Wydawca: WAB Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2010

Miliarderzy z przypadku. Początki Facebooka. Opowieść o seksie, pieniądzach, geniuszu i zdradzie ebook

Ben Mezrich

5 (1)

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Miliarderzy z przypadku. Początki Facebooka. Opowieść o seksie, pieniądzach, geniuszu i zdradzie - Ben Mezrich

Oni chcieli tylko poznać jakieś dziewczyny... Niektórzy twierdzą, że jeśli nie ma Cię na Facebooku, to nie istniejesz. Ten obecnie jeden z najpopularniejszych portali społecznościowych (pół miliarda aktywnych użytkowników, sto milionów osób zapisanych w ciągu ostatniego pół roku) to jednocześnie prężnie działające przedsiębiorstwo warte miliony dolarów. Zanim stał się serwisem zrzeszającym miliony użytkowników, był skromną stroną internetową znaną tylko nielicznym studentom Harvardu, służącą głównie do oceny atrakcyjności studentek (Hot or not). Jednak niewiele osób zna prawdziwą historię jego powstania... Eduardo Saverin i Mark Zuckerberg ledwo zaczęli studia, a już zdążyli się przekonać, gdzie jest ich miejsce na drabinie społecznej. Niezbyt atrakcyjni, preferujący siedzenie przed komputerem niż sport - nie mieli szans błyszczeć w towarzystwie. A jednak to oni stworzyli portal, który odmienił sposób komunikowania się ludzi na całym świecie. Niestety zapłacili za to wysoką ceną. Do tej pory toczą się procesy sądowe... Co kryje się za powstaniem i popularnością Facebooka - świetny pomysł i umiejętne zarządzanie czy zdrada i podstęp? Gdy w grę wchodzą wielkie pieniądze, inne rzeczy przestają mieć znaczenie. Na podstawie książki powstał film The Social Network, w reżyserii Davida Finchera znanego z Podziemnego kręgu. Polska premiera - 5 listopada 2010 roku. W rolach głównych Jesse Eisenberg oraz Justin Timberlake.

Opinie o ebooku Miliarderzy z przypadku. Początki Facebooka. Opowieść o seksie, pieniądzach, geniuszu i zdradzie - Ben Mezrich

Fragment ebooka Miliarderzy z przypadku. Początki Facebooka. Opowieść o seksie, pieniądzach, geniuszu i zdradzie - Ben Mezrich

BEN MEZRICHur. 1969) – pisarz amerykański. Ukończył studia na Uniwersytecie Harvarda. Jest autorem jedenastu książek (z których część wydał pod pseudonimem Holden Scott). Największą popularność przyniosły mu historie oparte na faktach. Jedna z nich w 2008 roku została przeniesiona na ekran(Bringing Down the Housejako21),trzy inne są w trakcie ekranizacji. Publikacje Mezricha zostały przetłumaczone na ponad dwadzieścia języków.¡Miliarderzy z przypadku(2009) to jego najnowsza książka. benmezrich.com

Facebook to obecnie jeden z najpopularniejszych na świecie portali społecznościowych. Zanim stał się serwisem zrzeszającym miliony użytkowników, był skromną stroną internetową znaną tylko nielicznym studentom Harvardu i służącą głównie do oceny atrakcyjności studentek. Jednak niewiele osób zna prawdziwą historię jego powstania…

Na podstawie książki powstał filmThe Social Network,w reżyserii Davida Finchera. W rolach głównych Jesse Eisenberg oraz Justin Timberlake.

Tytuł oryginału:The Accidental BillionairesCopyright © 2009 by Ben Mezrich

This translation published by arrangement with Doubleday, an imprint of The Knopf Doubleday Publishing Group, division of Random House, Inc.

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo W.A.B., 2010 

Copyright © for the Polish translation by Wydawnictwo W.A.B., 2010 

Wydanie I 

Warszawa 2010

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

Dedykacja

Dla Tonyi,

dziewczyny moich marzeń…

PRZEDMOWA AUTORA

Miliarderzy z przypadkuto pełna dramaturgii historia napisana w oparciu o rozmowy z kilkudziesięcioma osobami, setki innych źródeł oraz tysiące stron dokumentów, między innymi protokoły rozpraw sądowych.

Istnieje wiele – nierzadko sprzecznych – opinii na temat wydarzeń, które zostaną tu opisane. Czasami niezwykle trudno jest połączyć w spójną narrację relacje kilkudziesięciu osób, z których jedne były naocznymi świadkami wydarzeń, a inne znają je tylko pośrednio. Poszczególne sceny odtworzyłem na podstawie informacji zgromadzonych podczas rozmów z różnymi ludźmi oraz lektury dokumentów. Dokładałem wszelkich starań, aby wybrać te wersje wydarzeń, których prawdziwość mogłem potwierdzić za pomocą obiektywnych świadectw. Niektóre sceny napisałem z perspektywy poszczególnych uczestników, co wszakże nie oznacza, że zgadzam się z ich poglądami.

Starałem się możliwie najściślej trzymać chronologii wydarzeń. W opisie tła wydarzeń niekiedy zmieniałem lub wymyślałem mniej istotne detale, zataiłem także informacje umożliwiające identyfikację niektórych osób. Pomijając kilka powszechnie znanych postaci, nazwiska i charakterystyki bohaterów są fikcyjne.

Posłużyłem się tu również techniką odtwarzania dialogów. Podczas pracy nad nimi opierałem się na wspomnieniach uczestników zdarzeń. Niektóre z przedstawionych konwersacji w rzeczywistości były dłuższe i toczyły się w różnych miejscach, a w książce znalazły się ich kompilacje lub skrócone wersje, zlokalizowane w pasujących do kontekstu miejscach.

Ludzie, którzy pomogli mi w napisaniu tej książki, zostaną wymienieni w podziękowaniach, niemniej już teraz chciałbym wyrazić szczególną wdzięczność Willowi McMullenowi za umożliwienie mi poznania Eduarda Saverina, bez którego ta opowieść nigdy by nie powstała. Mark Zuckerberg, mimo wielu próśb, nie zgodził się na rozmowę, do czego miał oczywiście pełne prawo.

ROZDZIAŁ 1 PAŹDZIERNIK 2003 ROKU

Możliwe, że stało się to przy trzecim drinku. Eduardo nie był do końca pewien, ponieważ wypił wszystkie bardzo szybko – puste plastikowe kubki stały teraz na parapecie za jego plecami, włożone jeden w drugi – i nie potrafił precyzyjnie określić momentu, kiedy poczuł skutki działania alkoholu. Te były jednak bezdyskusyjne, bowiem odczuwał je całym ciałem: na zazwyczaj ziemistych policzkach czuł przyjemne ciepło rumieńców; stał oparty o okno w swobodnej pozie, zupełnie jakby jego ciało składało się z gumy, co żywo kontrastowało z jego zwykle sztywną, przygarbioną sylwetką; a co najważniejsze jego twarz rozjaśniał niewymuszony uśmiech, który bez większych efektów ćwiczył tego wieczoru przed lustrem w swoim pokoju przez dwie godziny przed wyjściem. Czując niewątpliwe skutki alkoholu, Eduardo przestał się bać, a przynajmniej nie paraliżowało go już przemożne pragnienie, aby spierdalać stamtąd, gdzie p i e p r z  r o ś n i e.

