Milczenie czasu - Ragnar Jonasson - ebook
Opis

Prawdy nie pogrzebie czas. Ani zbrodnia…


Siglufjörður – mroczne miasteczko na krańcu Islandii. Tu nikt nie ufa nikomu, a samotność przytłacza jak arktyczna noc.
Ari Thór, młody policjant, niedoszły ksiądz z bolesną przeszłością, musi tu walczyć ze zbrodnią równie często, jak z samym sobą…
A teraz Siglufjörður zaatakował zabójczy wirus. Jest odcięte od świata kwarantanną. Ludzie zamknęli się w domach, na pustych, zalanych deszczem ulicach wyje wiatr. Ari Thór jest sam wobec niepokojącej tajemnicy:
Pewien mężczyzna przyniósł mu starą rodzinną fotografię. Chciał się dowiedzieć, kim jest jedyna nieznajoma postać. Ari Thór musi wydostać się z miasta, by odkryć, co stało się pół wieku temu nad odludnym fiordem, w odosobnionym domu, gdzie mieszkały dwa małżeństwa.
Pomóc mu może tylko Ísrún, dziennikarka, która już kiedyś mu pomogła. Lecz Ísrún jest w dalekim Reykjaviku i prowadzi własne, coraz bardziej przerażające śledztwa w sprawie porwania dziecka i zabójstwa syna polityka. Mimo to angażuje się w zagadkę śmierci młodej kobiety sprzed lat.
Trzy sprawy, trzy zbrodnie... I ta sama pewność, że dawne winy nie umierają i mają dramatyczny ciąg dalszy…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 304

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Redaktor serii

Małgorzata Cebo-Foniok

Korekta

Barbara Cywińska

Hanna Lachowska

Projekt graficzny okładki

Małgorzata Cebo-Foniok

Zdjęcie na okładce

© photoneye/Shutterstock

Tytuł oryginału

Róf

Copyright © 2012 Ragnar Jónasson

Published by agreement with

Copenhagen Literary Agency ApS, Copenhagen.

All rights reserved.

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna część tej publikacji nie może być reprodukowana

ani przekazywana w jakiejkolwiek formie zapisu

bez zgody właściciela praw autorskich.

For the Polish edition

Copyright © 2017 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-6352-6

Warszawa 2017. Wydanie I

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-954 Warszawa, ul. Królowej Marysieńki 58

www.wydawnictwoamber.pl

Konwersja do wydania elektronicznego

Dedykuję tę książkę pamięci moich

Od Autora

Ta powieść jest całkowitą fikcją – żadna z przedstawionych postaci nie istnieje w realnym świecie. Hédinsfjördur jest niezamieszkane od 1951 roku. Opowieść o ludziach mieszkających po zachodniej stronie Hédinsfjördur po tej dacie jest czystą imaginacją. Nawet nie wiem, czy w tym miejscu było jakiekolwiek osiedle. Pragnę zauważyć, że narracja z trzeciego rozdziału – opowieść o kobiecie, która podróżowała z Hvanndalir do Hédinsfjördur – oparta jest na relacji z podróży Gudrún Thórarinsdóttir z 1859 roku, przedstawionej przez Thórhall Hjálmarsdóttir, którą w 1986 roku spisał mój dziadek, Th. Ragnar Jónasson. Została dołączona do jego książki Opowiadania ludowe z Siglufjördur opublikowanej przez Vaka-Helgafell w 1996 roku. Cytat na następnej stronie został wyjęty z jego książki Opowieści z Siglufjördur (s. 91–92), wydanej rok później.

Szczególne podziękowania za fachową pomoc i sprawdzenie rękopisu należą się doktorowi Haraldurowi Briemowi, specjaliście od chorób zakaźnych w Urzędzie Lekarza Naczelnego Islandii, detektywowi inspektorowi Eiríkurowi Rafnowi Rafnssonowi, prokurator Huldzie Maríi Stefánsdóttir i doktorowi Jónowi Gunnlaugurowi Jónassonowi. Odpowiedzialność za wersję ostateczną, w tym za wszelkie pomyłki, spoczywa na autorze.

…Życie w Hédinsfjördur nigdy nie było łatwe, a wszelka komunikacja z sąsiadującymi gminami obarczona była trudnościami. Zimą do brzegu, na którym nie było portu, często nie można było dostać się morzem, a pokryte śniegiem góry zawsze były trudno dostępne.

Opowieści z Siglufjördur

Þ. Ragnar Jónasson (1913–2003)

1

Wieczór jak każdy inny, wieczór, kiedy leży się na kanapie.

Zajmowali małe mieszkanko na parterze starego domu, na zachodnim krańcu Reykjaviku, w Ljósvallagata. Dom usytuowany był pośrodku staromodnego rzędu trzech szeregowców zbudowanych jeszcze w latach trzydziestych. Róbert usiadł, przetarł oczy i wyjrzał przez okno na mały ogródek. Ściemniało się, w marcu można było się spodziewać każdego rodzaju pogody, w tej chwili padało. W bębnieniu kropel deszczu o szyby było coś krzepiącego, kiedy siedziało się bezpiecznie w domu.

