Wydawca: Czarna Owca Kategoria: Kryminał Język: polski

Millennium. Dziewczyna, która igrała z ogniem ebook + audiobook

Stieg Larsson

4.72727272727273 (11)
Bestseller

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 819 Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 24 godz. 48 min Lektor: Stieg Larsson

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 24 godz. 48 min Lektor: Stieg Larsson

Opis ebooka Millennium. Dziewczyna, która igrała z ogniem - Stieg Larsson

W kolejnej, po Mężczyznach, którzy nienawidzą kobiet, części trylogii Millennium główną bohaterką jest Lisbeth Salander. Seria dramatycznych wypadków wywołuje u Lisbeth wspomnienia mrocznej przeszłości, z którą raz na zawsze postanawia się rozprawić. Dwoje dziennikarzy, Dag i Mia, docierają do niezwykłych informacji na temat rozległej siatki przemycającej z Europy Wschodniej do Szwecji ludzi wykorzystywanych w branży seksualnej. Wiele zamieszanych w to osób piastuje odpowiedzialne funkcje w społeczeństwie. Kiedy Dag i Mia zostają brutalnie zamordowani, a podejrzenia zostają skierowane na Lisbeth Salander, Blomkvist postanawia przeprowadzić własne śledztwo. Wkrótce odkrywa związek między morderstwami i sprawą przemytu. Straszliwego Zalę, którego nazwisko wciąż pojawia się w trakcie śledztwa, łączy też coś z niejaką Lisbeth Salander...

Opinie o ebooku Millennium. Dziewczyna, która igrała z ogniem - Stieg Larsson

Fragment ebooka Millennium. Dziewczyna, która igrała z ogniem - Stieg Larsson

STIEGLARS­SON

DZIEW­CZY­NA, KTÓRA IGRAŁA Z OGNIEM

Przełożyła Pau­li­na Rosińska

Wy­daw­nic­two Czar­na Owca

War­sza­wa 2014

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wy­daw­cy. Pro­si­my, abyś prze­strze­gał praw, ja­kie im przysługują. Jej za­war­tość możesz udostępnić nie­odpłat­nie oso­bom bli­skim lub oso­biście zna­nym. Ale nie pu­bli­kuj jej w in­ter­ne­cie. Jeśli cy­tu­jesz jej frag­men­ty, nie zmie­niaj ich treści i ko­niecz­nie za­znacz, czy­je to dzieło. A ko­piując jej część, rób to je­dy­nie na użytek oso­bisty.

Sza­nuj­my cudzą własność i pra­wo.

Więcej na www.le­gal­na­kul­tu­ra.pl

Pol­ska Izba Książki

Tytuł ory­gi­nału

FLIC­KAN SOM LEK­TE MED EL­DEN

Re­dak­cja

El­wi­ra Wy­szyńska

Skład i łama­nie

Mar­cin La­bus

Ko­rek­ta

Ma­ciej Kor­ba­siński

Co­py­ri­ght © Stieg Lars­son 2006

First pu­bli­shed by Nor­stedts, Swe­den, in 2006.

The text pu­bli­shed by agre­ement with Nor­stedts Agen­cy.

Co­py­ri­ght © for the co­ver il­lu­stra­tion by Nor­ma Com­mu­ni­ca­tion

Pho­to of Stieg Lars­son: Da­niel La­gerlöf

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Wy­daw­nic­two Czar­na Owca, 2009

Wszel­kie pra­wa za­strzeżone. Ni­niej­szy plik jest objęty ochroną pra­wa au­tor­skie­go i za­bez­pie­czo­ny zna­kiem wod­nym (wa­ter­mark).

Uzy­ska­ny dostęp upo­ważnia wyłącznie do pry­wat­ne­go użytku. Roz­po­wszech­nia­nie całości lub frag­men­tu ni­niej­szej pu­bli­ka­cji w ja­kiej­kol­wiek po­sta­ci bez zgo­dy właści­cie­la praw jest za­bro­nio­ne.

Wy­da­nie I

ISBN 978-83-7554-263-9

ul. Alzacka 15a, 03-972 Warszawae-mail: wydawnictwo@czarnaowca.plDział handlowy: tel. (22) 616 29 36; faks (22) 433 51 51Zapraszamy do naszego sklepu internetowego:www.czarnaowca.pl

Skład wersji elektronicznej:Virtualo Sp. z o.o.

PRO­LOG

LEŻAŁA PRZY­PIĘTA pa­sa­mi na wąskiej pry­czy z har­to­wa­nej sta­li. Rze­mie­nie uwie­rały ją w klatkę pier­siową. Leżała na ple­cach. Ręce ułożone po bo­kach, unie­ru­cho­mio­ne na brze­gach łóżka.