Trzeba przyznać, że pomieszczenie, w którym się znajdował, onieśmielało: ogromny kryształowy żyrandol zwisał z łukowatego sufitu przypominającego sklepienie kościoła, grube, aksamitne dywany wypływały niczym czerwona rzeka z pokrytych mahoniem ścian, kręte, rozwidlające się schody prowadziły do supertajnych katakumb na wyższych piętrach. Zagrożenie zdawało się emanować nawet z szyby za plecami Eduarda, podświetlonej migoczącymi złowrogo płomieniami ogniska. Rozpalono je na wąskim dziedzińcu; końcówki płomieni lizały stare, spękane mury.

Było to przerażające miejsce, zwłaszcza dla kogoś takiego jak Eduardo. Co prawda nie dorastał w biedzie -większą część dzieciństwa spędził w najróżniejszych dzielnicach brazylijskich miast oraz Miami zamieszkanych przez wyższą klasę średnią, by w końcu dostać się na Harvard – nigdy jednak nie zetknął się z tego rodzaju przytłaczającym bogactwem, z jakim urządzono pokój, w którym się znajdował. Nawet alkohol nie stłumił niepewności – jej ucisk Eduardo czuł w żołądku. To samo uczucie towarzyszyło mu, gdy po raz pierwszy wkroczył na dziedziniec Harvardu, zastanawiając się, co go tam, u licha, przywiodło. Jakim cudem można się czuć swobodni e w takim miejscu?

Oparł się o parapet i zlustrował wzrokiem tłum młodych mężczyzn, który wypełniał niemal każdy zakątek ogromnego pomieszczenia. Większość kłębiła się wokół dwóch kontuarów postawionych tam specjalnie z okazji imprezy. Wyglądały dość tandetnie – proste drewniane stoły zupełnie nie pasowały do tak posępnego otoczenia – ale nikt na to nie zwracał uwagi, ponieważ stały za nimi jedyne w całym pomieszczeniu dziewczyny. Te znakomicie dobrane do swojej roli piersiaste blondynki w czarnych, wydekoltowanych koszulkach sprowadzono z jednej z pobliskich żeńskich uczelni, aby serwowały drinki tłumowi młodych mężczyzn.

Tłum pod wieloma względami budził jeszcze większą grozę niż sam budynek. Według szacunków Eduarda na sali znajdowało się około dwustu mężczyzn. Wszyscy mieli na sobie podobne ciemne marynarki i spodnie. Byli to głównie studenci drugiego roku i choć należeli do różnych ras, coś ich łączyło – uśmiech na ich twarzach wydawał się znacznie bardziej naturalny niż w przypadku Eduarda, a z dwustu par oczu biła pewność siebie. Ci chłopcy nigdy nie musieli niczego sobą udowadniać. Pasowali do tego miejsca. Większość traktowała to przyjęcie – obecność w tym budynku – jak zwykłą formalność.

Eduardo wziął głęboki oddech. Skrzywił się lekko, wyczuwając w powietrzu delikatną gorycz. Dym z ogniska musiał wlatywać przez szpary w oknie, mimo to Eduardo nie zamierzał opuszczać wygodnego miejsca przy parapecie. Jeszcze nie był gotowy.

Skierował uwagę na grupę czterech chłopaków średniej budowy ciała, którzy stali tuż obok niego. Żadnego nie pamiętał z zajęć. Dwóch było blondynami; wyglądali na dzieci z dobrych domów, które dopiero co wysiadły z pociągu z Connecticut. Trzeci był Azjatą i sprawiał wrażenie nieco starszego, choć tego akurat Eduardo nie był pewien. Czwarty – Afroamerykanin, niezwykle wytworny, sądząc po uśmiechu i starannie ułożonych włosach – bez wątpienia był studentem czwartego roku.

Eduardo poczuł, że drętwieją mu plecy. Przyjrzał się uważniej krawatowi czarnego chłopaka. Kolor materiału nie pozostawiał cienia wątpliwości – faktycznie był to student czwartego roku. Eduardo postanowił przystąpić do działania.

Rozprostował ramiona i odepchnął się od parapetu. Przywitał się skinieniem głowy z parą blondynów i Azjatą, niemniej całą uwagę skupił na najstarszym z czwórki – oraz na jego czarnym krawacie z charakterystycznym wzorem.

– Eduardo Saverin – przedstawił się, energicznie potrząsając ręką chłopaka. – Miło cię poznać.

Chłopak powiedział, że nazywa się Darron jakiśtam, i Eduardo zanotował sobie tę informację w pamięci. Nazwisko nie miało wszakże większego znaczenia – czarny krawat w białe ptaszki zdradzał tożsamość jego właściciela. Chłopak należał do bractwa studenckiego Phoenix-S K i był jednym z około dwudziestu gospodarzy imprezy, którzy krążyli w tłumie gości z młodszych roczników.

– Saverin. To ty masz fundusz hedgingowy, prawda?

Eduardo się zarumienił, choć tak naprawdę był zachwycony, że członek Phoeniksa kojarzy jego nazwisko. Niemniej Darron lekko przesadził, bowiem Eduardo nie posiadał funduszu hedgingowego – zarobił po prostu trochę pieniędzy, inwestując z bratem na giełdzie w czasie wakacji między drugim a trzecim rokiem studiów. Nie miał zamiaru prostować pomyłki – jeżeli członkowie Phoeniksa rozmawiali na jego temat i byli pod wrażeniem jego dokonań, to być może miał szanse.

Serce podekscytowanego Eduarda zabiło nieco szybciej – teraz należało wcisnąć starszemu koledze odpowiednią ilość kitu, aby podtrzymać jego zainteresowanie. Ta chwila określi jego przyszłość w większym stopniu niż jakikolwiek egzamin, który zdawał na pierwszym i drugim roku. Eduardo miał świadomość, jakie korzyści może mu przynieść członkostwo w Phoeniksie, zarówno pod względem statusu społecznego na dwóch ostatnich latach studiów, jak i w związku z planami zawodowymi po opuszczeniu uczelni.

