Milczenie śniegu - Ragnar Jonasson - ebook
Opis

Ari Thór Arason – młody policjant, który równie często jak ze zbrodnią, musi walczyć z samym sobą. Chciał zostać filozofem, żeby lepiej zrozumieć świat. Potem teologiem, żeby odnaleźć wiarę, którą stracił po śmierci rodziców. Został policjantem, żeby znaleźć sprawiedliwość.
Pierwszą pracę dostał w Siglufjörður, odciętym od świata, pogrążonym w mroku arktycznej nocy miasteczku na północy Islandii. Choć nie jest to dobre miejsce dla kogoś, kto nie ma zbyt grubej skóry.
A teraz ma rozwiązać ponurą zagadkę w miejscu jeszcze bardziej złowieszczym…
Pod urwiskiem w opuszczonej wsi znaleziono ciało młodej kobiety.
Skoczyła? Czy coś straszniejszego stało się pod starą latarnią morską i samotnym domem na odległym skalnym klifie?
Ari Thór odkrywa, że kobieta mieszkała tu w dzieciństwie. I że dwadzieścia pięć lat wcześniej jej matka i pięcioletnia siostra zginęły pod tym samym klifem...
W wyludnionej wsi wciąż mieszka kilka osób. Wszyscy znali rodzinę ofiary. I wszyscy coś ukrywają. Nawet gdy ginie kolejny człowiek.
Jutro wigilia. A Ari Thór rozpoczyna samotny wyścig z czasem, by odkryć prawdę, zanim dawne winy zrodzą nową zbrodnię…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 272

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Redaktor prowadzący

Małgorzata Cebo-Foniok

Korekta

Barbara Cywińska

Hanna Lachowska

Projekt graficzny okładki

Małgorzata Cebo-Foniok

Zdjęcie na okładce

© Kim/Fotolia

Tytuł oryginału

Andköf

Copyright © Ragnar Jónasson 2013

Published by agreement with Copenhagen

Literary Agency ApS, Copenhagen.

All rights reserved.

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna część tej publikacji nie może być reprodukowana

ani przekazywana w jakiejkolwiek formie zapisu

bez zgody właściciela praw autorskich.

For the Polish edition

Copyright © 2018 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-6620-6

Warszawa 2018. Wydanie I

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-954 Warszawa, ul. Królowej Marysieńki 58

www.wydawnictwoamber.pl

Konwersja do wydania elektronicznego

Czarna nocy, ogarnij mój kwietny ogród!

Bo

Prolog

Dziewczynka rozłożyła ręce, a potem wszystko stało się tak szybko, że nie zdążyła krzyknąć. Grawitacja przejęła kontrolę i dziewczynka po prostu spadła.

Morze i skały były dokładnie pod nią.

Była za mała, żeby rozpoznać zbliżającą się śmierć.

Występ skalny, plaża, latarnia morska, kraina czarów wokół niej – to wszystko było jej miejscem zabaw.

I

Część 1 PRELUDIUM ŚMIERCI

1

Tego widoku Ásta Káradóttir nigdy nie zapomni, mimo że była zaledwie dzieckiem, kiedy to zobaczyła – a może właśnie dlatego.

Była w swoim pokoiku na poddaszu, kiedy to się stało. Drzwi były zamknięte, okna też i powietrze w pokoju było nieświeże. Siedziała na starym łóżku, poskrzypującym, kiedy się w nocy przewracała, patrzyła przez okno. Może, a nawet bardzo prawdopodobnie, coś stopniowo wsączało się w jej pamięć tamtego dnia, coś, co pochodziło z innych wspomnień z dzieciństwa. Ale to, co zobaczyła – coś strasznego, czego była świadkiem – już nigdy jej nie opuściło.

Nikomu o tym nie powiedziała.

A teraz wróciła po długiej nieobecności.

Był grudzień i lekki śnieżek – zaledwie cienka powłoka pokrywająca wszystko – przypominał, że Boże Narodzenie już blisko. Lekko kropił deszcz, kiedy jechała z południa, i było względnie ciepło. Ogrzewanie było włączone, żeby nie zaparowała przednia szyba i w samochodzie zrobiło się nieznośnie ciepło. Ásta wyjechała ze śródmieścia Reykjavíku samodzielnie, nikt jej nie podwoził – przejechała Ártúnsbrekka i opuściła miasto, które było jak zły seks: lepsze niż nic, ale tylko trochę lepsze. Miała zamiar pożegnać się z monotonną rzeczywistością – z obskurnym mieszkaniem w piwnicy, z sześćdziesięcioma ośmioma metrami kwadratowymi klaustrofobii i ciemności. Czasem, żeby złagodzić smutek, rozsuwała zasłony, ale to dawało tylko tyle, że przechodnie na ruchliwej ulicy mogli zaglądać przez okna, śledzić jej wejścia i wyjścia i patrzeć na nią z góry, jakby zrezygnowała z roszczeń do prywatności, bo mieszkała w piwnicy i nie zaciągnęła zasłon.

