Wydawca: Znak Kategoria: Humanistyka Język: polski Rok wydania: 2014

Miesięcznik Znak. Wrzesień 2014 ebook

Opracowanie zbiorowe

(0)

Ebooka przeczytasz na:

e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Miesięcznik Znak. Wrzesień 2014 - Opracowanie zbiorowe

Imperialne oblicze Rosjan

Władimir Putin pragnie odbudowy imperium. Czy nastroje społeczeństwa rosyjskiego odzwierciedlają politykę kremlowską? Jaki jest stosunek Rosjan do państwowości Białorusinów i Ukraińców?

Odpowiadają specjaliści z Rosji, Białorusi i Ukrainy

Ponadto ankieta „Znaku”: Co o imperialnej przeszłości myślą rosyjscy dwudziestolatkowie?

DEBATY

Jezydzi – Czy Szatan może nauczyć miłości? Joanna Bocheńska o korzeniach bliskowschodniej religii

IDEE

Chantal Delsol: Dlaczego tak trudno wyjść poza schematy stadnego myślenia i wziąć odpowiedzialność za idee

KULTURA

Nowe szaty polskiej książki – Anita Wincencjusz-Patyna o międzynarodowych sukcesach polskich ilustratorów

DODATEK SPECJALNY

 

Rozwiązanie – opowiadanie Andrzeja Muszyńskiego: „Moja matka z żoną otwarły usta i oznajmiły: Jesteśmy w ciąży

Opinie o ebooku Miesięcznik Znak. Wrzesień 2014 - Opracowanie zbiorowe

Fragment ebooka Miesięcznik Znak. Wrzesień 2014 - Opracowanie zbiorowe

DOMINIKA KOZŁOWSKA

Istotne 14%

Od 2012 r., kiedy Władimir Putin w atmosferze wrzenia społecznego powrócił na Kreml, obserwujemy systematyczne ograniczanie swobody działania rosyjskich organizacji pozarządowych. Przebudzenie społeczeństwa nastąpiło po wyborach parlamentarnych z 4 grudnia 2011 r. Wówczas w Moskwie zorganizowano kilka manifestacji pod hasłem: „Za uczciwe wybory! Za uczciwą władzę!”. Największa z nich zgromadziła ponad 100 tys. osób. Kolejnym ważnym momentem rozwoju protestów społecznych były wybory prezydenckie, które odbyły się w marcu 2012 r. Na dzień przed nominowaniem Putina na prezydenta kilkadziesiąt tysięcy osób wzięło udział w pierwszym z trzech Marszy Milionów nawiązujących do fali protestów, która przeszła przez Egipt i skutecznie obaliła prezydenta Hosniego Mubaraka. Podczas manifestacji doszło jednak do starcia z policją, w rezultacie czego zatrzymano prawie 600 osób.

W reakcji na te protesty władza stosowała czasowe zatrzymania liderów opozycji, osoby znane z zaangażowania w krytykę zamykano w więzieniach (np. Pussy Riot, której trzy członkinie skazane zostały na dwa lata łagru), wprowadzano też coraz surowsze przepisy prawne mogące służyć ograniczeniu niezależnej aktywności publicznej. W czerwcu 2012 r. Duma postanowiła drastycznie zwiększyć kary pieniężne za udział w niezatwierdzonych protestach, a w lipcu uchwaliła ustawę zobowiązującą organizacje pozarządowe korzystające ze wsparcia finansowego z zagranicy do rejestrowania się jako „agenci zagraniczni”, co jak tłumaczył Kirill Koroteev, prawnik związany ze Stowarzyszeniem Memoriał, „od lat 30. ubiegłego wieku oznacza w Rosji jedno – szpiega”. We wrześniu tego samego roku Duma zatwierdziła również poprawki poszerzające definicję zdrady stanu m.in. o udzielanie wsparcia obcym państwom i instytucjom międzynarodowym.

Organizacje pozarządowe budujące w Rosji społeczeństwo obywatelskie są w coraz trudniejszym położeniu. Kolejne podmioty wpisywane są przez rosyjski resort sprawiedliwości do rejestru „agentów zagranicznych”. Ostatnio los ten spotkał jedną z gałęzi Memoriału. Równocześnie organizacje korzystające z zagranicznych dotacji poddawane są drobiazgowym kontrolom podatkowym, tak jak m.in. Moskiewska Szkoła Edukacji Obywatelskiej, która realizuje projekty nie tylko w stolicy, ale i w regionach. W wyniku kontroli obejmującej lata 2010–2012 inspekcja obciążyła szkołę roszczeniami z tytułu podatków, grzywien i kar na łączną sumę 6,5 mln rubli, mimo iż przeprowadzane w tym samym czasie niezależne audyty prawników m.in. z Ernst & Young nie wykazały żadnych uchybień księgowych. Co więcej, wśród działaczy pozarządowych krążą informacje o planowanych dalszych restrykcjach, mających na celu odcięcie NGO-sów monitorujących działalność polityczną w Rosji od zagranicznych dotacji. W praktyce regulacje te uderzyć mogą we wszystkie podmioty zajmujące się obserwowaniem przebiegu wyborów.

„Z powodu działań podejmowanych przez władze jesteśmy w trudnej sytuacji, ale od czasu aneksji Krymu znaleźliśmy się w podwójnie trudnym położeniu – mówiła mi jedna z działaczek pozarządowej organizacji – od tego momentu musimy wyjaśniać całemu światu, że mimo iż Putin ma 86% poparcie, wciąż pozostaje 14% tych, którzy pragną budowy państwa prawa i społeczeństwa obywatelskiego w Rosji i że my, te 14%, czujemy się winni, odpowiedzialni i smutni z powodu tego, co dziś dzieje się w Rosji”. Dużym obciążeniem dla działaczy organizacji pozarządowych jest panujące w Rosji i na Zachodzie poczucie, że „prawie całe społeczeństwo rosyjskie” popiera działania Władimira Putina. „Prawie całe”, czyli 86%. Naszym obowiązkiem jest pamiętać i wspierać ludzi tworzących te istotne dla przyszłości Rosji 14%.

TEMAT MIESIĄCA

Imperialneoblicze Rosjan

Władimir Putin pragnie odbudowy imperium. Czy nastroje społeczeństwa rosyjskiego odzwierciedlają politykę kremlowską?

