Wydawca: Nasza Księgarnia Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 103 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Mikołajek - René Goscinny

Mikołajek, Joachim, Euzebiusz, Maksencjusz, Alcest, Ananiasz… To imiona najpopularniejszych łobuziaków w historii literatury dziecięcej. Ich przygody bawią polskich czytelników już od pół wieku!

Przez lata książki ukazywały się w niezmienionej szacie graficznej – ten charakterystyczny kwadratowy format rozpoznawał każdy fan serii.

Na pięćdziesiątą rocznicę pierwszego polskiego wydania serii wreszcie pojawia się wersja elektroniczna.

Nowoczesna forma e-booka zawiera jednak te same przezabawne ilustracje i historie, które ciągle zdobywają nowych czytelników w różnym wieku, zachwycając kolejne pokolenia.

Opinie o ebooku Mikołajek - René Goscinny

Fragment ebooka Mikołajek - René Goscinny

Zajrzyj na strony:

www.nk.com.pl

Znajdź nas na Facebooku

www.facebook.com/WydawnictwoNaszaKsiegarnia

DZIŚ PRZYSZLIŚMY DO SZKOŁY bardzo zadowoleni, bo będą robić fotografię całej klasy i ta fotografia – powiedziała nam pani nauczycielka – będzie dla nas najmilszą pamiątką na całe życie. Pani powiedziała także, żebyśmy przyszli porządnie ubrani i uczesani. Miałem pełno brylantyny na włosach, kiedy wszedłem na podwórko szkolne. Wszyscy koledzy już byli, a pani strofowała właśnie Gotfryda, który był ubrany jak Marsjanin. Gotfryd ma strasznie bogatego tatę, który mu kupuje masę zabawek – co tylko Gotfryd chce. Gotfryd mówił pani, że on absolutnie chce być sfotografowany jako Marsjanin, a jeśli nie, to sobie pójdzie.

Fotograf był już ze swoim aparatem i pani mu powiedziała, że trzeba szybko zrobić zdjęcie, bo przepadnie nam lekcja arytmetyki. Ananiasz, pierwszy uczeń i pieszczoszek naszej pani, powiedział, że to by była szkoda stracić lekcję, bo on bardzo lubi arytmetykę i rozwiązał wszystkie zadania, które były na dzisiaj.

Euzebiusz, jeden kolega, który jest bardzo silny, chciał dać Ananiaszowi fangę w nos, ale Ananiasz nosi okulary i nie zawsze można go bić. Pani zaczęła krzyczeć, że jeśli się nie uspokoimy, nie zrobi się fotografii i pójdziemy do klasy. Wtedy fotograf powiedział:

– Spokojnie, spokojnie! Ja wiem, jak trzeba rozmawiać z dziećmi. Wszystko pójdzie jak z płatka.

Fotograf kazał nam się ustawić w trzy rzędy; pierwszy rząd będzie siedział na ziemi, drugi będzie stał, pani będzie siedziała w środku na krześle, a trzeci rząd ustawi się na skrzynkach. Ten fotograf ma naprawdę fajne pomysły. Po skrzynki poszliśmy do szkolnej piwnicy. W piwnicy było prawie ciemno, więc podokazywaliśmy sobie, a Rufus włożył na głowę stary worek i tak długo krzyczał: „Uuu... jestem duch!”, aż przyszła pani i zdjęła mu ten worek. Rufus był bardzo zdziwiony, kiedy zobaczył panią. Wróciliśmy na podwórze, a pani puściła ucho Rufusa i stuknęła się ręką w czoło.

– Przecież jesteście zupełnie czarni – powiedziała.

Prawda, przez to błaznowanie w piwnicy zabrudziliśmy się trochę. Pani nie była zadowolona, ale fotograf powiedział, że nie szkodzi i że zdążymy się umyć, zanim on ustawi skrzynki i krzesło do fotografii. Poza Ananiaszem jedyny, który miał czystą twarz, to był Gotfryd, bo na głowie miał swój kask Marsjanina, który wyglądał jak słój.

– Widzi pani – powiedział Gotfryd do pani nauczycielki – gdyby wszyscy przyszli ubrani tak jak ja, nie musieliby się teraz myć.

Widziałem, że pani miała ochotę wytargać Gotfryda za uszy, ale to było niemożliwe przez ten słój. Fantastyczny jest taki kostium Marsjanina!

Obmyliśmy się, przyczesali i wróciliśmy na podwórze. Byliśmy trochę mokrzy, ale fotograf powiedział, że to nie szkodzi, że na fotografii tego nie będzie widać.

– Czy chcecie zrobić przyjemność waszej pani? – zapytał nas.

Odpowiedzieliśmy, że tak, bo przecież lubimy naszą panią – jest strasznie miła, kiedy jej nie denerwujemy.

– No więc – powiedział fotograf – ustawcie się grzecznie do zdjęcia. Najwyżsi staną na skrzynkach, średni staną na ziemi, a mali sobie usiądą.

Zaczęliśmy się już ustawiać i fotograf mówił do pani, że z dziećmi wszystko się zrobi cierpliwością, ale pani nie mogła wysłuchać go do końca: musiała nas rozdzielić, bo wszyscy chcieli stać na skrzynkach.

– Tylko ja jestem wysoki! – krzyczał Euzebiusz i spychał tych, którzy chcieli wejść na skrzynki.

Gotfryd nie chciał ustąpić i Euzebiusz trzasnął go w słój, aż go ręka zabolała. Musieliśmy potem w kilku wyciągać głowę Gotfryda ze słoja, bo słój nie chciał zejść.

Pani powiedziała, że ostrzega nas po raz ostatni i że zaraz pójdziemy na lekcję arytmetyki, więc postanowiliśmy się uspokoić i zaczęliśmy się ustawiać.

Gotfryd podszedł do fotografa i zapytał:

– Co to za aparat?

Fotograf uśmiechnął się i powiedział:

– To takie pudełko, z którego wyfrunie ptaszek, mój malutki.

– To stary grat – powiedział Gotfryd. – Mój tata dał mi aparat z osłoną, obiektywem szerokokątnym, teleobiektywem i, oczywiście, z fleszem.

Fotograf zrobił zdumioną minę, już się nie uśmiechał, tylko powiedział, żeby Gotfryd poszedł na swoje miejsce.

– A czy ma pan chociaż komórkę fotoelektryczną?! – zawołał Gotfryd.

– Mówię ci po raz ostatni: wracaj na miejsce! – krzyknął fotograf, nagle czegoś bardzo zdenerwowany.

Wreszcie ustawiliśmy się. Ja siedziałem na ziemi obok Alcesta. Alcest to mój kolega, który jest bardzo gruby i który ciągle je. Właśnie zajadał bułkę z dżemem i fotograf powiedział, żeby przestał jeść, ale Alcest odpowiedział, że on się musi odżywiać.

– Zostaw tę bułkę! – krzyknęła pani, która siedziała tuż za Alcestem. Alcest tak się przestraszył, że bułka wysunęła mu się z ręki na koszulę.

– No i świetnie – powiedział Alcest, próbując zebrać dżem bułką.

Pani powiedziała, że nie pozostaje nam nic innego, jak tylko posłać Alcesta do ostatniego rzędu, żeby nie było widać plamy na koszuli.

– Euzebiuszu – powiedziała pani – ustąp miejsca twemu koledze.

– To nie jest mój kolega – odpowiedział Euzebiusz – i nie ustąpię mu miejsca; niech stanie tyłem, żeby nie było widać jego plamy i jego tłustej gęby.