Studia szły mu nieźle. Dojrzały mężczyzna, dwudziestoośmioletni, był na pierwszym roku inżynierii. Liczby zawsze sprawiały mu przyjemność. Jego rodzice byli księgowymi, mieszkali w śródmieściu, na Árbær, i chociaż stosunki z nimi zawsze były trudne, to teraz prawie nie było żadnych stosunków. Jego styl życia nie mieścił się w ich formule na sukces. Zrobili, co mogli, żeby pokierować nim w stronę księgowości, i to było w porządku, ale on wybrał własną drogę.

Teraz, kiedy wreszcie trafił na uniwersytet, nawet nie pofatygował się, żeby powiedzieć o tym swoim starym. Próbował natomiast skupić się na studiach, chociaż ostatnio miał skłonność przenosić się myślami do Westfjords.

Razem z trzema kolegami miał tam łódkę, już nie mógł się doczekać lata. Łatwo było zapomnieć o wszystkim – dobrym i złym – kiedy było się na morzu. Kołysanie łodzi było balsamem na wszelkie stresy, a jego nastrój szybował wysoko, gdy otaczał go kompletny spokój. Pod koniec miesiąca pojedzie na zachód, żeby przygotować łódź. Dla jego kolegów wyprawa na fiordy była dobrym pretekstem do popijawy. Ale nie dla Róberta. Już od dwóch lat nie pił – abstynencja była niezbędna po okresie ciężkiego picia, które rozpoczęło się od wydarzeń tamtego nieszczęsnego dnia sprzed ośmiu lat.

„To był piękny dzień. Na boisku ledwie czuło się wietrzyk, słońce przygrzewało, zgromadził się tłum kibiców. Otwierały się przed nim treningi z narodową drużyną młodzików, a później, jeszcze tego lata, może nawet sprawdzian z pierwszoligową drużyną Norwegów. Jego agent wspominał nawet o zainteresowaniu ze strony drużyn zajmujących niższe miejsca w lidze angielskiej. Stary był z niego dumny jak cholera. Sam był niezłym piłkarzem, ale nigdy nie zdarzyło mu się zagrać zawodowo. Teraz było inaczej, okazji nadarzało się więcej.

Zostało pięć minut, kiedy Róbert przejął piłkę. Przedarł się przez obronę, zobaczył bramkę i strach na twarzy bramkarza. To już nie była dla niego nowość, zapowiadało się zwycięstwo pięć do zera.

Nie zauważył, że nadbiegają, żeby przejąć piłkę, usłyszał tylko trzask, noga złamała mu się w trzech miejscach, poczuł obezwładniający ból. Spojrzał w dół, sparaliżowany potworną męczarnią, i zobaczył otwarte złamanie”.

Ten widok wyrył mu się w pamięci. Dni spędzone w szpitalu mijały jak we mgle, ale nie zapomni lekarza, który mówił mu, że szanse na powrót do kariery piłkarskiej – w każdym razie na poziomie zawodowym – są mizerne. Więc dał sobie z tym wszystkim spokój i zaczął szukać pocieszenia w butelce; jednej za drugą. Najgorsze w tym było – powrót do zdrowia nastąpił szybciej, niż lekarz się spodziewał – że kiedy znów był w formie, już nie dało się cofnąć życiowego zegara zawodowego piłkarza.

Ale teraz poprawiło się. Miał Sunnę, a mały Kjartan też znalazł miejsce w jego sercu. Mimo wszystko jednak gdzieś w głębi pozostały mroczne wspomnienia. Miał nadzieję, że uda mu się ukryć je w cieniu.

Był już dość późny wieczór, kiedy Sunna wróciła do domu. Zastukała w okno, żeby mu oznajmić, że zgubiła klucze. Była piękna jak zwykle, w czarnych dżinsach i szarym golfie. Kruczoczarne włosy, długie i lśniące, otaczały jej silną twarz. Ale to jej oczy oczarowały go, a na drugim miejscu, jej doskonała figura. Była tancerką i czasem miało się wrażenie, że tańczy, kiedy chodziła po ich małym mieszkanku, z pewnym siebie wdziękiem, który przenikał każdy jej ruch.

Wiedział, że poszczęściło mu się z nią. Po raz pierwszy odezwał się do niej na przyjęciu urodzinowym przyjaciela. Zaskoczyło między nimi natychmiast. Byli z sobą już od pół roku, a trzy miesiące temu razem zamieszkali.

Sunna po wejściu podkręciła ogrzewanie. Chłód bardziej jej doskwierał niż jemu.

– Zimno na dworze – powiedziała. Rzeczywiście, do pokoju zakradał się chłodzik. Wielkie okno w salonie nie było dobrze uszczelnione, a do nieustannych przeciągów nie można było się przyzwyczaić.

Nie mieli lekkiego życia, chociaż byli sobie coraz bardziej bliscy. Z poprzedniego związku miała dziecko, małego Kjartana, z którego ojcem, Brekim, toczyła ostrą walkę o prawo do opieki. Z początku ugodzili się na wspólne wychowywanie chłopca i w tej chwili Kjartan spędzał czas z ojcem.

