Wydawca: Czarna Owca Kategoria: Kryminał Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 907 Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 27 godz. 49 min Lektor: Stieg Larsson

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 27 godz. 49 min Lektor: Stieg Larsson

Opis ebooka Millennium. Zamek z piasku, który runął - Stieg Larsson

Trzecia i ostatnia część serii "Millennium" zaczyna się w miejscu, w którym kończy się Dziewczyna, która igrała z ogniem. Lisbeth Salander przeżywa próbę pogrzebania żywcem, jej kłopoty się jednak na tym nie kończą ...

Mikael Blomkvist odkrywa tajemniczą przeszłość Salander i rusza w pogoń za prawdą. Pisze tekst, który ma oczyścić nazwisko Salander, a przy okazji wywołać trzęsienie ziemi nie tylko w rządzie i służbach bezpieczeństwa, ale w całym kraju. Lisbeth Salander dostaje wreszcie szansę, na to, by pogodzić się z własną przeszłością.

Ostatnia część trylogii Stiega Larssona to najwyższej klasy thriller polityczny!

Opinie o ebooku Millennium. Zamek z piasku, który runął - Stieg Larsson

Fragment ebooka Millennium. Zamek z piasku, który runął - Stieg Larsson

STIEGLARS­SON

ZA­MEK Z PIA­SKU,KTÓRY RUNĄŁ

Przełożyła Ali­cja Ro­se­nau

Wy­daw­nic­two Czar­na Owca

War­sza­wa 2014

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wy­daw­cy. Pro­si­my, abyś prze­strze­gał praw, ja­kie im przysługują. Jej za­war­tość możesz udostępnić nie­odpłat­nie oso­bom bli­skim lub oso­biście zna­nym. Ale nie pu­bli­kuj jej w in­ter­ne­cie. Jeśli cy­tu­jesz jej frag­men­ty, nie zmie­niaj ich treści i ko­niecz­nie za­znacz, czy­je to dzieło. A ko­piując jej część, rób to je­dy­nie na użytek oso­bisty.

Sza­nuj­my cudzą własność i pra­wo.

Więcej na www.le­gal­na­kul­tu­ra.pl

Pol­ska Izba Książki

Tytuł ory­gi­nału

LU­FT­SLOT­TET SOM SPRÄNGDES

Re­dak­cja

Grażyna Ma­sta­lerz

Skład i łama­nie

Mar­cin La­bus

Ko­rek­ta

Małgo­rza­ta De­nysMa­ciej Kor­ba­siński

Co­py­ri­ght © Stieg Lars­son 2007

First pu­bli­shed by Nor­stedts, Swe­den, in 2007.

The text pu­bli­shed by agre­ement with Nor­stedts Agen­cy.

Co­py­ri­ght © for the co­ver il­lu­stra­tion by Nor­ma Com­mu­ni­ca­tion

Pho­to of Stieg Lars­son: Da­niel La­gerlöf

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Wy­daw­nic­two Czar­na Owca, 2009

Wszel­kie pra­wa za­strzeżone. Ni­niej­szy plik jest objęty ochroną pra­wa au­tor­skie­go i za­bez­pie­czo­ny zna­kiem wod­nym (wa­ter­mark).

Uzy­ska­ny dostęp upo­ważnia wyłącznie do pry­wat­ne­go użytku. Roz­po­wszech­nia­nie całości lub frag­men­tu ni­niej­szej pu­bli­ka­cji w ja­kiej­kol­wiek po­sta­ci bez zgo­dy właści­cie­la praw jest za­bro­nio­ne.

Wy­da­nie I po­pra­wio­ne

ISBN 978-83-7554-264-6

ul. Alzacka 15a, 03-972 Warszawae-mail: wydawnictwo@czarnaowca.plDział handlowy: tel. (22) 616 29 36; faks (22) 433 51 51Zapraszamy do naszego sklepu internetowego:www.czarnaowca.pl

Skład wersji elektronicznej:Virtualo Sp. z o.o.

Część 1

In­ter­mez­zo na ko­ry­ta­rzu

8 – 12 kwiet­nia

Pod­czas ame­ry­kańskiej woj­ny do­mo­wej w woj­sku służyło około sześciu­set ko­biet. Zaciągnęły się prze­bra­ne za mężczyzn. Czyżby Hol­ly­wo­od prze­ga­piło kawałek hi­sto­rii kul­tu­ry? A może te­mat ten mógłby spra­wiać kłopo­ty na­tu­ry ide­olo­gicz­nej? Książki hi­sto­rycz­ne za­wsze miały pro­blem z ko­bietami, które nie ak­cep­to­wały wy­zna­czo­nych przez płeć gra­nic. A gra­nica ta nig­dzie nie jest tak wyraźna jak w przy­pad­ku woj­ny i posługi­wa­nia się bro­nią.

Od sta­rożytności do czasów współcze­snych hi­sto­ria do­star­cza licz­nych przykładów opo­wieści o ko­bie­cych wo­jow­ni­kach – Ama­zon­kach. Naj­po­pu­lar­niej­sze bo­ha­ter­ki zna­lazły miej­sce w książkach hi­sto­rycz­nych, dla­te­go że były królo­wy­mi, czy­li przed­sta­wi­ciel­ka­mi kla­sy pa­nującej. Po­li­tycz­ne następstwo tro­nu, czy to się komu po­do­ba, czy nie, co jakiś czas umiesz­cza na tro­nie ko­bietę. A że woj­na nie łagod­nie­je z po­wo­du płci i wy­bu­cha także wte­dy, kie­dy kra­jem włada ko­bieta, dzieła hi­sto­rycz­ne zmu­szo­ne są od­no­to­wać pewną liczbę wa­lecz­nych królo­wych, które nie mają in­ne­go wyjścia, jak ode­grać rolę ja­kie­goś Chur­chil­la, Sta­li­na czy Ro­ose­vel­ta. Se­mi­ra­mi­da z Ni­ni­wy, twórczy­ni króle­stwa asy­ryj­skie­go, i Bo­udi­ka, która prze­wo­dziła jed­ne­mu z naj­krwaw­szych po­wstań bry­tyj­skich prze­ciw ce­sar­stwu rzym­skie­mu, to niektóre z przykładów. Tej dru­giej zresztą po­sta­wio­no po­mnik przy moście nad Ta­mizą, naprze­ciwko Big Bena. Zaj­rzyj­cie do niej, jeśli będzie­cie w po­bliżu.