Podobnie jak tajne stowarzyszenia na Yale, o których tyle pisano w ostatnich latach w prasie, bractwa studenckie sprawowały niemal jawny rząd dusz na harwardzkim kampusie. Osiem męskich klubów, których siedziby mieściły się w okazałych kilkuwiekowych budynkach w różnych częściach Cambridge, wychowały wiele pokoleń światowych przywódców, magnatów finansowych i innych wpływowych postaci. Członkostwo w jednym z ośmiu bractw – właściwie bez znaczenia, w którym – wiązało się z uzyskaniem określonej tożsamości społecznej. Bractwa miały różny charakter: od niezwykle ekskluzywnego Porcelliana, najstarszego klubu w kampusie, którego członkowie nosili takie nazwiska jak Roosevelt i Rockefeller, do eleganckiego Fly Clubu, który wydał dwóch prezydentów i kilku miliarderów. Każdy klub miał swoją specyfikę. Phoenix nie był może najbardziej prestiżowy, ale pod wieloma względami cieszył się największą popularnością. Surowy budynek na Mt. Auburn Street 323 zapełniał się w piątkowe i sobotnie wieczory, a członkowie bractwa nie tylko mogli odczuwać dumę z przynależności do instytucji o stuletniej tradycji, ale mieli również możliwość uczestniczenia w najlepszych imprezach na kampusie w towarzystwie najseksowniejszych dziewczyn ściągniętych ze szkół z całego obszaru oznaczonego kodem pocztowym 02138.

– Fundusz hedgingowy to tylko hobby – wyznał skromnie Eduardo słuchającym go uważnie elegancikom. – Koncentrujemy się głównie na akcjach firm z branży naftowej. Zawsze miałem hopla na punkcie pogody, dzięki czemu udało mi się znacznie lepiej niż innym inwestorom przewidzieć konsekwencje kilku huraganów.

Eduardo wiedział, że wkracza na niepewny grunt, próbując w możliwie najprostszy sposób wytłumaczyć, jak udało mu się przewidzieć zachowanie rynku ropy naftowej. Wiedział, że jego rozmówcę z Phoeniksa interesuje tak naprawdę trzysta tysięcy dolarów, które Eduardo zarobił na handlu ropą, a nie jego obsesja na punkcie meteorologii, dzięki której mógł przeprowadzić kilka udanych transakcji. Ale Eduardo chciał się trochę popisać. Słysząc, jak Darron wspomina o jego „funduszu hedgingowym”, Eduardo utwierdził się w przekonaniu, że został zaproszony na przyjęcie przede wszystkim z powodu otaczającej go reputacji obiecującego biznesmena.

Do licha, zdawał sobie przecież sprawę, że nie ma praktycznie żadnych innych atutów. Nie był sportowcem, nie pochodził ze znanej rodziny, a już na pewno nie zasłynął jako dusza towarzystwa. Odrobinę zbyt długie w stosunku do reszty ciała ręce nadawały mu dość pokraczny wygląd, a wyluzować potrafił się wyłącznie po kilku drinkach. A jednak znalazł się w tej sali. Co prawda z rocznym opóźnieniem – do bractwa przyjmowano zazwyczaj studentów pod koniec drugiego roku, a nie na trzecim – ale jednak.

Procedura naboru zupełnie go zaskoczyła. Dwa dni wcześniej siedział wieczorem przy biurku w swoim pokoju w akademiku, przygotowując dwudziestostronicową pracę na temat jakiegoś dziwacznego plemienia żyjącego w puszczy amazońskiej, kiedy ktoś niespodziewanie wsunął zaproszenie przez szparę pod drzwiami. Eduardo wiedział, że nie jest to jeszcze przepustka do raju – z dwustu studentów (głównie drugiego roku), których zapraszano na pierwsze przyjęcie, tylko około dwudziestu zostawało członkami Phoeniksa – niemniej był tak samo podekscytowany jak wtedy, gdy kilka lat wcześniej otwierał kopertę z listem potwierdzającym, że dostał się na Harvard. Od chwili rozpoczęcia studiów miał nadzieję, że dostanie się do jednego z bractw studenckich – teraz wreszcie otrzymał taką szansę.

Wszystko zależało od niego… no i oczywiście od tych młodzieńców w czarnych krawatach w ptaszki. Każde z czterech przyjęć – do których zaliczało się to zapoznawcze koktajl party – było swego rodzaju zbiorową rozmową kwalifikacyjną. Kiedy Eduardo i pozostali goście wrócą do akademików rozsianych na terenie całego kampusu, członkowie Phoeniksa zbiorą się w jednym z sekretnych pomieszczeń na piętrze i podejmą decyzję o ich dalszym losie. Po każdym przyjęciu coraz mniejszy odsetek studentów otrzyma ponownie zaproszenie -w ten sposób z dwustu osób zostanie dwadzieścia.

Jeśli Eduardo znajdzie się w tej grupie, jego życie ulegnie zasadniczej zmianie. A jeśli miało mu w tym pomóc twórcze „omówienie” długich godzin, jakie poświęcił w lecie na analizę wahań ciśnienia i prognozowanie ich wpływu na wzór dystrybucji ropy naftowej, to nie zamierzał nim pogardzić.

– Cała sztuka polega na tym, żeby z tych trzystu tysięcy zrobić trzy miliony – stwierdził z uśmiechem Eduardo. – Ale to właśnie urok zabawy z funduszami hedgingowymi. Trzeba się wykazywać prawdziwą inwencją.

Wypowiadał kolejne brednie z takim entuzjazmem, że grupka elegancików słuchała go z niesłabnącym zainteresowaniem. Umiejętność wciskania kitu doprowadził do perfekcji podczas licznych imprez, na jakie chodził na pierwszym i drugim roku. Teraz wystarczyło zapomnieć, że okres próbny się skończył i tym razem wszystko dzieje się już na serio. Powtarzał sobie w myślach, że jest na jednym z mniej ważnych spotkań, na których nikt go nie oceniał i od których nie zależało jego członkostwo w bractwie studenckim. Doskonale pamiętał pewien wieczór, kiedy udało mu się zrobić wyjątkowo dobre wrażenie na rozmówcach – zorganizowane w tym samym budynku przyjęcie tematyczne poświęcone Karaibom ze sztucznymi palmami i rozsypanym na podłodze piaskiem. Starał się przenieść myślami do tamtych chwil, zapomnieć, że znajduje się w tak onieśmielającym pomieszczeniu, wzbudzić w sobie łatwość, z jaką prowadził wtedy konwersację. I rzeczywiście po chwili poczuł się jeszcze swobodniej. Oczarowany brzmieniem własnego głosu dał się ponieść opowiadanej przez siebie historii.

Przeniósł się myślami na karaibskie przyjęcie. Pamiętał każdy szczegół: rozbrzmiewające w pomieszczeniu reggae oraz dźwięczące mu w uszach metaliczne odgłosy perkusji. Pamiętał rumowy poncz i dziewczyny w kwiecistych bikini.