Byli faceci, których czasem sprowadzała na weekend, kiedy miała taką zachciankę. Niektórzy z nich chcieli, żeby światło było zapalone, a zasłony rozsunięte – żeby uprawiać miłość publicznie.

Była jeszcze młoda, miała zaledwie trzydzieści parę lat, ale chociaż wiedziała doskonale, że młodość jeszcze nie minęła, męczyła ją niekończąca się monotonia tymczasowych prac i nocnych zmian. Miała dosyć wiązania końca z końcem za minimalną płacę i mieszkania w wynajętym lokalu w centrum miasta.

Żeby dotrzeć do celu podróży, przejechała przez zachodnią część Islandii, przez wysokogórską przełęcz prowadzącą do półwyspu Skagi, do Kálfshamarsvík. Wcześniej nie zamierzała wracać, ale oto była tutaj, niosąc z sobą stare tajemnice. Podróż zajęła jej dzień, więc kiedy przyjechała, zatokę ogarniały wieczorne ciemności. Stała przez jakiś czas i przyglądała się domowi. Była to piękna budowla, dwukondygnacyjna, ze strychem i piwnicą. Styl architektury wyprzedzał sam dom o jakieś dwie dekady. Dom pomalowany był czystą, elegancką bielą, wystające nad poziom ziemi fundamenty były ciemnoszare, a na piętrze znajdowały się wygięte balkony. Ásta z siostrą, ojcem i matką mieszkali przez dłuższy czas na poddaszu. Kiedy dom budowano, nie oszczędzano na nim.

Na dole świeciło się światło. Pamiętała, że tam był salon. A drzwi wejściowe oświetlała lampa. To były jedyne światła, nie licząc oczywiście poświaty latarni morskiej na cyplu. Był jakiś nieokreślony urok w grze świateł i cieni. Światła były w ciemności nienaturalnie jasne. Ta obfitująca w naturalne piękno okolica pełna była historii, bo wszędzie znajdowały się resztki nieistniejących już domów.

Ásta nie miała powodu, żeby się spieszyć, więc powoli ruszyła w stronę domu i upajając się świeżym powietrzem, zatrzymywała się co jakiś czas, żeby spojrzeć w niebo i pozwolić płatkom śniegu opadać na twarz.

Zawahała się przed drzwiami, zanim zapukała.

Czy to naprawdę dobry pomysł?

Przebiegł ją dreszcz od ostrego podmuchu wiatru. Szybko się rozejrzała. Głośny poszum wiatru napełnił ją nagłym niepokojem, jakby ktoś za nią stanął.

Ásta szybko się rozejrzała. Chciała się po prostu przekonać, że nikogo tu nie ma.

Przywitała ją ciemność. Była sama, na śniegu widniały tylko ślady jej stóp.

Było za późno, żeby zawrócić.

2

Nie chciałby, żebyś tu została. – Thóra powiedziała to bardziej do siebie niż do Ásty. Powiedziała to po raz drugi, może po raz trzeci, chociaż za każdym razem używała innych słów.

Thóra miała dobrze po sześćdziesiątce, ale niewiele się zmieniła przez ostatnie ćwierć wieku. Miała ten sam neutralny wyraz twarzy, ten sam nieobecny wzrok, taki sam irytujący, zrzędzący głos.

Óskar, starszy brat Thóry, siedział przy pianinie w drugim kącie pokoju i w kółko grał jedną i tę samą spokojną melodię. Zawsze był milczkiem – zawsze szybko dopijał kawę i wracał do pianina.

Thóra starała się, żeby Ásta czuła się mile widzianym gościem. Próbowały przywołać dawne dni, ale różnica wieku między nimi była za duża na wspólne wspomnienia. Kiedy ostatni raz się spotkały, Ásta miała siedem lat, a Thóra pod czterdziestkę. Jednak coś je łączyło, obie pamiętały ojca Ásty, więc oczywiście część rozmowy dotyczyła jego.

– Nie chciałby tego – powtórzyła Thóra.

Ásta kiwnęła głową i uprzejmie się uśmiechnęła.

– Nie warto o tym mówić – odezwała się w końcu. – On nie żyje, a Reynir zaproponował mi, żebym tu się zatrzymała. – Nie wspomniała, że to nie Reynir poruszył tę sprawę. Sama do niego zadzwoniła i zapytała, czy nie mogłaby przyjechać na kilka dni.