Już daw­no za­nie­chała wszel­kich wysiłków, by się wy­do­stać. Nie spała, ale oczy miała za­mknięte. Gdy­by je otwo­rzyła, zna­lazłaby się w ciem­ności, a je­dy­nym źródłem światła byłaby wąska smu­ga sącząca się po­nad drzwia­mi. Czuła nie­smak w ustach i bar­dzo chciała umyć zęby.

Jakaś część jej świa­do­mości nasłuchi­wała odgłosu kroków, co ozna­czałoby, że on nad­cho­dzi. Nie miała pojęcia, czy to wieczór, czy noc, a je­dy­nie po­czu­cie, że za­czy­nało być zbyt późno na od­wie­dzi­ny. Nagłe drżenie łóżka spra­wiło, że otwo­rzyła oczy. Tak jak­by gdzieś w bu­dyn­ku włączyła się jakaś ma­szy­na. Po kil­ku se­kun­dach nie była już pew­na, czy tyl­ko jej się zda­wało, czy na­prawdę coś usłyszała.

Od­ha­czyła ko­lej­ny dzień w pamięci.

Czter­dzie­sty trze­ci dzień w tym więzie­niu.

Swędział ją nos, więc przekręciła głowę, by go po­dra­pać o po­duszkę. Pociła się. W po­ko­ju było dusz­no i gorąco. Miała na so­bie prostą ko­szulę nocną, która wciąż się pod­wi­jała. Gdy prze­su­wała bio­dro, pal­cem wska­zującym i środ­ko­wym uda­wało jej się dosięgnąć ko­szuli i obciągnąć ją za każdym ru­chem o je­den cen­ty­metr. Po­wta­rzała całą ope­rację drugą ręką. Ale ko­szula nadal fałdowała się pod kręgosłupem. Ma­te­rac był nierówny i nie­wy­god­ny. Całko­wi­te od­osob­nie­nie spra­wiało, iż wszyst­kie de­li­kat­ne bodźce, na które w in­nej sy­tu­acji w ogóle nie zwróciłaby uwa­gi, bar­dzo zy­ski­wały na sile. Pasy były na tyle luźne, że mogła zmie­nić po­zycję i położyć się na boku, lecz nie było to wy­god­ne, bo mu­siała wte­dy położyć rękę za ple­ca­mi, więc ramię cały czas drętwiało.

Nie bała się. Czuła za to, że jej tłumio­ny gniew rośnie.

Jed­no­cześnie dręczyły ją własne myśli, które wciąż zmie­niały się w nie­przy­jem­ne fan­ta­zje o tym, co się z nią sta­nie. Nie­na­wi­dziła tej na­rzu­co­nej bez­sil­ności. Jak usil­nie by nie próbowała kon­cen­tro­wać się na czymś in­nym, by zabić czas i ode­pchnąć świa­do­mość swo­jej sy­tu­acji, i tak po­ja­wiał się lęk. Wi­siał nad nią ni­czym chmu­ra gazu, grożąc, że prze­nik­nie przez pory skóry i za­tru­je jej eg­zy­stencję. Od­kryła, że naj­lep­szy sposób na to, by trzy­mać lęk z dala, to wy­obrażać so­bie coś, co daje jej po­czu­cie siły. Za­my­kała oczy i przy­po­mi­nała so­bie za­pach ben­zy­ny.

Sie­dział w sa­mo­cho­dzie z opusz­czoną boczną szybą. Pod­biegła, wlała ben­zynę do środ­ka i pod­pa­liła zapałką. Wszyst­ko to trwało mo­ment. Od razu buchnęły płomie­nie. A on wił się w męczar­niach, słyszała jego krzy­ki prze­rażenia i bólu. Czuła woń spa­lo­ne­go mięsa i ostry za­pach pla­sti­ku i ta­pi­cer­ki ze zwęglo­ne­go sie­dze­nia.

PRAW­DO­PO­DOB­NIE PRZYSNĘŁA, bo nie słyszała kroków, ale obu­dziła się od razu, gdy tyl­ko otwo­rzyły się drzwi. Wpa­dające światło oślepiło ją.

To on, jed­nak przy­szedł.

Był wy­so­ki. Nie wie­działa, ile ma lat, w każdym ra­zie był do­rosły. Miał ru­dobrązowe, zmierz­wio­ne włosy, oku­la­ry w czar­nych opraw­kach i rzad­ki za­rost na bro­dzie. Pach­niał wodą po go­le­niu.

Nie­na­wi­dziła jego za­pa­chu.

Stał ci­cho w no­gach łóżka i przyglądał się jej dłuższą chwilę.

Nie­na­wi­dziła jego mil­cze­nia.