Przypomniał sobie nawet chłopaka z czupryną kręconych włosów, który stał w kącie, zaledwie trzy metry od tego miejsca, w którym Eduardo znajdował się w tej chwili, próbując jak on zdobyć się na odwagę i nawiązać rozmowę z którymś ze starszych chłopaków z Phoeniksa. Niestety dzieciak nigdy nie ruszył się z kąta, a paraliżujące go skrępowanie było tak bardzo widoczne, że niczym tarcza ochronna odgrodziło go od reszty pomieszczenia, odpychając wszystkich, którzy znaleźli się w pobliżu.

Eduardo trochę mu nawet wtedy współczuł, ponieważ wiedział, kim jest ów chłopak z kręconymi włosami, i że dzieciak nie ma absolutnie żadnych szans, aby dostać się do Phoeniksa. Bóg jeden raczy wiedzieć, po co w ogóle znalazł się na przyjęciu rekrutacyjnym, ponieważ członkostwo w bractwie studenckim z pewnością nie było dla niego. Harvard oferował takim dzieciakom mnóstwo innych możliwości: pracownie komputerowe, kółka szachowe oraz dziesiątki nieoficjalnych organizacji i stowarzyszeń skupiających ludzi obciążonych najróżniejszymi formami upośledzenia społecznego. Po wciśniętym w kąt chłopaku od razu było widać, że nie ma zielonego pojęcia o sztuce nawiązywania kontaktów towarzyskich, tymczasem bez tego nie miał szans, aby dostać się do Phoeniksa.

Myśli Eduarda były zaprzątnięte marzeniem o członkostwie w bractwie studenckim i nie poświęcił wtedy większej uwagi dziwnemu dzieciakowi stojącemu w kącie. Teraz też szybko o nim zapomniał.

Skąd mógł wiedzieć, że chłopak z czupryną kręconych włosów zrewolucjonizuje pewnego dnia sposób nawiązywania kontaktów towarzyskich. Chłopak z czupryną kręconych włosów, który z takim skrępowaniem uczestniczył w karaibskim przyjęciu, miał wywrzeć większy wpływ na życie Eduarda niż jakiekolwiek bractwo studenckie.

ROZDZIAŁ 2 DZIEDZINIEC HARVARDU

Kiedy wybiła pierwsza dziesięć w nocy, wystrój sali kompletnie się posypał. Od ścian zaczęły odchodzić paski białej i niebieskiej krepiny; jeden z nich zwisał tak nisko, że jego taftowe końcówki znalazły się niebezpiecznie blisko ogromnej miski z ponczem. Co gorsza, na podłogę zaczęły coraz liczniej spadać kolorowe plakaty, którymi zakryto większość pustej powierzchni ścian między paskami krepiny. W niektórych częściach pomieszczenia beżowy dywan niemal całkowicie zniknął pod stosami błyszczących wydruków komputerowych.

Po dokładniejszym śledztwie odkryto przyczynę tego zjawiska – taśma pakowa, która posłużyła do przyklejenia do ścian kolorowych plakatów i pasków krepiny, zaczęła nasiąkać wilgocią niesioną w ich stronę przez gorące powietrze wzlatujące znad umocowanych pod ścianami kaloryferów.

Ogrzewanie było włączone, ponieważ działo się to w październiku w północno-wschodniej części Stanów Zjednoczonych zwanej Nową Anglią. Wiszący nad odklejającymi się plakatami baner ciepło witał zebranych – ALFA EPSILON PI, IMPREZA ZAPOZNAWCZA, 2003 – nie mógł jednak w żaden sposób wygrać ze szronem, który zaczynał się gromadzić na ogromnych oknach sali wykładowej. Trzeba przyznać, że komitet organizacyjny zrobił, co mógł, przygotowując wystrój sali wykładowej na piątym piętrze podstarzałego budynku przy słynnym harwardzkim dziedzińcu, w której na co dzień odbywały się wykłady z filozofii i historii. Wyniesiono wszystkie obdrapane drewniane krzesła i pulpity, puste, dziurawe ściany próbowano zakryć plakatami i krepiną, a większość paskudnych lamp fluorescencyjnych zasłonięto wspomnianym banerem. Największą atrakcją był jednak odtwarzacz muzyki umożliwiający podłączenie iPoda, połączony z parą gigantycznych głośników, które ustawiono na niewielkim podeście pośrodku pomieszczenia, normalnie przeznaczonym dla wykładowcy.

Jeszcze dziesięć minut przed pierwszą iPod pracował na pełnych obrotach, wypełniając salę mieszaniną popu i anachronicznego folk rocka; za dobór muzyki winę ponosiła bądź schizofreniczna playlista, bądź słabo przemyślany kompromis organizatorów. Niemniej jednak muzyka była bardziej znośna, niż by to się mogło wydawać, w czym wydatnie pomagały głośniki przyniesione przez jednego z organizatorów. Na przyjęciu rok wcześniej w kącie sali postawiono kolorowy telewizor, na którym odtwarzano w nieskończoność z DVD panoramę wodospadu Niagara. Choć nie miała ona absolutnie nic wspólnego z Alfa Epsilon Pi czy Harvardem, huk spadającej wody zdawał się pasować do atmosfery imprezy, poza tym organizatorzy nie musieli za to zapłacić ani centa.

Muzyka płynąca z głośników była nowością – podobnie jak łuszczące się plakaty – niemniej sama impreza niewiele różniła się od tych z poprzednich lat.

Eduardo stał pod banerem w zapiętej pod szyję koszuli z Oksfordu. Cienkie paski krepiny zwisały obok jego patykowatych nóg. Otaczało go czterech podobnie ubranych studentów drugiego i trzeciego roku. Razem stanowili jedną trzecią uczestników imprezy. Gdzieś w dalszej części sali znajdowały się dwie lub trzy dziewczyny. Jedna z nich odważyła się nawet założyć spódnicę, choć ze względu na pogodę miała na nogach grube szare legginsy.

Widok ten w niewielkim stopniu przypominał znane z filmów imprezy studenckie, trzeba jednak pamiętać, że życie towarzyskie Harvardu niezbyt przypominało bachanalia urządzane na innych uniwersytetach. Poza tym Epsilon Pi nie był akurat perłą wśród stowarzyszeń -członków tego najważniejszego żydowskiego bractwa na Harvardzie łączyła raczej średnia ocen niż skłonność do imprezowania. Epsilon Pi nie miał bynajmniej religijnego charakteru, bowiem naprawdę pobożni Żydzi – ci, którzy spożywali tylko koszerne jedzenie i nie umawiali się na randki z gojami – należeli do Hillel House, który dysponował własnym budynkiem na terenie kampusu i prawdziwymi funduszami oraz zrzeszał studentów obu płci. Do Epsilon Pi należeli mniej religijni studenci, których ze wspólnotą żydowską łączyły głównie nazwiska. Chłopak z Epsilon Pi mógł spotykać się z Żydówką, ponieważ sprawiał tym przyjemność mamie i tacie, istniało jednak większe prawdopodobieństwo, że będzie umawiał się z Azjatką.

