Milion nowych chwil - Katherine Center - ebook

18 osób właśnie czyta

Opis

Niezapomniana historia miłosna, która pokazuje, że nawet w najtrudniejszych okolicznościach jest miejsce na chwile radości

Piękna i pełna mocy powieść o przetrwaniu

Młoda, piękna i zdolna Margaret właśnie skończyła studia i zaraz rozpocznie wymarzoną pracę. Do tego jest w szczęśliwym związku z Chipem – przystojniakiem, który wkrótce ma otrzymać licencję pilota. Są walentynki i spodziewa się, że podczas wycieczki samolotem Chip jej się oświadczy. Potem wezmą ślub i będą żyli długo i szczęśliwie.

Jednak najpiękniejszy dzień w jej życiu zamienia się w koszmar. Romantyczny lot cessną kończy się wypadkiem, a Margaret odnosi poważne obrażenia i jest sparaliżowana. W jednej chwili traci wszystko. W szpitalu musi zmierzyć się z bolesną prawdą, że nic już nie będzie takie samo jak dawniej. Czy będzie potrafiła znaleźć własny sposób na życie, a po drodze zmierzyć się z rodzinnymi tajemnicami, uleczyć złamane serce i zrozumieć, że miłość można znaleźć w najmniej oczekiwanym miejscu?

Poruszająca fabuła, bohaterka, z którą łatwo się utożsamić, romantyczna historia miłosna, zabawne dialogi i odpowiednia dawka czarnego humoru czyni z tej powieści fantastyczną feel good novel.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 357

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału: How to Walk Away

Projekt okładki: Katarzyna Konior/bluemango.pl

Redakcja:Katarzyna Wójcik (Lingventa)

Redaktor prowadzący: Aleksandra Janecka

Redakcja techniczna: Anna Sawicka-Banaszkiewicz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta:Lilianna Mieszczańska

Fotografie wykorzystane na okładce:

© 4 PM production/Shutterstock

© Jne Valokuvaus/Shutterstock

© 2018 by Katherine Pannill CenterPublished by arrangement with St. Martin’s PressAll rights reserved

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2019

© for the Polish translation by Anna Rajca-Salata

ISBN 978-83-287-1207-2

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2019

„Masz jedno życie, a ono toczy się tylko naprzód”.

Wesley Branch

„Jest wiele szczęśliwych zakończeń”.

Eve Lapin

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Czy to nie ironia losu, że zawsze bałam się latać?

Zawsze. Odkąd urosłam na tyle, by zrozumieć, na czym to polega.

Latanie wydawało mi się sprzeczne z naturą. A nawet trochę aroganckie. Po co wznosić się w górę, skoro siła ciążenia chce nas zatrzymać na dole?

Któregoś roku, kiedy chodziłam jeszcze do szkoły średniej, rodzice zabrali mnie i moją starszą siostrę Kitty na Hawaje. Bałam się lotu od chwili, gdy nam o nim powiedziano, aż do momentu, kiedy wróciliśmy do domu. Zdanie: „Lecimy na Hawaje” brzmiało w mojej głowie jak: „Toniemy w oceanie”. Tydzień przed wyjazdem zaczęłam planować strategię przetrwania. Pewnej nocy po zgaszeniu świateł zakradłam się do pokoju Kitty i weszłam do jej łóżka.

Chodziłam do pierwszej klasy szkoły średniej, a ona do ostatniej, była więc dla mnie prawdziwym autorytetem.

– Jaki mamy plan? – zapytałam z naciskiem.

– Plan na co? – wymruczała z twarzą do połowy ukrytą w poduszce.

– Plan działania na wypadek, gdyby samolot spadł.

Otworzyła jedno oko.

– Gdzie spadł?

– Do oceanu. W drodze na Hawaje.

Przez chwilę patrzyła mi w oczy.

– To się nie wydarzy.

– Mam złe przeczucie – oznajmiłam.

– Nie kracz, nie kracz, bo wykraczesz.

– Mówię poważnie. Potrzebna nam strategia przetrwania.

Wyciągnęła rękę i pogłaskała mnie po grzywce.

– Nie ma strategii przetrwania.

– Musi być.

– Nie. – Pokręciła głową. – Bo jeśli nie spadniemy, nie będzie nam potrzebna. A jeżeli spadniemy… – urwała, żebym dobrze zrozumiała, o co jej chodzi.

– Też nie będzie?

Przytaknęła.

– Po prostu umrzemy. – Pstryknęła palcami.

– Mówisz tak, jakby to było łatwe.

– Umrzeć jest łatwo. Trudniej jest żyć.

– Chyba masz rację.

– Właśnie dlatego jestem najmądrzejsza w rodzinie. – Zamknęła oczy.

– Myślałam, że to ja jestem najmądrzejsza. – Szturchnęłam ją łokciem.

Odsunęła się.

– Przecież wiesz, że ty jesteś najpiękniejsza.

O dziwo, przetrwaliśmy tę podróż.

Równie dziwne jest to, że przetrwałam potem jeszcze wiele podróży i nigdy nie przydarzyło mi się nic gorszego od turbulencji. Czytałam, że według statystyk samolot jest najbezpieczniejszym środkiem transportu – zaczynając od samochodu, a na pociągach i gondolach kończąc. Kiedyś nawet miałam staż w biurze tuż obok międzynarodowego lotniska i przyglądałam się, jak przez cały dzień samoloty startują i lądują bez najmniejszego problemu. Dawno już powinnam zwalczyć mój lęk.

Nigdy jednak nie zdołałam pozbyć się uczucia, że latanie i katastrofy to właściwie jedno i to samo.

A teraz spotykałam się z facetem, który właśnie za kilka dni miał odebrać licencję pilota. Nasz związek był na tyle poważny, że w sobotę nie opuszczało mnie przeczucie, że dziś właśnie, kiedy będziemy świętować moją nieoficjalnie otrzymaną wymarzoną pracę, ukochany poprosi mnie o rękę. Zresztą mógł to zrobić w każdej chwili.

Dlatego włożyłam czarną sukienkę bez ramiączek.

Gdybym się głębiej zastanowiła, zapewne wydałoby mi się dziwne, jakim cudem mój chłopak, niezwykle wysportowany i czarujący Charles Philip Dunbar, może być dla mnie idealnym pod każdym względem partnerem, a jednocześnie przepadać za podniebnymi podróżami. Nigdy nie zawahał się ani przed lotem, ani przed zrobieniem czegoś tak przerażającego jak nurkowanie z akwalungiem lub skoki na bungee. Wierzył święcie w porządek wszechświata oraz w zasady fizyki i uważał, że ludzkość ma prawo naginać te zasady wedle życzenia.

Co do mnie, zawsze podejrzewałam, że chaos góruje nad porządkiem. W pojedynku Człowieka z Przyrodą stawiałam na Przyrodę.

– Po prostu nie uważałaś na fizyce – powtarzał w takich sytuacjach Chip, jakbym była jedynie niedoinformowana.

Zapewne byłam. Co nie oznaczało, że nie miałam racji.

Chip wierzył, że dzięki nauce pilotażu wyleczy mnie z lęków. Będzie tak wspaniały i inspirujący, że chcąc nie chcąc, rozluźnię się i polubię latanie.

Uzgodniliśmy więc, że w tej sprawie się nie zgadzamy.

– Nigdy, przenigdy z tobą nie polecę – ogłosiłam przed jego pierwszą lekcją.

– Tak myślisz teraz, ale pewnego dnia będziesz mnie błagać, żebym cię ze sobą zabrał.

Pokręciłam głową. Co to, to nie.

– O błaganiu nie ma mowy.

– Na razie.

Chip lada moment miał otrzymać licencję. Zaliczył już loty samodzielne i loty samodzielne cross-country. Wylatał też na wszelki wypadek ponad dwa razy tyle godzin, ile wymagano podczas szkolenia. Co mu pozostało? Lot sprawdzający z doświadczonym pilotem, który miał wprowadzić adepta w „stresujące sytuacje”.

– Nawet mi nie mów, na czym polegają – prosiłam.

Ale i tak mi powiedział.