Ale teraz Sunna zatrudniła adwokata i naciskała na uzyskanie pełnej kurateli. Rozglądała się również za kontynuowaniem studiów tanecznych w Wielkiej Brytanii, chociaż jeszcze nie omówiła tego na poważnie z Róbertem. Ale i tego Breki nie przyjąłby bez walki, więc wyglądało na to, że wszystko zakończy się przed sądem. Sunna uważała, że sprawę ma wygraną i że Kjartan będzie z nią na stałe.

– Siadaj, kochanie – powiedział Róbert. – Tu jest makaron.

– Hm, świetnie – powiedziała, kuląc się na kanapie.

Róbert przyniósł z kuchni jedzenie, talerze, szklanki i dzbanek z wodą.

– Mam nadzieję, że smakuje – powiedział. – Nadal się wprawiam.

– Jestem taka głodna, że mi wszystko jedno.

Włączył relaksującą muzykę i usiadł obok niej.

Opowiedziała mu o swoim dniu – o próbach i o presji, pod którą się znajdowała. Sunna była perfekcjonistką, nie znosiła, jak coś szło nie tak.

Róbert był zadowolony, że jego makaron okazał się sukcesem. Nic nadzwyczajnego, ale całkiem niezły.

Sunna wstała i wzięła go za rękę.

– Wstań, kochany. Czas na taniec.

Wstał i objął ją. Poruszali się w rytm powolnej ballady południowoamerykańskiej. Wsunął dłoń pod jej sweter, koniuszkami palców pogłaskał ją po plecach i jednym, gładkim ruchem rozpiął biustonosz. Był w tym biegły.

– Hej, młody człowieku – powiedziała z kpiarskim wyrzutem, patrząc ciepło na niego. – Co ty wyprawiasz?

– Wykorzystuję, jak mogę, że Kjartan jest ze swoim tatą – odparł Róbert. Zaczęli się długo, namiętnie całować. Temperatura między nimi zaczęła wzrastać, podobnie jak temperatura w pokoju, i wkrótce poszli do sypialni.

Róbert, z przyzwyczajenia, zamknął pchnięciem drzwi i zaciągnął zasłony na oknie sypialni wychodzącym na ogród. Jednak te zabezpieczenia nie stłumiły odgłosów miłości, docierających przez drzwi do sąsiedniego mieszkania.

Kiedy wszystko ucichło, usłyszał niewyraźne trzaśnięcie drzwiami, stłumione przez bębnienie deszczu. Pierwsze, co przyszło mu do głowy, że to tylne drzwi na werandę, na tyłach starego domu.

Sunna, przestraszona, usiadła i spojrzała na niego z niepokojem w oczach. Próbował zdławić strach pokazem brawury. Wstał i wyszedł nagi do salonu. Salon był pusty.

Ale tylne drzwi były otwarte, łomotały w tę i z powrotem na wietrze. Szybko zerknął na werandę, tylko tyle, żeby móc powiedzieć, że tam zajrzał, i pośpiesznie zamknął drzwi. Wiedział, że mógł tam stać cały pułk, ale w ciemności i tak niczego by nie zobaczył.

Potem przeszedł z pokoju do pokoju, a serce biło mu coraz mocniej i szybciej, ale nigdzie nie zobaczył nieproszonych gości. Na szczęście Kjartana nie było w domu.

I wtedy zobaczył coś, co nie pozwoliło mu zasnąć przez resztę nocy.

Przebiegł przez salon, bojąc się o Sunnę, przerażony, że coś się jej stało. Wstrzymując oddech, poszedł do sypialni. Zastał ją, jak siedziała na skraju łóżka i wkładała koszulę. Uśmiechnęła się słabo, ale nie potrafiła ukryć zaniepokojenia.

– To nic takiego, kochanie – powiedział z nadzieją, że nie zauważy drżenia w jego głosie. – Zapomniałem dokładnie zamknąć drzwi, kiedy wynosiłem śmieci – skłamał. – Wiesz, jakie sztuczki potrafi wyprawiać wiatr. Zostań tutaj, przyniosę ci drinka.

Szybko wyszedł z sypialni i błyskawicznie usunął to, co zobaczył.

Miał nadzieję, że postąpił słusznie, nie mówiąc Sunnie o wodzie na podłodze, o wilgotnych śladach butów zostawionych przez nieproszonego gościa, który przyszedł z deszczu. Najgorsze, że ślady nie kończyły się tuż za tylnymi drzwiami. Prowadziły aż do sypialni.

2

Policjant z Siglufjördur, Ari Thór Arason, nie był w stanie wyjaśnić nikomu, nawet sobie, dlaczego zajął się starą sprawą przedstawioną przez człowieka, którego w ogóle nie znał, tym bardziej że działo się to w czasie, w którym mała społeczność przechodziła przez okres ogromnego zamieszania.

Ten człowiek, Hédinn, zadzwonił do niego tuż przed Bożym Narodzeniem, kiedy inspektor był na urlopie w Reykjaviku. Prosił, żeby Ari Thór zajął się sprawą, która przed bardzo wielu laty odłożona została na półkę: śmiercią młodej kobiety. Ari Thór obiecał, że się tym zajmie, gdy będzie miał trochę czasu, ale znalazł czas dopiero dziś wieczór.