Czy Rosjanie są gotowi na ciągłe poszerzanie granic? Czy imperializm jest chorobą? – odpowiadają prof. Nikołaj Pietrow i prof. Natalia Zubarewicz

Trójgłos: Rosjanin, Ukrainiec i Białorusin o sobie samych i o sobie nawzajem

Ankieta: Co o imperialnej przeszłości myślą rosyjscy dwudziestolatkowie?

Zdjęcia: Rafał Milach*

Dacan Iwołgiński, centrum buddyzmu w Rosji. Święto buddyjskie Maidari-Khural | FOT. RAFAŁ MILACH/FORUM

Rosyjskie ruchy tektoniczne

Aneksja Krymu jawi się jako próba stworzenia nowego porządku świata. Władimir Putin w swoich działaniach kieruje się tyleż własnymi dążeniami do zbudowania państwa narodowego, co oczekiwaniami społeczeństwa. Spełnianie tych ostatnich to również sposób na zapewnienie wzrostu poparcia dla prezydenta i legitymizacji jego władzy

Z NIKOŁAJEM PIETROWEM ROZMAWIA TOMASZ HORBOWSKI

Wiele się dzisiaj mówi o polityce Władimira Putina i o nim samym, a jakie jest rosyjskie społeczeństwo? Co można powiedzieć o Rosjanach?

Jesteśmy społeczeństwem doby transformacji i przełomu. Mamy już za sobą czasy, w których narzucano nam wizję rzeczywistości i sposób myślenia. Spełzły na niczym wszelkie próby stworzenia nowego obrazu świata. Ludzie zupełnie niespodziewanie zostali pozostawieni samym sobie i w bardzo różny sposób reagowali na zmiany, które zaszły w naszym kraju. Dlatego jesteśmy społeczeństwem nieskonsolidowanym, konglomeratem różnych grup, z których każda w nieco innym wymiarze zachowała dziedzictwo sowieckiej przeszłości, pozostające jednym z fundamentalnych czynników kształtujących naszą świadomość. Widać to bardzo wyraźnie chociażby w przywiązaniu do paternalizmu i socjalistycznych wartości oraz w przekonaniu, że w sporze państwa z obywatelem racja zawsze leży po stronie tego pierwszego. Mamy także wyidealizowaną wizję czasów sowieckich, kiedy nas szanowano i kiedy losy świata rozstrzygały się w Moskwie, choć może samo życie było trudniejsze i mniej wygodne niż na Zachodzie. Taki obraz rzeczywistości – w który szczerze wierzono – wraz z rozpadem ZSRR rozsypał się.

Po tej katastrofie nikt nie podjął poważnej dyskusji na temat nas samych, naszej tożsamości i historii, do głosu zaś zaczęły dochodzić wszelkiej maści nacjonalizmy i ekstremizmy. Rosjanie nagle musieli zmierzyć się sami ze sobą. Ze społeczeństwa strukturą przypominającego wojsko nagle przeobraziliśmy się w nieco partyzancki twór, w którym nikt o sobie nic nie wie. W tym kontekście niezwykle ważną rolę odegrały w Rosji sieci społecznościowe i doświadczenie protestów lat 2011–2012. Nagle zobaczyliśmy, że inni myślą podobnie do nas. Było to jednak doświadczenie pewnej określonej grupy, ludzi młodych, z wielkich miast, świetnie poruszających się w Internecie. Wszyscy pozostali wciąż czują się wyalienowani, co jest jednym ze źródeł rosnącego poparcia dla rosyjskich władz. Badania pokazują, że jedynie 10% Rosjan ma jakieś wątpliwości co do rosyjskich działań na Ukrainie. Te 10% naszego społeczeństwa stanowią ci, którzy dokonali transformacji swojej świadomości i mentalnie wyszli z ZSRR.

A wszyscy pozostali jeszcze tam tkwią?

Każdy Rosjanin żyje z bagażem sowieckiej przeszłości, co sprawia, że ma pewien kompleks i odczuwa fantomowy ból po świecie, który został utracony. Rosja – w odróżnieniu od innych republik, które tworzyły Związek Radziecki – znajduje się w trudnej sytuacji, bo nie może zrzucić na innych odpowiedzialności za swoją przeszłość. W pozostałych krajach w miejsce sowieckiej ideologii szybko pojawiły się ideologie narodowe, bardzo często konstruowane w opozycji do rosyjskości. Nagle okazywało się, że Rosja i rosyjski imperializm przez dziesięciolecia nie pozwalały Ukraińcom budować własnego państwa i odkrywać własnej tożsamości. A my nie mogliśmy powiedzieć, że przyszedł ktoś z zewnątrz i wbrew naszej woli narzucił nam swoje porządki.

Trzeba jednak przyznać, że Rosjanie protestują przeciwko narracji, w której to oni na siłę wprowadzają komunizm, np. w Gruzji. W takiej sytuacji często pada pytanie o Stalina, Chruszczowa – kim oni byli? Dlaczego my, Rosjanie, mamy pozostawać tymi złymi, którzy zmuszali do przyjęcia ustroju komunistycznego? Dlaczego tak łatwo wszystkim przychodzi obarczanie nas odpowiedzialnością, a zapomina się o zaangażowaniu elit politycznych innych krajów i narodów? Mamy zatem w Rosji do czynienia z pewnym vacuum, którego póki co nic nie jest w stanie zapełnić.

Jak można sobie poradzić z tą posowiecką traumą, o której Pan wspomina?

Pomóc nam może jedynie czas. Gdy analizujemy nasze społeczeństwo, można zauważyć, że są dwie wyraźne grupy, które aktywnie popierają rosyjską politykę wobec Krymu i Ukrainy. Pierwsza – to ludzie starszego pokolenia, którzy nie pogodzili się z tym, że ich świat przestał istnieć. Patrzą na to, co się dzieje wokół Ukrainy, z nadzieją na odwrócenie pewnych tendencji. Druga grupa to ludzie młodzi, którzy nie pamiętają ZSRR. Oni tylko słyszeli o sowieckiej przeszłości i wielkości. Wydaje im się, że ona nic nie kosztowała. Wśród mojego pokolenia 40-, 50-latków nie ma idealistycznej nostalgii, bo wciąż jeszcze pamiętamy, jak wyglądało tamto życie.