– Na przykład instruktor specjalnie wyłącza silnik i musisz sobie z tym poradzić – objaśniał, na samą myśl o tym aż promieniejąc z zadowolenia. – Albo trzeba lądować na krótkim lądowisku, gdzie nie ma wystarczająco dużo miejsca. No i oczywiście: nocne loty.

Egzamin końcowy miał się odbyć w przyszłym tygodniu. Chip należał do ludzi, którzy w obliczu trudności zachowują spokój. Zapowiadał się na doskonałego pilota. A ja życzyłam mu z całego serca, by latał sobie, ile dusza zapragnie. Ale sam.

Najpierw jednak mieliśmy się zaręczyć – w każdym razie taką miałam nadzieję. Może już dziś wieczorem. W walentynki.

Nie potrafię dokładnie wytłumaczyć, skąd o tym wiedziałam. Po prostu przeczuwałam to przez cały dzień, tak jak się przeczuwa, że będzie padał deszcz. A gdy usiadłam obok Chipa w jego aucie i zapięłam pas, byłam już o tym przekonana.

Znaliśmy się bardzo długo. Chodziliśmy ze sobą od trzech lat. Poznałam każdą odzywkę z jego repertuaru. Znałam każdy zakamarek jego ciała. Wiedziałam, kiedy udaje, że się śmieje, a kiedy bajeruje. Wystarczyło mi kilka sekund, by rozpoznać, czy lubi daną osobę, czy też nie. I zawsze wyczuwałam, kiedy coś ukrywał – zwłaszcza jeśli chodziło o ważną dla niego sprawę. Chociaż więc randka ta wydawała się podobna do innych naszych randek, wiedziałam, że wydarzy się na niej coś ważnego.

Sądziłam, że Chip zabierze mnie do włoskiej restauracji z mrugającymi światełkami, gdzie umówiliśmy się po raz pierwszy. Tymczasem on, zamiast skierować się do centrum, skręcił na autostradę i dodał gazu.

Dżip miał opuszczony dach. Przytrzymałam włosy rękami.

– Dokąd jedziemy? – zawołałam.

– Niespodzianka! – odkrzyknął.

Ścisnęło mnie w żołądku. Znów od razu wiedziałam, co zamierza Chip. Nie musiał mnie o niczym uprzedzać. Na tym polegał cały problem. Czytałam w nim jak w książce. Nie zabierał mnie na kolację. Tylko na lotnisko.

Dwadzieścia minut później centrum Houston zostało daleko za nami. A Chip zaparkował obok hangaru na prywatnym lotnisku położonym na zupełnym pustkowiu.

– Nie myślisz o tym poważnie? – Rozejrzałam się wokół.

– Jesteś zaskoczona? – Nachylił się ku mnie.

– I tak, i nie.

– To udawaj, że jesteś. Raz w życiu chciałem cię zaskoczyć.

– Zgoda. Jestem wstrząśnięta i przejęta grozą.

– Aż tak bardzo nie musisz udawać.

Okrążył samochód, po czym z konspiracyjną miną wziął mnie za rękę i pociągnął w daleki kąt hangaru.

Poszłam za nim, odczuwając dysonans poznawczy – dokładnie wiedziałam, co robi, a jednocześnie wmawiałam sobie, że to niemożliwe.

– Wprowadzasz mnie tu nielegalnie? – wyszeptałam.

– Nie ma strachu. Mój kumpel Dylan też przemycił w zeszłym tygodniu swoją dziewczynę.

– Chip. Nie mogę. – Próbowałam wyszarpnąć rękę.

– Jasne, że możesz.

– Czy to… zabronione?

– Chciałem ci tylko pokazać swój samolot.

– Nie jest twój, kolego.

– Prawie jest.

W ogóle nie interesowało mnie oglądanie samolotu. Interesowało mnie wino, przystawki i świece. Byłam niemal pewna, że dostanę wymarzoną pracę! Chciałam to uczcić. Pragnęłam czuć się dobrze, a nie źle.

– Nie możemy pojechać na kolację?

Rozejrzał się wokół, a potem przeniósł wzrok na mnie.

– Każdy głupi może pojechać na kolację.

– Mogę być każdym głupim.

– A ja nie.

Chip wskazał, że droga wolna, pociągnął mnie na drugą stronę przejścia i zatrzymał się przed małą cessną. Wyglądała jak samolot na filmach rysunkowych – skrzydła, a pod nimi kadłub z małym spiczastym nosem zakończonym śmigłem. Była też bardzo patriotyczna. W czerwone, białe i niebieskie pasy.

– Śliczna – powiedziałam, kiwnięciem głowy dając do zrozumienia, że tę sprawę mamy już za sobą.

Ale Chip położył mi dłonie na ramionach i skierował mnie w stronę kabiny. Cofnęłam się o krok.

– Co ty wyprawiasz?

– Polecimy na przejażdżkę.

– Boję się latać. Zapomniałeś?

– Czas to przezwyciężyć.

– Zwymiotuję. Dostanę choroby lokomocyjnej.

– Nie ze mną.

– Nie chodzi o ciebie, tylko o latanie.

– Po prostu potrzebujesz odpowiedniego pilota.

Pokręciłam głową odmownie i z niedowierzaniem.

– Nawet nie masz licencji.

– Równie dobrze mógłbym mieć. Spełniłem wszystkie wymagania.

– Z wyjątkiem egzaminu.

– Egzamin jedynie potwierdzi to, czego się nauczyłem.

– Chip? Nie.

– Margaret? Tak. I to teraz, zanim nas przyłapią.

Jego upór był niemal wyczuwalny fizycznie, jak silny wiatr, któremu trzeba się oprzeć. Chciał lecieć. Chciał, żebym mu towarzyszyła i pokazała, że w niego wierzę. Nie był to co prawda egzamin, ale musiałam stanąć na wysokości zadania.

Nie należałam do ludzi, którzy ponoszą porażki.

Byłam osobą, która radzi sobie z zadaniami po mistrzowsku.

Poczułam, że to ważna, symboliczna chwila, świadcząca o odwadze, zaufaniu i śmiałości. Odsłaniająca prawdę o tym, kim jestem i jak przeżyję resztę życia. Odmowa lotu nagle wydała mi się równoznaczna z odrzuceniem wszelkich perspektyw. Czy zgodzę się na to, by minimalne statystycznie ryzyko odebrało mi odwagę? Czy nie potrafię sprostać wyzwaniu? Czy pozwolę, by strach mnie pokonał?

Nie jestem pewna, czy w ogóle miałam wybór. Chip to był Chip. Mężczyzna Idealny. Uważałam tak, odkąd nasi rodzice zostali sąsiadami. Było to w czasach, kiedy oboje jeszcze studiowaliśmy. Nasze matki się zaprzyjaźniły, razem plotkowały i popijały wino na patio, ale Chipa widywałam tylko podczas wakacji. Latem jego tato kazał mu kosić trawnik, a ja stałam w oknie i patrzyłam. Raz mama namówiła mnie, żebym zaniosła mu butelkę wody, a on wypił całą praktycznie jednym haustem. Wciąż pamiętam to jakby w zwolnionym tempie.

Jednak naprawdę poznałam go dopiero wtedy, gdy przypadkiem trafiliśmy do tej samej Szkoły Biznesu w Austin. Byłam liderką naszej grupy studenckiej, a on mi podlegał, co dobrze mu zrobiło.

Tam się w sobie zakochaliśmy.

Wyszłabym za niego już tego wieczoru, kiedy się po raz pierwszy pocałowaliśmy, gdyby mnie tylko poprosił. Taki to był facet. Wysoki, gładko ogolony, jasnowłosy, typowy Amerykanin, odnoszący sukcesy i pewny siebie. I pełen marzeń. Ludzie robili to, czego od nich chciał. Czułam, że mi się poszczęściło, i wstyd powiedzieć, ile czasu spędzałam, wyobrażając sobie naszą wspólną przyszłość. Ćwiczyłam podpis „Margaret Dunbar” częściej, niż miałabym ochotę się przyznać. Kiedyś szukałam w Google’u rasy psa najlepiej nadającej się na naszego domowego zwierzaka. A pewnego wieczoru, kupując – przysięgam – coś zupełnie innego na stronie internetowej Home Depot, kliknęłam na reklamę drewnianych sztachet po to tylko, by sprawdzić, ile kosztują.

