Milczenie cocy - Ragnar Jónasson - ebook
Opis

W opuszczonym domu inspektor Herjólfur w środku nocy został śmiertelnie postrzelony. Pojechał tam zamiast swojego podwładnego Ariego Thóra...

Wkrótce ginie następny człowiek, a w Internecie pojawiają się informację z policyjnego śledztwa. Ktoś dużo wie i jest bardzo blisko policji. Albo blisko ofiary. Trop prowadzi w świat tajemnic miejscowej elity...

Ari Thór, mimo że jego własne życie znowu jest na zakręcie, wbrew wszystkim uparcie szuka prawdy, która zaczyna się układać w okrutny obraz...

 

Siglufjördur - małe rybackie miasteczko na północy Islandii - jest jak pułapka. Wciśnięte w głęboki fiord, rzadko widzi słońce. Zimą przychodzi noc polarna, której mrok odbiera siły. Tu wszyscy wiedzą o sobie wszystko i milczą. Nikt nikomu nie ufa, zwłaszcza obcym, takim jak Ari Thór Arason.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 250

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Redaktor serii

Małgorzata Cebo-Foniok

Opracowanie przekładu

Radosław Januszewski

Korekta

Anna Raczyńska

Projekt graficzny okładki

Małgorzata Cebo-Foniok

Zdjęcie na okładce

© PavelSvoboda/Shutterstock

Zdjęcie autora

© Sigurjon Sigurjonsson

Tytuł oryginału

Nightblind

Copyright © Ragnar Jónasson 2015

Map copyright © Ólafur Valsson 2015

Published by agreement with Leonhardt & Høier Literary Agency A/S, Copenhagen.

All rights reserved.

Oryginalnie wydana po islandzku pod tytułem Náttblinda.

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna część tej publikacji nie może być reprodukowana

ani przekazywana w jakiejkolwiek formie zapisu

bez zgody właściciela praw autorskich.

For the Polish edition

Copyright © 2016 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-5952-9

Warszawa 2016. Wydanie I

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-954 Warszawa, ul. Królowej Marysieńki 58

tel. 620 40 13, 620 81 62

www.wydawnictwoamber.pl

Konwersja do wydania elektronicznego

P.O. OPCJA

juras@evbox.pl

Coś zeszło na złą drogę

W ludziach i pogodzie,

Ludzie i słowa…

z poematu Broken

1

Złowieszczy.

Tak, to jest to słowo. Było coś złowieszczego w tym starym walącym się domu. Ściany były ziemiste i posępne, szczególne teraz, w zacinającym deszczu. Tutaj jesień była raczej stanem umysłu niż porą roku. Zima przyszła szybko, zaraz po lecie, w końcu września, albo na początku października, jakby jesień zaginęła gdzieś po drodze na północ. Herjólfur, inspektor policji z Siglufjördur, nie tęsknił za nią za bardzo, przynajmniej za jesienią z Reykjaviku, w którym dorastał. Zaczął cenić lato w Siglufjördur, z oślepiająco jasnymi dniami. Zima też mu się podobała, z ogarniającą wszystko ciemnością, która owijała się wokół człowieka jak ogromny kot.

Dom stał niedaleko wjazdu do tunelu Strákar i o ile Herjólfur był w stanie to sprawdzić, minęły lata, odkąd ktoś tu mieszkał, z dala od wybrzeża, do którego garnęło się właściwe miasteczko. Dom wyglądał, jakby pozostawiono go tutaj ciężkim dłoniom natury, żeby zrobiła z nim, co chce. Jej rękodzieło było brutalne.

Herjólfur szczególnie interesował się tym opuszczonym budynkiem, było w nim coś, co go niepokoiło. Rzadko się bał, nauczył się odsuwać nieprzyjemne uczucia. Tym razem nie udało mu się, nie był z tego powodu szczęśliwy. Nawet nie powinien mieć teraz służby, ale Ari Thór, drugi policjant z miasteczka, leżał powalony grypą.

Herjólfur przez chwilę siedział bez ruchu, radiowóz był chłostany ostrym chłodem deszczu. Myślami przeniósł się do siebie, do ciepłego salonu. Przeprowadzka w te strony miała w sobie coś z kulturowego szoku, ale razem z żoną urządzili się wygodnie i ich proste siedlisko stopniowo przekształciło się w dom. Ich córka studiowała na uniwersytecie w Reykjaviku, syn został z rodzicami, mieszkał w suterenie i uczęszczał do miejscowego liceum.