Okazuje się zatem, że liberalne Moskwa i Petersburg, które dotąd uważano za promodernizacyjne, stoją murem za Putinem. To właśnie w tych miastach poparcie dla aneksji Krymu jest większe, niż się spodziewano. Dla Moskwy Krym jest „nasz”. On jest bardziej „nasz” dla inteligencji i mieszkańców stolic niż dla tych, którzy nigdy tam nie jeździli i nie mają żadnych skojarzeń z Puszkinem, Sewastopolem czy rosyjską historią, a zatem dla prowincji. Mapa, na której dzielono Rosję na popierające modernizację stolicę i przeciwstawiającą się jej prowincję, zmieniła się.

Po co więc Putinowi jest potrzebny Krym?

Myślę, że ostatnie miesiące są niezwykle ważne dla rosyjskiej historii i świadomości. Władimir Putin i rosyjskie elity polityczne przez długi czas znajdowali się na rozdrożu: budować państwo narodowe czy też odbudowywać imperium. Wydarzenia na Krymie pokazały, że wybór został dokonany. Putin zdecydował się na tworzenie nowej Rosji – państwa narodowego. I ta decyzja będzie miała bardzo poważne konsekwencje, zarówno geopolityczne, jak i dotyczące świadomości samych Rosjan.

Anektując Krym, Putin ostatecznie przekreślił wszelkie projekty integracji eurazjatyckiej. Od teraz nawet Białoruś i Kazachstan będą podchodzić do Rosji z jeszcze większą rezerwą, obawiając się utraty swoich terytoriów. Zatem projekty integracyjne wewnątrz WNP – o ile ta instytucja przetrwa po wyjściu z niej Ukrainy – ograniczą się jedynie do kwestii ekonomicznych.

Dzisiejsza Rosja nie jest państwem narodowym, lecz pozostałością wielonarodowego i wielokulturowego imperium. Jeśli więc staje w obronie praw etnicznych Rosjan i podejmuje działania na rzecz budowy państwa narodowego, to nagle rosyjscy obywatele nie-Rosjanie – Czeczeńcy, Ingusze, Tatarzy i dziesiątki innych – stają się żyjącymi w cudzym kraju obywatelami drugiej kategorii. Odrzucając wieloetniczną tożsamość, Rosja dystansuje się od narodów i etnosów, które tworzą rosyjskie społeczeństwo, i skazuje te narody na samodzielne szukanie własnej tożsamości. A w konsekwencji na budowanie swoich państw narodowych.

Czy tego właśnie chcą Rosjanie? Rankingi poparcia dla Władimira Putina pokazują, że tak właśnie jest.

Warto pamiętać, że zanim jeszcze zaczęła się ukraińska rewolucja, Rosjanie – widać to wyraźnie w badaniach socjologicznych – traktowali Krym jako część Rosji, w odróżnieniu np. od rosyjskiego Kaukazu Północnego. Historycznie, kulturowo, mentalnie Krym z Sewastopolem był zawsze uważany za część tzw. Russkogo Mira, podczas gdy nikt nie traktował w ten sposób Kaukazu Północnego. Przekazanie Krymu Ukraińskiej SRR i przypieczętowanie tego przez Borysa Jelcyna zawsze było postrzegane w Rosji jako historyczna niesprawiedliwość. To było bardzo nieracjonalne przekonanie, bo przecież Rosjanie mogli swobodnie jeździć na Krym, osiedlać się tam, mówić w języku rosyjskim. Mieli więc to, czego chcieli, i nie musieli za to płacić. A dzisiaj przyjdzie nam za Krym słono zapłacić, choć cena nie jest jeszcze znana.

Natomiast przyłączenie Krymu do Rosji jest niezwykle ważne propagandowo. Putin szykował się do tego już od jakiegoś czasu. Jeszcze w połowie 2013 r. zaczęto niszczyć wszystkie oazy niezależności i swobody wypowiedzi. W ten sposób stworzono potężną maszynę propagandową, która dziś na okrągło wmawia nam, że na Ukrainie dokonał się faszystowski przewrót, a banderowcy zagrażają życiu Rosjan i Ukraińców. Rosjanie wierzą w to, że interwencja na Krymie jest elementem walki z faszyzmem w obronie rosyjskich mieszkańców półwyspu.

Rosyjski reżim bardzo dokładnie analizuje społeczeństwo. Regularnie przeprowadzane są badania, na podstawie których władze podejmują konkretne działania. Ostatnie lata charakteryzowały się spadkiem popularności Władimira Putina i stopniową utratą legitymizacji jego władzy, stąd próba pokazania się prezydenta w roli obrońcy rosyjskich obywateli. Podobnie widziałbym wszystkie ustawy antyrównościowe. To swoisty populizm. W trudnej sytuacji ekonomicznej, w jakiej dzisiaj znajduje się Rosja, nie można odwoływać się do twardego populizmu, bo za niego trzeba zapłacić.

Aneksja Krymu była idealnym krokiem na rzecz odbudowy legitymizacji. Nie pamiętam, kiedy popularność Putina była tak duża. Może w 2008 r., podczas wojny z Gruzją było podobnie. Ale ta popularność to efekt propagandy, dlatego jestem przekonany, że skończy się wtedy, gdy okaże się, że za obecną politykę trzeba będzie zapłacić.

Mówi Pan o tworzeniu państwa narodowego. Dlaczego Władimir Putin zdecydował się zrezygnować z projektu budowania imperium?

Ma to związek z sytuacją wewnętrzną, która jest niezwykle trudna dla rosyjskich władz. Rosję dotyka bardzo poważny kryzys ekonomiczny. Do tej pory układ między władzą a społeczeństwem był prosty – władza zapewniała mieszkańcom odpowiednie warunki do bogacenia się, a ludzie nie mieszali się zbytnio w politykę i nie przeszkadzali w rządzeniu. Ale nagle zaczęło brakować pieniędzy. Putin stanął więc przed problemem, jak wytłumaczyć obywatelom, że ten układ dłużej nie może funkcjonować. Dodatkowo kryzys dotykający Europę właśnie się kończy, natomiast w Rosji, która miała się go ustrzec, sytuacja gospodarcza staje się coraz trudniejsza. Dlatego polityka wobec Ukrainy jest efektem pewnego wyboru pomiędzy modernizacją gospodarczą i polityczną a mobilizacją. Putin zdecydował się na wariant łatwiejszy – mobilizację. Jeśli wybucha wojna, to, naturalnie, naród jednoczy się wokół wodza i walczy z wrogiem, a wszystko inne schodzi na dalszy plan.

W konsekwencji Putin dokonał także wyboru dotyczącego kształtu reżimu. To już nie będzie hybryda, ale czysty autorytaryzm. Po wydarzeniach na Ukrainie Rosja nie musi już udawać przed Zachodem, że stara się przestrzegać demokratycznych zasad. Ta fasada nie jest już nikomu potrzebna. A z nią kończy się dylemat Rosji dotyczący orientacji na Zachód czy na Wschód.

Czy ten plan jest realizowany od dawna?

Nie, styl Kremla jest taki, że przez cały czas możliwe były wszystkie warianty i aż do ostatniego momentu nie było wiadomo, który z nich ostatecznie zostanie wybrany. Jeszcze w grudniu 2013 r. Putin zdecydował się na uwolnienie Chodorkowskiego, co było ważnym elementem zupełnie innego scenariusza.

Trzeba pamiętać, że w Rosji kluczową rolę odgrywają elity polityczne, które również przestawały być wobec Putina lojalne. Więcej, stawały się coraz bardziej niezależne. Paradoksalnie, sprzyjała temu korupcja. W końcu, jeśli jesteś członkiem elity i twój syn, wykorzystując to, prowadzi biznes, to jest niemal pewne, że tak „zarobione” pieniądze trafiają na konta w zachodnich bankach. Tym samym stajesz się coraz bardziej niezależny, bo zawsze masz dokąd uciec. Tę sytuację wzmocniły protesty lat 2011–2012. Putin rozpoczął wówczas walkę z elitą, ograniczając możliwości trzymania pieniędzy na zagranicznych kontach. Co ciekawe, dzisiaj reakcja Zachodu na politykę wobec Ukrainy sprzyja Putinowi, bo sankcje, którymi obejmowani są członkowie elit, sprawiają, że poza Rosją nie mają oni innego wyboru.

Zagrała też karta nacjonalizmu. Putin doskonale zdaje sobie sprawę z niebezpieczeństwa tego zjawiska, które w Rosji może być nacjonalizmem rosyjskim bądź antyrosyjskim, jak np. na Kaukazie Północnym. Dlatego też prezydent, jako głowa tego półimperialnego państwa, musi znaleźć pewną równowagę. Nie jest on też w stanie konkurować z rzeczywistymi rosyjskimi nacjonalistami, bo z nimi nie wygra. Dlatego aneksja Krymu była świetnym zabiegiem, tworzącym z Putina prawdziwego rosyjskiego lidera patriotę, który zwraca Rosji to, co do niej należy. Ale ta gra jest niezwykle niebezpieczna, bo bardzo szybko może się okazać, że nacjonalizm uwolni się spod władzy Kremla i zacznie żyć swoim życiem. Podobnie było z Gorbaczowem, który rozpoczynając pieriestrojkę, liczył, że zdoła ją kontrolować, jednak ostatecznie utracił nad nią władzę. Niestety, dziś nie chodzi o pieriestrojkę, ale o bardzo niebezpieczne tendencje nacjonalistyczne. Najpierw Putin może zostać zmuszony do tego, by wyprzedzić pewne procesy, a następnie – podobnie jak Gorbaczow – może zostać zmieciony przez to, co sam zainicjował.

A gdyby tego wyboru – państwo narodowe czy imperium – miało dokonywać społeczeństwo, to na co zdecydowaliby się ludzie?

Rosyjskie społeczeństwo nie jest społeczeństwem imperialnym. Nie jest gotowe płacić za tego typu ambicje. Zrozumiał to prezydent Putin, który jeszcze nie tak dawno proponował Rosjanom odbudowę imperium i myślał, że takie są ich oczekiwania. Okazało się jednak, że społeczeństwo wcale nie chce Unii Eurazjatyckiej, bo trzeba ponosić koszty jej istnienia. Krym teoretycznie został wzięty za darmo, więc na razie wszyscy są zadowoleni. Pytanie, co się stanie, gdy okaże się, że czas zapłacić rachunki. To prawda, że imperializm na poziomie demagogii znajduje w rosyjskim społeczeństwie poparcie, ale szybko wychodzi na jaw, że nie ma to związku ze stanem faktycznym. Rosjanie są pod tym względem niezwykle pragmatyczni.

Krym dał też Putinowi dodatkowy potencjał do budowania państwa narodowego. Rosja ma dziś wroga w postaci Zachodu, co bardzo sprzyja konsolidacji społeczeństwa wokół władzy i tworzeniu się tożsamości. Rosjanom potrzebne jest przeciwstawienie „my” – „oni”. I o ile wcześniej „oni” byli strukturą dość amorficzną, o tyle dzisiaj wszystko jest jasne – „my” to Rosjanie i Russkij Mir, a „oni” to wrogi nam Zachód.

Czy nie jest tak, że ten proces budowania państwa narodowego ostatecznie może okazać się pozytywny? W końcu Europy nie tworzą imperia, ale demokratyczne państwa narodowe.

W Rosji jest inna sytuacja. Rosyjski reżim jest bardzo spersonalizowany, a ta tendencja jeszcze się nasila. Putin staje się coraz silniejszy, elity zaś słabną, nie wspominając o instytucjach państwowych. W takiej sytuacji brak Putina oznaczałby totalny chaos. Nie ma instytucji i mechanizmów, które pozwoliłyby na zbudowanie dobrze funkcjonującego państwa. Jedyny możliwy scenariusz to rewolucja, jednak gdy nie ma elit i instytucji, nikt nie jest w stanie przewidzieć, do czego mogłaby ona doprowadzić.

A gdzie w tym wszystkim jest Europa Wschodnia? Jeszcze nie tak dawno Rosjanie i Ukraińcy byli bratnimi narodami, a dziś nie jest to tak oczywiste.

Przyznam, że niesłychane dla mnie jest to, iż ponad 30% Rosjan deklaruje bliskie związki rodzinne bądź przyjacielskie z Ukrainą i jednocześnie 90% naszego społeczeństwa popiera politykę Kremla wobec tego kraju. To niewyobrażalny sukces rosyjskiej propagandy i odwołania do faszyzmu, z którym walka jest jedną z niewielu rzeczy mogących jednoczyć nasze społeczeństwo.