Teraz oboje byliśmy po studiach, mieliśmy świeżutkie dyplomy MBA i szykowaliśmy się do objęcia nowych posad: Chip – młodszego analityka finansowego w banku inwestycyjnym, co załatwił mu przyjaciel ojca, a ja – menadżerki do spraw rozwoju w spółce paliwowej Simtex Petroleum. Praca Chipa była dobra, ale moja dużo lepsza i uważałam, że to szlachetne i dość prokobiece z jego strony, iż jest ze mnie taki dumny.

Prawdę mówiąc, nie miałam odpowiednich kwalifikacji do objęcia tego stanowiska. Wymagano „pięciu lat doświadczenia w branży”, „gruntownej wiedzy na temat negocjowania umów handlowych” i „międzynarodowej praktyki”, a ja żadnego z tych warunków nie spełniałam. Mimo to mój mentor ze Szkoły Biznesu zaryzykował swoją reputację, poprosił przyjaciela o przysługę i napisał wspaniałą rekomendację, w której nazywał mnie „szalenie energiczną, myślącą przyszłościowo osobą, znakomicie rozwiązującą problemy, niezwykle komunikatywną, potrafiącą działać zespołowo, przedsiębiorczą i posiadającą doskonałe wyczucie finansów”.

Roześmiałam się, gdy pokazał mi tę rekomendację.

– Nie mam nawet w przybliżeniu takich kwalifikacji.

– Ludzie wciąż obejmują posady powyżej swoich kwalifikacji.

Wpatrywałam się w opis stanowiska.

– Chcą kogoś, kto „zajmie się zarządzaniem rozwojem strategicznym działu operacyjnego w powiązaniu z logistyką”.

– Jesteś do tego stworzona.

– Chyba pan żartuje.

– Myślisz jak dziewczyna.

– Jestem dziewczyną.

– Musimy coś na to poradzić.

Popatrzyłam na niego z powątpiewaniem.

– Kiedy pójdziesz na rozmowę kwalifikacyjną, masz udawać, że jesteś mężczyzną.

Zamknęłam oczy.

– Udawać mężczyznę.

– Twardziela – potwierdził. – Faceta, który ma wręcz zbyt wysokie kwalifikacje na to stanowisko.

Pokręciłam z niedowierzaniem głową.

– Kwalifikacje – wyjaśnił mentor – znaczą mniej niż pewność siebie.

– Skoro pan tak mówi… – powiedziałam, choć wcale mu nie wierzyłam. Tamtego dnia poszłam na spotkanie w sprawie pracy przekonana, że mnie wyśmieją. Ale zachowywałam się tak, jak polecił mi mentor. Udawałam z całych sił – choćby tylko po to, by pokazać mu, że się myli.

Tymczasem oni zaproponowali mi pracę. A przynajmniej facet z działu HR, odprowadzając mnie do holu, dotknął mego łokcia i oznajmił: „Mówię to na razie nieoficjalnie, ale dostała ją pani”.

Moje początkowe zarobki miały być o pięćdziesiąt tysięcy rocznie wyższe niż pensja Chipa, ale matka doradziła mi, żebym mu tego nie mówiła. Najważniejsze, że zaczynamy samodzielne życie. Wszystko się układało.

Dlatego teraz, na lotnisku, nie chciałam być tą, która nie umie się dopasować.

– Ufasz mi, prawda? – Chip ścisnął mnie za rękę.

– Tak. – Chciałam dodać: mniej więcej.

Przyciągnął mnie do siebie i pocałował w męski, zdecydowany, obiecujący wszystko sposób. Wsunął mi język do ust, emanując – w swoim wyobrażeniu – siłą i erotyzmem, jednak ja, zastygła ze strachu przed czekającym mnie zadaniem, byłam zbyt odrętwiała, by to poczuć.

Potem klepnął mnie w pośladek i zakomenderował:

– Właź.

Cóż było robić? Wlazłam.

Ale zapewniam, że ręce miałam równie zlodowaciałe jak krew.

Zapinając pas, mówiłam sobie w duchu, że postąpiłam słusznie. Ostatecznie, czy nie na tym polega miłość? Na mówieniu „tak” nie tylko wtedy, gdy jest to łatwe, lecz także w chwilach próby?

Oczywiście każda warta swojego dyplomu analityczka łatwo przedstawiłaby dokładnie odwrotny argument: że powinnam zaufać intuicji i nie pozwolić, by zmuszano mnie do robienia tego, czego nie chcę. Że brak szacunku Chipa dla moich obaw przed popisami w stylu Top Gun źle wróży naszym długoterminowym planom.

Nie zamierzałam jednak zagłębiać się w te rozważania.

Zamierzałam latać.

Chip usiadł obok, zapiął pas i podał mi czarne słuchawki. Czułam się, jakbym wsiadła do wagonika rollercoastera i założyła blokadę.

Chip natychmiast przemienił się w pilota. Włożył lotnicze okulary przeciwsłoneczne, przysunął sobie mikrofon i przesuwając po nim wargami, zaczął mówić do wieży kontrolnej językiem tak specjalistycznym, że jego słowa brzmiały niedorzecznie.

– Wieża, Fort Bend, cessna trzy dwa sześć tango delta Charlie, z informacją Juliet, zgoda na przelot z widzialnością do Texas City na poziomie trzech tysięcy trzystu stóp.

Miałam wrażenie, jakby kogoś udawał. Bo kto tak mówi? Jednak wieża była innego zdania. Ze słuchawek wśród trzasków dobiegło:

– Cessna trzy dwa sześć tango delta Charlie, Fort Bend Clearance, transponder dwa trzy jeden cztery, kontakt na częstotliwości sto dwadzieścia kropka dziewięć.

O cholera. To się dzieje naprawdę.

Chip niczym profesjonalista skontrolował urządzenia i zegary. Wydawał się wyluzowany. Kompetentny. Godny zaufania. No i taki męski. Oraz, nie da się ukryć, piekielnie seksowny.

– Dwa razy wszystko sprawdziłem, zanim cię tu przywiozłem – powiedział i ścisnął mnie za rękę. Jego głos w słuchawkach brzmiał nieco skrzekliwie – żebyś nie miała czasu się rozmyślić.

Sprytnie.

Ale ja już podjęłam decyzję. Dokonałam wyboru. Jak to mówią: na dobre i na złe.

Tymczasem Chip zajął się ważniejszymi sprawami.

Nie wychodząc z roli seksownego pilota, przemówił do mikrofonu i przekazał wieży kontrolnej kolejną wiadomość, z której wynikało, że oczekujemy na wolny pas startowy. Nigdy wcześniej nie byłam w kabinie pilota, a ten samolot właściwie składał się z samej kabiny. Co prawda, była za nami jeszcze para foteli, ale i tak miałam wrażenie, że siedzimy w samochodziku zabawce.

Czekaliśmy na naszą kolej, ponieważ lądował inny samolot, obejrzałam więc deskę rozdzielczą pełną gałek, zegarów i liczników.

– Nie jest za wysoka? – spytałam niepewnie, bo ledwie coś zza niej widziałam.

Chip pokręcił głową.

– Pilotowanie nie przypomina prowadzenia samochodu – wyjaśnił. – Tam najważniejsze jest to, co się widzi. Tu bardziej opieramy się na przyrządach.

– Nie patrzy się przez szybę?

– Owszem, ale równie ważna jest obserwacja instrumentów i wskaźników. Pilotowanie to w połowie patrzenie, a w połowie matematyka.

Inny samolot dotknął ziemi, zwolnił i przetoczył się obok nas. „Widzisz – powiedziałam sobie w duchu – przeżyli”. Zwiększyliśmy obroty, Chip znów ogłosił nas przez radio i zaczął naciskać pedały, by wjechać na pas startowy. Łopatki śmigła kręciły się tak szybko, że stały się niewidoczne. Samolot trząsł się i buczał. Usiadłam na zimnych dłoniach, by nie zaciskać ich w pięści.

– Tylko proszę, nie rób pętli ani niczego w tym rodzaju – poprosiłam.

– Pętli? – Spojrzał na mnie z ukosa.

– Korkociągów, salt. Czegokolwiek. Żadnych popisów.

– Nie muszę się przed tobą popisywać.