Jego twarz skry­wała się w cie­niu, wi­działa tyl­ko syl­wetkę. Na­gle się ode­zwał. Miał ni­ski, wyraźny głos i pe­dan­tycz­nie ak­cen­to­wał każde słowo.

Nie­na­wi­dziła jego głosu.

Po­wie­dział, że dziś są jej uro­dzi­ny i że chce złożyć życze­nia. Jego głos nie był wro­gi ani iro­nicz­ny. Był neu­tral­ny. Po­dej­rze­wała, że się uśmie­chał.

Nie­na­wi­dziła go.

Pod­szedł do wezgłowia pry­czy. Wierz­chem wil­got­nej dłoni do­tknął jej czoła i prze­sunął pal­ca­mi u na­sa­dy włosów. Gest ten za­pew­ne miał być przy­ja­zny. Pre­zent uro­dzi­no­wy dla niej.

Nie­na­wi­dziła jego do­ty­ku.

MÓWIŁ DO NIEJ. Wi­działa, jak po­ru­sza usta­mi, ale nie słyszała jego głosu. Nie chciała słuchać. Nie chciała od­po­wia­dać. Usłyszała, gdy zaczął mówić głośniej. W jego głosie brzmiało po­iry­to­wa­nie z po­wo­du bra­ku jej re­ak­cji. Mówił o wza­jem­nym za­ufa­niu. Po kil­ku mi­nu­tach za­milkł. Zi­gno­ro­wała jego spoj­rze­nie. Po­tem wzru­szył ra­mio­na­mi i zaczął po­pra­wiać pasy. Za­cisnął trochę bar­dziej rze­mie­nie na jej klat­ce pier­sio­wej i po­chy­lił się nad nią.

Odwróciła się na­tych­miast na lewy bok, tak da­le­ko od nie­go, jak mogła, na ile tyl­ko po­zwa­lały rze­mie­nie. Pod­ciągnęła ko­la­na pod brodę i spróbowała z całej siły kopnąć go w głowę. Ce­lo­wała w jabłko Ada­ma, ale tra­fiła czub­kiem pal­ca gdzieś poniżej szczęki, bo był na to przy­go­to­wa­ny i zro­bił unik, więc skończyło się na lek­kim, le­d­wie od­czu­wal­nym ude­rze­niu. Spróbowała kopnąć go jesz­cze raz, ale był już poza zasięgiem.

Opuściła nogi na pryczę.

Przeście­radło zwi­sało z łóżka na podłogę. Ko­szu­la noc­na pod­winęła się wy­so­ko nad bio­dra.

Stał chwilę w bez­ru­chu, nic nie mówiąc. Ob­szedł pryczę i roz­piął pasy do krępo­wa­nia nóg. Usiłowała je pod­kur­czyć, ale chwy­cił ją za kostkę, przy­gniótł ko­la­no i za­cisnął rze­mień. Znów ob­szedł pryczę i przy­piął drugą nogę.

Te­raz była już kom­plet­nie bez­rad­na.

Pod­niósł przeście­radło z podłogi i okrył ją. Pa­trzył na nią w ci­szy przez ja­kieś dwie mi­nu­ty. Wy­czu­wała w ciem­ności jego pod­nie­ce­nie, cho­ciaż go nie oka­zy­wał, uda­wał obojętność. Na pew­no miał erekcję. Wie­działa, że chce jej do­tknąć.

Po­tem odwrócił się i wy­szedł, za­my­kając za sobą drzwi. Słyszała, że je za­ry­glo­wał, zupełnie nie­po­trzeb­nie, bo nie miała szans wy­swo­bo­dzić się z więzów.

Leżała tak kil­ka mi­nut i pa­trzyła na wąską smugę światła znad drzwi. Po­tem po­ru­szyła się, spraw­dzając, jak cia­sno są zapięte pasy. Mogła trochę pod­ciągnąć nogi, ale rze­mie­nie na pier­siach i wokół ko­stek na­tych­miast się na­pi­nały. Roz­luźniła się. Leżała w całko­wi­tym bez­ru­chu i pa­trzyła w nicość.

Cze­kała. Ma­rzyła o ka­ni­strze z ben­zyną i zapałce.

Wi­działa go prze­siąkniętego ben­zyną. Wy­czu­wała w dłoni pudełko zapałek. Potrząsnęła nim. Za­grze­cho­tało. Wyjęła zapałkę. Słyszała, że on coś mówi, ale była głucha na jego słowa. Wi­działa wy­raz jego twa­rzy, gdy przyłożyła zapałkę do pudełka. Słyszała trzask siar­ki w ze­tknięciu z draską. Brzmiało to jak spo­wol­nio­ny grzmot pio­ru­na. Wi­działa, jak bu­cha płomień.

Uśmiechnęła się z za­wziętością, na­brała wewnętrznej siły.