Trzeba pamiętać, że Rosjanie, w odróżnieniu chociażby od Polaków, nie mają przepracowanej swojej historii i oceniają ją bardzo różnie. Jedynym wydarzeniem, co do oceny którego zgadzają się niemal wszyscy, jest II wojna światowa. Aż 90% społeczeństwa jest pewne, że wtedy uratowaliśmy świat przed faszyzmem. Kiedy więc Putin nazwał wydarzenia na Ukrainie przewrotem faszystów, to udało mu się stworzyć wizję, zgodnie z którą po raz kolejny możemy stanąć do boju przeciwko tej ideologii.

A Ukraińcy, Białorusini – czy dla Rosjan to oddzielne narody?

Jeśli chodzi o Ukraińców, to przyznam, że kończyłem szkołę na Krymie i uczyłem się języka ukraińskiego oraz ukraińskiej literatury. Wówczas nie mogłem zrozumieć, dlaczego oprócz gigantycznej literatury rosyjskiej poświęcano czas skromnej literaturze ukraińskiej. Dziwiło mnie to, że Ukraińcy skłonni byli uważać Tołstoja, Dostojewskiego czy nawet Gogola za pisarzy rosyjskich, a więc zewnętrznych wobec siebie, a za swoich uważali jedynie Łesię Ukrainkę, Iwana Frankę i Tarasa Szewczenkę. A przecież Tołstoj nie jest pisarzem rosyjskim, tylko – w najlepszym razie – pisarzem wyrosłym w Imperium Rosyjskim. Wśród Rosjan popularne jest przekonanie, że Ukraina to takie nie-do-końca państwo, że to nasi „młodsi bracia”, którzy są może trochę nie-do- -końca wykształceni i mają taki nieco śmiesznie brzmiący język. Dlatego kiedy Putin mówił o tym, że jesteśmy jednym narodem, który historia rozdzieliła na dwie części, były to szczere deklaracje.

Prawda jest też taka, że w Rosji – może z wyjątkiem chwili obecnej – nie ma zbyt dużego zainteresowania Ukrainą. Brakuje rosyjskich ekspertów, którzy przyglądaliby się sytuacji wewnętrznej, gospodarczej i politycznej w tym kraju. Nie dostrzega się, że to może być ważne. Wyjątkami są bardzo zideologizowane instytucje, jak np. Instytut Państw WNP. Dopiero teraz Rosjanie zaczynają się interesować tym, co się dzieje na Ukrainie, i zaczyna docierać do naszej świadomości, że ten kraj to już nie jest Rosja. A na pewno Rosją nie jest zachodnia Ukraina, gdzie „królują banderowcy”. Wschodnia Ukraina wciąż jednak jest taka jakby bardziej „nasza”.

Z Białorusinami jest prościej. Białoruś dla tzw. zwykłych Rosjan to Łukaszenka. Zwłaszcza pod koniec lat 90. był on w Rosji bardzo popularny i miał realne szanse stać się prezydentem kraju związkowego. Dużo jeździł po rosyjskich regionach, miał świetne kontakty z gubernatorami, ale w pewnym momencie Jelcyn zabronił mu tego. Białoruś jest jednak w Rosji jeszcze mniej znana niż Ukraina, choć wielu Rosjan zachwyca jej ustrój. Białoruś jawi się im jako swoisty wzór sowieckiego porządku. To są jednak absolutne peryferie naszego dyskursu.

Powinniśmy zatem zabrać się za klasyków, czytać Fromma?

Oj tak… Putin mógłby czytać Spenglera. Jestem przekonany, że Putin nie zdecydowałby się na aneksję Krymu, gdyby nie miał absolutnej pewności, że stary porządek właśnie się zakończył. On był pewien, że Zachód nie wejdzie już w swoją rolę sprzed lat. A zwycięża ten, kto pierwszy zaczyna tworzyć nowy układ, bo to on narzuca zasady gry. To jest perspektywa Putina. Sytuacja pozwoliła mu pierwszemu naruszyć porządek, który przestał istnieć. Jest przekonany, że wygrał.

Przez długi czas mówiliśmy sobie, że Putin to nie Rosja. Dziś trudno dostrzec tę inną Rosję. Putin i rosyjskie społeczeństwo grają razem.

Nie jest to takie proste. Ostatnia kadencja Putina upływa pod znakiem spadku poparcia i stopniowej utraty legitymizacji jego władzy. Pamiętajmy, że społeczeństwo nie tak dawno rzuciło jej wyzwanie, co ważne, zrobiło to tzw. putinowskie pokolenie, a więc ludzie, którzy w dorosłość wchodzili w trakcie trwania prezydentury Putina i jemu zawdzięczają swój sukces. Bo to on zbudował Rosję, która pozwala im się bogacić. Putin poczuł się szczególnie urażony tym, że ci, dla których tworzył ten stabilny świat, odwrócili się od niego. A oni powiedzieli: czas na zmiany, pozwól nam samym podejmować decyzje o tym, jak chcemy żyć.

Trzeba też pamiętać, że Putin nie jest człowiekiem, który działa samodzielnie. On jest zakładnikiem elit, pewnym gwarantem i wskaźnikiem równowagi, który balansuje pomiędzy interesami przedstawicieli różnych grup. Robi więc to, czego chcą elity. Sytuacja w Rosji jest zatem efektem transformacji, która zaszła również w środowisku elit, a Putin jest odbiciem tej zmiany.

Ta kadencja jest także kadencją populizmu, kiedy to władza nie prowadzi już polityki, narzucając czy proponując społeczeństwu swoją wizję, lecz jedynie odpowiada na społeczne zapotrzebowania. A społeczeństwo rzadko chce modernizacji. Większość zwykle jest konserwatywna i woli trwać w tym, co zna. Dzisiaj więc Putin prowadzi kraj ku archaizacji. Nie jest liderem, który wytycza cele i dąży do ich osiągnięcia. Jego działania to wynik bilansu oczekiwań i możliwości elit oraz nastrojów społecznych. Zwrot, jakiego dokonał Putin, tworząc z Rosji oblężoną twierdzę, nie byłby możliwy do zrealizowania, gdyby nie potrzebowały go elity. Jest w tym wszystkim jakaś wewnętrzna logika, która wcześniej czy później zmusiłaby reżim do konfrontacji z Zachodem. I tu nie chodzi o Ukrainę, która jest jedynie katalizatorem. Mam wrażenie, że następują poważne wewnętrzne ruchy tektoniczne, za sprawą których dzieje się to wszystko, i nie wiemy, dokąd nas te wydarzenia zaprowadzą.