– Jasne, że nie.

– I tak wiesz, jaki jestem świetny.

– Wiem. – Skinęłam głową. – I bez tych wszystkich atrakcji mogę zwymiotować.

Ruszyliśmy po pasie, nabierając prędkości. Gdy oderwaliśmy się od ziemi, uznałam, że niewiele się to różni od startu zwykłego samolotu pasażerskiego. Może bardziej podskakiwaliśmy. Czułam się jak w Pożegnaniu z Afryką.

Ziemia uleciała w dal. Łatwizna.

Chip był skoncentrowany i spokojny. Wydawało mi się dziwne, że to wszystko dzieje się za jego sprawą. Gdy tylko znaleźliśmy się w powietrzu, zaczął opowiadać, co robi, tonem, jakby udzielał mi lekcji. Powiedział, że Cessna 172 to najpopularniejszy samolot, jaki w ogóle zbudowano. Klasyk. Polecimy na wysokości trzech tysięcy stóp z prędkością stu dwudziestu pięciu mil na godzinę, przyspieszając, gdy powietrze się rozrzedzi, by mieć wyższą prędkość od prędkości przeciągnięcia. Obserwujemy niebo, szukając innych samolotów, i uważamy na radar ze względu na wieże.

Wtem coś mnie zaniepokoiło. Chip wspomniał, że zbiorniki paliwa znajdują się na skrzydłach.

– To chyba zły pomysł – zauważyłam. – Co będzie, jeżeli skrzydła się złamią? Zaleje nas paliwo.

– Nie złamią się – uspokoił mnie Chip. – To się nie zdarza.

– A jeżeli się zdarzy?

– Wtedy będziemy mieli większe problemy niż wyciek paliwa.

Ułożyłam ręce na podołku tak, by nie było widać, jak mocno je zaciskam.

Samolot pracował głośno – dlatego mieliśmy słuchawki – i w powietrzu trząsł się bardziej niż na ziemi, zwłaszcza gdy przelatywaliśmy pod chmurą. Chip wyjaśnił, że chmury tak naprawdę tworzą się na szczytach kolumn wznoszącego się powietrza i do turbulencji dochodzi wtedy, gdy samolot te kolumny przecina. Nigdy nie przyszło mi do głowy, że chmury tkwią na jakichś kolumnach, sądziłam, że płyną po niebie, ale jego słowa brzmiały sensownie. A im mądrzej mówił, tym bezpieczniej się czułam.

– Wspaniale, co? – uśmiechnął się do mnie szeroko. Niby tak.

– Wspaniale.

– Dalej się boisz?

– Nie.

– Cieszysz się, że lecimy?

– Jeszcze bardziej będę się cieszyć, gdy staniemy na ziemi.

– Wiedziałem, że ci się spodoba. Że potrafisz być dzielna, jeśli się postarasz.

Uznałam to za nieco dziwny komplement, tak jakbym nigdy wcześniej nie zachowała się dzielnie w jego obecności. Jakby moja odwaga była sprawą dyskusyjną.

Choć, prawdę mówiąc, rzeczywiście czułam się dzielna, gdy tak lecieliśmy ponad mozaiką leżących w dole pól i osiedli.

Pamiętam, że myślałam wtedy, że najgorsze mamy już za sobą.

Wkrótce miejsce farm zajęły zatoki i ujścia rzek i zrozumiałam, że zmierzamy w stronę wybrzeża.

– Dokąd lecimy? – zapytałam.

– Pokażę ci szybko jedną rzecz i zaraz wracamy do domu – powiedział Chip.

Zobaczyłam wodę, potem pod nami pojawiła się wyspa Galveston, a kilka minut później jej bardziej oddalony od lądu brzeg. Wokół połyskiwała Zatoka Meksykańska. Przemknęliśmy nad plażą i nad falami.

Chip skręcił, zszedł niżej i przeleciał nad wybrzeżem. Widziałam w dole domki i małe niczym zabawki samochody. Zmniejszyliśmy jeszcze bardziej wysokość i zobaczyłam, jak fale rozbijają się na piasku.

– Patrz na plażę – nakazał, schodząc niżej.

Wyjrzałam przez okno. Piasek, ludzie, fale. Zabawne, że dotarliśmy tu tak szybko. Jazda samochodem trwałaby godzinę.

– Tutaj! – zawołał po kilku minutach Chip i pokazał coś palcem. Spojrzałam.

– Gdzie?

– Przeczytałaś?

– Co?

Wyjrzał przez boczne okienko.

– Cholera. Jesteśmy za wysoko.

Ale dalsze obniżanie wysokości sprawiło, że wieże na radarze stały się czerwone.

Chip odwrócił się do mnie.

– Na piasku jest napis! – krzyknął.

Niczego nie zauważyłam.

– Jaki napis?

– Wyjdź za mnie!

Nie dostrzegłam żadnego napisu.

– Naprawdę?

– Widziałem wczoraj w wiadomościach. Facet ułożył go na plaży z muszelek. Dla swojej dziewczyny. Trzymetrowymi literami.

– Fajnie – powiedziałam takim tonem, jakbym uważała to za ciekawy eksperyment.

– Pewnie zmył je przypływ.

– Na to wygląda.

– Naprawdę chciałem, żebyś go zobaczyła.

– Tak?

– Tak. – Znów spojrzał na mnie. – Bo pragnę ci zadać to samo pytanie.

Co innego się czegoś spodziewać lub mieć na coś nadzieję – a zupełnie co innego przeżyć to naprawdę. Zakryłam usta dłonią i przycisnęłam głowę do szyby, jeszcze raz spoglądając na widok w dole.

– Mam coś jeszcze. Otwórz schowek.

Rzeczywiście przede mną była klapka od schowka. W środku znalazłam szmaragdowozielone aksamitne pudełeczko.

Teraz bardzo się cieszyłam, że uległam namowie i wsiadłam do samolotu. Czasem warto podjąć przerażające, wywołujące mdłości ryzyko. Odwróciłam się w stronę Chipa.

– Prosisz mnie o rękę?

W słuchawkach coś zatrzeszczało, ale wiedziałam, że miało to być „tak”.

Więc także odpowiedziałam:

– Tak!

– Nawet nie otworzyłaś pudełeczka.

– Nie potrzebuję. I tak się zgadzam.

Chip spojrzał na mnie i uśmiechnął się, odsłaniając idealne zęby. W jego okularach widziałam swoje odbicie. Byłam rozczochrana. Powstrzymałam chęć przygładzenia włosów. A także pragnienie, by usiąść mu na kolanach i go pocałować. Dziwnie się czułam, nie mogąc przypieczętować takiej chwili pocałunkiem, ale za nic na świecie nie rozpięłabym pasa. Zresztą zapomniałam, jak się to robi.

Uniosłam więc tylko kciuki w górę.

– Nie liczy się, dopóki nie włożysz pierścionka – powiedział Chip.

Otworzyłam pudełeczko. W środku był bogato zdobiony złoty pierścionek z brylantem.

– Należał do mojej babci – wyjaśnił mój narzeczony. – Stoczyłem o niego walkę z siostrą.

Wyjęłam pierścionek i wsunęłam na palec. Był trochę za duży. Prawdę mówiąc, tak bardzo, że gdy uniosłam rękę, by mu się z podziwem przyjrzeć, brylant przesunął się na bok i zawisł do góry nogami.

– Idealny – stwierdziłam.

– Podoba ci się?

– Tak! – Nie w moim stylu, ale co tam.

– Jesteś zaskoczona?

I tak, i nie.

– Tak. – Skinęłam głową.

– Cieszysz się, że ze mną poleciałaś?

– Bardzo – odparłam. I tym razem była to całkowita prawda.

Przynajmniej jeszcze przez jakiś czas.

Od lotniska dzieliło nas dwadzieścia minut lotu i spędziliśmy je na rozkosznych sporach dotyczących ślubu.

Zgodziliśmy się, że powinien się odbyć na tej właśnie plaży, i zaczęliśmy układać listę druhen i drużbów. Większość kandydatur nie budziła wątpliwości – brat Chipa oraz jego kumple ze studiów – Woody, Statler, Murphy i Harris – szybko jednak pojawiło się pytanie, co począć z moją siostrą Kitty, i nie umieliśmy znaleźć na nie odpowiedzi.

