Wydawca: Czarna Owca Kategoria: Kryminał Język: polski

Millennium. Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet ebook

Stieg Larsson

4.57894736842105 (19)
Bestseller

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 727 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Millennium. Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet - Stieg Larsson

Pewnego wrześniowego dnia w 1966 roku szesnastoletnia Harriet Vanger znika jak kamień w wodę. Prawie czterdzieści lat później Mikael Blomkvist otrzymuje nietypowe zlecenie od Henrika Vangera. Stojący na czele wielkiego koncernu magnat przemysłowy prosi znajdującego się na zakręcie życiowym dziennikarza o napisanie kroniki rodzinnej Vangerów. Okazuje się, że spisywanie dziejów to tylko pretekst do próby rozwiązania zagadki zniknięcia Harriet. Mikael Blomkvist, skazany za zniesławienie, redaktor czasopisma "Millennium", przechodzi kryzys wartości i rezygnuje z obowiązków zawodowych. Podejmuje się niezwykłego zlecenia, opuszcza Sztokholm i osiada w niewielkiej wiosce na północy kraju. Po pewnym czasie dołącza do niego młoda ekscentryczna hackerka, Lisbeth Salander. Wspólnie, choć nie zawsze ramię w ramię, biorą pod lupę przeszłość klanu Vangerów i wykrywają prawdę o wiele bardziej mroczną i krwawą niż ta, którą spodziewali się odnaleźć...

Opinie o ebooku Millennium. Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet - Stieg Larsson

Fragment ebooka Millennium. Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet - Stieg Larsson

STIEGLARS­SON

MĘŻCZYŹNI, KTÓRZYNIE­NA­WIDZĄ KO­BIET

Przełożyła Be­ata Wal­czak-Lars­son

Wy­daw­nic­two Czar­na Owca

War­sza­wa 2014

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wy­daw­cy. Pro­si­my, abyś prze­strze­gał praw, ja­kie im przysługują. Jej za­war­tość możesz udostępnić nie­odpłat­nie oso­bom bli­skim lub oso­biście zna­nym. Ale nie pu­bli­kuj jej w in­ter­ne­cie. Jeśli cy­tu­jesz jej frag­men­ty, nie zmie­niaj ich treści i ko­niecz­nie za­znacz, czy­je to dzieło. A ko­piując jej część, rób to je­dy­nie na użytek oso­bisty.

Sza­nuj­my cudzą własność i pra­wo.

Więcej na www.le­gal­na­kul­tu­ra.pl

Pol­ska Izba Książki

Tytuł ory­gi­nału

MÄN SOM HA­TAR KVIN­NOR

Re­dak­cja

Grażyna Ma­sta­lerz

Skład i łama­nie

Ma­ria Ko­wa­lew­ska

Ko­rek­ta

Ewa Ja­strun

Co­py­ri­ght © Stieg Lars­son 2005

First pu­bli­shed by Nor­stedts, Swe­den, in 2005.

The text pu­bli­shed by agre­ement with Nor­stedts Agen­cy.

Co­py­ri­ght © for the co­ver il­lu­stra­tion by Nor­ma Com­mu­ni­ca­tion, Jörgen Einéus

Pho­to of Stieg Lars­son: Da­niel La­gerlöf

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Ja­cek San­tor­ski & Co Agen­cja Wy­daw­ni­cza, 2008

Wszel­kie pra­wa za­strzeżone. Ni­niej­szy plik jest objęty ochroną pra­wa au­tor­skie­go i za­bez­pie­czo­ny zna­kiem wod­nym (wa­ter­mark).

Uzy­ska­ny dostęp upo­ważnia wyłącznie do pry­wat­ne­go użytku. Roz­po­wszech­nia­nie całości lub frag­men­tu ni­niej­szej pu­bli­ka­cji w ja­kiej­kol­wiek po­sta­ci bez zgo­dy właści­cie­la praw jest za­bro­nio­ne.

Wy­da­nie I po­pra­wio­ne

ISBN 978-83-7554-262-2

ul. Alzacka 15a, 03-972 Warszawae-mail: wydawnictwo@czarnaowca.plDział handlowy: tel. (22) 616 29 36; faks (22) 433 51 51Zapraszamy do naszego sklepu internetowego:www.czarnaowca.pl

Skład wersji elektronicznej:Virtualo Sp. z o.o.

PRO­LOG

Li­sto­pa­do­wy piątek

TEN SCE­NA­RIUSZ po­wta­rzał się każdego roku. Ad­re­sat skończył właśnie osiem­dzie­siąt dwa lata. Jak zwy­kle otwo­rzył paczkę i zdarł ozdob­ny pa­pier. A później pod­niósł słuchawkę i wy­brał nu­mer byłego ko­mi­sa­rza kry­mi­nal­ne­go, który po przejściu na eme­ry­turę osiadł nad je­zio­rem Sil­jan. Mężczyźni uro­dzi­li się nie tyl­ko w tym sa­mym roku, ale dokład­nie tego sa­me­go dnia, co w tym kon­kret­nym przy­pad­ku za­kra­wało na coś w ro­dza­ju iro­nii losu. Wiedząc, że te­le­fon za­dzwo­ni za­raz po wi­zy­cie li­sto­no­sza, około je­de­na­stej, ko­mi­sarz pił spo­koj­nie kawę. W tym roku za­dzwo­nił już o dzie­siątej trzy­dzieści. Po­li­cjant ode­brał i nie przed­sta­wiając się, po­wie­dział:

– Hej.

– Przyszła.

– Jak wygląda tym ra­zem?

– Nie mam pojęcia, co to za roślina. Ale do­wiem się oczy­wiście. Kwiat jest biały.

– Zga­duję, że nie dołączo­no żad­ne­go li­stu?

– Nie, nie ma żad­nej wia­do­mości. Tyl­ko kwia­tek. I taka sama ram­ka jak w ubiegłym roku. Zwykła nie­dro­ga rzecz do sa­mo­dziel­ne­go mon­tażu.

– Stem­pel pocz­to­wy?

– Ze Sztok­hol­mu.

– Cha­rak­ter pi­sma?

– Jak za­wsze, dru­ko­wa­ne li­te­ry. Duże i pro­ste.

Tym sa­mym te­mat zo­stał wy­czer­pa­ny i przez dłuższą chwilę mężczyźni sie­dzie­li w mil­cze­niu po obu końcach li­nii. Eme­ry­to­wa­ny ko­mi­sarz roz­parł się wy­god­nie przy ku­chen­nym sto­le, pociągając fajkę.

Wie­dział, że nie spo­dzie­wa­no się już po nim żad­ne­go zbaw­cze­go czy choćby tyl­ko szczególnie in­te­li­gent­ne­go py­ta­nia, które mogłoby rzu­cić nowe światło na sprawę. Ten czas minął bez­pow­rot­nie daw­no temu. Roz­mo­wa dwóch pod­sta­rzałych mężczyzn miała ra­czej cha­rak­ter ry­tuału w ob­li­czu mi­ste­rium, które – oprócz nich – ni­ko­go nie in­te­re­so­wało.

ŁACIŃSKA NA­ZWA brzmiała Lep­to­sper­mum (Myr­ta­ce­ae) ru­bi­net­te. Roślina była nie­po­zorną, mniej więcej dwu­na­sto­cen­ty­me­trową krze­winką o drob­nych, po­dob­nych do igiełek wrzo­su list­kach. Nie­wiel­kie kwia­tusz­ki składały się z pięciu płatków. Po­cho­dziła z au­stra­lij­skie­go bu­szu i tam­tej­szych gór, gdzie rosła w gęstych kępach tra­wy. Na­zy­wa­no ją de­sert snow. Trochę później eks­pert z ogro­du bo­ta­nicz­ne­go w Up­psa­li stwier­dziła, że to rzad­ka roślina, tyl­ko spo­ra­dycz­nie upra­wia­na w Szwe­cji. W eks­pertyzie na­pi­sała, że jest spo­krew­nio­na z drzew­kiem her­ba­cia­nym i że często myli się ją z jej znacz­nie po­spo­lit­szym ku­zy­nem Lep­to­sper­mum sco­pa­rium, który po­ra­sta w nad­mia­rze Nową Ze­lan­dię. Różnica według eks­per­ta po­le­ga na tym, że końce płatków ru­bi­net­te zdo­bią mi­kro­sko­pij­ne różowe punk­ci­ki, na­dając im różowa­wy od­cień.

Ru­bi­net­te za­dzi­wiała bez­pre­ten­sjo­nal­nością. Nie miała żad­nej war­tości ko­mer­cyj­nej, żad­nych zna­nych właściwości lecz­ni­czych ani ha­lu­cy­no­gen­nych. Nie służyła jako pożywie­nie czy przy­pra­wa ani nie używa­no jej do pro­duk­cji na­tu­ral­nych barw­ników. Miała jed­nak pew­ne zna­cze­nie dla Abo­ry­genów, którzy tra­dy­cyj­nie uważali te­re­ny i roślin­ność wokół Ay­ers Rock za świętość. Wyglądało na to, że je­dy­ne za­da­nie rośliny o ka­pryśnej uro­dzie po­le­gało na by­ciu piękną i po­wabną.

W swo­im orze­cze­niu up­psal­ska bo­ta­nicz­ka pod­kreśliła, że de­sert snow należy w Au­stra­lii do rzad­kości, a w Skan­dy­na­wii sta­no­wi uni­kat. Sama rośliny nig­dy nie wi­działa, ale od ko­legów po fa­chu do­wie­działa się, że próbo­wa­no ją wpro­wa­dzić do jed­ne­go z göte­bor­skich ogrodów. Nie można też wy­klu­czyć, że w pry­wat­nych szklar­niach mają ją en­tu­zjaści eg­zo­tycz­nych roślin i inni bo­ta­ni­cy ama­to­rzy. Nie jest łatwa w upra­wie, po­nie­waż wy­ma­ga łagod­ne­go, su­che­go kli­ma­tu oraz zi­mo­wa­nia w ocie­plo­nym po­miesz­cze­niu. Nie sprzy­ja jej wa­pien­ne podłoże i po­trze­bu­je na­wad­nia­nia od spodu, bez­pośred­nio do ko­rze­nia. Trze­ba umieć się z nią ob­cho­dzić.

FAKT, ŻE ROŚLINA była w Szwe­cji nie­zmier­nie rzad­ka, teo­re­tycz­nie ułatwiał do­tar­cie do źródła właśnie tego eg­zem­pla­rza, ale w prak­ty­ce było to nie­możliwe. Nie ist­niały żadne re­je­stry ani li­cen­cje, które można było przej­rzeć i spraw­dzić. Nikt nie wie­dział, jak wie­lu pry­wat­nych ho­dowców w ogóle podjęło się upra­wy tak wy­ma­gającej rośliny – nie­wy­klu­czo­ne, że cho­dziło o jed­ne­go albo kil­ku­na­stu ogrod­ników z dostępem do na­sion i sa­dzo­nek, które bez tru­du można kupić bez­pośred­nio w fir­mie wysyłko­wej, u ja­kie­goś in­ne­go pa­sjo­na­ta albo w ogro­dzie bo­ta­nicz­nym gdzie­kol­wiek w Eu­ro­pie. Krze­win­ka mogła być równie do­brze przy­wie­zio­na z Au­stra­lii. Od­na­le­zie­nie ho­dowcy wśród mi­lionów po­sia­da­czy cie­plar­ni czy zwykłej do­nicz­ki na po­ko­jo­wym pa­ra­pe­cie należało za­li­czyć do spraw bez­na­dziej­nych.