Właśnie o tym Eduardo rozmawiał z kolegami z klubu. Lubili poruszać ten temat, ponieważ umożliwiał im łatwe znalezienie wspólnego języka.

– Wcale nie chodzi o to, że takim facetom jak ja generalnie podobają się Azjatki – stwierdził Eduardo, popijając poncz – ale że Azjatkom podobają się tacy faceci jak ja. A jeżeli chcę zoptymalizować prawdopodobieństwo zaliczenia możliwie najseksowniejszej panienki, muszę zawęzić wybór do tych, które będą mną najbardziej zainteresowane.

Słuchacze pokiwali głowami, zgadzając się z logiką jego wywodu. W przeszłości sami przekształcali to proste równanie w znacznie bardziej złożony algorytm, próbując wyjaśnić popularność związków między Żydami i Azjatkami, jednak tego wieczoru zadowolili się uproszczoną wersją. Być może dlatego, że z głośników wydobywała się ogłuszająca muzyka, która uniemożliwiała formułowanie jakichkolwiek bardziej skomplikowanych myśli.

– Choć akurat w tej chwili – dodał Eduardo, spoglądając z niesmakiem na dziewczynę w spódnicy i legginsach – ten wybór nie jest zbyt wielki.

Ponownie wszyscy skinęli głowami, choć Eduardo nie mógł oczekiwać, że którykolwiek z jego rozmówców będzie potrafił mu pomóc. Na prawo od niego stał pękaty chłopak o wzroście nieprzekraczającym stu siedemdziesięciu centymetrów, który należał do szachowej reprezentacji Harvardu i mówił płynnie pięcioma językami; umiejętności te w żaden sposób nie ułatwiały mu kontaktów z dziewczynami. Kolejny z rozmówców tworzył historyjki rysunkowe do harwardzkiego dziennika „Crimson”, a większość wolnego czasu spędzał w sali nad jadalnią akademika Leverett, grając na komputerze w gry RPG. Towarzyszył mu współlokator mierzący dobrze ponad sto osiemdziesiąt centymetrów, który w prywatnym liceum (gdzie większość uczniów stanowili Żydzi) zamiast koszykówki wybrał szermierkę; biegłość w posługiwaniu się szpadą okazała się wszakże równie nieprzydatna w podrywaniu dziewczyn, jak w jakimkolwiek innym aspekcie życia współczesnego człowieka. Gdyby osiemnastowieczni piraci próbowali wedrzeć się do pokoju jakiejś seksownej panienki, miałby okazję zaprezentowania swoich umiejętności, ale w pozostałych sytuacjach był w zasadzie bezużyteczny.

Czwarty chłopak stojący naprzeciwko Eduarda również uprawiał kiedyś szermierkę – konkretnie w Exeter -jednak z wyglądu w niczym nie przypominał sąsiada z lewej. Podobnie jak Eduardo wyglądał na dość nieporadnego, choć jego nogi i ręce były bardziej proporcjonalne do reszty szczupłego, niepozbawionego pewnej atletyczności ciała. Mimo niskiej temperatury na dworze był ubrany w workowate szorty i sandały założone na bose stopy. Miał wydatny nos, czuprynę kręconych jasnobrązowych włosów i jasnoniebieskie oczy. Niekiedy pojawiały się w nich przebłyski pewnej figlarności, na tym jednak kończyły się wszelkie oznaki naturalnych emocji lub zrozumienia, bowiem pociągła twarz chłopaka była zasadniczo pozbawiona jakiegokolwiek wyrazu. Jego postura, ogólna aura zdająca się go otaczać – to zamknięcie się w sobie, nawet w towarzystwie innych, nawet w bezpiecznym otoczeniu bractwa – była niemal nieznośnie dziwaczna.

Nazywał się Mark Zuckerberg i był studentem drugiego roku. Mimo że Eduardo spotykał go często na różnych imprezach organizowanych przez Epsilon Pi (oraz na co najmniej jednym przedrekrutacyjnym przyjęciu w Phoeniksie), praktycznie nic o nim nie wiedział. Wiele o nim za to słyszał: Mark studiował informatykę, mieszkał w akademiku Eliot i pochodził z Dobbs Ferry w stanie Nowy Jork, miasta zamieszkanego przez wyższą klasę średnią. Był synem dentystki i psychiatry. W szkole średniej zyskał opinię genialnego hakera, który z taką łatwością włamywał się do systemów komputerowych, że trafił nawet na jedną z list FBI. Tak przynajmniej mówiono. Ta czy inaczej, Mark był bez wątpienia genialnym informatykiem. Wyrobił sobie nazwisko już w Exeter, gdzie wprawiał się w programowaniu, tworząc komputerową wersję gry Ryzyko. Razem z kolegą napisali program o nazwie Synapse, wtyczkę do odtwarzaczy plików mp3 pozwalającą im „uczyć się” preferencji użytkownika i na tej podstawie tworzyć playlisty dostosowane do indywidualnych potrzeb. Zaraz po tym, gdy Mark umieścił Synapse w Internecie jako program typufreeware,odezwały się do niego wielkie koncerny komputerowe, próbując go od niego kupić. Mówiło się, że Microsoft chciał go zatrudnić, oferując mu od jednego do dwóch milionów dolarów. Mark, o dziwo, odrzucił ich propozycję.

Eduardo słabo znał się na komputerach, a jeszcze mniej na hakerstwie, ale jako człowiek pochodzący z rodziny biznesmenów nie potrafił się nadziwić, że można odrzucić ofertę opiewającą na milion dolarów; wydawało mu się to wręcz bulwersujące. Wszystko to, bardziej nawet niż osobliwa aparycja, czyniło z Marka postać zagadkową. Człowiek zagadka, choć bez wątpienia geniusz. Na Harvardzie napisał program o nazwie Course Match, który pozwalał tamtejszym studentom sprawdzić, na jakie zajęcia zapisali się inni. Eduardo skorzystał może ze dwa razy z tego programu, próbując – niestety bezskutecznie – wytropić seksowne dziewczyny, które spotkał w jadalni. Niemniej program był na tyle dobry, że większość studentów miała wysokie mniemanie o Course Match, podobnie jak o chłopaku, który go napisał.