Nie widziałam się i nie rozmawiałam z Kitty od trzech lat. Był to jej wybór.

– Powinnaś ją jednak zaprosić – stwierdził Chip.

Nie byłam pewna, czy mam ochotę. Kiedy wyjechała, oznajmiła, że chce odpocząć od naszej rodziny. I że będziemy w kontakcie. Ale się nie odezwała.

Wiedzieliśmy, że żyje. Tato od czasu do czasu dzwonił do niej i potwierdzał, że mieszka w Nowym Jorku, jest cała i zdrowa – tylko z jakiegoś powodu, którego nie zdradziła, nie ma ochoty przyjechać do domu. Nawet z wizytą.

Początkowo bolało mnie, że utraciłam siostrę, że tak mnie porzuciła. Jednak teraz, po tylu latach, czułam tylko chłód. Nie lubi mnie? W porządku. Ja też nie będę jej lubić. Chce udawać, że rodzina nie istnieje? Nie ma problemu. Odwdzięczymy się jej tym samym.

Chip uważał jednak, że powinniśmy przynajmniej zaprosić ją na ślub. A może nawet uczynić pierwszą druhną. Byłam innego zdania.

– Po pierwsze – powiedziałam – i tak nie przyjedzie. A po drugie, nawet jeśli, to zepsuje całą uroczystość.

– Nie wiadomo.

– Już sama jej obecność wszystko zniszczy. Będę się czuła dziwacznie, widząc ją po tylu latach. To odbierze mi całą radość ze ślubu. Zamiast czekać na najszczęśliwszy dzień w życiu, będę się bała. Przez nią.

– Może więc spotkajcie się wcześniej, żeby temu zapobiec – zaproponował Chip.

Nie miałam nastroju, by słuchać rozsądnych rad.

– Nawet jeżeli zdołam poradzić sobie z nienaturalnością całej sytuacji – ciągnęłam – obecność Kitty oznacza określone konsekwencje. Na dziewięćdziesiąt procent się upije i wskoczy do wazy z ponczem. Albo się upije i ugryzie drużbę. Albo się upije, dorwie mikrofon i zacznie udawać Ethel Merman.

Chip pokiwał głową. Nie były to bowiem tylko moje przypuszczenia. Każdą z tych rzeczy Kitty kiedyś zrobiła. Wzruszył ramionami.

– Ale to twoja jedyna siostra.

– Nie moja wina.

– Dziwnie będzie wyglądało, jeżeli nie zjawi się na ślubie.

– I nie moja wina, że nie jesteśmy już ze sobą blisko – dokończyłam.

– Nie zaprzeczam.

– Sama do tego doprowadziła.

– Zgadzam się.

– I teraz ma zepsuć jedyny ślub, jaki wezmę w życiu.

Takie już moje szczęście. Urządzę najpiękniejsze wesele w dziejach, a wszyscy zapamiętają z niego tylko, jak pijana wyrodna siostra panny młodej próbowała ujeżdżać rzeźbę z lodu.

O ile łaskawie zechce się zjawić.

To dokładnie podsumowuje istotę naszych relacji. Ja zawsze starałam się robić wszystko, jak należy, a Kitty stawała na głowie, by każdą rzecz spartolić.

Z daleka widać już było lotnisko.

A Chip wspomniał, że szczególnie dobrze wychodzą mu lądowania. Ma po prostu do tego dryg, podobnie jak do parkowania równoległego.

Gdy tylko wypowiedział te słowa, spostrzegliśmy, że niebo przed nami wygląda zupełnie inaczej niż z tyłu. Pociemniało, jak gdyby zbliżała się burza.

– Tego się nie spodziewałem – mruknął Chip, przyglądając mu się uważnie.

– Miało padać?

– Nie według prognoz.

– Ale podczas deszczu można latać, prawda?

– Raczej nie. Unikamy tego. Albo czekamy, aż przejdzie.

– Zrób, jak uważasz. – Z zaręczynowym pierścionkiem na palcu byłam bardzo zgodna.

– Problem w tym – powiedział – że powinniśmy jak najszybciej wylądować.

– Żeby nie spóźnić się na obiad do restauracji?

– Żeby nie zabrakło nam paliwa.

Ogarnęłam wzrokiem horyzont. Niebo za nami wciąż było błękitne, za to z przodu szarzało coraz bardziej. A miejscami miało odcień fioletu i czerni.

– Na pewno będzie padać daleko od lotniska, prawda?

– Tak. – Chip skinął głową.

Niebo na horyzoncie przecięła błyskawica.

Może to burza sprawiła, że coś się wokół zmieniło. Samolot zaczął się kołysać i wkrótce zrobiło mi się niedobrze.

Gdy zbliżyliśmy się do lotniska, Chip podał wieży nasze współrzędne, obniżając nieco głos jak zwykle, kiedy wchodził w rolę pilota, a potem zaczął przygotowywać nas do lądowania. Skręciliśmy w lewo, przelecieliśmy wzdłuż pasa i zawróciliśmy, by zejść na ziemię. Chip był maksymalnie skoncentrowany. Bardziej czułam, niż widziałam, że ziemia jest coraz bliżej. Nie mogłam się doczekać.

I wtedy stało się coś dziwnego. Gdy zbliżaliśmy się do pasa, samolot nagle, trudno to inaczej opisać, jakby zamachał skrzydłami – nieco opadły, a potem uniosły się w górę – i moje serce przeszył lęk.

Trwało to sekundę, ona jednak zmieniła wszystko. Coś było nie w porządku.

Spojrzałam na Chipa. Jego twarz znieruchomiała.

– Chip? – spytałam.

– Wiatr się zmienił – powiedział.

– Co takiego? Czy to źle?

– Teraz mamy wiatr boczny – nie dodał nic więcej.

Wiatr boczny? Co to znaczy? Nie brzmiało dobrze. Chip patrzył na zegary i naciskał stopami pedały. Jego twarz była bez wyrazu.

Wydawało się, że panuje nad samolotem. Milczałam, w duchu się modląc, żeby dopisało nam szczęście.

Zawisnęliśmy może sześć metrów nad pasem startowym w linii prostej. A potem asfalt uciekł gdzieś w bok. Był w dole i nagle się przesunął jak podczas sztuczki zsunięcia obrusu ze stołu bez naruszania zastawy. A przed nami wyrosła kępa drzew.

– Kurwa mać. – Chip pochylił się nad wolantem.

Znów ustawił nas nad pasem startowym.

– Chip?

Ale on rozmawiał z wieżą kontrolną.

– Cessna trzy dwa sześć tango delta Charlie. Nieudane podejście, silny wiatr boczny… – po czym zrezygnował z odgrywania pilota i dorzucił normalnym głosem: – Wznoszę się i spróbuję podejść jeszcze raz.

W słuchawkach rozległy się głośne trzaski.

– Przyjąłem, cessna trzy dwa sześć tango delta Charlie, trzymaj się kursu.

Ziemia znowu umknęła nam spod kół. Silnik zahuczał głośno niczym kosiarka do trawy na sterydach. Wznieśliśmy się i zaczęliśmy ponownie podchodzić do lądowania. Na południu niebo było niebieskie. Na północy – fioletowe. Przecięła je kolejna błyskawica.

– Czy to burza wywołała boczny wiatr? – zapytałam.

Chip nie odpowiedział. Kropla potu spłynęła mu koło ucha i zniknęła za kołnierzykiem koszuli.

Po raz drugi zaczął schodzić do lądowania nieco dalej, jakby chciał mieć miejsce na poprawę kursu, gdyby zaszła potrzeba. I tak było. Dwukrotnie pas pod nami uciekał w bok i dwukrotnie Chip ustawiał samolot w odpowiedniej pozycji.

– Dobra robota – powiedziałam, chcąc mu dodać odwagi, z rozpaczliwą nadzieją, że nie poderwie znów samolotu, by zacząć wszystko od początku. W tamtej chwili był to pewnie mój najmniejszy problem, ale czułam, że zaraz zwymiotuję.

Marzyłam o jednym – by poczuć wreszcie pod stopami beton.