Tej nocy skończyła trzy­naście lat.

Równa­nia otrzy­mują na­zwy według potęgi, do ja­kiej pod­nie­sio­na jest nie­wia­do­ma (według war­tości wykład­ni­ka). Jeśli ta war­tość to 1, mówimy o równa­niu pierw­sze­go stop­nia, jeśli jest to 2, dru­gie­go stop­nia itd. Równa­nie wyższe­go stop­nia niż pierw­szy jest spełnio­ne dla wie­lu nie­wia­do­mych. War­tości te na­zy­wa­my pier­wiast­ka­mi.

Równa­nie pierw­sze­go stop­nia (równa­nie li­nio­we): 3x – 9 = 0 (pier­wia­stek: x = 3)

Część 1

Równa­nia nie­re­gu­lar­ne

16–20 grud­nia

Roz­dział 1

Czwar­tek 16 grud­nia – piątek 17 grud­nia

LIS­BETH SA­LAN­DER zsunęła oku­la­ry prze­ciwsłonecz­ne na czu­bek nosa i spoglądała spod ron­da ka­pe­lu­sza. Wi­działa, jak ko­bie­ta z po­ko­ju 32 wy­cho­dzi bocz­nym wyjściem z ho­te­lu i spa­ce­ro­wym kro­kiem zbliża się do jed­ne­go z biało-zie­lo­nych leżaków przy ba­se­nie. W sku­pie­niu wbi­jała wzrok w zie­mię i zda­wało się, że idzie na nie­pew­nych no­gach.

Sa­lan­der wi­działa ją wcześniej je­dy­nie z da­le­ka. Wiek ko­bie­ty osza­co­wała na ja­kieś trzy­dzieści pięć lat, lecz mogła być równie do­brze dwu­dzie­sto­pięcio-, jak i pięćdzie­sięcio­latką. Miała brązowe włosy do ra­mion, pociągłą twarz i doj­rzałe ciało, jak­by wyjęte z ka­ta­lo­gu bie­li­zny domu wysyłko­we­go. Miała na so­bie san­dały, czar­ne bi­ki­ni i oku­la­ry prze­ciwsłonecz­ne o fio­le­to­wym za­bar­wie­niu. Była Ame­ry­kanką i mówiła z południo­wym ak­cen­tem. Żółty ka­pe­lusz upuściła na zie­mię obok leżaka i dała znak bar­ma­no­wi z baru Elli Car­mi­cha­el.

Lis­beth Sa­lan­der odłożyła książkę na ko­la­na, upiła łyk kawy i wyciągnęła rękę po pa­pie­ro­sy. Nie od­wra­cając głowy, prze­niosła wzrok na ho­ry­zont. Ze swo­je­go miej­sca na ta­ra­sie przy ba­se­nie, między ro­do­den­dro­nem a pal­ma­mi, rosnącymi pod ho­te­lo­wym mu­rem, wi­działa w od­da­li Mo­rze Ka­ra­ib­skie. Kawałek od brze­gu płynęła z wia­trem żaglówka, na północ, ku Sa­int Lu­cia albo Do­mi­ni­ce. Da­lej na mo­rzu za­uważyła szarą syl­wetkę ma­sow­ca w dro­dze na południe, do Gu­ja­ny lub któregoś z sąsied­nich krajów. De­li­kat­na bry­za wal­czyła z przed­południo­wym upałem, jed­nak Lis­beth Sa­lan­der czuła, jak kro­pla potu po­wo­li spływa jej na brew. Nie lubiła smażyć się na słońcu. Każdy dzień spędzała, o ile to było możliwe, w cie­niu, dla­te­go wciąż prze­sia­dy­wała pod mar­kizą. Mimo to jej skóra zro­biła się brązowa jak orzech. Nosiła szor­ty w ko­lo­rze kha­ki i czarną ko­szulkę.

Słuchała dźwięków ste­el pan płynących z głośnika przy ba­rze. Nig­dy, na­wet w naj­mniej­szym stop­niu, nie in­te­re­so­wała się mu­zyką i nie po­tra­fiła odróżnić szwedz­kiej ka­pe­li Sven In­gvars od Nic­ka Cave’a, ale mu­zyka ste­el pan fa­scy­no­wała ją. Nie­praw­do­po­dob­ne wy­da­wało się, że ktoś mógł na­stroić beczkę po ro­pie, a jesz­cze bar­dziej to, iż można było z niej wy­do­być kon­tro­lo­wa­ne dźwięki, nie­po­dob­ne do ni­cze­go in­ne­go. Miała wrażenie, że to ma­gicz­ne dźwięki.

Po­czuła na­gle iry­tację i prze­niosła wzrok z po­wro­tem na ko­bietę, która właśnie do­stała drin­ka w ko­lo­rze po­ma­rańczy.