Poprosił Hédinna, żeby wpadł teraz do komisariatu, o ile przez ostatnie dwa dni nie wychodził z domu i nie był nosicielem infekcji. W tych okolicznościach Hédinn miał wątpliwości co do osobistej wizyty u Ariego Thóra, ale w końcu zgodził się na spotkanie i omówienie starej sprawy.

Dwa dni wcześniej miasteczko dotknęła infekcja – konsekwencja wizyty bogatego podróżnika. Był poszukiwaczem przygód z Francji i przyleciał z Afryki na Grenlandię, a tam zdecydował się na szybką podróż na Islandię. Jego lekki samolocik otrzymał zgodę na lądowanie na pasie startowym w odległym Siglufjördur, gdzie podróżnik mógł odwiedzić miejskie Muzeum Śledzia. Planował, że zostanie tylko dobę, ale wieczorem, po wylądowaniu, nagle ostro zachorował.

Zdiagnozowano u niego nadzwyczaj zaraźliwą odmianę grypy, której towarzyszyła bardzo wysoka temperatura. Stan chorego błyskawicznie się pogorszył i podróżnik umarł następnego wieczoru. Specjalista chorób zakaźnych doszedł do wniosku, że był to przypadek gorączki krwotocznej, którą podróżnik musiał złapać podczas podróży po Afryce. Choroba ujawniła się dopiero teraz. Uznano, że jest bardzo zaraźliwa i wielu ludzi mogło zostać zainfekowanych, kiedy dopiero się rozwijała.

Zawiadomiono o tym Kierownictwo Obrony Cywilnej Kraju, a testy przeprowadzone na próbkach pobranych od zmarłego potwierdziły, że tak jak się obawiano, była to gorączka krwotoczna. Praktycznie nie było sposobu, żeby ją leczyć.

Wkrótce po śmierci podróżnika podjęto drastyczną decyzję, żeby objąć miasteczko kwarantanną. Próbowano namierzyć każdego, kto kontaktował się ze zmarłym, a wszystkie miejsca, w których przebywał, zostały skrupulatnie wysterylizowane.

Wkrótce pojawiły się plotki, że zachorowała także pielęgniarka, która pełniła tamtego wieczora dyżur. Poddano ją obserwacji, a do Ariego Thóra dotarła informacja, że kiedy pojawiły się u niej pierwsze objawy, umieszczono ją w izolatce.

Zrobiono wszystko, żeby ustalić, gdzie była, z kim się kontaktowała, i proces sterylizacji zaczął się od nowa.

Ale teraz było spokojnie. Pielęgniarka nadal przebywała w izolatce, w szpitalu w Siglufjördur, a według planu awaryjnego, gdyby jej stan pogorszył się, miała zostać przeniesiona na oddział intensywnej opieki w Reykjaviku. Według informacji, którą otrzymała policja, miasteczko miało podlegać kwarantannie jeszcze co najmniej przez kilka dni.

Właściwie nic się nie działo, ale Siglufjördur opanowała panika, podniecana rzecz jasna szczegółowymi relacjami mediów. Mieszkańcy ze zrozumiałych względów byli przerażeni, a politycy i mądre głowy wypracowali stanowisko, że nie należy podejmować niepotrzebnych ryzykownych działań.

Gorączkę krwotoczną nazwano już chorobą francuską, a miasteczko stało się cieniem samego siebie. Większość wolała zostać za zamkniętymi drzwiami, a wszelkie kontakty ograniczały się do telefonów i e-maili. Nikt nie miał najmniejszej ochoty, żeby wspiąć się na niewidzialny mur wokół miasteczka i wejść do środka. Zakłady pracy zostały zamknięte, a nauka w szkołach zawieszona.

Ari Thór był zdrowy i z powodzeniem mógł się spodziewać, że infekcja go nie tknie. Nie przebywał w pobliżu nieszczęsnego podróżnika ani pielęgniarki. To samo dotyczyło Tómasa, dowódcy policji w Siglufjördur, który już wrócił po urlopie i pełnił służbę z Arim Thórem.

Ari Thór miał nadzieję, że wizyta Hédinna da mu coś do myślenia poza tą przeklętą infekcją. Miał też mrożące krew w żyłach przeczucie, że tak będzie.

3

Urodziłem się w Hédinsfjördur – powiedział Hédinn, gość Ariego Thóra. – Byłeś tam?

Siedzieli w kąciku kawowym komisariatu, utrzymując między sobą pewną odległość. Nawet nie podali sobie rąk, kiedy przyszedł Hédinn.

– Przejeżdżałem tamtędy po otwarciu tunelu – odparł Ari Thór, czekając, aż wystygnie jego herbata. Hédinn wolał kawę.

– Tak, właśnie – powiedział głębokim głosem.

Wyglądał na opanowanego, cichego człowieka. Unikał kontaktu wzrokowego z Arim, patrzył to na stół, to na kawę.

– Właśnie – powtórzył. – Nikt nie zatrzymuje się tam na dłużej. To jest nadal ten sam niezamieszkany fiord, chociaż ludzie przejeżdżają teraz tamtędy przez cały dzień. Przed wielu laty nie było tylu przejezdnych.

Hédinn wyglądał na człowieka pod sześćdziesiątkę, wkrótce potwierdził osąd Ariego Thóra.