Hi­sto­rycz­ne księgi nie­wie­le na­to­miast mówią o ko­bie­cych wo­jow­ni­kach w roli zwykłych żołnie­rzy, ćwiczących posługi­wa­nie się bro­nią, tworzących re­gi­men­ty i biorących udział w bi­twach z wro­gi­mi ar­mia­mi na ta­kich sa­mych za­sa­dach jak mężczyźni. Choć ist­niały od za­wsze. Nie­mal żadna woj­na nie ro­ze­grała się bez udziału ko­biet.

Roz­dział 1

Piątek 8 kwiet­nia

DOK­TOR AN­DERS JO­NAS­SON zo­stał zbu­dzo­ny przez siostrę Hannę Ni­can­der. Było tuż przed wpół do dru­giej w nocy.

– Co się dzie­je? – za­py­tał oszołomio­ny.

– Ląduje he­li­kop­ter. Dwo­je pa­cjentów. Star­szy mężczy­zna i młoda ko­bie­ta. Ona z raną po­strzałową.

– Aha – po­wie­dział An­ders Jo­nas­son zmęczo­nym głosem.

Na­gle oprzy­tom­niał, choć drze­mał tyl­ko ja­kieś pół go­dzi­ny. Miał noc­ny dyżur w izbie przyjęć w szpi­ta­lu Sahl­gren­ska w Göte­bor­gu. To był po­twor­nie wy­czer­pujący wieczór. Odkąd o osiem­na­stej zaczął dyżur, do szpi­ta­la przyjęto czte­ry oso­by z czołowe­go zde­rze­nia sa­mo­chodów pod Lin­do­me. Jed­na była w sta­nie kry­tycz­nym, a jed­na zo­stała uzna­na za zmarłą za­raz po przy­by­ciu. Zaj­mo­wał się także kel­nerką, która oblała so­bie nogi wrzątkiem w kuch­ni re­stau­ra­cji na Ave­nyn, oraz ura­to­wał życie czte­ro­let­nie­mu chłopcu, przy­wie­zio­ne­mu do szpi­ta­la z bez­de­chem, po tym jak połknął kółko od sa­mo­chodziku. Opa­trzył też rany na­sto­lat­ki, która wje­chała ro­we­rem do wy­ko­pu. Wy­dział dro­go­wy uznał za słuszne wy­ko­pać dół aku­rat przy zjeździe ze ścieżki ro­we­ro­wej, a po­tem ktoś do tego wy­ko­pu wrzu­cił ko­ziołki ostrze­gaw­cze. Dziew­czy­na miała czter­naście szwów na twa­rzy. Poza tym będzie po­trze­bo­wała no­wych sie­ka­czy. Jo­nas­son przy­szył także kawałek kciu­ka, który pe­wien za­pa­lo­ny maj­ster­ko­wicz odciął so­bie he­blem.

Około je­de­na­stej licz­ba nagłych przy­padków się zmniej­szyła. Zro­bił obchód i spraw­dził stan przyjętych pa­cjentów, a po­tem wy­co­fał się do po­ko­ju wy­po­czyn­ko­we­go, żeby się chwilę odprężyć. Jego dyżur kończył się o szóstej rano. Rzad­ko sy­piał, na­wet jeśli nie było żad­nych nagłych przy­padków, ale aku­rat tej nocy nie­mal na­tych­miast za­padł w drzemkę.

Sio­stra Han­na Ni­can­der podała mu ku­bek her­ba­ty. Jesz­cze nie wie­działa nic bliższe­go o no­wych pa­cjen­tach.

An­ders Jo­nas­son wyj­rzał przez okno i zo­ba­czył, że od stro­ny mo­rza moc­no się błyska. He­li­kop­ter zdążył na­prawdę w ostat­niej chwi­li. Właśnie za­czy­nał się ulew­ny deszcz. Nad Göte­borg nad­ciągała bu­rza.

Stojąc przy oknie, usłyszał odgłos sil­ników i zo­ba­czył, jak he­li­kop­ter, kołysa­ny po­dmu­cha­mi wia­tru, zniża się nad lądo­wi­skiem. Wstrzy­mał na chwilę od­dech. Pi­lot z tru­dem utrzy­my­wał kon­trolę nad ma­szyną. Po­tem he­li­kop­ter zniknął mu z pola wi­dze­nia i usłyszał, jak sil­nik zwal­nia ob­ro­ty. Upił łyk her­ba­ty i od­sta­wił ku­bek.

AN­DERS JO­NAS­SON cze­kał na no­sze przy wejściu na od­dział ra­tun­ko­wy. Dyżurująca wraz z nim Ka­ta­ri­na Holm zajęła się pa­cjen­tem, który wje­chał pierw­szy – star­szym mężczyzną z poważnymi obrażenia­mi twa­rzy. Dok­to­ro­wi Jo­nas­so­no­wi przy­padła więc w udzia­le dru­ga oso­ba, ko­bie­ta z raną po­strzałową. Obej­rzał ją szyb­ko i stwier­dził, że wygląda jak na­sto­lat­ka, bar­dzo brud­na, za­krwa­wio­na i poważnie ran­na. Uniósł koc, którym ra­tow­ni­cy otu­li­li jej ciało, i za­uważył, że ktoś za­kleił rany po­strzałowe na bio­drze i ra­mie­niu sre­brzystą taśmą izo­la­cyjną, co wydało mu się niesłycha­nie mądrym po­su­nięciem. Taśma nie do­pusz­czała bak­te­rii i ha­mo­wała upływ krwi. Jed­na z kul tra­fiła ją z boku w bio­dro i przeszła na wy­lot przez tkankę mięśniową. Po­tem uniósł jej ramię i zlo­ka­li­zo­wał dziurę po kuli na ple­cach. Nie było otwo­ru wy­lotowego, co ozna­czało, że po­cisk nadal znaj­do­wał się w oko­li­cy ra­mie­nia. Miał na­dzieję, że nie prze­bił płuca, a że w kąciku ust dziew­czy­ny nie stwier­dził krwi, pomyślał, że naj­wi­docz­niej płuco jest całe.