Nie był to pro­blem Lis­beth Sa­lan­der. Nie po­tra­fiła po pro­stu pojąć, dla­cze­go ko­bie­ta nie wy­je­chała. Przez czte­ry noce, odkąd tyl­ko para przy­je­chała do ho­te­lu, Lis­beth słuchała odgłosów prze­mo­cy do­chodzących z sąsied­nie­go po­ko­ju. Do­bie­gały ją ci­che, ale wzbu­rzo­ne głosy, płacz, a cza­sem echo wy­mie­rza­nych razów. Mężczy­zna, który za­da­wał owe cio­sy – Lis­beth po­dej­rze­wała, iż to mąż ko­bie­ty – miał około czter­dziest­ki. Ciem­ne, pro­ste włosy sta­ro­mod­nym spo­so­bem cze­sał w prze­działek na środ­ku i zda­wało się, że prze­by­wa na Gre­na­dzie w ce­lach za­wo­do­wych. Jaki był jego zawód, Lis­beth Sa­lan­der nie miała pojęcia, jed­nak każdego ran­ka mężczy­zna w ele­ganc­kiej ma­ry­nar­ce i pod kra­wa­tem pił kawę w ho­te­lo­wym ba­rze, po czym z aktówką w ręce wsia­dał do taksówki.

Wra­cał do ho­te­lu późnym wie­czo­rem, kąpał się i sie­dział z żoną przy ba­se­nie. Mie­li w zwy­cza­ju jadać ra­zem ko­lację, spra­wiając wrażenie ci­che­go i czułego małżeństwa. Ko­bie­ta cza­sem wy­pi­jała kie­li­szek lub dwa za dużo, ale jej stan ni­ko­mu nie prze­szka­dzał ani nie zwra­cał ni­czy­jej uwa­gi.

Awan­tu­ry w sąsied­nim po­ko­ju za­czy­nały się zwy­kle między dzie­siątą a je­de­nastą wie­czo­rem, mniej więcej w tym sa­mym cza­sie, kie­dy Lis­beth kładła się do łóżka z książką o ta­jem­ni­cach ma­te­ma­ty­ki. Nie było tu mowy o bru­tal­nym mal­tre­to­wa­niu. Na ile dało się to oce­nić przez ścianę, obok to­czyła się nie­prze­rwa­na, jed­no­staj­na kłótnia. Po­przed­niej nocy Lis­beth nie mogła opa­no­wać cie­ka­wości i wyszła na bal­kon – mie­li otwar­te drzwi – aby posłuchać, o co w tym wszyst­kim cho­dzi. Po­nad go­dzinę mężczy­zna spa­ce­ro­wał tam i z po­wro­tem po po­ko­ju, wy­znając, że jest łaj­da­kiem i na nią nie zasługu­je. Raz za ra­zem po­wta­rzał, iż w jej opi­nii za­pew­ne jest fałszy­wym człowie­kiem. Ona po każdym ta­kim stwier­dze­niu od­po­wia­dała, że wca­le tak nie uważa, i próbowała go uspo­koić. Jed­nak on był co­raz bar­dziej gwałtow­ny, aż w końcu zaczął nią tar­mo­sić. Wresz­cie od­po­wie­działa, jak chciał… tak, je­steś fałszy­wy. On po­trak­to­wał wy­mu­szo­ne wy­zna­nie ko­bie­ty jako pre­tekst, by na­tych­miast za­ata­ko­wać jej pro­wa­dze­nie się, cha­rak­ter. Na­zwał ją kurwą. Lis­beth Sa­lan­der bez wa­ha­nia podjęłaby działanie, gdy­by cho­dziło o nią, jed­nak tak nie było i ogólnie rzecz biorąc, to nie jej pro­blem, nie mogła więc roz­strzygnąć, czy po­win­na w jakiś sposób za­re­ago­wać.

Lis­beth ze zdzi­wie­niem słuchała jed­no­staj­ne­go ga­da­nia mężczy­zny, zakończo­ne­go na­gle odgłosem brzmiącym jak ude­rze­nie w twarz. Już po­sta­no­wiła wyjść na ko­ry­tarz i kop­nia­kiem otwo­rzyć sąsied­nie drzwi, gdy w po­ko­ju zro­biło się ci­cho.

Przyglądała się te­raz uważnie ko­bie­cie przy ba­se­nie i za­uważyła bla­dy si­niak na ra­mie­niu oraz za­dra­pa­nie na bio­drze, słowem, żad­nych poważniej­szych obrażeń.

