ale w ogóle się tym nie przejął.

Pięknie skrojony strój barona do konnej jazdy i jego nienaganna dykcja świadcząca o prywatnym wykształceniu zadawały kłam przekonaniu Loris, że Jego Lordowska Mość chętnie popatrzy sobie na ten spektakl przemocy. Stanął w pojedynkę w jej obronie przeciwko sześciu ludziom i był tym wyraźnie rozbawiony.

– Niech mi pani opowie, skąd ta wojna między panią a Chestertonem – zagadnął baron, biorąc ją pod rękę. Dostosował się do jej rytmu kroków; nie każdy mężczyzna by tak zrobił.

– To tutejszy masztalerz, milordzie. Nie znosimy się nawzajem.

– Dlaczego?

Bo jestem kobietą, a w dodatku mam więcej rozumu niż on sam i jego krewni razem wzięci. Bo to on odpowiada za stajnie, ale ja zarządzałabym nimi lepiej, niż on kiedykolwiek zdoła to zrobić. Bo jest mężczyzną, a do tego podłym człowiekiem, któremu nie sprzeciwi się żaden ze stajennych, o ile nadal będzie chciał dostawać wypłatę.

– Chesterton nienawidzi mnie, bo według niego nie zachowuję się, jak na kobietę przystało – powiedziała głośno. – Ja go nie cierpię, bo bywa bez potrzeby okrutny dla zwierząt, którymi ma się opiekować. Poza tym jest zacofany, pełen uprzedzeń i nie potrafi znaleźć sensownych ludzi do pracy w stajni.

Gdy tylko Loris wypowiedziała te słowa, natychmiast zapragnęła je cofnąć. Nie minął nawet kwadrans od przyjazdu zwierzchnika, a ona już narzeka. Nie podobało jej się, że baron trzyma jej los w swoich utytułowanych rękach, nie lubiła się przed nikim tłumaczyć a już najbardziej niezadowolona była, że przed chwilą w stajni była zdana na jego pomoc.

Cóż, byłaby pewnie o wiele bardziej niezadowolona z tego, co by nastąpiło, gdyby baron nie przybył.

– Chesterton już nie będzie pani nękał – obiecał Sutcliffe, gdy wchodzili na stopnie wiodące do drzwi posiadłości. – Jestem tego więcej niż pewien.

– Myśli pan, że odejdzie z pracy?

Baron spojrzał na nią oczami o tak głębokiej ciemnoniebieskiej barwie, że gdyby zobaczyła je na portrecie, wzięłaby ten kolor za artystyczną przesadę. Miał też iście arystokratyczny nos, który innemu mężczyźnie nie przysporzyłby urody, ale u niego prezentował się naprawdę dumnie. Loris nie lubiła lorda Sutcliffe’a – głównie dlatego, że go nie znała – ale ten nos zrobił na niej wrażenie.

– Nie oczekuję, że Chesterton z własnej i nieprzymuszonej woli opuści posadę – odpowiedział baron. – Ja po prostu nie toleruję niekompetencji u podwładnych. Albo Chesterton nie umiał odpowiednio zająć się pani koniem, albo celowo naraził na szwank jego zdrowie.

Otworzył przed nią drzwi. Oczywiście, przecież nie będzie pukał do własnego domu.

I na pewno – baronowie z pewnością przywiązywali wielką wagę do dobrych manier – jego uwaga była subtelną aluzją do tego, że również i jej, Loris, pobyt w majątku Linden może się mieć ku końcowi.

I co ona wtedy pocznie? Tatko nie wiadomo, gdzie się podziewa, a ona nie znała się na niczym sensownym, poza zarządzaniem. Nie miała też rodziny, do której mogłaby się zwrócić o pomoc, ani żadnej innej przyjaznej duszy na tym świecie.

Uznała, że nie będzie się zamartwiać z powodu barona i weszła do środka. Niestety, cały jej strach, zmęczenie i niepewność postanowiły i tam dotrzymać jej towarzystwa.

Przy drzwiach nie czekał żaden lokaj, kamerdyner czy nawet odźwierny. Thomas zaczął układać w myśli listę problemów, które zastał w Linden: pusty dziedziniec przed stajniami, masztalerz, który nie ma pojęcia o koniach i do tego ani żywej duszy przy drzwiach wejściowych.

– Może porozmawiamy w bibliotece – powiedział, wskazując na prawo.

O ile sobie przypominał z opisu dworu, właśnie gdzieś w tamtym kierunku znajdowała się biblioteka. A służba, pomyślał, może by się wreszcie zjawiła, gdyby do domu wparadował cały osiemdziesiąty drugi regiment piechoty.

Thomas zaprosił pannę Tanner do domu głównie po to, żeby rozdzielić zwaśnione strony w stajni i przetestować lojalność stajennych. Gdyby koniowi panny Tanner stała się jakaś krzywda pomimo jego wyraźnych rozkazów, nie tylko masztalerz mógł się spodziewać wymówienia.

Panna Tanner skierowała się prosto do biblioteki, widocznie obyta z rozkładem pomieszczeń we dworze i wcale z tego powodu nieskrępowana. Koniec jej długiego warkocza podskakiwał z każdym uderzeniem obcasów o wyłożoną chodnikiem podłogę w korytarzu.

Nigdy by się nie domyśliła, gdzie siłą rzeczy kierowało się przez to męskie spojrzenie.