– Ano cóż, tak to już jest – odparła Thóra.

Óskar nadal grał tę samą melodię. Grał nieźle, nawet dość kompetentnie. Wypełniał niezręczne przerwy w rozmowie.

– Czy Reynir mieszka tu przez cały rok? – zapytała Ásta, chociaż była pewna odpowiedzi. Jako jedyny spadkobierca bogatego biznesmena, Reynir Ákason od lat znajdował się w świetle medialnych reflektorów. Ásta czytała kilka wywiadów z nim, w których mówił, że kiedy jest na Islandii, jedynym miejscem, w którym chce zamieszkać, jest wiejskie odludzie.

– Mniej więcej – odparła Thóra. – To może się zmienić teraz, kiedy nie ma z nami jego starego. Musiałaś czytać w gazetach, jakieś dwa tygodnie temu, że umarł. – Ściszyła głos z oczywistego szacunku dla zmarłego, ale powiedziała to nieszczerym tonem. – Mieliśmy z Óskarem pojechać na południe, na pogrzeb, ale Reynir powiedział, że nie ma potrzeby. Przecież katedra w Reykjavíku jest taka mała. I słabo go znaliśmy – nieczęsto tutaj bywał. Syn nie za bardzo przypomina ojca. – Przerwała i mówiła dalej. – Reynir musiał mieć mnóstwo pracy z przejmowaniem biznesu, wszystkich tych inwestycji. Nie wiem, jak sobie poradził. Ale to bystry chłopak.

Chłopak, pomyślała Ásta. Kiedy ostatni raz się spotkali musiał mieć niewiele ponad dwudziestkę. Oczywiście, wtedy w oczach siedmiolatki był dorosły. Bystry, owszem, do tego miał w sobie doświadczenie i ambicję. Był zapalonym żeglarzem, widać było, że morze go urzekło, podobnie jak Ástę.

– Chłopak – powtórzyła. – Ile on ma teraz lat?

– Powiedziałabym, że zbliża się do pięćdziesiątki. Nie przyznaje się do tego. – Thóra próbowała się uśmiechnąć, ale robiła to bez przekonania.

– Nadal mieszka w suterenie?

Bezceremonialne pytanie przewiało pokój, jak podmuch zimnego wiatru. Thóra sprężyła się i na dłuższą chwilę zamilkła. Na szczęście Óskar grał przez cały czas. Ásta spojrzała na niego. Przygarbiony nad klawiaturą siedział tyłem do nich. Po całej jego postawie było widać, że jest zmęczony. Miał na sobie brązowe sztruksowe spodnie i ten sam ciemnoniebieski golf, który nosił przed laty, a może byli to bliscy krewni tamtych, już znoszonych.

– Wprowadziliśmy się tu z Óskarem – powiedziała Thóra, a jej odpowiedź nie zabrzmiała tak nonszalancko, jak zamierzała.

– Ty i Óskar? – Zapytała Ásta. – Przecież tu musi być mało miejsca dla was dwojga?

– To zmiana, ale takie jest życie. Reynir ma zamiar zamieszkać na górze, no i dom, rzecz jasna, należy do niego. – Na chwilę zamilkła.

– Jesteśmy mu wdzięczni, że możemy tu zostać – wtrącił się nieoczekiwanie Óskar. – Mimo wszystko jesteśmy zadowoleni z tego miejsca. – Odwrócił się i surowo popatrzył na Ástę. Twarz miał pobrużdżoną, dłonie kościste. Natychmiast dostrzegła jego poważną minę.

– Sądziłam, że nadal mieszkacie na górze, skoro zaprosiliście mnie do salonu – powiedziała niezręcznie Ásta, chociaż ich skrępowanie trochę ją śmieszyło.

– Nie, nie. Korzystamy z tego mieszkania, kiedy razem jemy albo kiedy mamy gości. W salonie na dole jest ciemniej niż tutaj, trudno tam zabawiać gościa. – Thóra uśmiechnęła się.

– Wyobrażam sobie – odparła Ásta, przez którą przemawiały doświadczenia z zajmowanego ciemnego mieszkanka w piwnicy.

– Ale zrobiłam, co byłam w stanie, żeby tam było wygodniej – rzekła Thóra niemal przepraszającym tonem.

Óskar odwrócił się do pianina i zaczął grać tę samą melodię co wcześniej.