NIKOŁAJ PIETROW – politolog i geograf, prof. na Wydziale Politologii Wyższej Szkoły Ekonomicznej w Moskwie. Do końca 2012 r. dyrektor programu Społeczeństwo i Polityka Regionalna Moskiewskiego Centrum Carnegie. W latach 1982–2006 pracował w Instytucie Geografii Rosyjskiej Akademii Nauk. W latach 1991–1992 kierował sekcją analiz i prognoz Rady Najwyższej Rosji. W latach 1993–1994 wykładał w Instytucie Kennana, a w latach 1994–1995 był analitykiem w administracji prezydenckiej. Stały komentator gazety „The Moscow Times”. Urodził się i wychował na Krymie

Postimperialna depresja

Putin cieszy się poparciem nie tylko etnicznych Rosjan. Jednak teraz sytuacja jest trudna do przewidzenia. Bo jak mamy odbudowywać imperium i stanąć w obronie Rosjan w Kazachstanie? Co stanie się wówczas z Unią Eurazjatycką? Gra, w którą zaczął grać Putin, jest niezwykle niebezpieczna i nie ma w niej łatwych rozwiązań

Z NATALIĄ ZUBAREWICZ ROZMAWIA TOMASZ HORBOWSKI

Co ostatnie wydarzenia mówią światu o Rosjanach?*

To, co się dzieje w Rosji, pokazuje, jak bardzo chore jest nasze społeczeństwo. Przez lata nam, intelektualistom, wydawało się, że najważniejsze konsekwencje transformacji mamy już za sobą, że przeżyliśmy traumę lat 90., a teraz będzie już tylko lepiej. Okazuje się jednak, że byliśmy w błędzie. Dwadzieścia lat to za mało, by przetrawić upadek imperium. Obserwujemy więc, jak nasze społeczeństwo wchodzi na powrót w mentalność sowiecką i szczerze wyznaje wartości, które są charakterystyczne dla społeczeństw krajów znajdujących się w stanie konfrontacji.

Dlaczego tak się dzieje?

Odpowiedź na to pytanie jest niezwykle trudna. Na pewno jest to konsekwencja traumy przejścia z jednego systemu politycznego, społecznego i ekonomicznego do innej, zupełnie nowej rzeczywistości. Jednak kluczową rolę w tym procesie odgrywa władza, która wzmacnia urazy przeszłości. Władimir Putin jest pod tym względem niesamowicie skuteczny. Dla zdobycia poparcia potrafi doskonale aktywizować stare sowieckie fobie.

Jesteśmy społeczeństwem głęboko schorowanym. Ze smutkiem przyznaję, że Rosjanie są imperialistami. Próba kompensacji poczucia straty zaowocowała tym, co dziś obserwujemy w rosyjskiej polityce. To typowy przykład syndromu postimperialnego, z którym musiało się zmierzyć wiele państw na świecie. Nie jesteśmy tu wyjątkiem. W Rosji uciekano jednak od tego tematu przez 20 lat, a nagle został on zaktywizowany dzięki sile propagandy, co daje niezwykle bolesne rezultaty. Rosyjskie społeczeństwo jest dziś w 85% skonsolidowane wokół Władimira Putina i wyznaje wartości, które możemy określić mianem postimperialnych. To one stają się podstawą do budowania etnicznego tzw. Russkogo Mira.

Imperium narodowe?

Oczywiście imperium ze swej natury nie może być etniczne. Ale ten paradoks doskonale pokazuje, jak bardzo bezkrytyczni są mieszkańcy Rosji i z jaką łatwością przyjmują wszystko, co podsuwa im propaganda.

Co ważne, ten imperializm nie jest jednoznaczny z rosyjskim nacjonalizmem. Przecież Putina popiera 85% mieszkańców Rosji. To nie są tylko etniczni Rosjanie, którzy stanowią niecałe 80% społeczeństwa. Aneksja Krymu została w Rosji przyjęta jako element procesu odbudowy imperium i w opinii ogółu to nie jest projekt nacjonalistyczny.

Proszę mi wierzyć, czuję się bardzo sfrustrowana. Zresztą nie tylko ja. Ludzie, którzy potrafią ocenić, jak poważne konsekwencje ma i będzie miała polityka Władimira Putina, są głęboko przygnębieni, patrząc na to, co się dzieje z rosyjskim społeczeństwem. I nie ma mowy o tym, żeby się zjednoczyć i przeciwstawić. Opozycja jest pod bardzo silną presją, a społeczeństwo popiera działania prezydenta.

Jak długo może trwać taki stan rzeczy?

Trudno to przewidzieć. Rosyjski socjolog Lew Gudkow przygotował wykres, na którym pokazał, jak zmieniało się poparcie dla Władimira Putina w ciągu ostatnich kilkunastu lat. Największe było w okresie wojny z Gruzją w 2008 r., wówczas Putina popierało 88% mieszkańców Rosji, czyli o 2% więcej niż dzisiaj. Gudkow przypomina, że po tych 88% po pół roku nie było ani śladu. Podobnie będzie tym razem. Ile może trwać krymska euforia? Moim zdaniem nie dłużej niż rok. A jak się to wszystko dalej potoczy? Tego chyba nikt nie jest w stanie przewidzieć.

Dziś rosyjską tożsamość próbuje się stworzyć, posługując się obrazem wroga i oblężonej twierdzy

Trzeba jednak przyznać, że rosyjska propaganda jest niezwykle skuteczna i profesjonalna. Bardzo wielu ludzi, którzy uważają się za demokratów i liberałów, popiera dziś działania rosyjskich władz i jest przekonanych, że to, co się stało z Krymem, było właściwą decyzją.

Z czego to wynika?