Dom był dokładnie taki, jak go opisał poprzedni właściciel: uroczy, pełen światła i przestrzeni, co zawdzięczał jasnym kolorom, dużym oknom, wysokim sklepieniom i elegancko wyposażonym wnętrzom.

Służba może nie była najlepiej wyszkolona, ale pola były żyzne, budynki gospodarcze w doskonałym stanie, a sam dom zadbany i przytulny.

Pomieszczenie, do którego zaprowadziła go panna Tanner, choć niewielkie, w pełni zasługiwało na miano biblioteki. Połowę dalszej ściany zajmowało obszerne palenisko obramowane polnymi kamieniami. Drugą połowę stanowiły przeszklone drzwi. Przy nich ustawiono biurko, co pozwalało długo korzystać przy pracy z dziennego światła. Naprzeciwko paleniska stała długa, zarzucona poduchami kanapa, za którą ciągnęły się rzędy półek. Wystroju dopełniał mały stolik przy drzwiach wejściowych.

Na tymże stoliku stała pełna karafka z czterema lśniącymi kryształowymi szklaneczkami. Thomas wyjął korek i powąchał zawartość, po czym kolejny raz w duchu pogratulował sobie zakupu tej posiadłości.

Lord Greymoor sprzedał mu majątek ze wszystkim, co się w nim znajdowało, łącznie z wyposażeniem domu i meblami. Thomas z przyjemnością przekonał się, że dom utrzymywano w stanie gotowości na przybycie nowego właściciela – i ewentualnych gości.

– Napije się pani czegoś, panno Tanner?

Zrobiła parę kroków po pokoju, choć pewnie odruchowo miała zamiar usiąść przy biurku Thomasa, gdzie, jak mógł się domyślać, niejeden raz zagrzała miejsce.

Przestała udawać, że interesują ją tytuły książek na regale i zmierzyła go spojrzeniem.

– Napić się. A czego?

– Doskonałej brandy. – Thomas nalał sobie szczodrą porcyjkę. – Ja zamierzam ją zdegustować, to w końcu nie mój koń uciekł spod muszki plutonu egzekucyjnego.

– Może odrobinę – zgodziła się panna Tanner, stając przy drzwiach na taras. Odwróciła się do swojego chlebodawcy plecami, co było niezbyt uprzejme, ale jego uwaga o plutonie egzekucyjnym też do najuprzejmiejszych nie należała.

Panna Tanner przedstawiała sobą nie lada orzech do zgryzienia. Widział w niej po części kobietę, po części pracownicę i podwładną, a po części coś, czego nie bardzo umiał określić. Jako człowiek, który dorobił się na handlu, był wielkim zwolennikiem ładu i logiki, więc nie umiał oprzeć się takim zagadkom.

– Na pokrzepienie – powiedział, podchodząc, żeby jej podać szklaneczkę. Nalał niewiele; nawet najsurowsze zasady dopuszczały taką ilość alkoholu, żeby ukoić skołatane nerwy. Odsunął się o krok i oparł plecami o biurko.

– Czy Chesterton już kiedyś pani groził? – Później będzie czas na wzajemne wypominanie sobie nieuprzejmości.

Panna Tanner przechyliła swoją szklaneczkę i powąchała zawartość.

– Musimy o tym rozmawiać?

Thomas sączył swoją brandy, z uwagą przypatrując się tej wysokiej, ciemnowłosej kobiecie o szarych oczach i cygańskiej urodzie. Teraz, kiedy mógł się przyjrzeć jej sukni w świetle dziennym, oszacował jej kolor na coś pomiędzy kurzem a błotem.

Chociaż jej sposób poruszania się, mówienia i ubierania był obliczony na to, by ten fakt ukryć, Loris Tanner była bezsprzecznie atrakcyjną kobietą.

Thomas zasadniczo lubił kobiety. Lubił ich praktyczną naturę, poczucie humoru, ich czułość i wewnętrzną siłę. Lubił kobiety, z którymi sypiał, a w szczególności takie, które, znalazłszy drogę do jego łóżka i spędziwszy tam miło godzinkę lub trzy, opuszczały jego łóżko – i jego życie – żegnając się z uśmiechem na ustach.

Loris Tanner miała ten rodzaj urody, który kobietom niezbyt się podoba, lecz za to budzi uznanie mężczyzn: ciemna jak matka ziemia, konkretna i silna, o bujnych kształtach.

Gdyby była wesołą trzpiotką, być może miałby z nią problem, ale jej zgryźliwe nastawienie pomagało. W końcu mieli ze sobą blisko współpracować – o ile rzeczywiście była tak kompetentna, jak zapewniali lord Greymoor i jego kuzynka Guinevere, lady Amery.

– Panno Tanner, brandy służy do picia.

Zamoczyła usta i nagle jej wyraz twarzy zmienił się: pochmurna zaduma ustąpiła miejsca otwartemu zachwytowi.

– Cóż za wyborna, wyborna historia.

Thomas dopisał w myślach do listy cech charakteru panny Tanner intrygującą nutę hedonizmu, bo kiedy upiła ze szklanki, przymknęła oczy i odchyliła głowę do tyłu, jakby chciała w pełni zakosztować smaku, który miło palił w gardło i rozgrzewał od środka.

– Jest pani koneserem alkoholi? – Zapytał, sącząc własnego drinka. Popularnym określeniem było słowo „bibosz”, a niewybrednym – „pijak”. W odniesieniu do kobiety każde z nich zwiastowało tragedię, którą Thomas aż nazbyt często miał okazję oglądać.