Ru­bi­net­te była tyl­ko jedną z sze­re­gu za­gad­ko­wych roślin, które pierw­sze­go li­sto­pa­da w gru­bej ko­per­cie za­wsze przy­cho­dziły na ten sam ad­res. Ga­tun­ki zmie­niały się, ale za­zwy­czaj były to piękne i sto­sun­ko­wo rzad­kie kwia­ty. Za­wsze spo­czy­wały na pa­pie­rze akwa­re­lo­wym, pie­czołowi­cie za­su­szo­ne i chro­nio­ne szkłem pro­stej ram­ki o wy­mia­rach dwa­dzieścia dzie­więć na szes­naście cen­ty­metrów.

ROŚLIN­NE MI­STE­RIUM nie było po­wszech­nie zna­ne, nig­dy nie ko­men­to­wały go me­dia, wie­działo o nim za­le­d­wie nie­wiel­kie, za­mknięte gro­no. Trzy­dzieści lat temu co­rocz­ne prze­syłki były przed­mio­tem ana­liz w Państwo­wym La­bo­ra­to­rium Tech­ni­ki Kry­mi­nal­nej. Ba­da­li je eks­per­ci dak­ty­lo­sko­pii, gra­fo­lo­dzy, po­li­cjan­ci z sek­cji do­cho­dze­nio­wo-śled­czej, ro­dzi­na i przy­ja­cie­le ad­re­sa­ta. Obec­nie dra­mat roz­gry­wał się już tyl­ko między trze­ma ak­to­ra­mi: pod­sta­rzałym ju­bi­la­tem, eme­ry­to­wa­nym po­li­cjan­tem i oczy­wiście nie­zna­jo­mym nadawcą pre­zen­tu. Po­nie­waż przy­najm­niej dwaj z nich osiągnęli za­cny wiek, kie­dy war­to zacząć przy­go­to­wa­nia do tego, co nie­unik­nio­ne, krąg za­in­te­re­so­wa­nych w naj­bliższym cza­sie mógł się zmniej­szyć.

Eme­ry­to­wa­ny po­li­cjant był doświad­czo­nym we­te­ra­nem. Nig­dy nie za­po­mni swo­jej pierw­szej in­ter­wen­cji, która po­le­gała na wsa­dze­niu do mam­ra agre­syw­ne­go i kom­plet­nie pi­ja­ne­go ma­szy­ni­sty w na­staw­ni, żeby nie na­py­tał jesz­cze więcej bie­dy so­bie sa­me­mu i in­nym. W trak­cie ka­rie­ry ko­mi­sarz za­my­kał kłusow­ników, mężów mal­tre­tujących żony, oszustów, złodziei sa­mo­chodów i pi­ja­nych kie­rowców. Spo­ty­kał włamy­wa­czy, ra­bu­siów, me­li­nia­rzy, gwałci­cie­li, a raz tra­fił na niezrówno­ważone­go ka­sia­rza z dy­na­mi­tem. Brał udział w dzie­więciu do­cho­dze­niach w spra­wie mor­der­stwa lub zabójstwa. W pięciu przy­pad­kach spraw­ca sam za­dzwo­nił na po­licję, by ze skruchą wy­znać, że właśnie za­ka­tru­pił swoją żonę, bra­ta czy in­ne­go członka ro­dzi­ny. W trzech do­cho­dze­niach szu­ka­no nie­zna­ne­go spraw­cy, dwa mor­der­stwa zo­stały wyjaśnio­ne w ciągu kil­ku dni, a trze­cie, we współpra­cy z Cen­tral­nym Biu­rem Śled­czym, w ciągu dwóch lat.

Dzie­wiąte udało się roz­wiązać, to zna­czy do­cho­dze­niow­cy wie­dzie­li, kto jest mor­dercą, ale do­wo­dy były tak nikłe, że pro­ku­ra­tor po­sta­no­wił za­wie­sić śledz­two. Wkrótce, ku nie­za­do­wo­le­niu ko­mi­sa­rza, spra­wa uległa przedaw­nie­niu. Ogólnie rzecz biorąc, miał za sobą im­po­nującą ka­rierę i po­wo­dy do za­do­wo­le­nia ze swo­ich do­ko­nań.

A jed­nak da­le­ki był od tego.

Spra­wa za­su­szo­nych kwiatów sta­no­wiła dla ko­mi­sa­rza bo­le­sny cierń, ciągle nie­roz­wiązaną, fru­strującą za­gadkę, której poświęcił nie­porówny­wal­nie więcej cza­su niż wszyst­kim in­nym.

Sy­tu­acja była podwójnie ab­sur­dal­na, po­nie­waż po dosłownie tysiącach go­dzin prze­myśleń, zarówno w pra­cy, jak i poza nią, ciągle nie po­tra­fił z pew­nością stwier­dzić, czy w ogóle ma do czy­nie­nia z przestępstwem.

Obaj mężczyźni wie­dzie­li, że oso­ba opra­wiająca roślinę w ram­ki używa ręka­wi­czek, nie zo­sta­wiając żad­nych od­cisków palców ani na drew­nie, ani na szkle. Wie­dzie­li, że nie­możliwe jest do­tar­cie do nadaw­cy. Wie­dzie­li, że po­dob­ne ram­ki są dostępne w każdym skle­pie fo­to­gra­ficz­nym czy pa­pier­ni­czym na całym świe­cie. Po pro­stu nie ist­niały żadne tro­py, którymi można by podążyć. Prze­syłki najczęściej wysyłane były ze Sztok­hol­mu, ale trzy­krot­nie z Lon­dy­nu, dwu­krot­nie z Paryża i z Ko­pen­ha­gi, raz z Ma­dry­tu i z Bonn oraz z – naj­bar­dziej za­gad­ko­we­go – Pen­sa­co­la w USA. O ile wszyst­kie po­zo­stałe mia­sta były zna­ny­mi sto­li­ca­mi, o tyle o ame­ry­kańskiej miej­sco­wości ko­mi­sarz nig­dy nie słyszał i mu­siał po­szu­kać jej w atla­sie.

POŻEGNAW­SZY SIĘ z ko­mi­sa­rzem, osiem­dzie­sięcio­dwu­let­ni ju­bi­lat sie­dział przez dłuższą chwilę nie­ru­cho­mo, z ocza­mi utkwio­ny­mi w au­stra­lij­skiej rośli­nie, o której na­zwie jesz­cze nie miał pojęcia. A później pod­niósł wzrok. Nad biur­kiem, w czte­rech rzędach po dzie­sięć i w piątym składającym się tyl­ko z czte­rech prze­szklo­nych ra­mek, wi­siały czter­dzieści trzy za­su­szo­ne kwia­ty. W naj­wyższym rzędzie bra­ko­wało jed­nej rośliny. Miej­sce nu­mer dzie­więć świe­ciło pustką. Krze­win­ka de­sert snow miała otrzy­mać nu­mer czter­dzieści czte­ry.

Po raz pierw­szy jed­nak wy­da­rzyło się coś, co od­bie­gało od co­rocz­ne­go sce­na­riu­sza. Zupełnie na­gle, bez ostrzeżenia, mężczy­zna zaczął płakać. Ten nie­spo­dzie­wa­ny wy­buch emo­cji po po­nad czter­dzie­stu la­tach zdzi­wił jego sa­me­go.

18 pro­cent szwedz­kich ko­biet doświad­czyło choć raz groźby ze stro­ny mężczy­zny.

CZĘŚĆ I

Bodźce

20 grud­nia – 3 stycz­nia

Roz­dział 1

Piątek 20 grud­nia

PRO­CES ZAKOŃCZYŁ SIĘ de­fi­ni­tyw­nie i wszyst­ko, co było do po­wie­dze­nia, zo­stało już po­wie­dzia­ne. Mężczy­zna ani przez se­kundę nie wątpił, że zo­stanie ska­za­ny. Wy­rok po­da­no do pu­blicz­nej wia­do­mości o dzie­siątej rano, te­raz pozo­stało tyl­ko uza­sad­nie­nie i ko­men­ta­rze re­por­terów cze­kających przed bu­dyn­kiem sądu re­jo­no­we­go.

Mi­ka­el Blom­kvist zo­ba­czył ich przez uchy­lo­ne drzwi i za­trzy­mał się na mo­ment. Nie chciał dys­ku­to­wać o orze­cze­niu sądu, które właśnie mu prze­ka­za­no, ale py­ta­nia były nie­unik­nio­ne – i kto jak kto, ale właśnie on wie­dział, że muszą zo­stać za­da­ne i że on sam musi na nie od­po­wie­dzieć. A więc tak czu­je się człowiek, który jest przestępcą – pomyślał. Po niewłaści­wej stro­nie mi­kro­fo­nu. Wy­pro­sto­wał się i próbował zmu­sić do uśmie­chu. Re­por­te­rzy nie po­zo­sta­li dłużni i – odro­binę onieśmie­le­ni – po­ki­wa­li życz­li­wie głowa­mi.

– No to zo­bacz­my… „Afton­bla­det”, „Expres­sen”, TT, TV4 i… je­steś z… aha, „Da­gens In­du­stri”. Ani chy­bi zo­stałem me­dialną gwiazdą – stwier­dził.

– Daj nam jakiś tekst, Kal­le Blom­kvist – ode­zwał się dzien­ni­karz jed­nej z popołudniówek.

Mi­ka­el Blom­kvist, którego pełne imię i na­zwi­sko brzmiało Carl Mi­ka­el Blom­kvist, jak za­wsze sta­rał się nie oka­zać iry­ta­cji na dźwięk tego sta­re­go przy­dom­ka. Dwa­dzieścia lat temu, w cza­sie swo­je­go pierw­sze­go dzien­ni­kar­skie­go zastępstwa, bez własne­go udziału i zupełnie przy­pad­ko­wo zde­ma­sko­wał szajkę ra­bu­siów, którzy w ciągu dwóch lat do­ko­na­li pięciu spek­ta­ku­lar­nych na­padów. Nie ule­gało wątpli­wości, że cho­dziło o jedną i tę samą grupę, która wy­spe­cja­li­zo­wała się w wy­jaz­dach na pro­wincję i ob­ra­bia­niu nie­wiel­kich banków. Ro­bi­li to z ze­gar­mi­strzowską wręcz pre­cyzją. Spraw­cy na­padów no­si­li la­tek­so­we ma­ski przed­sta­wiające po­sta­cie z filmów Wal­ta Di­sneya, toteż po­li­cja, nie bez ko­ze­ry, nadała im mia­no Ligi Ka­czo­ra Do­nal­da. Ga­ze­ty upie­rały się jed­nak przy poważniej­szej na­zwie i prze­chrzciły Ligę na Niedźwie­dzią Bandę, cho­ciażby ze względu na to, że ra­bu­sie dwu­krot­nie, bru­tal­nie i nie troszcząc się o los bliźnich, od­da­li kil­ka ostrze­gaw­czych strzałów, grożąc prze­chod­niom i zbyt do­cie­kli­wym świad­kom.