Było to chyba najdłuższe podchodzenie do lądowania w historii lotnictwa. Chip jeszcze raz poprawił kurs i zaczęliśmy się zniżać. Widziałam już beton na pasie startowym. Pragnęłam, byśmy dotknęli go kołami.

Właśnie wtedy znaleźliśmy się obok stojącego na poboczu hangaru. Był duży i na chwilę osłonił nas od wiatru. Lecieliśmy bardzo nisko, zaledwie trzy metry nad ziemią, i poczułam, jak wiatr przycichł, gdy ogarnął nas cień budynku. Wszystko nagle się uspokoiło. Nawet silnik pracował ciszej. Chip nie ściskał już tak mocno wolanta. Ziemia była niemal na wyciągnięcie ręki.

Udało się, pomyślałam.

Wtedy minęliśmy kraniec hangaru, znów znaleźliśmy się na otwartej przestrzeni i poryw wiatru uderzył w nas tak gwałtownie i mocno, że wdarł się pod skrzydło od strony pasażera, co sprawiło, iż samolot przekoziołkował.

Pamiętam wszystko jak w zwolnionym tempie. Mocne, niczym uderzenie o deskę, szarpnięcie pasów bezpieczeństwa, gdy skrzydło po mojej stronie poderwało się, a samolot stanął na czubku drugiego. Metal ocierający się o beton z przeraźliwym, rozdzierającym uszy zgrzytem. Przerażony głos Chipa, który wrzeszczał: „Trzymaj się!”, choć nie wiedziałam, czego mam się trzymać. Pamiętam, że krzyczałam tak głośno, że nie czułam nic, był tylko krzyk. Chip także krzyczał i oboje patrzyliśmy na siebie osłupiali, jakby nie wierząc, że to wszystko dzieje się naprawdę. Pamiętam okruch świadomości zbaczający w samym środku tego zamętu w stronę filozoficznej zadumy – zadziwienia nad bezsensem wrzasków, skoro nikt nie może nam pomóc – a potem poważniejszej refleksji:

To chwila naszej śmierci.

Nie mogliśmy się targować z losem ani zupełnie nic zrobić. Byliśmy całkowicie bezradni, a gdy to sobie uświadomiłam, poraziła mnie myśl, że wszystko, na co tak czekałam, skończyło się, zanim zdążyło się rozpocząć. Cały mój związek z Chipem – ślub nad brzegiem morza, którego nigdy nie weźmiemy, beagle ze schroniska, którego nie adoptujemy, i superzdolne dzieci, których nie wychowamy. Podobno w chwili śmierci człowiekowi przelatuje przed oczami całe życie, ale ja nie zobaczyłam tego, co naprawdę mi się przydarzyło. Tylko życie, na które czekałam. I którego nie będę miała szansy przeżyć.

Przyszłość prześlizgnęła mi się między palcami i na próżno próbowałam ją schwytać.

Nagle ogarnął mnie szalony gniew. Nie myślałam w tamtej chwili o rodzicach, o przyjaciołach ani o tym, ile bólu sprawi moja śmierć bliskim. Myślałam tylko o sobie i nie mogłam uwierzyć, że to cały pieprzony czas, jaki mi pozostał.

Nie potrafię powiedzieć, ile razy obróciło nas, gdy toczyliśmy się po pasie startowym niczym zagubiony latawiec. Skrzydła zmieniły się w szprychy gigantycznego koła, a my tkwiliśmy w wirującej, piekielnej karuzeli. W pewnym momencie zupełnie straciłam orientację i wydawało mi się, że nie kręcimy się, tylko kołyszemy. Pamiętam też, że skupiłam całą energię, by nie puścić pawia, bo nad niczym innym nie miałam już kontroli.

I jakieś trzy sekundy zanim porzygałam się jak bohaterka Egzorcysty, skrzydło od strony pasażera złamało się z nieziemskim, przejmującym trzaskiem. Struga paliwa chlupnęła na szybę niczym woda w myjni samochodowej, a my w końcu wpadliśmy do rowu, przy czym moja strona cessny zaryła w nim, a strona Chipa sterczała w górze.

Zatrzymaliśmy się.

Wszystko zamarło.

A ja zwymiotowałam na okno pode mną.

ROZDZIAŁ DRUGI

Tysiąc lat później usłyszałam głos Chipa.

– Margaret? Nic ci nie jest? – powtarzał bez tchu.

– Zwymiotowałam – zawiadomiłam go, nie pojmując, dlaczego jest taki przerażony.

– Margaret, chodzi o paliwo. Musimy się stąd wydostać. Jesteś ranna?

– Chyba nie.

Chip miotał się po kabinie. Rozpiął pasy i próbował otworzyć drzwi, gdyż jego strona samolotu nie była tak zgnieciona jak moja. Na chwilę się zablokowały, więc musiał zaprzeć się o fotel i kopnąć. Wtedy odskoczyły z łatwością i rozwarły się na oścież z piskiem zawiasów.

Kiedy wydostał się na zewnątrz, wyciągnął do mnie rękę.

– Wyłaź stamtąd!

Nie zdążyłam nawet odpiąć pasa. Miałam wrażenie, że wszystko odbywa się w zwolnionym tempie, a jednocześnie czas jakby się zatrzymał. Ręce wydawały się nie należeć do mnie. Patrzyłam, jak sięgają do klamry pasa barkowego, i uświadomiłam sobie, że jest już odpięty. Spróbowałam więc odpiąć pas biodrowy, lecz ten, jak na złość, się zablokował.

Zresztą może i tak nie miało to większego znaczenia. Moja strona samolotu była zgnieciona. A ja nie siedziałam już w fotelu, lecz tkwiłam zaklinowana między nim a deską rozdzielczą.

Próbowałam się uwolnić, ale utknęłam. Starałam się poruszyć nogami, lecz one ani drgnęły.

Chip zdążył wydostać się na zewnątrz i teraz zaglądał do mnie przez drzwi po swojej stronie jak przez właz.

– Dalej, Margaret! Wychodź!

– Nie mogę! – zawołałam. – Utknęłam!

Wyciągnął do mnie rękę.

– Pomogę ci!

– Nie dam rady. Coś przygniata mi nogi.

Chip milczał przez chwilę, która – trudno określić – mogła być sekundą, lecz także godziną, po czym oznajmił:

– Idę po pomoc.

Na myśl o tym, że zostanę sama, po raz pierwszy poczułam lęk.

– Nie! Nie zostawiaj mnie!

– Samolot w każdej chwili może wybuchnąć!

– Nie chcę tu sama umierać!

– Trzeba wezwać straż pożarną!

– Zadzwoń z komórki!

– Nie wiem, gdzie jest! – krzyknął w panice dziwnym piskliwym głosem.

– Chip, nie odchodź! Nie zostawiaj mnie! – mój głos także brzmiał dziwnie, jakby należał do kogoś innego, kogoś, kto nie budził we mnie sympatii czy choćby współczucia. Jakiejś żałosnej, wrzeszczącej histeryczki.

– Muszę wezwać pomoc – upierał się Chip. – Wytrzymaj. Za dwie minuty będę z powrotem.

I odszedł.

Zostałam sama w zgniecionym samolocie pełnym oparów benzyny. Powietrze było tak cierpkie, toksyczne i zjadliwe, że miałam wrażenie, jakby przeżerało mi płuca.

– Dwie minuty – szeptałam do siebie tak długo, aż słowa te zupełnie straciły sens. – Dwie minuty. Dwie minuty. Dwie minuty.

Nagle zagrzmiało, a zegary na desce rozdzielczej zadygotały.

A zaraz potem zaczął padać deszcz.

Krople bębniły głośno o metalowy kadłub samolotu. Drzwi od strony pilota były wciąż szeroko otwarte, więc zimna woda lała się na moje nagie ramiona.

Musiało upłynąć już więcej niż dwie minuty, lecz nie wiedziałam ile. Dziesięć? Trzydzieści? Sto?

