Wydawca: Znak Kategoria: Humanistyka Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 291 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Miesięcznik Znak. Czerwiec 2013 - Opracowanie zbiorowe

Temat Miesiąca: Kto może być rodzicem?

W Polsce około 50 tys. dzieci jest wychowywanych przez osoby homoseksualne. Projekty ustaw o związkach partnerskich nie poruszają jednak kwestii rodzicielstwa w związkach jednopłciowych. Czy umiemy określić, jakie rozwiązania prawne najlepiej chroniłyby dzieci? Co psychologia mówi o rodzicielstwie osób homoseksualnych? Jak dobro dzieci definiują katolicy?

Debaty:


Cmentarz czy życie? Jak młodzi Izraelczycy patrzą na Polaków? Jakim emocjom stawiają czoła przyjeżdżając do Polski?

Idee:

Ks. W. Hryniewicz i A.J. Heschel: Kim jest prorok? Czy współcześni teologowie mają w sobie coś z proroków?

Biblia:

Wieloznaczność słów. Aleksander Gomola: Dlaczego angielscy i polscy tłumacze Biblii inaczej interpretują oryginał?

Wywiad:

Być przyzwoitym. Władysław Stróżowski o życiowych wyborach, filozofii i sztuce z okazji swoich 80. urodzin.

Opinie o ebooku Miesięcznik Znak. Czerwiec 2013 - Opracowanie zbiorowe

Fragment ebooka Miesięcznik Znak. Czerwiec 2013 - Opracowanie zbiorowe

Okładka

Karta tytułowa

Czerwiec 2013

By: Znak

Skąd wiemy, kto może być rodzicem?

Dominika Kozłowska

Wszyscy rodzą się w rodzinie. Nawet wówczas gdy rodzinę tworzy samotna matka. I choć nie każdemu dane jest w późniejszych okresach rozwijać się w rodzinnym otoczeniu, to jednak zwykle te inne miejsca starają się choć trochę naśladować warunki panujące w domu. Wizja społeczeństwa, w którym dzieci poczęte i rozwijane są w laboratorium, po „narodzeniu” zaś wychowywane w specjalnych ośrodkach, poważnie traktowana jest jedynie w antyutopiach. Wynika to, jak sądzę, z przekonania, że ludzka rodzina jest naturalnym miejscem rozwoju człowieka, a rodzicielstwo biologiczne – najpełniejszą drogą do bycia rodzicem. Nie każdemu jednak jest ono dane. Ci, którzy nie mogą stać się rodzicami w sposób naturalny, korzystają z innych dróg do tego celu. I choć nie dla wszystkich każdy ze sposobów jest akceptowalny, to jednak nikt nie kwestionuje faktu, że rodzicielstwa – to rozumiane biologicznie, i to rozumiane po ludzku, jako podjęcie odpowiedzialności i troski o dziecko – nie zawsze muszą iść w parze. Z tego m.in. powodu również prawo rozróżnia te kwestie. Skoro tak, to za pomocą jakich narzędzi poznawczych możemy rozstrzygnąć, kto może być rodzicem? A jeżeli uznamy, że nie wszyscy, to w imię jakich racji pozbawiamy niektórych tego prawa? Co więcej, skoro zgadzamy się, że rodzicielstwa w ich rozmaitych wymiarach, nie zawsze muszą iść z sobą w parze , a także, iż dobrym rodzicem może być również rodzic niebiologiczny, to być może należałoby uznać, że kryteria przyznania prawa do bycia rodzicem należy dziś szukać gdzie indziej niż w naturze? Pytania te są trudne z tego m.in. powodu, że mogą być rozpatrywane na kilku co najmniej gruntach: nauk przyrodniczych i społecznych, etyki i religii, a rozważania te nie zawsze prowadzą do takich samych wniosków. Nie trzeba zresztą naukowych badań ani teologicznych traktatów, by zobaczyć, że rzeczywistość na każdym kroku wymyka się teoriom. Nie w każdym heteroseksualnym, trwałym związku, który mógłby być uznany za najbardziej doskonały model rodziny, dzieci znajdują to, co dla ich rozwoju jest najważniejsze: możliwość zaspokajania najważniejszych potrzeb, przede wszystkim zaś – miłości, troski, bezpieczeństwa, stabilności. Z drugiej strony, stykamy się z rodzinami, które choć nie spełniają tych formalnych przymiotów, umożliwiają dzieciom dojrzały rozwój. Zagadnienie jest skomplikowane nie tylko dlatego, że nie mamy pełnych i pewnych odpowiedzi, a różne wymiary problemu nie dają się uzgodnić. Nauka nie daje jednoznacznych odpowiedzi w sprawie skutków dokonywanych rozstrzygnięć. Tym bardziej trzeba pamiętać, że rozstrzygnięcia te nigdy nie zapadają w aksjologicznej próżni. Dzieje się tak nawet wówczas, gdy wartości, które przyświecają naszym wyborom, nie są jasno wyeksplikowane. Może zatem nasze dyskusje powinniśmy zaczynać od rozmów o wartościach? Jakie wartości leżą u podstaw naszych wyborów: równość? Szczęście? Dobro dziecka? odpowiedzialność? Czy dają się one pogodzić w konkretnej sytuacji?.

Czy połączą nas dzieci?

Marzena Zdanowska

Jednym z największych niebezpieczeństw dla debaty o związkach jednopłciowych i dzieciach, które się w nich wychowują, jest niebezpieczeństwo utraty wspólnego języka. I nie chodzi tylko o założenia aksjologiczne leżące u źródeł każdego ze stanowisk, ale też o pojedyncze słowa. Podzielenie się językiem po połowie na pewno nie pomoże w wymianie argumentów

Dyskusja, jaka przetoczyła się przez Polskę przy okazji głosowania projektów ustawy o związkach partnerskich, mogłaby być jedynie kolejnym przykładem na nasze lokalne wojny kulturowe, gdyby nie fakt, że wpisuje się w szerszy kontekst zmian prawnych, burzliwych debat i tłumnych manifestacji niezadowolonych obywateli w innych państwach. Mimo że każdy kraj, w którym toczą się te spory, jest na innym etapie prac nad kształtem prawa, wydaje się, że argumentacja poszczególnych grup wpisuje się w większą, ponadnarodową narrację. Być może właśnie dlatego w Polsce projekty, które nie wspominają nawet o adopcji dzieci przez pary jednopłciowe, budzą lęk przed taką możliwością – przecież we Francji zaczęło się od niewinnych, choć też pierwotnie budzących kontrowersje, paktów cywilnych solidarności (PACS), które regulowały takie kwestie jak korzystanie z ubezpieczenia społecznego partnera czy wypłacenie zasiłku pogrzebowego, a skończyło się w kwietniu tego roku przyjęciem przez francuski parlament prawa zezwalającego na małżeństwa i adopcje dzieci przez pary jednopłciowe. Można więc spodziewać się, twierdzą zaniepokojeni, że w Polsce także nie skończyłoby się na uregulowaniu kwestii spadkowych i ubezpieczeniowych. A to właśnie rysujące się na horyzoncie regulacje dotyczące sytuacji dzieci wydają się budzić największe kontrowersje. Argumentem za taką tezą jest choćby sytuacja Francji posiadającej od kilkunastu lat wspomniany już PACS, gdzie dopiero prawo do małżeństw i adopcji dla osób homoseksualnych skłoniło licznych obywateli, żeby swoje oburzenie wyrazić na ulicach.