Herjólfura wkrótce czekało kilka dni urlopu, o ile Ari Thór będzie w stanie wrócić do pracy. Herjólfur miał zamiar zaskoczyć żonę wypadem do Reykjaviku. Zarezerwował lot z Akureyri i zamówił dwa bilety do teatru. Chciał z tego typu spraw zrobić obyczaj, brać wolne od codziennej rutyny, kiedy tylko pojawi się okazja. Teraz, w środku nocy, kiedy nadal był na służbie, skupił myśli na zbliżającej się podróży, jakby ta lina ratunkowa miała go przekonać, że kiedy wejdzie do domu, wszystko będzie w porządku.

Wrócił myślami do żony. Byli małżeństwem od dwudziestu dwóch lat. Zaszła w ciążę na początku ich znajomości, więc zaraz potem się pobrali. Nie mieli najmniejszych wahań, a w istocie wyboru też nie mieli. Ich decyzja nie miała nic wspólnego z religią, raczej z tradycją przyzwoitego zachowania, którego się trzymał. Wychowano go we właściwy sposób – wierzył bez zastrzeżeń, że należy dawać dobry przykład. Oczywiście, byli też w sobie zakochani. Za nic w świecie nie ożeniłby się z kobietą, której by nie kochał. Potem urodziła się im córka i stała się jego oczkiem w głowie. Teraz miała ponad dwadzieścia lat, studiowała psychologię, chociaż próbował ja przekonać, żeby poszła na prawo. Tą drogą mogłaby dojść do pracy w policji, jakoś łączącej się ze światem prawa i porządku, jego światem.

Chłopiec urodził się trzy lata później. Teraz miał dziewiętnaście lat, był statecznym, ciężko pracującym chłopakiem, w ostatniej klasie liceum. Może to właśnie on pójdzie na prawo albo złoży papiery bezpośrednio do szkoły policyjnej.

Herjólfur zrobił co mógł, żeby ułatwić dzieciom życie. Miał mnóstwo wejść w policji i z radością pociągałby za sznurki, gdyby syn i córka wybrali taką przyszłość. Trapiło go też poczucie winy, że często miewa skłonność do wywierania zbyt mocnego nacisku. Ale był dumny z dzieci i miał najgłębszą nadzieję, że one to samo poczują w stosunku do niego. Wiedział, że pracował ciężko, że windował siebie i rodzinę na wygodny poziom w niesprzyjającym środowisku. Nie można było zapominać, że jego praca niosła ze sobą własne problemy.

Rodzina wyszła z krachu finansowego mocno poszkodowana. Z dnia na dzień praktycznie każdy grosz ich oszczędności rozwiał się jak dym. To były trudne czasy, bezsenne noce, nerwy napięte jak postronki i nieustający strach, którzy rzucał cień na wszystko. Teraz, nareszcie, sprawy znów zaczęły się stabilizować. Miał całkiem przyzwoite stanowisko w nowym miejscu pracy, żył z rodziną wygodnie, nawet bezpiecznie. Chociaż żaden z nich o tym nie wspominał, wiedział, że Ari Thór także starał się o stanowisko inspektora. Ari Thór miał silnego sojusznika w Tómasie, byłym inspektorze, który zdążył się już przenieść na nowe stanowisko w Reykjaviku. Herjólfurowi też nie brakowało własnych znajomości, ale gorące pochwały i poparcie, jakiego Tómas udzielił Ariemu Thórowi, nie wróżyły dobrze. A jednak stanowisko przypadło jemu, a nie Ariemu Thórowi, młodemu człowiekowi, którego Herjólfur nadal do końca nie przejrzał. Ari Thór, jak się okazało, nie był szczególnie rozmowny. Trudno było zorientować się, co myśli, i Herjólfur nie był pewien, czy nie żywi urazy, że sprawy przyjęły taki obrót. Pracowali razem od niedawna. Ariemu Thórowi, w końcu poprzedniego roku, w Wigilię, urodził się syn, wziął wtedy czteromiesięczny urlop ojcowski plus miesiąc urlopu. Na początku nie byli jeszcze przyjaciółmi, nie było między nimi nawet koleżeńskiej zażyłości.

Herjólfurowi wyostrzyły się zmysły, kiedy wysiadł z samochodu, odsunął od siebie wszelkie myśli o koledze. Powoli zaczął podchodzić do domu. Znów to uczucie. Uczucie, że coś jest bardzo nie tak.

Obliczał, że jeśli do czegoś dojdzie, łatwo da sobie radę z jednym człowiekiem, dwóch byłoby dla niego za dużo, bo wiek zniweczył formę, którą miał za młodu. Pokręcił głową, jakby chciał pozbyć się bezzasadnych podejrzeń. Wszystko wskazywało na to, że stary dom będzie pusty. Był zaskoczony swoim zaniepokojeniem.

Nie było ruchu. Mało kto ma powód, żeby o tej porze roku jeździć do Siglufjördur, a już na pewno nie w środku nocy, przy takiej paskudnej pogodzie. Oficjalny pierwszy dzień zimy, według starego islandzkiego kalendarza, przypadał na następny weekend. Było to tylko potwierdzenie, że zaczęła się zima. A to wiedzą wszyscy ludzie na północy.

Herjólfur stanął jak wryty, nagle zobaczył promień światła ze starego domu. Latarka? Więc tam, w ciemności, jednak ktoś jest, może więcej niż jeden człowiek. Herjólfur miał coraz więcej wątpliwości co do tego nagłego wezwania, nerwy mu grały.

Ma krzyknąć i ujawnić swoją obecność, czy spróbować dyskretnie podejść do domu i ocenić sytuację?

Znów pokręcił głową, zebrał się w sobie i ruszył niemal gniewnym krokiem. Nie bądź takim mięczakiem. Nie bądź takim cholernym mięczakiem! Umiał walczyć, a mało prawdopodobne, żeby intruzi mieli broń.

A może mieli?

Tańczący promień światła znowu przykuł uwagę Herjólfura, tym razem zaświecił mu prosto w oczy. Policjant, zaskoczony, zatrzymał się. Bardziej się bał, niż ośmieliłby się przyznać nawet przed sobą. Mrużył oczy, patrząc w oślepiające światło.

– Policja! – krzyknął, wkładając w to tyle urzędowej mocy, na ile był w stanie się zdobyć. Ale drżący głos zadawał kłam zuchwałości. Wiatr zabrał ze sobą wiele z siły, którą policjant włożył w swoje słowa, ktoś musiał jednak je usłyszeć tam w środku, za pustymi ramami okiennymi. – Policja – powtórzył głośno. – Kto tam jest?

Ponownie skierowano na niego światło, poczuł nieprzepartą chęć, żeby odstąpić, znaleźć sobie jakąś kryjówkę. Ale zawahał się, przez cały czas wiedział, że postępuje wbrew swoim odruchom. Funkcjonariusz policji to ten, który ma władzę, przypomniał sobie. Nie może pozwolić, żeby nerwy wzięły górę, żeby musiał się schować.

Zrobił krok do przodu, bliżej domu. Szedł ostrożnie.

To wtedy usłyszał strzał, ogłuszający i śmiercionośny.

2

Ariego Thóra nie po raz pierwszy budził płacz dziecka. Spojrzał na zegar, było wpół do szóstej. Wieczorem zasnął wcześnie, po dwóch dniach zmagań z ostrym atakiem jesiennej grypy, ale i tak spał za krótko.

Kristín dzisiaj miała zostać w domu. Dopiero co wróciła do szpitala w Akureyri, wzięła tylko niepełny etat.

Cała opieka nad dzieckiem była skrupulatnie zorganizowana, zdaniem Ariego Thóra czasami zbyt skrupulatnie. Warzywa musiały być ekologiczne, w obecności dziecka nie wolno było mówić podniesionym głosem, a kiedy maluch miał ochotę raczkować po podłodze, z założenia należało pedantycznie wymyć ją mopem.

Chłopczyk kończył dziesiąty miesiąc, miał prawie rok. Ari namawiał Kristín, żeby wróciła do pracy w pełnym wymiarze godzin. Szpital czekał na nią, miał problem, bo brakowało lekarzy. Nie możesz wiecznie trzymać dziecka pod kloszem.

Gdyby Ari Thór przeciągał urlop, ryzykował utratę pracy. Mówiło się o zatrudnieniu w Siglufjördur jeszcze jednego policjanta, ale skończyło się na niczym. Cięcia i oszczędności były powszechną praktyką. Oddelegowany tymczasowo policjant, który zastąpił Ariego Thóra, przebywającego na urlopie ojcowskim, zdążył już wrócić do Reykjaviku.

Ojcostwo było ważne dla Ariego Thóra, ale nie miał w związku z tym wolnej chwili i co jakiś wchodził w konflikt z Kristín. Jako jedynak miał niewielkie doświadczenie z dziećmi i początkowo trudno mu było uporać się z podstawowymi sprawami. Wreszcie pojawiła się kwestia imienia dla chłopczyka. Ari Thór odczekał kilka dni od narodzin syna i dopiero wtedy poruszył ten temat. Wiedział, że imię może stać się kością niezgody. Było jasne, że dojdzie do sporu, pytanie czy poważnego. Z początku nie posiadał się ze szczęścia, że urodziło mu się pierwsze dziecko. Myślał, że imię nie będzie takie istotne. Pewnie to nie był dobry pomysł upierać się przy swoim i zakłócać doskonałą harmonię związku. Ale jego uczucia znowu doszły do głosu. To jednak miało znaczenie. Ari Thór Arason, imię po przedwcześnie zmarłym dziadku, wydawało się oczywistym wyborem.

– W ten sposób dasz dziecku również swoje imię – zauważyła Kristín, kiedy ponownie podjęli dyskusję. – A co z moim ojcem? Czy to w porządku, żeby go pomijać?

Ari nie chciał podnosić oczywistego argumentu, że jego ojciec nie żyje, a nadanie imienia, które nosił, w jednoznaczny sposób świadczyłoby o szacunku. Było to dla niego czymś niezwykle istotnym, ale postanowił nie prowokować dalszej sprzeczki.

W końcu Kristín zaproponowała dać chłopcu na imię Stefnir: ten, który przewodzi. Silne, pełne energii imię, ale niezwiązane ani z jego rodziną, ani z rodziną Kristín. Ari Thór myślał o tym cały dzień i noc – jeśli to był znak sprzeciwu, to trudny do odczytania.

W końcu się zgodził. Imię nawet mu się podobało, doszedł do wniosku, że batalia o imię dla dziecka po dziadku jest z góry przegrana.

Kristín obudziła się, gdy Ari Thór się poruszył. Dziecko spało w starym łóżeczku w ich pokoju, zaczęło głośno płakać. Ari Thór kupił używany mebel, z ogłoszenia o sprzedaży wiszącego wśród innych ofert przyczepionych do korkowej tablicy w miejscowym sklepie spółdzielczym. W tych okolicach interesy prowadzono w staroświecki sposób, a ponieważ w pobliżu nie było filii Ikei, meble rzadko kiedy trafiały na wysypisko śmieci. Łóżeczko wyglądało jak nowe. Ari nawet nie powiedział Kristín, że nie jest, bo pewnie nie tolerowałaby starzyzny w domu, w którym jest noworodek.

Kristín wstała.

– Zostań w łóżku – powiedziała. – Nie chcę, żebyś zaraził Stefnira grypą.

Ucieszył się, że może jeszcze poleżeć. Myślał, że przydałby mu się co najmniej jeden dodatkowy dzień chorobowego, a to znaczyło kolejny nadprogramowy dyżur dla Herjólfura.

Aż dziwne, jak rzadko utrzymywał kontakty ze swoim nowym przełożonym. Herjólfur był przecież życzliwym i uprzejmym człowiekiem, a także sumiennym policjantem, ale zachowywał się, jakby był tutaj od zawsze. Ari Thór rozczarowany, że nie dostał awansu, musiał przyznać, że nie był miły dla nowego kolegi, po jego przybyciu do miasteczka. To musiało wpłynąć na ich późniejsze relacje. Ari wiedział, że nie nawiąże z Herjólfurem tak zażyłych kontaktów jak z jego poprzednikiem, Tómasem, który awansował do policji w Reykjaviku. Tómas czasem napomykał nieoficjalnie, że w przyszłości Ari Thór mógłby złożyć podanie o etat na południu i przenieść się do Reykjaviku. Nie dopowiadał, że jakby co, praca dla niego się znajdzie.

Ari Thór desperacko chciał przeniesienia, wspomniał o tym Kristín. Trochę się tym zainteresowała, ale przypomniała mu, że podpisała roczny kontrakt na pracę w szpitalu w pobliskim Akureyri.

– Może wrócimy do tego w przyszłym roku – powiedziała z uśmiechem. – Małomiasteczkowe życie nie jest wcale złe, a morskie powietrze dobrze zrobi Stefnirowi.

Ari Thór westchnął. Dlaczego zawsze jest taka przekorna. Najpierw odrzucała pomysł, żeby zamieszkać w Siglufjördur, a teraz tak się jej spodobał?

Ostatnio w ogóle zachowywała się niezwykle ozięble, nie rozumiał dlaczego. To raczej nie była depresja poporodowa. Ten chłód był czymś nowym, a chłopczyk miał już prawie rok.

Ariego Thóra obudziła komórka. Kristin już zabrała Stefnira na dół i nieustanne dzwonienie rozbijało kruchy spokój. Nie otwierając oczu, sięgnął po telefon, który leżał na stoliku nocnym, włączony w dzień i w nocy, czy Ari był na służbie, czy nie. Nie było innego wyjścia w tak słabo obsadzonym posterunku policyjnym małej miejscowości.

Pewnie dzwonił Herjólfur, żeby dowiedzieć się, czy Ari poczuł się na tyle dobrze, żeby wrócić do pracy. Chociaż Herjólfur nie był gadułą, Ari Thór wiedział, że przełożony wybiera się z żoną Heleną na wycieczkę na południe, do Reykjaviku. Herjólfur powiedział mu kiedyś, że w gruncie rzeczy nie lubią spędzać czasu na świeżym powietrzu i nigdy nie jeździli na nartach, chociaż tuż za miastem były doskonałe stoki. Herjólfur powiedział, że wycieczka na południe, do teatru jest ważna. Ari Thór wiedział, czego się od niego oczekuje: żeby wyzdrowiał i pozwolił im wyjechać.

Odebrał połączenie, nie patrząc na ekranik. Był zaskoczony, gdy usłyszał kobiecy głos. A więc to nie Herjólfur.

– Halo? Ari Thór? – W głosie, którego nie rozpoznawał słychać było drżenie. – Mam nadzieję, że pana nie obudziłam?

Na chwilę zapadła cisza.

– Halo? – powiedział. – Kto mówi?

– Helena. Żona Herjólfura.

Ari Thór usiadł. Zobaczył, że jest prawie szósta. Wolałby jeszcze trochę poleżeć.

– Halo – powtórzył zaskoczony.

– Ja… – zawahała się – szukam Herjólfura.

– Szuka go pani?

– Wyszedł wczoraj wieczorem i nie wrócił do domu. To wszystko, co wiem. Byłam rozespana. Ale nie wrócił i nie odbierał, kiedy do niego dzwoniłam.

– Nie ma go na posterunku? – zapytał Ari. – Chyba wiedział, że dzisiaj znowu będzie mnie zastępował. Miałem tę nieszczęsną grypę.

– Na posterunek też dzwoniłam – odparła Helen. – Nikt nie odpowiada.

To dziwne.

– Spróbuję do niego zadzwonić i jeżeli nie odpowie, pokręcę się po mieście i zobaczę, czy gdzieś nie widać radiowozu.

– Nie miał pan od niego wiadomości? – zapytała, chociaż odpowiedź była oczywista.

– Przykro mi, ale nie. Proszę zostawić to mnie. Będę z panią w kontakcie – oświadczył stanowczo i zakończył rozmowę. Wybrał numer telefonu Herjólfura, usłyszał sygnał, ale połączenia nie było. Ari był w takim stanie, że trudno mu było zwlec się z łóżka, ale teraz musiał to zrobić.

Postanowił, że nie włoży munduru. Ubrał się w to, co powiesił w nogach łóżka, i zszedł na dół. Kristín karmiła Stefnira owsianką, albo przynajmniej się starała, bo większość jedzenia zostawała chłopcu na buzi.

– Muszę wyjść, chciałbym pożyczyć twój samochód.

Mieli tylko jeden samochód, należał do Kristín. Używała go tylko, żeby dojeżdżać do pracy w Akureyri.

– Musisz wyjść? – zapytała ze zdziwioną miną. – Przecież jesteś chory, prawda?

– Tak, ale Herjólfur… – Ari Thór nie był do końca pewien, jak to powiedzieć. – Wygląda na to, że zniknął – dodał w końcu.

– Zniknął? – uśmiechnęła się Kristín. Uświadomił sobie, że to, co mówił, zabrzmiało absurdalnie. Był chory, a miał wstać z łóżka, żeby szukać dorosłego mężczyzny. – Chcesz mi powiedzieć, że zgubiliście całego policjanta?

Chłopczyk uśmiechnął się do Ariego Thóra. Wyglądało to tak, jakby wszyscy, poza Arim Thórem, widzieli w tym coś zabawnego.

– To nie potrwa długo, kochanie.

W miasteczku noc właśnie przechodziła w dzień.

Ari Thór pojechał na posterunek policji, żeby upewnić się, że Herjólfura tam nie ma, na wszelki wypadek sprawdził nawet w środku, ale posterunek był pusty. Herjólfura nigdzie nie było widać.

Mogło się znaleźć jakieś rozsądne wytłumaczenie, ale wciąż trochę osłabiony Ari nie widział żadnego. Przejechał wolno przez centrum miasta, potem objechał boczne uliczki, ale nigdzie nie zobaczył radiowozu. Zanim ruszył dalej, postanowił sprawdzić dwie drogi prowadzące z miasta – jedną w kierunku starego, górskiego tunelu Strákar i drugą, do nowego tunelu Hédinsfjördur.

Wiedział, że nie nadaje się do prowadzenia samochodu, nadal był zaspany, słaby i chory. Musiał zawrócić, kiedy z opóźnieniem zobaczył samochód patrolowy na bocznej drodze niedaleko wjazdu do tunelu Strákar, w pobliżu starego, pustego domu, stopniowo zamieniającego się w ruinę, odkąd Ari Thór przeprowadził się do miasta.

Ari Thór był coraz bardziej zaniepokojony – był niemal przeświadczony, że stało się coś złego. Już wiedział, że coś musiało przydarzyć się Herjólfurowi. Przypływ adrenaliny dodał mu energii niezbędnej, żeby na jakiś czas zapomnieć o grypie i myśleć jasno. Zatrzymał się za radiowozem.

Przygotował się na lodowaty deszcz. Kiedy wzrok dostosował mu się do ciemności przed świtem, zajrzał do wozu przez szyby i otworzył drzwi, żeby sprawdzić, czy w środku nie ma Herjólfura.

Pusto.

Coraz bardziej zaniepokojony rozejrzał się po okolicy. Z jednej strony była góra, w której zboczu wykuto drogę, a z drugiej morze. Obok drogi, w miejscu przeznaczonym w zasadzie na wysypisko śmieci, ledwo mógł się pomieścić pojedynczy dom, za którym strome urwisko opadało do zimnego północnego morza. W domu nie paliło się światło i nie widać było śladu jego kolegi. Poszedł energicznie w stronę budynku, otulił się mocniej kurtką, żeby uchronić się przed wiatrem smagającym go strugami deszczu. Zastanawiał się, czy gdyby zawołał, ktoś w ogóle by go usłyszał. Zaraz okazało się, że nie ma takiej potrzeby.

Na żwirze, kilka metrów od posępnego domu, leżał nieruchomo mężczyzna w policyjnym mundurze. Ari Thór poświecił latarką, żeby upewnić się, czy to Herjólfur, chociaż dobrze wiedział, że nie może to być nikt inny. Na widok krwi sączącej się do kałuż wokół leżącego wstrzymał oddech, zastygł na chwilę. Nie wierzył własnym oczom. Potem odruchowo pochylił się, szukając oznak życia. Trzęsącymi się palcami bez powodzenia usiłował znaleźć puls. Wtedy przyszło mu do głowy, że sam także może być w niebezpieczeństwie. Czy powinien odejść i z samochodu wezwać karetkę?

Wtedy poczuł – był tego pewien – bardzo słaby puls. A może to tylko złudzenie, nadzieja rzucająca wyzwanie rzeczywistości?

Wyjął telefon z kieszeni, wytarł ekran rękawem kurtki i wybrał numer alarmowy. Piskliwym głosem, dziwnie brzmiącym w jego własnych uszach, zażądał, aby natychmiast przysłano ambulans. To było blisko. Szpital był tuż-tuż. Przedstawił sytuację najkrócej i najprecyzyjniej, jak potrafił.

– Jeszcze żyje?

– Chyba tak – powiedział cicho, a potem powtórzył głośniej, z przekonaniem. – Sądzę, że tak.

Nic więcej nie mógł zrobić. Nie był w stanie podjąć ryzyka ani ocenić, jak poważne są obrażenia Herjólfura.

Poczuł instynktowną chęć, żeby uciec, znaleźć jakieś bezpieczniejsze miejsce, ale nie mógł zmusić się, żeby opuścić Herjólfura. Usiadł na ziemi obok niego, nie potrafił powstrzymać dygotania. Nikogo nie było widać i tego ranka nad fiordem było niezwykle ciemno. Była to ponura pora roku, kiedy rzadko gościło słońce, a za kilka tygodni miało w ogóle zniknąć za górami na dwa długie miesiące.

Zobaczył w oddali światła i odruchowo zaczął pocierać dłoń kolegi.

– Jadą – powiedział cicho. – Wszystko będzie w porządku. – Jego słowa uleciały porwane wiatrem. Zdał sobie sprawę, że mówi do siebie.

W tej samej chwili przyszła mu do głowy nieprzyjemna myśl. Bezskutecznie usiłował ją odpędzić, zdusić, zanim stanie się silniejsza. Jeżeli Herjólfur nie wróci do służby, stanowisko inspektora niewątpliwie przypadnie jemu.

* * *

Lipiec 1982

Wreszcie dali mi ołówek i notes. To stary, żółty, źle zatemperowany ołówek i stary, używany już przez kogoś notes z niechlujnie wyrwanymi kilkoma pierwszymi kartkami. Czy ktoś jeszcze tak jak ja próbował zawrzeć w słowach swoje kłopoty i bezradność? Może były tam jakieś ładne bohomazy, nieruchomy obraz ogrodu z tyłu budynku oddany w artystycznej formie, jeżeli w ogóle dałoby się to zrobić. Niektóre rzeczy są tak szare i zimne, że żadne barwy nie byłyby w stanie ich ożywić na papierze.

Teraz, kiedy mogę nagryzmolić kilka słów, czuję się nieco lepiej, ale nie potrafię dokładnie wyjaśnić dlaczego. Pisanie nigdy nie dawało mi szczególnego zadowolenia. Dopiero teraz mam wrażenie, że może ocalić mi życie.

Pewnie nie ma znaczenia, co zapisuję. Może dlaczego się tu znalazłem, coś o moich uczuciach i monotonnej egzystencji. O czymś, co pozwala mi zachować zdrowe zmysły.

Praktycznie nie spałem przez ostatnie dwie noce. Jaskrawe słońce świeci przez większą część doby, a ciężkie zasłony niewiele pomagają. Słońce przeciska się przez nie, nie daje mi zasnąć. Ostry blask najwyraźniej nie przeszkadza mojemu współlokatorowi, który śpi głęboko przez całą noc. Jest równie spokojny w dzień, nie mówi wiele, jest z tych, którzy oszczędzają słowa. W swojej naiwności sądziłem, że będę z tego zadowolony, ale po zastanowieniu uważam, że jest wiele do powiedzenia, jeżeli ma się z kim porozmawiać.

Chyba mógłbym więcej rozmawiać z pielęgniarką, ale w gruncie rzeczy nie chcę. To ona znalazła dla mnie ołówek i notes, co było miłe z jej strony. Ale jest w niej coś, co mnie od niej odstręcza. W jej oczach widzę wyraz, który mi się nie podoba, który mówi mi, żeby jej nie ufać. Nie oznacza to, że w chwili obecnej uważam mój osąd za bezbłędny, ale chcę kierować się tym, co podpowiada mi przekonanie.