Zastanawiałam się, czy to dobrze, czy źle, że pada. Czy deszcz ugasi pożar, czy wręcz przeciwnie, jeszcze go podsyci? Marzyłam, by cały świat zamarł w bezruchu i trwał tak, dopóki nie znajdę się daleko stąd, w bezpiecznym miejscu. Było ciemno choć oko wykol, zdawało się, że deszcz pogasił wszystkie światła. Zaczęłam dygotać. Krople łomotały, jakby ktoś rzucał garściami żwiru w metalowy kadłub. Słyszałam dziwne tykanie. I własny oddech. Zastanawiałam się, jak długo potrwa, zanim rów napełni się wodą, a ja utonę w wyniku katastrofy lotniczej.

I wciąż od nowa próbowałam się wydostać. Ale bez skutku.

Wiele razy w życiu, w dobrych i złych chwilach, czułam się samotna, ale nigdy tak bardzo jak wtedy. „Wracaj – szeptałam do Chipa. – Wracaj”. Jednak burza zagłuszała moje słowa.

A potem nagle dobiegł mnie najpiękniejszy dźwięk, jaki kiedykolwiek słyszałam.

Najpierw daleki, a potem coraz bliższy – wycie syreny.

Jechała straż pożarna.

Chip nie wrócił, ale zjawiło się godne zastępstwo. Jak to dobrze, że w zeszłym roku kupiłam kalendarz charytatywny ze strażakami. To z pewnością najlepiej wydane dwadzieścia dolarów w moim życiu.

Tymczasem deszcz chyba też usłyszał, kto nadjeżdża, bo przycichł i zmienił się w mżawkę.

Akustyka w samolocie była bardzo dobra. Gdy umilkła syrena, dobiegły mnie głosy pięciu czy sześciu strażaków, rozmawiających na zewnątrz i wydających sobie rozkazy. Słyszałam też dźwięki, których pochodzenia nie potrafiłam się domyślić: pobrzękiwanie, piski, odgłosy odkręcania. Jeden strażak nazwał drugiego tępakiem. Mijały kolejne minuty. Dziwiłam się, czemu nikt nie próbuje wyciągnąć mnie z kabiny. Nagle rozległ się nowy dźwięk przypominający głośny syk, zupełnie jak palnik w kuchence gazowej.

A pół sekundy później pojawiły się płomienie. Zdążyłam tylko bardziej się schylić i zakryć twarz ramionami.

Szum, powiew, żar. Trzymałam opuszczoną głowę, bo nic więcej nie mogłam zrobić. Poczułam na szyi piekący ból, ale trwało to krótko. Po kilku sekundach ogień zgasł. Kabinę wypełniał dym, który pachniał grillem i spalonymi włosami.

Usłyszałam brzęki i podzwanianie metalu o metal. Łomoty, męskie głosy, warkot silnika i dźwięk podobny do piłowania. A potem nagle w ciągu sekundy dach samolotu – czy raczej, biorąc pod uwagę nasze lądowanie, jego bok – zdjęto. Obok mnie ukląkł strażak w pełnym rynsztunku i w masce na twarzy. Za nim leżał śnieg, który, co dopiero teraz zauważyłam, był także w kabinie.

Strażak zdjął maskę i okazało się, że jest kobietą.

Było to dla mnie coś nowego. Pani strażak! Powiedziała mi, jak się nazywa, ale nic z tego nie zrozumiałam. Do dziś czasami, kiedy nie mogę zasnąć, próbuję przypomnieć sobie jej imię. Karen? Laura? Jenny?

– Mamy ranną. Żyje – oznajmiła.

W jej głosie pobrzmiewało zdziwienie.

Klęczała obok mnie, podczas gdy dwóch innych strażaków usuwało resztki dachu.

– Proszę powiedzieć, co panią najbardziej boli.

– Nic – odparłam, a ona nachyliła się i zmierzyła mi puls.

– Naprawdę nic? – spytała z powątpiewaniem.

– Czuję się dobrze. Tylko się zaklinowałam – wyjaśniłam. Po czym zapytałam: – Dlaczego pada śnieg?

– To nie śnieg. To piana. Z gaśnicy.

Piana! Z gaśnicy! Na chwilę zapomniałam o pożarze. Teraz uświadomiłam sobie, że pieką mnie szyja i ramię.

– Mogę być trochę poparzona – powiedziałam.

– Miała pani dużo szczęścia – uśmiechnęła się strażaczka. – Pożar wybuchł w chwili, gdy rozkręcaliśmy węże. Zgasiliśmy go w niecałą minutę.

– Rzeczywiście fart – zgodziłam się.

– Poza tym – ciągnęła, przesuwając przed moimi źrenicami małą latarkę – kiedy ogień się przetacza, rów to najlepsze schronienie.

– Więc podwójnie mi się poszczęściło – stwierdziłam.

– Żartuje pani? Poczwórnie. Aż dziw, że nie spaliła się pani na węgiel.

– To prawda – zgodziłam się.

– Teraz położymy panią na desce ortopedycznej – zawiadomiła. – Trzeba unieruchomić ciało podczas transportu do szpitala.

– Ale mnie naprawdę nic nie jest – zaprotestowałam. – Po prostu się zaklinowałam.

Jednak strażaczka wyciągnęła już maskę tlenową i nałożyła mi ją na twarz.

– Podam trochę witaminy T. Żeby było łatwiej oddychać.

Witamina T. Ładnie.

– Naprawdę czuję się dobrze.

– Na wszelki wypadek. – Mrugnęła do mnie. – Takie są procedury. Chyba nie chce mnie pani wpakować w kłopoty.

Nie chciałam. Strażaczki pewnie i tak mają ich w życiu wystarczająco dużo.

Nie ruszałam się więc, tylko wdychałam chłodną witaminę T, gdy moja wybawicielka pasek po pasku przymocowywała mnie do długiej deski. Włożyła mi też kołnierz ortopedyczny, choć byłam pewna, że niczego takiego nie potrzebuję. Kiedy byłam już przypięta, przyszedł czas na najdłuższy etap całej operacji: odsunięcie zgniecionej przedniej części samolotu i oswobodzenie moich nóg. Wzięło w nim udział jeszcze trzech strażaków i zabrało im to sporo czasu.

Byłam im wdzięczna za tyle wysiłku. Nikt nie szedł na skróty ani nie starał się jak najszybciej skończyć. Robili wszystko jak należy. A moja bezimienna strażaczka nie opuszczała mnie ani na chwilę, prosząc, bym poruszała palcami u rąk i nóg, i zagadując mnie, bym się uspokoiła. Powiedziała, że gdyby doszło do katastrofy odrzutowca, wezwaliby całą brygadę ratowniczą, ale „te samolociki są jak z blachy aluminiowej”.

Zanim wydostali mnie na zewnątrz, usłyszałam warkot helikoptera.

– Już po panią lecą – powiedziała moja nowa przyjaciółka.

– Nic mi nie jest – próbowałam wyjaśnić jej po raz kolejny.

– Spodoba się pani. Będzie fajnie.

– Gdzie jest Chip?

– To pani chłopak?

– Narzeczony. – Po raz pierwszy użyłam tego słowa.

– Stoi przy naszym wozie.

– Jest ranny?

– Właśnie go badają – odparła. – Ale według mnie wyszedł z tego bez szwanku.

W końcu wyciągnęli mnie z samolotu, załadowali na nosze i przewieźli do ambulansu, gdzie rozcięto mi nożycami ubranie („ci z Lotniczego Pogotowia Ratunkowego lubią nagie pacjentki”) i podano morfinę.

Burza przeszła w inne rejony, odsłaniając bezchmurne niebo. Widziałam nad sobą milion gwiazd i dziękowałam im wszystkim. Dziękowałam za szczęście, za strażaków, syreny, rowy, nożyce do cięcia metalu, przybycie na czas, witaminę T, nadzieję, cuda i za to, że nie spaliłam się na węgiel.

Ratownicy ciężko pracowali. A za każdym razem gdy zapewniałam, że nic mi nie jest, wzruszali ramionami i mówili:

– Procedury.

Zgodnie z kolejną procedurą pięćdziesiąt metrów dzielące mnie od helikoptera pogotowia musiałam przejechać ambulansem. Nie pozwolili też, by poleciał z nami Chip, choć w kabinie było mnóstwo miejsca.

– Zostań ze mną – prosiłam, gdy niesiono mnie do helikoptera.

– Nie mogę – odpowiedział.

– Zostań.

– Spotkamy się na miejscu – zawołał, stojąc ze zwieszonymi rękami.