Ásta rozejrzała się. Salon prawie się nie zmienił, chociaż wydawał się mniejszy niż kiedyś. Z tego, co widziała, były tu te same meble co zawsze: stara kanapa w stylu tudoriańskim, ciemnobrązowy stolik, ciężkie regały wypełnione islandzką literaturą. Znajome zapachy igrały z jej zmysłami, tworząc ulotny aromat i poczucie, że są częścią domu. Godne uwagi, jak zapach potrafi wzbudzić dawno zapomniane wspomnienia. Piękne meble uświadomiły Áscie, jak nijakie, depresyjne było jej mieszkanie z tanimi meblami – obdartą kanapą, stołem, który kupiła za bezcen przez Internet, i pomalowanymi na jaskrawożółto starymi kuchennymi krzesłami, które dawno wyszły z mody.

– Oczywiście zatrzymasz się w swoim starym pokoju na poddaszu – powiedziała cicho Thóra.

– Naprawdę? – zapytała zaskoczona Ásta. Nie omówiła szczegółów, gdzie będzie spać, kiedy rozmawiała z Reynirem.

– Chyba że wolisz tam nie spać? Możemy przenocować cię gdzieś indziej. – Thóra wyglądała na całkowicie zaskoczoną. – Reynir myślał, że będziesz chciała właśnie tam. Składowaliśmy tam różne rzeczy przez te ostatnie parę lat, ale przenieśliśmy pudła i wszystko inne do sypialni… – Nagle opuściła wzrok i zawahała się. – Do sypialni twojej siostry.

– Będzie w porządku – powiedziała stanowczo Ásta. – Nic się nie martw. – Nie przyszło jej do głowy, że będzie w stanie zatrzymać się w swoim starym pokoju ani że będzie musiała to zrobić. Wolałaby zamieszkać gdzie indziej, ale nie chciała o to prosić. Musiała być silna.

– Kochana, nie zrozum tego źle – odparła Thóra z nieczęstym u niej ciepłem. – Chociaż mówiłam, że twój ojciec nie chciałby, żebyś wróciła, to zawsze jesteś mile widziana.

Jakie to wspaniałomyślne z twojej strony, jeśli wziąć pod uwagę, że to nie twój dom, chciała powiedzieć Ásta, ale przemilczała to. Zapytała o coś innego.

– Co teraz tutaj robicie? – Nie było to zbyt uprzejme.

– Głównie to co zawsze… opiekujemy się domem. Nie ma tutaj tyle pracy, co bywało, a my nie jesteśmy już tacy młodzi. Óskar jest jakby dozorcą, jak dawniej, zgadza się, Óskarze?

Wstał od pianina i podszedł do nich. Podpierał się laską.

– Chyba tak – wybełkotał.

– Jak widzisz, nie może już wykonywać ciężkich robót – powiedziała Thóra, spoglądając na laskę. Óskar usiadł obok niej, ale zachował dystans. – Uszkodził sobie kolano, wspinając się na te cholerne skały.

– Wcześniej czy później się zagoi – mruknął Óskar.

Ásta przestała zwracać uwagę na słowa Thóry, patrzyła na nich dwoje. Upływ lat zebrał żniwo. Brat i siostra wyglądali na bardziej wymizerowanych, niż się spodziewała. Pomyślała, że może mają już dość.

– I opiekuje się latarnią morską, na ile pozwala mu uszkodzone kolano. Przejął ją po twoim ojcu.

Ástę ogarnęło nieprzyjemne uczucie. Czasem jej się to zdarzało. Zrobiła głęboki wdech i zamknęła oczy, żeby spowolnić oddech.

– Jesteś zmęczona, kochana? – zapytała Thóra.

Zaskoczyła Ástę.

– Nie. Wcale nie.

– Może zrobiłabym ci coś do zjedzenia? Gotuję dla Reynira, kiedy tutaj jest. Oczywiście, sam potrafi się sobą zająć, ale robię, co mogę. Już nas nie potrzebuje. Jeśli zechce, może nas wyrzucić, żebyśmy sami sobie radzili. – Uśmiechnęła się. – Nie mówię, że to zrobi, po prostu może…

– Dziękuję – powiedziała Ásta, odzyskując spokój. – Po drodze zjadłam kanapkę. To mi wystarczy.

Ktoś mocno załomotał w drzwi, Ásta podskoczyła. Ale para starych ludzi nie wyglądała na zaskoczoną.

– Wydawało mi się, że Reynir przyjedzie dopiero jutro wieczorem – stwierdziła Ásta.

– Nie ma zwyczaju pukać – mruknął Óskar.

– Więc to musi być Arnór – powiedziała Thóra, wstając.

Jej brat siedział nieruchomo, patrzył w przestrzeń i z przepraszającym uśmieszkiem trzymał się za kolano, prawdopodobnie za to uszkodzone.

– Pamiętasz Arnóra? – zapytał cicho.

