Miesięcznik Znak. Białoruś. Pobyt tymczasowy. Nr 726 - Opracowanie zbiorowe - ebook
Opis

Białoruś: możliwość

Współczesna Białoruś to – jak napisał poeta Andrej Chadanowicz – „kraj w przeciągach Europy”. Wielu uważa ją za przyczółek Rosji, państwo reżimowe, którego twarzą jest Aleksander Łukaszenka. Tymczasem

to kraj podwójnych symboli narodowych, niesymetrycznych podziałów społecznych, traumatycznej historii, a wreszcie niedocenionej, ponieważ nieznanej, kultury.

 

Z jakimi problemami tożsamościowymi i traumami zmagają się Białorusini i Białorusinki? Czy możliwa jest Białoruś bez Rosji? Jak Białoruś postrzegana jest z zewnątrz? O czym świadczą problemy z językiem narodowym? Jaką wizję historii przekazuje białoruska animacja?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 270

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Dominika Kozłowska

Oddawać głos

NIEZALEŻNI OBSERWATORZY NIE MAJĄ WĄTPLIWOŚCI, ŻE TAKŻE i tym razem podczas wyborów prezydenckich na Białorusi nagminnie łamano prawo – oficjalna rekordowa frekwencja to efekt nacisków na wyborców oraz sfałszowania ich liczby. Może właśnie dlatego, że przebieg wydarzeń nie mógł być zaskoczeniem, jeden z białoruskich poetów, Ihar Babkou, na wieść o tym, że tegoroczną laureatką Nagrody Nobla w dziedzinie literatury została Swietłana Aleksijewicz, ironicznie skomentował sytuację polityczną słowami: „To fantastyczna wiadomość! Nieważne już, kto zostanie prezydentem”.

Ani prezydent, ani białoruski minister kultury nie złożyli noblistce oficjalnych gratulacji. To być może także nie powinno dziwić. Jednak zestawienie tych dwóch wydarzeń: przyznania najważniejszej literackiej nagrody autorce, która w książkach oddaje głos innym – swoim bohaterom, oraz wyborów prezydenckich, które tylko pozornie miały na celu oddanie głosu ludziom – obywatelom, jest wymowne.

Na spotkaniach z czytelnikami noblistka otwarcie opowiada, że podczas letnich upałów niektóre zakłady były zmuszone skrócić czas pracy do kilku dni w tygodniu i że realna płaca spadła nawet do 100 dolarów miesięcznie. Kilka miesięcy temu wspominała także o możliwym przesunięciu terminu wyborów prezydenckich z listopada na październik – Aleksander Łukaszenka wiedział, iż każdy kolejny tydzień niesie coraz większą groźbę załamania gospodarczego kraju.

Dlatego dla Łukaszenki złagodzenie sankcji nałożonych przez Unię Europejską w 2010 r. było tak ważne. O tym, że ostatnie wybory mogą przyczynić się do poprawy stosunków jego kraju z Zachodem „tylko, jeśli sam Zachód tego chce”, przypominał w przemówieniu wygłoszonym w lokalu komisji wyborczej wkrótce po oddaniu głosu.

Polityczna przyszłość Białorusi, możliwość demokratycznych reform, przestrzeganie praw człowieka są dla nas sprawami ważnymi. Zdecydowaliśmy jednak, aby w listopadowym numerze „Znaku” pisać o Białorusi z innej perspektywy. Jak sformułowała to Urszula Pieczek, redaktorka Tematu Miesiąca, naszym celem jest zrozumienie dylematów tożsamościowych, z którymi mierzy się społeczeństwo białoruskie lawirujące pomiędzy co najmniej dwiema wizjami historii, dwiema kulturami i dwoma językami.

Jedną z inspiracji do takiego ujęcia tematu stał się dla nas numer miesięcznika Imperialne oblicze Rosjan z września 2014 r., zwłaszcza rosyjsko-ukraińsko-białoruski trójgłos na temat stosunku Rosjan do państwowości Białorusinów i Ukraińców. Okazało się, że z tych trzech krajów najmniej wiemy o Białorusi.