DZIE­WIĘĆ MIE­SIĘCY wcześniej prze­czy­tała pe­wien ar­ty­kuł w ma­ga­zy­nie „Po­pu­lar Scien­ce”, po­zo­sta­wio­nym przez kogoś na rzym­skim lot­ni­sku Le­onar­da da Vin­ci, i na­gle zro­dziła się w niej nie­wy­jaśnio­na fa­scy­na­cja ta­jem­niczą dzie­dziną, jaką jest astro­no­mia sfe­rycz­na. Pod wpływem im­pul­su wstąpiła do księgar­ni uni­wer­sy­tec­kiej w Rzy­mie i kupiła kil­ka naj­ważniej­szych roz­praw na ten te­mat. Jed­nak aby pojąć astro­no­mię sfe­ryczną, mu­siała zgłębić ar­ka­na mate­matyki. Podróżując przez kil­ka ostat­nich mie­sięcy, zaglądała do księgarń na­uko­wych, by kupić ko­lej­ne po­zy­cje z tej dzie­dziny.

Książki za­zwy­czaj leżały spa­ko­wa­ne w wa­liz­ce, a stu­dia były nie­sys­te­ma­tycz­ne i właści­wie bez określo­ne­go celu, póki nie zaj­rzała do księgar­ni w Mia­mi, skąd wyszła z książką dok­to­ra L.C. Par­nault Di­men­sions in Ma­the­ma­tics (Ha­rvard Uni­ver­si­ty, 1999). Zna­lazła ją tuż przed podróżą na ar­chi­pe­lag Flo­ri­da Keys, skąd miała zacząć zwie­dza­nie wysp ka­ra­ib­skich.

Za­li­czyła już Gwa­de­lupę (dwa dni w nie­wy­obrażal­nej dziu­rze) i Do­mi­nikę (przy­jem­nie, pełny re­laks, pięć dni), Bar­ba­dos (doba w ame­ry­kańskim ho­te­lu, gdzie czuła się bar­dzo nie­mi­le wi­dzia­nym gościem) i Sa­int Lu­cia (dzie­więć dni). Na tej ostat­niej mogłaby na­wet zo­stać dłużej, gdy­by nie za­darła z ciężko myślącym miej­sco­wym chu­li­ga­nem, stałym by­wal­cem baru w jej położonym na ubo­czu ho­te­lu. W końcu stra­ciła cier­pli­wość i walnęła go cegłą w głowę, wy­mel­do­wała się z ho­te­lu i popłynęła pro­mem zmie­rzającym do Sa­int Geo­r­ge’s, sto­li­cy Gre­na­dy, kra­ju, o którego ist­nie­niu nie wie­działa, póki nie wsiadła na pokład stat­ku.

Zeszła na ląd na Gre­na­dzie w tro­pi­kal­nej ule­wie o go­dzi­nie dzie­siątej pew­ne­go li­sto­pa­do­we­go po­ran­ka. W „The Ca­rib­be­an Tra­vel­ler” zna­lazła in­for­mację, że Gre­nadę na­zy­wa­no „Spi­ce Is­land”, wyspą przy­praw, oraz że jest naj­większym pro­du­cen­tem gałki musz­ka­tołowej na świe­cie. Wy­spa ma 120 tysięcy miesz­kańców, ale po­nad 200 tysięcy oby­wa­te­li tego kra­ju miesz­ka w USA, Ka­na­dzie albo An­glii, co dawało pew­ne pojęcie o tu­tej­szym ryn­ku pra­cy. Wokół wy­gasłego wul­ka­nu Grand Etang roz­ciągał się górzy­sty kra­jo­braz.

Z PER­SPEK­TY­WY HI­STO­RII Gre­na­da to jed­na z wie­lu nie­wiel­kich byłych ko­lo­nii bry­tyj­skich. W 1795 roku wywołała po­ru­sze­nie wśród po­li­tyków, gdy pe­wien wy­zwo­le­niec o na­zwi­sku Ju­lian Fe­don, za­in­spi­ro­wa­ny re­wo­lucją fran­cuską, wznie­cił po­wsta­nie, co zmu­siło Ko­ronę do wysłania tam wojsk, by ćwiar­to­wały, roz­strze­li­wały, wie­szały i oka­le­czały zastępy re­be­liantów. Tym, co obu­rzyło ko­lo­nial­ny reżim, był fakt, że do po­wsta­nia Fe­dona przyłączyła się na­wet gru­pa białych bie­daków, nie licząc się w naj­mniej­szym stop­niu z ety­kietą czy względami ra­so­wy­mi. Re­be­lię stłumio­no, jed­nak sam Fe­don nig­dy nie zo­stał ujęty, za­szył się w ma­sy­wie Grand Etang, a jego wy­czy­ny ob­rosły le­gendą na miarę Ro­bin Ho­oda.