– Rent­gen! – zawołał do asy­stującej pielęgniar­ki. Więcej nie mu­siał mówić.

Wresz­cie roz­ciął opa­tru­nek, którym ra­tow­ni­cy owinęli głowę dziew­czy­ny. Prze­szedł go lo­do­wa­ty dreszcz, kie­dy pod pal­ca­mi wy­czuł dziurę po kuli i zro­zu­miał, że mu­siała zo­stać po­strze­lo­na w głowę. Tu­taj też nie było otwo­ru wy­lo­to­we­go.

An­ders Jo­nas­son za­trzy­mał się na kil­ka se­kund i przyj­rzał się dziew­czy­nie. Na­gle po­czuł przygnębie­nie. Często mówił, że jest jak bram­karz. Co­dzien­nie przy­cho­dzi­li do nie­go lu­dzie w różnym sta­nie z jed­nym tyl­ko pra­gnie­niem – otrzy­mać po­moc. Sie­dem­dzie­sięciocz­te­ro­let­nie sta­rusz­ki, które mdlały w Nord­stans Gal­le­ria, bo ser­ce odmówiło im posłuszeństwa, czter­na­sto­let­ni chłopcy ze śru­bokrętem wbi­tym w lewe płuco i szes­na­sto­let­nie dziew­czy­ny, które najadły się ta­ble­tek ec­sta­sy, po­tem tańczyły osiem­naście go­dzin, a na ko­niec padały, sine na twa­rzy. Ofia­ry pobić oraz wy­padków w miej­scu pra­cy. Małe dzie­ci po­gry­zio­ne przez psy bo­jo­we na Va­sa­plat­sen i pa­no­wie złote rączki, którzy chcie­li tyl­ko przy­ciąć kil­ka de­sek swo­imi piłami Black & Dec­ker, a kończy­li z nad­garst­kiem roz­ha­ra­ta­nym aż do szpi­ku kości.

An­ders Jo­nas­son był bram­ka­rzem stojącym między pa­cjen­ta­mi a przed­siębior­stwem po­grze­bo­wym. Był osobą, która de­cy­do­wała, co robić. Jeśli podjął niewłaściwą de­cyzję, pa­cjent mógł umrzeć lub obu­dzić się ka­leką na całe życie. Prze­ważnie jego de­cyzje były słuszne, co wy­ni­kało głównie z tego, że większość po­szko­do­wa­nych miała oczy­wi­sty, ściśle określony pro­blem. Rana kłuta płuca lub złama­nie po wy­pad­ku sa­mo­cho­do­wym były łatwe do ogar­nięcia i zro­zu­miałe. Życie pa­cjenta zależało od ro­dza­ju obrażeń i zręczności le­ka­rza.

Ale dwóch ro­dzajów obrażeń An­ders Jo­nas­son nie­na­wi­dził. Jed­nym z nich były ciężkie opa­rze­nia, które właści­wie nie­za­leżnie od za­sto­so­wa­nych środków zwy­kle kończyły się cier­pie­niem na całe życie. Dru­gim były ura­zy głowy.

Dziew­czy­na leżąca przed nim na no­szach mogła żyć z kulą w bio­drze i z kulą w ra­mie­niu. Ale kula znaj­dująca się gdzieś w jej mózgu sta­no­wiła pro­blem zupełnie in­nej ka­te­go­rii. Na­gle usłyszał, że sio­stra Han­na coś mówi.

– Słucham?

– To ona.

– Kto taki?

– Lis­beth Sa­lan­der. Dziew­czy­na, którą ści­gają od kil­ku ty­go­dni za potrójne mor­der­stwo w Sztok­hol­mie.

An­ders Jo­nas­son spoj­rzał na twarz pa­cjent­ki. Sio­stra miała rację. To jej zdjęcie pasz­por­to­we wraz ze wszyst­ki­mi miesz­kańcami Szwe­cji od Wiel­ka­no­cy oglądał na afi­szach re­kla­mo­wych przy każdym kio­sku. Te­raz mor­der­czy­ni sama zo­stała po­strze­lo­na, co było chy­ba czymś w ro­dza­ju ro­man­tycz­nie poj­mo­wa­nej spra­wie­dli­wości.

Ale to go nie in­te­re­so­wało. Jego za­da­niem było ura­to­wa­nie życia pa­cjen­to­wi, obojętnie, czy był potrójnym mor­dercą, czy lau­re­atem Na­gro­dy No­bla. Czy na­wet jed­nym i dru­gim.

PO­TEM ROZPĘTAŁ SIĘ kon­tro­lo­wa­ny cha­os, jaki zwy­kle pa­nu­je na po­go­to­wiu. Per­so­nel ze zmia­ny Jo­nas­so­na ru­ty­no­wo za­brał się do dzieła. Ubra­nia, które Lis­beth Sa­lan­der jesz­cze miała na so­bie, zo­stały po­roz­ci­na­ne. Pielęgniar­ka zmie­rzyła ciśnie­nie krwi – sto na sie­dem­dzie­siąt – pod­czas gdy le­karz przykładał ste­to­skop do pier­si dziew­czy­ny i wsłuchi­wał się w ude­rze­nia ser­ca, które były dosyć mia­ro­we, i od­dech, który już tak mia­ro­wy nie był.