– Moja praca wymaga przebywania na dworze w każdą pogodę – odparła panna Tanner. – Od czasu do czasu zdarza mi się zastosować coś w ramach kuracji rozgrzewającej.

Ale odkąd pełniła obowiązki ekonoma, najwidoczniej ani razu nie pozwoliła sobie uraczyć się pańską brandy.

I kolejna zagadka do rozwiązania: to dama decydowała, czy dżentelmen usiądzie w jej towarzystwie, ale z kolei to pracodawca proponował to podwładnemu. Wytrzęsione w siodle pośladki Thomasa podjęły decyzję za niego.

– Zechce pani usiąść, panno Tanner?

Zajęła pozycję na samym środku sofy. Usiadła wyprostowana jak struna, nieruchomo trzymając szklankę na podołku, jak podczas niemiłej wizyty towarzyskiej, kiedy człowiek stara się nie zerkać na zegarek.

– Chciał mnie pan o coś zapytać, milordzie?

„Czy Chesterton i jemu podobni trzymali od pani łapy z daleka?”

– Jak długo zamieszkuje pani na terenie majątku, panno Tanner?

– Mieszkałam tu, jeszcze zanim lord Greymoor kupił go przed niemal dziesięciu laty, wtedy jeszcze nazywał się Andrew Alexander. Przed dwoma laty mój ojciec był tutaj ekonomem.

Kurczowo zacisnęła dłonie na szklance.

Cóż, im szybciej poruszy ten temat, tym lepiej.

– A co się stało z pani ojcem?

– Nie wiem. Albo wyjechał, albo marnie skończył. Tatko miał rujnującą słabość do picia, ale ponieważ jego wybryki były równie rzadkie, co widowiskowe, lord Greymoor przymykał na to oko.

Rujnującą słabość. Cóż za poetyckie określenie.

Tyle Thomas wiedział już wcześniej, ale śmiał przypuszczać, że te mniej widowiskowe „wybryki” pana Tannera córka skrzętnie ukrywała przed światem, stając się z biegiem czasu jego prawą ręką, pomimo swojej płci.

– Nie znoszę pijaków, panno Tanner. Zwłaszcza na tak odpowiedzialnym stanowisku.

Dama uniosła szklankę, jak gdyby podziwiając piękno promieni słonecznych przeświecających przez napój.

– Ja nie znoszę pijaków pod żadną postacią, milordzie.

– W takim razie jesteśmy jednomyślni. – Thomas uznał, że niesprawiedliwością byłoby wypominać córce błędy ojca, skoro tak ciężko pracowała, by za nie odpokutować. – Jak pani ocenia stan majątku obecnie?

Zakręciła szklanką, niby jasnowidz odczytujący przyszłość z herbacianych fusów.

– Jest poprawa – odparła wreszcie. – Zeszłej jesieni mieliśmy wizytę potencjalnych kupców, a ponieważ znali się na rzeczy i w dodatku należeli do rodziny lorda Greymoora, nie wahali się zasugerować mu różnych zmian, które wyszły nam na korzyść.

Znowu odpowiadała uczciwie, choć oględnie. Guinevere Hollister Allen, kuzynka lorda Greymoora, kobieta której obeznanie w różnych tematach onieśmielało niejednego mężczyznę, przyjechała obejrzeć posiadłość wraz z Douglasem, lordem Amery, obecnie jej mężem. To oni odkryli Loris, która po cichu i bez rozgłosu wykonywała zadania ekonoma pod nieobecność ojca.

– Poprawa? W jakim sensie? – spytał Thomas.

– Pozbyliśmy się części owiec, które wyjadały pastwiska do gołej ziemi. Planujemy nawadnianie i osuszanie i już gdzieniegdzie zaczęliśmy prace. Jesienią sprzedajemy pierwszą partię drew opałowych, a finanse z całą pewnością wyglądają lepiej niż przedtem.

Pozbyliśmy się, planujemy, sprzedajemy – my. Panna Tanner mówiła jak ekonom z krwi i kości, ze świadomością tego, że ten skrawek ziemi tworzy społeczność ludzi, którzy o niego dbają i których byt od niego zależy.

– Co jeszcze zostało do zrobienia? – Thomas podszedł do karafki, żeby dopełnić swoją szklaneczkę. Przechylił butelkę w jej stronę w niemym geście zapytania o dolewkę.

– Nie, dziękuję. – Jej ton nie pozostawiał wątpliwości, że kiedy mowa o ziemi, nie liczy się nawet najlepsza brandy. – Ten majątek potrzebuje przede wszystkim czasu i ludzi, którzy będą się o niego troszczyć. Jeśli idzie o prace sezonowe, jak czas narodzin jagniąt czy strzyżenia owiec, to zatrudniamy wędrownych parobków, tak samo jest przy sadzeniu i zbiorach. Wśród służby jest kilka osób ze wsi, ale brakuje nam rąk do pracy, a ci, których mamy, nie są odpowiednio przygotowani.

Thomas przypuszczał, że owo „my”, którego panna Tanner pragnęła dla Linden, na razie jest tylko w jej wyobraźni – albo w sercu.

– Panno Tanner, czy ta uwaga o braku dopowiedniej służby to miała być krytyka? – Thomas ponownie usiadł i przysunął sobie krzesło bliżej sofy. Miał ogromną ochotę położyć nogi na niskim stoliku i pewnie by to uczynił, gdyby jego ekonom był mężczyzną.

