Mikroludzie - Bernard Werber - ebook + książka

Mikroludzie ebook

Bernard Werber

4,3

Opis

Mniejsi, bardziej odporni i solidarni. Czy Mikroludzie są przyszłością cywilizacji... czy jej końcem? Kontynuacja bestsellerowej powieści „Trzecia ludzkość”! Francuskie przedsiębiorstwo Pigmej Prod komercjalizuje usługi nowej rasy ludzkiej: Emceków – kobiet i mężczyzn, których wzrost nie przekracza siedemnastu centymetrów. Te zredukowane istoty wykonują przeróżne zadania na całym świecie: ratują górników z zawalonych korytarzy w kopalniach, przeprowadzają operacje na otwartym sercu, docierają do grożących wybuchem reaktorów jądrowych… Ich mały wzrost i precyzyjne ruchy czynią cuda; niektórzy wyróżnili się nawet bohaterskimi czynami. Sprawy mogłyby toczyć się dalej w ten sposób, gdyby nie pewne bulwersujące zdarzenie. Nastoletni Austriak nagrywa amatorski film, na którym torturuje troje Emceków. W Internecie zaczyna wrzeć… David Wells, będący jednym z inicjatorów projektu, uświadamia sobie, że Mikroludzie nie są dobrze traktowani i aktywnie walczy o przyznanie Emcekom ich praw. W tym czasie maleńkie istoty organizują ruch oporu… „Swoją najnowszą powieścią Bernard Werber udowadnia, że jest prawdziwym wizjonerem”. L'Express „Autor światowego bestsellera Imperium mrówek – nasz dzisiejszy Juliusz Verne – stworzył mikroludzkość. Fantastyczna książka dla każdej publiczności”. France Info

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 439

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,3 (7 ocen)
4
2
0
1
0

Popularność




Tytuł oryginału:

LES MICRO-HUMAINS

Copyright © Editions Albin Michel et Bernard Werber - Paris 2013

Copyright © 2017 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2017 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

Redakcja: Marcin Grabski i Olga Rutkowska

Korekta: Izabela Sieranc, Aneta Iwan, Agnieszka Majewska

ISBN: 978-83-8110-192-9

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o. o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:[email protected]

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2017

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Dla Frédérica Saldmanna

OSTRZEŻENIE

Niniejsza historia toczy się w czasie względnym, a nie w absolutnym.

Rozgrywa się dokładnie dziesięć lat – co do dnia – po tym, jak otworzycie tę książkę i zaczniecie ją czytać.

Na metamorfozę danej istoty składa się wiele następujących po sobie etapów rozwoju.

Pierwsza faza polega na uzyskaniu samouświadomienia, które pociąga za sobą chęć zmiany.

W drugiej fazie gąsienica musi oczyścić się z przeszłości. Cierpi na gwałtowne kolki, biegunki i wymioty. Oczyszczenie to jest bolesne, lecz konieczne.

Wreszcie, czysta i odciążona, zawisa ona głową w dół z gałęzi i tka ochronny kokon z jedwabiu. Za grubą i nieprzeźroczystą zasłoną, która ochroni ją przed światłem i spojrzeniami, gąsienica się szykuje.

W odpowiedniej chwili jedwabna chusta zostaje rozdarta. Gąsienica ukazuje się pod nową postacią: poczwarki.

Nieruchoma, oddycha powoli, podobna do zalakowanej mumii. Poczwarka jest bardzo wrażliwa. Żeby nie zwracać na siebie uwagi, stapia się z otoczeniem, przybierając barwę i kształt owocu, liścia lub pąka. W tym okresie jest całkowicie ślepa i zależna od wydarzeń zewnętrznych, na które nie ma żadnego wpływu i przed którymi nie może się bronić. Przypadek sprawi, czy poczwarka przeżyje tę niezbędną, ale niezwykle delikatną fazę rozwoju.

Edmund Wells,

Encyklopedia wiedzy względnej i absolutnej, tom VII

AKT PIERWSZYWiek poczwarki

Czas pochłaniania

1.

Za wszelką cenę chce, żeby jej się udało.

Wije się, napiera wszystkimi kończynami z całych sił. Czuje się ściśnięta, ale im bardziej się miota, tym bardziej ma wrażenie, że utknęła. Szuka w sobie sił, mimo wszystko się upiera. Skóra ociera się o wypukłości. Wreszcie osiąga sukces – jest w stanie posunąć się naprzód na tyle, żeby wydostać się z wąskiej gardzieli. Prostuje się, wypręża kończyny zadowolona, że zdołała pokonać kolejny niebezpieczny etap podróży. Nie tracąc czasu, rusza naprzód ciemnym i nieco szerszym tunelem, który się przed nią otwiera. Najtrudniejsze wciąż przed nią, idzie więc dalej po pochyłym terenie, oświetlonym słabym blaskiem latarki czołowej przymocowanej do kasku. Od czasu do czasu wyciąga toporek, żeby nerwowymi ruchami utorować sobie przejście wśród kamieni.

Zejście zajmuje jej znacznie więcej czasu, niż przewidywała, i po wyczerpaniu baterii żarówka elektryczna stopniowo gaśnie. Kiedy przestaje już emitować jakiekolwiek światło, zawzięta badaczka posuwa się dalej w całkowitych ciemnościach.

Pochyła i stroma gardziel staje się zbyt wąska, co wymusza poruszanie się na czworakach.

Nagle ziemia się osuwa.

Badaczka upada, nad przepaścią utrzymuje ją tylko metalowa linka. Efekt wahadła sprawia, że zostaje gwałtownie rzucona na ścianę.

Pęka kość. Przenikliwy ból rozlewa się po jej ramieniu.

Sprawną ręką badaczka sięga do kieszeni kurtki po zapalniczkę, którą oświetla najbliższe otoczenie.

Pod jej stopami otwiera się głęboka przepaść.

Zraniona ręka krwawi.

„Za bardzo boli. Tym razem przegrałam. Poddaję się, nie mogę iść dalej, zawracam”.

Chce się wciągnąć w górę i wycofać, powstrzymuje ją jednak poczucie, że nie wykorzystała do końca swoich możliwości.

„Zrobiłam, co mogłam, ale to zbyt trudne. Obiektywnie to wprost niemożliwe”.

Wykonując gwałtowne ruchy nogami, rozhuśtuje się i udaje jej się sięgnąć skały naprzeciwko. Próbuje zapomnieć o bólu, zakłada opaskę uciskową na ramię, tymczasem w głowie pojawia się powracająca wciąż myśl.

„Dam radę. Po prostu nie mogę się poddawać. Muszę wytrwać”.

Zaciska szczęki, przełyka ślinę i kontynuuje wędrówkę w dół pochyłym korytarzem. Sklepienie stopniowo obniża się przed nią, ale ona nie rezygnuje. Przejście staje się wyraźnie węższe, skała – bardziej twarda i czarna – wydaje coraz silniejszą woń. Chociaż głowa badaczki czasami ociera się o skalną ścianę, udaje jej się posuwać naprzód.

„Ta ciemna materia to musi być węgiel. Dobry znak. Zbliżam się do głównej żyły”.

Jej ramię płonie, ale ona skupia uwagę na przejściu tak wąskim, że z trudem udaje jej się przeciskać biodra.

Kiedy dociera do końca tunelu, zza kamiennej ściany dobiega ją jęk.

Z trudem wydobywa z plecaka materiały wybuchowe i układa je przy ścianie, po czym oddala się i uruchamia detonator.

Eksplozja nie drąży wystarczająco głębokiej wnęki. Dlatego – wciąż w całkowitej ciemności – badaczka kontynuuje pracę przy użyciu przenośnego młota pneumatycznego, który wyjęła z plecaka. Zranione ramię spowalnia ruchy, ale jęki dochodzące zza ściany stają się coraz wyraźniejsze i zachęcają ją do działania. Wreszcie ściana ustępuje.

„Udało mi się”.

Przedostaje się do jamy, w której są uwięzieni chilijscy górnicy. Jedni leżą bez przytomności, inni z trudem się poruszają, cicho pojękując. W powietrzu unosi się nieznośny odór.

Ona, Emma 103 683, maleńki, siedemnastocentymetrowy człowiek, ocaliła właśnie setkę ludzi, którzy utknęli pod ziemią po zawaleniu się korytarza. Sprawdza, czy istoty dziesięciokrotnie od niej większe wciąż oddychają, po czym składa relację przez mikrofon przy kasku:

– Misja wykonana.

Pokonując ból promieniujący z rany, wyjaśnia:

– Nie wyglądają świeżo, ale żyją. Możecie ich wyciągnąć z Ziemi.

2.

Nazywają mnie Ziemią.

Postrzegają mnie jako planetę.

Jako wielki, okrągły kamień.

Zapominają, kim naprawdę jestem. Nawet sobie nie wyobrażają, że jestem żywa, inteligentna i świadoma.

Traktuję ich jak małe pasożyty. Uważam, że są młodzi, delikatni, liczni i przekonani o swojej ważności.

Wielu lokatorów już po mnie przemaszerowało. Dinozaury również czuły się ważne i nie wyobrażały sobie, że planeta, po której stąpają, jest zdolna do myślenia.

W końcu mam już ponad cztery miliardy lat. Zasługuję na szacunek ze strony gatunku, który pojawił się najwyżej siedem milionów lat temu.

3.

– Niesamowity finał podróży w głąb Ziemi. Mikroczłowiek o imieniu Emma 103 683 zdołał w pojedynkę przedostać się przez labirynt kopalnianych korytarzy, mniej lub bardziej zasypanych, i dotrzeć do kieszeni powietrznej, w której stu trzydziestu trzech górników wyrobiska San José w północnym Chile już od piętnastu dni znajdowało się w potrzasku w wyniku nagłego osunięcia się skał podczas prac wydobywczych. Na szczęście górnicy zdołali znaleźć schronienie w kieszeni powietrznej, mieli także zapas wody i pożywienia na czas organizowania pomocy. Pierwsza ekipa ratunkowa zeszła do nich przez szyb, ale kolejny zawał unieruchomił ją, zmuszając do rezygnacji z podjętej akcji. Wydawało się już, że nie uda się ocalić stu trzydziestu trzech mężczyzn uwięzionych trzy kilometry od wejścia, kiedy – podobnie jak podczas dramatycznych wydarzeń w elektrowni atomowej Fukushima w Japonii – pojawił się pomysł wykorzystania Emceków, czyli miniaturowych ludzi wyprodukowanych w laboratorium.