Panią to zgniewało i kazała za karę Euzebiuszowi odmieniać zdanie: „Nie powinienem odmawiać miejsca koledze, który zabrudził koszulę bułką z dżemem”. Euzebiusz nic nie powiedział – zszedł ze skrzynki i stanął w drugim rzędzie, a Alcest poszedł do ostatniego. Zrobił się mały rozgardiasz, zwłaszcza wtedy, gdy Euzebiusz, przechodząc koło Alcesta, dał mu pięścią w nos. Alcest chciał go kopnąć w kostkę, ale Euzebiusz się uchylił (on jest bardzo zwinny) i kopa dostał Ananiasz, na szczęście tam, gdzie nie nosi okularów. Mimo to Ananiasz zaczął płakać i krzyczeć, że nic nie widzi, że nikt go nie lubi i że chce umrzeć. Pani go pocieszała, wytarła mu nos, przygładziła włosy i ukarała Alcesta. Miał napisać sto razy: „Nie powinienem bić kolegi, który mnie nie zaczepia i który nosi okulary”.

– Dobrze ci tak – powiedział Ananiasz, a pani kazała mu też napisać kilka linijek. Ananiasz był tak zdziwiony, że zapomniał płakać. Pani zaczęła wszystkim rozdzielać kary – wszyscy dostaliśmy do napisania kilka linijek – i w końcu pani powiedziała:

– A teraz może wreszcie uspokoicie się. Jeżeli będziecie bardzo grzeczni, daruję wam wszystkie kary. Ustawcie się ładnie, uśmiechnijcie się, a pan zrobi nam piękne zdjęcie.

Posłuchaliśmy, bo nie chcieliśmy robić przykrości naszej pani. Wszyscy się ustawili i uśmiechnęli.

Ale i tak nic nie wyszło wtedy z tej fotografii, która miała być najmilszą pamiątką na całe życie, bo zobaczyliśmy, że nie ma fotografa. Nic nie powiedział, tylko sobie poszedł.

Od góry, od lewej: Martin (poruszył się), Poulot, Dubéda, Coussignon, Rufus, Aldebert, Euzebiusz, Champignac, Lefèvre, Toussaint, Charlier, Sarigaut.

W środku: Paul Bojojof, Jacques Bojojof, Marquou, Lafontan, Lebrun, Dubos, Delmont, de Fantagnés, Martineau, Gotfryd, Mespoulet, Falot, Lafageon.

Siedzą: Rignon, Guyot, Hannibal, Croutsef, Bergès, nasza pani, Ananiasz, Mikołaj, Faribol, Grosini, Gonzalès, Pichenet, Alcest i Mouchevin (którego potem wydalono).

KTÓREGOŚ POPOŁUDNIA ZAPROSIŁEM DO SIEBIE KOLEGÓW, żeby pobawić się w kowbojów. Wszyscy przynieśli rozmaite swoje skarby. Rufus dostał od swego taty, który jest policjantem, policyjną czapkę, kajdanki, rewolwer, białą pałkę i gwizdek; Euzebiusz miał stary harcerski kapelusz swojego starszego brata, pas z drewnianymi nabojami i dwa futerały, w których były ogromne rewolwery z rękojeściami wykładanymi taką masą, jak na puderniczce, którą tata kupił mamie, kiedy się posprzeczali przez przypaloną pieczeń, a mama powiedziała, że się przypaliła, bo tata się spóźnił na obiad. Alcest był przebrany za Indianina, miał drewniany topór i pióropusz – wyglądał jak tłusty kurak; Gotfryd, który lubił się przebierać i który ma bardzo bogatego tatę – tata kupuje Gotfrydowi wszystko, co tylko Gotfryd chce – był ubrany zupełnie jak kowboj: w spodnie z frędzlami, skórzaną kamizelkę, kraciastą koszulę, duży kapelusz; miał rewolwer na kapiszony i wspaniałe ostrogi. Ja miałem czarną maskę, którą dostałem na tłusty czwartek, strzelbę na strzały i czerwoną chustkę na szyi (stary szalik mamy).

Wyglądaliśmy fajnie!

Bawiliśmy się w ogrodzie i mama powiedziała, że zawoła nas na podwieczorek.

– No więc – powiedziałem – ja jestem dzielny Joe i mam wspaniałego białego konia, a wy jesteście bandyci, ale na końcu ja zwyciężam.

Ale koledzy się nie zgodzili; z tym właśnie największy kłopot, że jak się człowiek bawi sam, to jest nudno, a jak są inni, to się ciągle sprzeczają.

– A dlaczego ja nie mam być dzielnym Joe – zawołał Euzebiusz – i dlaczego ja nie mam mieć białego konia?

– Z taką gębą, jak twoja, nie możesz być dzielnym Joe – powiedział Alcest.

– Te, Indianin, zamknij się albo cię kopnę w kuper – powiedział Euzebiusz.

On jest bardzo silny i lubi dawać pięścią w nos, ale żeby w kuper, to mnie zdziwiło, chociaż rzeczywiście Alcest wyglądał jak tłusty kurak.

– W każdym razie, żebyście wiedzieli, że to ja będę szeryfem – powiedział Rufus.

– Szeryfem! – krzyknął Gotfryd. – Gdzieś ty widział szeryfa w takiej czapce? To śmiechu warte!

To się nie spodobało Rufusowi, który ma tatę policjanta.

– Mój tata – powiedział – nosi taką czapkę i nikt się nie śmieje!

– Ale wszyscy by się śmiali, gdyby był tak ubrany w Teksasie – powiedział Gotfryd i Rufus uderzył go w szczękę; wtedy Gotfryd wyciągnął rewolwer z futerału i powiedział:

– Pożałujesz tego, Joe!

Rufus walnął go jeszcze raz, a Gotfryd usiadł na ziemi i wystrzelił z rewolweru; Rufus złapał się rękami za brzuch, zaczął się wykrzywiać i upadł, jęcząc:

– Zwyciężyłeś, podły kujocie, ale będę pomszczony!

Ja galopowałem przez ogród, bijąc się po spodniach, żeby jechać szybciej, ale Euzebiusz podszedł do mnie i powiedział:

– Zejdź z białego konia. To mój koń.

– Nie, szanowny panie – odpowiedziałem mu – ja jestem u siebie i ja mam białego konia.

Więc Euzebiusz walnął mnie w nos, a Rufus zagwizdał przeraźliwie na swoim gwizdku.

– Jesteś koniokradem – powiedział Euzebiuszowi – a my w Kansas City wieszamy koniokradów.

W tym momencie przybiegł Alcest i zawołał:

– Hola! Nie masz prawa go wieszać, ja jestem szeryfem!

– Od kiedy, kurczaku? – zapytał Rufus.

Alcest, który zazwyczaj nie lubi się bić, złapał swój drewniany topór i trzasnął rękojeścią w głowę Rufusa, który się tego wcale nie spodziewał. Na szczęście Rufus miał na głowie swoją czapkę.

– Moja czapka! Zgniotłeś moją czapkę! – krzyknął Rufus i zaczął gonić Alcesta, a ja tymczasem galopowałem sobie po ogrodzie.

– Ej, chłopaki! – zawołał Euzebiusz – poczekajcie! Mam pomysł. My będziemy ci dobrzy biali, Alcest będzie plemieniem Indian, będzie chciał nas wziąć do niewoli; porywa jednego jeńca, ale my się zjawiamy, uwalniamy jeńca i Alcest jest pokonany!

My wszyscy uważaliśmy, że to fajny pomysł, ale Alcest się nie zgodził.

– Dlaczego ja mam być Indianinem? – zapytał.

– Bo masz pióro na głowie, idioto! – odpowiedział Gotfryd. – A jak ci się nie podoba, to się nie baw, nudzisz nas już, słowo daję!

– Jak tak, to ja się nie bawię – powiedział Alcest i poszedł w kąt ogrodu, obrażony, jeść bułeczkę z czekoladą, którą miał w kieszeni.

– Musi się z nami bawić – powiedział Euzebiusz – bo on jeden jest Indianinem. Jak się nie będzie bawił, to go oskubię z piór!

Alcest powiedział, że dobrze, że może się bawić, ale pod warunkiem, że na końcu będzie dobrym Indianinem.

– No, już dobrze, dobrze – powiedział Gotfryd. – Ale z ciebie nudziarz!

– A kto będzie jeńcem? – zapytałem.

– Gotfryd – powiedział Euzebiusz. – Przywiążemy go do drzewa sznurem od bielizny.

– Ani mi się śni – powiedział Gotfryd. – Dlaczego ja? Ja nie mogę być jeńcem, jestem najlepiej ubrany z was wszystkich!

– No to co? – zapytał Euzebiusz. – Ja mam białego konia i też się bawię!

– Ja mam białego konia! – zawołałem.

Euzebiusz był wściekły, powiedział, że to on jest białym koniem, a jak mi się nie podoba, to zaraz znowu oberwę po nosie.

– Spróbuj tylko! – powiedziałem, a on spróbował i udało mu się.

– Nie ruszaj się, synu Oklahomy! – krzyknął Gotfryd i zaczął strzelać do wszystkich, a Rufus gwizdał i wołał:

– Te-ek, ja jestem szeryfem, te-ek, zaraz wszystkich was zaaresztuję!

Alcest trzasnął go toporem w czapkę i powiedział, że go bierze do niewoli, a Rufus się obraził, bo gwizdek wpadł mu w trawę; ja płakałem i mówiłem Euzebiuszowi, że jestem u siebie i że już go nigdy nie zaproszę. Wszyscy krzyczeli, bardzo było fajnie i pysznieśmy się bawili.

A potem tata wyszedł do ogrodu. Nie wyglądał na zadowolonego.

– Cóż to za hałasy, dzieci, czy nie potraficie się grzecznie bawić?

– To przez Gotfryda, proszę pana, on nie chce być jeńcem – powiedział Euzebiusz.

– Chcesz w zęby? – zapytał Gotfryd i zaczęli się bić, ale tata ich rozbroił.

– Dzieci – powiedział – pokażę wam, jak się trzeba bawić. Ja będę jeńcem.

Strasznieśmy się ucieszyli! Mój tata jest fajny!

Przywiązaliśmy tatę do drzewa sznurem od bielizny. Właśnie kończyliśmy go wiązać, kiedy zobaczyliśmy, że pan Blédurt przeskakuje przez płot do ogrodu.

Pan Blédurt to nasz sąsiad, który bardzo lubi przekomarzać się z tatą.

– Ja też chcę się bawić, będę czerwonoskórym Dzikim Bawołem!

– Idź sobie, Blédurt, nikt cię tu nie prosił!

Pan Blédurt był fantastyczny: stanął przed tatą, skrzyżował ręce na piersiach i powiedział:

– Niech blada twarz poskromi swój język!

Ciąg dalszy w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

MIKOŁAJEK

Tytuł oryginału francuskiego

LE PETIT NICOLAS

© 2012 IMAV éditions/Goscinny–Sempé

Pierwsze wydanie we Francji: 1960

Mikołajek, postaci, przygody i charakterystyczne elementy świata Mikołajka są dziełem René Goscinnego i Jean-Jacques’a Sempégo. Prawo do posiadania i korzystania z marek związanych ze światem Mikołajka zastrzeżone dla IMAV éditions. Le Petit Nicolas® jest zarejestrowanym znakiem słownym i graficznym. Wszelkie prawa do reprodukowania lub imitowania marki i wszelkich logotypów zakazane i zastrzeżone.

www.petitnicolas.com

© Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo „Nasza Księgarnia”, Warszawa 1964

Redaktor prowadzący Anna Garbal

Opieka redakcyjna Joanna Kończak

Redakcja Małgorzata Grudnik-Zwolińska

Korekta Roma Sachnowska

Korekta plików po konwersji Irmina Garlej

ISBN 978-83-10-12763-1

Plik wyprodukowany na podstawie Mikołajek, Warszawa 2014

www.naszaksiegarnia.pl

Wydawnictwo NASZA KSIĘGARNIA Sp. z o.o.

02-868 Warszawa, ul. Sarabandy 24c

tel. 22 643 93 89, 22 331 91 49,

faks 22 643 70 28

e-mail: naszaksiegarnia@nk.com.pl

Plik ePub przygotowała firma eLib.pl

al. Szucha 8, 00-582 Warszawa

e-mail: kontakt@elib.pl

www.eLib.pl