– Urodziłem się Hédinsfjördur w 1956 roku. Moi rodzice przeprowadzili się tam rok wcześniej, kiedy fiord był już niezamieszkany. Chcieli zostać na dłużej. Nie byli sami. Siostra mojej matki i jej mąż przeprowadzili się z nimi. Mieli zamiar spróbować farmerstwa.

Przerwał i ostrożnie napił się kawy. Skubnął herbatnik z paczki leżącej na stole. Wyglądał na troszkę zdenerwowanego.

– Mieli tam dom czy ziemię? – zapytał Ari Thór. – To piękne miejsce.

– Piękne… – powtórzył Hédinn nieobecnym głosem. Pewnie zatopił się we wspomnieniach. – Można tak powiedzieć, ale nie to przychodzi mi na myśl. Od stuleci życie było tam bardzo trudne. Śnieg zalega grubą warstwą, a zimą miejsce jest prawie zupełnie odizolowane – nie brakuje lawin schodzących z górskich zboczy. Wtedy fiord jest całkowicie odcięty. Z jednej strony jest ocean, z drugiej góry. W nagłym przypadku dotarcie do najbliższej farmy jest bardzo trudne, nie mówiąc o najbliższym mieście za górami.

Hédinn podkreślił swoje słowa, kręcąc głową i ściągając brwi. Był wielkim mężczyzną, z lekką nadwagą. Rzadkie, przetłuszczone włosy miał zaczesane do tyłu.

– Ale żeby odpowiedzieć na twoje pytanie – nie, moi rodzice nie byli właścicielami wiejskiego domu, który tam stał. Zaproponowano im wynajęcie domu, który był niezamieszkany, ale nadal w dobrym stanie. Mój ojciec nie bał się ciężkiej pracy i zawsze chciał być farmerem. Dom bez trudu mógł pomieścić ich czworo – moich rodziców i siostrę mojej matki z mężem, który właśnie miał jakieś problemy finansowe i rzucił się na okazję, żeby spróbować czegoś innego. Rok później ja się pojawiłem, więc było nas tam pięcioro… – Przerwał i nachmurzył się. – Cóż, to nie jest do końca jasne, ale do tego jeszcze dojdę – dodał.

Ari Thór nie odzywał się, pozostawiał mówienie Hédinnowi.

– Mówiłeś, że przejeżdżałeś obok. W takim razie prawie nie widziałeś fiordu, który leży dalej. To, co widziałeś z nowej drogi, to laguna Hédinsfjördur. Tam jest wąskie pasmo lądu, Víkursandur, które oddziela lagunę od właściwego fiordu, i niewiele więcej można zobaczyć z drogi, chociaż to nie ma znaczenia dla tego, co chcę ci powiedzieć. Nasz dom stał nad laguną, to, co z niego zostało, nadal tam stoi. To jedyny dom po zachodniej stronie wody. Rozumiesz, tam jest mało równego terenu. Dom stoi w cieniu wysokiej góry, tuż u jej stóp, więc, oczywiście, to było szaleństwo próbować tam zamieszkać, ale moi rodzice postanowili zrobić co w ich mocy. Widzi pan, zawsze uważałem, że to warunki – góra i odizolowanie – odegrały jakąś rolę w tym, co tam się stało. W takim miejscu ludzie łatwo mogą stracić zdrowie psychiczne, prawda?

Minęła chwila, zanim Ari Thór pojął, że Hédinn czeka na odpowiedź.

– Cóż, tak. Myślę, że tak. – Więcej nie był w stanie z siebie wydobyć. Chociaż trudno było to porównać z samotnością w Hédinsfjördur, miał bolesne wspomnienia ze swojej pierwszej zimy w Siglufjördur. Ledwie mógł spać w nocy, niemal zadławiony uściskiem ciemności i odizolowania, kiedy śnieg prawie całkowicie odciął Siglufjördur od reszty świata.

– Wiesz o tym więcej niż ja – powiedział, wzdrygając się na wspomnienia. – Jak się tam mieszkało?

– Ja? Dobry Boże. Nic nie pamiętam. Wyprowadziliśmy się po tym… po tym, jak to się stało. Miałem zaledwie roczek, a moi rodzice niewiele mówili o czasie spędzonym w Hédinsfjördur. To chyba zrozumiałe. Ale myślę, że nie było tam tak źle. Matka powiedziała, że urodziłem się w piękny dzień pod koniec maja. Po moich narodzinach poszła nad wodę – zupełnie spokojną w tamten słoneczny dzień – popatrzyła przed siebie i postanowiła nadać mi imię Hédinn, od wikinga, który osiedlił się w Hédinsfjördur około roku dziewięćsetnego. Opowiadali mi też o pięknych zimowych dniach, chociaż ojciec czasem mówił, jak te wysokie góry przytłaczały człowieka w ciemne zimowe miesiące.

Ari Thór znów zaczął się czuć nieswojo. Doskonale pamiętał, jak wpływał na niego krąg gór otaczających Siglufjördur, kiedy przyjechał tutaj dwa i pół roku temu. Klaustrofobia nie opuszczała go, chociaż robił wszystko, żeby nim nie zawładnęła.

