Wydawca: Wydawnictwo Albatros Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 440 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Milcząca dziewczyna - Tess Gerritsen

Zabójstwo pięknej, ubranej na czarno młodej kobiety należało z pewnością do najbardziej makabrycznych, jakie wydarzyły się w bostońskim Chinatown. Morderca działał z wyjątkową brutalnością, odcinając ofierze dłoń i niemal amputując głowę. Kobieta nie poddała się bez walki: przed śmiercią zdążyła oddać kilka strzałów z pistoletu z tłumikiem. Kim była? Dlaczego jej zwłoki znaleziono na dachu budynku? Detektyw Jane Rizzoli, która prowadzi śledztwo, oraz patolog Maura Isles, dysponują zaledwie dwoma śladami: niezidentyfikowanym włosem zdjętym z ubrania zabitej oraz adresem wpisanym do GPS-a jej samochodu. Związek z inną zbrodnią popełnioną w tym samym budynku wydaje się oczywisty: dziewiętnaście lat wcześniej nielegalny imigrant wpadł w szał i zastrzelił wszystkich klientów restauracji Czerwony Feniks. Nadal żyje jedna z osób powiązanych z tą sprawą: Iris Fang, właścicielka szkoły walki wushu, mistrzyni posługiwania się mieczem. W masakrze zginął mąż Iris, a dwa lata wcześniej tajemniczo zaginęła jej nastoletnia córka. Dziwnym zbiegiem okoliczności krótko po tragedii przepadła bez śladu córka innej ofiary masakry, zaś prowadzący śledztwo detektywi zmarli w zagadkowych okolicznościach. Co łączy te wydarzenia? Jane ma nie lada zagadkę do rozwiązania. Jej przeciwnik nie cofnie się przed kolejnym zabójstwem, by prawda nie wyszła na światło dzienne...

Opinie o ebooku Milcząca dziewczyna - Tess Gerritsen

Fragment ebooka Milcząca dziewczyna - Tess Gerritsen

Tytuł oryginału:THE SILENT GIRL

Copyright © Tess Gerritsen 2011

All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros A. Kuryłowicz 2012

Polish translation copyright © Anna Jęczmyk 2012

Redakcja: Beata Słama

Zdjęcie na okładce: Stone/Getty Images/Flash Press Media

Projekt graficzny okładki i serii: Andrzej Kuryłowicz

Skład: Laguna

ISBN 978-83-7659-449-1

Wydawca

WYDAWNICTWO ALBATROS A. KURYŁOWICZHlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.com

2012. Wydanie elektroniczne

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych– jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Billowi Haberowi i Janet Tamaroza wiarę w moje dziewczynki

To, co musisz zrobić – powiedziała małpa – towywabić potwora z kryjówki. Lecz musisz miećpewność, że tę walkę przeżyjesz.

Wu Cheng’en, Król Małp: Podróż na Zachód,ok. 1500–1582

Rozdział pierwszy

San Francisco

Przez cały dzień obserwowałam tę dziewczynę.

Nic nie wskazuje na to, że jest tego świadoma, chociaż mój wynajęty samochód widać z rogu ulicy, na którym dziewczyna stoi wraz z innymi nastolatkami, które zebrały się tam dziś po południu, robiąc to, co zazwyczaj robią znudzone dzieciaki, by zabić czas. Wygląda na młodszą od innych, być może dlatego, że jest Azjatką i jest dość drobna jak na siedemnaście lat, po prostu chuchro. Jej czarne włosy są ostrzyżone na chłopaka, a niebieskie dżinsy powycierane i podarte. Nie wygląda to na celowy zabieg zgodny z najnowszymi trendami mody, ale raczej na rezultat częstego noszenia i życia na ulicy. Zaciąga się papierosem i wypuszcza chmurę dymu z nonszalancją godną ulicznego zbira, co nie pasuje do jej bladej cery i delikatnych chińskich rysów. Jest wystarczająco ładna, by wzbudzić zainteresowanie dwóch przechodzących obok mężczyzn. Ona dostrzega ich pożądliwe spojrzenia i patrzy im prosto w oczy, nieustraszona. Nietrudno jednak być odważnym, gdy zagrożenie jest pojęciem abstrakcyjnym. Zastanawiam się, jak by się zachowała w obliczu prawdziwego niebezpieczeństwa. Czy walczyłaby, czy raczej się załamała? Chcę wiedzieć, jaka jest naprawdę, ale jak dotąd nie miałam okazji zobaczyć, jak się zachowuje poddana prawdziwej próbie.

Zbliża się wieczór i młodzież z rogu ulicy zaczyna się rozchodzić. W San Francisco nawet letnie noce są chłodne i ci, którzy zostali, zbijają się w grupkę opatuleni w swetry i kurtki i podpalają sobie papierosy, rozkoszując się ulotnym ciepłem płomienia. Lecz zimno i głód sprawiają, że nawet najbardziej wytrwali w końcu się rozchodzą, zostawiając samotną dziewczynę, która nie ma dokąd pójść. Macha im na pożegnanie i przez chwilę kręci się w miejscu, jakby na kogoś czekała. W końcu wzrusza ramionami i odchodzi z rękami wciśniętymi w kieszenie. Idzie w moją stronę. Kiedy mija mój samochód, nawet nie rzuca na mnie okiem. Patrzy prosto przed siebie, jej spojrzenie jest skupione i zaciekłe, jakby była w rozterce i intensywnie rozważała wszystkie za i przeciw. Może zastanawia się, skąd wytrzasnąć jedzenie na kolację? A może rozmyśla nad czymś dużo ważniejszym? Nad swoją przyszłością. Nad tym, jak przeżyć.

Chyba nie zdaje sobie sprawy z tego, że idą za nią tamci dwaj mężczyźni.

Zauważyłam ich kilka sekund po tym, jak minęła mój samochód. Wyłonili się zza rogu. Poznałam ich: to ci sami, którzy gapili się na nią wcześniej. Kiedy idąc w ślad za nią, przechodzą obok mojego samochodu, jeden z nich patrzy na mnie. To tylko pospieszny rzut oka, by ocenić, czy stanowię zagrożenie. To, co widzi, nie wzbudza w nim najmniejszego niepokoju, więc on i jego kolega idą dalej. Poruszają się niczym pewne siebie drapieżniki, którymi w istocie są, śledząc słabszą od siebie ofiarę, niemającą dość sił, by się obronić.

Wysiadam z samochodu i idę za nimi. A oni idą za dziewczyną.

Zmierza w stronę dzielnicy, w której zbyt wiele budynków jest opuszczonych, a chodniki sprawiają wrażenie wybrukowanych potłuczonymi butelkami. Dziewczyna nie zdradza żadnych oznak niepokoju czy lęku, jakby ten teren był jej dobrze znany. Ani razu nie ogląda się za siebie, co świadczy o tym, że albo jest lekkomyślna, albo nie ma najmniejszego pojęcia o życiu i o tym, co może przydarzyć się takim dziewczynom jak ona. Mężczyźni, którzy za nią idą, również nie oglądają się za siebie. Nawet gdyby mnie zauważyli, do czego nie dopuszczam, nie dostrzegliby niczego, czego warto by się bać. Zawsze tak jest.

Na następnym rogu ulicy dziewczyna skręca w prawo i znika w drzwiach.

Chowam się w cień i obserwuję przebieg wydarzeń. Mężczyźni zatrzymują się przed budynkiem, do którego weszła dziewczyna, i naradzają się, co dalej. Następnie wchodzą do środka.

Stojąc na chodniku, spoglądam w górę na pozabijane deskami okna. Budynek, do którego weszła dziewczyna, to pusty magazyn z tablicami WSTĘP WZBRONIONY. Drzwi są uchylone. Wślizguję się do środka w ciemność tak gęstą, że muszę się zatrzymać, by przyzwyczaić oczy. Tymczasem polegam na pozostałych zmysłach, badam za ich pomocą to, czego nie widzę. Słyszę skrzypienie podłogi. Czuję zapach topiącego się wosku zapalonej świecy. Widzę słabą poświatę wydobywającą się zza drzwi po lewej stronie. Staję przy nich i zaglądam do pokoju.

Dziewczyna klęczy przy prowizorycznym stoliku. Jej twarz oświetla migoczący płomień świecy. Wokół widać ślady tymczasowego zamieszkania: śpiwór, jakieś konserwy i mała turystyczna kuchenka. Dziewczyna zmaga się z opornym otwieraczem do puszek i nie ma pojęcia, że od tyłu zakrada się do niej dwóch mężczyzn.

Nabieram powietrza, by krzyknąć i ją ostrzec, ale w tym momencie ona odwraca się i staje na wprost intruzów. W ręku ściska otwieracz do puszek – dość mizerną broń w starciu z dwoma wielkimi mężczyznami.

– To mój dom – mówi. – Wynoście się.

Jestem gotowa w każdej chwili interweniować, ale czekam, bo chcę zobaczyć, co się stanie. Chcę zobaczyć, do czego jest zdolna.

– Przyszliśmy w gości, słonko. – Jeden z nich rechocze.

– Czy ja was zapraszałam?

– Zdaje się, że brakuje ci towarzystwa.