Ásta ciepło uśmiechnęła się do niego. Myślała o nim jako o starym, chociaż mógł mieć zaledwie siedemdziesiątkę. Na pewno wyglądał starzej, brakowało mu żywotnych iskierek w oczach, które kiedyś tam gościły.

Zawsze lubiła Óskara. Zawsze był dla niej dobry, a wieczorami, kiedy na kolację była ryba, nieodmiennie przynosił do jej pokoiku szklankę mleka i parę herbatników przed snem. Wiedział, że chociaż mieszkali tak blisko morza, a może właśnie dlatego, mała Ásta nie znosiła ryb. Pamiętała, jak ogarniał ją odruch wymiotny, kiedy na stole pojawiała się ryba.

– Dziękuję – powiedziała do Óskara, chociaż miała powiedzieć tylko, że tak, pamięta Arnóra.

– Dziękuję? – zapytał dociekliwie Óskar. Nadal trzymając się za kolano, nachylił się do niej, jakby źle usłyszał i nie chciał, żeby to się powtórzyło.

Ásta poczuła, że się czerwieni, co rzadko się jej zdarzało.

– Przepraszam. Właśnie myślałam, wiesz, o dawnych czasach. Zawsze przynosiłeś mi mleko i herbatniki… Ale tak, pamiętam Arnóra.

Arnór mieszkał na pobliskiej farmie. Był chłopakiem Heidara, ale teraz nie bardziej był chłopakiem niż Reynir, chociaż był dziesięć lat od niego młodszy. Zobaczyła go oczami wyobraźni: parę lat od niej starszy, wysoki, pucołowaty, wstydliwy i niezgrabny chłopiec. Siostry często go widywały, ale on nigdy się z nimi nie bawił. Może myślał, że to głupie bawić się z młodszymi dzieciakami, szczególnie z dziewczynkami, a może po prostu się wstydził.

Wydało się jej, że widzi błysk w oczach Óskara. Popatrzył na nią z zadowoleniem i opuścił wzrok.

– Więc pamiętasz, prawda? – zapytał. I dodał: – Miło widzieć, że tak dobrze ci się wiedzie.

Uśmiechnęła się z czystej uprzejmości. Dobrze mi się wiedzie? Najwyraźniej nie miał pojęcia o monotonnej egzystencji, która czekała ją tam, w żałosnym mieszkanku w Reykjavíku, o nieustannej walce, żeby wyrwać się z nudy i coś z sobą zrobić. Zdarzały się wieczory, kiedy była tak załamana, że tylko leżała na kanapie, gapiła się w ciemność za oknami, przyglądała się spieszącym się ludziom, a życie upływało obok niej. Wtedy rozpaczliwie chciała się wydostać ze swojego mieszkania – zbić szyby i wypełznąć, podrapana, zakrwawiona od rozbitego szkła. Coś by chociaż poczuła, i to byłoby lepsze, niż nie czuć niczego.

– Nadal mieszka tam, gdzie mieszkał? – Z korytarza docierały do niej szepty: Thóra rozmawiała z gościem.

– O tak. Przejął farmę kilka lat temu, po śmierci ojca. Heidar, niech spoczywa w pokoju, był już stary. Arnór opiekuje się końmi Reynira. I bardzo nam tutaj pomaga, szczególnie przy latarni morskiej. Niby ja jestem latarnikiem, ale jak widzisz, już nie mogę wchodzić po tylu schodach. To dobry chłopak – zakończył Óskar z naciskiem.

Ásta podniosła wzrok, kiedy Thóra i Arnór weszli do salonu. Zobaczyła młodego człowieka, wysokiego i szczupłego, w towarzystwie starszej kobiety. Ledwie go poznała. Zobaczyła podobieństwo w jego radosnym uśmiechu tylko dlatego, że wiedziała, kim jest. Poza tym zupełnie się zmienił. Stał się przystojnym mężczyzną – trudno było rozpoznać w nim niezgrabnego chłopca, którego zapamiętała.

– Ásta – oświadczył z przekonaniem, jakby wczoraj ją widział, zapewne na cyplu. Wtedy był milczący i niepewny siebie, siostry biegały wokół niego, jakby ich życie od tego zależało. Teraz był pewny siebie. – Miło cię widzieć – powiedział prawie szeptem i nieśmiało się uśmiechnął.

Ale nie było w nim niczego niezdarnego. Stał nieruchomo, podczas gdy ona wierciła się i nie wiedziała, gdzie podziać oczy.

Przyszło jej na myśl, żeby powiedzieć coś o jego ojcu, złożyć wyrazy współczucia, ale postanowiła, że tego nie zrobi. Nie miała pojęcia, jak dawno temu umarł Heidar ani jak umarł, więc kondolencje zabrzmiałyby nieszczerze. Jej ojciec też umarł, odkąd ostatni raz widziała Arnóra. Może te dwie śmierci nawzajem się anulowały? Ani ona, ani Arnór nie musieli o nich wspominać.