Które dobro?

Kwestii związków partnerskich i małżeńskich dla osób homoseksualnych nie należy oczywiście sprowadzać jedynie do sytuacji dzieci, ale nawet gdybyśmy na potrzeby tego tekstu założyli, że jedynie ten problem należy rozstrzygnąć, i tak nie ułatwiłoby to nam zadania. Wydaje się, że zarówno zwolennicy, jak i przeciwnicy nowej instytucji uważają dobro dzieci za niezwykle istotne. Trudność polega na tym, że inaczej to dobro definiują. Z jednej strony mamy przeciwników wychowywania dzieci przez osoby homoseksualne, twierdzących, że brak dwojga rodziców różnej płci może być dla rozwoju dziecka szkodliwy. Można przeczytać o tym m.in. w dokumencie wydanym przez Kongregację Nauki Wiary w 2003 r. Uwagi dotyczące projektów legalizacji prawnej związków między osobami homoseksualnymi: „Jak pokazuje doświadczenie, brak dwubiegunowości płciowej stwarza przeszkody w normalnym rozwoju dzieci, ewentualnie włączonych w takie związki. Brakuje im doświadczenia macierzyństwa albo ojcostwa. Włączenie dzieci do związków homoseksualnych na drodze adopcji oznacza w rzeczywistości dokonanie przemocy na tych dzieciach w tym sensie, że wykorzystuje się ich bezbronność dla włączenia ich w środowisko, które nie sprzyja ich pełnemu rozwojowi ludzkiemu”. Przekonanie o istnieniu niemożliwych do zatarcia różnic między płciami nie musi jednak wcale opierać się na nauczaniu Kościoła i jego dokumentach. Sylviane Agacinski, francuska filozof, która nie odrzuca teorii gender i aktywnie popiera dążenia feministek w zrównaniu praw kobiet i mężczyzn, podkreśla, że wiedza o mechanizmach konstruowania społecznych ról kobiet i mężczyzn (niewynikających z natury), nie może przesłaniać znaczenia płci biologicznej. Podczas konferencji zorganizowanej w ramach Francuskich Tygodni Społecznych w Paryżu w listopadzie 2012 r., Agacinski przekonywała, że „dwie płcie nie są w porządku pożądania, rozmnażania i rodzicielstwa ani wymienne, ani równoznaczne”. Agacinski, która wiele lat swojej pracy poświęciła na analizowanie znaczenia różnicy płci, twierdzi, że już samo istnienie heteroseksualizmu i homoseksualizmu dowodzi, że różnica między płciami definiująca to, kim jesteśmy, istnieje realnie i nie może być postrzegana jako kwestia umowna lub czysto filozoficzna. Po drugiej stronie sporu o wychowywanie dzieci przez pary jednopłciowe najważniejsze wydają się argumenty praktyczne – osoby homoseksualne po prostu mają dzieci i je wychowują. Odpowiedzi domaga się więc nie pytanie o to, czy gej lub lesbijka może mieć dziecko. Wyzwaniem jest raczej to, jak takim dzieciom zapewnić prawną ochronę i najlepsze warunki do rozwoju w domu, ale i w społeczeństwie. Wbrew temu, co można przeczytać we wspomnianym dokumencie Kongregacji Nauki Wiary, wiele organizacji zrzeszających specjalistów zajmujących się zdrowiem psychicznym i rozwojem dzieci pozytywnie ocenia sytuację dzieci wychowywanych przez pary jednopłciowe. Co więcej, niektóre rekomendują wprowadzanie praw pozwalających na zawieranie małżeństw takim parom, ponieważ zwiększa to stabilizację i poczucie bezpieczeństwa wśród dzieci. W marcu tego roku Amerykańska Akademia Pediatryczna, organizacja naukowo-badawcza i edukacyjna, wydała raport Promoting the Well-Being of Children Whose Parents Are Gay or Lesbian [Wspieranie dobra dzieci, których rodzice są homoseksualni], w którym stwierdza: „Brak możliwości zawarcia małżeństwa w parach jednopłciowych przyczynia się do zwiększenia stresu, który wpływa na zdrowie wszystkich domowników. Ponieważ małżeństwo wzmacnia rodzinę, a przez to stwarza lepsze warunki dla rozwoju dziecka, nie powinno się dzieciom odbierać możliwości dorastania pod opieką rodziców, którzy są małżeństwem”. Akademia stwierdza jednocześnie, że 30 lat badań dowodzi, że dzieci osób homoseksualnych mimo społecznej stygmatyzacji rozwijają się poprawnie i potrafią dobrze radzić sobie z problemami.

> O ile w przypadku par heteroseksualnych metoda in vitro może być uważana za wyjątek od reguły zakładającej biologiczną więź rodzica z dzieckiem, o tyle w przypadku par jednopłciowych podana w wątpliwość jest już sama ta reguła

Warto przy tej okazji też podkreślić, że nie wszyscy w Kościele podzielają lęki wyrażone przez Kongregację Nauki Wiary wUwagach dotyczących projektów legalizacji prawnej związków między osobami homoseksualnymi. Przykładem jest tu choćby s. Véronique Margron, francuska dominikanka, wykładowca teologii moralnej i była dziekan wydziału teologii na uniwersytecie w Angers. W wywiadzie z 15 października 2012 r. dla francuskiego magazynu „Pèlerin”, Margron powiedziała: „Nie podważam kompetencji rodzicielskich osób homoseksualnych ani tego, że ich miłość jest prawdziwa. Nie mam do tego żadnego prawa. Nurtuje mnie inne pytanie – o to, czy przesuwanie granic nie doprowadzi do całkowitego zerwania relacji między rodzicielstwem biologicznym a rodzicielstwem w sensie prawnym”. Wypowiedź teolożki pokazuje, że w dyskusji o osobach homoseksualnych i ich dzieciach należy wydzielić dwie płaszczyzny, które nie do końca się pokrywają. Pierwsza z nich to kwestia rozwiązań praktycznych – tworzenia odpowiednich warunków do prawidłowego rozwoju dzieci, m.in. stabilizacji w rodzinie. Bez wątpienia jest to kwestia priorytetowa. Druga, nie mniej ważna, dotyczy namysłu na nowo nad tym, co to znaczy być rodzicem. Jaką rolę odgrywa biologia, a jaką prawo? Jak rozdzielanie tych porządków wpłynie na kształt rodziny i sytuację dzieci w przyszłości?