Tym sposobem Emma 103 683 wyruszyła z misją ostatniej szansy. Maleńka bohaterka zdołała się przecisnąć przez wąskie tunele skalne średnicy zaledwie kilku centymetrów, co byłoby niemożliwe dla ludzi normalnego wzrostu. Dotarłszy w okolice jaskini, w której ugrzęzło stu trzydziestu trzech górników, mikrokobieta zdołała wysadzić ścianę, a następnie wydrążyła młotem pneumatycznym i czekanem drogę dla ratowników. Dzięki temu uwięzieni mogli być wydobyci na powierzchnię i przewiezieni do najbliższego szpitala w Copiapó. Z ostatnich doniesień wynika, że ich życiu nie zagraża niebezpieczeństwo.

Przejdźmy teraz do innych aktualności.

PIŁKA NOŻNA: Joe Falcone został wybrany na nowego trenera francuskiej drużyny narodowej. Ogłosił już, że ma zamiar wykorzenić z niej zwyczaje „rozpieszczonych i kapryśnych dzieci”. Na początek zakazał swoim graczom rozmawiać z prasą i poprosił o nienoszenie przez zawodników strojów marek ich osobistych sponsorów. Podobnie, w celu ukrócenia wszelkich plotek na temat ich ostentacyjnego stylu życia, nie będą się oni odtąd przemieszczać prywatnymi odrzutowcami ani luksusowymi samochodami. Tymczasem Joe Falcone wyraził chęć utrzymania N’Diapa na pozycji kapitana, gdyż jest on – jego zdaniem – najlepszym francuskim graczem. Natychmiast skontaktowaliśmy się z nim w Szwajcarii, gdzie obecnie przebywa. „Jak dotąd nie mieliśmy szczęścia – oznajmił – ale tym razem jestem przekonany, że zwyciężymy”.

POKOLENIE COCOONING: Analiza socjologiczna NCD, Narodowego Centrum Demograficznego, pokazuje, że nowe pokolenie staje się „pokoleniem cocooning” – żyjącym w kokonie, z którego nie ma ochoty wychodzić. Młodzi najczęściej siedzą zamknięci w swoich pokojach i nie chcą, żeby ktokolwiek im przeszkadzał, a już na pewno nie rodzice. Łączność ze światem zewnętrznym utrzymują za pośrednictwem komputerów i Internetu oraz gier w trybie multiplayer, rozmawiają w ramach sieci społecznościowych, czerpią informacje o świecie, słuchają muzyki, oglądają filmy i czytają książki, nie opuszczając fotela. Żywią się dzięki dostawom pizzy, hamburgerów lub sushi. Wystarcza im to, aby przeżyć, nie wychodząc na zewnątrz. Tendencja ta – jak się dowiadujemy – stale się pogłębia. Coraz więcej młodych ludzi ogranicza się do tego bezpiecznego sposobu życia. Jednak brak ćwiczeń fizycznych i przebywanie w odosobnieniu – twierdzą lekarze – poważnie odbije się na ich zdrowiu.

ŚRODKOWY WSCHÓD: Kolejny pogrom pielgrzymów sunnickich w Iraku, w pobliżu miasta Karbala, dokonany przez grupę szyitów. Mordercy przebrali się za policjantów i ustawili fałszywy punkt kontroli. Zatrzymali cztery autobusy z pielgrzymami udającymi się do Mekki, zmusili pasażerów do opuszczenia pojazdów i poderżnęli im po kolei gardła. Kobiety, starcy i dzieci nie zostali oszczędzeni. Liczbę ofiar szacuje się na czterysta trzydzieści osób. Scena została nagrana i wyemitowana w Internecie. Przekaz towarzyszący filmowi nawiązuje wyraźnie do święta Aszura i głosi, że chodziło o pomszczenie zabójstwa imama Al-Husajna podczas bitwy pod Karbalą w sześćset osiemdziesiątym roku przez wojska kalifa z dynastii Umajjadów, Jazida I. Według głosu spoza kadru: „Ofiary te zostały złożone, żeby ugasić pożar wściekłości szyickich męczenników. Dawna tragedia nigdy nie zostanie zmyta, jeśli nie przelejemy potoków krwi z żył wszystkich psów sunnickich”.

NAUKA: Powodzeniem zakończyła się próba wylądowania na Marsie przez sondę „Scout”, mającą badać skład powierzchni planety i jej atmosfery. To kolejny sukces tej misji kosmicznej, za którą amerykańscy podatnicy zapłacili ponad dwa miliardy dolarów, podobnie jak inne kraje zaangażowane w projekt, które dostarczyły specjalistyczną aparaturę: Francja, Wielka Brytania i Niemcy. Wydarzenie to należy uznać za milowy krok na drodze do zbadania kosmosu, tymczasem prywatny projekt kanadyjskiego miliardera Sylvaina Timsita znowu napotyka poważne problemy. „Gwiezdny Motyl 2” – olbrzymi kosmiczny żaglowiec o napędzie fotonicznym, zdolny opuścić Układ Słoneczny, boryka się z kłopotami technicznymi, które po raz kolejny zmusiły inżynierów do przesunięcia w czasie prawdopodobnej daty startu…

4.

Palec naciska przycisk pilota, wyłączając telewizor, na którego ekranie ukazywały się kolejne wiadomości. Następnie dłoń wędruje na stół zdobiony skomplikowanymi intarsjami przedstawiającymi splecione liście.

– Co teraz robimy?

Prezydent Stanislas Drouin otwiera okno. Obserwuje ogrody Pałacu Elizejskiego i ogrodników krzątających się przy pielęgnowaniu trawnika i kwiatów.

– Już od roku nasi mikroludzie dokonują na całym świecie cudów, a przedsiębiorstwo kwitnie. Czy zgodzi się pan, panie prezydencie, żeby pokazać PigmejProd dziennikarzom? – pyta Natalia Ovitz.

Głowa państwa marszczy brwi. Szpakowate włosy, niewielki brzuch i prostokątne okulary sprawiają, że wygląda na starszego, niż jest w rzeczywistości. Naprzeciwko niego pułkownik Ovitz, pięćdziesięcioletnia karlica o czarnych włosach i zdeterminowanym wyrazie twarzy, jest gotowa podjąć się misji w terenie.

– Dziennikarze? Skąd ten osobliwy pomysł?

– Domagają się tego. Sądzę, że po sukcesie misji Emmy 103 683 w Chile możemy ukazać źródło i zakres naszego powodzenia.

Prezydent nie wyraża entuzjazmu.

– Nie.

– Dlaczego?

– Jaki sens ma pokazywanie się światu? Przecież żeby zapewnić sobie szczęście i skuteczność, żyjemy w ukryciu – mówi, nie odwracając się.

Pułkownik Ovitz nie daje się zbić z tropu.

– Na tym etapie rozwoju cierpimy na niewystarczającą rozpoznawalność naszej marki. Pojawienie się w mediach powinno przechylić szalę na naszą korzyść.

– Proszę na to nie liczyć. Dziennikarze będą usiłowali nas oczernić. To ich zadanie, to padlinożercy.

– Ponieważ pan jest prezydentem, ale ja jestem tylko… szefem przedsiębiorstwa. Potrzebuję komunikacji i reklamy.

Prezydent Stanislas Drouin przygląda się przez okno swojej żonie, Bénédicte, która siedzi na ławce z laptopem na kolanach i rozmawia przez telefon.

– Chciałaby pani wyjść z podziemia i… zacząć prowadzić światowe życie?

– Powiedzmy raczej: wziąć na siebie konsekwencje naszych wyborów.

Głowa państwa odchodzi od okna i zajmuje miejsce przy biurku. Siedząc w miękkim fotelu, czuje się w pozycji siły.

Otwiera szufladę, wyciąga inkrustowane masą perłową pudełko podarowane mu przez prezydenta Tanzanii oraz sprzęt: paczuszkę kokainy i srebrną fifkę. Szykuje trzy kreski proszku i starannie wciąga je przez nos. Toksyczna substancja pali go w nozdrza, przenika do krwi, rozgrzewa gardło i – łaskocząc mózg – daje mu poczucie, że szybciej myśli.

– W końcu PigmejProd jest obecnie prywatnym przedsiębiorstwem, prawda? My, to znaczy państwo, mamy zaledwie czterdzieści dziewięć procent udziałów w spółce.

Prezydent ociera nozdrza. Jak zwykle proszek wywołuje w nim poczucie wszechmocy połączone z najgłębszą samotnością. Ma zarazem ochotę ogłosić się królem świata i popełnić samobójstwo. Uważa zresztą, że to na sile tego paradoksu opiera się prawdziwe uzależnienie.

– Zależało mi na pana przyzwoleniu, panie prezydencie, ponieważ to pan stoi u źródeł projektu miniaturyzacji istoty ludzkiej.

– Spytam z czystej ciekawości: proszę mi przypomnieć, jaki mamy interes – o ile taki istnieje – w tym, żeby pokazywać nasze tajne laboratoria szerokiej publiczności?

Kobieta prostuje się na jedwabnych poduszkach, ułożonych przez gospodarza dla jej wygody.

– Istniejemy już od roku, jesteśmy obecni na giełdzie, w celu optymalizacji rozwoju mamy tylu inwestorów, ilu klientów. W systemie kapitalistycznym, od którego jesteśmy zależni, aż się więc prosi o kampanię reklamową naszego „przedsiębiorstwa przyszłościowych technologii”.

Drouin pociąga nosem, po czym szepcze:

– Może pani robić, na co ma pani ochotę, daję pani moje błogosławieństwo. Jednakże to nie ze względu na rozwój firmy podejmuję dziś panią tutaj. I pani o tym wie.

Kobieta spuszcza wzrok, zażenowana.

– Natalio… chciałbym, żeby przedstawiła mi pani swoją wizję przyszłości. Teraz mam wrażenie, że przemawia pani do mnie jak ci przemysłowcy, których podejmuję i którzy proszą o pieniądze albo o wsparcie medialne, żebym w rezultacie zgodził się na zwolnienia…

– My jesteśmy raczej na etapie zatrudniania dodatkowego personelu, panie prezydencie.

Stanislas Drouin waha się, czy nie wciągnąć kolejnej porcji kokainy, opanowuje się jednak, po czym ponownie podchodzi do okna. Jego żona zniknęła, ale minister rolnictwa rozmawia z ministrem edukacji, któremu podtyka pod nos jakieś dokumenty.

– Natalio… Natalio… Dawniej, kiedy przychodziła pani do tego gabinetu, opowiadała mi pani o tajnych misjach, sprawiała pani, że mogłem marzyć o siedmiu możliwych drogach przyszłości.

Obserwuje dwóch ministrów, do których wkrótce dołącza trzeci – minister spraw wewnętrznych. Cała trójka porównuje wykresy. Prezydent krzywi się, zasmucony.