Szósty na­pad miał miej­sce w środ­ku lata w Östergötland. Jed­nym ze świadków był – znaj­dujący się właśnie w ban­ku – re­por­ter lo­kal­nej rozgłośni ra­dio­wej. Za­re­ago­wał zgod­nie ze służbo­wy­mi in­struk­cja­mi. Gdy tyl­ko ra­bu­sie opuścili bank, udał się do au­to­ma­tu te­le­fo­nicz­ne­go i zdał z całości re­lację, którą prze­ka­za­no słucha­czom na żywo.

Dwu­dzie­sto­trzy­let­ni Mi­ka­el Blom­kvist bawił wte­dy ze zna­jomą w dom­ku let­ni­sko­wym jej ro­dziców, nie­da­le­ko Ka­tri­ne­holm. Na­wet przesłuchującemu go później po­li­cjan­to­wi nie był w sta­nie wytłuma­czyć, dla­cze­go połączył aku­rat te fak­ty, ale gdy tyl­ko usłyszał w ra­diu o na­pa­dzie, pomyślał o czte­rech chłopa­kach wy­naj­mujących do­mek kil­ka­set metrów da­lej. Zo­ba­czył ich po raz pierw­szy parę dni wcześniej, gdy szedł ze zna­jomą na lody. Gra­li w bad­min­to­na. Prześli­zgnął się wzro­kiem po czte­rech atle­tycz­nie zbu­do­wa­nych blon­dy­nach z obnażony­mi tor­sa­mi. Naj­wy­raźniej zaj­mo­wa­li się kul­tu­ry­styką. Coś mu­siało jed­nak za­nie­po­koić Mi­ka­ela, po­nie­waż spoj­rzał na nich jesz­cze raz. Może dla­te­go, że mimo nie­sa­mo­wi­tej spie­ko­ty roz­gry­wa­li mecz z jakąś rzu­cającą się w oczy za­jadłością. To nie było zwykłe gra­nie dla za­bi­cia cza­su.

Nie miał żad­ne­go ra­cjo­nal­ne­go po­wo­du, żeby po­dej­rze­wać tych młodych mężczyzn o na­pad na bank, ale gna­ny nie­ja­snym prze­czu­ciem po­szedł na spa­cer i za­trzy­maw­szy się na wzgórzu z wi­do­kiem na do­mek za­miesz­ki­wa­ny przez chłopaków, stwier­dził, że jest on chwi­lo­wo opusz­czo­ny. Po mniej więcej czter­dzie­stu mi­nu­tach na podwórko wje­chało vo­lvo, z którego wy­sie­dli zna­jo­mi blon­dy­ni. Wyglądało na to, że bar­dzo im się spie­szy. Każdy dźwigał sporą torbę tre­nin­gową, co samo w so­bie mogło zna­czyć, że właśnie wykąpali się w je­zio­rze. Ale gdy je­den z nich wrócił do sa­mo­cho­du i wyciągnął jakiś przed­miot, który na­tych­miast przy­krył kurtką, Mi­ka­el na­wet ze swo­je­go sto­sun­ko­wo od­ległego punk­tu ob­ser­wa­cyj­ne­go roz­po­znał sta­ry sza­cow­ny AK4. To był dokład­nie ten sam mo­del, z którym zupełnie nie­daw­no miał do czy­nie­nia pod­czas rocz­nej służby woj­sko­wej. Za­dzwo­nił na po­licję i opo­wie­dział o swo­ich ob­ser­wa­cjach. Było to pre­lu­dium do trzy­do­bo­we­go spek­ta­klu o oblężeniu dom­ku let­ni­sko­we­go, re­la­cjo­no­wa­ne­go nie­ustan­nie przez me­dia. Mi­ka­el, z sążni­stym ho­no­ra­rium fre­elan­ce­ra piszącego dla jed­nej z popołudniówek, zaj­mo­wał naj­lep­sze miej­sce na wi­dow­ni. Po­li­cja ulo­ko­wała swoją kwa­terę główną w za­par­ko­wa­nej nie­opo­dal przy­cze­pie kem­pin­go­wej.

Dzięki spra­wie Niedźwie­dziej Ban­dy Mi­ka­el stał się gwiazdą. Ceną sławy oka­zał się tytuł ar­ty­kułu, od którego nie mogła się po­wstrzy­mać kon­ku­ren­cyj­na popołudniówka: Kal­le Blom­kvist roz­wiązał za­gadkę. Pew­na star­sza fe­lie­to­nist­ka, au­tor­ka tego kpiar­skie­go tek­stu, po­zwo­liła so­bie na licz­ne alu­zje do stwo­rzo­nej przez Astrid Lind­gren po­sta­ci młode­go de­tek­ty­wa. Na do­miar złego ar­ty­kuł zi­lu­stro­wa­no ziar­nistą fo­to­gra­fią, na której Mi­ka­el z półotwar­ty­mi usta­mi i wznie­sio­nym w górę pal­cem wyglądał, jak gdy­by wy­da­wał in­struk­cje umun­du­ro­wa­ne­mu po­li­cjan­to­wi. W rze­czy­wi­stości wska­zy­wał mu drogę do wy­chod­ka.

BEZ ZNA­CZE­NIA był fakt, że Mi­ka­el nig­dy nie używał pierw­sze­go imie­nia i że nig­dy nie sy­gno­wał żad­ne­go tek­stu na­zwi­skiem Carl Blom­kvist. Tego dnia ku swo­jej roz­pa­czy zy­skał wśród ko­legów po fa­chu przy­do­mek Kal­le Blom­kvist. Prze­zwi­sko wy­ma­wia­no z drażniącą drwiną, wpraw­dzie nig­dy nieżycz­li­wie, ale też nig­dy z praw­dziwą życz­li­wością. Mi­ka­el nie cier­piał swo­je­go przy­dom­ka, choć oczy­wiście uwiel­biał książki Astrid Lind­gren. Do­pie­ro po wie­lu la­tach i kil­ku znaczących do­ko­na­niach dzien­ni­kar­skich po­czuł, że prze­zwi­sko zaczęło blednąć. A mimo to ciągle jesz­cze wzdry­gał się na dźwięk imie­nia młode­go de­tek­ty­wa.

Uśmiechnął się więc po­god­nie, zaglądając re­por­te­ro­wi popołudniówki w oczy.

– Wymyśl coś sam. Prze­cież two­je tek­sty za­zwy­czaj i tak są wy­ssa­ne z pal­ca.

Ton wy­po­wie­dzi nie był nie­przy­ja­zny. Wszy­scy obec­ni zna­li się przy­najm­niej z wi­dze­nia, a jego naj­bar­dziej za­go­rza­li kry­ty­cy zre­zy­gno­wa­li z przyjścia do sądu. Z jed­nym re­por­te­rem współpra­co­wał kil­ka lat temu, a jedną z ko­biet – Tę z TV4 – kie­dyś pra­wie udało mu się po­de­rwać.

– Do­stał pan tam porządnie po głowie – stwier­dził re­pre­zen­tant „Da­gens In­du­stri”, zde­cy­do­wa­nie nie­opie­rzo­ny żółto­dziób na zastępstwie.

– W rze­czy sa­mej – przy­znał Mi­ka­el. Inna od­po­wiedź była nie do pomyśle­nia.

– No więc jak się pan czu­je?

Mimo po­wa­gi sy­tu­acji ani Mi­ka­el, ani jego star­si ko­le­dzy nie mo­gli po­wstrzy­mać się od uśmieszków. Mi­ka­el wy­mie­nił błyska­wicz­ne spoj­rze­nie z TV4. „Jak się pan/pani czu­je?” to je­dy­ne py­ta­nie, ja­kie w mnie­ma­niu Poważnych Dzien­ni­ka­rzy Nie­roz­gar­nięci Re­por­te­rzy Spor­to­wi po­tra­fi­li zadać Zdy­sza­ne­mu Spor­tow­co­wi po dru­giej stro­nie mety. Ale po chwi­li Mi­ka­el spo­ważniał.

– Na­tu­ral­nie po­zo­sta­je mi tyl­ko ubo­le­wać, że sąd nie do­szedł do in­ne­go wnio­sku – od­po­wie­dział bar­dziej for­mal­nie.

– Trzy mie­siące więzie­nia i sto pięćdzie­siąt tysięcy od­szko­do­wa­nia. To ude­rzy dość moc­no po kie­sze­ni – ode­zwała się Ta z TV4.

– Przeżyję.

– Zażąda pan od Wen­nerströma prze­pro­sin? Poda mu rękę?

– Nie, nie sądzę. Moje zda­nie na te­mat mo­ra­le za­wo­do­we­go pana Wen­nerströma nie uległo szczególnej zmia­nie.

– Czy­li w dal­szym ciągu uważa go pan za łaj­da­ka? – za­py­tał młod­zik z „Da­gens In­du­stri”.

Za py­ta­niem krył się cy­tat z po­ten­cjal­nie ka­ta­stro­fal­nym nagłówkiem i Mi­ka­el niewątpli­wie pośli­zgnąłby się na skórce od ba­na­na, gdy­by nie fakt, że dzien­ni­karz sam za­sy­gna­li­zo­wał nie­bez­pie­czeństwo, na­zbyt gor­li­wie wy­su­wając mi­kro­fon. In­da­go­wa­ny za­sta­no­wił się więc kil­ka se­kund nad od­po­wie­dzią.

Uznaw­szy, że Mi­ka­el Blom­kvist na­ru­szył god­ność fi­nan­si­sty Han­sa-Eri­ka Wen­nerströma, sąd ska­zał go za zniesławie­nie. Pro­ces do­biegł końca, ska­zany nie miał za­mia­ru odwoływać się od wy­ro­ku. Ale co by się stało, gdy­by nie­ostrożnie powtórzył swo­je zda­nie na scho­dach sądu? Do­szedł do wnio­sku, że nie chce znać od­po­wie­dzi.

– Uważałem, że ist­niały po­wo­dy, dla których opu­bli­ko­wałem po­sia­da­ne in­for­ma­cje. Sąd miał od­mien­ne zda­nie i muszę oczy­wiście za­ak­cep­to­wać fakt, że wszczęto postępo­wa­nie praw­ne. Te­raz, za­nim po­dej­mie­my de­cyzję co do przyszłych działań, w re­dak­cji dogłębnie prze­dys­ku­tu­je­my po­sta­no­wie­nia sądu. Nie mam nic więcej do po­wie­dze­nia.

– Ale za­po­mniałeś, że dzien­ni­karz musi umieć po­przeć swo­je opi­nie do­wo­da­mi – przy­po­mniała Ta z TV4 trochę ostrzej­szym to­nem.

Nie po­tra­fił za­prze­czyć. Byli do­bry­mi przy­ja­ciółmi. Miała neu­tral­ny wy­raz twa­rzy, ale Mi­ka­el do­strzegł w jej oczach cień roz­cza­ro­wa­nia i dez­apro­ba­ty.