Skąd się biorą dzieci?

Przeciwnicy wychowywania dzieci przez osoby homoseksualne zdają się ignorować fakt, że w wielu przypadkach rodzice o orientacji homoseksualnej są rodzicami biologicznymi, którzy tworzyli wcześniej związki heteroseksualne. Mogą więc dziwić transparenty niesione niekiedy w proteście przeciw nowym projektom ustaw, na których widnieją napisy „Nie oddamy wam naszych dzieci”. Osobom homoseksualnym dzieci nie trzeba „oddawać”, wystarczy zaakceptować fakt, że one już u swoich rodziców są. Nawet prawo do adopcji nie musi wcale oznaczać, że osoby homoseksualne będą wychowywać obce dzieci. Ta regulacja najbardziej potrzebna jest po to, żeby parter lub partnerka homoseksualnego rodzica biologicznego mógł lub mogła stać się opiekunem prawnym dziecka, które współwychowuje. Budowanie prawnie chronionej stabilności jest z tego punktu widzenia w najlepszym interesie dziecka. Osoby, które mają wątpliwości odnośnie do rodzicielstwa par jednopłciowych, podnoszą jednak uzasadnione pytania o długoterminowe skutki pewnych wyborów prawnych. Jeśli przy założeniu, że pary jednopłciowe są tak samo dobrymi rodzicami jak pary heteroseksualne, zostaną im przyznane wszelkie prawa, jakimi cieszy się małżeństwo i w ten sposób uznane będzie ich znaczenie dla społeczeństwa, to należy również zapytać, skąd w przyszłości będą pochodzić ich dzieci i jak powinny być regulowane relacje z rodzicami biologicznymi i niebiologicznymi. Żyjemy dziś między dwoma porządkami społecznymi. Ten, który panował do tej pory, zmuszał wiele osób homoseksualnych do ukrywania swojej orientacji, wywierał pewną presję, żeby zakładały one tradycyjne rodziny i miały dzieci. Stąd też wiele z nich ma swoje potomstwo. Ale na naszych oczach powstaje społeczeństwo, w którym coraz odważniej można mówić o orientacji, nie trzeba żyć w ukryciu i możliwe, że – paradoksalnie – zostanie biologicznym rodzicem stanie się trudniejsze. Skąd więc będą się brały dzieci w związkach jednopłciowych? Nie należy oczekiwać rozwiązań wcześniej nieznanych. W krajach zachodnich są to różne układy między przyjaźniącymi się gejami i lesbijkami, którzy decydują się razem mieć i wychowywać potomstwo. Niekiedy są to sposoby, do których uciekały się już wcześniej pary heteroseksualne mające problemy z płodnością – komercyjne kliniki oferujące zabiegi in vitro, banki spermy, usługi świadczone przez matki-surogatki. Zjawiska te od początku budziły kontrowersje, ale wydaje się, że dopiero teraz słychać wyraźnie pytania, które one stawiają. Np. pytanie o prawo dziecka do wiedzy, kim są jego biologiczni rodzice.

Anonimowi rodzice i inni

W lutym tego roku media obiegła wiadomość o bezprecedensowym wyroku wydanym przez Wyższy Sąd Krajowy w Hamm. Decyzja dotyczyła sprawy Sary P., młodej Niemki, która dowiedziała się, że jest dzieckiem poczętym przy użyciu metodyin vitroz wykorzystaniem nasienia z banku spermy. Sara chciała poznać tożsamość swojego biologicznego ojca, a sąd przychylił się do jej prośby i nakazał klinice ujawnienie danych. Ostatecznie dane nie zostaną przekazane dziewczynie, ponieważ klinika zgodnie z prawem zniszczyła je po 10 latach, jednak wyrok wywołał lawinę komentarzy dotyczących z jednej strony prawa dziecka do poznania tożsamości rodziców, z drugiej zaś prawa dawców do anonimowości. Oczywiście nie ma podstaw, żeby metoda in vitro była w pierwszej kolejności kojarzona z rodzicielstwem osób homoseksualnych, jednak podobnie jak sytuacja par jednopłciowych, skłania ona do stawiania pytań o definicję i znaczenie rodzicielstwa dziś i w przyszłości. O ile w przypadku par heteroseksualnych metoda in vitro może być uważana za wyjątek od reguły zakładającej biologiczną więź rodzica z dzieckiem, o tyle w przypadku par jednopłciowych podana w wątpliwość jest już sama ta reguła, ponieważ w większości przypadków tylko jeden rodzic będzie biologicznie związany z dzieckiem. Rodzicielstwo drugiego z partnerów miałoby być oparte na więzi emocjonalnej, przyjęciu obowiązków związanych z wychowaniem dziecka i ewentualnych regulacjach prawnych. I w tym przypadku nie jest to sytuacja nowa – funkcjonuje tak wiele rodzin adopcyjnych. Ale znów można zapytać, czy w jakimś sensie sytuacja par jednopłciowych nie tworzy nowej normy, w której nie można będzie już założyć biologicznej więzi rodzica i dziecka. Jeszcze innym pytaniem jest pytanie o to, jakie jest dziś dokładnie znaczenie tej więzi, a jakie relacji prawnych. Iluzją jest bowiem myślenie, że rodzicielstwo we współczesnym społeczeństwie jest kwestią czysto biologiczną.

Komplementarność w sporze?