– W tamtych czasach przeprawa z Hédinsfjördur do Siglufjördur albo do Ólafsfjördur była trudnym zadaniem – mówił dalej Hédinn. – Najlepiej było morzem, ale można też na piechotę – przez przełęcz Hestsskard i w dół, do Siglufjördur. Zachowała się opowieść z dziewiętnastego wieku o kobiecie z jednej z farm w Hvanndalur, która poszła po drewno opałowe i wybrała najtrudniejszą trasę – pod osypiskiem fiordu. Była wtedy ciężarna, a w dodatku, przez całą drogę niosła pod ubraniem małe dziecko. Wszystko da się zrobić, jeśli się chce. Ta opowieść ma szczęśliwe zakończenie. Ale moja go nie ma. – Hédinn podniósł wzrok gorzko się uśmiechając, i przerwał, zanim znów zaczął mówić.

– Nasz stary dom stoi niedaleko szlaku, którym można się dostać do Hédinsfjördur, jeśli idzie się na piechotę z Siglufjördur przez przełęcz Hestsskard. Teraz ludzie chodzą tamtędy dla sportu. Prawda, jak czasy się zmieniły? Tak jak i ludzie. Moi rodzice nie żyją. Matka odeszła pierwsza, po niej ojciec – powiedział smutno i znów zamilkł.

– Pozostali też nie żyją, prawda? – zapytał Ari Thór, chyba tylko po to, żeby przerwać milczenie. – Chodzi mi o twoją ciotkę i jej męża.

Hédinn wyglądał na zaskoczonego.

– Więc nigdy o tym nie słyszałeś?

– Nie, nie przypominam sobie.

– Przepraszam. Zakładałem, że znasz tę historię. Wtedy wszyscy ją znali. Ale po jakimś czasie chyba o tym zapomniano. To już ponad pół wieku temu. Z biegiem lat zapomina się o najgorszych sprawach. Wiem na pewno, że nikt nie wykrył, czy to było morderstwo, czy samobójstwo…

– Naprawdę? Kto zginął? – zapytał z zainteresowaniem Ari Thór.

– Moja ciotka. Wypiła truciznę.

– Truciznę? – Ari Thór wzdrygnął się na tę myśl.

– Coś dosypano jej do kawy. Minęło dużo czasu, zanim dotarł do niej lekarz. Może dałoby się uratować jej życie, gdyby pomoc przyszła wcześniej. Może sama to zrobiła, wiedząc, że są małe szanse, żeby karetka albo lekarz przybyli na czas. – Hédinn mówił teraz poważniej i wolniej. – Według wersji oficjalnej to był wypadek. Dodała do kawy truciznę na szczury zamiast cukru. Jak dla mnie to trochę naciągane.

– Myślisz, że ktoś mógł ją zamordować? – zapytał wprost Ari Thór. Już dawno temu zrezygnował z taktownego zadawania niewygodnych pytań. Zresztą, nigdy nie był szczególnie uprzejmy pod tym względem.

– Według mnie to najbardziej oczywisty wniosek. Oczywiście było tylko troje ewentualnych podejrzanych: jej mąż i moi rodzice. Więc nad moją rodziną podejrzenie wisiało zawsze, jak cień. Ale ludzie tak nie mówili. Najbardziej rozpowszechnioną teorią było, że odebrała sobie życie. Ale wtedy ludzie niewiele mieli na ten temat do powiedzenia. Po jej śmierci przeprowadziliśmy się do Siglufjördur, a jej mąż wrócił na południe, do Reykjaviku, i spędził tam resztę życia. Rodzice nigdy nie rozmawiali ze mną o tym, co się stało, a ja nie grzebałem, żeby znaleźć informacje. Przecież nie myśli się źle o własnych rodzicach, prawda? Ale z tyłu głowy zawsze były wątpliwości. Myślę, że albo popełniła samobójstwo, albo zamordował ją jej mąż. Nie byłby to pierwszy taki przypadek. Mężowie już wcześniej zabijali żony, i na odwrót – powiedział z westchnieniem Hédinn.

– Sądzę, że wiesz, jakie teraz zadam pytanie? – powiedział ponurym głosem Ari Thór.

– Tak – odparł Hédinn i zamilkł na chwilę. – Zastanawiasz się, dlaczego po tylu latach przyszedłem z tym do ciebie. Zgadłem?

Ari Thór skinął głową. Już miał napić się herbaty stygnącej w kubku stojącym przed nim na stole, ale powstrzymał się na myśl o truciźnie na szczury w kawie tamtej nieszczęsnej kobiety.

– To opowieść sama w sobie. – Hédinn wyprostował się i pomyślał chwilę, jakby szukał właściwych słów. – Przede wszystkim, żeby sprawa była całkowicie jasna, skontaktowałem się z tobą przed Bożym Narodzeniem, bo wiem, że zastąpisz Tómasa. On zna miasto i jego historie aż za dobrze. Pomyślałem, że ty spojrzysz na to świeżym okiem, chociaż jestem trochę zaskoczony, że jeszcze o tym nie słyszałeś. Ale jest też inny powód. Mój przyjaciel, który mieszka na południu, przyjechał jesienią na zebranie Stowarzyszenia Siglufjördur. Regularnie zjeżdżają się tu ludzie, którzy się stąd wyprowadzili. Urządzają wieczór zdjęć.

Ari Thór uniósł brwi.