– Miałem wrażenie, że podczas gdy wszyscy moi koledzy byli krótkowzroczni i nie sięgali daleko w przyszłość, ja i tylko ja, dzięki pani, Natalio, mogłem mieć wgląd w dalsze plany. Kręciło mi się w głowie od myślenia już nie tylko o moich wyborcach, ale także o przyszłych pokoleniach.

Kobieta nie odpowiada.

– Dlaczego nie mówi już pani o tych siedmiu drogach, Natalio?

Prezydent odwraca się, podchodzi do niej i przygląda jej się wyczekująco.

– Być może mam pewien pomysł – odpowiada wreszcie pułkownik Ovitz. – Czy słyszał pan o grze Jałta?

– Znam ustalenia jałtańskie z tysiąc dziewięćset czterdziestego piątego roku między trzema przywódcami państw zwycięskich w drugiej wojnie światowej: Rooseveltem, Stalinem i Churchillem… Co to ma do rzeczy?

– Na tej podstawie powstała gra w szachy, tyle że nie dla dwóch graczy, białych i czarnych, ale dla trzech. Białych, czarnych i czerwonych.

Powolnym ruchem prezydent zajmuje ponownie miejsce w fotelu, zachęcając rozmówczynię do kontynuowania.

– Szachownica ma kształt trójkąta. W wypadku trzech graczy nie ma już mowy o dobrych i złych, lecz o tych, którym udaje się zjednoczyć, i o tym, który tego nie potrafi.

– W początkowej fazie gry nie należy zatem zbyt wyraźnie zyskiwać przewagi, gdyż wtedy pozostali zjednoczą się przeciwko nam?

– Istotnie. Trzeba grać bardziej…

– …perwersyjnie?

– …subtelnie. Ale gra w trójkolorowe szachy natchnęła mnie inną myślą. Sądzę, że można by opracować grę w szachy nie dla trzech, ale dla… siedmiu graczy.

Oczy Natalii lśnią.

– Grę w szachy, która łączyłaby siedem dróg przyszłości? – pyta prezydent.

– Właśnie! Siedem obozów odpowiadałoby siedmiu możliwym gałęziom rozwoju ludzkości. Moglibyśmy się przyglądać, jak w zwykłej rozgrywce szachowej, ruchom każdego obozu, ich postępom, sukcesom i stratom. Potrzebna byłaby siedmiostronna szachownica.

Stanislas Drouin się uśmiecha.

– Podziwiam pani wrodzony zmysł strategii i perspektywy, moja droga Natalio, ale nie bardzo rozumiem, w jaki sposób…

Kobieta ześlizguje się z wysokiego siedziska.

– Och, po co zresztą czekać, skoro mogę od razu przygotować tę nową grę. Gdyby był pan miły i poprosił żandarma pełniącego służbę w pałacu, żeby przyniósł farbę w spreju, grubą i płaską deskę oraz pisaki.

Prezydent, rozbawiony, wykonuje polecenie i kilka minut później Natalia pokazuje mu deskę z narysowanym geometrycznym motywem.

– Co to za rysunek? Wygląda jak wielokąt o siedmiu płaszczyznach wypełnionych czarnymi i białymi polami.

– Bądźmy dokładni: to siedmiobok. Figura o siedmiu bokach. Na szachownicy dla dwóch graczy znajdują się sześćdziesiąt cztery pola, z czego łatwo wywnioskować, że na jednego przypadają trzydzieści dwa. Pomyślałam więc, że siedmiu graczy powinno używać dwustu dwudziestu czterech pól, tyle bowiem daje pomnożenie trzydziestu dwóch przez siedem.

Prezydent jest zaintrygowany.

– A pionki? Podejrzewam, że dla siedmiu graczy będzie ich potrzebnych wiele.

Natalia koloruje pionki pisakami, które jej przyniesiono.

– Czarny, biały, czerwony… niebieski, zielony, żółty, fioletowy.

Ustawia je na siedmiokątnej szachownicy: pionki przed figurami, które osłaniają króla i królową pośrodku.

– Oto siedem obozów symbolizujących siedem dróg przyszłości.

– Czemu odpowiadają poszczególne kolory?

– Proponuję subiektywny wybór:

1. BIAŁE: droga kapitalizmu i konsumpcji. Supremacja amerykańska lub chińska, tak przewiduję.

2. ZIELONE: droga pobożnych, którzy chcą nawrócić świat. Na razie na czele stoją Irańczycy i Saudyjczycy.

3. NIEBIESKIE: droga maszyn, robotów i komputerów, które konstruują na przykład doktor Frydman i koreańscy inżynierowie.

4. CZARNE: droga uciekinierów w przestrzeń „Gwiezdnym Motylem 2”. Projekt Sylvaina Timsita, być może kontynuacja misji na Marsa.

5. ŻÓŁTE: droga przedłużania życia przez klonowanie i przeszczepy, wybór doktora Gérarda Saldmaina i zaawansowanej medycyny.

6. CZERWONE: droga feminizacji Aurore Kammerer i jej Amazonek, a także wszystkich feministek naszej planety.

7. FIOLETOWE: droga miniaturyzacji, wybór Davida Wellsa i jego przyjaciół Pigmejów, a teraz również mikroludzi.

Pułkownik Ovitz pochyla się nad szachownicą.

– Gdybyśmy zdecydowali się rozpocząć rozgrywkę dziś, wykonałabym taki ruch.

Przesuwa fioletowy pionek stojący przed fioletowym królem o jedno pole do przodu.

– Misja w Chile, prawda? Dla pani to krok naprzód dla sprawy fioletowych? Doskonale. Co jeszcze?

Teraz prezydent pochyla się nad szachownicą.

– Jeśli chodzi o pozostałe pionki, będziemy je przesuwać w zależności od tego, co będą nam wskazywać bieżące informacje.

Natalia spogląda na samotny fioletowy pionek.

– Sukces w Chile to pierwsze posunięcie, ale możemy założyć, że prezentacja PigmejProd mediom mogłaby stanowić kolejny ruch.

Dotyka drugiego fioletowego pionka.

– To, na co wyraził pan przed chwilą zgodę, zapewni nam istotną przewagę.

Prezydent Drouin podnosi pionek i przygląda mu się z bliska.

– Podejrzewam, że pani sukces rozzłości pozostałe obozy.

– Mówiłam, że gra funkcjonuje na zasadzie sojuszy. Trzeba wygrać, ale zachowując dyskrecję.

– Dlaczego więc sugeruje pani, żeby sprowadzić dziennikarzy do centrum PigmejProd? Nie wygląda mi to na dyskretną strategię.

– Najlepszym sposobem na uniknięcie rozzłoszczenia pozostałych graczy jest brak zagrywek, nadchodzi jednak moment, w którym trzeba posunąć się naprzód, żeby wymóc na nich reakcję. Należy tylko być ostrożnym i mieć świadomość, że sześciu przeciwników wcale nie życzy nam dobrze.

Prezydent przygląda się planszy, po czym przenosi wzrok na mapę świata na swoim biurku.

– Moglibyśmy dorzucić masakrę w Karbali. Proirańscy szyici zabijający czterysta trzydzieści osób to mi wygląda na posunięcie. Pokaz siły, chociaż destrukcyjnej.

Natalia kiwa głową i przesuwa naprzód zielonego pionka.

Prezydent siada, chowa kokainę i sprzęt do inkrustowanego pudełka, które wsuwa do szuflady.

– Im lepiej zaczynam ją rozumieć, tym bardziej pasjonująca wydaje mi się gra w siedmioosobowe szachy. Liczę na panią, że będzie mnie pani informowała o przebiegu partii, Natalio.

Pułkownik Ovitz przytakuje, następnie – po krótkim wahaniu – porzuca szachownicę z kolorowymi pionkami. Stwierdza, że powinna wykonać taką samą dla siebie, żeby w spokoju zastanawiać się nad tym, co się dzieje.

„Muszę wypracować obiektywną i globalną wizję strategiczną, nieskażoną artykułami w prasie czy przypuszczeniami dziennikarzy i polityków”.

5.

– Proszę, żeby nikt się ode mnie nie oddalał. Proszę również niczego nie dotykać i patrzeć, gdzie stawiają panowie kroki. Będziemy mogli rozpocząć zwiedzanie naszego centrum.

Dwóch dziennikarzy stoi naprzeciwko Davida Wellsa, który z tej okazji założył biały kitel z identyfikatorem DOKTOR WELLS.

– Nazywam się Georges Charas, a to Gus, mój kamerzysta.

Ściskają sobie serdecznie dłonie. Dziennikarze przyglądają mu się uważnie. Naukowiec jest młodym mężczyzną mierzącym sto siedemdziesiąt centymetrów w butach z wysokimi flekami. Ma pucułowatą twarz, nos zakończony kulką, wypukłe czoło, a także mięsiste usta i żywe spojrzenie, które przenika każdy otaczający go szczegół.

– Bardzo mi miło, panowie, witam w PigmejProd. Poproszę panów o założenie kitli i masek. Wymagania higieny.

– Chodzi o ochronę mikroludzi przed zarazkami?

– Wprost przeciwnie. Ich system odpornościowy jest bardziej skuteczny od waszego, nie chciałbym więc, żebyście, panowie, zarazili się od nich.

Reporterzy wykonują polecenie nieco zdziwieni.

– Wszystko zrozumiecie, wszystko zobaczycie. Po raz pierwszy dowiecie się wszystkiego na temat naszych badań.

Gdy są już gotowi, David zaczyna:

– Przede wszystkim musicie wiedzieć, jak to się zaczęło. Kiedyś nie istniało PigmejProd. Za to w umyśle pewnej kobiety, zresztą karlicy, zrodził się niejasny pomysł stworzenia małych szpiegów. Ta kobieta to Natalia Ovitz. To ona stoi za tym wszystkim. Spotkała dwoje naukowców: Aurore Kammerer i… mnie. Aurore wierzyła w ewolucję ludzkości w stronę feminizacji, ja zaś – do waszych usług – pokładałem nadzieję w redukcji wzrostu osobników. Wspólnie – Aurore, Natalia i ja – stworzyliśmy w tym ośrodku tajną grupę badawczą. Tutaj powstała koncepcja, a następnie została urzeczywistniona nowa, mniejsza ludzkość.

Trzej mężczyźni zmierzają równym krokiem w stronę pierwszych drzwi.

Nazwa PIGMEJPROD – zapisana dużymi fioletowo-białymi literami – widnieje na czarnym tle nad wejściem, które kiedyś prowadziło do placówki Narodowego Instytutu Badań Rolniczych w Fontainebleau. Poniżej znajduje się nowe logo przedsiębiorstwa: już nie kłos zboża, ale reprodukcja Człowieka witruwiańskiego, słynnego rysunku Leonarda da Vinci, mającego przedstawiać idealne proporcje ciała ludzkiego. Z tą różnicą, że wewnątrz konturów człowieka o ramionach i nogach wpisanych w koło znajduje się inny rysunek, identyczny, ale dziesięć razy mniejszy, umieszczony na wysokości jego pępka. Czerpiąc inspirację od La Fontaine’a, powyżej umieszczono dewizę firmy PigmejProd: ZAWSZE POTRZEBNY NAM KTOŚ MNIEJSZY OD NAS.

Kamerzysta filmuje w skupieniu, tymczasem dziennikarz robi notatki na potrzeby artykułu.

David daje im chwilę, a następnie wyprowadza poza mury ośrodka.

Pośrodku parku króluje rzeźba przedstawiająca stos ciał Emceków poświęconych w Fukushimie. Na szczycie znajduje się mikrokobieta z brązu dzierżąca lewarek.

– To prawdziwy lewarek, który umożliwił uruchomienie chłodzenia w sercu reaktora nuklearnego – wyjaśnia David. – Rzeźbiarz włączył go do swojego dzieła. Jeśli chodzi o samą kompozycję, artysta czerpał inspirację z obrazu Géricaulta Tratwa Meduzy, przedstawiającego masę konających ciał, nad którymi góruje najbardziej nieustraszona postać spośród nich. Żeby odzwierciedlić emocje, Emceki nie mają na sobie skafandrów ochronnych, lecz stroje komandosów, jak gdyby ich małe ciałka stanowiły jedyną osłonę przed promieniowaniem. Na miedzianej tabliczce widać tytuł dzieła: Ad augusta per angusta, co oznacza: „Do wielkich osiągnięć przez trudności”.

Dewiza Dyrekcji Generalnej Bezpieczeństwa Zewnętrznego zrobiła takie wrażenie na Aurore, że została przejęta i użyta do opisania olbrzymiej rzeźby.

– Po sukcesie misji w Fukushimie prywatni inwestorzy i państwo wyasygnowali olbrzymie środki, które umożliwiły rozkwit PigmejProd – wyjaśnia David. – Proszę za mną, wszystko panom pokażę.

Dziennikarze dotrzymują mu kroku. Przed nimi lśni w słońcu budynek w kształcie litery „U”.

– Całość została wyremontowana. Ani śladu po strzałach, jakie padły podczas potyczek w czasie epidemii grypy, ani śladu czerwonej farby, jaką ochlapywali nas przeciwnicy mikroludzi.

Dziennikarz kiwa głową, notując.

– Przypominam sobie – mówi. – Zajmowałem się wówczas tym wydarzeniem, to było straszne.

– Muzeum urządzone w prawym skrzydle pierwotnego budynku pozwoli klientom i gościom odkryć nie tylko pierwsze chwile badań nad miniaturyzacją, ale także zdjęcia ze słynnej już obecnie misji „Ladies of the Rings” w Iranie, między innymi Emmy 109 udającej pozaziemską ambasadorkę na mównicy w Organizacji Narodów Zjednoczonych czy dwudziestu czterech mikrokobiet, które poświęciły się, aby ochłodzić serce reaktora nuklearnego w Fukushimie. I wreszcie dokumentacja licznych misji Emceków w nieprzyjaznym otoczeniu, jakie odbyły się w ciągu ostatniego roku.

Charas wskazuje na niedawno zrobione zdjęcia.

– I uwolnienie chilijskich górników uwięzionych w zawalonym tunelu.

– Górników w Chile ratujemy już po raz trzeci. Za każdym razem z trudniej dostępnego miejsca niż poprzednio.

Kontynuują zwiedzanie.

– W lewym skrzydle budynku na rzucie litery „U” znajduje się „Żłobek”. Dokładniej mówiąc, to miejsce produkcji mikroludzi.

David prowadzi ich w stronę pierwszego pomieszczenia, gdzie w basenie z wodą widać dziobaka.

– To dzięki obserwacji dziobaków, jedynych jajorodnych ssaków, wpadliśmy na pomysł produkcji mikroludzi w jajkach. To jest Nautilus.

– Ten dziobak umożliwił stworzenie pierwszego Emceka?

– Nie. Tamten zdechł… Hm… ze starości.

David przełyka ślinę, przypominając sobie, jak zjadł to zwierzę w czasie głodu, jaki nastąpił po epidemii grypy.

– Nowego dziobaka nazwaliśmy Nautilusem ku czci Juliusza Verne’a. Zwierzę to schodzi pod wodę z balastem i jest wyposażone w niezwykłą broń niczym statek podwodny opisany przez autora.

Kamerzysta filmuje, a dziennikarz notuje anegdotę.

David wskazuje na szklane terrarium pełne nieruchomych jaszczurek, które obserwują ich prawym, a następnie lewym okiem.

– Później ze zdziwieniem odkryliśmy, że w stresującym środowisku pewien gatunek feminizuje się i rozwija dziewięćdziesiąt procent samic jak te gekony Lepidodactylus lugubris. Tutaj samice pochodzą od jednej matki i nie mają ojca, a jednak różnią się od siebie genetycznie.

– Mówi pan o stresującym środowisku. Czy Emceki doświadczają agresji? – pyta Georges Charas.

– Sekcja Emceków zwana Komando jest poddawana treningowi, na widok którego wielu naszych żołnierzy by zbladło. Pułkownik Ovitz trenuje je surowo, zgodnie z zasadą ewolucji: „Co cię nie zabije, to cię wzmocni”.

– Czy tu nie chodzi o mitrydatyzm?

– Istotnie, używamy tego określenia w hołdzie królowi Mitrydatesowi, który codziennie zażywał odrobinę arszeniku, żeby uodpornić się na potencjalne otrucie.

Naukowiec wskazuje część żłobka, w której jajka są poddawane zielonemu promieniowaniu.

– Te jajka są bombardowane promieniami alfa, beta, gamma i X, żeby przyzwyczaić do nich płody Emceków, które znajdują się wewnątrz, i rozwinąć ich system odpornościowy. Stopniowo zwiększamy dawki. Niektóre płody giną. Uważamy te, które przetrwają, za uodpornione.

– Czy to nie okrutne, poddawać płody śmiertelnemu promieniowaniu?

– W Tybecie noworodki wrzuca się do lodowatego strumienia, żeby sprawdzić, czy przetrwają w chłodzie… Hartowanie młodych pokoleń jest dla nich atutem.

Dziennikarz pozostaje sceptyczny.

– Czy to naprawdę działa w wypadku Emceków?

– Drugie pokolenie Emceków znosi dobrze promieniowanie większe o jedną dwudziestą od pierwszego pokolenia.

– Czyli gdyby ponownie stawiły się w Fukushimie, wytrzymałyby dłużej? – pyta wyraźnie zafascynowany Georges Charas.

– Zapewne tak.

Kamerzysta filmuje jajka, regulując ostrość.

– Wszystkie zostały zapłodnione metodą in vitro? – pyta.

– Nie – odpowiada David. – Tylko pierwszy tysiąc mikroludzi został poczęty w ten sposób. Teraz samice naturalnie składają jajka. Zbieramy je i przynosimy tutaj, gdzie są naukowo „wysiadywane” i poddawane różnym zabiegom mającym na celu ich wzmocnienie. Następnie „odporni mikroludzie” są wykorzystywani w misjach.

Dziennikarz daje znak kamerzyście, żeby wycelował obiektyw w poszczególne elementy wnętrza.

– A instynkt macierzyński? Samice Emceków nie chcą wysiadywać własnych dzieci?

Georges Charas czuje, że trafił na delikatny temat, gdyż jego rozmówca wydaje się zakłopotany.

– Pozwalamy niewielkiej grupie mikroludzi na wysiadywanie swoich jaj. Jednakże osobniki, które się z nich wykluwają, nie są wykorzystywane podczas misji.

– Do czego więc służą?

– Dbają o miasto Mikroland 2, pracują w polu, wznoszą budynki, zajmują się rzemiosłem. Spośród populacji noworodków wysiedzianych przez matkę wybieramy samców rozpłodowych.

Georges Charas podsuwa Davidowi mikrofon.

– „Samców rozpłodowych”?

– Klientom dostarczamy wyłącznie samice. Wszystkie noszą imiona Emma, jak MA – w nawiązaniu do pierwszej mikrokobiety, którą nazwaliśmy Mikro-Aurore – i są numerowane. Samce, zwani Amadeuszami, od skrótu MD – i ku pamięci Mikro-Davida – służą na razie wyłącznie do reprodukcji.

Naukowiec wskazuje na zdjęcie samców Emceków na ścianie.

– Jak u bydła: byki pełnią funkcję rozpłodową – zauważa kamerzysta. – Albo ogiery w wypadku koni i koguty wśród kur.

– Samce są nieco bardziej wrażliwe – wyjaśnia David. – Nie dałyby sobie rady podczas niebezpiecznych misji, szczególnie w nieprzyjaznym środowisku, napromieniowanym lub zakaźnym.

Trzej mężczyźni przechodzą do kolejnego pomieszczenia, gdzie odkrywają dojrzalsze jajka, również skąpane w zielonkawych promieniach.

– PigmejProd wynajmuje mikroludzi do konkretnych misji, tak jak się wynajmuje pracowników tymczasowych. Obowiązują stawki za godzinę. Nigdy ich nie sprzedajemy. Wszyscy są numerowani. Są wypożyczani wyłącznie na czas ściśle określonych misji.

– Co jednak powstrzymuje klienta przed założeniem własnej hodowli? – pyta Georges Charas.

– Właśnie kontrola nad samcami. Stanowią dziesięć procent naszej produkcji, ale nigdy stąd nie wychodzą. To one są naszym prawdziwym skarbem.

Trzej mężczyźni docierają do pomieszczenia, w którym jajka leżą w kieliszkach do jajek, ustawione pod lampami rzucającymi czerwone światło.

– To pierwsza z wylęgarni jaj, które osiągnęły dojrzałość.

Naukowiec sięga po jedno z jajek i wkłada je do aparatu rentgenowskiego. Na ekranie pojawia się kształt płodu zajmującego jedną dziesiątą objętości jajka.

– Oto pierwszy etap produkcji nowej ludzkości.

– To naprawdę…

Dziennikarz usiłuje wyrazić odczuwane emocje.

– …wzruszające i zarazem imponujące.

Następnie naukowiec w towarzystwie dwóch dziennikarzy przechodzi do drugiego pomieszczenia, gdzie leżą jajka ciemnobeżowego koloru.

Ponownie David bierze do ręki jedno z nich i umieszcza w aparacie rentgenowskim – tym razem można zauważyć, że płód zajmuje blisko trzy czwarte przestrzeni.

– Te są już gotowe do wyklucia – oznajmia David.

Wreszcie, w ostatnim pomieszczeniu, trzej mężczyźni uczestniczą w wykluwaniu się mikroludzi. Skorupki pękają.

– Wszystko wywodzi się od pierwotnego jajka… – szepcze David.

Dziennikarz dokładnie widzi małe ramiona napierające na błonę, rozdzierające ją.

Kamerzysta filmuje wyraźnie podekscytowany, aż do momentu, kiedy skorupka całkiem pęka, uwalniając swojego lokatora, który – wciąż jeszcze oblepiony przeźroczystą mazią – upada na różowy materac z gąbki i zaczyna czołgać się w stronę szyby.

– Mikroludzie są myci, następnie obrączkowani, numerowani, katalogowani i wreszcie układani w sali wypoczynkowej.

Jakby na potwierdzenie jego słów kobieta w białym kitlu i maseczce ochronnej na twarzy sięga delikatnie po noworodki, osusza je i wyciera, zakłada im plastikowe bransoletki na kostki i układa jednego po drugim w stojących rzędem łóżeczkach, nad którymi znajduje się kamera kontrolna.

– Oto doktor Aurore Kammerer, z którą opracowałem pierwszych mikroludzi – przedstawia David.

Młoda kobieta opuszcza maseczkę i wykonuje gest pozdrowienia w stronę skierowanej ku niej kamery. Dziennikarz odkrywa wówczas, że jest to kobieta o niepokojącej urodzie. Jej oczy mają niemal złocistą barwę, twarz okalają ciemne, sięgające ramion włosy. Ma słodką minę, a na delikatnie zarysowanych ustach maluje się porozumiewawczy uśmiech.

Georges Charas natychmiast ulega jej urokowi.

– Jak to możliwe, że te ledwie narodzone dzieci od razu widzą, słyszą i potrafią się przemieszczać? – pyta.

– Prawdę mówiąc, typowa ludzka ciąża powinna trwać osiemnaście miesięcy. Wszyscy urodziliśmy się przedwcześnie ze względu na wąską miednicę kobiet gatunku Homo sapiens – wyjaśnia kobieta. – Mikroludzie, nazwani przez nas Homo metamorphosis, nie są ograniczeni miednicami swoich matek, a jedynie skorupą jajka na tyle przestronną, aby umożliwić im pełnię rozwoju. Dojrzewają więc przez okres odpowiadający naszym osiemnastu miesiącom.

Dziennikarz podsuwa bliżej mikrofon, chcąc mieć pewność co do idealnej jakości dźwięku.

– Jeśli dobrze rozumiem, Emceki rodzą się, mając za sobą dodatkowe dziewięć miesięcy dojrzewania?

– Dziewięciomiesięczne dziecko samo nie stoi, lecz się czołga, ma włosy, widzi i słyszy.

Dziennikarz daje znak kamerzyście, żeby zrobił zbliżenie na niesamowite złociste spojrzenie młodej kobiety.

– Jednakże wysiadywanie jajek nie trwa osiemnaście miesięcy?

– Nie, w wypadku mikroludzi wszystko należy dzielić przez dziesięć. Wykluwają się z jajek dziesięć razy szybciej, czyli mniej więcej po upływie półtora miesiąca.

Kamerzysta skierowuje obiektyw na uroczą twarzyczkę jednego z noworodków, który przygląda mu się z ciekawością.

– Ile Emceków produkuje PigmejProd? – dopytuje dziennikarz.

– Obecnie – ciągnie David – osiągnęliśmy poziom dwunastu narodzin dziennie, będziemy jednak dostosowywać tę liczbę do zapotrzebowania rynku. Spodziewamy się dużego popytu na wynajem, nie chcemy jednak, aby zbyt dużo Emceków znalazło się w naturze, gdyż mielibyśmy trudności z ich kontrolowaniem. To wybór rady administracyjnej PigmejProd w zakresie rozwoju na potrzeby handlowe.

– Właśnie, doktorze Wells, kim są ci słynni administratorzy PigmejProd?

– Rada administracyjna składa się z sześciu członków założycieli. Należą do niej: pułkownik Natalia Ovitz, pełniąca funkcję prezesa zarządu, porucznik Martin Janicot – dyrektor generalny, doktor Aurore Kammerer, pani Nuçx’ia Nuçx’ia, pani Pentezylea Kéchichian i ja, a także przedstawiciel rządu i reprezentant prywatnych inwestorów, pan Vachaud. Decyzje są podejmowane większością względną, ale zazwyczaj mamy tę samą wizję ewolucji naszego przedsiębiorstwa.

Opuszczają strefę „Żłobka” i popychają drzwi prowadzące do pomieszczenia, po którym krążą uważne mikrokobiety w strojach pielęgniarek, opiekujące się dziećmi. Część niemowląt jest karmiona przez mamki, które uwolniły w tym celu pierś, oddając się tej delikatnej czynności. Dziennikarz sprawia wrażenie zafascynowanego sceną.

– Wygląda pan na zaskoczonego – wtrąca David – tymczasem to są ssaki, a ssaki żywią się mlekiem matki, co zresztą je definiuje. Podobnie jak u dziobaków czy delfinów samice Emceków mają piersi i produkują mleko.

– Czy nikt jeszcze nie wpadł na pomysł, żeby robić jogurty… z „mlekiem Emceków”? – pyta kamerzysta.

Następnie, uświadomiwszy sobie niestosowność swojego pytania, wykonuje gest, dając do zrozumienia, że nie oczekuje na nie odpowiedzi.

Kolejnym etapem wizyty jest sala lekcyjna, w której siedzą maleńkie dziewczynki. Dziennikarz zauważa nielicznych chłopców.

– Dzieci wysiedziane przez rodziców uczą się z pozostałymi w tych samych pomieszczeniach.

David wyjaśnia dziennikarzom, że będą teraz mogli zwiedzić miasto Emceków.

Opuszczają budynek tworzący prawe skrzydło litery „U” i mijają porucznika Martina Janicota, który wywozi na taczkach miejskie odpadki. Swoim zwyczajem olbrzym ma na sobie koszulkę z prawem Murphy’ego:

17. Teoria – nic nie działa, ale wiadomo dlaczego.

Praktyka – wszystko działa, ale nie wiadomo dlaczego.

Połączenie teorii i praktyki – nic nie działa i nie wiadomo dlaczego.

Taczki są wypełnione maleńkimi, czarnymi, hermetycznie zamkniętymi workami.

– Odpadki z jednego dnia – komentuje młody mężczyzna. – Dzisiaj zajął się nimi Martin.

– Ach, gdybyśmy mogli równie łatwo usuwać śmieci z Paryża czy Nowego Jorku – żałuje dziennikarz.

– Obawiam się, że w przyszłości, biorąc pod uwagę objętość śmieci, szósty i siódmy kontynent składający się z odpadków i pływający po Atlantyku i Pacyfiku powiększy się jeszcze bardziej – dodaje Martin.

– Chyba że zaczniemy wyrzucać je w kosmos – odpowiada David nagle natchnięty pomysłem. – Chętnie zobaczyłbym te wszystkie śmieci na Księżycu, uwolniłoby nas to od wysypisk pod gołym niebem.

Dziennikarz zapisuje pomysł.

– Ma pan naprawdę dużą wyobraźnię, doktorze Wells, ale to tylko science fiction.

David odwraca się do dziennikarzy.

– Na razie pozbywamy się śmieci ręcznie, wkrótce jednak wyposażymy miasto w system kanalizacyjny, który umożliwi usuwanie zużytej wody i odpadków. Trwają nad nim prace.

Wreszcie docierają przed hangar, na którym – wypisana dużymi fioletowo-białymi literami na czarnym tle – widnieje nazwa: MIKROLAND 2.

Przed otwarciem drzwi David zatrzymuje się na chwilę.

– Naturalnie – mówi – to kontynuacja Mikrolandu 1, pierwotnego miasta, które widzieliśmy w gazetach i przed chwilą w muzeum.

Kamerzysta zmienia układ optyczny i przymierza się do filmowania maleńkiego świata przy użyciu odpowiedniego obiektywu makro.

– Przewidzieliśmy wzrost popytu, dlatego zwiększyliśmy zarazem produkcję i rozmiary miasta.

David uruchamia automatyczne drzwi za pomocą karty z czipem i oczom gości ukazuje się wnętrze olbrzymiego pomieszczenia przypominającego hangar lotniczy.

Pośrodku dziennikarze dostrzegają olbrzymie terrarium o ścianach z przeźroczystego pleksiglasu.

– Przeszklone miasto. Szerokość: pięćdziesiąt metrów, długość: pięćdziesiąt metrów, wysokość: pięć metrów. Mogą panowie podejść bliżej. Proszę tylko o niedotykanie ścian.

Dziennikarz i kamerzysta przyglądają się funkcjonowaniu ludzkiego miasta w skali jeden do dziesięciu.

Wewnątrz, niczym Guliwerzy pośród Liliputów Swifta, Nuçx’ia, Natalia i Pentezylea sadzą drzewka bonsai w znajdującym się w centrum ogrodzie. Poruszają się i przemieszczają w zwolnionym tempie, każdy z ich gestów i kroków mógłby coś albo kogoś zniszczyć. Dopiero po sprawdzeniu, że pod podeszwą nie ma nic ani nikogo, stawiają jedną nogę przed drugą.

– Później opowiem o pozostałych wspólnikach PigmejProd. Jak panowie widzą, wszyscy są zaangażowani w utrzymywanie miasta.

– Czy my również moglibyśmy wejść do wnętrza terrarium, to znaczy do Mikrolandu?

David prowadzi ich w stronę przeźroczystej śluzy i dwóch dziennikarzy, założywszy ochraniacze na buty, otrzymuje pozwolenie na wejście do miasta. Naukowiec przypomina im o zachowaniu ostrożności.

Uczy ich specyficznego sposobu chodzenia.

– Duzi muszą przemieszczać się po drodze specjalnie w tym celu wyłożonej linoleum. Wasza trasa jest oznaczona, pod żadnym pretekstem nie możecie z niej zboczyć.

Mężczyźni przytakują. Obiektyw kamery celuje w ludzi zajętych sadzeniem drzew.

Kiedy tylko nowo przybyli znajdują się w obrębie miasta, nadbiegają mikroludzie i padają im do stóp.

– O co chodzi? – woła dziennikarz.

Tymczasem podchodzi do nich duża grupa ludzików, niosąc w ramionach dary.

– Kim oni są? – pyta Georges Charas. – Fanatycy?

– Żeby ich kontrolować, nauczyliśmy ich bezwzględnego szacunku wobec Dużych. Czasami, powiedzmy, ta edukacja posuwa się nieco dalej…

– Religia? Indoktrynowaliście ich, żeby was czcili?

– Nie mieliśmy czasu wyjaśniać im delikatnych kwestii moralnych, pojęć dobra i zła. Zaletą religii jest to, że można ją stosować jako swego rodzaju gotowy sposób myślenia, który szybko skanalizuje energię tłumów.

– Istny politeizm! – zachwyca się dziennikarz, notując z dumą własne określenie.

Zauważa świątynie i wskazuje je kamerzyście, który natychmiast filmuje je z bliska.

– Religie stopniowo się wyspecjalizowały – wyjaśnia David, wskazując na kłaniającą mu się grupę mikroludzi. – To są Emceki z mojej parafii, oddają cześć konkretnie mojej osobie. Uczę je produkcji maszyn, są to więc w większości inżynierowie, technicy i architekci.

– Pełni pan w pewnym sensie funkcję Hefajstosa?

– Raczej Wulkana. Wolę rzymską nazwę. Moi towarzysze również zapożyczyli dla siebie role rzymskich bóstw.

Obserwuje klęczące pobożnie Emceki.

– Czasami nasi adoratorzy zmieniają boga w trakcie życia, w zależności od orientacji zawodowej.

– Chce pan powiedzieć, że kiedy jakaś mikrokobieta interesuje się – na przykład – medycyną, ale nudzi się nią i postanawia pracować jako inżynier, zrezygnuje z czczenia doktor Kammerer i dołączy do grona pana wyznawców?

Georges Charas powstrzymuje wybuch śmiechu, zafascynowany zasadą. Ponagla kamerzystę, żeby ten uwiecznił na nagraniu kapłanki w kolorowych szatach.

– Zazwyczaj panuje równowaga powołań do każdego z sześciorga bóstw – wyjaśnia skromnie David.

Prowadzi ich następnie do budynku przypominającego katedrę. Główna wieża jest zwieńczona jajem.

Papieżyca Emma 666 podchodzi do nich we wspaniałych purpurowych szatach. Jej rzeźbione berło jest zakończone złotym jajkiem. Składa im pokłon.

– Emma 666 była pierwszą przestępczynią, ale wyprowadziliśmy ją na właściwą drogę. Teraz, gdy już zobaczyła Piekło i Raj, zrozumiała pojęcia błędu, winy i odpowiedzialności, nagle stała się najlepszym rzecznikiem przekazującym Emcekom naszą filozofię i nasze dyrektywy.

Mikrokobieta przemawia nagle piskliwym głosem i dziennikarz podsuwa jej mikrofon.

– Co ona mówi? Nie rozumiem.

– Hm… Mówi, że nadepnął pan na cmentarz.

Dziennikarz cofa czym prędzej nogę i stwierdza, że na szczęście przewrócił tylko kilka kamieni nagrobnych.

– Czy możemy przeprowadzić z nią wywiad? – pyta, żeby zmienić temat.

David opanowuje zdenerwowanie.

– Jest bardzo zirytowana pana nonszalancją. Na razie lepiej będzie, jeśli stąd wyjdziemy.

Opuszczają terrarium. David wskazuje na grupę budynków.

– Możecie kręcić tutaj, to będzie dla nich mniej niebezpieczne. Na przykład tam, w tym niebieskim budynku, mieści się szkoła, gdzie uczą się czytać i pisać.

– Skoro jeden rok życia mikroludzi odpowiada dziesięciu latom ludzkiej egzystencji, to w wieku dwóch lat rozpoczynają one studia, zgadza się? – pyta Georges Charas z uśmiechem.

– Zgadza się. Tutaj, w czerwonym budynku, znajduje się ośrodek edukacji sportowej, tu jest sala widowiskowa, a tam – stadion sportowy.

Opuszczają hangar, następnie David zaprasza dziennikarzy na poczęstunek do salonu w PigmejProd.

Georges Charas odkrywa na jednym z ekranów wykres przedstawiający obroty przedsiębiorstwa.

– Na ile szacujecie wzrost? – pyta.

– Na razie podsumowaliśmy tylko jeden rok. Na całkowitą populację trzech tysięcy osobników wypożyczamy około stu Emceków dziennie w cenie stu euro za godzinę. Oczywiście chodzi o dobrze sytuowanych klientów i misje, w których inne środki się nie sprawdzają. W wypadku niebezpiecznych misji cena może ulec potrojeniu.

– Na przykład misja w napromieniowanej lub trudno dostępnej lokalizacji, co jeszcze?

Młody naukowiec wskazuje na album ze zdjęciami, na których uwieczniono wyczyny mikroludzi.

– Od niedawna otrzymujemy osobliwe prośby ze środowiska szpitalnego. Chirurdzy zorientowali się, że małe i zręczne rączki Homo metamorphosis są często bardziej skuteczne od dużych palców Homo sapiens.

Na zdjęciach maleńkie kobiety w białych maseczkach operują, siedząc na krawędzi otwartej rany.

– Emceki nie obawiają się infekcji, jak bowiem panowie wiedzą, posiadają dużą odporność na promieniowanie, a także na zarazki i wirusy. Środowisko lekarzy ceni sobie również pomocnice, które dają radę tam, gdzie Homo sapiens… się poddaje.

Dziennikarz kiwa głową pełen podziwu i notuje zdanie.

– A poza medycyną?

– Od niedawna otrzymujemy zamówienia z zakresu mechaniki precyzyjnej. Szwajcarscy zegarmistrze zamierzają wypuścić na rynek serię zegarków, których mechanizmy zostały od początku do końca wyprodukowane i zamontowane przez mikroludzi ręcznie i przy użyciu miniaturowych narzędzi.

David pokazuje im zegarek za szkłem, który kamerzysta filmuje, oświetlając go latarką.

– Sądzę, że w ciągu nadchodzących miesięcy nasze małe pomocniczki czeka wiele innych misji. Przyznam, że z przyjemnością angażują się one w nowe zadania, które wciąż zmuszają je do przekraczania własnych granic. Podsłuchałem rozmowę między naszymi chirurgami wracającymi z wyjątkowo delikatnej operacji mózgu. Opisywały wykonane czynności, starając się zrobić wrażenie na towarzyszkach, które pracowały przy systemie oddechowym, oczywiście mniej złożonym.

David pokazuje serię zdjęć, na których miniaturowi chirurdzy krzątają się w czymś, co przypomina różową masę marcepanową. Jedna z mikrokobiet pokazuje gest zwycięstwa w stronę obiektywu, trzymając czarny guz, który właśnie wydobyła z substancji mózgowej.

– Chce pan powiedzieć, że na swój sposób rywalizują?

– Są ciekawe wszystkiego i spragnione nowych doświadczeń. Wciąż chcą być coraz lepsze.

– Motywacja młodego gatunku, którą my, stary gatunek, już zatraciliśmy… – przyznaje dziennikarz.

– No cóż, panowie, chyba zobaczyliśmy już wszystko. Sam mam sporo pracy, jeśli więc panowie pozwolą, zakończę ten wywiad – oznajmia David.

Georges Charas daje znak koledze, żeby wyłączył kamerę, po czym dziennikarze ściskają dłoń naukowca, który odprowadza ich do wyjścia.

Patrzy, jak się oddalają, tymczasem podchodzi do niego Nuçx’ia.

– Powiedziałeś im o wszystkim? – pyta.

– Prawie o wszystkim.

Młoda kobieta przygląda mu się uważnie.

– Nie mamy nic do ukrycia – mówi.

– Prawie nic.

Kobieta ujmuje jego dłoń i przyciska do swojej piersi.

– Martwisz się, Davidzie?

– Tak.

– Wszystko jest w porządku, nasza firma rozkwita, mamy środki finansowe, które wreszcie gwarantują nam spokój, mogłam nawet wysłać nieco pieniędzy fundacji, która chroni moje plemię w Kongu, podobnie jak Pentezylea mogła pomóc swoim siostrom w Turcji i w Iranie.

Młoda Pigmejka przybliża się jeszcze do swojego towarzysza.

– O co więc chodzi? Hm… niech zgadnę… Emma 109?

David opuszcza głowę.

– To mimo wszystko ona zatrzymała pocisk wystrzelony w stronę Rijadu, a zamiast podziękowań poszczuto ją wściekłymi psami. Żyje teraz gdzieś w nowojorskich kanałach, tropiona przez policję.

– Davidzie, nie sądzę, żeby udało jej się tam przeżyć przez tak długi okres wśród szczurów, kotów i psów. Jej ranna koleżanka na pewno zmarła pierwsza, ona zaś wkrótce potem. Ich ciała nigdy nie zostaną odnalezione.

David w zamyśleniu przygląda się Nuçx’ii, po czym wykonuje pieszczotliwy gest.

– Przepraszam za te moje rozterki, ale sprawy potoczyły się niezwykle szybko. Nigdy tak naprawdę nie podsumowaliśmy konsekwencji naszego wyczynu.

– Wiem, jak ci dodać otuchy – oznajmia Pigmejka. – Urządźmy sobie seans z Ma’djobą.

David przypomina sobie, jak pierwszy raz połknięcie mieszaniny lian i korzeni zgodnej z recepturą Pigmejów pozwoliło mu przenieść się w okres jednej z jego poprzednich egzystencji. W czasy Atlantów, osiem tysięcy lat wcześniej.

Uśmiecha się, a ona wyciąga brunatną masę i tradycyjną fajkę, dzięki której David wyruszy w podróż.

6. ENCYKLOPEDIA: DZIECIOBÓJSTWO

Przy braku antykoncepcji większość starożytnych cywilizacji wymyśliła procedury mające na celu radzenie sobie z „problemem demograficznym”.

U Rzymian prezentowano noworodka ojcu. Ten oglądał go i decydował, czy zostanie mu nadane nazwisko rodowe, czy też nie.

Jeśli dziecko wydawało się upośledzone, jeśli nie było ładne, jeśli było dziewczynką (co pociągało za sobą duże koszty posagu w przyszłości), jeśli miał wątpliwości co do swojego ojcostwa albo po prostu jeśli uznawał, że ma już wystarczająco dużo potomstwa, mógł odmówić nadania nazwiska rodowego dziecku. Nie musiał uzasadniać swojej decyzji.

Nieprzyjęty noworodek był wówczas poddawany tak zwanemu wystawieniu, które polegało na ułożeniu go na stercie śmieci na najbliższym skrzyżowaniu dróg, żeby mógł być adoptowany przez inną rodzinę. Większość tych dzieci była jednak zbierana przez handlarzy niewolników lub stręczycieli, którzy przyuczali je do zawodu prostytutki (męskiej lub kobiecej) albo okaleczali, żeby wykorzystywać je jako żebraków. Jeżeli dzieckiem nikt się nie zainteresował, umierało na stercie odpadków z głodu i zimna lub pożerały je psy i szczury.