Dok­tor Jo­nas­son bez na­mysłu uznał stan Lis­beth Sa­lan­der za kry­tycz­ny. Rany w ra­mie­niu i bio­drze mogły na ra­zie po­cze­kać, opa­trzo­ne kom­pre­sa­mi lub na­wet kawałkami taśmy, którymi ktoś po­mysłowy je za­kleił. Ważna była głowa. Dok­tor Jo­nas­son zle­cił to­mo­gra­fię kom­pu­te­rową. To­mo­graf szpi­tal nabył za pie­niądze po­dat­ników.

An­ders Jo­nas­son miał blond włosy i nie­bie­skie oczy. Po­cho­dził z Umeå. Od dwu­dzie­stu lat pra­co­wał w szpi­ta­lach Sahl­gren­ska i Östra Sju­khu­set, ko­lej­no jako pra­cow­nik na­uko­wy, pa­to­log i le­karz po­go­to­wia. Od­zna­czał się czymś, co za­dzi­wiało jego ko­legów i spra­wiało, że per­so­nel był dum­ny, że może z nim pra­co­wać: dok­tor miał cel, żeby żaden pa­cjent nie umarł na jego dyżurze, i w jakiś nie­pojęty sposób uda­wało mu się utrzy­mać wy­nik ze­ro­wy. Kil­ko­ro jego pa­cjentów wpraw­dzie zmarło, ale nastąpiło to pod­czas dal­szej ku­ra­cji lub z przy­czyn zupełnie nie­za­leżnych od jego działań.

Po­nad­to Jo­nas­son miał nie­zbyt or­to­dok­syj­ne poglądy na rze­miosło le­kar­skie. Uważał, że le­ka­rze mają cza­sem skłonność do wyciąga­nia wniosków bez po­kry­cia i dla­te­go o wie­le za szyb­ko się pod­dają albo za dużo cza­su poświęcają na zba­da­nie, co pa­cjen­to­wi do­le­ga, żeby później za­sto­so­wać od­po­wied­nie le­cze­nie. Oczy­wiście wszyst­ko zga­dza się z tym, cze­go uczą podręczni­ki, ale pro­ble­mem jest to, że pa­cjent może umrzeć, a le­ka­rze nadal dys­ku­tują. W naj­gor­szym ra­zie le­karz może dojść do wnio­sku, że ma do czy­nie­nia z przy­pad­kiem bez­na­dziej­nym, i prze­rwać le­cze­nie.

Lecz An­ders Jo­nas­son nig­dy przed­tem nie miał pa­cjen­ta z kulą w głowie. Przy­pusz­czal­nie po­trzeb­ny był neu­ro­chi­rurg. Czuł, że nie będzie w sta­nie temu podołać, lecz na­gle uświa­do­mił so­bie, że ma więcej szczęścia, niż na to zasługu­je. Za­nim się prze­brał i przystąpił do szo­ro­wa­nia dłoni, zawołał do Han­ny Ni­can­der:

– W Ka­ro­lin­ska w Sztok­hol­mie pra­cu­je ame­ry­kański pro­fe­sor, na­zy­wa się Frank El­lis, a te­raz prze­by­wa w Göte­bor­gu. Jest zna­nym spe­cja­listą od mózgu, do tego moim do­brym ko­legą. Miesz­ka w ho­te­lu Ra­dis­son na Ave­nyn. Czy może pani zdo­być nu­mer jego te­le­fo­nu?

An­ders Jo­nas­son cze­kał jesz­cze na zdjęcia rent­ge­now­skie, gdy Han­na Ni­can­der wróciła z te­le­fo­nem do Ra­dis­so­na. Le­karz rzu­cił okiem na ze­ga­rek – pierw­sza czter­dzieści dwie – i pod­niósł słuchawkę. Noc­ny por­tier wyjątko­wo niechętnie łączył roz­mo­wy o tej po­rze, więc za­nim dok­tor Jo­nas­son zo­stał połączo­ny, mu­siał po­wie­dzieć kil­ka ostrych słów o sy­tu­acji przy­mu­so­wej.

– Dzień do­bry, Frank – po­wie­dział. – Mówi An­ders. Słyszałem, że je­steś w Göte­bor­gu. Czy masz ochotę wpaść do Sahl­gren­ska i po­asy­sto­wać mi przy ope­ra­cji neu­ro­chi­rur­gicz­nej?

– Are you bul­l­shit­ting me? – ode­zwał się Frank El­lis scep­tycz­nym to­nem. Wpraw­dzie miesz­kał w Szwe­cji od wie­lu lat i bez pro­ble­mu po­ro­zu­mie­wał się po szwedz­ku – choć nadal miał ame­ry­kański ak­cent – ale jego pod­sta­wo­wym języ­kiem po­zo­stał an­giel­ski. An­ders Jo­nas­son mówił po szwedz­ku, a on od­po­wia­dał po an­giel­sku.

– Frank, przy­kro mi, że prze­ga­piłem twój wykład, ale pomyślałem, że mógłbyś mi udzie­lić pry­wat­nych lek­cji. Mam tu młodą ko­bietę, która zo­stała po­strze­lo­na w głowę. Kula weszła tuż nad le­wym uchem. Nie dzwo­niłbym do cie­bie, gdy­bym nie po­trze­bo­wał se­cond opi­nion. I nie przy­cho­dzi mi do głowy nikt bar­dziej od­po­wied­ni niż ty.

– Mówisz poważnie?

– To dziew­czy­na w wie­ku około dwu­dzie­stu pięciu lat.

– I zo­stała po­strze­lo­na w głowę?

– Jest wlot kuli, nie ma wy­lo­tu.

– Ale ona żyje?