– Tak, wieczór zdjęć – powtórzył Hédinn. – Oglądają stare zdjęcia z Siglufjördur. Część zabawy polega na rozpoznawaniu ludzi ze starych fotografii i spisywanie ich nazwisk. W ten sposób kompletuje się spis ludzi, którzy kiedyś mieszkali w Siglufjördur.

– I wtedy coś się stało?

– Właśnie. Zadzwonił do mnie tamtego wieczoru i powiedział, że widział to zdjęcie. – Głos Hédinna nagle spoważniał, pojawiła się w nim mroczniejsza nuta, która skłoniła Ariego Thóra do uważniejszego słuchania.

– Zdjęcie zrobiono w Hédinsfjördur, dokładnie przed domem, w którym mieszkaliśmy. – Wypił łyk kawy, ręce mu się trzęsły. – To było przed śmiercią ciotki, w środku zimy. Dzień był słoneczny, ale leżał głęboki śnieg.

Znajomy niepokój ogarnął na sekundę Ariego Thóra. Zepchnął go na tył głowy.

– Ale na zdjęciu nie było niczego słonecznego. Musiałem mieć wtedy kilka miesięcy, a na zdjęciu powinno nas być pięcioro.

– Cóż – powiedział Ari Thór. – Trudno znaleźć coś dziwnego w zdjęciu rodzinnym, prawda?

– Właśnie jest coś dziwnego – powiedział cicho Hédinn i zapatrzył się w swój kubek z kawą. Potem podniósł wzrok i spojrzał Ariemu Thórowi prosto w oczy. – Zdjęcie przedstawiało matkę, ojca, mnie i ciotkę. Musiał je robić jej mąż, Maríus, a przynajmniej tak to sobie wyobrażam.

– Więc kto jest piątą osobą? – zapytał Ari Thór i poczuł chłód. Pomyślał o starych opowieściach o duchach pojawiających się na fotografiach. Czy Hédinn powie zaraz coś takiego?

– Młody człowiek, którego nigdy nie widziałem. Jest tutaj, pośrodku zdjęcia, trzyma mnie na rękach. Tak się złożyło, że nikt podczas wieczoru zdjęć nie miał pojęcia, kto to jest. – Hédinn znów westchnął. – Kim jest ten młody człowiek i co się z nim stało? Czy mógł być odpowiedzialny za śmierć mojej ciotki?

4

Róbert, wymęczony po bezsennej nocy, nalał sobie mleka do płatków. Sunna siedziała naprzeciwko przy kuchennym stole, wyglądało na to, że dobrze się wyspała. W tle szemrały poranne wiadomości. O ile rozumiał, zaczął się kolejny prozaiczny marcowy poranek, nie licząc informacji o wybuchu epidemii wirusa w Siglufjördur, gdzie w nocy umarł pacjent. Róbert trochę się zaniepokoił na myśl o chorobie zakaźnej. Miał żarliwą nadzieję, że uda się ją powstrzymać, że jego rodzina będzie bezpieczna. Tego dnia rano miał jednak w głowie pilniejsze sprawy niż odległa epidemia.

Ich dom, czysty i elegancki, teraz wydawał się brudny – skażony nocną wizytą nieproszonego gościa. Kto tu myszkował? Czy on – a może ona – zaglądał przez okno sypialni, widział, jak miota nimi namiętność, i postanowił się włamać? Czy to był jakiś żałosny podglądacz? A może to coś poważniejszego? Tylne drzwi były zamknięte, nie miał wątpliwości, żadnych wątpliwości.

Oczywiście, Sunna zgubiła klucze do domu. Czy ktoś po prostu je znalazł, dowiedział się, do kogo należą, i postanowił się włamać? Czy może klucze celowo skradziono? To była bardzo nieprzyjemna myśl. Jedno było jasne, zaraz na początku dnia zadzwoni po ślusarza, żeby zmienić wszystkie zamki.

Wyciągnął rękę w stronę radia i wyłączył je. W ciasnej kuchni przez chwilę panowała cisza, tylko deszcz nieustannie bębnił w okno. Padał bez przerwy, jakby z zemsty.

– Nie znalazłaś przypadkiem kluczy, co? – zapytał, próbując ukryć niepokój w głosie.

– To dziwne – powiedziała Sunna, podnosząc wzrok znad gazety. – Nie mam pojęcia, gdzie są. Wczoraj na pewno miałam je na próbie. Jestem pewna, że były w kieszeni płaszcza. Tak jak inni zostawiłam go w korytarzu. Niczego tam nigdy nie ukradziono, ale chyba każdy mógł włożyć rękę do kieszeni.

– Każdy? – zapytał Róbert.

– Tak. Chyba.

– Nawet ktoś, kto wszedłby z ulicy?

– Tak, myślę, że tak – odpowiedziała, patrząc na niego poważnie. – A co? Czy coś jest nie tak?

Wymusił na sobie uśmiech.

– Wszystko w porządku, kochanie. Tylko myślałem… – Zawahał się, zanim dokończył. – Tylko myślałem, czy nie powinniśmy dla pewności zmienić zamków.

– Czy to nie przesada? – zapytała, najwyraźniej zaskoczona. – Jestem pewna, że się znajdą.