Udzie­lał od­po­wie­dzi jesz­cze przez kil­ka trud­nych mi­nut. W po­wie­trzu wi­siało py­ta­nie, którego jed­nak żaden z dzien­ni­ka­rzy nie zadał, może dla­te­go, że do­ty­czyło żenująco nie­pojętej spra­wy: jak Mi­ka­el mógł na­pi­sać tekst tak to­tal­nie po­zba­wio­ny sub­stan­cji? Ze­bra­ni przed sądem re­por­te­rzy, z wyjątkiem zastępcy z „Da­gens In­du­stri”, byli we­te­ra­na­mi o dużym doświad­cze­niu. Dla nich od­po­wiedź na to py­ta­nie leżała poza gra­nicą zro­zu­mie­nia.

Ta z TV4 usta­wiła Blom­kvi­sta przed drzwia­mi ra­tu­sza i powtórzyła swo­je py­ta­nia przed ka­merą. Była bar­dziej życz­li­wa, niż na to zasługi­wał, i padało wy­star­czająco dużo do­brych cy­tatów, by za­do­wo­lić wszyst­kich re­por­terów. Hi­sto­ria mu­siała za­owo­co­wać tłusty­mi nagłówka­mi – tego nie dało się uniknąć – ale Mi­ka­el upo­rczy­wie po­wta­rzał so­bie, że tak na­prawdę nie cho­dzi o wy­da­rze­nie me­dial­ne roku. Do­staw­szy to, cze­go chcie­li, dzien­ni­ka­rze ro­ze­szli się do swo­ich re­dak­cji.

MIAŁ ZA­MIAR wrócić pie­szo, ale był wietrz­ny gru­dnio­wy dzień, a on sam dość zmar­z­nięty po wy­wia­dzie na świeżym po­wie­trzu. Gdy tak stał nie­zde­cy­do­wa­ny na scho­dach ra­tu­sza, zo­ba­czył wy­sia­dającego z sa­mo­cho­du Wil­lia­ma Bor­ga. Mu­siał w nim sie­dzieć dłuższą chwilę. Ich oczy spo­tkały się, twarz Bor­ga roz­jaśnił uśmiech.

– War­to było przy­je­chać, cho­ciażby po to, żeby zo­ba­czyć cię z tym do­ku­men­tem w ręce.

Mi­ka­el nie od­po­wie­dział. Zna­li się od piętna­stu lat. Pra­co­wa­li kie­dyś ra­zem na zastępstwie, w dzia­le go­spo­dar­czym jed­ne­go ze stołecz­nych dzien­ników. Może nie za­działała che­mia, ale właśnie wte­dy położyli pod­wa­li­ny pod do­zgonną wro­gość. W oczach Blom­kvi­sta Borg był nie tyl­ko kiep­skim re­por­te­rem, ale też męczącym, małost­ko­wym i pamiętli­wym człowie­kiem, który ka­to­wał oto­cze­nie idio­tycz­ny­mi żar­ta­mi i wyrażał się lek­ce­ważąco o star­szych, a więc bar­dziej doświad­czo­nych re­por­te­rach. Szczególnie nie cier­piał star­szych ko­biet w tym za­wo­dzie. Po pierw­szej kłótni przyszły następne, aż w końcu drob­ne utarcz­ki prze­ro­dziły się w oso­bi­sty an­ta­go­nizm.

Przez dłuższy czas spo­ty­ka­li się spo­ra­dycz­nie, ale pod ko­niec lat dzie­więćdzie­siątych zo­sta­li praw­dzi­wy­mi wro­ga­mi. Mi­ka­el na­pi­sał książkę o dzien­ni­kar­stwie go­spo­dar­czym, w której cy­to­wał frag­men­ty niemądrych ar­ty­kułów sy­gno­wa­nych na­zwi­skiem nie­przy­ja­cie­la. Borg jawił się więc jako Jędrek-Mędrek, który zro­zu­miaw­szy większość faktów na opak, wy­chwa­lał pod nie­bio­sa stojące na skra­ju eko­no­micz­nej ka­ta­stro­fy fir­my z branży in­for­ma­tycz­nej. Urażony re­por­ter nie do­ce­nił oczy­wiście ana­li­zy Mi­ka­ela i gdy na­tknęli się kie­dyś na sie­bie w knaj­pie, pra­wie doszło do ręko­czynów. W tym sa­mym cza­sie Borg pożegnał się z dzien­ni­kar­stwem i – za zde­cy­do­wa­nie wyższą pensję – zaczął pra­co­wać jako do­rad­ca w przed­siębior­stwie, które znaj­do­wało się w stre­fie za­in­te­re­so­wań fi­nan­si­sty Han­sa-Eri­ka Wen­nerströma.

Pa­trzy­li na sie­bie dłuższą chwilę, a później Mi­ka­el obrócił się na pięcie i od­szedł. To był cały Borg. Przy­je­chał pod ra­tusz je­dy­nie po to, żeby się pośmiać.

Na przy­stan­ku za­trzy­mała się właśnie czter­dziest­ka i Blom­kvist wsko­czył do au­to­bu­su, żeby jak naj­szyb­ciej uciec. Wy­siadł przy Fri­dhem­splan i stał nie­zde­cy­do­wa­ny, ciągle z wy­ro­kiem w ręku. W końcu skie­ro­wał kro­ki do ka­wiar­ni Anna, mieszczącej się obok ko­men­dy po­li­cji.

Gdy usiadł z kawą lat­te i ka­napką, w ra­diu zaczął się południo­wy ser­wis in­for­ma­cyj­ny. Jego hi­sto­ria upla­so­wała się na trze­cim miej­scu, po sa­mobójczym za­ma­chu bom­bo­wym w Je­ro­zo­li­mie i wia­do­mości o powołaniu rządo­wej ko­mi­sji do­cho­dze­nio­wej w spra­wie do­mnie­ma­ne­go two­rze­nia kar­te­li w prze­myśle bu­dow­la­nym.

Dzien­ni­karz cza­so­pi­sma „Mil­len­nium” Mi­ka­el Blom­kvist zo­stał w piątek rano ska­za­ny na trzy mie­siące więzie­nia za zniesławie­nie przed­siębior­cy Han­sa-Eri­ka Wen­nerströma. W jed­nym z te­go­rocz­nych nu­merów, w głośnym ar­ty­ku­le o tzw. spra­wie Mi­no­sa Blom­kvist twier­dził, że Wen­nerström wy­ko­rzy­stał do han­dlu bro­nią państwo­we środ­ki, prze­zna­czo­ne pier­wot­nie na in­we­sty­cje prze­mysłowe w Pol­sce. Oprócz kary po­zba­wie­nia wol­ności sąd orzekł, że Mi­ka­el Blom­kvist ma zapłacić po­szko­do­wa­ne­mu 150 tysięcy ko­ron tytułem zadośćuczy­nie­nia. Ad­wo­kat Wen­nerströma, Ber­til Cam­ne­mar­ker, podał do wia­do­mości, że jego klient jest usa­tys­fak­cjo­no­wa­ny wy­ro­kiem. To wyjątko­wo poważny przy­pa­dek pomówie­nia, sko­men­to­wał.

Wy­rok li­czył dwa­dzieścia sześć stron. Wyjaśniał po­wo­dy, dla których sąd w piętna­stu punk­tach uznał Mi­ka­ela za win­ne­go zniesławie­nia prze­mysłowca Han­sa-Eri­ka Wen­nerströma. Mi­ka­el skon­sta­to­wał, że każdy z punktów oskarżenia kosz­to­wał go dzie­sięć tysięcy ko­ron i sześć dni więzie­nia. Nie wli­czając kosztów pro­ce­su i ho­no­ra­rium ad­wo­ka­ta. Nie miał siły, żeby choć przez chwilę za­sta­no­wić się nad osta­tecz­nym ra­chun­kiem, pomyślał tyl­ko, że mogło być go­rzej; sąd unie­win­nił go co do sied­miu punktów oskarżenia.

Czy­tając sfor­mułowa­nia wy­ro­ku, czuł nie­przy­jem­nie na­ra­stające uczu­cie ciężkości w oko­li­cy żołądka. Zdzi­wił się. Od początku pro­ce­su wie­dział, że – o ile nie nastąpi cud – zo­sta­nie ska­za­ny. Rzecz nie ule­gała wątpli­wości, zdążył się więc po­go­dzić z tą myślą. Sto­sun­ko­wo bez­tro­sko prze­sie­dział dwa dni roz­pra­wy, by później przez je­de­naście ko­lej­nych – bez spe­cjal­nych emo­cji – cze­kać, aż sąd, prze­myślaw­szy wszyst­ko dogłębnie, sfor­mułuje tekst, który właśnie trzy­mał w ręce. Do­pie­ro te­raz, po zakończe­niu pro­ce­su, po­czuł się bar­dzo nie­swo­jo.

Miał wrażenie, że ko­lej­ny kęs chle­ba rośnie mu w ustach. Przełykając go z tru­dem, od­sunął ka­napkę na bok.

Po raz pierw­szy zo­stał uzna­ny za win­ne­go przestępstwa, w ogóle po raz pierw­szy był o coś po­dej­rza­ny i oskarżony. Orze­cze­nie sądu to w za­sa­dzie błahost­ka. Przestępstwo lek­kiej wagi. Prze­cież nie cho­dziło o na­pad z bro­nią w ręku, mor­der­stwo czy gwałt. Ale fi­nan­so­wo wy­rok będzie od­czu­wal­ny. „Mil­len­nium” nie było me­dial­nym okrętem fla­go­wym o nie­ogra­ni­czo­nych za­so­bach. Cza­so­pi­smu się nie prze­le­wało, ale wy­rok nie ozna­czał fi­nan­so­wej ka­ta­stro­fy. Pro­blem po­le­gał na tym, że Mi­ka­el miał udziały w „Mil­len­nium”, będąc jed­no­cześnie – co za­kra­wało na idio­tyzm – re­dak­to­rem cza­so­pi­sma i jego wy­dawcą. Od­szko­do­wa­nie, sto pięćdzie­siąt tysięcy ko­ron, za­mie­rzał zapłacić z własnej kie­sze­ni, co w za­sa­dzie ozna­czało po­zby­cie się pra­wie wszyst­kich oszczędności. Cza­so­pi­smo po­kry­wało kosz­ty pro­ce­su. Przy rozsądnym go­spo­da­ro­wa­niu po­win­no się udać.

Pomyślał o ewen­tu­al­nej sprze­daży swo­je­go pod­da­sza, co byłoby dość bo­le­snym roz­wiąza­niem. Pod ko­niec ra­do­snych lat osiem­dzie­siątych, kie­dy miał dobrą po­sadę i sto­sun­ko­wo wy­so­kie do­cho­dy, zaczął rozglądać się za porządnym miesz­ka­niem własnościo­wym. Od­rzu­cał ko­lej­ne pro­po­zy­cje pośred­ników, aż w końcu na­tknął się na sześćdzie­siąt pięć metrów kwa­dra­to­wych pod­da­sza przy Bel­l­mans­ga­tan. Po­przed­ni właści­ciel zaczął prze­ra­biać je na miesz­ka­nie, ale kie­dy na­gle otrzy­mał pro­po­zycję pra­cy w fir­mie in­ter­ne­to­wej za gra­nicą, sprze­dał je ta­nio jako lo­kal do re­no­wa­cji.