Jest kilka cech charakterystycznych dla Rosjan. Pierwsza z nich to bardzo krótki horyzont planowania. Ludzie żyją dniem dzisiejszym i nie zwykli przewidywać konsekwencji różnych decyzji. Dlatego nikt w społeczeństwie nie dostrzega, jak poważne będą następstwa tego, co się dzisiaj dzieje w naszym kraju. Rosjan charakteryzuje też bardzo głęboki dystans, który dzieli przedstawicieli władzy od członków społeczeństwa. To symboliczny car i prości ludzie, którzy są mu poddani. Trzecia cecha to bardzo niski stopień zaufania społecznego. Rosjan nie łączą właściwie żadne więzi horyzontalne, z wyjątkiem więzi rodzinnych i przyjacielskich. Tylko rodzina i najbliżsi przyjaciele – choć i to nie zawsze – są przez Rosjan darzeni zaufaniem. Wreszcie rosyjskie społeczeństwo charakteryzuje bardzo niska kultura kompromisu, absolutny brak umiejętności poszukiwania porozumienia i zawierania go. Dlatego tak niewiele trzeba, by stworzyć w Rosji obraz wroga.

Dziś te wszystkie cechy przyczyniają się do atomizacji społeczeństwa i skutecznie zapobiegają każdej konsolidacji – nie tyle tej skierowanej przeciwko rosyjskim władzom, ile tej, która mogłaby nastąpić niezależnie od nich.

Jekaterynburg, blokowisko na przedmieściach | FOT. RAFAŁ MILACH/FORUM

Jak na obecną sytuację reaguje rosyjska elita?

Elita jest absolutnie lojalna wobec władzy. Jej przedstawiciele mogą być niezadowoleni, ale nie są w stanie zdobyć się nawet na drobny gest sprzeciwu. Jestem jednak pewna, że istnieje wewnętrzna niezgoda na to, co się dzieje, podyktowana najczęściej troską o własne interesy. Ale nikt nie powie o tym głośno, bo lojalność stała się wyznacznikiem przynależności do elity. Sytuacja w Rosji jest więc niezwykle trudna.

Jakie scenariusze są możliwe?

Zastanawiam się przede wszystkim, jak długo można integrować społeczeństwo tylko i wyłącznie za pomocą obrazu zewnętrznego wroga, jakim dzisiaj jest Ukraina. Da się to utrzymać przez jakiś czas, zwłaszcza jeśli napięta sytuacja na wschodzie Ukrainy będzie się utrzymywać, ale taki stan nie może trwać latami.

Spodziewam się, że na wiosnę, a może nawet już zimą, dadzą o sobie znać czynniki, które mogą zdestabilizować sytuację. Mam na myśli problemy ekonomiczne i stagnację gospodarczą. Już teraz wstrzymano wzrosty płac. Coraz trudniejsza jest sytuacja w regionach. Wiele budżetów na szczeblu regionalnym jest pogrążonych w długach. To konsekwencja ukazów prezydenta Putina, w których nakazał podnosić pensje. Ale gubernatorzy – choć doskonale wiedzą o tych komplikacjach – milczą, bo muszą być lojalni wobec władzy. Głośno o deficycie w regionach mówią jedynie niezależni eksperci i od czasu do czasu Ministerstwo Finansów.

Dopóki Rosjanie nie poczują konsekwencji polityki prezydenta w swoich kieszeniach, dopóty nie będzie żadnych zmian. Warto pamiętać o wspomnianym przeze mnie wykresie Gudkowa – odwrót od Putina jest nieuchronny. Rok po wojnie w Gruzji poparcie dla niego spadło o połowę. Tak stanie się i tym razem, choć władza będzie szukać sposobu na odwrócenie tego procesu, bo to dla niej jedyna szansa na przetrwanie. Myślę, że będą podejmowane jakieś próby ponownego wyzwolenia społecznej euforii. Nie wiem jednak, ile razy uda się zastosować ten sam mechanizm. Bo niby kogo mielibyśmy teraz przyłączyć – Kazachstan, Białoruś? Istnieje zatem ryzyko, że czynnikiem integrującym stanie się niebawem rosyjski nacjonalizm. Boję się tego scenariusza, bo Rosja jest krajem wielonarodowym, nie można jednak wykluczyć takiego rozwoju sytuacji. Rok temu także nikt z nas nie sądził, że możliwe jest przyłączenie Krymu do Rosji. Nie byliśmy w stanie sobie tego wyobrazić nawet zimą.

Trudno jest zatem odpowiedzieć na pytanie, co stanie się dalej. Na pewno władza zechce przykręcać śrubę. Będą wprowadzane kolejne represyjne ustawy. Nie wiem jednak, jak społeczeństwo zareaguje na załamanie gospodarki. Przypomnijmy sobie początek lat 90. ubiegłego wieku. W latach 1992–1994 sytuacja ekonomiczna pogorszyła się w sposób radykalny, a społeczeństwo to przyjęło i nie buntowało się. Trudno mi ocenić, ile mogą znieść Rosjanie. Historia uczy, że bardzo dużo.

Nie mam natomiast wątpliwości, że bunt – jeśli tylko wybuchnie – rozpocznie się w dwóch rodzajach ośrodków. Po pierwsze, w metropoliach, gdzie znajdują się największe skupiska tych, którzy są krytyczni wobec władzy. Dzisiaj jest to środowisko, które pozostaje zdezintegrowane. Po drugie, w miastach przemysłowych, gdzie będą zamykane kolejne fabryki, a ludzie pozostaną bez pracy i środków do życia. W tym wypadku protesty będą miały charakter społeczno-ekonomiczny, a nie polityczny. Wydaje mi się, że to jest prawdziwa strefa ryzyka, którą rosyjska władza uczy się zarządzać. Obserwujemy to w tzw. monomiastach, których struktura opiera się na jednym gigantycznym przedsiębiorstwie. Po kryzysie ekonomicznym, który w Rosji zaczął się w 2009 r., władza i biznes nauczyły się ze sobą współpracować, by utrzymać względny spokój. Żadnych masowych zwolnień. Jeśli już, to bardzo powolne i stopniowe zmniejszanie liczby pracowników. Zwolnieni otrzymują zatrudnienie w innych przedsiębiorstwach. Nie sposób zorganizować tego bez porozumienia z lokalną władzą, dlatego jestem przekonana, że w regionach administracja i przedsiębiorcy stworzyli wspólny system zarządzania ryzykiem. Gdy chodzi o przetrwanie, władza potrafi znaleźć sposób na ugaszenie potencjalnego buntu społecznego dla utrzymania swojej pozycji.

A kim są ludzie należący do grupy niecałych 15%, które nie popierają tego, co się dzieje w Rosji?