Kiedy trzej pozostali uczestnicy rozmowy oddalili się w kierunku miski z ponczem, Eduardo postanowił lepiej poznać tego studencika o cherubinowych włosach. Zawsze szczycił się nabytą od ojca umiejętnością rozpoznawania głównych cech osobowości rozmówcy, która dawała mu przewagę w kontaktach biznesowych. Dla Saverina seniora robienie interesów było całym światem: ten syn zamożnych imigrantów, którym podczas II wojny światowej ledwie udało się uciec przed Holokaustem do Brazylii, wychował Eduarda wedle dość surowych zasad ludzi, którzy cudem uniknęli śmierci. Jego rodzina od wielu pokoleń zajmowała się robieniem interesów i doceniała sukces odniesiony mimo niesprzyjających okoliczności. Kiedy Eduardo miał trzynaście lat, jego rodzice byli już zamożnymi ludźmi. Właśnie wtedy postanowili przeprowadzić się z Brazylii do Miami, bowiem odkryli, że ich syn może zostać uprowadzony dla okupu.

Eduardo nie potrafił odnaleźć się w dziwnym świecie szkoły średniej. Z trudem uczył się nowego języka (angielskiego) i nowego środowiska (Miami). Choć nie znał się na komputerach, dzięki tamtym przeżyciom doskonale rozumiał, co to znaczy być nieprzystosowanym do otoczenia outsiderem – różnić się od innych bez wyraźnego powodu.

Marka Zuckerberga wyróżniał już sam wygląd, choć być może nie pasował do innych – nawet tu, w Harvardzie – ponieważ był tak cholernie mądry. Do innych to nie znaczy Żydów, ale studentów o podobnych zainteresowaniach. Maniaków, którzy obsesyjnie pisali programy komputerowe, a w piątkowy wieczór nie mieli nic lepszego do roboty, jak spotkać się w sali wykładowej oblepionej krepiną i plakatami, aby porozmawiać o dziewczynach, których nie potrafili podrywać.

– Niezła zabawa – odezwał się Mark, przerywając milczenie. Mówił niemal zupełnie bezbarwnym głosem, przez co Eduardo nie potrafił określić, czy i jakie emocje towarzyszą temu stwierdzeniu.

– Racja – przytaknął. – Przynajmniej w tym roku w ponczu jest rum. Ostatnio dolali chyba soku z owoców tropikalnych. Tym razem naprawdę się postarali.

Mark zakaszlał, następnie wyciągnął rękę i dotknął najbliższego paska krepiny. Ten, nieprzytrzymywany przez taśmę pakową, sfrunął na podłogę i wylądował na jednym z sandałów Marka. Chłopak podniósł wzrok na Eduarda.

– Witaj w dżungli.

Eduardo odpowiedział uśmiechem, choć wciąż nie potrafił wyczytać z monotonnych wypowiedzi Marka, kiedy ten żartuje, a kiedy mówi serio. Zaczynało się w nim jednak rodzić przeczucie, że za tymi niebieskimi oczami kryje się prawdziwie anarchistyczna dusza. Mark pozostawał całkowicie obojętny na wszystko, co działo się dookoła niego; nawet teraz, podczas imprezy. Być może rzeczywiście był geniuszem, za jakiego wszyscy go uważali. Eduardo nabrał nagle przekonania, że chciałby się z Markiem zaprzyjaźnić, lepiej go poznać. Każdy, kto w wieku siedemnastu lat zrezygnował z miliona dolarów, musi chyba dokądś zmierzać.

– Mam przeczucie, że za kilka minut impreza się skończy – stwierdził Eduardo. – Wracam nad rzekę do Eliot House. To w którym akademiku mieszkasz?

– W Kirklandzie – odparł Mark i zwrócił głowę w stronę wyjścia znajdującego się po drugiej stronie podium. Eduardo rzucił okiem na pozostałych chłopaków, którzy wciąż stali przy misce z ponczem. Wszyscy mieszkali w akademikach zlokalizowanych wokół głównego dziedzińca, więc po zakończeniu imprezy po prostu rozejdą się w różne strony. Nadarzała się okazja, aby poznać lepiej komputerowego geniusza. Eduardo skinął głową, następnie ruszył za Markiem przez niezbyt gęsty tłum.

– Jeżeli masz ochotę – odezwał się, kiedy obeszli scenę – moglibyśmy wpaść na imprezę u mnie w akademiku. Będzie do bani, ale na pewno nie bardziej niż ta.

Mark wzruszył ramionami. Obaj studiowali na Harvardzie dostatecznie długo, aby wiedzieć, czego można się spodziewać po imprezie w akademiku – pięćdziesięciu chłopa i trzy dziewczyny na krzyż stoją ściśnięci jak sardynki w małym pokoju, tymczasem ktoś mocuje się z kurkiem przemyconej do akademika beczki wyjątkowo taniego piwa.

– Czemu nie – stwierdził Mark. – Muszę co prawda na jutro rozwiązać jeden problem, ale logarytmy lepiej mi idą po pijaku niż na trzeźwo.

Przedarli się przez salę wykładową i wyszli na betonową klatkę schodową. Zeszli w milczeniu na parter i wyszli przez dwuskrzydłowe drzwi na porośnięty drzewami i trawą dziedziniec. Silne podmuchy orzeźwiającego wiatru przedzierały się przez cienki materiał koszuli Eduarda. Wsunął pośpiesznie dłonie głęboko w kieszenie spodni i ruszył wybrukowaną dróżką prowadzącą przez środek dziedzińca na drugą stronę. Ich akademiki znajdowały się nad rzeką w odległości dobrych dziesięciu minut.

– Ale, kurwa, mróz, nie? Musi być z minus dziesięć stopni.

– Raczej plus pięć – stwierdził Mark.

– Jestem z Miami. Dla mnie to jakby było minus dziesięć.

– W takim razie może pobiegniemy?

Mark zaczął biec lekkim truchtem. Eduardo ruszył za nim i dysząc ciężko, dogonił nowego kolegę. Razem wbiegli po szerokich kamiennych schodach prowadzących do otoczonego kolumnami wejścia do Biblioteki Widenera. Eduardo spędził w niej wiele wieczorów, ślęcząc między regałami nad dziełami takich teoretyków ekonomii jak Adam Smith, John Mills czy John Kenneth Galbraith. Biblioteka była otwarta nawet o pierwszej w nocy, a ciepłe pomarańczowe światło wylewało się z marmurowego holu, rzucając długie cienie na wspaniałe schody.

– Na ostatnim roku studiów – wysapał Eduardo, kiedy mijali dolny stopień, zmierzając ku żelaznej bramie prowadzącej poza teren uczelni, do Cambridge – przelecę jakąś dziewczynę między tymi regałami. Przysięgam, że do tego dojdzie.

Choć stara harwardzka tradycja nakazywała zrobić to przed ukończeniem studiów, jedynie garstce udawało się faktycznie dopiąć celu. Co prawda zautomatyzowane regały – szerokie półki poruszające się na kółkach po szynach – tworzyły prawdziwy labirynt i zajmowały kilka pięter pod głównym poziomem budynku, lecz w wąskie przejścia nieustannie zaglądali inni studenci i pracownicy biblioteki. Nie lada wyczynem było zatem znalezienie dostatecznie odosobnionego miejsca, a jeszcze mniej prawdopodobne – dziewczyny gotowej nawiązać do tradycji.