– Słaby, lecz mia­ro­wy puls, mniej re­gu­lar­ny od­dech, ciśnie­nie sto na sie­dem­dzie­siąt. Poza tym ma kulę w ra­mie­niu i po­strzał w bio­dro. Tymi dwie­ma spra­wa­mi po­tra­fię się zająć.

– To do­brze ro­ku­je – stwier­dził pro­fe­sor El­lis.

– Do­brze ro­ku­je?

– Kie­dy człowiek ma kulę w głowie i nadal żyje, jest duża na­dzie­ja.

– Czy mógłbyś mi asy­sto­wać?

– Muszę się przy­znać, że wieczór spędziłem w to­wa­rzy­stwie przy­ja­ciół. Położyłem się o pierw­szej i przy­pusz­czal­nie mam jesz­cze we krwi im­po­nująco dużo pro­mi­li…

– Ja będę po­dej­mo­wał de­cy­zje i wy­ko­ny­wał cięcia. Ale po­trze­buję kogoś, kto będzie mi asy­sto­wał i mówił, czy nie robię cze­goś niemądre­go. I, szcze­rze po­wie­dziaw­szy, pi­ja­ny w sztok pro­fe­sor El­lis jest przy­pusz­czal­nie o kil­ka klas lep­szy niż ja, jeśli cho­dzi o ocenę uszko­dzeń mózgu.

– Okej. Przy­jadę. Ale je­steś mi wi­nien przysługę.

– Taksówka cze­ka przed ho­te­lem.

PRO­FE­SOR FRANK EL­LIS prze­sunął oku­la­ry na czoło i po­dra­pał się w kark. Spoj­rze­nie utkwił w mo­ni­to­rze kom­pu­te­ra, który po­ka­zy­wał każdy za­ka­ma­rek i zakątek mózgu Lis­beth Sa­lan­der. El­lis miał pięćdzie­siąt trzy lata, kru­czo­czar­ne włosy z pa­sem­ka­mi si­wi­zny, ciem­ny za­rost, i wyglądał jak dru­go­pla­no­wa po­stać z Ostre­go dyżuru. Jego wygląd świad­czył o tym, że re­gu­lar­nie spędza spo­ro cza­su na siłowni.

Do­brze się czuł w Szwe­cji. Przy­je­chał na wy­mianę jako młody na­uko­wiec pod ko­niec lat sie­dem­dzie­siątych i zo­stał dwa lata. Po­tem wra­cał przy różnych oka­zjach, aż otrzy­mał pro­fe­surę w Ka­ro­lin­ska In­sti­tu­tet. Był już wte­dy spe­cja­listą o między­na­ro­do­wej sławie.

An­ders Jo­nas­son znał Fran­ka El­li­sa od czter­na­stu lat. Naj­pierw spo­tka­li się na ja­kimś se­mi­na­rium w Sztok­hol­mie i od­kry­li, że obaj pa­sjo­nują się wędkar­stwem mu­cho­wym. An­ders za­brał ko­legę na ryby do Nor­we­gii. Przez lata utrzy­my­wa­li kon­takt, od­by­li jesz­cze kil­ka wy­praw wędkar­skich. Ale nig­dy ra­zem nie pra­co­wa­li.

– Ludz­ki mózg to ta­jem­ni­cza spra­wa – po­wie­dział pro­fe­sor El­lis. – Od dwu­dzie­stu lat się nim zaj­muję. A na­wet dłużej.

– Wiem. Prze­pra­szam, że tak cię wy­rwałem…

– Ech – Frank El­lis machnął lek­ce­ważąco dłonią. – To cię będzie kosz­to­wało bu­telkę crag­gan­mo­re, kie­dy znów się wy­bie­rze­my na ryby.

– Okej, to nie­dro­go.

– Kil­ka lat temu, kie­dy pra­co­wałem w Bo­sto­nie, miałem po­dob­ny przy­pa­dek. Na­pi­sałem o nim w „New En­gland Jo­ur­nal of Me­di­ci­ne”. To była dziew­czy­na w tym sa­mym wie­ku co two­ja pa­cjent­ka. Właśnie szła na uni­wer­sy­tet, kie­dy ktoś strze­lił jej w głowę z ku­szy. Strzała wbiła się w zewnętrzny ko­niec le­we­go łuku brwio­we­go i prze­szyła głowę, wy­chodząc pra­wie na środ­ku kar­ku.

– I przeżyła? – za­py­tał Jo­nas­son z nie­do­wie­rza­niem.

– Strasz­nie to wyglądało, kie­dy przy­wie­zio­no ją na po­go­to­wie. Ucięliśmy strzałę i włożyliśmy jej głowę do to­mo­gra­fu. Strzała przeszła na wy­lot przez mózg. We­dle wszel­kie­go praw­do­po­do­bieństwa po­win­na nie żyć albo w naj­lep­szym przy­pad­ku mieć tak poważne obrażenia, żeby zapaść w śpiączkę.

– A tym­cza­sem?

– Przez cały czas za­cho­wy­wała świa­do­mość. Ale to jesz­cze nic. Oczy­wiście była prze­rażona, ale równo­cześnie miała całko­wi­cie ja­sny umysł. Je­dy­ny pro­blem sta­no­wiło to, że przez jej głowę prze­cho­dziła strzała.

– I co zro­biłeś?

– No cóż, wziąłem szczyp­ce, wyciągnąłem strzałę i za­kleiłem ranę pla­strem. Mniej więcej tak.

– Przeżyła?

– Jej stan był oczy­wiście kry­tycz­ny przez dłuższy czas, choć, szcze­rze mówiąc, mo­gli­byśmy wysłać ją do domu jesz­cze tego sa­me­go dnia. Nig­dy nie miałem zdrow­sze­go pa­cjen­ta.

An­ders Jo­nas­son za­sta­na­wiał się, czy pro­fe­sor El­lis so­bie z nie­go nie żar­tu­je.