Trochę po­nad dwieście lat później, w 1979 roku, ad­wo­kat Mau­ri­ce Bi­shop wznie­cił nową re­wo­lucję, za­in­spi­ro­waną – według prze­wod­ni­ka – przez the com­mu­nist dic­ta­tor­ships in Cuba and Ni­ca­ra­gua. Jed­nak Lis­beth uj­rzała tam­te wy­da­rze­nia w zupełnie in­nym świe­tle, kie­dy spo­tkała Phi­li­pa Cam­bel­la, na­uczy­cie­la, bi­blio­te­ka­rza i ka­zno­dzieję w koście­le bap­tystów, u którego wy­najęła pokój na pierw­szych kil­ka dni. Całą hi­sto­rię można by streścić następująco: Bi­shop to lu­do­wy przywódca o au­ten­tycz­nej po­pu­lar­ności, który oba­lił sza­lo­ne­go dyk­ta­to­ra i en­tu­zjastę UFO w jed­nej oso­bie, poświęcającego część skrom­ne­go budżetu na­ro­do­we­go na to, by po­lo­wać na la­tające spodki. Bi­shop agi­to­wał za de­mo­kracją eko­no­miczną oraz wpro­wa­dził pierw­sze w tym kra­ju usta­wo­daw­stwo do­tyczące równości płci, nim zo­stał za­mor­do­wa­ny w 1983 roku.

Po za­ma­chu – ma­sa­krze, w której zginęło sto dwa­dzieścia osób, w tym mi­ni­ster spraw za­gra­nicz­nych, mi­ni­ster do spraw ko­biet oraz kil­ku ważnych przywódców związków za­wo­do­wych – Sta­ny Zjed­no­czo­ne na­je­chały kraj i wpro­wa­dziły de­mo­krację. Dla Gre­na­dy ozna­czało to wzrost bez­ro­bo­cia z po­nad sześciu pro­cent do nie­mal pięćdzie­sięciu, co spo­wo­do­wało, iż han­del ko­ka­iną stał się znów naj­ważniej­szym źródłem do­chodów. Phi­lip Cam­bell po­ki­wał tyl­ko głową, czy­tając opis z prze­wod­ni­ka Lis­beth, i udzie­lił jej kil­ku do­brych rad, ja­kich lu­dzi i dziel­nic po­win­na uni­kać po zmro­ku.

W przy­pad­ku Lis­beth Sa­lan­der ta­kie rady właści­wie na nic by się zdały. Jed­nak udało jej się całko­wi­cie uniknąć kon­taktów ze świa­tem przestępczym Gre­na­dy, a to dzięki temu, że za­ko­chała się w Grand Anse Be­ach, położonej na południe od Sa­int Geo­r­ge’s od­lud­nej, ciągnącej się przez wie­le mil plaży, na której mogła go­dzi­na­mi spa­ce­ro­wać, nie będąc zmu­szo­na roz­ma­wiać ani spo­ty­kać się z kim­kol­wiek. Prze­niosła się do Keys, jed­ne­go z nie­licz­nych ame­ry­kańskich ho­te­li przy Grand Anse, gdzie spędziła sie­dem ty­go­dni, nie zaj­mując się ni­czym in­nym oprócz wędrówek po plaży i za­ja­da­nia się miej­sco­wym owo­cem chi­nups, który w sma­ku przy­po­mi­nał gorz­ki szwedz­ki agrest i nie­zmier­nie przy­padł jej do gu­stu.

Nie był to szczyt se­zo­nu, więc Keys Ho­tel wy­naj­mo­wał le­d­wie jedną trze­cią po­koi. Je­dy­ny pro­blem po­le­gał na tym, że zarówno spokój Lis­beth Sa­lan­der, jak i jej wy­ryw­ko­we stu­dia ma­te­ma­tycz­ne zakłócił na­gle ci­chy dra­mat roz­gry­wający się w sąsied­nim po­ko­ju.

MI­KA­EL BLOM­KVIST na­cisnął dzwo­nek do drzwi miesz­ka­nia Lis­beth Sa­lan­der przy Lun­da­ga­tan. Nie ocze­ki­wał, że otwo­rzy, jed­nak na­brał zwy­cza­ju prze­jeżdżania obok jej domu mniej więcej raz w mie­siącu, aby spraw­dzić, czy coś się zmie­niło. Kie­dy pod­niósł klapkę w drzwiach i zaj­rzał przez otwór na li­sty, do­strzegł stos ulo­tek. Było tuż po dzie­siątej wie­czo­rem, zbyt ciem­no, by mógł stwier­dzić, jak bar­dzo ów stos urósł od ostat­nie­go razu.