Ale jego ekonom, czy też osoba najbliższa tej roli, był kobietą, więc Thomas nie chciał zrobić jej afrontu.

– A kogo niby miałabym krytykować, milordzie?

– Mnie.

– Nie znam pana wystarczająco dobrze, by pana chwalić lub ganić. Zresztą czego miałaby dotyczyć ta krytyka?

Och, jak chętnie zdjąłby buty i ułożył obolałe stopy w górze.

– Chociażby za kupno majątku, którego nawet nie obejrzałem. I to w rejonie kraju, którego w ogóle nie znam. Albo za zwolnienie masztalerza, zanim znalazłem jego następcę.

– Chesterton był niedouczonym okrutnikiem. Konie go nie znosiły, i nie bez powodu. Krzyczał, kiedy tylko mógł i nigdy nie przepuścił okazji, żeby zrobić użytek z tego przeklętego bata.

Thomasowi skojarzyło się – całkiem nieodpowiednio, rzecz jasna – jak kiedyś panienki z Domu Rozkoszy obraziły się na klienta. Ich opinie, wbrew wszelkim pozorom, zazwyczaj bywały słuszne.

– Kto najął Chestertona?

– Jeden z zarządców lorda Greymoora – powiedziała panna Tanner, upijając w końcu łyk swojej brandy. – Jeśli miałabym kogoś skrytykować, to jedynie swojego poprzedniego chlebodawcę, choć był z niego prawdziwy dżentelmen i nie ze złej woli zaniedbywał majątek.

– A jednak nie spełnił pani wysokich standardów. Bardzo uczciwie, że pani to przyznaje – zauważył Thomas. Alkohol bardzo go rozleniwił i nagle poczuł straszliwe zmęczenie. Bolały go wszystkie kości i desperacko pragnął coś zjeść, wykąpać się, a potem położyć w wygodnym łóżku. Dokładnie w tej kolejności.

– Lord Greymoor nie traktował tej posiadłości poważnie – wyjaśniła panna Tanner. – Owszem, lubił przywozić tutaj swoich kompanów z miasta a to na polowania jesienią, a to wiosną, żeby pojeździć konno po wzgórzach, ale nie był… nie kochał tej ziemi. Tatko mawiał, że Jego Lordowskiej Mości nikt nie nauczył właściwiego podejścia do ziemi, a poza tym był za młody.

Choć panna Tanner była młodsza niż Greymoor, najwyraźniej nie umiała pojąć, ani tak do końca wybaczyć, braku przywiązania do swojego majątku u młodego lorda.

– Oczekuje pani, że będę kochał Linden, panno Tanner?

Odstawiła szklankę na bok.

– Przecież to, czego ja oczekuję, nie ma najmniejszego znaczenia, nieprawdaż?

A jednak to właśnie jej oczekiwania pozwoliły na przetrwanie Linden przez ostatnie dwa lata.

– Dżentelmen nie powinien sprzeczać się z damą – powiedział Thomas, chociaż przeczuwał, że sprzeczka z tą akurat damą byłaby dość żywiołowym przedsięwzięciem.

Oboje umilkli, a Thomasowi zdawało się, że przedłużająca się cisza nabiera nastroju zadumy. Przez cały czas pani ekonom siedziała skromnie dwa metry od niego, całkowicie zatopiona w swoim kobiecym świecie.

Może myślała o swoim koniu? Thomas wstał i podał jej rękę.

– Dziękuję, że zechciała mi pani poświęcić chwilę. Na pewno będzie jeszcze okazja porozmawiać.

Panna Tanner spojrzała na jego dłoń, potem podniosła na niego oczy i znów opuściła wzrok na jego rękę, jakby nie zdając sobie sprawy, że proponuje jej pomoc.

Kiedy już wstała, natychmiast wypuściła jego dłoń.

– Czy mam zawołać panią Kitts? – zapytała, kierując się w stronę drzwi. Może i kochała tę ziemię, ale z pewnością nie lubiła być przepytywana przez jej właściciela.

– Panno Tanner, nie powiedziałem, że może pani już odejść. – Dama czy nie, w końcu to on był jej zwierzchnikiem.

– To nic wielkiego. – Machnęła ręką. – Ze mną nie musi się pan silić na ceremonie.

I zniknęła, a Thomas wreszcie mógł położyć nogi na stole. Ta chwila samotności była mu potrzebna, żeby odetchnąć po nietypowych wydarzeniach dzisiejszego dnia. Nie najlepiej świadczyło o stanie jego nowej posiadłości, skoro w dniu przyjazdu właściciela – a przecież uprzedzał, że przyjeżdża – nikt nie czekał, żeby go powitać.

Upił z pozostawionej przez panią ekonom szklaneczki. W zasadzie, po co mu komitet powitalny?

Cichym pukaniem do drzwi oznajmiła swoje przybycie pani Kitts, krąglutka, siwiejąca jejmość podobna do teriera, której się chyba wydawało, że jeśli wystarczająco długo i serdecznie będzie się uśmiechać, to Thomas w końcu powinien odwzajemnić jej uśmiech.

– Czy mam zwołać służbę, panie baronie?

Panie baronie? Ach, prawda, był baronem. Baronem Sutcliffe.

– Za dwadzieścia minut. Poproszę też kolację do pokoju, gdzieś tak, powiedzmy, koło wpół do ósmej.