– Zacznij od czegoś łatwiejszego – poradził Mark. -Na początek spróbuj przyprowadzić dziewczynę do swojego pokoju w akademiku.

Eduardo skrzywił się, ale na jego twarzy natychmiast pojawił się uśmiech. Zaczynał lubić zjadliwe poczucie humoru Marka.

– Aż tak źle nie jest. Lada chwila mogę zostać przyjęty do Phoeniksa.

Mark zerknął w jego stronę. Minęli właśnie róg budynku i szli wzdłuż bocznej ściany biblioteki.

– Gratulacje.

I znów to samo – całkowicie bezbarwny głos. Niemniej z krótkiego błysku, jaki dostrzegł w oczach Marka, Eduardo wywnioskował, że informacja ta zrobiła na chłopaku wrażenie i wzbudziła co najmniej lekką zazdrość. Eduardo zdążył się przyzwyczaić do takich reakcji. Niby mimochodem wspominał przy wszystkich znajomych o procesie weryfikacji, jaki właśnie przechodził, dając im do zrozumienia, że perspektywa jego członkostwa w Phoeniksie coraz bardziej się przybliża. Został zaproszony na trzy kolejne przyjęcia weryfikacyjne, co oznaczało, że ma duże szanse na pozytywne zakończenie tego procesu. Zatem być może już niedługo wydarzenia w rodzaju koszmarnej imprezy Alfa Epsilon Pi staną się tylko odległym wspomnieniem.

– Jeżeli się dostanę, spróbuję wpisać twoje nazwisko na listę potencjalnych członków. Mógłbyś się dzięki temu dostać na trzecim roku.

Mark milczał. Być może próbował złapać oddech, ale bardziej prawdopodobne, że analizował wypowiedź Eduarda. W kontaktach z innymi ludźmi Mark przypominał komputer: najpierw następowało wprowadzenie danych, a następnie prezentacja wyniku obliczeń.

– To byłoby… interesujące.

– Jeżeli znasz jakichś innych członków bractwa, będziesz miał spore szanse. Na pewno wielu z nich używało Course Match.

Ledwie Eduardo wypowiedział te słowa, zdał sobie sprawę, jak idiotycznie zabrzmiały. Członkowie Phoeniksa nie będą się przecież podniecać jakimś dziwakiem tylko dlatego, że napisał program komputerowy. Biegłość w informatyce nie przysparzała popularności. Program komputerowy nie pomagał w zaciągnięciu dziewczyny do łóżka. Popularność – a czasami i seks – można było zdobyć, uczestnicząc w imprezach i obracając się w towarzystwie ładnych dziewczyn.

Eduardo nie miał jeszcze wielkich osiągnięć na tym polu, niemniej poprzedniego wieczoru dostał zaproszenie na czwarte, najważniejsze, przyjęcie weryfikacyjne. W następny piątek w pobliskim hotelu Hyatt Phoenix organizował bankiet, a po nim imprezę w swojej siedzibie. Bezpośrednio po tym ważnym wieczorze miało prawdopodobnie nastąpić przyjęcie nowych członków do bractwa. Zaproszenie zawierało „sugestię”, że Eduardo powinien przyjść na kolację w towarzystwie. Jak mu się udało dowiedzieć od kolegów, bractwo wystawiało kandydatowi ocenę na podstawie klasy kobiety, którą ze sobą przyprowadził. Im bardziej atrakcyjne towarzyszki, tym większe szanse na przejście do ostatniej rundy.

Po otrzymaniu listu Eduardo zaczął się zastanawiać, jakim cudem zdąży w tak krótkim czasie znaleźć sobie dziewczynę do towarzystwa – i to jeszcze taką, która zrobi odpowiednie wrażenie. Nie ulegało przecież wątpliwości, że dziewczyny nie pchały mu się same do łóżka.

Eduardo musiał wziąć sprawy w swoje ręce. O dziewiątej rano następnego dnia w jadalni akademika Eliot podszedł do najseksowniejszej dziewczyny, jaką znał – Marshy, piersiastej blondynki, która studiowała ekonomię, choć wyglądała raczej na specjalistkę od psychologii. Była o dobre pięć centymetrów wyższa od Eduarda i miała dziwną słabość do fryzur w stylu lat osiemdziesiątych, mimo to mogła pochwalić się urodą charakterystyczną dla dziewczyn z prywatnych liceów z północnego wschodu. Krótko mówiąc, idealnie nadawała się na przyjęcie w bractwie.

Ku zaskoczeniu Eduarda przystała na jego propozycję. Chłopak natychmiast się domyślił, że nie chodzi o niego, ale o możliwość uczestnictwa w przyjęciu organizowanym przez Phoeniksa. Potwierdzało to wszystkie nadzieje, jakie Eduardo wiązał z członkostwem w bractwie. Kluby studenckie nie tylko były wpływowymi kręgami towarzyskimi, ale ich ekskluzywny charakter sprawiał, że przynależność do bractwa automatycznie przyciągała zainteresowanie najfajniejszych, najseksowniejszych, najlepszych dziewczyn. Nie łudził się, że Marsha da się później zaciągnąć między regały w Bibliotece Widenera. Jeżeli do kolacji zostanie podany alkohol, może co najwyżej pozwolić, aby odprowadził ją do domu. Nawet gdyby spławiła go przy drzwiach do swojego pokoju drobnym pocałunkiem, osiągnie więcej niż przez ostatnie cztery miesiące.

Kiedy dotarli na tył biblioteki i wybiegli z długiego cienia rzucanego przez stare kamienne kolumny, Mark posłał mu kolejne trudne do zinterpretowania spojrzenie.

– Czy spełniły się wszystkie twoje oczekiwania?

O co mu chodziło? O bibliotekę? Imprezę, z której właśnie wyszli? Bractwo żydowskie? Phoeniksa? O dwóch gości biegnących przez dziedziniec Harvardu w zapiętych pod szyję koszulach (w tym jeden w obwisłych szortach), przemarzniętych na kość podczas próby dotarcia na podrzędną imprezę w akademiku?

Czy ludzie pokroju Eduarda i Marka mieli prawo oczekiwać czegoś więcej od życia towarzyskiego na studiach?

ROZDZIAŁ 3 NAD BRZEGIEM RZEKI CHARLES

Piąta rano.

Opustoszały odcinek rzeki Charles, czterysta metrów przejrzystego zielonkawego błękitu, między łukowatą kamienną kładką Weeks Footbridge a betonowym, wielopasmowym mostem Massachusetts Avenue. Lodowaty akwen wijący się pod szarą czaszą unoszącej się nisko nad wodą mgły. Powietrze do tego stopnia nasycone wilgocią, że trudno stwierdzić, gdzie kończy się rzeka, a zaczyna niebo.