– A z dru­giej stro­ny – mówił da­lej El­lis – kil­ka lat temu miałem w Sztok­hol­mie czter­dzie­sto­dwu­let­nie­go pa­cjen­ta, który ude­rzył głową w ramę okna i do­znał lek­kie­go stłucze­nia. Miał mdłości i jego sa­mo­po­czu­cie po­gar­szało się tak szyb­ko, że ka­ret­ka za­brała go do szpi­ta­la. Kie­dy go zo­ba­czyłem, był nie­przy­tom­ny. Miał guza i bar­dzo nie­wiel­kie krwa­wie­nie. Ale nig­dy nie od­zy­skał przy­tom­ności i po dzie­więciu dniach zmarł na in­ten­syw­nej te­ra­pii. Do dzi­siaj nie wiem dla­cze­go. W pro­to­ko­le z ob­duk­cji po­da­liśmy wy­lew jako następstwo nieszczęśli­we­go wy­pad­ku, lecz nikt z nas nie był za­do­wo­lo­ny z tej dia­gno­zy. Krwa­wie­nie było tak niesłycha­nie małe i zlo­ka­li­zo­wa­ne tak, że nie po­win­no mieć żad­nych następstw. A mimo to wątro­ba, ner­ki, płuca i ser­ce po ko­lei od­ma­wiały posłuszeństwa. Im je­stem star­szy, tym wyraźniej widzę, że to coś w ro­dza­ju ru­let­ki. Oso­biście nie je­stem prze­ko­na­ny, czy kie­dy­kol­wiek uda się nam zba­dać, jak dokład­nie działa mózg. Co za­mie­rzasz zro­bić?

Po­stu­kał pi­sa­kiem w mo­ni­tor.

– Miałem na­dzieję, że ty mi to po­wiesz.

– Naj­pierw po­wiedz, jak ty to oce­niasz.

– Hm… po pierw­sze, wygląda na to, że to po­cisk nie­wiel­kie­go ka­li­bru. Kula weszła przy skro­ni i do­stała się mniej więcej czte­ry cen­ty­me­try w głąb mózgu. Do­ty­ka ko­mo­ry bocz­nej, tam też wystąpiło krwa­wie­nie.

– I co należy zro­bić?

– Używając two­jej ter­mi­no­lo­gii: wziąć szczyp­ce i wyciągnąć kulę tą samą drogą, którą weszła.

– Zna­ko­mi­ta pro­po­zy­cja. Ale ja użyłbym naj­cieńszej pęsety, jaką masz.

– Tak po pro­stu?

– Co in­ne­go możemy w tym przy­pad­ku zro­bić? Możemy zo­sta­wić kulę tam, gdzie jest, i może dziew­czy­na dożyje stu lat, ale to też ozna­cza duże ry­zy­ko. Może na­ba­wić się epi­lep­sji, mi­gre­ny czy po­dob­ne­go draństwa. A nie chce­my chy­ba otwie­rać czasz­ki za rok, kie­dy rana już się za­goi. Kula znaj­du­je się w pew­nej od­ległości od ważnych żył. Ra­dziłbym ją usunąć, ale…

– Ale co?

– Tak na­prawdę to nie kula mnie mar­twi. To właśnie jest w uszko­dze­niach mózgu naj­bar­dziej fa­scy­nujące: jeśli przeżyła po­strze­le­nie kulą w głowę, przeżyje także jej wyjęcie. Pro­blem sta­no­wi ra­czej to. – Wska­zał mo­ni­tor. – Wokół otwo­ru wlo­to­we­go jest mnóstwo odłamków kości. Widzę co naj­mniej tu­zin kawałków o długości kil­ku mi­li­metrów. Niektóre wbiły się w tkankę mózgową. To one mogą ją zabić, jeśli nie za­cho­wasz ostrożności.

– Ta część mózgu od­po­wia­da za li­cze­nie i zdol­ności ma­te­ma­tycz­ne.

El­lis wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Na­uko­we bla-bla. Nie mam pojęcia, do cze­go służą aku­rat te sza­re komórki. Możesz tyl­ko próbować zro­bić wszyst­ko jak naj­le­piej. To ty ope­ru­jesz. Ja będę ci zaglądał przez ramię. Mogę pożyczyć far­tuch i gdzieś się wy­szo­ro­wać?

MI­KA­EL BLOM­KVIST zerknął na ze­ga­rek i stwier­dził, że jest krótko po trze­ciej nad ra­nem. Miał na rękach kaj­dan­ki. Na se­kundę za­mknął oczy. Był śmier­tel­nie zmęczo­ny, ale napędzała go ad­re­na­li­na. Otwo­rzył oczy i ze złością spoj­rzał na ko­mi­sa­rza Tho­ma­sa Pauls­so­na, który z wy­ra­zem za­sko­cze­nia na twa­rzy od­wza­jem­nił spoj­rze­nie. Sie­dzie­li przy sto­le ku­chen­nym w białym wiej­skim domu nie­da­le­ko Nos­se­bro, zwa­nym Gos­se­ber­ga, o którym Mi­ka­el usłyszał po raz pierw­szy nie­całe dwa­naście go­dzin wcześniej.

Ka­ta­stro­fa stała się fak­tem.

– Idio­ta – rzu­cił Mi­ka­el.

– Słuchaj pan…

– Idio­ta – powtórzył Mi­ka­el. – Mówiłem, do kur­wy nędzy, że jest wyjątko­wo nie­bez­piecz­ny. Po­wie­działem, że mu­si­cie się z nim ob­cho­dzić jak z od­bez­pie­czo­nym gra­na­tem. Za­mor­do­wał co naj­mniej trzy oso­by, jest wiel­ki jak czołg i po­tra­fi za­bi­jać gołymi rękami. A pan wysyła po nie­go dwóch wiej­skich gli­nia­rzy, jak­by był ja­kimś nie­dziel­nym pi­jacz­kiem.

Mi­ka­el znów przy­mknął oczy. Za­sta­na­wiał się, co jesz­cze tej nocy mogło pójść nie tak.