Czy w dyskusji o prawie osób homoseksualnych do bycia rodzicami można osiągnąć konsensus i określić, co byłoby najlepsze dla dzieci? W praktyce może być to niewykonalne, choć teoretycznie wydaje się względnie proste, mimo że rozwiązanie należy do złożonych. Po pierwsze, należy mieć na uwadze dobro dzieci, które już teraz są wychowywane przez homoseksualnych rodziców i pracować nad rozwiązaniami prawnymi, ale też programami edukacyjnymi, które zapewnią im stabilizację w domu, bezpieczeństwo w szkole i zdrowy rozwój. Psychologowie i psychiatrzy cały czas próbują określić, czy dzieci osób homoseksualnych są narażone na negatywne czynniki, których nie znają dzieci osób heteroseksualnych. Badania te prawdopodobnie nie zostaną zakończone w najbliższej przyszłości, więc podczas gdy wciąż trwają, warto dokładać wszelkich starań, żeby dzieci miały najlepsze możliwe warunki do rozwoju niezależnie od tego, kto jest ich rodzicem. Po drugie, otwarta – szczególnie w naszym kraju –pozostaje dyskusja, jak kształtować prawo dotyczące nie tylko związków jednopłciowych, ale też procedur związanych z metodą in vitro, korzystaniem z komórek rozrodczych anonimowych dawców czy usługami surogatek, które są powszechnie dostępne. W tej sprawie ogromnym wkładem może być ostrożność (a niekiedy też sceptycyzm) ludzi Kościoła – duchownych i świeckich. Jednak ma ona szansę zostać doceniona tylko wtedy, kiedy w proponowaniu idealnych rozwiązań określających przyszłość nie będzie ignorować dzisiejszej rzeczywistości. A tak niestety dzieje się zbyt często, kiedy np. dzieci poczęte metodą in vitro lub osoby homoseksualne słyszą ze strony Kościoła o tym, jak różne elementy z ich życia przeczą godności ludzkiej i naturze. W spokojnym zastanawianiu się nad kształtem prawa – a co za tym idzie: przyszłości społeczeństwa – niezbędny jest szacunek dla wszystkich biorących udział w dyskusji i dla zainteresowanych jej przebiegiem. Jednym z największych niebezpieczeństw dla samej debaty (tej i kolejnych) jest niebezpieczeństwo utraty wspólnego języka. I nie chodzi tylko o założenia aksjologiczne leżące u źródeł każdego ze stanowisk, ale też o pojedyncze słowa, których zamiast do komunikacji niektórzy chcieliby używać do budowania podziałów. Podczas debaty nad kształtem prawa we Francji dyskutowano o zamianie w dokumentach słów „matka” i „ojciec” na określenia „rodzic 1” i „rodzic 2”. Wzbudziło to takie oburzenie, że niektórzy – również w Polsce – sugerowali, żeby w ramach protestu unikać słowa „rodzic”, a wszędzie gdzie to możliwe pisać o „matce” i „ojcu”. Takie podzielenie się językiem po połowie na pewno nie pomoże w wymianie argumentów. Lecz nie chodzi tylko o słowa, ale też właśnie o argumenty. Trzeba włożyć jak najwięcej wysiłku w to, żeby były one dziś zrozumiałe. Nie wystarczy mówić o „wewnętrznym nieuporządkowaniu” osób homoseksualnych. Mało kto jest w stanie wytłumaczyć, na czym ta przypadłość polega i w czym mogłoby przeszkadzać w życiu. Należy więc szukać argumentów, które odkrywają prawdę o dzisiejszej rzeczywistości i nie są tylko mechanicznym powtarzaniem starych traktatów teologicznych. Czy temat ustawy o związkach partnerskich, który na pewno będzie jeszcze w Polsce powracał, uda się nam wykorzystać do odnalezienia wspólnego języka? Gdyby celem miało być jedynie nauczenie się od nowa, jak prowadzić mądry dialog zamiast ideologicznych wojen, to, szczerze mówiąc, wątpię. Ale gdybyśmy wszyscy za cel naprawdę postawili sobie dobro dzieci – tych rzeczywistych…

MARZENA ZDANOWSKA – członek redakcji miesięcznika „Znak”.

Homoseksualni rodzice pod lupą

W eksperymencie przeprowadzonym w latach 60. doświadczeni klinicyści nie byli w stanie stwierdzić na podstawie wyników testów badających osobowość, jakiej orientacji jest 20 mężczyzn, którzy je wypełnili. Nie byłoby łatwe również poznanie orientacji rodzica na podstawie tego, jakim jest rodzicem