– Wiesz, jaki jestem… Może przesadzam z ostrożnością. Ale to i tak trzeba zrobić – skłamał. – Zamki zaczynają się zacinać.

– Nie zauważyłam – powiedziała Sunna i wstając, spojrzała na zegar. – Ale to sprawa dla ciebie. Lepiej już pójdę, bo się spóźnię.

Szybko wyszła z kuchni i zawróciła w korytarzu, żeby zapytać.

– Będziesz tutaj w porze lunchu?

Róbert miał pójść na wykład, ale postanowił, że nie wyjdzie z domu, póki nie wymieni się zamków. Nie skłamał, kiedy powiedział Sunnie, że jest ostrożny z natury.

– Myślę, że tak – stwierdził.

– Breki przywiezie Kjartana. Będzie coś nie tak, jeśli do tej pory nie wrócę? – zapytała niezręcznie.

Nie miał wysokiego mniemania o byłym Sunny.

– Żaden problem – odparł. – Ale, jedna rzecz… – zaczął, kiedy już miała zamknąć za sobą drzwi. – On zostawił cię w spokoju, prawda?

– Breki?

– Tak. Wiesz, co powiedział adwokat – że nie powinnaś kontaktować się z Brekim w sprawie sporu. Od tej chwili wszystko dzieje się między adwokatami.

– Nie martw się Brekim. Dam sobie z nim radę – dodała z uśmiechem.

5

Ściśnięty strach siedział w brzuchu Ísrún, gdy zajmowała miejsce w samolocie, który miał ją zabrać do domu. Z Wysp Owczych na Islandię. Lot na Wyspy przebiegł doskonale, ale lądowania nie mogła zapomnieć. Samolot podczas podejścia szukał drogi między zatrważająco bliskimi ogromnymi górami. Zamknęła oczy i było jeszcze gorzej, wyobraźnia wzleciała na nowe wysokości, a nagłe turbulencje sprawiły, że lądowanie miało w sobie jeszcze więcej dramatyzmu. Kiedy wychodziła z samolotu, jeden z członków załogi życzył jej miłego pobytu, najwyraźniej widząc, jak pobladła.

– Lot był wspaniały – wyjąkała Ísrún. – Nie licząc lądowania.

– Lądowania? – zapytał zdumiony. – Dzisiaj było całkiem w porządku. Dobre warunki i tylko lekka turbulencja.

Teraz, gdy zapinała pas, mówiła sobie, że start powinien być lepszy od lądowania.

Te kilka dni na Wyspach Owczych spędziła nie dla przyjemności – w istocie było wręcz przeciwnie. Bardzo lubiła ludzi, których tu znała, i parę razy odwiedziła rodziców. Jednak tym razem przyleciała z własnej inicjatywy, żeby spotkać się z matką, Anną.

Anna urodziła się na Wyspach Owczych w rybackiej rodzinie. Jej rodzice już nie żyli, ale utrzymywała bliskie kontakty z dwiema siostrami, które nadal mieszkały na wyspach. Anna wyjechała na Islandię, kiedy miała dwadzieścia lat, bo spotkała Islandczyka, Orriego, który pewnego lata pracował na Wyspach Owczych. Anna powiedziała Ísrún, że to była miłość od pierwszego wejrzenia. Zbudowali dom w Kópavogur, a znacznie później wyprowadzili się na przedmieście Grafarvogur. Anna studiowała literaturę na Uniwersytecie Islandzkim, a Ísrún urodziła się kilka lat po tym, jak matka ukończyła studia.

Orri, żeby zarobić na życie, jeździł ciężarówkami i autobusami, natomiast Anna, gdy już ukończyła studia, założyła małe wydawnictwo z zamiarem udostępniania na Islandii literatury z Wysp Owczych. Po wydaniu kilku tłumaczeń rozszerzyła działalność na książki dla dzieci. Przez ostatnich parę lat próbowała szczęścia w przewodnikach turystycznych, co też okazało się sukcesem.

Książki co prawda zabezpieczyły ich finansowo, ale małżeństwo Anny i Orriego okazało się mniej solidne. Orri postanowił zająć się turystyką, z nadzieją, że zarobi trochę pieniędzy w obcych walutach. To było szczególnie atrakcyjne, kiedy większa część Islandii została objęta, wprowadzoną po kryzysie finansowym z 2008 roku, kontrolą walutową, ograniczającą dostęp do obcych walut. Orri miał też nadzieję, że załapie się na przewodniki turystyczne Anny i wykorzysta je, żeby promować własne przedsięwzięcie. Kupił skromny autobus, a potem jeszcze jeden. Drugi autobus był kroplą, która przelała puchar. Anna zbliżała się do sześćdziesiątki i przygotowywała się do sprzedania wydawnictwa na dobrych warunkach, żeby móc przejść na emeryturę. Orri był od niej siedem lat starszy, ale nie miał ochoty zwalniać i bardzo mu się nie podobało, że Anna postanowiła sprzedać swój biznes. Ísrún obserwowała z boku, jak spór między rodzicami wznosi się na wyższy poziom.

– Kupiłem nowy autobus – mruknął przy niedzielnym śniadaniu.

– To jeden nie wystarczy? – zapytała niewinnie Ísrún.