Zna­lazł Lis­beth Sa­lan­der tuż przed północą, ciężko ranną. Za­alar­mo­wał po­licję. Udało mu się też namówić ra­tow­ników, żeby przysłali he­li­kop­ter i ewa­ku­owa­li Lis­beth do szpi­ta­la Sahl­gren­ska. Dokład­nie opi­sał jej obrażenia i dziurę po kuli w głowie, aż jakaś mądra i ro­zum­na oso­ba pojęła, że dziew­czy­na po­trze­bu­je na­tych­mia­sto­wej po­mo­cy.

Mimo to he­li­kop­ter po­ja­wił się do­pie­ro pół go­dzi­ny później. Ze sto­doły, służącej także jako garaż, Mi­ka­el wy­pro­wa­dził dwa sa­mo­cho­dy i włączył ich re­flek­to­ry, by oświe­tlić miej­sce do lądo­wa­nia na polu przed do­mem.

Załoga he­li­kop­te­ra wraz z dwo­ma pielęgnia­rza­mi działała pro­fe­sjo­nal­nie, ru­ty­no­wo. Je­den z pielęgnia­rzy udzie­lał pierw­szej po­mo­cy Lis­beth, pod­czas gdy dru­gi zaj­mo­wał się Alek­san­drem Za­la­chenką, zna­nym także jako Karl Axel Bo­din. Za­la­chenko był oj­cem Lis­beth Sa­lan­der i jej naj­większym wro­giem. Próbował ją zabić, ale mu się nie udało. Mi­ka­el zna­lazł go ciężko ran­ne­go w dre­wut­ni na ubo­czu obejścia, z fa­tal­nie wyglądającą raną od sie­kie­ry na twa­rzy i zmiażdżoną nogą.

W OCZE­KI­WA­NIU NA HE­LI­KOP­TER Mi­ka­el zro­bił dla Lis­beth, co mógł. Przy­niósł z szaf­ki na bie­liznę czy­ste przeście­radło, pociął je w pasy i założył pierw­szy opa­tru­nek. Za­uważył, że w otwo­rze wlo­to­wym kuli za­schnięta krew działa jak ko­rek, i nie był pe­wien, czy ma założyć opa­tru­nek, czy nie. W końcu bar­dzo luźno obwiązał przeście­radłem głowę, głównie po to, żeby rana nie była wy­sta­wio­na na bak­te­rie i brud. Krwa­wie­nie z po­strzałów w bio­drze i w ra­mie­niu za­ta­mo­wał w naj­prost­szy z możli­wych spo­sobów. W ja­kiejś szaf­ce zna­lazł rolkę sze­ro­kiej srebr­nej taśmy izo­la­cyj­nej i po pro­stu za­kleił rany. Obmył jej twarz wil­got­nym ręczni­kiem i spróbował usunąć brud.

Nie po­szedł do dre­wut­ni, żeby udzie­lić po­mo­cy Za­la­chen­ce. W ci­chości du­cha przy­znał się sam przed sobą, że ani trochę go nie ob­cho­dzi.

Cze­kając na ra­tow­ników, za­dzwo­nił także do Eri­ki Ber­ger i opo­wie­dział, co się dzie­je.

– A to­bie nic się nie stało? – za­py­tała.

– Ze mną wszyst­ko w porządku – od­parł Mi­ka­el. – To Lis­beth jest ran­na.

– Bied­na dziew­czy­na – po­wie­działa Eri­ka Ber­ger. – Wie­czo­rem prze­czy­tałam ra­port Björcka dla Säpo. Co masz za­miar z tym zro­bić?

– Na­wet nie mam siły o tym myśleć – stwier­dził Mi­ka­el.

Pod­czas roz­mo­wy z Eriką sie­dział na podłodze przy so­fie i ob­ser­wo­wał Lis­beth Sa­lan­der. Wcześniej zdjął jej buty i spodnie, żeby założyć opa­tru­nek na bio­dro, i te­raz nie­ocze­ki­wa­nie położył rękę na spodniach, które rzu­cił na podłogę przy so­fie. W kie­sze­ni wy­czuł jakiś twar­dy przed­miot. Po chwi­li wyciągnął palm­to­pa Palm Tung­sten T3.

Zmarsz­czył brwi i w zamyśle­niu przyglądał się kom­pu­te­ro­wi. Kie­dy usłyszał odgłos he­li­kop­te­ra, wsunął go do wewnętrznej kie­sze­ni kurt­ki. Po­tem – jesz­cze ciągle był sam – po­chy­lił się nad dziew­czyną i prze­szu­kał wszyst­kie jej kie­sze­nie. Zna­lazł ko­lej­ny kom­plet klu­czy od miesz­ka­nia na Mo­se­bac­ke i pasz­port wy­sta­wio­ny na na­zwi­sko Ire­ne Nes­ser. Szyb­ko włożył wszyst­ko do przegródki swo­jej tor­by kom­pu­te­ro­wej.

PIERW­SZY WÓZ PO­LI­CYJ­NY z Fre­dri­kiem Tor­stens­so­nem i Gun­na­rem An­ders­so­nem z po­li­cji z Trollhättan zja­wił się kil­ka mi­nut po wylądo­wa­niu he­li­kop­te­ra. Po nich przy­je­chał ko­mi­sarz Tho­mas Pauls­son i na­tych­miast objął do­wo­dze­nie. Mi­ka­el pod­szedł do nie­go i zaczął tłuma­czyć, co się stało. Pauls­son zro­bił na nim wrażenie przemądrzałego i sztyw­ne­go tre­pa służbi­sty. To po jego przy­by­ciu wszyst­ko zaczęło iść nie tak.