Pomyślałam, że skoro my lecimy, a on jedzie samochodem, będzie musiał się pospieszyć. Ale wcale się nie spieszył. Po raz ostatni widziałam go, gdy ratownicy ładowali mnie na noszach na pokład. Wciąż stał w tym samym miejscu, nieruchomy jak posąg.

Nie mogłam uwierzyć, że zrobiło się takie zamieszanie. No, doprawdy. Zupełnie bez powodu.

Choć może nie całkiem. Otarłam się o śmierć. Spełnił się mój najgorszy koszmar. Wypadek, deszcz, pożar. Chyba nigdy nie przestanę się trząść.

Ale przeżyliśmy.

Gdy wniesiono mnie na pokład, poczułam senność. Zastanawiałam się, czy to ze strachu. Może podali mi coś na sen? Albo po prostu przyjęłam za dużo witaminy T? Ostatnie, co pamiętam, zanim usnęłam, to myśl, czy będę musiała zostać na noc w szpitalu. Miałam nadzieję, że nie. Jeżeli uda mi się wyjść wystarczająco wcześnie, może zdążymy jeszcze z Chipem na nasz obiad.

Ostatecznie katastrofa katastrofą, a my mieliśmy przecież co świętować.

ROZDZIAŁ TRZECI

Na urazówce odbywały się dantejskie sceny, ja jednak po przebudzeniu najpierw zwróciłam uwagę na coś zupełnie innego. Otóż strasznie bolały mnie plecy. Uświadomiłam sobie też, że bolały mnie przez cały czas – już na miejscu wypadku.

Wiem, brzmi to wariacko, ale przypomniałam sobie o bólu dopiero, gdy zwróciłam na niego uwagę.

– Bolą mnie plecy – rzuciłam gdzieś w przestrzeń. Zresztą nie wiedziałam nawet, komu konkretnie mam o tym powiedzieć, gdyż w polu mojego widzenia przemieszczało się przynajmniej dwadzieścia osób mówiących do siebie tak szybko, że brzmiało to jak hałas. Dźwięki i obrazy z tamtej sali powracają do mnie we wspomnieniach, jednak nie potrafię nawet ułożyć ich we właściwym porządku. Ludzie w zielonych fartuchach wykonywali znane sobie czynności, ich ręce i ciała poruszały się, urządzenia popiskiwały. Jarzeniówki na suficie zalewały salę nieziemskim światłem i zamazywały kontury przedmiotów. Ktoś podłączył mi nową kroplówkę. Ktoś poprosił o cewnik. Dolatywały do mnie słowa takie jak „rentgen” i „tomografia”.

Było mi niewygodnie w kołnierzu ortopedycznym, więc zapytałam pulchnego pielęgniarza o miłej twarzy, czy nie można by go zdjąć.

– Dopiero gdy sprawdzimy, w jakim stanie jest kręgosłup szyjny – rozległ się głos z drugiej strony sali.

– Jeszcze trochę, skarbie – powiedział pielęgniarz.

Czy jestem uczulona na jakieś leki? Nie. Czy dolega mi coś, o czym powinni wiedzieć? Nie. Czy jestem w ciąży? O Boże, mam nadzieję, że nie.

– Zdrowa jak koń – zapewniłam.

Facet, który jak się później okazało, był neurochirurgiem, przystanął, by powiedzieć mi, że badają mi ciśnienie, sprawdzają igłą czucie i zaczynają podawać sterydy, by zapobiec obrzękom, ponieważ korzyści ze stosowania tych leków przewyższają możliwe komplikacje.

– W porządku – odparłam i dopiero gdy odszedł, przyszło mi do głowy, by spytać: – Jakim obrzękom?

Powiedziałam to głośno, ale nie otrzymałam żadnej odpowiedzi.

Po badaniu i tomografii komputerowej znów zjawił się neurochirurg i zaczął pleść jakieś bzdury.

– Tomografia wykazała uszkodzenie kręgu L1. Wysyłamy panią na operację, by wyjaśnić, co tam się dzieje. Powstały ubytki w zespoleniu kręgosłupa z kością krzyżową. Dobra wiadomość jest taka, że mięsień biodrowo-lędźwiowy wydaje się funkcjonować, nie doszło więc raczej do całkowitego przerwania. Oczywiście będziemy wiedzieli dużo więcej, gdy się tam dostaniemy.

– Nie doszło do całkowitego przerwania czego? – zapytałam.

Zamrugał, jakby sądził, że to oczywiste.

– Rdzenia kręgowego.

Na chwilę zabrakło mi tchu.

– I dlatego bolą mnie plecy?

Ale on zwrócił się już z innym pytaniem do pielęgniarza. Dopiero po chwili znów spojrzał na mnie.

– Miała pani szczęście – oznajmił. – Krąg L1 jest zmiażdżony, ale nie przeciął rdzenia. Musimy to miejsce unieruchomić i oczyścić.

– Teraz? – upewniłam się. Skinął głową.

– Jedziemy na salę operacyjną. Przy okazji chirurg plastyczny obejrzy pani twarz, szyję i miejsce nad mięśniem czworobocznym, i może usunie martwą tkankę. Ale to już podczas drugiej operacji. Po stabilizacji kręgosłupa. Nie wszystko od razu.

– Jakiej drugiej operacji?

– Konieczny jest przeszczep skóry. Z powodu oparzeń.

Przeszczep skóry. Z powodu oparzeń.

– Jeszcze jakieś pytania? – Chirurg zbierał się do odejścia.

Chciałam skinąć głową, ale nie mogłam. Tak, miałam pytania. Przynajmniej tysiąc. Ale nie byłam w stanie ich wyartykułować.

Zamiast nich zadałam więc jedyne, jakie przyszło mi do głowy:

– Czy ktoś mógłby wezwać moją matkę?

Zwykle wspomnienia ułożone są w porządku chronologicznym. Nawet jeżeli nie pamiętamy jakichś fragmentów, mamy poczucie ładu, wiemy, co z czego wynika. Ja natomiast z pobytu na oddziale intensywnej terapii pamiętam tylko mnóstwo obrazów, dźwięków i uczuć pomieszanych ze sobą jak rozrzucone bierki.

Wszyscy mówią, że na tym oddziale traci się poczucie czasu. Jest tu jak w Las Vegas, brak jedynie tancerek rewiowych i jednorękich bandytów. Po pierwsze, nie ma okien. Jarzeniówki świecą dzień i noc, przygasając tylko czasem, i to nie za bardzo. Lekarze, pielęgniarki, technicy medyczni, rezydenci, fizjoterapeuci, terapeuci zajęciowi, pracownicy społeczni, psychologowie, pracownicy administracyjni, krewni i wszyscy, którzy mają na to ochotę, krążą tu przez cały dzień. Urządzenia piszczą i syczą. Toczą się wózki z komputerami. Skrzypią buty. Dzwonią telefony.

Wszystko to, najogólniej mówiąc, zaburza rytm dobowy.

A ty? Najpierw śpisz, potem się budzisz. Świat wydaje się zamazany od leków i bólu. Budzą cię o różnych godzinach – żeby podać lekarstwa, zmienić ci pozycję dla uniknięcia odleżyn, albo żeby ktoś, ktokolwiek, mógł cię o coś zapytać. Jesteś biernym, otumanionym lekami elementem nieziemskiego ekosystemu, który dzień i noc pracuje po to, by utrzymać cię przy życiu, chociaż z życiem niewiele masz wspólnego.

Jesteś niemal trupem.

Zaraz po powrocie z sali operacyjnej dowiedziałam się od matki, która tymczasem przybyła tu wraz z tatą (i trafili w poczekalni na Chipa, a on był „załamany – absolutnie załamany”), że operacja trwała około dwóch godzin, a po obu stronach kręgu lędźwiowego wstawili mi pręty, by unieruchomić kręgosłup.

Mój stan był na tyle stabilny, że następnego dnia przeszłam drugą operację – przeszczepu skóry. O tym także dowiedziałam się później od mamy. Zawsze była wzorową uczennicą, więc schludnym zaokrąglonym pismem sporządziła obszerne notatki, które wykorzystała nie tylko po to, by opowiedzieć, co się ze mną działo, lecz także by poszerzyć mój słownik.