Tylko żydzi i chrześcijanie mieli w zwyczaju zachowywać i wychowywać wszystkie swoje dzieci, niezależnie od ich wyglądu, płci i stanu zdrowia. Praktyka ta budziła zresztą pogardę Rzymian, którzy przypisywali „nieselekcyjne” zachowanie kulturom „prymitywnym”.

W Japonii również istniał rytuał selekcji noworodków. Kraj ten dysponował niewielką ilością terenów uprawnych, ludność często cierpiała głód. Dlatego szoguni postanowili ograniczyć liczbę mieszkańców Wysp Japońskich do 30 milionów, liczby uważanej za idealną wobec możliwości rolniczych kraju.

W tym celu radzono osobom bezproduktywnym, starcom i chorym wyruszać w góry, aby mogli dokonać tam żywota (patrz film Ballada o Narayamie), istniał jednak także zwyczaj zwany „sortowaniem kłosów”. Polegał on mianowicie na tym, że pokazywano dziecko ojcu, do którego należała decyzja, czy powinno ono dalej żyć, czy też nie. Jeżeli dziecko zostało uznane za „nadliczbowe”, umieszczano mu kulkę lepkiego ryżu w ustach i dwie kuleczki w nozdrzach, po czym ojciec przytrzymywał dłoń na zatkanych otworach tak długo, aż dziecko zmarło w wyniku uduszenia.

Edmund Wells,

Encyklopedia wiedzy względnej i absolutnej, tom VII

7.

Królowa Emma II bierze głęboki wdech, po czym dołącza do grupy kapłanek w purpurowych szatach i zwraca się do papieżycy, której berło góruje nad zebranymi.

– Kim twoim zdaniem byli ci obcy?

– Dziennikarzami?

– Duzi nie powinni tutaj przychodzić tak licznie. Tych pierwszych znamy, ale nowi wciąż sprawiają nam nieprzyjemne niespodzianki.

Papieżyca Emma 666 przygląda się swojemu berłu.

– Obecnie jest ważne, żeby nasz plan mógł się rozwijać, Duzi zaś nie zaczęli niczego podejrzewać.

– A jeśli odkryją naszą tajemnicę?

– Nie odkryją.

– Skąd ta pewność?

– Ponieważ Duzi nas nie doceniają. W tym leży nasza siła, nasz największy atut, żeby zrealizować nasz plan…

Papieżyca uśmiecha się szeroko i dodaje:

– I prędko się to nie zmieni.

8.

Dym wdziera się gwałtownie do jego nozdrzy i David czuje, jak swoista mgła zasnuwa jego umysł. Odchyla się do tyłu.

Jego powieki niczym cienkie kurtyny zasuwają się nad teatrem rzeczywistości i mężczyzna przenika w znane mu już otoczenie.

Nuçx’ia odlicza od dziesięciu w dół, a kiedy wypowiada słowo „zero”, David znajduje się w wytyczonym przez jego poprzednie egzystencje korytarzu z drzwiami, które mógłby otworzyć, z tabliczkami z wygrawerowanymi nazwiskami kobiet i mężczyzn.

Nie zatrzymuje się przy pośrednich istnieniach, ale kieruje się w stronę ostatnich drzwi, tych skrywających jego pierwsze wcielenie na Ziemi.

Otwiera je, odkrywa most linowy znikający we mgle i dużymi krokami zmierza w stronę innej czasoprzestrzeni.

Znów jest Atlantem na nieistniejącej już obecnie wyspie.

Jest Ash-Kol-Leinem, który kocha się ze swoją żoną Yin-Mi-Yan, kiedy nagle rozlega się alarmujący dźwięk rogu.

Dwoje Atlantów czym prędzej ubiera się i wychodzi na główną ulicę miasta Ha-Mem-Ptah.

Mężczyzna czuje, że nie chodzi o alarm związany z planetoidą – to coś innego.

Wiele osób biegnie już w stronę portu.

Jakiś statek powraca. Poznaje go. To łódź jego syna Quetz-Al-Coatla.

Na pokładzie Atlanci odkrywają ciała podziurawione maleńkimi strzałkami. Ranni mieszają się z martwymi. Quetz-Al-Coatl również jest zalany krwią. Około dziesięciu strzał utknęło w jego piersi i plecach, ale wciąż jeszcze oddycha.

Ash-Kol-Lein zabiera syna do gabinetu. Yin-Mi-Yan pomaga mu jak najszybciej usunąć strzały.

Młodzieniec jest rozpalony gorączką i matka zmusza go do przełknięcia mikstury, tymczasem ojciec smaruje rany odwarem z roślin.

Wreszcie podróżnik odzyskuje siły i udaje mu się opowiedzieć o ostatnich wydarzeniach.

On i jego jedenastu towarzyszy dobiło do brzegu kontynentu na zachodzie. Czekały tam na nich tysiące bardzo małych ludzi na szczudłach.

Podróżnicy próbowali z nimi rozmawiać, miniludzie jednak odpowiedzieli im gradem strzał. Atlanci zaczęli uciekać z powrotem na statek, ale tubylcy ruszyli za nimi w pościg, zasypując ich pociskami.

Quetz-Al-Coatl uważa, że miał szczęście: troje przyjaciół, którzy podobnie jak on przeżyli atak, ostatecznie zmarło podczas podróży powrotnej w wyniku zadanych im ran.

Szaman traktuje sprawę z dużą powagą i natychmiast zwołuje pilne zgromadzenie Rady Mędrców.

Ash-Kol-Lein należy do tego stowarzyszenia. Godzinę później sześćdziesięciu czterech mędrców zbiera się w kręgu.

Na prośbę szamana naradę rozpoczyna próba odpowiedzi na podstawowe pytanie: czy powinno się nadal eksplorować kontynenty, na których rozplenili się agresywni miniludzie?

– Nie będziemy wysyłać naszych dzieci, żeby dawały się niepotrzebnie zabijać – oznajmia licząca ponad dziewięćset lat kobieta. – Spójrzcie, co zrobili! To dzikusy!

– Wystarczy, że nasi podróżnicy się uzbroją – proponuje mężczyzna, który, jak się zdaje, znacznie przekroczył już tysiąc lat.

– I co będą robić? Zabijać morderców? – skrzeczy jakiś starzec.

– Zabijanie w innym celu niż zdobycie jedzenia albo przeżycie jest sprzeczne z naszymi podstawowymi zasadami – przypomina szaman.

– Nie będziemy przecież masakrować tych miniludzi, których sami stworzyliśmy i którzy bez nas by nie istnieli – odzywa się jedna z kobiet.

– Trzeba zatem ich wyedukować. Istnieją tylko dwie możliwości: zniszczyć ich albo wychować – mówi Ash-Kol-Lein. – Jestem pewien, że można ich nauczyć innych form komunikacji niż wojna.

– Wychować? Trzeba by jeszcze móc się do nich zbliżyć. O ile dobrze zrozumiałem, nasi podróżnicy zostali zaatakowani, zanim jeszcze zdążyli rozpocząć rozmowę – przypomina szaman.

– Najlepiej będzie, jeśli zostaniemy na miejscu i poczekamy, aż dzicy sami się między sobą pozabijają – oświadcza dziewięćsetletnia kobieta.

W tym momencie młody Quetz-Al-Coatl wchodzi do sali narad. Kuleje i podpiera się na lasce. Domaga się prawa głosu. Jest blady, z trudem trzyma się na nogach.

– Przede wszystkim nie powinniśmy się poddawać – zauważa. – Musimy pozostać w kontakcie z tymi miniludźmi i nauczyć ich tego, co pozwoliło nam osiągnąć komfort, którego im brakuje. Dopiero wtedy zrozumieją, że przemoc to ślepa uliczka.

– I ty to mówisz? – dziwi się dziewięćsetletnia kobieta. – Ty, który widziałeś, jak twoi przyjaciele giną bez powodu?

Quetz-Al-Coatl opada na fotel. Celuje palcem w kobietę.

– Właśnie, nie możemy ulegać lękowi. Nie powinniśmy się ich obawiać. Musimy znaleźć sposób, żeby im pomóc. Oni są niczym ranne psy: gryzą rękę, która chce ich nakarmić.

– Wściekłe psy, tak… A do wściekłych psów nie należy się zbliżać.

Głosy mężczyzn się podnoszą.

– Życie naszych braci jest zbyt cenne, żeby wysyłać ich na śmierć w imię wielkich zasad filozoficznych – oznajmia jeden z sześćdziesięciu czterech obecnych.

– Trzeba zerwać wszystkie kontakty, przede wszystkim zaś trzymać naszych cywilizowanych miniastronautów z dala od ich dzikich kontynentalnych braci.

– Tak czy inaczej musimy wrócić na kontynenty, żeby czerpać surowce energetyczne: ropę do rakiet i uran do bomb atomowych – zauważa inny członek zgromadzenia.

Szaman proponuje głosowanie.

– Kto chce dalszego eksplorowania kontynentów?

Unoszą się dwadzieścia trzy dłonie.

– Kto chce, żeby tego zaprzestać?

Dwadzieścia sześć rąk się unosi. Szaman ogłasza:

– Piętnaścioro spośród nas wstrzymuje się od głosu.

Wśród nich Ash-Kol-Lein.

Młody podróżnik Quetz-Al-Coatl wstaje, podpierając się laską.

– Popełniacie olbrzymi błąd. Nie możemy żyć odcięci od świata na naszej wyspie, podczas gdy na kontynentach aż mrowi się od nowej ludzkości, o której nic nie wiemy i którą gardzimy. Ta wycofana pozycja jest nie do zniesienia na dłuższą metę.

– Dlaczegóż to?

– Ponieważ oni płodzą dużo dzieci, my zaś mamy ich mało. Oni zajęli duże tereny, my żyjemy na jednej wyspie. Jeśli zostaniemy na Ha-Mem-Ptah, w końcu wyginiemy.

– Słyszymy twoją złość, młody człowieku – ucina szaman – ale Rada Mędrców zagłosowała. Żaden statek nie wyruszy już w stronę kontynentów aż do odwołania. Musimy zrobić wszystko, żeby nasi miniastronauci nie dowiedzieli się, co się stało z ich zbiegłymi kuzynami.

Ash-Kol-Lein chce pocieszyć syna, ten jednak znajduje w sobie resztkę energii i odpycha go. Wraca więc do domu i opisuje Yin-Mi-Yan głosowanie, w wyniku którego zakazano wypraw.

– Quetz-Al-Coatl jest niezależny – przyznaje kobieta – i odważny. Nikt nie może zabronić mu tego, na co ma ochotę. Na tym polega jego siła… i jego słabość.

Po czym całuje go. Pozostałe dzieci – Os-Szy-Riis i Hiy-Shta-Aar – usłyszały i zrozumiały, wolą jednak nie wypowiadać swoich opinii na ten temat. Rozchodzą się do swoich pokoi.

Małżeństwo robi to samo. Yin-Mi-Yan wtula się w ramiona partnera, a ten ją uspokaja.

Kiedy zamyka oczy, wydaje mu się, że w oddali słyszy głos, który odlicza: „…pięć, …sześć, …siedem, …osiem, …dziewięć i …dziesięć!”.

David otwiera ponownie oczy.

– Co się stało? Pod koniec miałeś dziwną minę – dopytuje Nuçx’ia.

David łapie oddech.

– Widziałem, jak to się stało. Zbiegli z wyspy miniludzie zaczęli z dużą prędkością rozprzestrzeniać się po wszystkich kontynentach.

– Twoje wizje życia jako Atlanta stają się coraz bardziej dokładne – zauważa z podziwem młoda Pigmejka. – Zapewne powstrzymasz nas przed powtarzaniem błędów z przeszłości.

– Nie sądzę. Mam wrażenie, że nieuchronnie zmierzamy w stronę odtworzenia starego scenariusza, który doprowadził do…

Nuçx’ia kładzie mu palec na wargach i – zanim on zdążył dokończyć zdanie w tonie negatywnym – mówi:

– …powstania ludzi takich, jakimi dziś jesteśmy.

9.

Zdarzyło się to osiem tysięcy lat temu.

Z jednej strony byli ludzie wysokości średnio siedemnastu metrów, którzy mądrze zarządzali rozwojem i konsumpcją na swojej wyspie pośrodku Pacyfiku, z drugiej zaś strony – mali i dzicy ludzie o wzroście stu siedemdziesięciu centymetrów, stworzeni przez tych pierwszych, którzy rozprzestrzeniali się po wszystkich kontynentach bez jakiejkolwiek dbałości o samoregulację, nie licząc przemocy.

Mimo zaleceń starych mędrców młody podróżnik Quetz-Al-Coatl wyruszał na kolejne wyprawy badawcze na kontynenty zapchlone „małymi dzikusami”.

Za wszelką cenę chciał dojść z nimi do porozumienia.

Myślałam, że mu się to nie uda, ale Quetz-Al-Coatl był bardzo sprytny i potrafił dostosować się do każdej sytuacji.

Tym sposobem najstarszy syn Ash-Kol-Leina dotarł wraz ze swoją załogą w okolice dzisiejszej Zatoki Meksykańskiej. Zanim małe dzikusy zdążyły wyciągnąć swoje strzały, on zaprezentował im magiczne sztuczki z kulami, materiałami wybuchowymi, efektami pirotechnicznymi, lustrami i dymem.

Autochtonów – swoim zwyczajem z początku niechętnych i podejrzliwych – szybko zaskoczył i oczarował pokaz tego olbrzymiego człowieka, który potrafił sprawiać, że przedmioty pojawiały się i znikały.

Kiedy tylko Quetz-Al-Coatl skupił na sobie ich ciekawość, a potem zainteresowanie, zdołał zaskarbić sobie ich szacunek i posłuszeństwo. Narzucił im swój język, aby móc ich zdominować.

Zamiast stawić im czoło, Quetz-Al-Coatl igrał z ich naiwnością i zabobonnością. Wymyślił im religię.

Dzięki temu potężnemu narzędziu psychologicznemu, pozwalającemu wpływać na istoty prymitywne, stał się obiektem czci dla tych stworzeń, które zapomniały, kim są naprawdę i skąd pochodzą.

Jedynie imię Gill-Gah-Mesha, który pierwszy opuścił Raj, stanowiło wspólny punkt odniesienia.

Quetz-Al-Coatl wyznaczył kapłanów wśród małych dzikusów. Nakazał im wzniesienie świątyni w kształcie piramidy, chciał się bowiem tym sposobem komunikować telepatycznie ze swoimi rodakami na wyspie. Metoda ta sprawdziła się doskonale.

Żeby wzmocnić swoją władzę, Quetz-Al-Coatl wymyślił legendę o sobie samym i swoich towarzyszach podróży. Twierdził, że jest dzieckiem dnia i nocy. Mówił, że to bogowie stworzyli Gill-Gah-Mesha na swoje podobieństwo – co wyjaśniało fakt, że byli do siebie podobni – lecz w zredukowanej wersji. Mówił, że „Raj”, skąd pochodził Gill-Gah-Mesh, miał swoją nazwę: była to wyspa Ha-Mem-Ptah.

Potem wymyślił rytuał poddaństwa.

Quetz-Al-Coatl zrozumiał, że mimo swoich wymagań ci prymitywni ludzie byli zakłopotani pojęciem „wolności”, której domagała się jedynie mniejszość.

Cicha większość nie lubiła sama myśleć, wolała, żeby jej wskazywać, co sądzić na każdy temat (nawet jeśli to był fałsz). Nie lubiła podejmować decyzji i wolała być posłuszna przywódcy. Co gorsza, kiedy sytuacja stawała się katastrofalna, zmieniała przywódcę. Jak dzieci, ludzie ci lubili być otoczeni opieką. Granice dodawały im otuchy, zakazy ich określały, prawa i kara nadawały sens ich istnieniu.

Quetz-Al-Coatl zrozumiał, że małe dzikusy nienawidzą odpowiedzialności. Cokolwiek by się wydarzyło, winę ponosił los, przywódca, przypadek lub bóg, co pozwalało im uniknąć żalu i wyrzutów sumienia. Uciekali przed rzeczywistością i woleli tłumaczyć sobie świat przez dogmaty lub magiczne historie, zamiast obserwować i eksperymentować.

Ponieważ nazywano ich gigantami, Quetz-Al-Coatl wykorzystał to określenie i oznajmił: „Giganci są waszymi bogami stworzycielami i waszym obowiązkiem jest posłuszeństwo wobec nich”.

Wszyscy ci, którzy podawali w wątpliwość to prawo, mieli być denuncjowani i skazywani.

Mali ludzie uwielbiali tego „boga”, który przemawiał do nich prostym i zrozumiałym językiem.

Ponieważ trzeba było ich jakoś nazwać, Quetz-Al-Coatl określał odtąd ten lud mianem „Majów”.

Dzięki swoim talentom „psychologa tłumów” Quetz-Al-Coatl rozwiązał problem nie tylko tego, „jak nie być zabitym przez małych dzikusów”, ale także tego, „jak ich całkowicie zdominować”.

Po powrocie na ojczystą wyspę poinformował o swoim doświadczeniu brata Os-Szy-Riisa i siostrę Hiy-Shta-Aar.

Powiedział im: „Nie bójmy się ich. Wystarczy nimi sterować, uwielbiają to”.

Os-Szy-Riis wyruszył z ekspedycją w stronę terytoriów na wschodzie, zastosował co do joty metodę brata i stworzył religię Os-Szy-Riisa, wprowadził kilka niuansów do legendy i rytuałów, żeby odróżnić ją od kultu Quetz-Al-Coatla. Postanowił wykorzystać maski zwierząt: ibisa, kota i hipopotama, aby stworzyć bardziej „lokalną” atmosferę.

On również kazał wznieść piramidy do komunikowania się z centralną wyspą. Nazwał miniludzi „Egipcjanami”, co oznaczało: „Ci ze Wschodu”.

W ten sam sposób Os-Szy-Riis nauczył ich swojego języka, dzięki czemu Majowie i Egipcjanie mówili językiem gigantów.

Hiy-Shta-Aar również stworzyła swoją religię w kraju, który nazwała Sumerem. Co oznaczało: „Ci z Północnego Wschodu”.

Nauczyła Sumerów swojego języka, a także pisma gigantów, i kazała im wznieść piramidę w mieście Ba-Ab-El.

Na wyspie centralnej mędrcy, poinformowani o sukcesach trojga dzieci Ash-Kol-Leina i Yin-Mi-Yan, zgodzili się wysłać kolejne statki w stronę zlodowaciałych terenów na północy i stworzyli kulturę wikingów, która czciła kapitana statku – olbrzyma o imieniu Tho-Or-Rrh.

Gdzieś w pobliżu wybrzeży Judei z katastrofy uszedł z życiem tylko jeden olbrzym. Musiał on stworzyć religię jednego boga – tym sposobem pojawił się pierwszy monoteizm.

Ocalały nazywał się Ya-Ha-Veh.

W Indiach załoga statku olbrzymów założyła cywilizację hinduską i wymyśliła hinduizm. Kapitan nazywał się Braeh-Ma-Ah.

W Grecji niejaki Zeu-Eu-Ss i jego towarzysze podróży wymyślili bardzo złożony kult.

Odtąd giganci nie bali się już swoich małych, mnożących się stworzeń.

10.

W szklanym więzieniu, w którym znajduje się miasto Mikroland 2, ludność budzi się na dźwięk dzwonów mikrokatedry.

Królowa Emma II odbywa już swój jogging po ogrodzie pałacu królewskiego. Papieżyca Emma 666 recytuje modlitwy i akty skruchy.

W szpitalu centralnym kobiety składają perłowe jajka, które są natychmiast zbierane i sortowane przez uważne pielęgniarki. Większość jaj, cennych pereł, jest oznaczana etykietami, składana w skrzyniach i transportowana ciężarówkami do centrum tranzytowego, skąd przejmują je bogowie.

Młode Emceki w fioletowo-białych mundurkach są gotowe do wstąpienia do szkoły, żeby uczyć się języka, religii, historii i technologii Dużych.

Rolnicy, którzy wstali przed innymi, zbierają na polach owoce z drzew bonsai. Inni zajmują się zbożami i warzywami.

Królowa Emma II dołącza do papieżycy Emmy 666 pośrodku głównego placu, naprzeciw pałacu królewskiego.

– No więc? – dopytuje.

– Na razie ośmioosobowa ekipa, która kopie tunel, wciąż jeszcze nie zdołała wydostać się ze strefy hangaru. Podłoże jest bardzo twarde i każdy odgłos rozlega się echem.

– Nie spieszy nam się, ważne, żeby tunel wyprowadził nas najdalej, jak to możliwe, poza Mikroland, i żeby tajemnica była pilnie strzeżona. Nie ma mowy, by któraś z nas zdradziła.

– A jeśli Duzi nas przyłapią? – pyta papieżyca.

– Cóż, piekło czeka te, które dadzą się złapać…

– Na razie nie działamy wbrew żadnemu boskiemu prawu. Ciekawość nie jest grzechem.

– Jesteś pewna?

Zmarszczka niepokoju pojawia się na czole królowej.

– Czego się obawiasz? – pyta papieżyca.

– Nie wiem, mam