Arnór zerknął na Óskara.

– Przyniosłem narzędzia, moglibyśmy szybko obejrzeć to okno w latarni morskiej? Musimy je zaraz naprawić.

– Wczoraj zniszczyła je zła pogoda – wyjaśnił Óskar Áscie i zwrócił się do Arnóra: – Oczywiście, ale ze mnie nie będzie wielkiego użytku.

– Lepiej, żebyś jednak poszedł. Powinieneś mi pokazać, co mam zrobić – odparł Arnór i wyszło to tak uprzejmie, aż Ásta prawie uwierzyła w jego szczere intencje, chociaż była pewna, że po prostu nie chce zranić uczuć Óskara.

Obaj mężczyźni wyszli, Ásta i Thóra stały bez słowa w salonie.

– Chyba pójdę na górę, do łóżka – powiedziała wreszcie Ásta, kiedy cisza zrobiła się niezręczna. Podniosła walizkę.

– W porządku – rzekła Thóra. – Schody na strych…

– Znam drogę – przerwała jej Ásta ponurym tonem.

3

Włączyła światło i słaba żarówka oświetliła wąską klatkę schodową. Ściany były szare, ozdobione wzorkiem przedstawiającym konary. Gdy dokładniej się przyjrzała, zobaczyła parę czerwonych jagód na zielonych gałęziach. Dywan był wytarty, a drewniana poręcz pamiętała lepsze czasy. Skądś dobiegał lekki przeciąg – wystarczył, żeby znów przeszły ją dreszcze.

Wiedziała, że w domu było mnóstwo innych wolnych pokojów. Nie musiała się zgodzić na zamieszkanie w swoim starym pokoju na poddaszu. Ale mimo wszystko był to jej pokój, a ona nie była z tych, którzy wyobrażają sobie jakiegoś uporczywego ducha z własnej przeszłości niepozwalającego im zasnąć. Była na to za silna. Jednak kiedy już znalazła się na poddaszu i stanęła przed zamkniętymi drzwiami, zaczęła się zastanawiać, czy właściwie postąpiła. Czy to nie był błąd? Dopadło ją nieprzyjemne uczucie, że to wszystko źle się skończy. Czy nie lepiej było nie grzebać w przeszłości i wrócić do domu?

Jeszcze nie było za późno. Mogła z powodzeniem odwrócić się, zejść na dół, pożegnać się z Thórą i powiedzieć jej, że w Reykjavíku stało się coś, co zmusza ją do powrotu. Óskarowi i Arnórowi nie musiałaby niczego mówić.

Zawahała się, zanim otworzyła drzwi i rozejrzała się dookoła. Po prawej były drzwi do głównej sypialni i mała łazienka. Za Ástą znajdował się kącik kuchenny i… bardzo powoli się odwróciła. Drzwi do pokoju siostry były zamknięte. Chciała zajrzeć do środka, tylko na chwilę, ale postanowiła, że tego nie zrobi.

Pokój na poddaszu nie był taki duży, jak zapisał się jej w pamięci. Nigdzie nie mogła stanąć prosto. Było duszno, w powietrzu unosił się nieomal zapach stęchlizny, więc szybko zapaliła światło i otworzyła okno.

Tak było lepiej. Przez okno dobiegł ją pomruk fal, znajomy i uspokajający. Wyjrzała na brzeg klifu. Tutaj, z tego okna, zobaczyła kiedyś coś, czego widzieć nie powinna. Dziwne, ale wspomnienie nie było bolesne, chociaż wstrząs ją wtedy oszołomił.

W wieczornym mroku niewiele było widać. Ale nieco światła dawała latarnia na cyplu. Pomyślała, że ciemność nie mogła tu zwyciężyć, ale potem ponuro się uśmiechnęła. W tym domu, w tym miejscu, była tylko ciemność.

W domu panowała nieprzyjemna cisza. Thóra musiała zejść do swoich pokojów w piwnicy. Chodzenie musiało sprawiać jej trudność, ale Ásta zwalczyła w sobie współczucie dla starej kobiety.

Stare łóżko Ásty stało na tym samym miejscu. Na szczęście, chociaż nieduże, nie było to dziecięce łóżeczko. Nie rozebrała się, zostawiła zapalone światło i ostrożnie się położyła. Łóżko, jak zawsze, głośno zaskrzypiało. Ásta położyła się wygodniej przy pojękiwaniu mebla.

