Wydawca: Filia Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 213 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Milaczek - Magdalena Witkiewicz

Lubicie Bridget Jones z jej niesforną naturą i tendencją do popełniania zabawnych gaf? Pokochacie Milaczka!

Milenka po powrocie z pracy włożyła różowy dresik ze Snoopym,

zjadła resztkę świątecznego makowca i zasiadła do komputera.

www.randki.pl/login: Milaczek/hasło: starapanna (...)

Tytułowy Milaczek to młoda kobieta, która nieustająco poszukuje miłości swojego życia.

Tak jak to bywa w komediach romantycznych... Robi to w nieco oryginalny i trochę nieudolny sposób. Na szczęście pomagają jej w tym  ekscentryczna ciotka, Zofia Kruk, oraz Bachor, czyli urocza i rezolutna ośmioletnia sąsiadka. A pod nogami plącze im się

Parys Antonio, pies arystokrata.

 

Magdalena Witkiewicz to autorka m.in. takich bestsellerów, jak: Opowieść niewiernej i Szkoła żon. Zaczęła pisanie na urlopie macierzyńskim i jest przykładem kobiety, której dzieci nie pokrzyżowały planów zawodowych. Wręcz przeciwnie.

Opinie o ebooku Milaczek - Magdalena Witkiewicz

Fragment ebooka Milaczek - Magdalena Witkiewicz

MagdalenaWitkiewicz
Milaczek
Wydawnictwo Filia

Liliance, wnuczce sąsiadów z czwartego piętra.

DZIŚ

– I wtedy coś pierdykło pod moim oknem. Na początku nie zwróciłam na to uwagi. Pierdykło, to pierdykło. Nie będę przecież sobie zawracać głowy byle pierdyknięciem. Gadałam właśnie z Dorotą i wspominałyśmy, jak to mu odpłaciłam pięknym za nadobne. Potem jednak coś mnie tknęło. Wlazłam na parapet, wyjrzałam przez okno i zobaczyłam, że mój samochód się pali.

– Jak to pali? – Majka otworzyła szeroko oczy i przechyliła kieliszek, tak że wylała połowę wina na siebie, czego nawet nie zauważyła. Czerwony kolor idealnie komponował się z bielą jej spodni. – Załatwiła ci samochód?

– No, nie wiem czy to ona. Śledztwo umorzyli. Samochód się palił, generalnie już go wcale nie było widać, jak wyjrzałam przez to okno. Długo trwało, zanim do mnie dotarło, że to mój...

– No i co? – Majka nadal trzymała przechylony kieliszek. Z rozdziawionymi ustami nie wyglądała zbyt inteligentnie.

– Pierwsze, co pomyślałam, to „co ja znowu namieszałam, że on się zapalił”. Pomyślałam tak oczywiście zaraz po tym, jak odzyskałam oddech. Drugie, zaczęłam się zastanawiać, co powie tata i jak ja mu to wszystko opowiem albo co powinnam nakłamać. A potem sobie przypomniałam o przebitych oponach w moim rowerze, mailach dotyczących rys na lakierze i popsutych klockach hamulcowych w moim „ślicznym czerwonym autku”. I coś z lekka zaczęło mi się układać... Wybiegając z klatki, natknęłam się przy drzwiach wejściowych na moją mamę, która wracała z pracy. Niemal nie zwróciłam na nią uwagi, tylko spojrzałam na samochód i krzyknęłam: „Szlag by to!”. Mama otworzyła szeroko oczy ze zdziwienia. Już chciała powiedzieć kilka słów na temat stosownego wychowania panny z dobrego domu, bądź co bądź wciąż na wydaniu, ale podążyła za moim wzrokiem... „O szlag by to!” – powtórzyła za mną i upuściła torbę z jajkami. I tak stałyśmy obie, co jakiś czas klnąc jeszcze z cicha i patrząc to na samochód, to na coraz liczniejszą grupę gapiów zbierających się wokół, dopóki nie przyjechała policja i straż pożarna. Nie wiem, ile to trwało, ale obie się ocknęłyśmy, gdy jajka zostały już wylizane przez psa sąsiadów.