Zacznijmy od pytania o to, co to znaczy być dobrym rodzicem. Czego potrzebuje od rodziców dziecko, żeby prawidłowo się rozwijać? Prawidłowy rozwój najprościej można zdefiniować jako możliwość podejmowania zadań charakterystycznych dla poszczególnych faz rozwojowych. Takie zadania to np. pójście do przedszkola czy szkoły, radzenie sobie z separacją od rodziców, nawiązywanie relacji z rówieśnikami, a na późniejszym etapie – wchodzenie w relacje partnerskie, podejmowanie kontaktów seksualnych. Dziecko do prawidłowego rozwoju potrzebuje przede wszystkim emocjonalnej bliskości z rodzicem czy opiekunem. W tej bliskości można wyróżnić dwa istotne aspekty. Pierwszym jest emocjonalna dostępność rodzica, umożliwiająca empatyczne, emocjonalne współbrzmienie z dzieckiem, drugim – umiejętność rozpoznawania i podążania przez rodzica za tym, co dziecko przeżywa. Taka bliskość daje dziecku to, co dla niego jest najważniejsze, czyli poczucie bezpieczeństwa. Wielu ludzi obawia się, że przyznawanie coraz większych praw osobom homoseksualnym doprowadzi ostatecznie do wychowywania dzieci przez pary jednopłciowe. Czy Pana zdaniem taka możliwość powinna budzić obawy? Skąd czerpać wiedzę na temat możliwych konsekwencji takich sytuacji? Badania nad funkcjonowaniem rodzin gejów i lesbijek oraz wychowywanych przez nie dzieci prowadzone są od ponad 30 lat, głównie w Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii i kilku innych krajach Europy Zachodniej. Ilość tych badań, prowadzonych przy różnym doborze grup badanych i przy zastosowaniu różnych narzędzi, stale wzrasta, pozwalając na przeprowadzanie metaanaliz, czyli raportów analizujących kilkadziesiąt badań, co redukuje znaczenie pojedynczych błędnych wyników. Cenne są zwłaszcza badania podłużne, czyli takie, w których dzieci obserwowano przez kilkanaście lat, śledząc ich rozwój – jedną z czołowych badaczek w tym obszarze jest Susan Golombok. Metaanalizy badań, a także obserwacje z pracy klinicznej są dla wielu towarzystw naukowych podstawą do wydawania dokumentów, które powinny być wskazówkami w codziennej pracy dla psychologów, lekarzy, pedagogów i innych badaczy oraz praktyków. Amerykańskie Towarzystwo Psychiatryczne i Amerykańskie Towarzystwo Psychologiczne wydały wiele takich dokumentów w odniesieniu do funkcjonowania osób nieheteroseksualnych. Bazując na nich, możemy stwierdzić, że orientacja homoseksualna rodziców nie wpływa negatywnie na rozwój dzieci.Co mówią wspomniane badania o sytuacji dzieci wychowywanych przez osoby homoseksualne? Pierwsza kwestia, która nurtuje wielu ludzi, dotyczy tego, czy dzieci wychowywane przez pary jednopłciowe będą częściej miały orientację homoseksualną lub biseksualną niż dzieci osób heteroseksualnych. Okazuje się, że nie ma pod tym względem istotnych różnic między tymi dwiema grupami. Zresztą, co chciałbym podkreślić, ukrytym założeniem jest tu przekonanie, że orientacja nieheteroseksualna jest czymś gorszym. Pojawia się ona bowiem jako swego rodzaju obawa. Drugi obszar badań to przebieg rozwoju poznawczego, społecznego oraz emocjonalnego. I tutaj też nie mamy podstaw, żeby twierdzić, że u dzieci wychowywanych przez gejów czy lesbijki występują problemy wynikające z orientacji seksualnej rodziców. Dużo ważniejsza dla rozwoju dziecka od orientacji rodziców jest relacja, jaką rodzice mają z dzieckiem, o czym już na początku wspominałem. Trzecia kwestia dotyczy kontekstu społecznego i tutaj – w moim odczuciu – może być problem. Niektóre badania wskazują, że w kontaktach m.in. z rówieśnikami pojawia się dyskryminacja ze względu na to, że rodzice są parą jednopłciową. W tym wypadku wyniki będą oczywiście w dużym stopniu uzależnione od kontekstu kulturowego. Jednak badania przeprowadzone przez Susan Golombok w Stanach Zjednoczonych i przez Iana Riversa w Wielkiej Brytanii pokazały, że różnica nie tkwi w ilości wyśmiewania czy wyzwisk doświadczanych przez dzieci wychowywane przez pary jednopłciowe, różni się natomiast pretekst do wyśmiewania – ktoś jest nękany ze względu na swoją nadwaga, ktoś inny ze względu na pochodzenie etniczne, ktoś jeszcze inny przez to, że ma dwie mamy. Powstaje pytanie, na ile my w Polsce jesteśmy gotowi przyjąć takie dzieci i otoczyć je opieką. Na ile przedszkola czy szkoły są w stanie wprowadzić programy ochronne w stosunku do tych dzieci i dać im jakiś rodzaj wsparcia, podobnie jak się czasami dzieje w przypadku np. dzieci należących do mniejszości etnicznych?A gdybyśmy mieli mówić nie o problemach, ale o różnicach między rodzicami homoseksualnymi i heteroseksualnymi, to co wynika z tych badań? Trudno mówić o wyraźnych różnicach. Wspominana Golombok, w jednych ze swoich badań stwierdziła np. że w związkach lesbijskich partnerka, która nie jest biologiczną matką dziecka, była bardziej aktywna w codziennej opiece nad dzieckiem, w porównaniu z ojcami z rodzin heteroseksualnych. Podobnie Henry Bos wraz z zespołem przeprowadził badania, z których wynikało, że niebiologiczne matki lesbijki bardziej angażują się w opiekę nad dziećmi niż ojcowie z rodzin heteroseksualnych. Jednak jeśli chodziło o wyrażanie czułości nie było tu istotnych różnic. Inne obserwacje dotyczyły bardziej równego podziału obowiązków w rodzinach lesbijskich w porównaniu z rodzinami heteroseksualnymi. Chciałbym tu jednak zwrócić uwagę na kontekst życia takich rodzin, który może wpływać na ocenę swoich kompetencji rodzicielskich przez gejów i lesbijki. Negatywne nastawienie społeczeństwa może być – bardziej albo mniej świadomie – przejmowane przez osoby homoseksualne, a to może podważać ich poczucie bycia kompetentną matką czy ojcem. Chyba każdy z nas, gdyby w kółko słyszał, że się do czegoś nie nadaje, to w końcu zacząłby przynajmniej trochę w to wierzyć. Można także mówić o nieco większej otwartości dzieci rodziców homoseksualnych na tematy związane z seksualnością. Siłą rzeczy w ich rodzinach kwestia seksualności i homoseksualności pojawia się w rozmowach częściej, a co za tym idzie, gdy dzieci te będą już nastolatkami i dorosłymi, mogą mieć więcej kontaktów seksualnych. Tu oczywiście pojawia się kwestia interpretacji – czy określić to jako rodzaj rozwiązłości seksualnej, czy raczej jako rodzaj większej otwartości? Mnie bliższa jest ta druga interpretacja.W każdym razie mówi Pan o większej aktywności seksualnej dzieci wychowywanych przez osoby homoseksualne? Tu nie chodzi o samą aktywność. Przez wiele lat pracowałem z rodzinami par heteroseksualnych i tam wśród nastolatków też jest dużo eksperymentowania z własną seksualnością. Ale problem polega generalnie u nastolatków bardziej na stosunku do własnej seksualności – czy ją traktują jako naturalny fragment siebie czy też coś nieczystego, wstrętnego czy grzesznego. Możemy przypuszczać, że jeśli seksualność nie stanowi tematu tabu w rodzinie, to będzie to sprzyjało zdrowemu jej przeżywaniu.To jest efekt częstszych rozmów w dziećmi na temat seksualności? Tu dotykamy w ogóle kwestii funkcjonowania związków jednopłciowych. Trudno jest