Była fizycznie zmęczona, ale w głowie jej wrzało i sen nie chciał od razu przyjść, więc znów wstała. Przypomniała sobie strome, kręcone schody, które prowadziły z mieszkanka pod dachem, jeśli zasługiwało na taką nazwę, prosto do tylnych drzwi wiodących na dwór. Próbując odegnać zmęczenie, zeszła po schodach. Przed laty było tu mnóstwo schodów dla małych stópek. Ale teraz pokonała je szybko i po chwili stanęła pod łagodnie padającym śniegiem.

W ciemności robiła powolne kroki, oddalając się od domu. Śnieg jej nie przeszkadzał, tylko ciążyło jej tak wiele wspomnień. Zrobiła wdech i zimne powietrze przyniosło ich jeszcze więcej. Teraz stały się nagłe i ostre: tamte noce spędzane w pokoiku na poddaszu, kiedy krzyk mew i łoskot fal nie pozwalały jej zasnąć. Odgłosy morza nie były tylko wspomnieniem, raczej ogarniającą wszystko obecnością, huczącą w zawody z wiatrem.

Znów ogarnęło ją uczucie, że przyjazd tutaj był kuszeniem losu. Spróbowała otrząsnąć się z niepokoju i poszła w stronę latarni morskiej.

W ciemnościach trudno było wypatrzeć ścieżkę. To nie miało znaczenia – Ásta była w stanie znaleźć ją z zawiązanymi oczami. I nie bała się ciemności, nigdy się jej nie bała. Ale i tak czuła niepokój, jakby duchy z przeszłości wołały ją, szły za nią… ostrzegały. Wkrótce latarnia morska zaczęła się stopniowo wyłaniać z mroku, na wyżej położonym terenie cypla. Spędziła mnóstwo czasu wokół tej wysokiej budowli, czasem kąpała się w słońcu po jej południowej stronie, częściej w zimnym cieniu od północy.

Chciałaby pójść prosto do latarni, ale byli tam Óskar z Arnórem, naprawiali okno, a ona nie chciała się z nimi spotkać, więc poszła w stronę skał po swojej lewej – w kierunku stromej skarpy, którą pogoda, wiatr i morze przez stulecia niszczyły, aż zostały z niej wyszczerbione głazy.

Zanim się zorientowała, znalazła się na skraju klifu. Pochyliła się do przodu, wstrzymała oddech i spojrzała w dół. Wiatr walił ją w twarz, śnieg kąsał skórę. Na dole było bezlitosne morze oświetlone przez latarnię morską. Natychmiast poczuła obecność śmierci.

Mocny poryw wiatru mało nie strącił jej ze skraju urwiska. Cofnęła się, nie miała ochoty zakończyć tutaj życia. A jednak nie bała się, czerpała przyjemność z krwi pulsującej w żyłach. Myśl o śmierci przyniosła nagły przypływ energii.

Morze zawsze ją hipnotyzowało. Czasem siadała tutaj, na szczycie urwiska, i patrzyła na nie, czasem schodziła na plażę w zatoce. Kiedy fale były największe i najbardziej rozszalałe, tylko tam chciała być. Biel była kolorem wściekłego morza i w ten sposób, po troszeczku, w oczach małej dziewczynki biel stała się kolorem gniewu. Gdy stała blisko fal podczas gwałtownego sztormu, słony ocean wypełniał jej jestestwo – stawała się z nim nieomal jednością. Doskonale pamiętała, jak zauroczona obserwowała mewy zmagające się z porywami wiatru, usiłujące z całych sił utrzymać się w powietrzu. Często wydawało się jej, że wie, co czują.

W końcu odwróciła się i zaczęła iść z powrotem do domu. Po drodze po raz ostatni rzuciła okiem na latarnię i zobaczyła, że Óskar i Arnór idą tą samą drogą. Zauważyli ją natychmiast, Arnór zamachał. Zawahała się, machnęła do niego i pospiesznie poszła dalej.

Kiedy była w swoim pokoju, zaciągnęła zasłony, włożyła sweter, żeby odpędzić chłód i wyciągnęła się pod kołdrą. Było ciemno choć oko wykol, ale nadal wierciła się, zanim w końcu udało się jej zasnąć.

Nagle się obudziła, nie wiedziała, jak długo spała, czuła, że musi walczyć o oddech. Otworzyła oczy, ale ciemność pokonała ją. Zerwała się, usiadła, oddech miała krótki i płytki. Było za gorąco, ciężkie powietrze ją dusiło.

Zdjęła sweter i spodnie, odrzuciła kołdrę i przez chwilę siedziała w bieliźnie. Potem sięgnęła ręką, żeby rozsunąć zasłony i otworzyć okno. Zimne powietrze wpadło do środka, a ciemność ustąpiła, gdy latarnia morska zalała pokój światłem.