WCZEŚNIEJ

Pies sąsiadów, arystokrata, seter angielski, zwany Parysem Antoniem, miał w zwyczaju zjadać wszystko to, co niedozwolone i na pewno szkodliwe dla jego arystokratycznego żołądka...

Zżerał właśnie bułkę znalezioną na śmietniku, a wyrzuconą wczoraj przez Zuzę spod jedynki w drodze powrotnej ze szkoły. I prawdę mówiąc, mało go to obchodziło, że na piątym piętrze Milena stawała właśnie na wagę, przytrzymując się szafy, ściany i wszystkiego wokół, by ważyć jak najmniej. Oczywiście stała goła, bez śniadania i po wizycie w toalecie.

Póki trzymała się kurczowo szafy, było względnie dobrze. Jakieś siedemdziesiąt kilo, w porywach do siedemdziesięciu trzech, co przy wzroście koszykarki byłoby całkiem niezłym osiągnięciem. Tyle że tylko wzrost miała koszykarki, bo z koszykówką czy jakimkolwiek innym sportem Milena nie miała nigdy nic wspólnego.

Kiedyś poprzedni chłopak zabrał ją na mecz koszykówki, gdzie grała drużyna Trefl Sopot. Darła się niesamowicie, kibicując, choć nie do końca wiedziała, o co w tym wszystkim chodzi. Podobało jej się tym bardziej, że z kolegą chłopaka przyszła jego nowa dziewczyna, blond piękność Lidia, która okazała się jej starą przyjaciółką z podstawówki. Cały mecz miały co robić – niekoniecznie wiązało się to z obserwacją tłumu biegających mężczyzn, bądź co bądź przystojnych.

Zamknęła oczy i puściła się szafy. Chwilę się zastanawiała, czy na pewno warto je otworzyć, ale przezwyciężyła strach. Osiemdziesiąt pięć, przecinek trzy.

Zaklęła sobie siarczyście, chociaż robiła to bardzo rzadko. Tylko w bardzo ekstremalnych sytuacjach. A ta sytuacja była ekstremalna.

Miała dwa wyjścia z sytuacji – albo proszkowane świństwo, albo ruscy cudotwórcy. Tylko te metody na nią działały.

Odchudzała się od zawsze. Jej życie zasadniczo dzieliło się na momenty szczęśliwsze, kiedy zapinała pasek na ostatnią dziurkę, miała pomalowane paznokcie i iskierki w oczach, oraz na momenty pełne zgryzoty, kiedy przeżuwając zbędne kalorie, stała nad palnikiem i rozżarzonym gwoździem wypalała kolejną dziurkę w pasku bądź odkładała spodnie na półkę z niewidocznym napisem „napóźniejjakbędęchudsza”, a jej tłuste włosy związane w kucyk zwisały smętnie. Teraz również była w nastroju „jestem gruba, to po co mam się starać”. Koszula nocna w szkarłatnym kolorze, prezent świąteczny od brata, rozmiar 44, okazała się trochę przyciasna i zdecydowanie psuła jej humor.

Stała zatem goła na tej wadze, włosy miała tłuste, bo przecież mokre włosy więcej ważą niż suche, i po raz sto pięćdziesiąty trzeci w życiu obiecywała sobie, że schudnie, że będzie ważyć sześćdziesiąt cztery kilo i tym razem to na pewno się uda.

Kiedyś już się jej udało. Była u ruskich cudotwórców. Pan w ciemnym garniturze, z długą siwą brodą spojrzał jej głęboko w oczy za pomocą jakiegoś sprzętu. Odstawił sprzęt, zionął jej prosto w twarz czosnkiem i stwierdził:

– Pani Milena, wątroba cziooorna jest.

– Aaach – westchnęła przerażona i wyobraziła sobie swoją wątrobę czarną jak węgiel drzewny na grillu, na którym smaży się pyszna karkóweczka, a tłuszczyk cieknie i skwierczy...

– Trzustka czioooooorna jest!

– Aaach! – Jej czarne oczy zrobiły się jeszcze bardziej cziooorne.