w nich odnaleźć tradycyjne wzorce, które znamy ze związków heteroseksualnych, chociaż i te podlegają daleko idącym przemianom. W związkach jednopłciowych większość rzeczy musi być wynegocjowana, przedyskutowana. Pewnym stereotypem jest myślenie, że w parach jednopłciowych ktoś jest w roli mężczyzny, a ktoś w roli kobiety. To duże uproszczenie. W takich związkach panuje większa elastyczność w podejmowaniu zadań czy ról. Wielu autorów zauważa, że pary homoseksualne pierwsze poruszały problemy, które potem zaczęły poruszać pary heteroseksualne, np. wspomniane kwestie ról w związku, granic, zdrady. Trzeba ustalić, kto się zajmuje domem, kto sprząta, kto gotuje, kto zarabia pieniądze, kto je wydaje, jak wydaje, czy mieć wspólne konto czy nie itd. Wiele rzeczy przestaje być dane z góry, a zaczyna być właśnie przedmiotem negocjacji.W książce Wprowadzenie do Psychologii LGB, którą Pan współredagował, można przeczytać o wspomnianym negocjowaniu definicji zdrady w związkach homoseksualnych, o tym, że wśród par gejowskich przeważa model związków otwartych. Czy to nie wpływa negatywnie na rozwój dzieci? Jeśli porównamy kwestię wierności w związkach heteroseksualnych i homoseksualnych, to nie sądzę, żeby różnica była bardzo duża. Niedawno gościła w Krakowie Esther Perel, amerykańska terapeutka zajmująca się problemami seksualnymi, która wspomniała, że w USA już właściwie na nikim nie robi większego wrażenia, gdy się słyszy, że ktoś miał 2–3 małżeństwa. W tym kontekście to, co się dzieje w parach jednopłciowych, nie jest aż tak wyjątkową sytuacją. Różnica może być taka, że w przypadku par heteroseksualnych mamy tradycję niemówienia o tym głośno. Tutaj trzeba zwrócić uwagę też na to, że dane, które Pani podała, dotyczą związków gejowskich, a popędowość u mężczyzn jest większa niż u kobiet. Kobieta jednak działa na związek tonizująco. Na pary jednopłciowe w mniejszym stopniu wpływają normy kulturowe, które w przypadku par heteroseksualnych wzmacniają ich trwałość. Ale to jest temat, w którym łatwo popaść w niesprawiedliwe uogólnienia, gdyż każda para jest inna, a badań nie mamy tu aż tak dużo. Pewną wskazówką w myśleniu o rodzinach osób homoseksualnych są wytyczne różnych towarzystw zajmujących się zdrowiem psychicznym. W 1976 r. Amerykańskie Towarzystwo Psychologiczne jako pierwsze wydało dokument, w którym stwierdza, że w wypadku rozwodu płeć, wiek czy orientacja rodzica nie powinny być główną ani jedyną kwestią braną pod uwagę przy przyznawaniu praw do opieki nad dzieckiem. Później w 1997 r. Amerykańskie Towarzystwo Psychiatryczne to potwierdziło, a w 2002 r. wydało dokument mówiący, że na podstawie ponad 30 lat różnych badań można stwierdzić, że „dla optymalnego rozwoju dziecka nie ma znaczenia orientacja seksualna rodziców”, zgodziło się z tym Amerykańskie Towarzystwo Psychoanalityczne i Amerykańskie Towarzystwo Psychologiczne. Nie jest to oczywiście dowód stuprocentowy, ale w świetle dostępnych badań nie mamy podstaw, żeby sądzić inaczej.Badania dotyczące wychowania dzieci przez osoby homoseksualne opisują najczęściej związki lesbijskie. Czy sądzi Pan, że ich wyniki mogłyby być inne, gdyby badano częściej rodziny homoseksualnych mężczyzn? Ta dysproporcja bierze się stąd, że pierwsze badania, pochodzące z lat 70., przeprowadzano w czasach, kiedy wśród osób homoseksualnych kobiety wychowywały dzieci znacznie częściej niż mężczyźni. W tych badaniach porównywano sytuacje rozwiedzionych kobiet, które samotnie wychowały dzieci ze swoich wcześniejszych małżeństw. W jednej grupie były to kobiety heteroseksualne, w drugiej lesbijki. Okazało się, że nie ma większych różnic, jeżeli chodzi o aspekty, o których wcześniej mówiłem. Późniejsze badania to potwierdzały. Jeśli chodzi o mężczyzn – tych badań jest znacznie mniej. W jednym z nich, które prowadził Jerry Bigner, nie stwierdzono różnic między heteroseksualnymi i homoseksualnymi ojcami. Istnieją też badania, prowadzone przez wspominaną Golombok, z których wynika, że homoseksualni ojcowie w porównaniu z ojcami heteroseksualnymi bardziej starają się zrozumieć swoje dziecko, zobaczyć, o co mu chodzi. Jednak trzeba przyznać, że obszar ten wymaga dalszych badań. Omawiane tu badania pozostają w zgodzie z moimi obserwacjami z praktyki psychoterapeutycznej. Nie widzę tu żadnej zasadniczej różnicy pomiędzy homoseksualnymi i heteroseksualnymi rodzicami. Jak w słynnym eksperymencie przeprowadzonym przez Evelyn Hooker w latach 60., kiedy to doświadczeni klinicyści nie byli w stanie stwierdzić na podstawie wyników testów badających osobowość, jakiej orientacji jest 20 mężczyzn, którzy je wypełnili – podobnie tutaj, myślę, że nie byłoby łatwym, jeśli w ogóle możliwym, poznanie orientacji rodzica na podstawie tego, jakim jest rodzicem.Czy są jakieś inne źródła wiedzy o rodzinach par gejów poza nielicznymi jeszcze badaniami? Wiedzę na ten temat można też czerpać z przykładów z życia. Kilkanaście lat temu byłem na konferencji psychiatrycznej w Hamburgu i tam miałem okazję poznać pewną ciekawą rodzinę. Zamiast zakwaterowania w hotelu skorzystałem w możliwości mieszkania u osób prywatnych i zupełnie przypadkiem trafiłem na parę gejów, którzy opiekowali się trzema chłopcami. Moi gospodarze byli pracownikami socjalnymi i tworzyli rodzinę zastępczą dla nastolatków, którzy wcześniej prostytuowali się na ulicy. Nie chciałbym popadać w stereotypy, ale atmosfera w tym domu nie była po męsku oschła, ale bardzo ciepła i przyjazna. Wyczuwalna była więź między nimi wszystkimi. Natomiast nie dostrzegłem żadnego erotyzowania tych relacji. Tych trzech chłopców żyło jak w rodzinie. Jeden pytał drugiego, czy już odrobił lekcje, jakie zajęcia ma jutro, gdzie idzie, czy go podwieźć na trening. Po prostu toczyło się życie rodzinne. Jedli kolację, ustalali, co kto robi następnego dnia, kto robi zakupy, kogo trzeba odwieźć do szkoły itd. W Stanach Zjednoczonych i niektórych krajach Europy takie rodziny funkcjonują od kilkudziesięciu lat i można powiedzieć, że nic niepokojącego się w związku z tym nie dzieje. Dzieci z tych rodzin nie mają większych problemów z funkcjonowaniem, rozwijają się prawidłowo, częstotliwość orientacji seksualnych jest podobna jak w całej populacji. Zresztą, w Polsce wydaje się, że jest podobnie. To nie jest tak, że teraz dopiero pojawia się zjawisko wychowywania dzieci przez pary gejowskie czy lesbijskie, ono istnieje od dawna, tylko że się o nim nie mówi.Jak wiele może być takich rodzin w Polsce? Trudno jest dokładnie to policzyć, ale szacuje się, że ok. 50 tys. dzieci w naszym kraju jest wychowywanych przez homoseksualnych rodziców. Tak wynikałoby z badań Marty Abramowicz i danych, które zebrała na reprezentatywnej grupie 1000 gejów i lesbijek. Najczęściej chodzi o dzieci z poprzednich związków heteroseksualnych. Związki się rozpadają, dziecko zostaje z jednym z rodziców, rodzic wiąże się z kolejnym partnerem, który występuje jako ciocia, koleżanka albo wujek, przyjaciel. Często orientacja homoseksualna jest ukrywana.