Pauls­son w żaden sposób nie oka­zy­wał, że ro­zu­mie, o czym Mi­ka­el mówi. Spra­wiał wrażenie dziw­nie otu­ma­nio­ne­go i je­dyną rzeczą, jaka do nie­go do­cie­rała, był fakt, że ta zma­sa­kro­wa­na dziew­czy­na na podłodze obok ku­chen­nej sofy to po­szu­ki­wa­na li­stem gończym potrójna mor­der­czy­ni Lis­beth Sa­lan­der. Naj­wy­raźniej trak­to­wał ją jako cen­ny łup. Trzy razy pytał zajętego udzie­la­niem po­mo­cy pielęgnia­rza ze służby ra­tow­ni­czej, czy dziew­czynę można aresz­to­wać na miej­scu. W końcu pielęgniarz wstał i ryknął, żeby trzy­mał się na od­ległość ra­mie­nia.

Po­tem Pauls­son skon­cen­tro­wał się na ran­nym Alek­san­drze Za­la­chen­ce leżącym w dre­wut­ni i Mi­ka­el usłyszał, jak ko­mi­sarz zgłasza przez ra­dio, że Sa­lan­der naj­wy­raźniej próbowała zabić ko­lejną osobę.

W tym mo­men­cie Mi­ka­el był już tak zi­ry­to­wa­ny za­cho­wa­niem Pauls­so­na, który ewi­dent­nie nie słyszał ani słowa z tego, co próbował mu po­wie­dzieć, że pod­nie­sio­nym głosem za­ape­lo­wał do nie­go, żeby na­tych­miast za­dzwo­nił do in­spek­to­ra Jana Bu­blan­skie­go ze Sztok­hol­mu. Wyciągnął komórkę i za­pro­po­no­wał, że wy­bie­rze nu­mer. Ale Pauls­son nie był za­in­te­re­so­wa­ny.

Po­tem Mi­ka­el popełnił dwa błędy.

Zde­cy­do­wa­nie oświad­czył, że praw­dzi­wym potrójnym mor­dercą jest mężczy­zna, który na­zy­wa się Ro­nald Nie­der­mann i jest zbu­do­wa­ny jak pan­cer­ny ro­bot, cier­pi na anal­gezję wro­dzoną i obec­nie sie­dzi związany w ro­wie przy dro­dze do Nos­se­bro. Opi­sał miej­sce, gdzie można zna­leźć Nie­der­manna, i po­ra­dził, żeby po­li­cja wysłała po nie­go spe­cjal­nie uzbro­jo­ny od­dział pie­szych funk­cjo­na­riu­szy. Pauls­son za­py­tał, jak Nie­der­mann zna­lazł się w ro­wie, na co Mi­ka­el szcze­rze przy­znał, że to on do­pro­wa­dził go do tego, grożąc mu bro­nią.

– Grożąc bro­nią? – zdzi­wił się ko­mi­sarz Pauls­son.

W tym mo­men­cie Mi­ka­el po­wi­nien zro­zu­mieć, że Pauls­son jest kom­plet­nym kre­ty­nem. Po­wi­nien wziąć komórkę i sam za­dzwo­nić do Jana Bu­blan­skie­go i po­pro­sić go o in­ter­wencję, żeby rozpędzić tę mgłę, która zda­wała się ota­czać Pauls­sona. A tym­cza­sem popełnił błąd nu­mer dwa i spróbował oddać broń, którą miał w kie­sze­ni kurt­ki – pi­sto­let typu colt 1911 go­vern­ment, zna­le­zio­ny tego dnia w miesz­ka­niu Lis­beth Sa­lan­der w Sztok­hol­mie. Za jego po­mocą udało mu się obezwładnić Ro­nal­da Nie­der­man­na.

Pauls­son po­sta­no­wił na­tych­miast aresz­to­wać Mi­ka­ela Blom­kvi­sta pod za­rzu­tem nie­le­gal­ne­go po­sia­da­nia bro­ni. Po­le­cił także dwójce po­li­cjantów, Tor­stens­so­no­wi i An­ders­so­no­wi, udać się we wspo­mnia­ne miej­sce przy dro­dze do Nos­se­bro i spraw­dzić, czy w opo­wieści o związa­nym człowie­ku siedzącym w ro­wie przy zna­ku ostrze­gającym przed łosia­mi jest choć odro­bi­na praw­dy. Gdy­by się oka­zało, że to praw­da, mie­li go skuć kaj­dan­ka­mi i przy­wieźć do Gos­se­ber­gi.

Mi­ka­el na­tych­miast za­pro­te­sto­wał, tłumacząc, że Ro­nald Nie­der­mann nie jest osobą, którą można tak po pro­stu poj­mać i skuć kaj­dan­ka­mi – jest nie­zwy­kle groźnym mor­dercą. Kie­dy Pauls­son zi­gno­ro­wał jego pro­test, zmęcze­nie wzięło górę. Mi­ka­el na­zwał Pauls­sona nie­kom­pe­tent­nym dup­kiem i krzyknął do Tor­stens­so­na i An­ders­so­na, żeby nie próbo­wa­li uwal­niać Ro­nalda Nie­der­manna przed przy­by­ciem posiłków.

Jego wy­buch przy­niósł tyl­ko tyle, że zo­stał za­ku­ty w kaj­dan­ki i po­sa­dzo­ny na tyl­nym sie­dze­niu służbo­we­go wozu Pauls­so­na, skąd, klnąc pod no­sem, mógł wi­dzieć, jak Tor­stens­son i An­ders­son odjeżdżają ra­dio­wo­zem. Je­dy­nym ja­snym punk­tem w tej bez­na­dziej­nej sy­tu­acji był fakt, że Lis­beth Sa­lan­der zo­stała załado­wa­na do he­li­kop­te­ra i od­la­ty­wała nad czub­ka­mi drzew w kie­run­ku szpi­ta­la. Mi­ka­el czuł się całko­wi­cie bez­rad­ny i wyłączo­ny z obie­gu in­for­ma­cji. Te­raz mógł tyl­ko mieć na­dzieję, że ktoś kom­pe­tent­ny zaj­mie się Lis­beth.