– Żołądek, macica, nerki...

– Cziooorne są? – zapytała przerażona.

– Cziorne, pani Milena. Cziorne.

Cudotwórca wyjął planszę z trzewiami człowieka obazgranymi cyrylicą, co wyglądało jeszcze bardziej dramatycznie, i zaczął tłumaczyć, co jest cziooorne i dlaczego.

Poczuła się wtedy strasznie chora. Jakby miała umrzeć za chwilę albo za dwie. Była zdecydowana zrobić wszystko, co jej każą, już nawet nie po to, by schudnąć, ale po to, by to co cziooorne, cziooorne być przestało.

Piła zioła, jadła warzywka i jogurty. Była masowana, nakłuwana, naciskana i podgrzewana tajemnym ciepłem bioterapii. Po kilku tygodniach stała się chudsza o kilkanaście kilogramów. Jej portfel również.

Obraziła się na cudotwórców w momencie, kiedy masażysta Siergiej, śpiewając rosyjskie romanse, zaczął składać pocałunki na jej nagich plecach, przekonując ją, że przyjacielskie pocałunki to nic złego, a wręcz bardzo pożądanego. Nie powiedział wprawdzie, że Milena była również pożądana przez niego i to w niezupełnie przyjacielskich celach, ale szybko sama to zrozumiała.

Zwiała z cyckami na wierzchu do recepcji i dopiero kiedy wykrzyczała swoje żale, wymachując rękami i nie zważając na zdziwione miny oczekujących pacjentów płci obojga, zauważyła panią Anię, szefową całego interesu, która podawała jej ręcznik do okrycia.

Spłonęła rumieńcem i uciekła z powrotem do gabinetu, znowu w ramiona Siergieja, który akurat popijał coś z piersiówki.

Na szczęście podążyła za nią pani Ania. Kobieta wtargnęła do środka, zamknęła drzwi i popchnęła Siergieja tak, że aż usiadł na podłogę. Ten, niezrażony, wyciągnął do niej rękę z piersiówką i z miłym uśmiechem zapytał:

– Pani Ania, samohonku pooodać?

***

Nie. Na Siergieja tym razem nie miała ochoty. Na samohonek może bardziej. Pozostało sproszkowane świństwo, dieta ostatniej szansy. Od jutra.

MILENA

Milena mieszkała z rodzicami. Miała swój pokój, swój komputer, swój tapczan i swoją szafę z ubraniami w rozmiarach od 38 do 46.

Nie miała swojego faceta.

To był dla niej wielki problem.

Przez całe dwudziestosześcioletnie życie zdążyła już porzucić kilku mężczyzn, rozkochać w sobie wielu, ale cały czas była przekonana, że jej dobra passa się skończyła, a nawet, że dobrej passy nigdy nie było. Ogarnęła ją pewność, że nigdy się nie zakocha, bo już raz kochała, ale porzuciła i nie ma odwrotu. Bo miał inną. Fantastyczną.

„Milenko, mówię ci, fan-ta-stycz-na. I taka inna”.

Jasne, że inna. Była dwa razy niższa od Milenki, i dwa razy chudsza. Miała dwa razy większy biust i dwa razy dłuższe włosy. To doprowadzało Milenkę do rozpaczy.

Czasami przypominała sobie z nieukrywaną satysfakcją, że ta Fantastyczna była też niemalże dwa razy starsza. To były nieliczne chwile, kiedy myśląc o tej drugiej, miała uśmiech na twarzy. Złośliwy, ale uśmiech.

Milenka najprawdopodobniej „inna” nie była. I najwyraźniej fantastyczna też nie. Bo mężczyzna jej życia do niej nie wrócił i z Fantastyczną był już jakieś pięć lat.

Po powrocie z pracy – jak zwykle w okresie międzyświątecznym nudnej – włożyła różowy dresik ze Snoopym (również gwiazdkowy prezent od brata, w rozmiarze 46, na szczęście dobry), zjadła resztkę świątecznego makowca (wszakże od jutra proszkowane) i zasiadła do komputera.

www.randki.pl

Login: Milaczek

Hasło: starapanna

Miała dwie nowe wiadomości. Pierwszą od mężczyzny o śpiewnym pseudonimie Pavarotti69, a drugą od Leoncia.

Pavarotti69 pisał: „Milaczku, przeczytałem twój opis. Zainteresowała mnie Twoja osoba. Piszesz, że czytasz książki. Ja nie lubię książek, ale lubię sex. Czy chciałabyś się ze mną spotkać? Czekam na Twoją odpowiedź!”.

Leoncio natomiast był żonaty, żona go nie rozumiała i chciał spróbować zacząć od nowa z kimś takim jak „cudny Milaczek”.

Cudny Milaczek zwątpił. Po dwóch miesiącach korzystania z portalu randkowego wróciła wizja staropanieństwa i dziewczyna stwierdziła, że umówić chcą się z nią jedynie: napaleni zboczeńcy, żonaci, z dziećmi, żonaci z dziećmi, młodzieńcy w wieku od piętnastu do dwudziestu lat.

Na żadnego z nich nie miała ochoty. Ona chciała wziąć ślub, mieć biały welon i gromadkę dzieci, oczywiście anielsko grzecznych. I chciała się zakochać. Najnormalniej na świecie chciała poczuć motyle w brzuchu, dreszcze, nie móc jeść, nie móc myśleć. Chciała zachorować na Miłość.

***

– Mileno, telefon! – Usłyszała głos mamy.

– Nie ma mnie! – krzyknęła Milena, zanurzając się jeszcze głębiej w truskawkową pianę w wannie. Wanna była jej odskocznią od czasu, kiedy zobaczyła Alexis Carrington relaksującą się przy świecach i dmuchającą karminowymi ustami w pianę.

– Mówi, że jej nie ma. – Usłyszała.

Mila kiwnęła głową z aprobatą, zmrużyła oczy, zanuciła razem ze Steczkowską i dmuchnęła w pianę. Wyszło jej to nieco mniej seksownie niż pani Carrington. Łazienkowe echo pozwoliło jej jednak stwierdzić, że śpiewa niemalże tak ładnie jak Steczkowska.

– Mila, a kiedy będziesz? – Mama dalej krzyczała przez drzwi.

– Mamo, nie będzie mnie nigdy. Ja tu już zostanę! Dobrze mi tu! I truskawkowo! Dziewczyna Szamaaana – śpiewała.

– Nie, proszę pana. Nie będzie jej już chyba nigdy. Jest jej truskawkowo i jest z jakimś szamanem. Nie będzie jej już chyba nigdy. Tak, proszę pana, nigdy. W każdym razie tak mówi.

***

– Proszę pana??? – Mila wybiegła z wanny, omotana co prawda w ręcznik, ale i tak kapiąca i zostawiająca mokre plamy na parkiecie. – Jak to, proszę pana?

Wyrwała mamie słuchawkę z ręki.

– Halooo... – Miała zwyczaj przeciągać ostatnie „o”, by rozmówca miał wrażenie, że rozmawia z kociakiem. Tak... z osiemdziesięciopięciokilowym kociakiem ociekającym wodą.

– Ach, to pan... ty... Tak, tak, wiem, o kogo chodzi. – Zaczerwieniła się speszona.

Mama co rusz wychylała się zza drzwi i wymownie grzebała sobie w zębach, warcząc i burcząc. Mila uniosła brwi. Mama znowu otworzyła usta i tym razem przejechała sobie po zębach długopisem, szybko nim potrząsając.

Milena zrozumiała. Zniecierpliwiona pokiwała głową w stronę mamy.

– Tak, będę gotowa. Znasz adres? Ciocia podała? No to pa.

Odłożyła słuchawkę.

– Tak, mamo. Dentysta. Przyjedzie dziś po mnie. Na spacer jakiś czy coś.

Mama, rozanielona, nie zauważyła, że jest cała umazana tuszem.

– Muśka, jesteś zielona. Od długopisu.

ZOFIA KRUK

Pani Zofia Kruk bawiła się w swatkę.

Dentystę dla Mileny wymyśliła, siedząc z otwartą buzią na fotelu u czterdziestoletniego doktora Mariusza Rubika, który zakładał jej plombę. Doktor Rubik od piętnastu minut zwierzał się pani Zofii, jaki to jest samotny i jak potrzebuje drugiej połówki jabłka. Połowa jabłka Zofię urzekła. Z otwartymi ustami mogła jedynie mrugać ze zrozumieniem, co też czyniła.

Od razu oczyma duszy zobaczyła Milenę, swoją siostrzenicę, w objęciach dentysty. Romantyczny obraz psuł nieco fakt, że jedyną scenerią, w jakiej mogła sobie wyobrazić Milenkę z dentystą, był gabinet dentystyczny. Konkretnie fotel. A wyobraźnię pani Zofia Kruk miała olbrzymią. Odważne wytwory fantazji były nieco zniekształcone przez to, że doktora Mariusza Rubika nie była sobie w stanie wyobrazić inaczej, niż z odsysaczem do śliny. Zatem cokolwiek robił w jej wizjach pan doktor z córką jej jedynej siostry, widziała go z odsysaczem, i niezależnie od tego, w jaki sposób zbliżał się do Milenki, odsysacz syczał i nie dawał o sobie zapomnieć.

Gdy pani Zofia Kruk po kilkunastu minutach mrugania oczami w geście zrozumienia dla samotności pana doktora pozbyła się syczącego odsysacza i zamknęła wreszcie usta, zaraz je otworzyła, by powiedzieć:

– Mam siostrzenicę.

Dentysta uniósł brwi.

– Mądra, ładna. I dobra dziewczyna. Wie pan co, ja dam panu numer telefonu. – Wyjęła komórkę z torebki.

– Pisze pan? Milaczek, 502... – Podała numer dwa razy. – Ma pan doktor?

Pan doktor miał. Zapisał telefon, wyciągnął od pani Zofii kolejne dwie stówki za ząb i postanowił sobie, że jak coś z tego wyjdzie, następną plombę pani Zofia będzie miała za darmo. No, może nie za darmo. Po kosztach.

Pani Zofia wyszła z gabinetu z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku. Jako kobieta ponadsześćdziesięcioletnia nie miałaby nic przeciwko romansowi z dentystą. Ale jak tu się oddać mężczyźnie, który widział jej lewą dolną czwórkę od środka? Było to niemożliwe. Nie zrażała jej bynajmniej różnica wieku wynosząca dwadzieścia lat. Przez całe życie miała tylu kochanków, że takimi błahymi sprawami, jak wiek, nie zaprzątała sobie głowy.

Zofia Kruk była wdową. Wdową od przeszło czterdziestu lat. Rodzice zmusili ją do małżeństwa ze starszym od niej ponad trzydzieści lat Zenobim Krukiem, który nie wytrzymał nocy poślubnej z Zofiją i opuścił ziemski padół z wielkim uśmiechem na twarzy.

Dwudziestoletnia wówczas Zofia poczuła ulgę. Ulgę, a zarazem moc. Dostrzegła moc swojej kobiecości, która potrafiła wzniecić ogień na tyle mocny, że zostawał tylko popiół. Moc pieniądza poczuła niewiele później, kiedy to okazało się, że pozostał nie tylko popiół, gdyż Zenobi Kruk zostawił żonie cały majątek. A było tego więcej, niż się wydawało.

Zofia miała wszystko, co kiedykolwiek mieć chciała. Pieniądze.

Nie rozumiała Milenki i jej pragnień związanych z dziećmi, domem, rodziną. Od kilkunastu lat miała swojego pana Staszka, który przychodził wtedy, kiedy miała na to ochotę, a wychodził bądź był wyrzucany, gdy się jej znudził. Poza panem Staszkiem miała kilku innych, w zależności od nastroju. Milenkę jednak kochała jak własne dziecko, którego nigdy nie miała i prawdę mówiąc, nigdy nie chciała mieć. Odkąd siostrzenica pokazała jej portal randkowy, dzięki czemu spędziła kilka upojnych chwil z pewnym Pavarottim69, który uderzał w jej najczulsze struny, pokochała ją jeszcze bardziej.

Dlatego też, gdy usłyszała o dwóch połówkach jabłka, zaczęła sobie najpierw wyobrażać namiętny seks Milenki z dentystą, a zaraz potem Milę w białej sukni z welonem. Dzieci jakoś nie mogła sobie wyobrazić. Pewnie ten odsysacz do śliny przeszkadzał.

Włożyła okulary i wystukała numer Mileny.

– Mila, mam dla ciebie dentystę.

– Ciociu, ja już mam dentystkę. Zresztą wszystkie zęby mam w porządku, wybielić może jedynie...

– Kochanie, wybielaj sobie, co tam chcesz, ja ci męża znalazłam. Szuka drugiej połówki jabłka. I pomyślałam, Milenko, o tobie.

Milenę zatkało. Nie podejrzewała cioci Zosi o znajdowanie połówek jabłka. Jedyne połówki, jakie ją interesowały, to te, które pan Staszek przygotowywał do drinków. A jeżeli chodzi o owoce, to ciocia Zosia od kilku lat bezskutecznie poszukiwała na swoich udach skórki pomarańczy. Zawsze wzbudzała tym w Mili wielką zazdrość, bo choć ona od paru dobrych miesięcy wcierała liczne specyfiki antycellulitowe (prezent od brata na urodziny), to nie tylko połówkę, ale i całe kilogramy pomarańczy można było znaleźć na jej udach.

***

– Majka, możesz gadać? – Mila zadzwoniła do przyjaciółki. – Ciotka Zofia swata mnie z dentystą! Majka, on mi się dzisiaj śnił! Wyglądał jak mój ginekolog. Był gruby i łysy, miał krzaczaste wąsy!

– O! Randka! – Majka była wyraźnie ucieszona. – Idź do fryzjera i pomaluj pazury! Zawsze to jakaś okazja!

– Majka, ale ten sen! Obudziłam się zlana potem, bynajmniej nie z powodu uniesień miłosnych. To był zimny pot, z lęku i przerażenia! A jak ja jestem dla niego za głupia? On ma dwie specjalizacje!!!

– Mila, głupia nie jesteś, studia masz, nie bój się.

– On powiedział cioci, że się boi, że będę słodką idiotką! Ja chyba nie jestem słodką idiotką, co?

Gdy już Majce udało się uspokoić Milenę, że nie jest słodką idiotką i że ma IQ zdecydowanie powyżej przeciętnej, Mili coś się przypomniało i natychmiast zakończyła rozmowę.

Wykonała kolejny telefon.

– Ciociu! – krzyknęła. – Gdzie ciocia jest? Na masażu? Może ciocia gadać?

– Jasne, Milenko – odpowiedziała pani Zofia, mrucząc z cicha.

– Ciociu, ja mam metr siedemdziesiąt osiem! – wykrzyknęła.

– Wiem, Milenko, i co z tego?

– Ciociu, on jest wyższy? – zapytała przerażona. Wiele by zniosła, ale niższego faceta zdecydowanie nie, a większość mężczyzn na tym padole łez była od niej niższa. – Ciociu, już mi wszystko jedno, czy jest łysy i ma krzaczaste wąsy, byle był wyższy!

– Milenko, kochanie, spokojnie. Przecież niższego bym ci nie proponowała. Idź, skarbie, do fryzjera. Wyluzuj się!

***

Ciocia Zofia Kruk właśnie się luzowała.

– Panie Siergieju, pyszny! Naprawdę sam pan go zrobił?

Leżała na kozetce, głośno się zaśmiewając, a Siergiej – masażysta – kropelkami wlewał jej w usta samogonek. Zofia oblizywała seksownie wargi.

– Sofija, jeszczio samohonku?