– Wyśmienicie, milordzie. – Pani Kitts kiwała głową z entuzjazmem osoby trzykrotnie młodszej. – Wyśmienicie.

Wycofała się, najwyraźniej zadowolona ze swojego nowego zadania, z nowego chlebodawcy i z życia jako takiego, pozostawiając Thomasa w stanie lekkiej konsternacji. Nikt nie powinien być tak bezustannie zadowolony, a jeśli już, to chociaż powinien mieć na tyle przyzwoitości, by tego nie okazywać wszem wobec.

Podszedł do drzwi tarasowych, zabierając ze sobą resztkę brandy pozostawioną przez pannę Tanner i wyjrzał na łąki i pastwiska, rozciągające się od dworu aż pod należący do majątku las. Zarówno lord Greymoor, jak i lord Amery mówili mu, że las jest przerośnięty i zaniedbany. Korzyścią z tego zaniedbania była duża ilość drzewa opałowego, więc Thomas mógł liczyć na płonące kominki w domu kiedy tylko mu się to zamarzy. Nadmiar drzewa będzie mógł z zyskiem sprzedać, jeśli potrzebowałby szybkiego zarobku.

Loris Tanner wskazała tę możliwość Greymoorowi i dostała od niego pozwolenie, żeby zacząć zbiórkę drzewa już zeszłej zimy. Przygotowała też plany melioracji i ograniczyła liczebność stad do rozsądnych rozmiarów.

Jakkolwiek by patrzeć, okazała się wyjątkowo kompetentna w roli ekonoma, ale w oczach Thomasa zupełnie nie sprawdzała się jako kobieta.

Kobiety nie przebywały z własnej woli pomiędzy bydłem a szpicrutą. Nie maszerowały w straszliwym upale, niby oddział żołnierzy Wellingtona. Nie piły brandy popołudniami, nawet dla zdrowia.

Kobiety uwielbiały się stroić i lubiły słuchać komplementów. Flirtowały, dąsały się, knuły intrygi i zazwyczaj były przy tym wszystkim czarujące. Kobiety łatwo potrafiły zalać się łzami, gdy wydarzyła się jakaś tragedia – na przykład gdy zaginęła ich ulubiona wstążka – a czasem patrzyły na mężczyznę takim wzrokiem, jakby miały ochotę na igraszki, o których nie wypada mówić w eleganckim towarzystwie.

Loris Tanner została wychowana przez ojca, którego sama nazwała pijakiem, a który ciągnął ją za sobą od jednego wiejskiego majątku do drugiego. Nigdy nie miała okazji obracać się w eleganckich kręgach i ten brak od razu rzucał się w oczy.

Thomas postanowił, że coś musi w tej sprawie zrobić. Jeszcze nie wiedział co, ale Loris Tanner trafiła na jego listę pilnych spraw do załatwienia – i to na pierwszą pozycję.

2

Thomas już dawno temu pogodził się z faktem, że życie pełne było ironii i drobnych frustracji. I oto teraz leżał, zmęczony i śpiący, ale nie był w stanie zasnąć. Wieczorem wezwał Chestertona i odprawił go z dwumiesięczną pensją, nie wystawiając mu żadnych referencji poza określeniem jego stanowiska i czasu, jaki na nim przepracował.

Chesterton zmrużył oczy, patrząc na dokument, ale Thomas szczerze wątpił, czy jego były masztalerz w ogóle potrafi czytać. Potem doczekał się wreszcie – dzięki pani Kitts i reszcie służby – kąpieli, posiłku i łóżka.

Po takim dniu znużony człowiek niczego więcej nie oczekiwał, ale sen, ten płochy towarzysz łoża, jakoś nie chciał się zjawić.

Przewracał się z boku na bok. Recytował z pamięci i to w oryginale, po łacinie, niektóre z listów Cezara z Galii. Układał w myślach list do swojego byłego pracodawcy, Davida Worthingtona, wicehrabiego Fairly. Później próbował wymienić po kolei wszystkich kandydatów do szkockiego tronu, począwszy od Kennetha MacAlpina przez wszystkich Jamesów, ale nic nie pomagało mu zasnąć.

Wydostał się więc z łóżka, założył spodnie i koszulę, po czym boso poczłapał do biblioteki na kolejną szklaneczkę „wybornej historii”.

Jednak w drodze do karafki wpadła mu do głowy pewna myśl, tak uporczywa, że nie mógł się jej pozbyć: zwolnił przecież masztalerza. Jako człowiek biznesu wiedział, że wielu katastrofom można zapobiec, likwidując niedopatrzenia. Zwolnienie Chestertona oznaczało, że chwilowo nikt nie odpowiadał za stajnię.

A tam był przecież Rupert, no i wałach panny Tanner.

Thomas odpalił przenośną latarenkę od kinkietu w korytarzu i wyszedł na zewnątrz przez szklane drzwi w bibliotece. Księżyc oświetlał drogę do stajni, a nocna bryza dawała wrażenie lekkiego chłodu, co po tak upalnym dniu stanowiło cudowną odmianę.

Gdzieś na północy zamigotały błyskawice letniej burzy, ale konie były spokojne; niektóre przeżuwały siano, inne drzemały.

Seamus zwinął się w kłębek na świeżej słomie, ale patrzył przytomnie. Obok wiszącego wiadra leżała niedojedzona kupka siana. Ktoś wyczesał mu też sierść, tak że po wcześniejszych niedomaganiach nie pozostał nawet ślad.