> Pierwsze badania nad zdrowiem psychicznym osób homoseksualnych były prowadzone w szpitalach psychiatrycznych. Wynikało z nich, że każda z badanych osób miała jakieś zaburzenia

Jak dzieci reagują na ujawnienie orientacji homoseksualnej rodzica? Myślę, że dużo zależy od wieku dziecka. W okresie dorastania można sobie wyobrazić, że to byłoby trudne ze względu na samą dynamikę tego etapu – konfrontowania się z własną seksualnością, kształtowaniem się tożsamości czy szukaniem swojego miejsca w życiu. Miałem wśród pacjentów dorosłych mężczyzn będących po rozwodach, którzy później odkrywali czy przyznawali się do swojej homoseksualnej orientacji i ujawniali to swoim synom. Ci chłopcy reagowali różnie – czasami przyjmowali to spokojnie, ale czasami było to dla nich trudne, chociaż lęki dotyczyły tu głównie reakcji rówieśników. Pamiętam też matkę lesbijkę, która swojego prawie dorosłego syna poinformowała o swojej orientacji, jego reakcja ograniczyła się do słów: „podejrzewałem to; fajnie, że powiedziałaś”.Bywają trudniejsze historie? Tak. Zdarza się, że przy takim ujawnieniu orientacji rodzica pojawia się u dziecka poczucie bycia oszukanym. Ale co ciekawe, zazwyczaj żal dotyczy tego, że rodzic nie ujawnił się dużo wcześniej, a nie tego, że jest osobą homoseksualną. Takie ujawnienie się często wiąże się z ulgą, że już nie trzeba czegoś tak ważnego trzymać w ukryciu. Dla tych, którzy wcześniej nie wiedzieli, różne wydarzenia, których nie mogli do tej pory zrozumieć, układają się w spójną całość. Co ważne – jak pokazują badania, coming-out jest prozdrowotny, chociaż zazwyczaj dość trudny. Podobnie jest z sytuacją homoseksualnych dzieci – kiedy informują rodziców o swojej orientacji już jako dorosłe osoby, także bywa, że pojawia się złość i to nie dlatego, że są one homoseksualne, ale dlatego, że wcześniej nie było w domu szczerości. Rodzice mogą przeżywać rodzaj rozczarowania, czują się oszukani, myślą: „tyle lat byliśmy tak blisko, kochaliśmy cię, a ty dopiero teraz o tym mówisz”.Często podkreśla się, że dla prawidłowego rozwoju dziecka niezwykle istotna jest obecność w domu dwóch wzorców – męskiego i kobiecego. Dziecko wychowywane przez parę jednopłciową jest pozbawione jednego z nich. Czy to nie rodzi problemów? Psychologia rozwojowa jest nauką, w której rozwijane są nieustannie różne wątki. Ostatnie kilkadziesiąt lat pomogło nam np. lepiej zrozumieć relacje małych dzieci z otoczeniem. Dawniej bardzo długo uważano, że dziecko po urodzeniu jest w stanie stworzyć bliską więź tylko z jedna osobą – z matką. Teraz wiemy, że dziecko od urodzenia jest w stanie stworzyć od razu więź z kilkoma osobami, te więzi są różnego rodzaju, ale na pewno są tworzone. Psychologia rozwojowa pokazuje, że dzieci mają znacznie większą elastyczność, niż się nam wydawało i co więcej, same uczestniczą aktywnie w procesie własnego rozwoju. Nie są tylko odbiorcami tego, co świat im zaproponuje, ale biorą udział w kształtowaniu swojego rozumienia świata. A wzorce męskości i kobiecości są wszędzie dookoła, nie ograniczają się tylko do rodziców. Problem wzorców podnosi się często w kontekście kształtowania orientacji seksualnej dziecka. Niektórzy twierdzą, że to ma kluczowe znaczenie. Ale przecież do niedawna wszystkie osoby homoseksualne rodziły się i były wychowywane w związkach heteroseksualnych, co wskazywałoby jednak na to, że orientacja ma silne podłoże biologiczne i nie jest przekazywana kulturowo. Prawdopodobnie nie mamy na nią dużego wpływu. Chociaż trzeba przyznać, że dla naukowców do dziś nie jest to kwestia jednoznaczna. Nie określono ostatecznie podłoża homoseksualizmu, ale przecież też nie określono podłoża heteroseksualności. Nie wykluczono też teorii, która mówi, że rodzimy się biseksualni, a później naszą orientację kształtuje kultura.Gdyby tak było, wtedy homoseksualizm rzeczywiście można byłoby „promować”, a to, czy dziecko jest wychowywane przez osoby heteroseksualne czy homoseksualne, miałoby wpływ na jego orientację. Badania pokazują, że liczba osób homoseksualnych jest mniej więcej stała, więc statystycznie ta teoria nie znajduje potwierdzenia. Ale musimy też brać pod uwagę taką możliwość np. w pracy terapeutycznej z nastolatkami, którzy odkrywają swoją seksualność i nie są do końca pewni swojej orientacji. Trzeba być ostrożnym, żeby pomóc im odkryć to, co w nich jest, a niczego nie sugerować. Twierdzenie, że homoseksualizm można ukształtować, wciąż znajduje wielu zwolenników. Powołują się oni między innymi na teorie mówiące o tym, że to brak ojca powoduje homoseksualizm. Geje mają go szukać w innych mężczyznach. Teorie te nie doczekały się rzetelnego empirycznego potwierdzenia. A z perspektywy gabinetu psychoterapeutycznego znowu mogę powiedzieć, że problemy mężczyzn z relacjami z własnymi ojcami występują niezależnie od orientacji pacjentów. Kolejnym lękiem, który wydaje się obecny w debacie o rodzicach homoseksualnych, jest kwestia pedofilii. Homoseksualizm i pedofilia to kompletnie różne rzeczy.A dlaczego są łączone? Z braku wiedzy albo żeby straszyć homoseksualizmem. W 2006 r. Polskie Towarzystwo Seksuologiczne wydało komunikat, który wyraźnie o tym mówi: „identycznie jak sama w sobie