– A mnie się zdaje, że tobie brakuje oleju w głowie.

Niezbyt mądrze to rozgrywa. Teraz ich pożądanie miesza się ze złością, a to niebezpieczna kombinacja. Mimo to dziewczyna stoi opanowana i spokojna, wymachując tym żałosnym kuchennym narzędziem. Kiedy mężczyzna rzuca się do przodu, stoję już na palcach gotowa do skoku.

Ale ona skacze pierwsza. Wystarcza jeden ruch i już uderza stopą pierwszego napastnika w krocze. To mało elegancki, lecz skuteczny cios. Mężczyzna chwieje się i łapie za pierś, jakby nie mógł oddychać. Dziewczyna uprzedza ruch drugiego napastnika. Odwraca się w jego stronę i uderza go w bok głowy otwieraczem do puszek. Mężczyzna wyje z bólu i wycofuje się.

Robi się ciekawie.

Ten pierwszy już się pozbierał i rzuca się na nią z taką furią, że oboje upadają na ziemię. Dziewczyna kopie i wali pięściami, uderza go nawet w szczękę, ale wściekłość uodporniła go na ból i z rykiem opada na nią, unieruchamiając ją ciężarem swojego ciała.

Teraz do akcji wraca drugi napastnik. Łapie ją za nadgarstki i przyciska do ziemi. Młodość i brak doświadczenia wpakowały ją w tarapaty, z których nie ma jak uciec. Nie brak jej determinacji i woli walki, ale jest w tych sprawach niewyszkolonym żółtodziobem. Sytuacja nieuchronnie zmierza ku tragicznemu finałowi. Pierwszy napastnik rozpiął rozporek w jej dżinsach i teraz gwałtownym ruchem ściąga spodnie z jej bioder. Jest wyraźnie podniecony, w kroczu jego spodnie wybrzuszają się znacząco. W takim momencie mężczyzna jest najbardziej narażony na atak.

Nie wie, że się zbliżam, nie słyszy mnie. W jednej chwili rozpina rozporek, a w drugiej leży na ziemi z rozwaloną szczęką i wybitym zębem, który wypada z jego zakrwawionych ust.

Drugi mężczyzna puszcza dziewczynę i odskakuje, ale nie jest wystarczająco szybki. Jestem tygrysem, on zaś zaledwie ociężałym bawołem, głupim i bezradnym wobec mojego ataku. Wrzeszcząc, pada na ziemię. Sądząc po groteskowym wygięciu ramienia, złamałam mu kość.

Łapię dziewczynę i stawiam ją na nogi.

– Nic ci nie jest?

Zasuwa rozporek i gapi się na mnie.

– Kim, do diabła, jesteś?

– O tym porozmawiamy później. Teraz wynośmy się stąd! – krzyczę.

– Jak ci się to udało? Jakim cudem tak szybko dałaś im radę?

– Chcesz się tego nauczyć?

– Tak!

Spoglądam na mężczyzn, którzy jęczą z bólu u naszych stóp.

– W takim razie oto pierwsza lekcja: trzeba wiedzieć, kiedy uciekać. – Popycham ją w stronę drzwi. – Odpowiedni moment jest właśnie teraz.

* * *

Obserwuję ją, gdy je. Jak na taką drobną dziewczynę ma iście wilczy apetyt. Pochłania trzy taco z kurczakiem, michę puree z fasoli i duży kubek coca-coli. Miała ochotę na kuchnię meksykańską, więc siedzimy w knajpie, w której gra muzyka mariachi, a ściany ozdabiają tandetne malowidła przedstawiające tańczące senority. Choć ma chińskie rysy twarzy, bez wątpienia jest Amerykanką, począwszy od krótko obciętych włosów aż po wytarte dżinsy. Pozbawiona ogłady, nieokrzesana istota, która, siorbiąc, dopija coca-colę, a następnie miażdży zębami kostki lodu.

Zaczynam wątpić w powodzenie tego przedsięwzięcia. Jest za duża na naukę i zbyt narowista, by przywyknąć do dyscypliny. Powinnam wypuścić ją z powrotem na ulicę, skoro tego właśnie chce, i znaleźć inne rozwiązanie. Ale zauważam blizny na jej knykciach i przypominam sobie, jak niewiele brakowało, by w pojedynkę pokonała dwóch mężczyzn. Ma nieoszlifowany talent i jest nieustraszona – dwie rzeczy, których nie można się nauczyć.

– Pamiętasz mnie? – pytam.

Dziewczyna odstawia szklankę i ściąga brwi. Przez moment wydaje mi się, że zaczyna mnie rozpoznawać, ale po chwili to wrażenie znika. Dziewczyna kręci głową.

– To było dawno – mówię. – Dwanaście lat temu. – Dla dziewczyny w jej wieku to cała wieczność. – Byłaś mała.

Wzrusza ramionami.

– Nic dziwnego, że cię nie pamiętam. – Sięga do kieszeni kurtki, wyciąga papierosa i zaczyna go zapalać.

– Zanieczyszczasz swoje ciało.

– To moje ciało – odpowiada.

– Nie, jeśli chcesz się szkolić. – Przechylam się nad stołem i wyciągam papierosa z jej ust. – Jeśli chcesz się uczyć, musisz zmienić swoje nastawienie. Musisz okazać szacunek.

– Nie jesteś moją matką – prycha oburzona.

– Znałam twoją matkę. W Bostonie.

– Ale ona nie żyje.

– Wiem. Napisała do mnie miesiąc przed śmiercią. Pisała, że jest chora i zostało jej mało czasu. Dlatego tu jestem.

Zaskoczona dostrzegam w jej oczach łzy. Dziewczyna szybko odwraca głowę, jakby zawstydzona tym, że okazała słabość. Ale w tym ułamku sekundy, gdy jest pozbawiona pancerza i taka bezbronna, przypomina mi moją córkę, która była od niej młodsza, gdy ją straciłam. Do oczu napływają mi łzy, ale nie próbuję ich ukryć. Smutek sprawił, że jestem tym, kim jestem. Był oczyszczającym ogniem, który wzmógł moją determinację i wyostrzył cel.

Potrzebuję tej dziewczyny, a ona najwyraźniej potrzebuje mnie.

– Szukałam cię kilka tygodni – mówię.

– Rodzina zastępcza była do dupy. Lepiej mi samej.

– Gdyby mama cię teraz zobaczyła, pękłoby jej serce.

– Nigdy nie miała dla mnie czasu.

– Może dlatego, że pracowała na dwa etaty, żebyś miała co jeść? Bo nie miała nikogo i mogła liczy tylko na siebie?

– Pozwalała wszystkim wchodzić sobie na głowę. Nigdy się nie postawiła. Nawet wobec mnie była miękka.

– Bała się.

– Była tchórzem.

Wściekła na tego niewdzięcznego bachora pochylam się do przodu.

– Twoja biedna matka cierpiała w sposób, którego nie możesz sobie wyobrazić. Wszystko, co robiła, robiła dla ciebie. – Z odrazą rzucam w jej stronę papierosa. Nie tego się spodziewałam. Może jest silna i odważna, ale nie ma żadnego poczucia powinności wobec zmarłej matki i ojca, żadnego poczucia rodzinnego honoru. Pozbawieni więzi z naszymi przodkami jesteśmy samotnymi drobinami kurzu znoszonymi przez prąd i zagubionymi, do niczego i nikogo nieprzywiązanymi.

Płacę za jej kolację i wstaję.

– Mam nadzieję, że któregoś dnia znajdziesz w sobie dość mądrości, by zrozumieć, co mama dla ciebie poświęciła.

– Odchodzisz?

– Niczego nie mogę cię nauczyć.

– A niby dlaczego miałabyś to robić? Dlaczego w ogóle mnie szukałaś?

– Myślałam, że znajdę kogoś innego. Kogoś, kogo mogłabym uczyć. Kogoś, kto by mi pomógł.

– W czym?

Nie wiem, jak odpowiedzieć na jej pytanie. Przez chwilę słychać tylko muzykę mariachi, która sączy się z głośników.

– Pamiętasz swojego ojca? Pamiętasz, co się z nim stało? Dziewczyna wpatruje się we mnie.

– O to chodzi, tak? To dlatego mnie szukałaś? Bo mama ci o nim napisała.

– Twój ojciec był dobrym człowiekiem. Kochał cię, a ty go nie szanujesz. Nie szanujesz obojga rodziców. – Kładę przed nią plik banknotów. – To ze względu na pamięć o nich. Przestań żyć na ulicy i wracaj do szkoły. Tam przynajmniej nie będziesz musiała walczyć z obcymi mężczyznami. – Odwracam się i wychodzę z restauracji.

Nie mija kilka sekund, a dziewczyna jest już na dworze i biegnie za mną.

– Zaczekaj! – woła. – Dokąd idziesz?

– Wracam do domu, do Bostonu.

– Pamiętam cię. Chyba wiem, czego chcesz.

Zatrzymuję się i staję z nią twarzą w twarz.

– Ty też powinnaś tego chcieć.

– Co miałabym zrobić?

Mierzę ją wzrokiem, widzę jej mizerne ramiona i biodra tak wąskie, że ledwo trzymają się na nich dżinsy.