A po drugiej stronie wiadra, leżąc na końskiej derce, spała skulona w kącie pani ekonom.

Kobieta – zmęczona, niemodnie ubrana i kłopotliwie atrakcyjna kobieta – broniła stajni w Linden.

I to czym, zaimkiem „my”?

Thomas podniósł pannę Tanner z ziemi razem z derką i wziął w ramiona. Spanie w jednym pomieszczeniu z koniem nie było ani wygodne, ani higieniczne, nie mówiąc już o tym, że nie najlepiej świadczyło o nim jako właścicielu majątku.

Panna Tanner mruknęła coś przez sen. „Zmęczona”, usłyszał Thomas, „zaraz” i coś, co zabrzmiało jak „tatku”.

Stajnia była prawdziwą chlubą Linden, solidnie zbudowana i świetnie wyposażona. Panna Tanner mogła tu spędzić noc bez obaw o chłód czy deszcz. Thomas złożył swój słodki ciężar na stosie siana przygotowanego na rano. On sam niejednokrotnie sypiał w gorszych warunkach i nie narzekał – choć zapewne nie wyglądał przy tym tak pociągająco.

W siodlarni znalazł ciepły wełniany koc – na szczęście czysty – używany zimą do ochrony spoconego konia przed chłodem. Zabrał go ze sobą i przykucnął obok śpiącej na sianie kobiety, żeby ją okryć.

– A Seamus? – wymamrotała przez sen.

– Idź spać, kochana. Seamus ma się dobrze.

Z powrotem zapadła w sen, więc Thomasowi nie pozostało nic innego, jak tylko wymknąć się po cichu ze stajni i wrócić do domu.

Wyszorował zakurzone stopy, dopił swoją nocną szklaneczkę i znowu położył się do łóżka, próbując zasnąć. Myślał o tym, że doprawdy musi coś zrobić z tą panną Tanner.

Nowy właściciel Linden, Jego Najjaśniejsza Cesarska Przystojność, Thomas Jennings, baron Sutcliffe, doprowadził do karygodnego stanu rzeczy i Loris nie zamierzała pozwolić na to, aby tak było dalej.

Gdy na dworze już całkiem się rozjaśniło, weszła do stajni, odnotowując, że owszem, koniom dosypano poranną porcję siana, ale poza tym stajenni nie robili absolutnie nic, radośnie wykorzystując nieobecność bezpośredniego zwierzchnika.

Z boksów nie wygarnięto mierzwy. Nikt nie wyszorował ani nie napełnił wodą wiader. Na środku podłogi leżały pozwijane lejce, na które jakiś koń mógłby nastąpić i się w nie zaplątać. Nikt nie pofatygował się na pastwisko, żeby przyprowadzić konie, które tam nocowały.

Loris zajęła pozycję na samym środku stajni, stając pomiędzy drzwiami a grupą obiboków i ściągnęła z głowy słomkowy kapelusik.

– Witam panów.

Tylko największy z nich, znany jako Mały Nick, kiwnął jej głową w odpowiedzi i powrócił do samotnego zamiatania podłogi. Loris nasadziła kapelusz z powrotem i odwróciła się do wyjścia.

– Mam pytanie – zawołał jeden z mężczyzn. Anderson stanowił doskonałą kandydaturę na zastępcę Chestertona: był leniwy, niesympatyczny i bezczelny. – Jeśli nie zechcemy tańczyć, jak nam panieneczka zagra, to w jaki sposób nas pani do tego zmusi, nie mając bata Chestertona?

Loris miała ochotę mu podziękować, bo bezpośrednia publiczna konfrontacja najlepiej nadawała się do rozwiązania tej sytuacji, a ona miała w zanadrzu doskonały…

– Być może – odezwał się głęboki, spokojny głos – będę musiał sprawić pani ekonom taki bat.

Sutcliffe paradował środkiem stajni, ubrany w obcisłe bryczesy, nieskalanie białą koszulę, wyglansowane buty, kamizelkę w ciemnobłękitnym kolorze jego oczu i ciemną kurtkę do konnej jazdy. Jakim prawem tak świetnie wyglądał? Pewnie też wspaniale pachniał, kwiatowo i korzennie i… Gdzieś w umyśle Loris błysnęło odległe wspomnienie.

Jego Przystojna Baronowatość tymczasem zatrzymał się przy drzwiczkach do boksu swojego konia.

– A niech mnie – mruknął Jego Lordowska Mość. – Nikt nie zadbał o boks Ruperta. Dziwna sprawa. Służące we dworze nie potrzebowały inspiracji bata, żeby zrobić swoją robotę, za którą im zresztą uczciwie płacę. Mój pokój lśni czystością.

Dobitny przykład i nietrudny do zrozumienia.

– Panno Tanner? – zawołał ją baron, drapiąc Ruperta pomiędzy łopatkami, jakby nigdy nic.

– Tak, milordzie? – Loris nie ruszyła się z miejsca, choć nagle poczuła niespodziewany przymus, żeby stanąć u jego boku.

– Ilu ludzi potrzeba, żeby utrzymać stajnię na przyzwoitym poziomie?

– Pięciu czy sześciu, jeśli będą uczciwie pracować i jeśli nie przydarzy się jakiś wypadek czy choroba.

Baron nie przestawał głaskać konia ku wyraźnemu zadowoleniu zwierzęcia.