Leżała na plecach, przez chwilę zastanawiała się, czy sięgnąć po komórkę w kieszeni dżinsów, żeby sprawdzić czas. Ale doszła do wniosku, że nie o czas tu chodzi. Zamknęła oczy, oddech znów wrócił do normy, od nowa ogarnął ją spokój. Odzwyczaiła się już spać przy otwartym oknie – to było po prostu niemożliwe w jej piwnicznym mieszkanku – ale teraz świeże powietrze przyniosło zbawienie i w końcu znów zasnęła, a wspomnienia z odległej przeszłości zostawiły ją w spokoju, pozwalając na zdrowy sen.

4

Następny dzień mijał nieprzyjemnie powoli. Ásta spała do późna, zjadła obiad z Thórą i Óskarem w niemal przytłaczającej ciszy. Reynir nadal nie przyjechał, Arnór więcej się nie pojawiał. Po lunchu poszła na krótki spacer, potem próbowała odpocząć na poddaszu, ale nie bardzo jej to wychodziło. Zbyt wiele myśli miała w głowie.

Około szóstej wieczór znów wyszła na dwór, ponownie poszła w stronę latarni morskiej. Kiedy przed nią stanęła, próbowała otworzyć drzwi. Były zamknięte – zmiana od czasów, kiedy jej ojciec był latarnikiem. Nigdy nie zamykał drzwi. Po prostu ufał, że jego córki nie narażą się na żadne niebezpieczeństwo. Więc Ásta czasem mogła wślizgnąć się do środka, kiedy chciała się schować albo potrzebowała samotności. To był azyl dla małej dziewczynki. Uważała, żeby niczego nie dotykać, po prostu zamykała za sobą drzwi i siadała na schodach, żeby odpocząć i pomyśleć. Teraz uznała, że ojciec musiał o tym wiedzieć, ale nie powiedział jej ani słowa.

Ásta słabo go pamiętała. Przynajmniej raz, a może częściej, zabrał ją na spacer po cyplu i opowiadał jej jakieś historie o tym miejscu. Wtedy niewiele ją interesowało, co do niej mówił, ale teraz bez trudu sobie to przypominała. Zawsze uważała, że latarnia morska to szczególnie piękna budowla, chociaż jej długie, czarne filary ostro kontrastowały z białymi ścianami. A jej wysokość przygniatała stojącego blisko człowieka. Zrobiła kilka kroków w tył i wypełniło ją uczucie, że jest maleńką cząstką całości wszystkiego.

– Są zamknięte – usłyszała czyjeś słowa zza siebie.

Zaskoczona drgnęła i odwróciła się na pięcie. Nie słyszała, żeby ktoś się zbliżał.

W jej stronę szedł Arnór, opatulony w ciężką, długą puchową kurtkę. Miał gołą głowę, chociaż tutaj nie było schronienia przed otwartym morzem, a policzki mu się czerwieniły. Był jeszcze przystojniejszy niż poprzedniego wieczoru.

– Tak, zauważyłam – odparła ostro. – Pozmieniało się tu.

– Nie jesteśmy tacy beztroscy jak twój ojciec – odpalił.

– Więc go pamiętasz? – zapytała nieco łagodniejszym tonem.

– Oczywiście. To był wspaniały człowiek. Takich nie zapomina się szybko. Sporo czasu minęło od jego śmierci, prawda?

Zaskoczona patrzyła, jak Arnór siada na małej betonowej platformie otaczającej latarnię morską. Wybrał miejsce, które dawało widok na zatokę, a nie w głąb lądu.

Po chwili Ásta usiadła obok, uważając, żeby nie znaleźć się za blisko.

– Tak i nie – powiedziała. – Miałam dwadzieścia lat, kiedy umarł, ale można powiedzieć, że opuścił nas na długo przed śmiercią.

– Za wcześnie umarł – powiedział w zamyśleniu Arnór.

– Tak.

Milczeli przez dłuższy czas.

– Potrafił naprawdę ciężko pracować – odezwał się wreszcie Arnór. – Aż do… – ucichł.

– Właśnie. – Ásta kiwnęła głową, że się zgadza, i rozejrzała się. Jej ojciec był z natury taki, że dużo czasu spędzał na dworze. Z początku uwielbiał to miejsce… potem oczywiście już nie.

– Zazwyczaj… – odezwała się znów i zamilkła. Zrobiła głęboki wdech, napełniając płuca zimnym powietrzem. – Zazwyczaj zakradałam się…

I tylko tyle zdołała powiedzieć, zanim Arnór zakończył za nią zdanie: