Migawka - Brandon Sanderson - ebook
BESTSELLER

Migawka ebook

Brandon Sanderson

3,9

13 osób interesuje się tą książką

Opis

Gdybyście mogli odtworzyć jeden dzień, jakie mroczne sekrety udałoby się wam odkryć?

Brandon Sanderson stworzył thriller policyjny inny niż wszystkie. Anthony Davis i jego partner Chaz są jedynymi prawdziwymi ludźmi spośród dwudziestu milionów mieszkańców miasta. Trafili tam na podstawie nakazu sądowego, by dowiedzieć się, co wydarzyło się w prawdziwym świecie przed dziesięcioma dniami. To z kolei umożliwi odnalezienie ukrytych dowodów w realnym mieście.

Wewnątrz odtworzonej Migawki 1 maja Davis i Chaz są najwyższą władzą. Ich odznaki pozwalają im ominąć każdą przeszkodę i lekceważyć prawa obywatelskie otaczających ich podróbek. Jednak przestępstwa, które mają zbadać, wydają im się banalne – do chwili, gdy natrafią przypadkiem na ofiary seryjnego mordercy. I mimo iż centrala nie pozwala im przeprowadzić dochodzenia, obaj policjanci postanawiają zignorować ten rozkaz.

Rozpoczęło się polowanie. A choć miasto wraz z podróbkami przestanie istnieć po wyłączeniu Migawki, nie oznacza to jeszcze, że Davis i Chas wyjdą z niego z życiem.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 105

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Podzię­ko­wa­nia

Aby opo­wieść tra­fiła do rąk czy­tel­ni­ków, nie wystar­czy, bym ją napi­sał. Za kuli­sami pra­cuje duża grupa, która stara się, by cała książka była piękna i wygła­dzona.

Dzię­kuję Pete­rowi Orul­lia­nowi i Steve’owi Dia­mon­dowi, któ­rzy bar­dzo się sta­rali, by Migawka była nie­sa­mo­wita w każ­dym aspek­cie. Moshe Feder, Joshua Bil­mes i nie­kwe­stio­no­wany Peter Ahl­strom jak zawsze zgło­sili dosko­nałe poprawki redak­cyjne, dzięki któ­rym histo­ria stała się lep­sza. Deanna Hoak zapew­niła świetną korektę, a uta­len­to­wany Howard Lyon odpo­wiada za piękną ilu­stra­cję na okładce.

Jestem ogrom­nie wdzięczny spo­łecz­no­ści pierw­szych czy­tel­ni­ków za nie­oce­nione infor­ma­cje zwrotne, które od nich otrzy­ma­łem. Byli to Trae Cooper, Mark Lind­berg, Nikki Ram­say, Ted Her­man, Gary Sin­ger, Ross New­berry, Alice Arne­son, Louis Hill, Bob Kluttz, Lynd­sey Luther, Megan Kanne, Brian T. Hill, Richard Fife, Ben Black, Aubree Pham, Bao Pham, Josh Wal­ker, Jory Phil­lips i Eric Lake. Szcze­gól­nie chciał­bym podzię­ko­wać Lorze Jean Buss i Gle­nowi Bus­sowi, za infor­ma­cje zwią­zane z ochroną porządku publicz­nego, i Kri­sti­nie Kugler za pomoc w korek­cie.

Po raz kolejny mój zespół z Dra­gon­steel prze­czy­tał tę histo­rię, sko­men­to­wał ją i wciąż wspiera mnie i moją twór­czość na wszyst­kie moż­liwe spo­soby. Peter Ahl­strom, Karen Ahl­strom, Kara Ste­wart,  saac Ste­wart, Adam Horne i Emily San­der­son.

Bran­don San­der­son

Roz­dział pierw­szy

Anthony Davis – jeden z dwóch praw­dzi­wych ludzi w mie­ście liczą­cym dwa­dzie­ścia milio­nów miesz­kań­ców – zła­pał bur­rito, które rzu­cił mu jego part­ner.

– Na któ­rym końcu jest musz­tarda?

– Musz­tarda? – powtó­rzył Chaz. – A kto dodaje musz­tardę do bur­rito?

– Ty. Z któ­rej strony?

Chaz uśmiech­nął się, uka­zu­jąc ide­alne białe zęby. Były sztuczne. Po tym, jak przed dwoma laty obe­rwał w twarz stoł­kiem baro­wym, stra­cił jeden, ale kazał den­ty­ście wsta­wić implant, który wyglą­dał zbyt ide­al­nie i nie paso­wał do pozo­sta­łych zębów. Do tej pory zdą­żył wymie­nić już więk­szość.

– Musz­tarda jest na końcu po two­jej lewej. – Chaz wska­zał na bur­rito. – Skąd wie­dzia­łeś?

Davis jedy­nie chrząk­nął i ode­rwał koniec bur­rito. Fasolka, ser, woło­wina. I musz­tarda. Chaz żywił to idio­tyczne prze­ko­na­nie, że pew­nego dnia jego part­ner odgry­zie kawa­łek z musz­tardą i się nawróci. Davis pokrę­cił głową i wyrzu­cił ode­rwany kawa­łek bur­rito do naj­bliż­szego kosza.

Szli ulicą w cywil­nych ubra­niach. Ota­czało ich olbrzy­mie mia­sto New Clip­per­ton, tak auten­tyczne, że nikt by nie powie­dział, iż jest Migawką – odtwo­rze­niem okre­ślo­nego dnia w praw­dzi­wym mie­ście. Całe mia­sto zostało zre­kon­stru­owane z wyko­rzy­sta­niem metod, które pro­sty gli­niarz taki jak Davis led­wie poj­mo­wał.

W rze­czy­wi­sto­ści znaj­do­wali się w olbrzy­mim pod­ziem­nym kom­plek­sie, ale zupeł­nie tego nie zauwa­żał – widział słońce nad głową i czuł smród docho­dzący z bocz­nej uliczki, którą mijali. Wszystko wyda­wało mu się realne. Na swój spo­sób było realne – zbu­do­wane z suro­wej mate­rii, którą można było poczuć, pową­chać, usły­szeć i – o czym świad­czył kęs, który odgryzł Davis – posma­ko­wać.

A niech to. Prze­ga­pił tro­chę musz­tardy.

– Zasta­na­wia­łeś się kie­dyś – Chaz mówił z peł­nymi ustami – ile kosz­tują te bur­rito? To zna­czy tak naprawdę. Ener­gia potrzebna, by je stwo­rzyć i umie­ścić tutaj, żeby­śmy mogli je kupić?

– Kupę kasy. – Davis odgryzł kolejny kęs. – I jed­no­cze­śnie zupeł­nie nic.

– Hmm… To tro­chę tak, jak ty mówisz różne rze­czy, które jed­no­cze­śnie zupeł­nie nic nie zna­czą?

– Pro­jekt Migawka to koszty uto­pione, Chaz. Goście w gar­nia­kach już zapła­cili za to miej­sce i tech­no­lo­gię potrzebną do jego stwo­rze­nia. Wszystko jest na miej­scu, a koszty począt­kowe były ogromne. Ale tak naprawdę nie mie­li­śmy wyboru.

Kiedy nowy ame­ry­kań­ski rząd wyco­fał się z Clip­per­ton, posta­no­wił nie usu­wać insta­la­cji pod mia­stem. Davis był prze­ko­nany, że Ame­ry­ka­nie chcieli, żeby pozo­stała, na wypa­dek gdyby posta­no­wili wró­cić i jesz­cze tro­chę poba­wić się swoim eks­pe­ry­men­tem. Ale nie chcieli też tak po pro­stu jej oddać. I dla­tego New Clip­per­ton – ofi­cjal­nie nie­za­leżne pań­stwo-mia­sto – dostało „szansę” na prze­ję­cie Pro­jektu Migawka. Za bar­dzo wysoką opłatą.

Davis odgryzł kolejny kęs bur­rito.

– Całość mnó­stwo nas kosz­to­wała, ale co się stało, to się nie odsta­nie, więc rów­nie dobrze możemy z tego korzy­stać.

– No tak, ale to bur­rito, stary. Robią dla nas bur­rito. Zawsze się zasta­na­wia­łem, czy goście z księ­go­wo­ści nie pomy­ślą pew­nego dnia „Bur­rito są zbyt błahe. Usuńmy je”.

– To tak nie działa. Jeśli zamie­rza się wyko­rzy­stać Migawkę do odtwo­rze­nia dnia, trzeba to zro­bić dosko­nale. Czyli nasze bur­rito, graf­fiti na tam­tej ścia­nie, ta kobieta, na którą się gapisz… wszystko jest w pakie­cie. Dro­gie, a jed­no­cze­śnie za darmo.

– Nie­zła jest, co? – Chaz odwró­cił się i szedł tyłem, wpa­tru­jąc się w kobietę.

– Chaz, miej tro­chę przy­zwo­ito­ści.

– Dla­czego? Ona nie jest praw­dziwa. Nikt z nich nie jest.

Kubki sma­kowe Davisa nie zauwa­żały, że bur­rito, które wła­śnie prze­żuwa, nie jest praw­dziwe. Oczy­wi­ście, co to zna­czyło „praw­dziwy”? Fasolka i ser zostały wymo­de­lo­wane na pod­sta­wie praw­dziwego bur­rito w praw­dziwym mie­ście i wszystko się zga­dzało nawet na pozio­mie czą­stecz­ko­wym. Nie była to też wir­tu­alna symu­la­cja. Gdyby umie­ścić to bur­rito obok takiego z real­nego świata, nawet za pomocą mikro­skopu elek­tro­no­wego nie dałoby się zauwa­żyć róż­nicy.

Chaz chrząk­nął i wgryzł się w swoje bur­rito.

– Zasta­na­wiam się, kto kupił je w praw­dzi­wym mie­ście.

Dobre pyta­nie. Migawka została stwo­rzona w ciągu jed­nej nocy i była dokładną repliką dnia sprzed dzie­się­ciu dni – 1 maja 2018 roku. Cała rekon­struk­cja miała zostać usu­nięta w chwili, gdy Chaz i Davis opusz­czą ją na noc. Naci­sną guzik i wszystko w środku zmieni się z powro­tem w surową mate­rię i ener­gię.

Chaz i Davis byli jed­nak praw­dziwi – przy­byli z „praw­dzi­wego życia”, jeśli można tak to okre­ślić. Ich wpro­wa­dze­nie – choć konieczne – było rów­nież kło­po­tliwe. Kiedy wcho­dzili w inte­rak­cje z Migawką, powo­do­wali coś, co nazy­wano Odchy­le­niami – róż­nice mię­dzy Migawką a tym, jak roze­grały się wyda­rze­nia praw­dzi­wego pierw­szego maja.

Nie­które rze­czy, które robili – choć nie dało się prze­wi­dzieć, które – odbi­jały się na całej Migawce, spra­wia­jąc, że wyda­rze­nia w rekon­struk­cji roz­gry­wały się ina­czej niż praw­dzi­wego dnia. Pro­cent Odchy­le­nia – obli­czony przez sta­ty­sty­ków – brano pod uwagę w cza­sie wszyst­kich pro­ce­sów powią­za­nych z dowo­dami odkry­tymi w Migawce.

Chaz i Davis zwy­kle pozo­sta­wiali to gościom w księ­go­wo­ści. Cza­sami przez cały dzień robili rze­czy, które w ich prze­ko­na­niu powinny zni­we­czyć wszel­kie szanse na uzna­nie dowo­dów – ale w końcu wszystko dobrze się koń­czyło i pro­cent Odchy­le­nia oka­zy­wał się nie­wielki. Innym razem Davis zamknął się w hote­lo­wym schro­nie, zde­cy­do­wany nie two­rzyć żad­nych Odchy­leń. Nie­stety, trza­ska­jąc drzwiami, obu­dził kobietę w sąsied­nim pokoju. Jej z kolei udało się dotrzeć na czas na roz­mowę o pracę, a to miało swoje kon­se­kwen­cje w całej Migawce, powo­du­jąc Odchy­le­nie wyno­szące dwa­dzie­ścia pro­cent. I w efek­cie sprawa została umo­rzona.

Nikt nie miał do nich pre­ten­sji. Gli­nia­rze w Migaw­kach wywo­ły­wali Odchy­le­nia, taka była natura tego, co robili. Mimo wszystko to go drę­czyło. Tutaj wszy­scy inni byli fał­szywi, ale on i Chaz… jakimś spo­so­bem byli czymś jesz­cze gor­szym. Usterki w dosko­na­łym sys­te­mie. Intruzi. Wirusy pozo­sta­wia­jące za sobą chaos.

Nie­ważne, powie­dział sobie, koń­cząc bur­rito. Skup się na misji. Psy­chia­tra z wydziału kazała mu się sku­piać na tym, co robił, na bie­żą­cym zada­niu. Obse­sja na punk­cie Odchy­leń unie­moż­li­wiała mu dzia­ła­nie.

Dotarli na róg Trze­ciej i Dwu­dzie­stej Siód­mej, w pobliżu sze­regu skle­pi­ków. Cało­do­bowe spo­żyw­czaki, mono­po­lowy z kra­tami w oknach. Na tyłach szyl­dów naklejki z nazwami przy­pad­ko­wych zespo­łów. To nie była lep­sza dziel­nica mia­sta – tych nie­wiele już pozo­stało.

Davis znów przy­wo­łał na tele­fo­nie para­me­try misji i przyj­rzał im się uważ­nie.

– Sądzę, że powin­ni­śmy sta­nąć w środku. – Davis wska­zał na mono­po­lowy.

– Trudno będzie kogoś gonić.

– Tak, ale on nas nie zoba­czy. Żad­nych Odchy­leń.

– Odchy­leń nie da się powstrzy­mać.

Miał rację. Każ­dego dnia wypy­ty­wano ich o to, co robili, zgry­wano też dane z tele­fo­nów, które śle­dziły ich poło­że­nie. Ich dzia­ła­nia pod­le­gały audy­towi przez księ­go­wych z wydziału spraw wewnętrz­nych, ale zawsze mówiono o „mini­ma­li­zo­wa­niu ryzyka Odchy­le­nia celów”. Ni­gdy o eli­mi­no­wa­niu Odchy­leń.

Poza tym danymi z tele­fo­nów dało się mani­pu­lo­wać, o czym Davis dobrze wie­dział, a sygnały z zewnątrz z tru­dem docie­rały do wnę­trza Migawki. I tak naprawdę nikt nie mógł być pewien, co tu robili.

Chaz jed­nak nie sprze­ci­wiał się dłu­żej, kiedy Davis zajął sta­no­wi­sko w skle­pie mono­po­lo­wym, otwar­tym mimo wcze­snej pory. Choć dziel­nica była kiep­ska, w środku pach­niało czy­sto­ścią i pano­wał porzą­dek. Bro­daty Sikh w szy­kow­nym czer­wo­nym tur­ba­nie zamia­tał pod­łogę przy kasie. Przy­glą­dał im się z zacie­ka­wie­niem, kiedy usta­wili się przy oknie od frontu.

Davis znów prze­czy­tał para­me­try misji i spoj­rzał na zega­rek. Pół godziny. Nie­wiele czasu. Nie powinni robić sobie prze­rwy na śnia­da­nie, mimo narze­kań Chaza.

Skle­pi­karz nie prze­ry­wał zamia­ta­nia, ale od czasu do czasu posy­łał im spoj­rze­nie.

– Będziemy mieli z nim pro­blem – zauwa­żył Chaz.

– Jeste­śmy dwoma zwy­kłymi klien­tami.

– Któ­rzy niczego nie kupują. Teraz wyglą­damy przez okno, a jeden z nas co pięt­na­ście sekund patrzy na zega­rek.

– Wcale nie…

Davis prze­rwał, kiedy skle­pi­karz w końcu odsta­wił mio­tłę na bok i pod­szedł do nich.

– Będą musieli pano­wie wyjść – powie­dział. – Muszę zamknąć, żeby, no, pójść na lunch.

Davis uśmiech­nął się, przy­go­to­wu­jąc kłam­stwo, żeby uspo­koić męż­czy­znę.

Chaz mach­nął mu przed nosem odznaką.

W oczach Davisa wyglą­dała nor­mal­nie. Sre­brzy­sta tar­cza ze stan­dar­do­wym, ofi­cjal­nym gra­we­ro­wa­niem. Nie było w niej niczego nie­zwy­kłego. Tyle tylko, że to była odznaka real­no­ści. Dla każ­dego z Migawki – każ­dego, kto był pod­róbką, fał­szy­wym czło­wie­kiem – wcale nie wyglą­dała jak odznaka poli­cyjna. Miast tego zaświad­czała, że noszący ją ludzie są praw­dziwi.

A patrzący na nią wręcz prze­ciw­nie.

Sikh wpa­try­wał się w odznakę sze­roko otwar­tymi oczyma. Davis zawsze się zasta­na­wiał, co takiego widzą. Wszy­scy mieli to samo odle­głe spoj­rze­nie, jakby wpa­try­wali się w coś ogrom­nego. Oszo­ło­mione. Nawet odro­binę prze­stra­szone.

Czy moja pod­róbka kie­dy­kol­wiek widziała jedną z nich? – zasta­na­wiał się. Wie­rzył, że jest praw­dzi­wym mną, cał­ko­wi­cie igno­ru­jąc fakt, że on – i jego cały świat – to jedy­nie Migawka. Aż zoba­czył odznakę…

Skle­pi­karz otrzą­snął się i popa­trzył na nich.

– Hej, nie­zła sztuczka. Jak pan… to zna­czy, jak to się robi…? – Znów spoj­rzał na odznakę.

Pod­róbki zawsze instynk­tow­nie ją roz­po­zna­wały. Coś w ich wnę­trzu wie­działo, co zna­czy odznaka, nawet jeśli o niej nie sły­szeli. Oczy­wi­ście więk­szość sły­szała, przez te całe ostat­nie spory o pry­wat­ność. Poza tym opi­nia publiczna w Odno­wio­nej Unii Ame­ry­kań­skiej fascy­no­wała się pro­jek­tem, sta­wał się popu­larny w kinie. Na ser­wi­sach było z pół tuzina dra­ma­tów poli­cyj­nych o gli­nia­rzach pra­cu­ją­cych wewnątrz Migawki – choć, o ile Davis wie­dział, jedy­nym ofi­cjal­nie dzia­ła­ją­cym obiek­tem był ten w New Clip­per­ton.

Dra­maty poli­cyjne ni­gdy nie poka­zy­wały, jak wyglą­dała odznaka real­no­ści. Wyda­wało się to swego rodzaju nie­pi­saną zasadą. W gło­wie wyglą­dała lepiej.

Skle­pi­karz szep­nął coś w ojczy­stym języku. Póź­niej znów na nich spoj­rzał, tym razem przy­tom­niej. Chaz poki­wał głową.

Skle­pi­karz przy­jął to nie­źle. Po pro­stu… sobie poszedł. W oszo­ło­mie­niu otwo­rzył drzwi sklepu i zosta­wił wszystko za sobą. Po co miał pra­co­wać w han­dlu, skoro wła­śnie odkrył, że nie jest praw­dziwy? Po co miał się czym­kol­wiek przej­mo­wać, skoro cały jego świat miał się skoń­czyć w porze kola­cji?

– Napi­jesz się cze­goś? – spy­tał wesoło Chaz, kiedy już scho­wał odznakę do kie­szeni na piersi. Wska­zał na nie­pil­no­wane półki sklepu.

– Nie musia­łeś tego robić.

– Zostało nam tylko kilka minut. Nie ma czasu na poga­duszki. Tak było naj­le­piej.

– Wpro­wa­dzi Odchy­le­nia.

– Nie da się zatrzy­mać…

– Zamknij się.

Davis oparł się o okno i znów spoj­rzał na zega­rek. Cza­sami cię nie­na­wi­dzę, Chaz, pomy­ślał.

Choć jed­no­cze­śnie zazdro­ścił Cha­zowi. Czułby się lepiej, gdyby po pro­stu zaczął trak­to­wać wszystko tutaj – włącz­nie z ludźmi, któ­rych mijali – jako fał­szywki. Mario­netki stwo­rzone z suro­wej mate­rii i na krótko oży­wione.

Tyle tylko że… byli dosko­na­łymi rekon­struk­cjami, łącz­nie z che­mią mózgu. Jak mógł nie postrze­gać ich jako praw­dzi­wych ludzi? On i Chaz jedli bur­rito i trak­to­wali je jako praw­dziwe, a jed­no­cze­śnie mieli uda­wać, że napo­tkani ludzie to nie­wiele wię­cej niż obrazy? To się nie wyda­wało wła­ściwe.

Chaz ści­snął go za ramię.

– Tak jest lepiej. Będzie mógł przy­jem­nie spę­dzić to, co zostało z jego życia, cza­isz? – Się­gnął do kie­szeni i wyło­żył na para­pet garść monet. – Pro­szę. Ze sto­iska z bur­rito.

Chaz poszedł po butelkę India Pale Ale. Davis przez chwilę się dener­wo­wał, po czym spraw­dził para­me­try misji. Dziś dwie sprawy. Jedna tutaj, na rogu ulicy, póź­niej druga, w pobliżu War­saw Street o dwu­dzie­stej sie­dem­na­ście. Do tej pory pro­cent Odchy­le­nia mógł być dość wysoki, szcze­gól­nie jeśli Chaz był dziś w nastroju, ale wciąż mogli zro­bić coś dobrego. Pomóc roz­wią­zać sprawy dzie­jące się w praw­dzi­wym świe­cie. Prze­ka­zać infor­ma­cje praw­dzi­wym gli­nia­rzom.

I War­saw Street. Godzina dwu­dzie­sta sie­dem­na­ście.

Davis w końcu wziął garść monet i zaczął je prze­glą­dać, uno­sił każdą do poran­nego słońca wpa­da­ją­cego przez okno i spraw­dzał datę. Chaz wró­cił do niego spa­ce­ro­wym kro­kiem i pokrę­cił głową.

– Mogli­by­śmy pójść do banku, cza­isz? Popro­sić ich o całe wia­dro monet.

– To by się nie liczyło.

Davis zmarsz­czył czoło, wpa­tru­jąc się w dwa­dzie­ścia pięć cen­tów, które trzy­mał. Czy miał już rok 2002 z men­nicy w Fila­del­fii? Wycią­gnął tele­fon i prze­wi­nął ekran.

– To by się nie liczyło? – spy­tał Chaz. – Według czy­ich zasad?

– Moich wła­snych.

– To je zmień.

– Nie mogę.

Tak, rok 2002 już zna­lazł. Potrze­bo­wał 2003. W dzi­siej­szych cza­sach trudno było zna­leźć miej­sca, które korzy­stały z monet. Uliczni han­dla­rze, cza­sem małe skle­piki spo­żyw­cze.

– Masz poję­cie, jak bar­dzo utrud­niasz sobie życie, prawda?

– Cza­sami – przy­znał Davis. – Ale nie mogę oszu­ki­wać albo kolek­cja straci wszel­kie zna­cze­nie. Poza tym Hal zna zasady.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki