Mikołaj UNDERCOVER - Małgorzata Lisińska - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Mikołaj UNDERCOVER ebook i audiobook

Małgorzata Lisińska

4,7

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

426 osób interesuje się tą książką

Opis

Nie chciałam się znaleźć na firmowym przyjęciu świątecznym. 
W tym roku w ogóle najchętniej przespałabym Boże Narodzenie!
Oto ja: Grinch na szpilkach, marudny i zły. 
Jeśli nawet nie zepsuję wszystkim zabawy, to na pewno sama nie poczuję przyjemności...
Ale czy na pewno?

Co się stanie, gdy na drodze Grincha na szpilkach stanie seksowny mikołaj?
I co wspólnego ma niedziałająca karta hotelowa z koleżankami z pracy?
Tego dowiesz się z nowego, świątecznego opowiadania Gosi Lisińskiej.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 34

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 0 godz. 58 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Magda Karel

Oceny
4,7 (53 oceny)
43
7
2
0
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
poprawakat

Nie oderwiesz się od lektury

mam nadzieję że ciąg dalszy nastąpi
10
BeaSzyOli

Nie oderwiesz się od lektury

Alez to było świetne! Humor pierwsza klasa. Może autorka rozwienie ten pomysl i napisze pełnowymiarową książkę o Żanecie i jej świątecznym prezencie.
10
malpiszon81

Dobrze spędzony czas

Super 🙂
00
aga1420

Dobrze spędzony czas

Zdecydowanie za krótkie.
00
marzena1980zwierz

Nie oderwiesz się od lektury

Tak się nie kończy książki Pani Gosiu .....🥺
00



Przekroczyłam próg windy ścigana melodią jednoznacznie wskazującą na bliskość Bożego Narodzenia… Nie, no, kto by z nim skojarzył Last Christmas…? A skąd! Jakby tego było mało, w samym hallu hotelowym naliczyłam czterech mikołajów, pięć choinek, a od błyskających lampek można się było nabawić epilepsji. I jeszcze ci wszyscy ludzie uśmiechnięci, serdeczni i do wyrzygania powtarzający: „Wesołych Świąt!” Jasne, cholera, wesołych. Aha.

Lustro w windzie wyraźnie wskazywało, że Żanka Bąk powinna wleźć do łóżka, przykryć się kołderką i nie wyłazić spod niej przynajmniej do sylwestra. Żanka, w sensie ja, oczywiście. Wyglądałam jak z krzyża zdjęta, z sinymi cieniami pod oczami, bez makijażu, za to z niewidocznym garbem, który w magiczny sposób ciągnął mnie do podłogi. Najchętniej bym się na niej położyła, zwinęła w precelek i zasnęła…

Taaa, powinnam się przespać, a nie rozbijać po hotelu w stolicy. Niestety pismo z Zarządu wyraźnie sugerowało, że obecność na spotkaniu firmowym, bo chociaż odbywało się tuż przed Bożym Narodzeniem, niepolitycznie byłoby nazwać je wigilijnym czy bożonarodzeniowym, jest obowiązkowa. Nie, nikt tego nie powiedział wprost, ale użyto ładnych sformułowań w stylu „wszyscy nie możemy się już doczekać” czy „jesteśmy jedną rodziną” i inne takie. Ja tam wolałabym nie przyznawać się do niektórych członków tejże „rodziny”. Niestety w ciągu mojego już wkrótce trzydziestosiedmioletniego życia nie zdążyłam się dorobić żadnych bąbelków, więc nie mogłam, jak moja niedoszła współlokatorka hotelowa, z głębokim i nieutulonym żalem oświadczyć głowie naszego działu, Maryli Straszliwej, że bąbelek smarcze i cherla jak konający hipopotam, więc ona musi, no po prostu musi zostać w domu. Na dowód tegoż przedstawiła nawet zwolnienie lekarskie i odżałowała kasę, o którą obniży jej to pensję. Nie dziwię się, też myślałam, czy nie odwiedzić jakiegoś lekarza, znajdując u siebie pierwsze objawy jakiejś ciężkiej, góra czterodniowej choroby.

Atmosfera w naszej firmie psuła się mniej więcej od pół roku, odkąd Włosi narzucili nam nowego prezesa. Gość był, delikatnie mówiąc, niemotą, za to cholernie chciwą. Skończyły się premie i nagrody, zagonili nas z powrotem do biur, chociaż od pandemii mogliśmy wybierać między nim a home office. Rzucali nam zadania z dupy, a handlowemu zmienili targety na tak wyśrubowane, że dziewczyny i chłopaki od kilku miesięcy chodziły z podstawowym wynagrodzeniem. Część ludzi już odeszła, inni szukali nowej pracy. I jakby tego było mało, jakiś tydzień temu poczta pantoflowa w postaci Piotrusia z IT doniosła nam, że w tym roku, po raz pierwszy od dziesięciu lat, nie będzie świątecznych bonusów.

Taka wiadomość i to tuż po tym, jak pracownicy z wszystkich pięciu oddziałów dostali „uprzejme zaproszenie” na przyjęcie świąteczne w stolicy i to w nienajtańszym hotelu, prawie wywołała zamieszki. Przywykliśmy do tych dodatkowych pieniędzy, szczególnie, że zwykle były niewiele mniejsze niż pensja. Większość z nas już zaplanowała wydatki, a niektórzy wręcz wydali trzynastkę, jeszcze przed jej otrzymaniem. Czy, jak miało się okazać, nieotrzymaniem.

Ja, na ten przykład, leciałam na przedłużony weekend do Rzymu. To znaczy od miesiąca przeglądałam strony hoteli, czytałam o zabytkach, o kawiarniach, restauracjach i ogólnie jarałam się, jak choinka po święcie Trzech Króli. Całe szczęście, że mamusia mnie uczyła, by nie dzielić skóry na niedźwiedziu, póki się go nie utłukło, zatem niczego nie kupiłam, debetując i tak ubogie konto. Teraz to mogłam sobie pojechać do Rzymu, a konkretnie do karczmy o tej nazwie w Suchej Beskidzkiej. Tyle że przy aktualnych cenach paliwa, będę musiała na tę frajdę od kogoś pożyczyć, bo kasa, którą posiadałam, raczej mi tego nie umożliwi.

Dlatego i z powodu tych debilnych zadań, nad którymi siedziałam po godzinach od trzech tygodni, wyglądałam jak wyglądałam. Po ośmiu latach w firmie byłam przemęczona i wypalona. Dodać do tego relację z moim już byłym… Normalnie kombo.

Rozpaczając nad dziurą budżetową swojego gospodarstwa domowego, wjechałam na piętro z odpowiednim numerem. Taki wymieniła uprzejma pani w recepcji, wręczając mi kartę do pokoju. Wyszłam z windy i na moment stanęłam zdezorientowana. Spojrzałam na cyferki wypisane na kartoniku, w którym była karta i zaczęłam się rozglądać. Dopiero po paru sekundach zauważyłam jebutną strzałkę wskazującą, w którym kierunku mam się udać. Taaa, przemęczenie, jak nic. Inaczej takiej ślepoty nie da się nazwać.

Pokój był ładny, niemały, z dwoma pojedynczymi łóżkami, toaletką i wanną w łazience.

Wanną!

Marzyłam o wannie, ale w mojej łazience nie było na nią miejsca. Stąd teraz najchętniej nalałabym do niej wodę tak gorącą, że miałabym problem z zanurzeniem się, a potem leżałabym z godzinę, słuchając klasyki ballad rockowych. No, może jeszcze wcześniej skoczyłabym do jakiejś Żabki po butelkę czerwonego wina. Do ideału z moich marzeń przydałby się jeszcze przystojniak otwierający tę butelkę. Najlepiej taki jednorazowy, bo z długoterminowymi, jak wskazywało doświadczenie, same problemy.