Chwilę stał nie­zde­cy­do­wa­ny na ko­ry­ta­rzu, po czym nie­za­do­wo­lo­ny odwrócił się i wy­szedł z bu­dyn­ku. Bez pośpie­chu do­tarł do domu na Bel­l­mans­ga­tan, włączył eks­pres do kawy i rozłożył wie­czor­ne wy­da­nia ga­zet, oglądając jed­no­cześnie późne wy­da­nie wia­do­mości, „Rap­port”. Był w po­nu­rym na­stro­ju i za­sta­na­wiał się, gdzie prze­by­wa Lis­beth Sa­lan­der. Czuł lek­ki nie­pokój i po raz tysięczny za­da­wał so­bie py­ta­nie, co tak właści­wie się stało.

Na po­przed­nie Boże Na­ro­dze­nie za­pro­sił Lis­beth do dom­ku w San­dhamn. Cho­dzi­li ra­zem na długie spa­ce­ry i dys­ku­to­wa­li półgłosem o następstwach dra­ma­tycz­nych wy­da­rzeń, ja­kie stały się ich udziałem w trak­cie mi­nio­ne­go roku, kie­dy Mi­ka­el prze­cho­dził coś, co z per­spek­ty­wy cza­su oce­niał jako życio­wy kry­zys. Zo­stał ska­za­ny za zniesławie­nie i spędził kil­ka mie­sięcy w więzie­niu, jego dzien­ni­kar­ska ka­rie­ra utknęła w mar­twym punk­cie, a on sam, ucie­kając z pod­ku­lo­nym ogo­nem, zre­zy­gno­wał ze sta­no­wi­ska wy­daw­cy od­po­wie­dzial­ne­go1 w cza­so­piśmie „Mil­len­nium”. Lecz na­gle wszyst­ko się zmie­niło. Zle­ce­nie na­pi­sa­nia bio­gra­fii po­ten­ta­ta prze­mysłowe­go Hen­ri­ka Van­ge­ra, które wy­da­wało mu się nie­do­rzecz­nie zy­skow­nym ro­dza­jem te­ra­pii, nie­ocze­ki­wa­nie stało się de­spe­rac­kim pości­giem za nie­zi­den­ty­fi­ko­wa­nym, prze­biegłym se­ryj­nym mor­dercą.

W trak­cie tego pościgu spo­tkał Lis­beth Sa­lan­der. Mi­ka­el z roz­tar­gnie­niem do­tknął le­d­wie wy­czu­wal­nej bli­zny, jaką po­zo­sta­wiła pętla tuż pod jego le­wym uchem. Lis­beth nie tyl­ko po­mogła mu od­na­leźć mor­dercę – dosłownie ura­to­wała mu życie.

Raz za ra­zem wpra­wiała go w zdu­mie­nie swo­imi za­dzi­wiającymi zdol­nościa­mi – fo­to­gra­ficzną pamięcią i fe­no­me­nal­ny­mi umiejętnościa­mi w dzie­dzi­nie in­for­ma­ty­ki. Mi­ka­el Blom­kvist uważał się za obe­zna­ne­go z obsługą kom­pu­te­ra, ale Lis­beth Sa­lan­der ra­dziła so­bie ze sprzętem, jak­by weszła w kon­szach­ty z diabłem. Z cza­sem zro­zu­miał, że jest ha­kerką świa­to­wej kla­sy, a w eks­klu­zyw­nym między­na­ro­do­wym kręgu zaj­mującym się włama­nia­mi do sys­temów na naj­wyższym po­zio­mie jest la­gen­darną po­sta­cią, znaną je­dy­nie pod pseu­do­ni­mem Wasp.

To właśnie jej umiejętność włamy­wa­nia się do cu­dzych kom­pu­terów dała mu ma­te­riał po­trzeb­ny do obróce­nia własnej dzien­ni­kar­skiej klęski w tak zwaną aferę Wen­nerströma – gorący te­mat, który po upływie dwu­na­stu mie­sięcy nadal był przed­mio­tem między­na­ro­do­wych śledztw do­tyczących przestępczości go­spo­dar­czej, a Mi­ka­elo­wi dał okazję do re­gu­lar­ne­go prze­sia­dy­wa­nia w stu­diach te­le­wi­zyj­nych.

1 W Szwe­cji wszyst­kie re­gu­lar­nie uka­zujące się ga­ze­ty i cza­so­pi­sma muszą wy­zna­czyć tzw. wy­dawcę od­po­wie­dzial­ne­go (szw. an­sva­rig utgi­va­re) i to on, a nie kon­kret­ni dzien­ni­ka­rze, od­po­wia­da praw­nie za treść ar­ty­kułów. Jest to związane z gwa­ran­to­wa­nym w kon­sty­tu­cji pra­wem do wol­ności wy­po­wie­dzi i dru­ku (przyp. tłum.).