Bardzo niewielu Rosjan jest wolnych od syndromu postimperialnego. Mówimy o grupie nie większej niż 10%. Trudno nakreślić jej jednoznaczny obraz. Na pewno poglądów nie warunkuje wyższe wykształcenie, bo okazuje się, że jest bardzo dużo świetnie wyedukowanych ludzi, którzy poparli interwencję na Krymie. Ich też dotyka syndrom postimperialny, wielką Rosję uważają za wartość. Podobnie jak wartością jest ciepłe morze i to, że kiedyś te tereny były „nasze”. Te przekonania są niezależne od wykształcenia.

Uchowali się jedynie nieliczni, którzy nazywają siebie liberałami i dostrzegają konsekwencje decyzji podejmowanych dziś przez Władimira Putina. Co ciekawe, to nie są wcale młodzi ludzie. Ci akurat dość szybko i z wielką łatwością poparli prezydenta. Nazywają sami siebie pokoleniem Rosjan, którzy wstają z kolan, i są z tego dumni. Jeśli chodzi o wiek, to najwięcej przeciwników polityki Putina znajdziemy w grupie 40-, 50-latków. Ale osób o takich poglądach w ogóle jest bardzo mało.

Imperium ze swej natury nie może być etniczne. Ale ten paradoks doskonale pokazuje, jak bardzo bezkrytyczni są mieszkańcy Rosji i z jaką łatwością przyjmują wszystko, co podsuwa im propaganda

Czyli Rosjanie i nie-Rosjanie chcą odnowienia imperium. A aneksja Krymu to jednocześnie budowanie imperium i obrona etnicznych Rosjan.

Trzeba to zrozumieć. Krym to obrona Rosjan poza rosyjskimi granicami, a zatem jest to zewnętrzny nacjonalizm, który z powodzeniem można połączyć z budową imperium. Nie jestem pewna, jak długo może to trwać, ale przez 20 lat poza Rosją mieszkały miliony Rosjan i nikogo nie interesował ich los. Nawet wówczas gdy etniczni Rosjanie byli tak naprawdę obywatelami drugiej kategorii, jak w Turkmenistanie. Aż nagle zaczynamy bronić Rosjan na całym świecie. Idea Russkogo Mira jest więc politycznie niezwykle nośna i efektywna.

Natomiast moim zdaniem zgoda na obronę Rosjan na całym świecie trwa tak długo, jak długo nie cierpi na tym nasza kieszeń i nie ma żadnych wojennych konsekwencji tej obrony. Chodzi o siedzenie na kanapie i oglądanie w telewizji, jak Rosja staje się wielka i jak broni Rosjan. Ale kiedy tylko zaczyna się to przekładać na ludzkie życie i koszty, które trzeba ponieść, pojawiają się wątpliwości, czy tak naprawdę chcemy za to wszystko płacić.

A jak w tym obrazie odnajdują się Tatarzy, Baszkirowie i wszyscy inni nieetniczni Rosjanie, którzy dzisiaj zamieszkują kraj?

Wśród nich też króluje syndrom postimperialny – wizja wielkiej Rosji, która zwycięża swoich wrogów. Jak wspominałam, Putin cieszy się poparciem nie tylko etnicznych Rosjan. Jednak teraz sytuacja jest trudna do przewidzenia. Bo jak mamy odbudowywać imperium i stanąć w obronie Rosjan w Kazachstanie? Co stanie się wówczas z Unią Eurazjatycką? Gra, w którą zaczął grać Putin, jest niezwykle niebezpieczna i nie ma w niej łatwych rozwiązań.

A jednak Putin znalazł klucz do rosyjskiego społeczeństwa?

Nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości. Jeszcze w zeszłym roku raptem 30% społeczeństwa chciało, by Putin był prezydentem przez kolejną kadencję. A dziś… Udało mu się zintegrować mieszkańców Rosji, bo stworzył bardzo przekonujący obraz zewnętrznego wroga. Zdobycie Krymu łatwo daje się obronić. Nie potrzeba było żadnej wojny ani wielkich pieniędzy. One dopiero staną się niezbędne. Już teraz zrezygnowano z kluczowej inwestycji we wschodniej Rosji – z budowy mostu na rzece Lenie – a pieniądze przeznaczono na budowę mostu nad Cieśniną Kerczeńską. Ludzie zaczną dostrzegać koszty i wówczas sytuacja może się zmieniać.

Dla nas to nieco dziwne. Zawsze uczono nas, że Moskwa to nie Rosja, że są różne Rosje. Pani sama nieraz mówiła o czterech Rosjach. A nagle się okazuje, że mamy do czynienia z jednym krajem – Rosją Władimira Putina.

To prawda – przyznam szczerze, że w kwietniu 2014 r. tymczasowo pożegnałam się ze swoją teorią czterech Rosji. Ona sprawdza się w normalnych warunkach. Ale gdy mamy do czynienia z pełną społeczną mobilizacją, to zaczynają obowiązywać zupełnie inne zasady. Społeczeństwu pokazano wroga i powiedziano, że właśnie z jego rąk trzeba uratować naszych współbraci. Na pytanie, czy powinniśmy przyłączyć Krym do Rosji, wszędzie padała ta sama odpowiedź: „Tak”. Nie ma znaczenia, czy to pytanie zadano w Moskwie, na peryferiach kraju czy w przemysłowych miastach. Gdy nastąpiła mobilizacja, zniknęły cztery Rosje.

Trudno oprzeć się wrażeniu, że kraj cierpi na pewne załamanie tożsamości. Jak sobie z tym poradzić?

Mobilizacja nie będzie trwała wiecznie. Dziś rosyjską tożsamość próbuje się stworzyć, posługując się obrazem wroga i oblężonej twierdzy. To działa, ale na tym obrazie musi pojawić się rysa, bo nie ma on nic wspólnego z rzeczywistością. Będą wprowadzane kolejne ograniczenia, chociażby w dostępie do Internetu. Myślę, że młodym ludziom, którzy poparli interwencję na Krymie, szybko zaczną one doskwierać. Nie będą chcieli zupełnie zrezygnować ze stylu życia, który prowadzą, i zaczną opierać się zmianom. Oczywiście dotyczy to przede wszystkim młodych mieszkańców wielkich miast. Nie wiem, kiedy i jak, ale wierzę, że tym ludziom powoli otworzą się oczy.

Muszę przyznać, że jest