– W takim razie, panno Tanner, będę potrzebował pani rady co do tego, których pracowników można zwolnić. Nie toleruję lenistwa. Może moglibyśmy o tym porozmawiać w czasie porannej przejażdżki, o ile oczywiście nie ma pani w planie innych zajęć?

Sutcliffe zyskiwał posłuch, nie rezygnując z doskonałych manier, a był w tym skuteczniejszy niż Chesterton ze swoim batem.

– Jak pan sobie życzy, milordzie.

– Serdeczne dzięki. – Baron omiótł milczących pracowników spojrzeniem pełnym wyższości i rozbawienia. – Wiem, że macie, panowie, mnóstwo pracy, ale postarajcie się w międzyczasie osiodłać Ruperta dla panny Tanner i drugiego konia dla mnie. Niech konie będą gotowe za dwadzieścia minut na dziedzińcu przed stajnią, bo chciałbym oszczędzić pannie Tanner i sobie najgorszych upałów, kiedy będziemy objeżdżać pola. Pani pozwoli?

Tu baron podał Loris ramię, a ona wzięła go pod rękę, podczas gdy stajenni przyglądali się temu przedstawieniu z rozdziawionymi ustami.

W absolutnej ciszy wyszli spokojnym krokiem przed stajnię, zupełnie jakby nikt za ich plecami nie ciskał z oczu błyskawic. Baron poprowadził Loris wzdłuż wybiegu dla koni, w stronę ławeczki stojącej w cieniu rozłożystego dębu.

– To było całkowicie zbędne, milordzie.

– Niech pani się nie waży puścić mojej ręki – odparł, nie zwalniając kroku. – I proszę nawet najmniejszym gestem nie okazać, że nie jesteśmy w doskonałej komitywie.

– Wcale nie jesteśmy w doskonałej komitywie, mój panie. Zaprzepaścił pan moją szansę na zbudowanie autorytetu u tych darmozjadów.

– Ależ ja właśnie ugruntowałem pani autorytet – sprzeciwił się baron uprzejmym tonem. – O ile mogłem się przekonać, pani sama nie najlepiej sobie z tym radziła.

No proszę, ale jakoś dawała radę sama zarządzać majątkiem przez ostatnie dwa lata.

– Upokorzył ich pan – syknęła. – Porównał ich pan do pokojówek. Oni jeszcze bardziej mnie za to znienawidzą, pokojówki zaczną zadzierać nosa i nic nie będzie działało jak należy.

Sutcliffe wyjął chusteczkę o brzegach haftowanych nicią ciemnoniebieską jak jego oczy i przetarł siedzenie ławki, choć nie było na nim ani śladu kurzu, brudu czy ptasich odchodów.

– A co zamierzała pani zrobić, panno Tanner, gdybym ja się nie pojawił? Prawiłaby im pani kazania, aż wzięliby się do wymiatania boksów?

– Wstrzymałabym im, do licha, wypłatę – odparła. – Jutro mają pół dnia wolnego i dostają pieniądze w południe. Jeśli któryś nie zrobiłby swojej roboty, nie dostałby całej wypłaty i właśnie miałam im to uświadomić, kiedy pan mi przerwał.

Baron kontynuował wycieranie ławeczki, która z pewnością była już równie czysta, jak kredens pani Kitts.

– Możliwe, że to by podziałało jutro, ale kto by dzisiaj pracował?

– Ci, którzy chcieliby dostać wypłatę – odpaliła. – Nie wychodzi się na polowanie z nienaładowaną strzelbą, baronie. Miałam zamiar im powiedzieć, że kto nie wykona swojej pracy uczciwie, temu nie zapłacę. Potem bym wyszła, żeby sami dogadali się między sobą.

Sutcliffe złożył chusteczkę na sześć części i schował do kieszeni.

– W takim przypadku miałaby pani dwóch lub trzech uczciwych ludzi pracujących za resztę obiboków.

No, no. Baron był naprawdę spostrzegawczy. I to o tak wczesnej porze.

– Już i tak to robią. Zresztą, co mnie to obchodzi, jeśli tylko konie są zadbane? W ten sposób cały ciężar dyscypliny spadnie na tych, którzy pracują, a nie bezpośrednio na mnie.

Sutcliffe skinął na nią, żeby usiadła i nawet ten prosty ruch dłonią był ucieleśnieniem niewymuszonej gracji.

– Ciekawe podejście, droga pani. A co będzie, jeśli tych kilku uczciwych zniechęci się i odejdzie z pracy?

A niech go licho, oczywiście musiał swoim eleganckim palcem dotknąć akurat tego problemu, którym Loris się zamartwiała.

– Może i odejdą, ale przynajmniej dzisiejszy kryzys byłby zażegnany.

– Albo po prostu odsunięty w czasie, żeby pojawić się znowu w jeszcze mniej odpowiedniej chwili. Czy będzie się pani przebierać w strój do jazdy, skoro wybieramy się na przejażdżkę?

– Nie będę. – Czyżby Jego Lordowska Mość zmienił temat, żeby uniknąć dalszej sprzeczki? – Czemu mam jechać na pana koniu? Wygląda na dość zadufanego jegomościa.

Jaki pan, taki koń.

Ławeczka stała w cieniu opodal stajni i z tej odległości mogli obserwować, jak kilku stajennych uwija się, wywożąc taczkami brudną słomę z boksów, szorując wiadra na wodę, wprowadzając i wyprowadzając konie.

– W mojej obecności Rupert będzie spokojny, panno Tanner. Zechce pani spocząć?

Loris była zmęczona, nawet bardziej niż zwykle o tej porze roku. Osunęła się na ławkę, a Sutcliffe niespiesznie usadowił się obok niej. Czy on specjalnie usiadł tak blisko, czy też może przez ostatnie dwa lata zaszły jakieś zmiany w kodeksie przyzwoitego zachowania wobec płci przeciwnej?

– Spokojnie, panno Tanner, przecież nie usiadłem pani na kolanach. – W błękitnych oczach lorda zamigotało rozbawienie, a Loris nagle nabrała ochoty, żeby odejść i zostawić go na tej ławce samego.

Nie ruszyła się jednak z miejsca, udając, że bardzo interesuje ją to, co się dzieje na dziedzińcu stajni.

– Czemu powiedział im pan, że to ja będę dosiadać Ruperta?

Lord położył ramię na oparciu ławki, dżentelmen w każdym calu, pachnący i odprężony.

– Znam dobrze mojego konia, znam na pamięć każdy cal jego siodła i uprzęży. Gdyby ktoś celowo poluzował uprząż albo podłożył rzep pod siodło, łatwiej mi to będzie zauważyć niż u wierzchowca, którego nie znam.

To było jeszcze gorsze, niż podważanie jej autorytetu w oczach podwładnych.

– Sądzi pan, że spróbowaliby mnie skrzywdzić?

– Nie mam zamiaru ryzykować, po części z tego powodu, że odpowiadam za pani bezpieczeństwo, ale również dlatego, że tego typu wybryki muszą być od razu namierzone i natychmiastowo wykorzenione.

Wy-ko-rze-nio-ne. Sutcliffe wycedził każdą sylabę z osobna, jak kuna dławiąca tłustego szczura za szyję.

– Może pan wykorzenić wszystkich oprócz Małego Nicka, starego Jamie i Beckmana, a w stajni wcale nie będzie się gorzej działo. – Loris przesunęła czubek buta po źdźbłach spragnionej deszczu trawy. – Chesterton nie odważył się zacząć awantury, póki ci trzej nie pojechali z wozem do wsi. Oni by mu nie pozwolili na takie niedorzeczności.

– Proszę się nie obawiać. Wspólnie zadecydujemy, co zrobić z tymi chwastami pośród stajennych i już nie będą pani sprawiać kłopotów. Ale, ale. Mam pytanie, panno Tanner. – Baron skrzyżował długie nogi w wysokich butach, nadal sprawiając wrażenie zupełnie pozbawionego trosk. – Gdzie pani zamieszkuje?

– W Gołębiej Chatce. – Czyżby wiedział, że wczoraj nie dotarła na noc do domu? – Mój dom stoi za tymi drzewami wzdłuż głównej alei, a nazwa pochodzi od szarego koloru ścian.

– Aha.

I to wszystko. Tylko wyniosłe arystokratyczne „aha”, bez wyjaśnienia, dlaczego o to pytał i czy jej odpowiedź go zadowoliła.

W środku nocy Loris widocznie przebudziła się na tyle, żeby wyjść z boksu Seamusa i znaleźć sobie legowisko na stercie siana, przygotowanego na rano, a ktoś nakrył ją czystą wełnianą derką. Musiała być potwornie zmęczona, bo nic a nic z tego nie pamiętała.

A niech to.

Przez wiele miesięcy Loris modliła się o to, by ojciec wrócił do domu. Kiedy te modlitwy okazały się bezowocne, usilnie próbowała nakłonić lorda Greymoora do żywszego zainteresowania się posiadłością. Potem dowiedziała się, że Linden jest na sprzedaż, więc modliła się o to, żeby nowy właściciel zajął się majątkiem jak należy.

I tak oto Loris znalazła się wśród tych wątpliwych szczęśliwców, którzy doczekali wysłuchania swoich modlitw. Dostała to, o co prosiła, a teraz narzekała na to, czym ją los tak szczodrze pobłogosławił.

Thomas głęboko oddychał rześkim porannym powietrzem i usiłował się zrelaksować, chociaż tak naprawdę miał ochotę zapewnić pani ekonom to, do czego tak się paliła: emocjonującą sprzeczkę.

Lecz cóż, banda darmozjadów przy stajni straciłaby cały szacunek do niego i do panny Tanner, gdyby zaczęli obrzucać się wyzwiskami o tak wczesnej porze.

Zanosiło się na to, że już niedługo zrobi się wściekle gorąco. Thomas przyszedł do stajni z myślą o tym, żeby dać Rupertowi szansę na rozprostowanie nóg. Koń przywiózł go tu z Londynu, mknąc przez pola z niesłabnącą energią. Dziś powinien być wystarczająco spokojny, żeby dosiadła go dama. Może jedynie zesztywniały mu trochę stawy po nocy spędzonej w zamknięciu.

Panna Tanner wyglądała zaskakująco świeżo i schludnie jak na osobę, która spędziła noc na stercie siana. Uczesała włosy i zaplotła je na nowo, zmieniła też suknię na inną, choć w podobnie nijakim kolorze. Dziś założyła na głowę słomkowy kapelusz z szerokim rondem, które miało chronić jej twarz przed słońcem. Jednak Thomas, siedząc tak blisko niej, mógł dojrzeć lekkie piegi na jej nosie.