– Nie chodzi o to, co miałabyś zrobić – odpowiadam – lecz o to, kim będziesz musiała się stać. – Zbliżam się do niej powoli. Jak dotąd nie miała powodu, by się mnie bać. Bo niby dlaczego? Przecież jestem tylko kobietą. Ale teraz dostrzega w moich oczach coś, co sprawia, że robi krok do tyłu.

– Boisz się? – pytam miękko.

Jej broda drży. Odpowiada z dziecinną brawurą w głosie:

– Nie. Wcale się nie boję.

– A powinnaś.

Rozdział drugi

Siedem lat później

– Nazywam się doktor Maura Isles, nazwisko pisze się I-S-L-E-S. Jestem lekarzem sądowym, zatrudnionym przez urząd koronera stanu Massachusetts.

– Doktor Isles, proszę opisać sądowi swoje wykształcenie i przygotowanie zawodowe – powiedziała Carmela Aguilar, asystentka adwokata okręgowego hrabstwa Suffolk.

Odpowiadając na pytanie, Maura patrzyła wyłącznie na asystentkę adwokata. O wiele łatwiej skupić się na neutralnej twarzy Carmeli Aguilar, niż znosić spojrzenia oskarżonego i jego licznych, zgromadzonych w sali sądowej zwolenników. Pani Aguilar najwyraźniej nie przeszkadzało, że prowadzi sprawę przed wrogo nastawioną publicznością, ale Maura była tego wyjątkowo świadoma. Dużą część tej publiczności stanowili przedstawiciele organów ścigania i ich znajomi. Maura wiedziała, że nie spodoba im się to, co powie.

Oskarżonym był Wayne Brian Graff, szeroki w barach policjant o mocno zarysowanej szczęce, istne wcielenie amerykańskiego bohatera. Sympatia całej sali była po stronie Graffa, a nie ofiary – mężczyzny, który sześć miesięcy temu z licznymi obrażeniami trafił na stół w prosektorium Maury. Mężczyzny, którego nikt nie opłakiwał i którego nikt nie szukał. A który dwie godziny przed śmiercią popełnił tragiczny błąd polegający na zastrzeleniu policjanta.

Recytując swój życiorys, Maura czuła, jak spojrzenia publiczności palą jej twarz, gorące niczym końcówki lasera.

– Jestem absolwentką Uniwersytetu Stanforda, gdzie zrobiłam licencjat z antropologii. Studia medyczne ukończyłam na Uniwersytecie Kalifornijskim w San Francisco, tam również odbyłam pięcioletni staż w zakresie patologii. Mam specjalizację zarówno z patologii anatomicznej, jak i klinicznej. Po stażu otrzymałam dwuletnie stypendium naukowo-badawcze z zakresu medycyny sądowej na Uniwersytecie Kalifornijskim w Los Angeles.

– I jest pani uprawniona do wykonywania zawodu w swojej specjalności na podstawie zdanego egzaminu państwowego?

– Tak, proszę pani. Zarówno z zakresu patologii ogólnej, jak i medycyny sądowej.

– A gdzie pani pracowała przed objęciem stanowiska w urzędzie koronera w Bostonie?

– Przez siedem lat pracowałam jako lekarz patolog w biurze koronera w San Francisco w Kalifornii. Wykładałam również patologię na Uniwersytecie Kalifornijskim. Jestem uprawniona do wykonywania zawodu zarówno w stanie Massachusetts, jak i w Kalifornii. – Odpowiedź Maury była aż nadto wyczerpująca. Zauważyła, że pani Aguilar ściąga brwi, ponieważ zbiła ją z tropu, uprzedzając kolejne pytanie. Tyle razy recytowała swój życiorys zawodowy w sądzie, że doskonale wiedziała, o co zostanie zapytana, a jej odpowiedzi były niemal automatyczne. Gdzie praktykowała, jakie musiała spełnić wymagania dotyczące wykształcenia, umiejętności i doświadczenia, czy ma wystarczające kwalifikacje, by zeznawać w tej konkretnej sprawie.

Po zakończeniu formalności Aguilar przeszła do bardziej szczegółowych pytań.

– Czy w październiku zeszłego roku przeprowadziła pani autopsję zmarłego Fabiana Dixona?

– Tak – odpowiedziała Maura. Choć odpowiedź była rzeczowa, Maura natychmiast poczuła, że na sali podnosi się temperatura.

– Proszę powiedzieć, jak do tego doszło, że śmierć pana Dixona stała się sprawą dla koronera?

Aguilar stała ze wzrokiem utkwionym w Maurę, jakby chciała jej powiedzieć: ignoruj wszystkich na tej sali. Patrz tylko na mnie i mów o faktach.

Maura wyprostowała się i zaczęła mówić tak głośno, by każdy mógł ją usłyszeć.

– Zmarły był dwudziestoczteroletnim mężczyzną, którego znaleziono bez oznak życia na tylnym siedzeniu radiowozu bostońskiej policji. Został przewieziony karetką do szpitala ogólnego stanu Massachusetts, gdzie na oddziale doraźnej pomocy stwierdzono zgon.

– I przez to jego śmierć stała się sprawą dla koronera?

– Tak jest. Z oddziału został przewieziony do naszego prosektorium.

– Proszę opisać sądowi, jak wyglądał pan Dixon, gdy zobaczyła go pani po raz pierwszy.

Nie uszło uwagi Maury, że Carmela Aguilar mówi o zmarłym mężczyźnie, używając jego nazwiska i unikając takich określeń, jak „ciało” lub „zmarły”. W ten sposób przypominała sądowi, że ofiara miała tożsamość. Nazwisko, twarz i życie.

Maura odpowiedziała w podobnym stylu:

– Pan Dixon był dobrze odżywionym mężczyzną, przeciętnego wzrostu i wagi, którego przywieziono do naszego zakładu jedynie w bawełnianych slipkach i skarpetkach. Ubranie, które wcześniej miał na sobie, zdjęto w trakcie próby reanimacji na oddziale doraźnej pomocy. Podkładki EKG nadal były przyklejone do jego piersi, na prawym ramieniu zaś miał założony wenflon. – Przerwała. Teraz zaczyna się najmniej przyjemna część. Choć starała się nie patrzeć na publiczność i obrońcę, wiedziała, że oczy wszystkich zebranych skierowane są na nią.

– A w jakim stanie znajdowało się jego ciało? Czy może nam pani opisać, jak wyglądało? – ponaglała ją Aguilar.

– Na piersiach, lewym boku i górnej części brzucha widać było liczne siniaki. Miał zamknięte i opuchnięte oczy, a na wargach i głowie rany szarpane. Dwa górne zęby, siekacze, były wybite.

– Sprzeciw. – Adwokat obrony wstał. – Nie wiemy, kiedy stracił te zęby. Być może stało się to wiele lat temu.

– Jeden z zębów znaleźliśmy po wykonaniu prześwietlenia. Znajdował się w jego brzuchu – powiedziała Maura.

– Świadek winien powstrzymać się od wypowiadania swoich opinii, o ile nie zdecyduję inaczej – oznajmił sędzia surowo. Spojrzał na adwokata obrony. – Sprzeciw oddalony. Pani Aguilar, proszę kontynuować.

Asystentka adwokata okręgowego kiwnęła głową i lekko się uśmiechnęła, usatysfakcjonowana decyzją sędziego, po czym znów skupiła uwagę na Maurze.

– Zatem pan Dixon był bardzo posiniaczony, miał rany szarpane i przynajmniej jeden z jego zębów został niedawno wybity.

– Tak – potwierdziła Maura. – Zobaczycie to państwo na zdjęciach z sekcji zwłok.

– Za pozwoleniem Wysokiego Sądu, chcielibyśmy pokazać teraz zdjęcia wykonane w prosektorium – powiedziała Carmela Aguilar. – Muszę ostrzec publiczność, że zdjęcia są drastyczne. Jeśli ktoś z tu obecnych wolałby ich nie oglądać, radzę, by teraz opuścił salę. – Przerwała i rozejrzała się.

Nikt nie wyszedł.

Kiedy na ekranie pokazał się pierwszy slajd przedstawiający zmaltretowane ciało Fabiana Dixona, słychać było, jak wszyscy oddychają głęboko. Maura powściągliwie opisała obrażenia Dixona, ponieważ wiedziała, że zdjęcia mówią same za siebie. Fotografii nie można oskarżyć o to, że trzymają czyjąś stronę albo kłamią. Przemawiająca przez nie prawda była dla wszystkich oczywista: Fabian Dixon, nim znalazł się na tylnym siedzeniu samochodu policyjnego, został brutalnie pobity i zmaltretowany.

Na ekranie ukazywały się kolejne slajdy, a Maura opisywała, co odkryła w trakcie autopsji. Liczne złamania żeber. Połknięty ząb w żołądku. Krew w płucach, którą musiał zachłysnąć się Dixon. I przyczyna śmierci: pęknięcie śledziony, które spowodowało krwotok do jamy otrzewnowej.

– A jaki był charakter zgonu pana Dixona, doktor Isles? – spytała pani Aguilar.

Było to kluczowe pytanie, a Maura bała się odpowiedzi, bo wiedziała, jakie niesie konsekwencje.