Nowy właści­ciel dokończył dzieło, nie przej­mując się szczególnie pier­wot­ny­mi szki­ca­mi ar­chi­tek­ta wnętrz. Wydał spo­ro pie­niędzy na urządze­nie kuch­ni i łazien­ki, nie przykładając wagi do resz­ty. Nie położył par­kie­tu i nie po­sta­wił ścian działowych, re­zy­gnując z pla­no­wa­nych dwóch po­koi. Ale wy­cy­kli­no­wał de­ski podłogo­we, po­bie­lił wap­nem ory­gi­nal­ne, chro­po­wa­te ścia­ny i zasłonił naj­większe nie­doróbki kil­ko­ma akwa­re­la­mi Ema­nu­ela Bern­sto­ne’a. W ten sposób po­wstało prze­stron­ne, otwar­te miesz­ka­nie z sy­pial­nią za regałem i nie­wielką kuch­nią od­dzie­loną ba­rem od po­ko­ju, który spełniał funkcję zarówno sa­lo­nu, jak i ja­dal­ni. Pod­da­sze miało dwa okna man­sar­do­we i jed­no w szczy­cie, z wi­do­kiem na dzie­siątki ka­mie­nic biegnących ku Rid­dar­hol­men i Starówce. Przez wąską szcze­linę między nimi Mi­ka­el wi­dział wodę przy Slus­sen i ra­tusz. Dzi­siaj nie byłoby go stać na po­dob­ne miesz­ka­nie i dla­te­go nie chciał się go po­zby­wać.

Ale ry­zy­ko utra­ty pod­da­sza to ba­ga­te­la w porówna­niu z uszczerb­kiem, ja­kie­go do­znał jego wi­ze­ru­nek za­wo­do­wy. Wie­dział, że na­pra­wia­nie tych szkód zaj­mie ogrom­nie dużo cza­su. Jeżeli w ogóle uda się je na­pra­wić.

Cho­dziło o za­ufa­nie. W naj­bliższej przyszłości nie­je­den re­dak­tor za­wa­ha się, za­nim po­dej­mie de­cyzję o pu­bli­ka­cji ar­ty­kułu pod­pi­sa­ne­go przez Blom­kvi­sta. Miał jesz­cze wy­star­czająco wie­lu przy­ja­ciół w branży, skłon­nych za­ak­cep­to­wać to, że padł ofiarą nieszczęśli­we­go zbie­gu oko­licz­ności, ale też nie mógł już po­zwo­lić so­bie na ko­lej­ny, choćby naj­mniej­szy błąd.

Naj­bar­dziej jed­nak bolało go upo­ko­rze­nie.

Mając w ręku wszyst­kie atu­ty, prze­grał z gang­ste­rem w gar­ni­tu­rze od Ar­ma­nie­go. Z łaj­da­kiem pod­szy­wającym się pod giełdo­we­go re­ki­na. Z ja­pi­szo­nem, którego ad­wo­kat szcze­rzył zęby przez cały pro­ces.

Do kur­wy nędzy, jak mogło do tego dojść?

A PRZE­CIEŻ SPRA­WA Wen­nerströma zaczęła się tak obie­cująco, półtora roku temu, w wieczór świętojański, w kok­pi­cie żółtego jach­tu Mälar-30. Wszyst­ko było dziełem przy­pad­ku, za­początko­wa­ne­go za­chcianką ko­le­gi po fa­chu, obec­nie spe­ca od PR w sa­morządzie wo­jewódzkim. Chcąc za­im­po­no­wać swo­jej no­wej dziew­czy­nie, ko­le­ga ów wypożyczył po­chop­nie nie­wiel­ki jacht i za­pro­po­no­wał kil­ku­dniową, żywiołową, ale nie­po­zba­wioną ro­man­ty­zmu prze­jażdżkę po wo­dach ar­chi­pe­la­gu sztok­holm­skie­go. Dziew­czy­na, która właśnie opuściła Hal­l­sta­ham­mar, by stu­dio­wać w sto­li­cy, dała się prze­ko­nać po długich na­mo­wach, ale pod wa­run­kiem, że za­biorą ze sobą siostrę i jej chłopa­ka. Nikt z nich nig­dy nie po­sta­wił nogi na pokładzie żaglówki. Pro­blem po­le­gał na tym, że również PR-owiec był żegla­rzem bar­dziej w teo­rii niż w prak­ty­ce. Trzy dni przed pla­no­waną wy­prawą za­dzwo­nił zde­spe­ro­wa­ny do Mi­ka­ela, prze­ko­nując go do udziału w wy­ciecz­ce i przyjęcia roli piątego, obe­zna­ne­go z na­wi­gacją, członka załogi.

Początko­wo zupełnie nie­czuły na prośby, Mi­ka­el ugiął się, kie­dy usłyszał obiet­nicę kil­ku wspa­niałych dni re­lak­su w miłym to­wa­rzy­stwie i z dobrą kuch­nią. Z obiet­nic nic nie wyszło, a prze­jażdżka żaglówką prze­obra­ziła się w ka­ta­strofę o wie­le większą, niż Mi­ka­el po­tra­fił so­bie wy­obra­zić. Płynęli pięknym, choć śred­nio trud­nym szla­kiem Fu­ru­sund z prędkością nie­spełna dzie­sięciu węzłów, przy której dziew­czy­na PR-owca od razu za­padła na cho­robę morską. Jej sio­stra zaczęła kłócić się z chłopa­kiem i nikt nie wy­ka­zał choćby mi­ni­mum za­in­te­re­so­wa­nia sztuką żeglarską. Wkrótce stało się ja­sne, że obsługa jach­tu spo­cznie wyłącznie na Mi­ka­elu. Po­zo­sta­li uczest­ni­cy wy­ciecz­ki ogra­ni­cza­li się do udzie­la­nia życz­li­wych, acz prze­ważnie bez­war­tościo­wych rad. Po pierw­szym noc­le­gu w za­to­ce na Ängsö Mi­ka­el gotów był za­winąć do przy­sta­ni w Fu­ru­sund i wrócić do domu au­to­bu­sem. I tyl­ko de­spe­rac­kie prośby PR-owca skłoniły go do po­zo­sta­nia na pokładzie.

Następne­go dnia koło południa, wy­star­czająco wcześnie, by zna­leźć wol­ne miej­sce, przy­bi­li do po­mo­stu na wy­spie Ar­hol­ma. Przy­go­to­wa­li lunch i właśnie wrzu­ci­li coś na ruszt, gdy Mi­ka­el po raz pierw­szy za­uważył pla­sti­kową żółtą M-trzy­dziestkę wpływającą do za­to­ki pod grotżaglem. Pod­czas gdy łódź robiła spo­koj­ny zwrot, jej szy­per szu­kał miej­sca do za­cu­mo­wa­nia. Mi­ka­el, ro­zej­rzaw­szy się do­okoła, skon­sta­to­wał, że prze­strzeń między ich jach­tem a H-bo­atem po pra­wej bur­cie była praw­do­po­dob­nie je­dyną szcze­liną, w którą mogła wśli­zgnąć się wąska M-trzy­dziestka. Stojąc na ru­fie, wska­zał wolną prze­strzeń. Szy­per zbliżającego się jach­tu uniósł dłoń w geście po­dzięko­wa­nia i zmie­nił kurs. Sa­mot­ny żeglarz, taki, co to nie po­fa­ty­gu­je się, żeby włączyć mo­tor – za­no­to­wał Mi­ka­el. Usłyszał szczęk ko­twicz­ne­go łańcu­cha, a po kil­ku se­kun­dach zo­ba­czył spusz­cza­ny grotżagiel i uwi­jającego się jak w ukro­pie mężczyznę, który ma­new­rując ste­rem, by wpłynąć pro­sto w szcze­linę, jed­no­cześnie przy­go­to­wy­wał ko­niec liny na dzio­bie.

Mi­ka­el wspiął się na re­ling i wyciągając rękę, za­ofe­ro­wał po­moc. Nowo przy­były zro­bił ostat­nią zmianę kur­su i sunąc de­li­kat­nie, podpłynął per­fek­cyj­nie do rufy jach­tu. Roz­po­zna­li się do­pie­ro wte­dy, gdy mężczy­zna rzu­cił Mi­ka­elowi ko­niec liny. Ich twa­rze roz­pro­mie­nił sze­ro­ki uśmiech.

– Cześć, Rob­ban! – wy­krzyknął Mi­ka­el. – Gdy­byś ko­rzy­stał z sil­ni­ka, nie mu­siałbyś zdzie­rać far­by ze wszyst­kich łodzi w por­cie.

– Cześć, Mic­ke. Czy­li do­brze mi się wy­da­wało, że skądś cię znam! Chętnie bym użył sil­ni­ka, gdy­by tyl­ko dał się od­pa­lić. Bi­dak wy­siadł kom­plet­nie przy Rödlöga, dwa dni temu.

Po­da­li so­bie ręce przez re­ling.

Całą wiecz­ność temu, w la­tach sie­dem­dzie­siątych, Mi­ka­el Blom­kvist i Ro­bert Lind­berg byli li­ce­al­ny­mi ko­le­ga­mi, a może na­wet przy­ja­ciółmi. Ale, jak to często bywa z ko­le­ga­mi z ławy szkol­nej, roz­sta­li się za­raz po ma­tu­rze. Ob­ra­li różne dro­gi i w ciągu ostat­nich dwu­dzie­stu lat wi­dzie­li się za­le­d­wie czte­ry czy pięć razy. Ich nie­spo­dzie­wa­ne spo­tka­nie w por­cie na Ar­hol­ma było pierw­szym po sied­miu lub ośmiu la­tach. Przyglądali się so­bie ba­daw­czo. Ro­bert miał spa­loną słońcem twarz, zmierz­wio­ne włosy i dwu­ty­go­dnio­wy za­rost.

Na­gle Mi­ka­elo­wi zde­cy­do­wa­nie po­pra­wił się hu­mor. Pod­czas gdy PR-owiec ze swo­im pro­sto­dusz­nym to­wa­rzy­stwem wy­brał się na dru­gi kra­niec wy­spy, by potańczyć wokół uma­jo­ne­go słupa, Mi­ka­el za­par­ko­wał na M-trzy­dzie­st­ce i przy śle­dziu i wódce roz­ma­wiał z daw­nym ko­legą o du­pie Ma­ry­ni.

TEGO WIE­CZO­RU, gdy prze­sta­li już wal­czyć z osławio­ny­mi ar­holm­ski­mi ko­ma­ra­mi, prze­nieśli się pod pokład i wy­pi­li kil­ka ład­nych se­tek, roz­mo­wa przyjęła cha­rak­ter prze­ko­ma­rza­nia się na te­mat mo­ral­ności i ety­ki w świe­cie biz­ne­su. Każdy z nich wy­brał ka­rierę, która w pew­nym sen­sie do­ty­czyła fi­nansów państwa. Ro­bert skończył Wyższą Szkołę Han­dlową i wkro­czył w świat ban­ko­wości. Mi­ka­el po stu­diach dzien­ni­kar­skich poświęcił dużą część za­wo­do­we­go życia na de­ma­sko­wa­nie wątpli­wych in­te­resów właśnie w kołach ban­ko­wo-han­dlo­wych. Roz­mo­wa zeszła na pro­ble­my mo­ral­ne w związku z mi­lio­no­wy­mi od­pra­wa­mi „spa­do­chro­no­wy­mi”, za­początko­wa­ny­mi w la­tach dzie­więćdzie­siątych. Wygłosiw­szy mowę obronną na te­mat kil­ku „spa­do­chro­nia­rzy”, Lind­berg od­sta­wił kie­li­szek i przy­znał z niechęcią, że wśród fi­nansistów i ban­kowców z pew­nością ukry­wa się mimo wszyst­ko nie­je­den łaj­dak. Na­gle zmie­rzył Mi­ka­ela poważnym spoj­rze­niem.

– Mic­ke, je­steś do­cie­kli­wym dzien­ni­ka­rzem, zaj­mu­jesz się fi­nan­so­wy­mi przekrętami, dla­cze­go nig­dy nie na­pi­sałeś ni­cze­go o Han­sie-Eri­ku Wen­nerströmie?

– Nie wie­działem, że jest coś do na­pi­sa­nia.

– Za­cznij grze­bać. Mu­sisz trochę pogrze­bać, do diabła! Jak dużo wiesz o pro­gra­mie ZPP?

– Taa, jakiś pro­gram po­mo­cy z lat dzie­więćdzie­siątych. Cho­dziło o po­sta­wie­nie na nogi prze­mysłu w byłych de­mo­lu­dach. Zakończo­ny parę lat temu. Nig­dy się tym nie zaj­mo­wałem.

– ZPP to Zarząd Po­mo­cy Prze­mysłowej, pro­jekt wspo­ma­ga­ny przez rząd i kie­ro­wa­ny przez re­pre­zen­tantów około dzie­sięciu znaczących szwedz­kich firm. ZPP do­stał państwo­we gwa­ran­cje dla sze­re­gu pro­jektów, które uzgod­nio­no w po­ro­zu­mie­niu z rządami w Pol­sce i w kra­jach nad­bałtyc­kich. Dołączyła się LO1, jako rękoj­mia, że wschod­ni ruch ro­bot­ni­czy zo­sta­nie umoc­nio­ny według szwedz­kie­go mo­de­lu. For­mal­nie rzecz biorąc, cho­dziło o pro­jekt na za­sa­dzie „po­moc dla samopo­mocy”, pro­jekt, który miał umożliwić tam­tej­szym rządom sa­nację eko­no­miczną. W prak­ty­ce wyglądało to tak, że szwedz­kie przed­siębior­stwa otrzy­mały państwo­we do­ta­cje, żeby zo­stać współudziałowca­mi w przed­siębior­stwach wschod­nioeuropejskich. Ten cho­ler­ny cha­dec­ki mi­ni­ster należał do gorących zwo­len­ników ZPP. W pla­nach było otwar­cie zakładów pa­pier­ni­czych w Kra­ko­wie, re­no­wa­cja zakładu me­ta­lur­gicz­ne­go w Ry­dze, fa­bry­ka ce­men­tu w Tal­li­nie i tak da­lej. Pie­niądze przy­dzie­lało kie­row­nic­two ZPP, czy­li naj­ważniej­si z ważnych w świe­cie ban­ko­wo-prze­mysłowym.

– A więc pie­niądze po­dat­ników?

– Mniej więcej pięćdzie­siąt pro­cent sta­no­wiły do­ta­cje państwa, resztę po­kry­wały ban­ki i prze­mysł. Ale to ab­so­lut­nie nie była działalność cha­ry­ta­tyw­na. I ban­ki, i przed­siębior­stwa li­czyły na poważny zysk. W prze­ciw­nym ra­zie, kur­wa, w ogóle by się tym nie za­in­te­re­so­wały.

– O jak duże pie­niądze cho­dziło?

– Po­cze­kaj, słuchaj da­lej. Cho­dziło głównie o so­lid­ne szwedz­kie przed­siębior­stwa, które chciały wejść na wschod­ni ry­nek. Ta­kie potęgi jak ABB, Skan­ska i tym po­dob­ne. Żad­nych spe­ku­lantów in­ny­mi słowy.

– Uważasz, że Skan­ska nie zaj­mu­je się spe­ku­la­cja­mi? Czy to właśnie nie ich na­czel­ne­go wy­la­no z pra­cy po tym, jak po­zwo­lił któremuś ze swo­ich chłopta­siów prze­puścić pół mi­liar­da na szyb­kich in­te­re­sach? No a ich hi­ste­rycz­ne spe­ku­la­cje nie­ru­cho­mościa­mi w Lon­dy­nie i Oslo?

– Nie, no ja­sne, idiotów znaj­dziesz w każdym przed­siębior­stwie na całym świe­cie, ale wiesz prze­cież, o co mi cho­dzi. To są w każdym ra­zie fir­my, które przede wszyst­kim zaj­mują się pro­du­ko­wa­niem cze­goś. No wiesz, kręgosłup szwedz­kiej go­spo­dar­ki i te rze­czy.

– A jak się do tego wszyst­kie­go ma Wen­nerström?

– Wen­nerström jest dżoke­rem. Fa­cet po­ja­wia się znikąd, nie ma ko­rze­ni w prze­myśle ciężkim i w ogóle nie za bar­dzo pa­su­je do tego to­wa­rzy­stwa.

Mi­ka­el napełnił kie­li­szek re­imer­shol­mem i roz­parł się wy­god­nie, usiłując so­bie przy­po­mnieć, co wie o Wen­nerströmie. Jego wie­dza oka­zała się nie­spe­cjal­nie bo­ga­ta. Uro­dzo­ny gdzieś w Nor­lan­dii, w la­tach sie­dem­dzie­siątych założył tam firmę in­we­sty­cyjną. Za­ro­biw­szy trochę gro­sza, prze­pro­wa­dził się do Sztok­hol­mu, gdzie zro­bił błyska­wiczną ka­rierę. Po­wstała Gru­pa Wen­nerströma, którą później, w związku z otwar­ciem biur w Lon­dy­nie i No­wym Jor­ku, prze­chrzczo­no na Wen­nerstroem Gro­up. Nazwę przed­siębior­stwa zaczęto wy­mie­niać w tych sa­mych ar­ty­kułach co firmę Be­ijer. Wen­nerström han­dlo­wał ak­cja­mi i ob­li­ga­cja­mi, robił szyb­kie in­te­re­sy i po­ja­wił się w ta­blo­idach jako je­den z licz­nych świeżo upie­czo­nych mi­liar­derów z apar­ta­men­tem na Strandvägen, oka­załą po­siadłością let­nią na Värmdö i dwu­dzie­sto­trzy­me­tro­wym jach­tem, na­by­tym od nie­wypłacal­nej byłej gwiaz­dy te­ni­sa. By­strzak z no­sem do in­te­resów, bez wątpie­nia, ale całe lata osiem­dzie­siąte były de­kadą ta­kich by­strzaków i spe­ku­lantów na ryn­ku nie­ru­cho­mości. Wen­nerström nie wyróżniał się ni­czym szczególnym. Wręcz prze­ciw­nie, uni­kał rozgłosu i za­wsze po­zo­sta­wał w cie­niu Bar­dzo Ważnych Chłopców. Bra­ko­wało mu na­pu­szo­nych ma­nier Sten­bec­ka, nie obnażał się w pra­sie jak Bar­ne­vik. Nie uczest­nicząc w bo­omie związa­nym z nie­ru­cho­mościa­mi, in­we­sto­wał ma­so­wo w blo­ku ko­mu­ni­stycz­nym. Gdy w la­tach dzie­więćdzie­siątych z ba­lo­na uszło po­wie­trze i je­den dy­rek­tor za dru­gim zmu­szo­ny był do otwar­cia swo­jej spa­do­chro­no­wej od­pra­wy, fir­ma Wen­nerströma ra­dziła so­bie za­dzi­wiająco do­brze. Ani śladu skan­da­lu. A Swe­dish suc­cess sto­ry – pod­su­mo­wał sam „Fi­nan­cial Ti­mes”.

– To było w 1992. Wen­nerström nie­spo­dzie­wa­nie skon­tak­to­wał się z ZPP i oznaj­mił, że chce pie­niędzy. Przed­sta­wił plan, z pew­nością uzgod­nio­ny z in­we­sto­ra­mi w Pol­sce, plan otwar­cia fa­bry­ki pro­du­kującej opa­ko­wa­nia dla prze­mysłu spożyw­cze­go.

– Czy­li pusz­ki na kon­ser­wy?

– Nie do końca, ale coś w tym sty­lu. Nie mam pojęcia, ja­kie miał zna­jo­mości w ZPP, ale bez ni­cze­go do­stał sześćdzie­siąt mi­lionów ko­ron.

– To za­czy­na być in­te­re­sujące. Pozwól, że zgadnę: to był pierw­szy i ostat­ni raz, kie­dy ktoś wi­dział te pie­niądze.

– Błąd – po­wie­dział Lind­berg, uśmie­chając się ta­jem­ni­czo, po czym znów wlał w sie­bie kil­ka kro­pel wódki. – To, co wy­da­rzyło się później, jest zgod­ne z kla­sycz­nym spra­woz­da­niem fi­nan­so­wym. Wen­nerström na­prawdę otwo­rzył w Pol­sce, a dokład­niej w Łodzi, zakład pro­du­kujący opa­ko­wa­nia. Przed­siębior­stwo na­zy­wało się Mi­nos. W 1993 ZPP otrzy­mał kil­ka en­tu­zja­stycz­nych ra­portów. A później wszyst­ko ucichło. W 1994 Mi­nos na­gle padł.

RO­BERT LIND­BERG z hu­kiem po­sta­wił kie­li­szek, pod­kreślając siłę upad­ku.

– Pro­blem z ZPP po­le­gał na tym, że nie ist­niały stan­dar­dy spra­woz­daw­czości fi­nan­so­wej tych pro­jektów. Pamiętasz tam­te cza­sy? Kie­dy runął mur ber­liński, za­pa­no­wał wszech­ogar­niający opty­mizm. Wszędzie wpro­wa­dza­no de­mo­krację, minęła groźba woj­ny ato­mo­wej, a bol­sze­wi­cy w ciągu jed­nej nocy mie­li prze­mie­nić się w praw­dzi­wych ka­pi­ta­listów. Rząd chciał wzmoc­nić de­mo­krację na Wscho­dzie. Każdy prze­mysłowiec chciał załapać się na bu­dowę no­wej Eu­ro­py.

– Nie wie­działem, że ka­pi­ta­liści są tacy chętni do działalności cha­ry­ta­tyw­nej.

– Uwierz mi, to wet dre­am każdego ka­pi­ta­li­sty. Ro­sja i byłe de­mo­lu­dy to może naj­większy po Chi­nach nie­wy­ek­splo­ato­wa­ny ry­nek. Prze­mysłowcy nie mie­li żad­nych oporów, żeby przyjść rządowi z po­mocą, szczególnie gdy sami po­kry­wa­li za­le­d­wie ułamek kosztów. ZPP pochłonął łącznie po­nad trzy­dzieści mi­liardów ko­ron. Te pie­niądze po­dat­ników miały się zwrócić w for­mie przyszłych zysków. For­mal­nie ZPP po­wstał z ini­cja­ty­wy rządu, ale wpływy przed­siębiorców były tak duże, że w prak­ty­ce zarząd pra­co­wał sa­mo­dziel­nie.

– Ro­zu­miem. Czy kry­je się za tym jakaś sto­ry?

– Cier­pli­wości. Na początku nie było żad­nych kłopotów z fi­nan­so­wa­niem pro­jek­tu. Szwe­cji nie do­tknął jesz­cze szok wzro­stu stóp pro­cen­to­wych. Za­do­wo­lo­ny rząd we współpra­cy z ZPP mógł pod­kreślać swój wkład w bu­do­wa­nie de­mo­kra­cji na wscho­dzie Eu­ro­py.

– To było za rządów pra­wi­cy.

– Nie mie­szaj w to po­li­ty­ki. Tu­taj cho­dzi o pie­niądze i wsio raw­no, czy mi­ni­stro­wie po­chodzą z lewa, czy z pra­wa. No więc naj­pierw cała naprzód, później przyszły pro­ble­my wa­lu­to­we, a jesz­cze później kil­ku sza­lo­nych no­wo­de­mo­kratów – pamiętasz Nową De­mo­krację? – zaczęło na­rze­kać, że nikt nie ma wglądu w to, czym zaj­mu­je się ZPP. Któryś z tych chłopta­siów po­my­lił ZPP z Zarządem do spraw Roz­wo­ju Między­na­ro­do­we­go i myślał, że cho­dzi o jakiś pro­jekt po­mo­cy do go­oder w sty­lu Tan­za­nii. Wiosną 1994 powołano ko­misję, która miała zba­dać działalność ZPP. Wy­su­nięto za­rzu­ty wo­bec kil­ku pro­jektów, a jed­nym z pierw­szych pod­da­nych kon­tro­li był Mi­nos.

– I Wen­nerström nie po­tra­fił roz­li­czyć się z pie­niędzy?

– Prze­ciw­nie. Wen­nerström przed­sta­wił wyśmie­ni­te spra­woz­da­nie, z którego wy­ni­kało, że w firmę Mi­nos za­in­we­sto­wa­no po­nad pięćdzie­siąt czte­ry mi­lio­ny ko­ron. Ale oka­zało się, że w za­co­fa­nej Pol­sce ist­niały zbyt duże prze­szko­dy struk­tu­ral­ne, żeby no­wo­cze­sny prze­mysł mógł funk­cjo­no­wać bez pro­blemów. W re­zul­ta­cie ich przed­siębior­stwo zo­stało wy­par­te przez kon­ku­ren­cyj­ny nie­miec­ki pro­jekt. Niem­cy zaczęli wte­dy wy­ku­py­wać w naj­lep­sze cały blok wschod­ni.

– Po­wie­działeś, że do­stał sześćdzie­siąt mi­lionów.

– Właśnie. Pie­niądze z ZPP funk­cjo­no­wały jak nie­opro­cen­to­wa­ne pożycz­ki. Oczy­wiście w zamyśle przed­siębior­stwa miały spłacić część tej pożycz­ki w ciągu iluś tam lat. Ale Mi­nos zban­kru­to­wał, pro­jekt się nie powiódł, za co nie można było winić Wen­nerströma. I tu­taj państwo­wa gwa­ran­cja za­pew­niała, że stra­ty nie do­tkną go oso­biście. Po pro­stu nie mu­siał od­da­wać uto­pio­nych w Mi­nosie pie­niędzy, a poza tym miał też do­wo­dy na to, że utra­cił właśnie taką, a nie inną sumę własnych środków.

– No to zo­bacz­my, czy do­brze zro­zu­miałem. Rząd do­star­czył mi­liar­dy z budżetu i wspo­ma­gał dy­plo­matów, którzy otwie­ra­li od­po­wied­nie drzwi. Prze­mysłowcy do­star­czy­li pie­niędzy i użyli ich do in­we­sty­cji w jo­int ven­tu­re, z których później zgar­nia­li re­kor­do­we zy­ski: czy­li in­ny­mi słowy nic no­we­go. Kil­ku wy­gry­wa, kil­ku płaci ra­chun­ki, a my wie­my, kto ma jaką rolę do ode­gra­nia.

– Je­steś cy­ni­kiem. Państwo­we pożycz­ki miały być spłaco­ne.

– Po­wie­działeś, że były nie­opro­cen­to­wa­ne. A to zna­czy, że po­dat­ni­cy nie mie­li naj­mniej­szej szan­sy na jakąkol­wiek dy­wi­dendę za to, że do­star­czy­li for­sy. Wen­nerström do­stał sześćdzie­siąt ba­niek, z których za­in­we­sto­wał pięćdzie­siąt czte­ry. Co się stało z po­zo­stałymi sześcio­ma mi­lio­na­mi?

– W tym sa­mym mo­men­cie, w którym oka­zało się, że pro­jek­ty będą pod­da­ne kon­tro­li, Wen­nerström wysłał ZPP czek na sześć mi­lionów, dopłacając różnicę. Tak więc z praw­ne­go punk­tu wi­dze­nia spra­wa zo­stała załatwio­na.

RO­BERT ZA­MILKŁ i spoj­rzał wy­mow­nie na Mi­ka­ela.

– Wygląda na to, że Wen­nerström prze­pu­tał trochę pie­niędzy z ZPP, ale w porówna­niu z sumą pół mi­liar­da, która zniknęła ze Skan­ska, albo z od­prawą spa­do­chro­nową dy­rek­to­ra ABB, opie­wającą na po­nad mi­liard – co na­prawdę lu­dzi wzbu­rzyło – to nie są wiel­kie rze­czy do opi­sy­wa­nia – stwier­dził Mi­ka­el. – Dzi­siej­si czy­tel­ni­cy mają po dziur­ki w no­sie tekstów o nie­kom­pe­tent­nych gra­czach giełdo­wych, na­wet jeżeli cho­dzi o pie­niądze z budżetu. Czy masz coś więcej?

– Te­raz do­pie­ro się za­cznie!

– Skąd to wszyst­ko wiesz? O in­te­re­sach Wen­nerströma w Pol­sce?

– W la­tach dzie­więćdzie­siątych pra­co­wałem w Han­dels­ban­ken. Zgad­nij, kto przy­go­to­wy­wał ra­por­ty dla re­pre­zen­tan­ta ban­ku w ZPP?

– Aha! No to opo­wia­daj.

– No więc tak… w skrócie. Wen­nerström złożył w ZPP wyjaśnie­nie. Pod­pi­sa­no do­ku­men­ty. Oddał resztę pie­niędzy. Właśnie te sześć mi­lionów było bar­dzo spryt­nie pomyślane. Jeżeli ktoś stoi w przed­sion­ku z torbą pie­niędzy, które chce ci zwrócić, to nie po­dej­rze­wasz go, kur­wa, o nie­cne za­mia­ry.

– Przejdź do rze­czy.

– Ależ dro­gi Blom­kviście, prze­cież o to właśnie cho­dzi. ZPP był za­do­wo­lo­ny ze spra­woz­da­nia Wen­nerströma. In­we­stycję tra­fił szlag, ale nie można było ni­ko­mu po­sta­wić za­rzu­tu, że źle ją pro­wa­dzo­no. Przeglądaliśmy fak­tu­ry, trans­fe­ry i wszyst­kie inne do­ku­men­ty. Wszyst­ko było rze­tel­nie przed­sta­wio­ne. Wie­rzyłem w to. Mój szef w to wie­rzył. ZPP też wie­rzył, a rząd nie miał nic do do­da­nia.

– No to w czym tkwi szko­puł?

– Do­pie­ro te­raz hi­sto­ria za­czy­na być śli­ska – po­wie­dział Lind­berg, spra­wiając na­gle wrażenie za­dzi­wiająco trzeźwego. – Po­nie­waż je­steś dzien­ni­ka­rzem, to, co te­raz po­wiem, będzie off the re­cord.

– Od­wal się. Nie możesz opo­wia­dać mi nie­stwo­rzo­nych rze­czy, a później za­strze­gać się, że nie wol­no ich prze­ka­zać in­nym.

– Ja­sne, że mogę. To, co opo­wie­działem do tej pory, jest jak naj­bar­dziej ofi­cjal­ne. Jeśli chcesz, możesz prze­czy­tać spra­woz­da­nie. Co do resz­ty hi­sto­rii, której zresztą jesz­cze nie wy­ja­wiłem, mu­sisz po­trak­to­wać mnie jako ano­ni­mo­we źródło.

– Aha, ale według obo­wiązującej ter­mi­no­lo­gii off the re­cord zna­czy, że do­wie­działem się cze­goś w za­ufa­niu, ale nie wol­no mi o tym pisać.

– Mam w du­pie ter­mi­no­lo­gię. Pisz, co ci się po­do­ba, ale chcę po­zo­stać ano­ni­mo­wym źródłem. Ro­zu­mie­my się?

– Oczy­wiście.

Do­pie­ro po fak­cie zro­zu­miał, że popełnił błąd.

– To do­brze. Hi­sto­ria z Mi­no­sem miała miej­sce dzie­sięć lat temu, po upad­ku muru i po tym, jak bol­sze­wi­cy zaczęli się za­mie­niać w so­lid­nych ka­pi­ta­listów. Byłem jedną z osób, które badały pro­jekt Wen­nerströma, i cały czas nie opusz­czało mnie wrażenie, że coś w tym wszyst­kim cho­ler­nie śmier­dzi.

– Dla­cze­go nie po­wie­działeś nic w trak­cie kon­tro­li?

– Roz­ma­wiałem o tym z sze­fem. Ale nie można się było do ni­cze­go przy­cze­pić. Wszyst­kie pa­pie­ry były w porządku. Po­zo­stało mi tyl­ko pod­pi­sać się pod spra­woz­da­niem. Ale przez ko­lej­ne lata, za każdym ra­zem, gdy ze­tknąłem się z na­zwi­skiem Wen­nerströma, nie mogłem prze­stać myśleć o Mi­no­sie.

– Aha.

– Rzecz w tym, że kil­ka lat później, w połowie lat dzie­więćdzie­siątych, bank robił trochę in­te­resów z Wen­nerströmem. Zresztą dosyć spo­rych in­te­resów. Ale udały się tak so­bie.

– Zro­bił was w bam­bu­ko?

– Nie, nie aż tak. Za­ro­bi­liśmy i my, i on. Cho­dzi ra­czej o to, że… nie wiem na­prawdę, jak to wyjaśnić. Mówię te­raz o swo­im pra­co­daw­cy, a wolałbym tego uniknąć. Ale co mnie ude­rzyło, jak to się mówi – ogólne wrażenie nie było po­zy­tyw­ne. Me­dia przed­sta­wiają Wen­nerströma jako eko­no­miczną su­per­wy­rocz­nię. On z tego żyje. To jest jego ka­pi­tał.

– Wiem, co masz na myśli.

– A ja od­niosłem wrażenie, że ten fa­cet to jed­na wiel­ka bla­ga. Nie był jakoś szczególnie uzdol­nio­ny, jeżeli cho­dzi o eko­no­mię. Prze­ciw­nie, w niektórych kwe­stiach jego wie­dza była nie­wia­ry­god­nie płytka. Do­ra­dzało mu kil­ku nie­sa­mo­wi­cie by­strych young war­riors, ale sa­me­go Wen­nerströma nie cier­piałem ser­decz­nie.

– Okej.

– Mniej więcej rok temu po­je­chałem do Pol­ski, w całkiem in­nej spra­wie. Je­dliśmy ko­lację z kil­ko­ma in­we­sto­ra­mi z Łodzi i zupełnie przy­pad­ko­wo przyszło mi sie­dzieć obok pre­zy­den­ta mia­sta. Roz­ma­wia­liśmy o tym, jak trud­no było po­sta­wić polską go­spo­darkę na nogi i tak da­lej, i nie wiem już w związku z czym wspo­mniałem o Mi­no­sie. Mężczy­zna przez chwilę pa­trzył na mnie z ogrom­nym zdzi­wie­niem, jak gdy­by nig­dy nie słyszał o tej fir­mie, ale w końcu przy­po­mniał so­bie pro­jekt, z którego nig­dy nic nie wyszło. Skwi­to­wał to śmie­chem i dodał, cy­tuję: „Jeżeli to wszyst­ko, na co stać szwedz­kich in­we­storów, to wkrótce wasz kraj po­pad­nie w ruinę”. Łapiesz?

– Wy­po­wiedź świad­czy o tym, że pre­zy­dent Łodzi jest mądrym fa­ce­tem, ale mów da­lej.

– To zda­nie nie dawało mi spo­ko­ju. Następne­go dnia rano mu­siałem być na ze­bra­niu, ale później miałem wol­ne. Tyl­ko z czy­stej cie­ka­wości po­je­chałem zo­ba­czyć po­zo­stałości po fir­mie Mi­nos. Do­tarłem do nie­wiel­kiej wio­ski pod Łodzią, z knajpą w sto­do­le i sra­czy­kiem na podwórzu. Wiel­ka fa­bry­ka Mi­nos oka­zała się być kom­pletną ru­derą, roz­la­tującym się ma­ga­zy­nem z bla­chy fa­li­stej, który w la­tach pięćdzie­siątych po­sta­wiła Ar­mia Czer­wo­na. Spo­tkałem ochro­nia­rza, który mówił trochę po nie­miec­ku i którego ku­zyn pra­co­wał w Mi­nosie. Ku­zyn miesz­kał nie­da­le­ko, więc po­szliśmy do nie­go do domu. Ochro­niarz tłuma­czył. Je­steś cie­ka­wy, co po­wie­dział?

– Nie mogę się do­cze­kać.

– Mi­nos po­wstał w 1992. Za­trud­niał naj­wyżej piętnaście osób, głównie sta­re ko­bie­ci­ny. Pen­sja wy­no­siła trochę po­nad sto pięćdzie­siąt ko­ron mie­sięcznie. Naj­pierw nie było ma­szyn, więc pra­cow­ni­cy zaj­mo­wa­li się sprząta­niem ru­de­ry. Na początku paździer­ni­ka przyszły trzy urządze­nia do pro­duk­cji kar­tonów, ku­pio­ne w Por­tu­ga­lii. Używa­ne, znisz­czo­ne i to­tal­nie prze­sta­rzałe. Gdy­by oddać je na złom, nie byłyby war­te więcej niż kil­ka tysięcy. Wpraw­dzie działały, ale cały czas się psuły. Na­tu­ral­nie bra­ko­wało części za­mien­nych, co chwilę ro­bio­no prze­rwy w pro­duk­cji. Najczęściej po pro­stu ktoś z za­trud­nio­nych na­pra­wiał je pro­wi­zo­rycz­nie, do następnej awa­rii.

– To za­czy­na przy­po­mi­nać praw­dziwą sto­ry – przy­znał Mi­ka­el. – Co właści­wie pro­du­ko­wa­no w Mi­no­sie?

– W 1992 roku i do połowy 1993 ro­bi­li zwykłe pudełka kar­to­no­we na pro­szek do zmy­wa­rek, opa­ko­wa­nia na jaj­ka i ta­kie rze­czy. Później pa­pie­ro­we to­reb­ki. Ale fa­bry­ce ciągle bra­ko­wało ma­te­riału i nig­dy nie pro­du­ko­wa­li szczególnie dużo.

– To nie wygląda na jakąś ogromną in­we­stycję.

– Ob­li­czyłem. Łączne kosz­ty wy­naj­mu lo­ka­lu przez dwa lata to piętnaście tysięcy ko­ron. Na pen­sje wy­da­no mak­sy­mal­nie sto pięćdzie­siąt tysięcy, przyjąłem naj­bar­dziej hoj­ny wa­riant. Za­kup urządzeń i trans­port… fur­go­net­ka prze­wożąca kar­to­ny… przy­pusz­czal­nie dwieście pięćdzie­siąt tysięcy. Dołożyć trze­ba opłaty skar­bo­we za po­zwo­le­nia, trochę podróży tam i z po­wro­tem – w wio­sce po­ja­wiła się kil­ka razy tyl­ko jed­na oso­ba ze Szwe­cji. Taa, po­wiedz­my, że cała ope­ra­cja nie pochłonęła więcej niż mi­lion. Pew­ne­go dnia, la­tem 1993 roku, przy­szedł bry­ga­dzi­sta i po­wie­dział, że fa­brykę za­mknięto, a wkrótce później węgier­ska ciężarówka za­brała cały park ma­szy­no­wy. Exit Mi­nos.

POD­CZAS PRO­CE­SU Mi­ka­el często myślał o tym sobótko­wym spo­tka­niu. Większą część wie­czo­ru prze­ko­ma­rza­li się w li­ce­al­nym, ser­decz­nym to­nie, dokład­nie jak za szkol­nych czasów. Jako na­sto­lat­ko­wie dźwi­ga­li to samo eg­zy­sten­cjal­ne brze­mię. Jako dorośli byli so­bie właści­wie obcy, tak na­prawdę dzie­liło ich mnóstwo rze­czy. Pod­czas roz­mo­wy Mi­ka­el za­sta­na­wiał się na­wet, co spra­wiło, że w szko­le zo­sta­li przy­ja­ciółmi. Pamiętał Ro­ber­ta jako ci­che­go, pełnego re­zer­wy chłopca, sza­le­nie nieśmiałego wo­bec dziewcząt. W wie­ku do­rosłym od­no­sił suk­ce­sy jako… no, oso­ba związana za­wo­do­wo z ban­kiem.

Mi­ka­el nie wątpił ani przez mo­ment, że jego to­wa­rzysz wy­zna­wał poglądy sprzecz­ne z jego wizją świa­ta. Rzad­ko się upi­jał, ale to przy­pad­ko­we spo­tka­nie prze­obra­ziło nie­udaną wy­prawę w przy­jem­ny wieczór, kie­dy to po­ziom wódki w bu­tel­ce obniża się sta­le, choć bez pośpie­chu. Być może właśnie z po­wo­du pier­wot­nie lek­kie­go tonu roz­mo­wy Mi­ka­el nie po­tra­fił po­trak­to­wać opo­wieści Ro­ber­ta poważnie. Ale w końcu zbu­dził się w nim in­stynkt dzien­ni­ka­rza. Na­gle zaczął słuchać z ogromną uwagą i nie omiesz­kał wy­ka­zać lo­gicz­nych nieścisłości.

– Po­cze­kaj se­kundkę – po­pro­sił. – Wen­nerström to na­zwi­sko na to­pie, przy­najm­niej wśród giełdo­wych re­kinów. Jeżeli się nie mylę, jest mi­liar­de­rem…

– Sza­cu­je się, że Wen­ner­stro­em Gro­up sie­dzi na mniej więcej dwu­stu dwu­dzie­stu mi­liar­dach. Chcesz za­py­tać, dla­cze­go kre­zus tej kla­sy w ogóle zaprzątałby so­bie głowę oszu­stwem na skromną sumkę pięćdzie­sięciu mi­lionów?

– No… nie do końca. Ra­czej dla­cze­go w ogóle narażał się na tak duże ry­zy­ko, aranżując oczy­wi­sty szwin­del.

– Nie wiem, czy można uznać ten szwin­del za oczy­wi­sty. Całko­wi­cie ze sobą zgod­ni człon­ko­wie zarządu ZPP, bank, rząd i re­wi­zo­rzy Riks­da­gu przyjęli i za­ak­cep­to­wa­li spra­woz­da­nia Wen­nerströma.

– W każdym ra­zie cho­dziło o drobną sumę.

– Z pew­nością. Ale za­stanów się: Wen­ner­stro­em Gro­up to przed­siębior­stwo in­we­sty­cyj­ne, han­dlu­je wszyst­kim, co może przy­nieść zysk – pa­pie­ra­mi war­tościo­wy­mi, ob­li­ga­cja­mi, wa­lutą… you name it. Wen­nerström skon­tak­to­wał się z ZPP w 1992 roku, właśnie wte­dy, gdy ry­nek zaczął to­tal­nie tonąć. Pamiętasz je­sień 1992 roku?

– Czy pamiętam? Miałem wte­dy kre­dyt miesz­ka­nio­wy ze zmien­nym opro­cen­to­wa­niem, a w paździer­ni­ku Bank Cen­tral­ny pod­niósł stopę do pięciu­set punktów pro­cen­to­wych. Przez cały następny rok męczyłem się z dzie­więtna­sto­pro­cen­to­wy­mi od­set­ka­mi.

– Mmmm. To były cza­sy! – Ro­bert się uśmiechnął. – Ja też cho­ler­nie dużo wte­dy stra­ciłem. Również Hans-Erik Wen­nerström, tak jak inni przed­siębior­cy, bo­ry­kał się z po­dob­ny­mi pro­ble­ma­mi. Miał mi­lio­ny uwięzio­ne w przeróżnych pa­pie­rach, ale za­dzi­wiająco mało gotówki. Na­gle nie mógł zaciągnąć no­wych, bajońskich pożyczek. Za­zwy­czaj w ta­kiej sy­tu­acji lu­dzie po­zby­wają się kil­ku nie­ru­cho­mości i liżą rany po stra­tach. Ale w 1992 roku nikt za żadną cho­lerę nie chciał ku­po­wać nie­ru­cho­mości.

– Cash-flow pro­blem.

– Właśnie. I Wen­nerström nie był osa­mot­nio­ny. Każdy han­dlo­wiec…

– Nie mów: han­dlo­wiec. Na­zy­waj ich, jak chcesz, ale używając określe­nia han­dlo­wiec, obrażasz całą poważną grupę za­wo­dową.

– …no to każdy re­kin giełdowy, każdy miał cash-flow pro­blems… Spójrz na to tak: Wen­nerström do­stał sześćdzie­siąt mi­lionów ko­ron. Oddał sześć ba­niek, ale do­pie­ro po trzech la­tach. Wy­dat­ki związane z Mi­no­sem nie mogły wy­nieść więcej niż jakiś mi­lion. Już same od­set­ki z sześćdzie­sięciu mi­lionów przez trzy lata są co nie­co war­te. W zależności od tego, jak za­in­we­sto­wał te pie­niądze, mógł je po­dwoić albo na­wet zdzie­sięcio­krot­nić. Wte­dy nie mówimy już o gównia­nych su­mach. A tak w ogóle, to na zdro­wie!

1 Land­sor­ga­ni­sa­tion – szwedz­ka Fe­de­ra­cja Związków Za­wo­do­wych (przyp. tłum.).