– Ależ, panie Siergieju, masaż miał być. Podwójny, panie Siergieju, całego ciała. – Pani Zofia lekko odsunęła koronkowe majtki. – Panie Siergieju, pan mnie tak nie zostawia, tłuszczyk się zbiera tu i tam. – Podniosła wysoko zgrabną nogę. – Pomasować troszkę trzeba. Galaretkę mam, panie Siergieju! – Odwróciła się szybko na brzuch i klepnęła w pośladki. – Tu mam galaretkę!

Pan Siergiej, zachęcony, również klepnął panią Zofię w pośladki. Perlisty śmiech wypełnił cały gabinet. Uśmiechnięty masażysta zaczął poklepywać ochoczo panią Kruk, a ta słodko chichotała.

Chwilę potem na jej plecy zaczęły spadać pierwsze przyjacielskie pocałunki. Pani Zofia odwróciła się i mocno przycisnęła Siergieja do siebie. W tym momencie spadła ze stołu do masażu, masażysta upadł wraz z nią, a do gabinetu weszła pani Ania.

Z lekka zaniepokojona Zofia okryła dłońmi swoje bujne piersi, dzieło chirurga plastycznego, jej przygody sprzed kilku lat, i usiadła na podłodze, wdzięcznie krzyżując nogi. Siergiej odsunął długie włosy z czoła, popatrzył nieprzytomnie na panią Anię i z uśmiechem zapytał:

– Pani Ania, samohonku?

Tak, wiedziałam, co dobre, biorąc od Milenki telefon do tych cudotwórców – pomyślała pani Zofia Kruk, zapisując się na serię piętnastu kolejnych masaży do pana Siergieja, po czym oblizała usta.

Nie wiadomo, czy po samogonku czy po przyjacielskich pocałunkach jurnego masażysty.

BACHOR

Na parterze pod jedynką mieszkał Bachor. Bachor nosił zwykle zielone spodnie moro, glany i koszulkę z napisem „Pearl Jam”. Miał buńczuczny wyraz twarzy i nieznośny charakter. Bachor był długowłosą blondynką o twarzy aniołka i nazywał się Zuza. Miał siedem lat. Psocił nieustannie i wszędzie go było pełno. Ulubione zajęcie Bachora stanowiło karmienie Parysa Antonia rzeczami, które niekoniecznie pies arystokrata powinien jeść. Na porządku dziennym były resztki kanapek, ale też karaluchy i chrząszcze oraz zdechłe pszczoły.

Parys Antonio nie był wybredny. Jadł wszystko i zawsze strasznie się cieszył, a Zuza patrzyła na jego reakcje i zapisywała spostrzeżenia w zeszycie z trupią czaszką.

Zapisywała tam również wszystkie narzeczone swojego taty. Już dawno podzieliła ostatnią kartkę na dwie kolumny: „baby halo” i „baby nie halo”. Swojego tatę kochała miłością bezgraniczną i zupełnie ślepą. Nie miała zamiaru być jedyną kobietą w jego życiu, ale jeśli już musiała się z kimś nim dzielić, to zdecydowanie z jakąś panią, która była „halo”. Na razie ta kolumna pozostawała pusta.

Mama Bachora o wdzięcznym imieniu Julitta nie wytrzymała depresji poporodowej oraz ogromu obowiązków związanych z małym dzieckiem i trzy miesiące po porodzie wyjechała do Norwegii. Zostawiła Jacka, małą Zuzię oraz list, że już nie wróci i że mają radzić sobie sami. Zatem radzili sobie, jak mogli.

Jaca, długowłosy informatyk prowadzący do tej pory dość imprezowe życie, dogadał się z szefem i większość roboty wykonywał w domu. Powodziło mu się nieźle, więc do Zuzi przychodziła pani Wandzia, która zdecydowanie dbała o zdrowie psychiczne Jacka i o zdrowie, nie tylko psychiczne, Zuzi.

Jacek zakładał wtedy słuchawki na uszy, puszczał na cały głos Pearl Jam albo inną Nirvanę i z zapałem stukał w klawisze. Uwielbiał muzykę. W szczególności grunge. Swoją córkę też kochał, choć do pewnego momentu było to bardzo trudne. Zakochał się w niej tak naprawdę bez reszty, kiedy siedząc mu na kolanach i słysząc jego duet z Eddie’m Vedderem, przekonujący sąsiadów w promieniu stu metrów, że oni still alive, mała zaczęła potrząsać w rytm muzyki swoimi już wtedy bujnymi włosami. Od tej pory zapoznawał ją z całą dyskografią chłopaków z Seattle. W wieku lat trzech, zamiast „jadą, jadą misie”, Zuza śpiewała głośno, jadąc w wózku, „kreeeeeejjjzi meryyy”.

DENTYSTA

Mariusz Rubik zawsze był indywidualistą. Nie zawsze robił to, czego od niego oczekiwano, a czasami postępował wręcz odwrotnie. Jedynym autorytetem była dla niego matka.

Pochodził z małego miasteczka nieopodal Gdańska, gdzie jego rodzice prowadzili drogerię. Mariusz trochę im pomagał, ale w zasadzie unikał tego jak ognia. Mama nie miała nic przeciwko temu, nie chciała angażować syna w biznes rodzinny. Miała inne plany.

Chciała, by był KIMŚ.

Przez całą szkołę podstawową był jednak tylko syneczkiem mamusi, która każdego dnia roztaczała nad nim parasol ochronny. Łudziła się, że kiedyś będzie inaczej.

Co rano mały Mariusz Rubik był odprowadzany do szkoły przez tatę, a popołudniem wracał z mamą, która niosła jego ciężki, a czasem nawet lekki tornister. Nie miał kolegów. Nie grał w piłkę, nie bawił się w wojnę, nie strzelał z procy. Był grzeczny. Zbyt grzeczny. Z jednej strony cieszyło to panią Rubik, a z drugiej strony chciała, by chłopak realizował swoje pasje. Pasje, których w zasadzie nie miał.

Uczył się tego, co mu odpowiadało. W szkole podstawowej nic mu nie odpowiadało, więc się nie uczył. Całymi dniami czytał i siedział w oknie, obserwując rzeczywistość.

Kiedy zobaczył swoje nazwisko na liście przyjętych do liceum, poczuł, że dostał szansę od losu. Był na ostatniej pozycji. A w jego nazwisku był błąd.

Kilka lat później również szukał swojego nazwiska na pewnej liście. Jego samozaparcie i przeświadczenie, że wie, czego chce, oraz coś w rodzaju „pasji”, dopiero co odkrytej, sprawiły, że był czwarty.

Mariusz Rubik został studentem Akademii Medycznej. Podczas sześciu lat studiów pilnie się uczył, jeździł na sympozja, odbywał darmowe dyżury nocne w szpitalach i spotykał się, z kim trzeba. Było to w zasadzie wszystko, co robił.

Nie chodził na randki, nie bawił się. Studia skończył z wyróżnieniem i tak szybko, jak to było możliwe, zrobił dwie specjalizacje. Prywatny gabinet otworzył w międzyczasie.

Był przystojnym, wysokim mężczyzną. Może nieco zbyt chudym, ale to tylko dodawało jego sylwetce smukłości. Miał jasne włosy, które – obcinane bardzo rzadko – niesfornie wiły się wokół jego głowy, zielononiebieskie oczy i lekko garbaty nos. Doskonale tańczył, doskonale jeździł na nartach i doskonale pływał. Jego zdaniem wszystko robił doskonale. I był przeświadczony, że każda kobieta marzy, by go usidlić. O swoich podbojach miłosnych opowiadał ze szczegółami, jednak nikt nie był w stanie tego zweryfikować.

Jednego lata marzył o Hiszpankach, kolejnego zaś o Włoszkach. Innym razem pragnął zwykłej kaszubskiej dziewczyny, a zaraz potem urzekały go Niemki. Ale tak naprawdę był sam, chociaż nie samotny.

Do tej pory wydawało mu się, że nie jest jeszcze gotowy na żonę. Myślał, że ma dużo czasu. W swoje czterdzieste urodziny, spędzone między innymi na borowaniu lewej dolnej czwórki pani Zofii Kruk, uświadomił sobie, że ten czas już się powoli kończy.