Martwa cisza, czas stanął w miejscu; to zaledwie pojedynczy akapit księgi zawierającej opisy wszystkich podobnych mroźnych dni z minionych trzech stuleci. W pewnej chwili cisza zostaje zmącona niewyraźnymi dźwiękami: odgłosem dwóch wioseł wślizgujących się w lodowatą wodę jak nóż w masło, obracanych z wielką wprawą pod wirem zielonkawego błękitu i ciągniętych do tyłu w perfekcyjnym zespoleniu prawideł mechaniki i sztuki.

Sekundę później dwuosobowa łódka wyłania się z cienia mostu. Jej falliczny kadłub z włókna szklanego rozcina środek rzeki niczym diamentowe ostrze zagłębiające się w szybie. Łódka porusza się z taką delikatnością, że zdaje się niemal stanowić jedność z rzeką; zupełnie jakby wygięty kadłub wypływał z zielono-błękitnej wody. Sunie tak płynnie, że praktycznie w ogóle nie burzy gładkiej powierzchni.

Wystarczy rzucić okiem na łódkę – na idealny rytm, w jakim wiosła przebijają powierzchnię rzeki Charles, na pęd, z jakim kadłub sunie po wodzie – aby nabrać pewności, że dwaj mężczyźni wprawiający ten elegancki pojazd w ruch poświęcili lata na doskonalenie swoich umiejętności. Wystarczy z kolei jedno spojrzenie na ich sylwetki, aby dojść do równie naturalnego wniosku, że na taki poziom mistrzostwa wspięli się nie tylko dzięki treningom.

Dwaj wioślarze, oglądani z brzegu, wyglądają jak roboty: identyczne repliki jednego modelu z rudawo-złotymi czuprynami i typowo amerykańskimi rysami twarzy. Fizycznie niemal równie doskonali jak ruch ich łódki. Mięśnie naprężające się pod szarymi bluzami drużyny wioślarskiej Harvardu, smukłe i sprężyste ciała; obaj mają co najmniej po dwa metry wzrostu. Niezwykłe wrażenie, jakie robią, potęguje ich całkowite podobieństwo: od ciemnoniebieskiego koloru oczu do głębokiej determinacji malującej się na posągowych twarzach.

Formalnie rzecz biorąc, bracia Winklevoss byli bliźniakami jednojajowymi – efektem rozwarcia się zapłodnionego jajeczka niczym stron czasopisma. Siedzący z przodu Tyler Winklevoss był praworęczny i miał znacznie bardziej logiczny, poukładany stosunek do świata niż jego brat. Zajmujący tylną pozycję Cameron Winklevoss był leworęczny i wykazywał się większą kreatywnością i zmysłem artystycznym.

Niemniej w tamtej chwili ich osobowości zlały się w jedno. Poruszali wiosłami w milczeniu, popychając bez wysiłku łódkę po rzece – nie musieli komunikować się za pomocą słów ani sygnałów niewerbalnych. Ten stan koncentracji wydawał się niemal nieludzki, ale był efektem wielu lat doskonalenia wrodzonych umiejętności pod opieką kilku trenerów na Harvardzie, a wcześniej w Greenwich w stanie Connecticut, gdzie dorastali. Ciężka praca przyniosła już w dużej mierze efekty: jako studenci ostatniego roku mieli spore szanse, by dostać się do olimpijskiej reprezentacji wioślarskiej Stanów Zjednoczonych. W Harvardzie byli jednymi z najlepszych. Rok wcześniej zdobyli mistrzostwo kraju juniorów, a pod ich przewodnictwem Harvard odniósł wiele zwycięstw w drużynowych zawodach wioślarskich. Obecnie bracia zajmowali pierwsze miejsca we wszystkich kategoriach rankingu uniwersytetów Ivy League.

Ani jedno z tych osiągnięć nie miało jednak w tej chwili dla braci Winklevoss żadnego znaczenia, bowiem całą uwagę skupiali na prowadzeniu łódki po lodowatej wodzie rzeki Charles. Pływali po niej od czwartej nad ranem, krążąc między dwoma mostami, i zamierzali kontynuować trening przez kolejne dwie godziny – niemal do granicy wyczerpania – kiedy kampus zacznie budzić się do życia, a jaskrawożółte promyki słońca zaczną się przedzierać przez szarą mgłę.

***

Trzy godziny później Tyler wciąż miał wrażenie, że czuje pod stopami nurt rzeki. Opadł na krzesło obok Camerona. Siedzieli na końcu długiego, porysowanego drewnianego stołu w tylnej części jadalni akademika Pforzheimer. Była to przestronna, wysoka prostokątna sala, dość nowocześnie urządzona i jasno oświetlona, w której stało ponad dziesięć długich stołów. Przy większości siedzieli studenci – od dłuższego czasu trwała pora śniadaniowa.

Pforzheimer House był jednym z najnowszych akademików – choć na kampusie istniejącym od ponad trzystu lat słowo „nowy” miało charakter względny -i jednym z największych, bowiem mieszkało w nim około stu pięćdziesięciu studentów drugiego, trzeciego i czwartego roku. Na pierwszym roku studenci mieszkali w domach przy głównym dziedzińcu, później losowo przydzielano ich do akademików, w których spędzali resztę studiów. Pforzheimer nie zajmował pierwszego miejsca na liście marzeń każdego studenta ze względu na nieatrakcyjną lokalizację: stał pośrodku rozległego trawnika otoczonego czworokątem innych budynków. Czworokąt wchodził w skład budynków uniwersyteckich, które zbudowano na terenie Cambridge. Oficjalnie powodem wyjścia poza teren uczelni był problem przeludnienia, niemniej chodziło raczej o lepsze wykorzystanie ogromnych środków finansowych, jakimi dysponował uniwersytet.

Mieszkanie w Czworokącie nie przypominało może zesłania na Syberię, ale studenci, którzy trafiali tam pod koniec pierwszego roku, bez wątpienia mieli poczucie zsyłki do czegoś w rodzaju gułagu. Tamtejsze akademiki były oddalone o dobre dwadzieścia minut na piechotę od głównego dziedzińca, przy którym odbywała się większość zajęć. Dla Tylera i Camerona przeprowadzka do Czworokąta oznaczała jeszcze cięższy wyrok niż dla pozostałych studentów. Po dojściu na główny dziedziniec czekało ich kolejne dziesięć minut uciążliwego marszu nad rzekę, gdzie znajdował się hangar z łodziami oraz kilka bardziej znanych akademików: Eliot, Kirkland, Leverett, Mather, Lowell, Adams, Dunster i Quincy.