heteroseksualność – również homoseksualność per se nie implikuje żadnej szczególnej predyspozycji do zakazanego prawem wykorzystywania seksualnego dzieci”. Badania to potwierdzają, pokazują, że w większości sprawcami czynów pedofilnych są heteroseksualni mężczyźni. Najczęściej jest to mężczyzna z rodziny ofiary – ojciec, ojczym, wujek.Fakt, że w większości są to mężczyźni heteroseksualni, nie powinien zaskakiwać – procentowo jest ich o wiele więcej. Rozkład procentowy jest podobny w grupie mężczyzn heteroseksualnych, jak i homoseksualnych. Oczywiście może zdarzyć się, że homoseksualny mężczyzna będzie chciał uwieść chłopca, ale jednak tych dwóch rzeczy nie można łączyć. To tak, jakby powiedzieć, że jest kilku pedofilów, którzy są blondynami, więc blondyni to pedofile. Homoseksualność jest wariantem prawidłowej orientacji. Natomiast pedofilia z seksuologicznego, psychologicznego i prawnego punktu widzenia, jest nieprawidłowością, skierowaniem pożądania w stronę osoby niedojrzałej.Jednak homoseksualizm dopiero od niedawna uznaje się za prawidłową orientację. Pojęcie homoseksualizmu pojawiło się w 1890 r., wyprzedzając pojęcie heteroseksualizmu, który zresztą w tamtym czasie odnosił się do osób, które teraz moglibyśmy określić jako seksoholicy. Kiedy kategoria homoseksualizmu się pojawiła, można tu zacytować Foucaulta: „homoseksualista zyskał podmiotowość: posiadał przeszłość, historię i dzieciństwo, charakter, sposób bycia, a także morfologię wraz z niewłaściwą anatomią i być może zagadkową fizjologią”. Homoseksualizm jako inność, w dodatku w purytańskim świecie, zyskał miano najpierw grzechu, potem przestępstwa – w niektórych krajach dalej tak funkcjonuje – by w końcu stać się dewiacją czy zboczeniem i wylądować w psychiatrycznych klasyfikacjach zaburzeń, a w 1973 r. wrócić jako jedna z prawidłowych form seksualności. I to wszystko stało się w niespełna sto lat!Te zmiany mogą tłumaczyć, dlaczego homoseksualizm budzi tak wiele kontrowersji. Amerykańskie Towarzystwo Psychiatryczne zdecydowało o skreśleniu homoseksualizmu z listy zaburzeń psychicznych DSM przez głosowanie. Wiele osób ma wątpliwości, czy takie decyzje powinny być wynikiem głosowania – przegłosować można przecież wszystko. Wiele się dyskutuje na temat powodów usunięcia homoseksualizmu z klasyfikacji psychiatrycznych, ale rzadko zadaje się pytanie, skąd on się tam właściwie wziął? Czy rzeczywiście stały za tym przesłanki medyczne? Czy też był to raczej sposób na opanowanie czegoś niezrozumiałego, co może mieć – jak wtedy myślano – powiązanie z jakąś psychiczną patologią. Utrzymanie homoseksualizmu w klasyfikacjach psychiatrycznych było nie do obronienia. Wzrastała bowiem ilość badań, jak wspomniane wcześniej badania Hooker, które pokazywały, że orientacja homoseksualna nie ma związku z żadnymi psychicznymi zaburzeniami. A jeśli nawet u osób homoseksualnych stwierdza się wyższe wskaźniki występowania problemów emocjonalnych, to powodów tego należy szukać raczej w relacjach z otoczeniem niż w samej orientacji.Czy osobiście jest Pan za dopuszczeniem prawnym adopcji przez osoby homoseksualne? Tak. Nie widzę podstaw, żeby tego zabraniać.W książce Wprowadzenie do psychologii LGB znalazłam też informację, że w Polsce za dopuszczeniem adopcji przez osoby homoseksualne opowiada się tylko 41% osób homoseksualnych. Czym to tłumaczyć? Nie chcę mówić w imieniu tych osób, ale wydaje mi się, że posiadanie dzieci, podobnie jak u osób heteroseksualnych, to współcześnie jeden z wariantów życia. Przecież niezależnie od orientacji ludzie zakładają rodziny i posiadają dzieci albo nastawiają się na realizowanie innych celów w życiu. Jest takie przekonanie, że gdyby tylko pozwalało na to prawo, to zaraz wszyscy geje i wszystkie lesbijki by się rzuciły do ośrodków adopcyjnych. Tak nie jest, pragnienie dziecka dotyczy tylko pewnej grupy. Wśród moich pacjentów, którzy są nieheteroseksualni, rodzice to jednak mniejszość. Choć to prawda, że nie dla wszystkich jest to kwestia wyboru. Był kiedyś u mnie na terapii gej, który czuł potrzebę ojcostwa. Znajoma para lesbijek zaczęła z nim nawet rozmawiać o tym, czy nie chciałby mieć wspólnie z jedną z nich dziecka. Długo rozważał tę kwestię, ale ostatecznie stwierdził, że nie. Przypuszczał, że one chciały, żeby dziecko zamieszkało z nimi, nie z nim, i doszedł do wniosku, że emocjonalnie byłoby mu bardzo trudno żyć w oddaleniu od swojego dziecka. Jeszcze nie miał tego dziecka, a już czuł rodzaj odpowiedzialności i emocjonalnej więzi. Więc nie jest tak, że osoby homoseksualne chcą mieć te dzieci jako zabawki.Ale wracając do tych 41%, mówimy o poparciu dla prawa do adopcji, nie o dążeniach poszczególnych osób. Czemu osoby homoseksualne nie miałyby chcieć takiego prawa? Może nie uważają takich adopcji za dobry pomysł? Nie wiem. Mogę tylko powiedzieć, że jeden z moich kolegów, który jest gejem, kiedyś podczas rozmowy na temat dzieci powiedział, że nawet czasem myśli o posiadaniu dzieci, ale dla niego jest oczywiste, że w momencie, kiedy podjąłby taką decyzję, musiałby wyjechać z Polski. Być może więc chodzi właśnie o to, że sama zmiana prawa nie sprawi, że to będzie kraj przyjazny dla dzieci ze związków jednopłciowych. I