– Zabójstwo – powiedziała. Nie do niej należy wskazywanie winnych. Ograniczyła swoją odpowiedź do tego jednego słowa, ale nie mogła się powstrzymać i spojrzała na Wayne’a Graffa. Oskarżony policjant siedział bez ruchu. Z jego twarzy trudno było cokolwiek wyczytać. Służył w bostońskiej policji od ponad dziesięciu lat i przez ten czas dał się poznać jako wzorowy funkcjonariusz. Kilkanaście cieszących się dobrą opinią osób świadczyło w sądzie na jego korzyść. Opowiadali, jak policjant Graff dzielnie przybył im z pomocą. Był bohaterem, mówili, a Maura im wierzyła.

Jednak trzydziestego pierwszego października wieczorem, tej nocy, gdy Fabian Dixon został zamordowany, Wayne Graff i jego partner stali się aniołami zemsty. To oni dokonali aresztowania, a Dixon w chwili śmierci znajdował się pod ich kuratelą. Podejrzany był pobudzony i agresywny, jakby znajdował się pod wpływem PCP albo cracku, napisali w oświadczeniu. Opisali szaleńczy opór, jaki stawiał Dixon, i jego nadludzką siłę. Opanowanie go wymagało użycia siły, ale nie sprawiał wrażenia, że odczuwa ból. Podczas szamotaniny pochrząkiwał i wydawał zwierzęce odgłosy, usiłował również zedrzeć z siebie ubranie, choć tamtej nocy było tylko niecałe pięć stopni powyżej zera. Opisali aż nazbyt precyzyjnie dobrze znany lekarzom stan majaczenia z pobudzeniem psychoruchowym, który doprowadził do śmierci innych więźniów znajdujących się pod wpływem kokainy.

Jednak kilka miesięcy później wyniki badań toksykologicznych wykazały, że Dixon znajdował się jedynie pod wpływem alkoholu. Maura nie miała wątpliwości, że został zamordowany. A jeden z zabójców siedział teraz przy stole obrony i wpatrywał się w nią.

– Nie mam więcej pytań – powiedziała asystentka adwokata okręgowego i usiadła z wyrazem zadowolenia na twarzy. Była pewna sukcesu.

Adwokat obrony Morris Whaley wstał, by zadać pytania strony przeciwnej, i Maura poczuła, jak jej mięśnie się napinają. Whaley sprawiał wrażenie miłego faceta. Podszedł do miejsca dla świadka zupełnie tak, jakby zamierzał uciąć sobie przyjacielską pogawędkę. Gdyby spotkali się na jakimś koktajlu, Maura mogłaby nawet uznać, że jego towarzystwo jest dość przyjemne. W garniturze od Brooks Brothers wyglądał całkiem przystojnie.

– Myślę, że wszyscy jesteśmy pod wrażeniem pani kwalifikacji, doktor Isles – zaczął. –Nie będę zatem zabierał czasu Wysokiemu Sądowi i poddawał analizie pani osiągnięć naukowych.

Maura milczała. Wpatrywała się w jego uśmiechniętą twarz i zastanawiała, z której strony nadejdzie atak.

– Zapewne nikt na tej sali nie wątpi, że ciężko zapracowała pani na swoją pozycję – mówił Whaley. – Zwłaszcza mając na uwadze pewne trudności w życiu prywatnym, którym musiała pani stawić czoło w ostatnich miesiącach.

– Sprzeciw. – Carmela Aguilar westchnęła zirytowana i wstała. – To nie ma związku ze sprawą.

– Ma, Wysoki Sądzie. Wpływa na osąd świadka – powiedział Whaley.

– W jaki sposób? – spytał natychmiast sędzia.

– Doświadczenia z przeszłości mogą mieć wpływ na to, jak świadek interpretuje dowody.

– O jakich doświadczeniach pan mówi?

– Jeśli Wysoki Sąd pozwoli, bym zadał pytania w tej sprawie, stanie się to oczywiste.

Sędzia spojrzał twardo na Whaleya.

– Na razie wyrażam zgodę na tę linię pytań. Ale tylko na razie.

Aguilar usiadła zagniewana.

Whaley znów skupił uwagę na Maurze.

– Doktor Isles, czy pamięta pani dzień, w którym badała zmarłego?

Maura zastanawiała się przez chwilę nad odpowiedzią, zaskoczona nagłym powrotem do tematu sekcji zwłok. Nie uszło jej uwagi, że Whaley unika używania nazwiska ofiary.

– Ma pan na myśli pana Dixona? – spytała i dostrzegła w jego oczach irytację.

– Tak.

– Sekcja zwłok została przeprowadzona pierwszego listopada zeszłego roku.

– Czy tego dnia ustaliła pani przyczynę zgonu?

– Tak. Jak wcześniej powiedziałam, pan Dixon zmarł na skutek krwotoku do jamy otrzewnowej, do którego doszło z powodu pęknięcia śledziony.

– Czy tego samego dnia ustaliła pani charakter zgonu?

Maura się zawahała.

– Nie. W każdym razie nie ostateczny…

– Dlaczego?

Odetchnęła głęboko, świadoma, że wpatrują się w nią dziesiątki par oczu.

– Chciałam poczekać na wyniki badań toksykologicznych. Sprawdzić, czy pan Dixon w istocie znajdował się pod wpływem kokainy lub innych środków farmaceutycznych. Wolałam zachować ostrożność.

– Cóż, powinna pani. W końcu ta decyzja mogła zniszczyć karierę zawodową, ba, nawet złamać życie dwóch oddanych pracy funkcjonariuszy porządku publicznego.

– Mnie interesują jedynie fakty, panie Whaley, i to, dokąd prowadzą.

Nie spodobała mu się ta odpowiedź. Widziała to po skurczu mięśni jego szczęki. Wszelkie pozory serdeczności znikły. Teraz zaczęła się prawdziwa wojna.

– A zatem przeprowadziła pani sekcję zwłok pierwszego listopada – powiedział.

– Tak.

– Co się potem stało?

– Nie bardzo wiem, co ma pan na myśli.

– Czy wzięła pani wolny weekend? Czy w kolejnym tygodniu przeprowadzała pani inne sekcje?

Wpatrywała się w niego, a niepokój niczym wąż oplatał jej żołądek. Nie wiedziała, dokąd zmierza, ale obrany przez Whaleya kierunek jej się nie podobał.

– Byłam na konferencji patologów – powiedziała.

– Jak sądzę w Wyoming.

– Tak.

– Gdzie doświadczyła pani pewnych traumatycznych przeżyć. Została pani zaatakowana przez nieuczciwego policjanta.

Pani Aguilar skoczyła na równe nogi.

– Sprzeciw. To nie ma związku ze sprawą.

– Sprzeciw oddalony – powiedział sędzia.

Whaley się uśmiechnął. Miał teraz wolną drogę, by zadać pytanie, którego Maura się obawiała.

– Czy to prawda, pani Isles? Została pani zaatakowana przez policjanta?

– Tak – szepnęła.

– Obawiam się, że nie usłyszałem odpowiedzi.

– Tak – powtórzyła głośniej.

– I jak przeżyła pani tę napaść?

Na sali zapadła martwa cisza. Wszyscy w napięciu czekali na dalszy ciąg tej historii. Historii, o której nie chciała nawet myśleć, ponieważ nadal z jej powodu nawiedzały ją nocne koszmary. Przypomniała sobie opuszczone wzgórze w Wyoming. A także głuchy odgłos zatrzaskiwanych drzwi samochodu zastępcy szeryfa. Drzwi, które zamknęły się za nią, usidlając ją na tylnym siedzeniu za kratami odgradzającymi aresztowanych. Przypomniała sobie, jak wpadła w panikę, daremnie waląc ręką w szybę, usiłując uciec przed człowiekiem, który zamierzał ją zabić.

– Doktor Isles, jak udało się pani przeżyć tę napaść? Kto pani pomógł?

Maura przełknęła ślinę.

– Pewien chłopiec.

– Zapewne Julian Perkins. Szesnastolatek, który postrzelił i zabił tego policjanta.

– Nie miał wyboru!

Whaley pokręcił głową.

– Broni pani chłopca, który zabił gliniarza?

– Złego gliniarza.

– A potem przyjechała pani do Bostonu. I stwierdziła, że pan Dixon zmarł w wyniku zabójstwa.

– Ponieważ taka jest prawda.

– A może to był nieszczęśliwy wypadek? Nieunikniona konsekwencja braku subordynacji aresztowanego, który stawiał czynny opór policjantom i trzeba go było przywołać do porządku?

– Widział pan zdjęcia z prosektorium. Policjanci użyli dużo większej siły, niż było konieczne.

– Podobnie jak chłopiec z Wyoming, Julian Perkins. Postrzelił ze skutkiem śmiertelnym zastępcę szeryfa. Czy uważa to pani za uzasadnione użycie siły?

– Sprzeciw – odezwała się Carmela Aguilar. – Pani Isles nie jest pozwanym w tej sprawie.

Adwokat obrony jednak ani myślał przestać, sunął jak taran i nie spuszczając wzroku z Maury, zadał kolejne pytanie:

– Co się wydarzyło w Wyoming, doktor Isles? Kiedy walczyła pani o życie, czy doznała pani jakiegoś objawienia? Nagle zdała sobie pani sprawę, że policjanci są wrogami?

– Sprzeciw!

– A może policjanci od zawsze byli wrogami? Członkowie pani rodziny najwyraźniej tak myślą.

Rozległo się stuknięcie sędziowskiego młotka.

– Panie Whaley, proszę natychmiast podejść do ławy.

Maura siedziała oszołomiona, podczas gdy adwokaci nachylali się nad ławą sędziego. A więc do tego doszło. Zaczęło się wyciąganie na światło dzienne jej rodzinnych spraw. Zapewne każdy gliniarz w Bostonie słyszał ojej matce Amalthei, która odbywa karę dożywocia w więzieniu dla kobiet we Framingham. Ten potwór, który mnie urodził, pomyślała. Każdy, kto na mnie patrzy, musi się zastanawiać, czy do mojej krwi przesączył się ten sam zły duch. Zauważyła, że Graff, oskarżony policjant, wpatruje się w nią intensywnie. Ich spojrzenia skrzyżowały się, a na jego ustach pojawił się uśmiech. „Witajcie konsekwencje, przeczytała w jego oczach. Oto, co się dzieje, gdy zdradzisz cienką niebieską linię”1, występując przeciwko tym, którzy z narażeniem życia stoją na straży prawa i porządku.

– Sąd zarządza przerwę – oznajmił sędzia. – Spotkamy się ponownie o czternastej.

Kiedy sędzia wyszedł z sali, Maura opadła na oparcie fotela. Nie zauważyła nawet, że Carmela Aguilar stanęła obok niej.

– To było nieczyste zagranie – powiedziała. – Sędzia nie powinien na to pozwolić.

– Wszystko skupiło się na mnie – powiedziała Maura.

– Oczywiście. Bo nic innego nie ma. A zdjęcia z sekcji zwłok są bardzo przekonujące. – Aguilar spojrzała twardo na Maurę. – Czy o czymś jeszcze powinnam wiedzieć, pani doktor?

– Oprócz tego, że moja matka jest skazana za morderstwo, a ja torturuję dla zabawy kocięta?

– Pytam poważnie.

– Sama pani wcześniej mówiła, że to nie jest sąd nade mną.

– To prawda. Ale oni już się postarają, żeby odwrócić role. Będą drążyli. Czy nienawidzi pani glin? Czy ma pani jakieś tajemnice? Możemy przegrać tę sprawę, jeśli ława przysięgłych nie będzie przekonana o pani bezstronności i uczciwości. Dlatego proszę mi powiedzieć, czy jest coś jeszcze, co mogą wyciągnąć na światło dzienne? Jakieś tajemnice, o których mi pani nie wspomniała?

Maura zastanowiła się nad sprawami, które wolała zachować dla siebie. Nad trzymanym w tajemnicy romansem, który właśnie zakończyła. Nad pełną przemocy historią jej rodziny.

– Każdy ma swoje tajemnice – odrzekła. – Moje nie mają związku z tą sprawą.

– Miejmy nadzieję.

Rozdział trzeci

W bostońskim Chinatown, gdziekolwiek spojrzeć, wszędzie widać duchy. Nawiedzały spokojne Tai Tung Village, a także krzykliwą Beach Street. Błąkały się po Ping On Alley i przemykały cichaczem ciemną ulicą na tyłach Oxford Place. Można je było spotkać na każdej ulicy. Tak przynajmniej mówił przewodnik Billy Foo. Czy sam wierzył w duchy? To nie miało większego znaczenia. Jego zadaniem było przekonać turystów, że te ulice są nawiedzone. Ludzie chcieli wierzyć w duchy. Dlatego tak wielu z nich było gotowych wybulić piętnaście dolców od osoby, żeby, dygocząc z zimna, stać na rogu Beach i Oxford, wysłuchując mrożących krew w żyłach opowieści Billy’ego o popełnionych tu morderstwach. Tego wieczoru trzynastu nowicjuszy, w tym dziesięcioletnie smarkate bliźniaki, które od trzech godzin powinny być już w łóżkach, zapisało się na wieczorną Wycieczkę z Duchami. Ale kiedy jesteś w biedzie, nie odmawiasz turystom, którzy płacą gotówką, nawet jeśli są to irytujący smarkacze. Billy był studentem szkoły teatralnej, bez żadnych perspektyw na pracę, a tego wieczoru jego łupem miało paść sto dziewięćdziesiąt pięć dolarów plus napiwki. Nie najgorzej jak na dwie godziny opowiadania bajek, nawet jeśli w cenę wliczone było jego upokorzenie wynikające z konieczności noszenia satynowej szaty w kolorze pomarańczowym i przypinanego warkocza.

Billy odchrząknął i podniósł ręce, wykorzystując nabyte podczas sześciu semestrów zajęć teatralnych umiejętności przyciągnięcia uwagi widzów.

– Rok tysiąc dziewięćset siódmy! Drugi sierpnia, ciepły piątkowy wieczór. – Jego głęboki, złowróżbny głos wznosił się ponad ulicznym zgiełkiem. – Tam, na placu znanym jako Oxford Place, bije serce bostońskiego Chinatown. Chodźcie za mną, a cofniemy się do czasów, gdy te ulice wypełniali imigranci, kiedy parne noce przesycone były zapachem spoconych ciał i nieznanych przypraw. Wrócimy do czasów, gdy morderstwo wisiało w powietrzu! – Dramatycznym gestem dał znać grupie, by podążyła za nim na Oxford Place, gdzie wszyscy zbili się wokół niego w gromadkę, by lepiej słyszeć przerażającą opowieść. Patrząc na ich skupione twarze, pomyślał, że teraz jest ten moment, kiedy powinien ich oczarować, rzucić urok, tak jak tylko dobry aktor potrafi. Rozpostarł ramiona i nabrał powietrza, a rękawy pomarańczowej szaty zatrzepotały niczym jedwabne skrzydła.

– Maaamusiu! – krzyknął jeden z dzieciaków. – On mnie kopie!

– Przestań, Michael! – krzyknęła matka. – Natychmiast przestań się tak zachowywać.

– Ja nic nie zrobiłem!

– Dokuczasz bratu.

– To on mi dokucza.

– Chcecie wrócić do hotelu? Chcecie?

Och, dobry Boże, proszę, niech wrócą do hotelu, pomyślał Billy. Ale bracia spoglądali na siebie spode łba ze skrzyżowanymi na piersiach rękami i widać było, że nie interesują ich w tej chwili żadne historie o duchach.

– Jak już mówiłem… – podjął dzielnie Billy. Czuł jednak, że przez to niespodziewane zajście stracił natchnienie. Niemal słyszał, jak pełne dramatyzmu napięcie ulatuje ze świstem niczym powietrze z przekłutego balona. Zagryzając zęby, mówił dalej:

– Była parna sierpniowa noc. Tłum żółtków odpoczywał na tym oto placu po długim dniu pracy w pralniach i sklepach spożywczych. – Nie cierpiał słowa „żółtki”, ale zmusił się, by go użyć. Chciał bowiem przywołać czasy, gdy w prasie regularnie pisano o „podejrzanych i złowrogich Azjatach”. Nawet magazyn „Time” nie widział nic złego w opisywaniu złośliwych tępych twarzy z przyklejonym półuśmiechem na ustach tak żółtych jak telegraficzne formularze. Czasy, gdy Billy Foo, amerykański Chińczyk, nie mógł znaleźć żadnej pracy poza posadą pracza, kucharza lub robotnika.

– Tu, na tym oto placu, za chwilę wybuchnie wojna – ciągnął Billy. – Wojna pomiędzy dwoma rywalizującymi chińskimi klanami: On Leong i Hip Sing. Wojna, w trakcie której ten plac spłynie krwią… Ktoś odpala petardę. Nagle noc eksploduje strzelaniną! Tłum żółtków ucieka w popłochu! Ale nie wszyscy biegną wystarczająco szybko i kiedy cichną strzały, pięciu ludzi leży na ulicy martwych lub dogorywających. To tylko kolejne ofiary krwawych, niechlubnych i zażartych wojen…

– Mamusiu, możemy już iść?

– Cicho. Słuchajcie, co pan opowiada.

– Ale on jest nuuudny.

Billy przerwał. Aż go swędziały dłonie, taką miał ochotę złapać smarkacza za gardło. Rzucił chłopakowi jadowite spojrzenie. Ten wzruszył ramionami.

– W mgliste noce takie jak dziś – mówił Billy przez zaciśnięte zęby – słychać czasem w oddali odgłosy tamtych petard. Można dostrzec tajemnicze postacie, jak mkną śmiertelnie przerażone, uciekając przed kulami, które gwizdały w powietrzu tamtej nocy! – Billy odwrócił się i zamachał ręką. – Teraz przejdziemy na drugą stronę Beach Street. To kolejne miejsce, gdzie snują się duchy.

– Mamusiu, mamusiu!

Billy zignorował małego gnojka i poprowadził grupę na drugą stronę ulicy. Uśmiechaj się, nie przestawaj nawijać, chodzi tylko o napiwki, powtarzał w duchu. Musiało mu starczyć energii jeszcze tylko na jedną godzinę. Kolejny przystanek miał być na Knapp Street. Potem jeszcze Tylor Street i salon gier, gdzie w 1991 roku zginęło w masakrze pięciu mężczyzn. W Chinatown miejsc zbrodni jest pod dostatkiem.

Poprowadził grupę Knapp Street. Właściwie nie była to ulica, lecz przejście niewiele różniące się od zwykłej dróżki, słabo oświetlone i rzadko uczęszczane. Kiedy światła i ruch uliczny Beach Street zostały już za nimi, temperatura nagle spadła. Billy, dygocząc z zimna, owinął się ciasno pomarańczową szatą. Już wcześniej, ilekroć pokonywał ten odcinek Knapp Street, doświadczał tego nieprzyjemnego zjawiska. Nawet w ciepłe letnie noce zawsze odczuwał tu zimno, jakby chłód zagnieździł się w tym miejscu na dobre i nigdy nie zamierzał go opuścić. Grupka turystów chyba również to odczuła. Usłyszał dźwięk zamykanych suwaków, zobaczył rękawiczki wyciągane z kieszeni. Szli w ciszy, a ich kroki odbijały się echem od ścian wznoszących się po obu stronach budynków. Nawet dwaj smarkacze zachowywali się spokojnie, jakby wyczuwali, że coś tu jest nie tak. Że coś wisi w powietrzu, pochłaniając wszelką radość i śmiech.

Billy zatrzymał się przed opuszczonym budynkiem. Zamknięta brama broniła dostępu do drzwi, a stalowe kraty zabezpieczały okna na parterze. Zardzewiałe schody przeciwpożarowe prowadziły na trzecie i czwarte piętro, gdzie wszystkie okna były zabite deskami, jakby miały uniemożliwić ucieczkę jakiemuś czającemu się w środku więźniowi. Grupa Billy’ego zbiła się w ciasną gromadkę dla ochrony przed chłodem. A może wyczuli na tej ulicy coś jeszcze, coś, co sprawiło, że dla większego bezpieczeństwa instynktownie zbliżyli się do siebie?

– Witajcie w miejscu, gdzie popełniono jedną z najbardziej makabrycznych zbrodni w Chinatown – powiedział Billy. – Szyld, który niegdyś wisiał na tym budynku, dawno zdjęto, ale dziewiętnaście lat temu za tymi okratowanymi oknami mieściła się mała chińska knajpka o nazwie Czerwony Feniks, specjalizująca się w owocach morza. Był to skromny zakład z zaledwie ośmioma stolikami, ale słynął ze świeżych małży. Wydarzyło się to trzydziestego marca. Noc była wilgotna i zimna. Noc taka jak dziś, gdy zwykle ruchliwe ulice Chinatown nagle stają się dziwnie spokojne. W Czerwonym Feniksie pracowało tamtej nocy zaledwie dwóch ludzi: kelner Jimmy Fang i kucharz, nielegalny chiński imigrant, który nazywał się Wu Weimin. Trzech gości przyszło tamtego wieczoru na kolację, która miała być ich ostatnią. Nigdy nie dowiemy się, dlaczego kucharz załamał się i wpadł w furię. Może z powodu długich godzin ciężkiej pracy? A może serce mu pękało, bo był obcy w obcym kraju?

Billy zrobił przerwę. Zniżył głos do przejmującego szeptu.

– A może zawładnęły nim jakieś ciemne moce, opętał zły duch, który kazał mu sięgnąć po pistolet i wypchnął go z kuchni wprost na salę, gdzie siedzieli goście. Duch, który nadal błąka się po tej ciemnej ulicy. Jedyne, co wiemy, to to, że wycelował pistolet i… – Billy zamilkł.

– I co zrobił? – spytał ktoś niecierpliwie.

Ale uwagę Billy’ego przykuło coś, co znajdowało się wysoko w górze, nad ich głowami. Stał ze wzrokiem utkwionym w dachu, gdzie – mógłby przysiąc – coś się przed chwilą poruszyło. Było to zaledwie mignięcie czegoś czarnego na czarnym tle, jak trzepot skrzydeł wielkiego ptaka na tle nocnego nieba. Wyciągał szyję, by zobaczyć to jeszcze raz, ale jedyne, co teraz widział, to zarys schodów przeciwpożarowych.

– I co się potem stało? – dopytywał jeden ze smarkaczy.

Billy spojrzał na dziesięcioletnią buzię i wlepione w niego oczy i usiłował przypomnieć sobie, w którym momencie przerwał opowieść. Ale nadal był pod wrażeniem tego czegoś, co śmignęło na tle nieba. Opanowała go przemożna chęć, by wydostać się z mrocznej uliczki i uciec jak najdalej od tego budynku. Uczucie było tak intensywne, że musiał skupić całą wolę na tym, by nie wziąć nóg za pas i nie pobiec w stronę Beach Street. W stronę świateł. Odetchnął głęboko i powiedział szybko:

– Kucharz ich wszystkich zastrzelił. A potem sam się zabił.

Po tych słowach Billy odwrócił się i machnął do grupy, by wyprowadzić ich jak najdalej od nawiedzonego budynku, krążących w nim duchów i echa horroru, który wydarzył się tu wiele lat temu. Od Harrison Avenue dzieliła ich zaledwie jedna przecznica. Widział już jej kuszące światła i ruch uliczny. Miejsce dla żywych, nie dla umarłych. Szedł tak szybko, że turyści zostali w tyle. Nie mógł pozbyć się uczucia zagrożenia, które zdawało się oplatać ich coraz ciaśniej. Uczucia, że coś ich obserwuje. Obserwuje jego.

Przeraźliwy kobiecy pisk sprawił, że odwrócił się gwałtownie. Serce waliło mu jak młotem. Nagle grupa wybuchła głośnym śmiechem, a jeden z mężczyzn powiedział:

– Hej, fajny rekwizyt! Zawsze go używasz?

– Co takiego? – spytał Billy.

– Nieźle nas wystraszył. Wygląda bardzo realistycznie.

– Nie wiem, o czym pan mówi – wybąkał Billy. Mężczyzna wskazał przedmiot, który, jak sądził, stanowił część przedstawienia.

– No, dzieciaku, pokaż mu, co znalazłeś.

– Znalazłem to tam, za śmietnikiem.

– Fuj. To nawet w dotyku jest jak prawdziwe. Ohyda!

Billy podszedł bliżej i nagle nie mógł zrobić ani kroku, odebrało mu mowę. Zamarł, wpatrując się w trzymany przez chłopca przedmiot. Zobaczył gęste krople, które opryskały kurtkę dziecka, ale chłopiec tego nie zauważał.

Pierwsza zaczęła krzyczeć jego matka. Potem dołączyli inni, wrzeszcząc i cofając się. Zdezorientowany chłopiec stał bez ruchu, trzymając zdobycz, a krew kapała i kapała na rękaw jego kurtki.

Rozdział czwarty

– Zeszłej soboty byłem tam na kolacji – powiedział detektyw Barry Frost, kiedy jechali do Chinatown. – Zabrałem Liz na balet do Wang Theater. Liz uwielbia balet, aleja, mówię ci, w ogóle tego nie rozumiem. W połowie przedstawienia zasnąłem. Potem poszliśmy na kolację do restauracji Ocean City.

Była druga nad ranem. Zdecydowanie za wcześnie na takie gadulstwo, ale detektyw Jane Rizzoli pozwoliła swojemu partnerowi paplać bez końca o ostatniej randce, sama zaś skupiła się na prowadzeniu auta. Dla jej zmęczonych oczu wszystkie lampy uliczne były zbyt jaskrawe, każde światła samochodowe przypuszczały atak na siatkówki jej oczu. Godzinę temu leżała ciepło otulona kołdrą w łóżku obok męża. Teraz, prowadząc samochód ulicami, które bynajmniej nie były puste, starała się otrząsnąć ze snu i dobudzić. Ruch uliczny z jakichś niewytłumaczalnych powodów niemal zastygł, a samochody przed nimi wlokły się w żółwim tempie, i to w porze, kiedy przyzwoici obywatele już dawno powinni być w domach.

– Jadłaś tam kiedyś? – spytał Frost.

– Co takiego?

– W restauracji Ocean City. Liz zamówiła te rewelacyjne małże z czosnkiem i czarnym sosem z fasoli. Wystarczy, że o nich pomyślę, a już robię się głodny. Nie mogę się doczekać, kiedy znów tam pójdziemy.

– Kim jest ta Liz?

– Mówiłem ci o niej w zeszłym tygodniu. Poznaliśmy się w klubie fitness.

– Myślałam, że spotykasz się z jakąś Muffy.

– Maggie. – Wzruszył ramionami. – Nie wyszło nam.

– Podobnie jak z tą przed nią. Jak jej było?

– Hej, nadal staram się odkryć, jakiej potrzebuję kobiety. Tak było od początku, odkąd znów zacząłem umawiać się z dziewczynami. Boże, nie miałem pojęcia, że na świecie jest tyle samotnych dziewczyn.

– Kobiet.

Westchnął.

– Tak, tak. Alice zawsze starała się wbić mi to do głowy. Teraz powinieneś używać określenia „kobiety”.

Jane zatrzymała samochód na czerwonych światłach i spojrzała na niego.

– Ostatnio często rozmawiasz z Alice?

– A o czym tu rozmawiać?

– Na przykład o dziesięciu latach małżeństwa.

Wyjrzał przez okno.

– Nie ma już nic do powiedzenia. Alice zaczęła nowe życie.

Ale nie Barry Frost, pomyślała Jane. Osiem miesięcy temu Alice, jego żona, wyprowadziła się z domu. Od tego czasu Jane wysłuchiwała szalonych acz niewesołych opowieści Frosta o jego przygodach z kobietami. O pewnej piersiastej blondynce, która powiedziała, że nie nosi bielizny. O przerażającej wysportowanej bibliotekarce, właścicielce bardzo sfatygowanego egzemplarza Kamasutry. O pełnej energii kwakierce, która miała o wiele mocniejszą głowę niż on. Według jego relacji wszystkie te kobiety budziły w nim bezgraniczne zdumienie i zachwyt, ale Jane widziała w jego oczach smutek. W żadnym razie nie można było powiedzieć, że Frost to zła partia. Był smukły, wysportowany i w pewien bezbarwny sposób nawet przystojny, przez co powinno mu być łatwiej umawiać się z kobietami.

Ale on tęskni za Alice, pomyślała.

Skręcili w Beach Street. Wjeżdżali w samo centrum Chinatown, gdy nagle oślepiły ich światła samochodu bostońskiej policji. Jane zaparkowała za radiowozem. Wysiedli z auta wprost w przejmujący chłód wilgotnej wiosennej nocy. Mimo nieprzyzwoicie późnej godziny na chodniku stało kilku gapiów. Jane usłyszała szepty po chińsku i angielsku. Na pewno wszyscy zadają sobie to samo uniwersalne pytanie: „Czy ktoś wie, co się stało?”.

Ruszyła z detektywem Frostem Knapp Street. Przeszli pod rozciągniętą policyjną taśmą, przy której stał na straży policjant z ulicznego patrolu.

– Detektyw Rizzoli i detektyw Frost, wydział zabójstw – oznajmiła Jane.

– To tam – odpowiedział krótko. Wskazał małą uliczkę z pojemnikiem na śmieci, przy którym stał kolejny policjant.

Kiedy Jane i Frost podeszli bliżej, zobaczyła, że gliniarz wcale nie pilnuje śmietnika, jak jej się początkowo zdawało, lecz czegoś, co leży obok na chodniku.

– O rany – sapnął Frost.

Gliniarz się zaśmiał.

– Ja też tak zareagowałem.

– Kto to znalazł?

– Turyści z Wycieczki z Duchami. Taki jeden dzieciak z tej grupy podniósł to, pewny, że to atrapa. Była tak świeża, że krew jeszcze ciekła. Szybko zorientował się, że to prawdziwe, i upuścił tu, gdzie teraz leży. Domyślacie się, że czegoś takiego się po tej wycieczce nie spodziewali.

– Gdzie są teraz ci turyści?

– Nieźle się przerazili. Wszyscy chcieli wrócić do hoteli, ale mam ich nazwiska i dane kontaktowe. Przewodnik to młody chłopak, miejscowy Chińczyk. Mówił, że chętnie z wami porozmawia, kiedy tylko będziecie gotowi. Nikt nie widział niczego oprócz tej dłoni. Zadzwonili pod dziewięćset jedenaście. Operator myślał, że to głupi żart. Trochę nam zajęło, nim przyjechaliśmy, bo najpierw trzeba było rozprawić się z chuliganami w Charlestown.

Jane kucnęła i poświeciła latarką na dłoń. To była szokująco precyzyjna amputacja. Czyste cięcie pokryte zaschniętą krwią. Dłoń należała do kobiety. Miała blade smukłe palce i niepokojąco elegancki manikiur. Żadnego pierścionka ani zegarka.

– Tak po prostu leżała na ziemi?

– Tak. Świeże mięso. Szczury szybko by się tym zajęły.

– Nie widzę żadnych śladów zębów. Długo tu nie leżała.

– Och, zauważyłem coś jeszcze. – Gliniarz zamachał latarką i snop światła padł na jakiś niewyraźny szary przedmiot leżący kilka metrów dalej.

Frost ruszył w tamtą stronę, by lepiej się przyjrzeć.

– To heckler and koch. Drogi – stwierdził i spojrzał na Jane. – Z tłumikiem.

– Czy któryś z turystów dotykał broni? – spytała Jane.

– Nikt go nie dotykał – odpowiedział gliniarz. – Nawet go nie widzieli.

– A zatem mamy wyciszony pistolet maszynowy i świeżo odciętą prawą rękę – podsumowała Jane. – Idę o zakład, że jedno z drugim ma wiele wspólnego.

– To naprawdę niezła sztuka – mruknął detektyw Frost, wciąż zajęty podziwianiem broni. – Aż trudno uwierzyć, że ktoś coś takiego wyrzucił.

Jane wstała i spojrzała na śmietnik.

– Sprawdziliście, czy w środku jest reszta ciała?

– Nie, proszę pani. Uznałem, że odcięta dłoń w zupełności wystarczy, by was wezwać. Nie chciałem niczego tu zanieczyścić przed waszym przyjazdem.

Jane wyjęła z kieszeni rękawiczki. Kiedy je naciągała, poczuła, jak serce bije jej coraz szybciej w oczekiwaniu na to, co znajdzie w śmietniku. Unieśli wieko. Uderzył ich odór gnijących owoców morza. Walcząc z mdłościami, spojrzała w dół na pogniecione kartonowe opakowania i wypchany czarny worek na śmieci. Spojrzeli po sobie.

– Ty pierwsza, jeśli masz ochotę – powiedział Frost.

Jane sięgnęła do środka, złapała worek i natychmiast zorientowała się, że nie ma w nim ciała. Nie był wystarczająco ciężki. Krzywiąc się z powodu nieznośnego smrodu, rozwiązała worek i zajrzała do środka. Zobaczyła krewetki i skorupy krabów.

Cofnęli się. Wieko pojemnika na śmieci opadło z głośnym hukiem.

– Pudło? – spytał gliniarz.

– Przynajmniej tym razem. – Jane spojrzała na odciętą dłoń. – Wobec tego gdzie jest reszta ciała?

– Może ktoś rozrzuca części po całym mieście? – podsunął Frost.

– A może ugotowano ją w jednej z tych chińskich knajpek i podano w jakimś smacznym gulaszu? – Gliniarz się zaśmiał.

Jane spojrzała na detektywa Frosta.

– Całe szczęście, że w restauracji zamówiłeś małże.

– Rozejrzeliśmy się już po okolicy – poinformował policjant. – Niczego więcej nie znaleźliśmy.

– Mimo to przejdziemy się po tym kwartale – powiedziała Jane.

Ruszyli we dwójkę Knapp Street. Światła ich latarek przecinały mrok. Zobaczyli kawałki potłuczonych butelek, skrawki papieru, niedopałki papierosów. Żadnych części ciała. Okna wznoszących się po obu stronach domów były ciemne, ale Jane zastanawiała się, czy z tych tonących w mroku pokoi patrzą na nich jakieś oczy, śledzące ich wędrówkę cichymi uliczkami. Za dnia będą musieli jeszcze raz przeprowadzić inspekcję, ale Jane nie chciała przegapić żadnego tropu, który mógłby zatrzeć czas. Dlatego razem z Frostem przeszukali centymetr po centymetrze całą uliczkę, aż doszli do kolejnej policyjnej taśmy odgradzającej ten teren od strony Harrison Avenue. Tu były chodniki, światła i ruch. Jane i Frost ze wzrokiem wbitym w ziemię kontynuowali drobiazgową inspekcję kwartału, począwszy od Harrison Street aż do Beach Street. Kiedy skończyli obchód i wrócili do śmietnika, na miejscu była już policyjna ekipa specjalizująca się w badaniu miejsca zbrodni.

– Domyślam się, że wy również nie znaleźliście reszty jej ciała – powiedział gliniarz do Jane i Frosta.

Jane obserwowała, jak technicy wkładają do torebek broń i obciętą rękę, i zastanawiała się, dlaczego zabójca porzucił część ciała w takim miejscu, gdzie z pewnością ktoś mógł ją znaleźć. Czy się spieszył? Czy ręka miała zostać znaleziona? Stanowić swego rodzaju wiadomość? Potem jej wzrok powędrował w stronę drabinki przeciwpożarowej, która pięła się w górę po ścianie czteropiętrowego budynku.

– Musimy sprawdzić dach – powiedziała.

Dolny szczebel był zardzewiały i nie mogli opuścić schodów przeciwpożarowych. Trzeba było wejść na dach bardziej konwencjonalną drogą, po schodach. Wrócili na Beach Street, skąd mogli dostać się do budynków od frontu. Na parterach znajdowały się lokale usługowe: chińska restauracja, piekarnia i azjatycki sklep spożywczy. O tej porze wszystkie były nieczynne. Wyższe piętra zajmowały mieszkania. Jane zlustrowała okna i stwierdziła, że wszędzie jest ciemno.

– Będziemy musieli kogoś obudzić, żeby nas wpuścił – powiedział Frost.

Jane podeszła do grupki leciwych Chińczyków, którzy zebrali się na chodniku i podekscytowani obserwowali ich poczynania.

– Czy ktoś z państwa zna najemców z tego budynku? – spytała. – Musimy dostać się do środka.

Patrzyli na nią tępo.

– Ten budynek – powiedziała, wskazując ręką dom. – Musimy wejść na górę.

– To na nic – stwierdził Frost. – Oni chyba nie znają angielskiego.

Jane westchnęła. Oto całe Chinatown, pomyślała.

– Będzie nam potrzebny tłumacz.

– W dystrykcie A-jeden jest nowy detektyw. Chyba jest Chińczykiem.

– Zanim do nas dojedzie, minie sporo czasu. Nie możemy tak długo czekać. – Jane podeszła do wejścia i spojrzała na listę lokatorów. Wybrała na chybił trafił jakieś nazwisko i nacisnęła guzik. Choć dzwoniła kilkakrotnie, nikt nie otworzył. Wybrała inne nazwisko. Tym razem usłyszeli czyjś chrapliwy głos.

– Wei? – odezwała się jakaś kobieta.

– Tu policja – powiedziała Jane. – Czy może nas pani wpuścić do budynku?

– Wei?

– Proszę otworzyć drzwi!

Minęło kilka minut, po czym jakiś dziecięcy głos odpowiedział:

– Babcia chce wiedzieć, kim jesteście.

– Detektyw Jane Rizzoli z wydziału policji – odparła Jane. – Musimy wejść na dach. Czy możesz wpuścić nas do budynku?

Wreszcie rozległo się charakterystyczne bzyczenie otwartych drzwi.

Dom miał co najmniej ze sto lat i drewniane stopnie trzeszczały, kiedy Jane i Frost wchodzili na górę. Na drugim piętrze uchyliły się jakieś drzwi. Jane rzuciła okiem na zagracone mieszkanie, skąd przyglądały im się dwie ciekawskie dziewczynki. Młodsza z nich była w wieku Reginy, jej córki, więc Jane zatrzymała się i szepnęła do niej: „cześć”. Natychmiast zjawiła się matka, porwała najmłodszą córkę w ramiona i zatrzasnęła drzwi.

– Zdaje się, że nie jesteśmy tu mile widziani – stwierdził Frost.

Wchodzili po schodach. Minęli czwarte piętro i weszli wąskimi schodkami na dach. Wyjście nie było zamknięte, ale drzwi przeraźliwie zaskrzypiały, kiedy otworzyli je na oścież.

Jeszcze nie zaczęło świtać i na dachu panował mrok, rozświetlony jedynie miejską poświatą. W świetle latarki Jane zobaczyła plastikowy stół, krzesła i doniczki z ziołami. Sznury od bielizny uginały się od ciężaru prania, które powiewało na wietrze niczym roztańczone duchy. Wśród trzepoczących prześcieradeł Jane dostrzegła coś jeszcze. Leżało przy samym brzegu dachu, za lnianą zasłoną.

Jane i Frost bez słowa wyjęli z kieszeni papierowe ochraniacze na buty i pochylili się, by je włożyć. Dopiero wtedy, szurając po pokrytym papą dachu, przeszli pod suszącymi się prześcieradłami w stronę tego, co oboje zauważyli.

Przez chwilę żadne z nich się nie odzywało. Stali z latarkami skierowanymi w stronę zastygłej kałuży krwi. W stronę tego, co leżało w tej kałuży.

– Zdaje się, że znaleźliśmy resztę jej ciała – powiedział Frost.

Rozdział piąty

Chinatown leżało w samym sercu Bostonu, wtulone między dzielnicę finansową na północy i zielone trawniki nabrzeża Common na zachodzie. Ale kiedy Maura przechodziła przez bramę paifang z czterema rzeźbionymi lwami, miała wrażenie, że wkracza do innego miasta, innego świata. Ostatnim razem odwiedziła Chinatown w pewien sobotni październikowy ranek. Wtedy przy bramie siedzieli starsi mężczyźni, popijali herbatę, grali w karty i plotkowali po chińsku. W tamten zimny poranek spotkała się w Chinatown z Danielem na śniadaniu składającym się z przekąsek dim sum. Był to jeden z ostatnich posiłków, które mieli razem zjeść, i teraz wspomnienie tamtego dnia przeszyło ją nagle niczym wbity w serce sztylet. Choć poranek był słoneczny i rześki, a przy bramie siedzieli ci sami grający w warcaby i pochłonięci rozmową staruszkowie, melancholia kładła się cieniem na wszystkim, co Maura widziała, zamieniając światło w mrok.

Minęła restauracje, gdzie w akwariach z owocami morza roiło się od połyskujących srebrzystymi łuskami ryb, przeszła obok zakurzonych sklepów z towarami z importu, wypełnionych meblami z palisandru, bransoletkami z jadeitu i rzeźbami ze sztucznej kości słoniowej, i weszła w gęstniejący tłum gapiów. Zauważyła umundurowanego policjanta, który górował wzrostem nad tłumem składającym się w większości z Azjatów, i ruszyła w jego stronę.

– Przepraszam. Jestem lekarzem sądowym – wyjaśniła.

Zimne spojrzenie, jakie jej posłał, nie pozostawiało wątpliwości, że doskonale wie, kim jest. Doktor Maurą Isles, która zdradziła bractwo tych, których zadaniem było służyć i chronić. Której zeznania mogły posłać jednego z nich do więzienia. Nie powiedział ani słowa. Patrzył na nią, jakby nie miał bladego pojęcia, czego też Maura może od niego oczekiwać.

Spojrzała na niego równie zimnym wzrokiem.

– Gdzie jest ciało? – spytała.

– Będzie pani musiała spytać detektyw Jane Rizzoli.

Niczego nie zamierzał jej ułatwiać.

– A gdzie ona jest?

Nim zdążył odpowiedzieć, usłyszała, że ktoś ją woła.

– Doktor Isles? – Młody Azjata w garniturze i pod krawatem przeszedł przez ulicę i zmierzał w jej stronę.

– Czekają na panią na dachu.

– Jak mam się tam dostać?

– Proszę iść za mną. Zaprowadzę panią na górę.

– Jest pan nowy w wydziale zabójstw? Chyba się nie znamy.

– Przepraszam. Powinienem się przedstawić. Detektyw Johnny Tam z dzielnicy A-jeden. Pani detektyw Rizzoli potrzebowała kogoś z okolicy, kto mógłby służyć jako tłumacz, a ja jestem rodowitym Chińczykiem, więc wciągnęli mnie do jej grapy.

– Po raz pierwszy pracuje pan przy zabójstwie?

– Tak, proszę pani. Zawsze o tym marzyłem. Dopiero dwa miesiące temu zdałem egzamin na licencję detektywa i jestem naprawdę doskonale przygotowany.

Detektyw Tam, dziarskim głosem nakazując gapiom, by ich przepuścili, przeprowadził ją przez tłum i otworzył drzwi do budynku, z którego bił intensywny zapach czosnku i kadzidła.

– Zauważyłam, że posługuje się pan mandaryńskim. Czy również kantońskim? – spytała.

– Słyszy pani różnicę?

– Kiedyś mieszkałam w San Francisco. Wielu moich znajomych było Chińczykami.

– Chciałbym znać kantoński, ale niestety dla mnie ten język jest jak greka – powiedział, kiedy wchodzili po schodach.

– Obawiam się, że mój chiński nie jest tu zbyt przydatny. Większość tej starej emigracji mówi po kantońsku albo w dialekcie Taishan. Z reguły mi też przydałby się tłumacz.

– A więc nie jest pan z Bostonu?

– Urodziłem się i wychowałem w Nowym Jorku. Moi rodzice przyjechali z prowincji Fujian.

Dotarli na samą górę, otworzyli drzwi i wyszli wprost na zalany oślepiającym porannym słońcem dach. Maura zmrużyła oczy. Zobaczyła przeczesujących dach techników z ekipy badającej miejsce zbrodni i usłyszała, jak ktoś woła:

– Znaleźliśmy następną łuskę po naboju!

– To ile ich razem mamy? Pięć, tak?

– Oznacz je i zapakuj do torebek.

Nagle głosy ucichły. Maura zdała sobie sprawę, że wszyscy na nią patrzą. Oto przyszła zdrajczyni.

– Cześć, pani doktor! – zawołała Jane, idąc w jej stronę. Wiatr rozwiewał jej ciemne włosy. – Widzę, że detektyw Tam jednak cię znalazł.

– O co chodzi z tymi łuskami? – spytała Maura. – Kiedy zadzwoniłaś, powiedziałaś, że to była amputacja.

– To prawda. Ale w tym zaułku na dole znaleźliśmy pistolet maszynowy Heckler and Koch. Wygląda na to, że ktoś wystrzelił tu kilka naboi. Co najmniej pięć.

– Czy ktoś słyszał strzały? Wiemy, o której mniej więcej godzinie to się wydarzyło?

– Pistolet miał tłumik, więc nikt niczego nie słyszał – Jane odwróciła się w drugą stronę. – Ofiara jest tutaj.