Jest dobrze, od kiedy zgasły lampy, ale wciąż siedzę i piszę w półmroku. Odsunąłem zasłony, żeby wpuścić nieco światła. To chyba nie przeszkadza mojemu współlokatorowi, nie bardziej niż szelest ołówka na tych stronach.

Czuję ciężar zmęczenia narastający z każdym zapisanym słowem. Wreszcie. Znajome i od dawna oczekiwane uczucie. Może mogę pokonać tę nocną jasność, po prostu ją akceptując.

Już dosyć. Teraz zaciągnę zasłony i spróbuję wypocząć.

3

Gunnar Gunnarson pociągnął za kilka sznurków, żeby dostać tę pracę. Kilka miesięcy temu został mianowany nowym burmistrzem połączonych okręgów samorządowych Siglufjördur i Ólafsfjördur i jak dotąd nie popełnił żadnych poważniejszych gaf. Pielęgnował swój wizerunek godnego zaufania, młodzieńczego i energicznego urzędnika. Prezentował się dobrze, elegancko ubierał i każdy dnia w pracy poświęcał zarządzaniu tą małą społecznością. Oczywiście zdołał popsuć parę interesów miejscowych grubych ryb, ale to było do przewidzenia. Dobrobyt finansowy poszczególnych osób i firm nie zawsze zgadzał się z interesem społeczności i kwestie planowania często stawały się polem bitwy.

Spoglądając na świat niewinnymi oczami swoich dzieci, Gunnar widział, że istnieją wyraźne linie podziału między dobrem a złem, tym, co słuszne, a tym, co niesłuszne. Ludzie są albo źli, albo dobrzy. Potem, z upływem lat, ten podział stopniowo stawał się mniej wyraźny.

Na poziomie podstawowym był porządnym facetem, chociaż zapewne miał jakąś wstydliwą tajemnicę, może dwie. Telefon bardzo go poruszył, i wyrwał z otępienia. Teraz wiedział, że powinien wziąć się w garść.

Na swoją obronę miał kilka okoliczności łagodzących. Czasy były trudne. Żona przeniosła się do Norwegii i zabrała ze sobą dwójkę ich dzieci. Nie rozwiedli się. Rozwód był słowem, którego unikali, ale każdy mijający dzień coraz bardziej przybliżał taką możliwość. Żona była lekarzem i skorzystała z okazji, aby objąć stanowisko w dużym szpitalu w Oslo. Na początku Gunnar przeprowadził się z całą rodziną, ale kiedy usilnie szukał pracy, z rozczarowaniem przekonał się, że jego magisterium z nauk politycznych uzyskane na islandzkim uniwersytecie nie otwiera zbyt wielu drzwi w Norwegii. Pomimo zachęt żony nie mógł znieść myśli, że będzie mężem skazanym na zajmowanie się domem, chociaż przypominała mu, że jej pensja wypłacana w dźwięczących norweskich koronach bez trudu pozwoli na utrzymanie całej rodziny.

Gunnar obudził się bardzo wcześnie rano, zmęczony po trudnej nocy. Niekiedy sen był niewiele więcej niż przelotnym, chwilowym, rzadkim i miło widzianym zjawiskiem, z pogranicza jawy, które nie dawało mu odpoczynku. Ale przetrwał niejedną bezsenną noc i żaden z jego kolegów w urzędzie miasta nic nie zauważył. Oczywiście przed Elín nie byłby w stanie tego ukryć, ale nie stanowiłoby to problemu.

Elín podążała za nim jak cień. Studiowali razem i razem stawiali pierwsze kroki w dziennikarstwie. Byli bardzo bliskimi przyjaciółmi i jak się okazało, ich przyjaźń nie miała dobrego wpływu na małżeństwo. Zmarszczone brwi żony za każdym razem, kiedy padało imię Elín, świadczyły o braku zaufania, zupełnie jakby myślała, że kocha się w Elín i że z nią sypia. Musiał przyznać, sobie i tylko sobie, że była piękna i wspaniała, równie mądra jak czarująca, ale jak dotąd opierał się pokusie. Nigdy nie przyszło mu na myśl, że nie byłaby nieprzystępna, gdyby okazał zainteresowanie. Po latach znajomości stwierdził, że mnóstwo sygnałów wskazywało na jej przychylność. Tupetu nigdy mu nie brakowało.