Numer otwiera fotoreportaż Andrzeja Muszyńskiego o doświadczeniu przekraczania białoruskiej granicy. Autor przemierza współczesną Białoruś, mając w pamięci złożoność historycznych wpływów, odciskających piętno na tych terenach. Siarhej Chareuski, białoruski artysta, literat, historyk sztuki i kulturoznawca, zaznacza z kolei, że „Białoruś buduje najnowszą tożsamość, kompilując ją wyłącznie z mitów powojennej epoki radzieckiej. W dodatku, na przekór zdrowemu rozsądkowi, przekonuje się nas, że Litwa i Łotwa to »daleka zagranica«, a Kirgizja i Tadżykistan – »bliska«”.

Bohaterem tego tematu jest też jednak trudna relacja łącząca dwa języki: rosyjski i białoruski. Z jednej strony „język rosyjski jest obecnie postrzegany na Białorusi nie jako język innego narodu, lecz jako własność Białorusinów, część składowa ich tożsamości” – pisze Nelly Bekus, z drugiej, Andrej Rasinski, białoruski krytyk filmowy, dziennikarz, pokazuje, w jaki sposób język białoruski staje się przestrzenią budowania tożsamości niezależnej od tej oficjalnej, wspieranej przez reżim. Jak ścisłe są te tożsamościowe sploty, pokazuje również historia tegorocznej noblistki, pisarki o pochodzeniu białorusko- ukraińskim, tworzącej w języku rosyjskim i od dwóch lat znów mieszkającej w Mińsku.

Czujne oko Aleksandra Łukaszenki spogląda ze ściany w mińskiej księgarni, czerwiec 2013 r.fot. Tom Pilston/Panos/Czarny Kot

Temat Miesiąca

Białoruś: możliwość

Współczesna Białoruś to – jak napisał poeta Andrej Chadanowicz – „kraj w przeciągach Europy”. Wielu uważa ją za przyczółek Rosji, państwo reżimowe, którego twarzą jest Aleksander Łukaszenka. Tymczasem to kraj podwójnych symboli narodowych, niesymetrycznych podziałów społecznych, traumatycznej historii, a wreszcie niedocenionej, ponieważ nieznanej, kultury. Z jakimi problemami tożsamościowymi i traumami zmagają się Białorusini i Białorusinki? Czy możliwa jest Białoruś bez Rosji? Jak Białoruś postrzegana jest z zewnątrz? O czym świadczą problemy z językiem narodowym? Jaką wizję historii przekazuje białoruska animacja?

Odpowiadają:

Andrzej Muszyński, Siarhej Chareuski, Nelly Bekus i Andrej Rasinski

Na zakolu widzę dąbrowę

ANDRZEJ MUSZYŃSKI

Pierwszy raz leciałem nad Białorusią w piękną pogodę: na dole dokładnie było widać przebieg granicy. Od Warszawy szachownica żółtych pól i nagle ciemnozielony nieprzerwany bór. Długo myślałem, że to złudzenie, ale z dołu wygląda to podobnie, jakby Unia wyznaczała na Wschodzie niewidzialną i szczelną barierę, o którą rozbijają się billboardy i banery, narastając bezładnie gdzieś od Białej Podlaskiej

Rierwszy raz wystraszyłem się, kiedy spojrzałem na mapę. Mój szkolny atlas historyczny na ostatniej karcie przedstawia zmiany terytorialne państwa polskiego, nakładając na siebie przebieg granic. Te z 1634 r., wysunięte het na północ po Psków, Polanów, a raczej już samą Moskwę i Charków, budzą lęk. Od polskiego Smoleńska do granicy było jeszcze paręset kilometrów. W dolnym prawym rogu wystaje Morze Azowskie. Próbowałem sprawdzić, jak wtedy znaczono granice, bo raczej nie pokrywały się z naturalnymi barierami jak rzeki, choćby na południowym wschodzie na Dzikich Polach, gdzie tworzyły dziwnie regularny łuk. Pomogli eksperci z portalu historycy.org – to Szlak Murawski, którym Tatarzy wybierali się na handel, a przede wszystkim po kolejne łupy. Granicy strzegły ziemne kopczyki, w które wbijano często dębowe pale. Dodatkowo budowano twierdze, z których granic pilnowały patrole. Inaczej było na Wschodzie, gdzie kopano rowy albo stawiano zasieki, żeby zapobiec nielegalnym imigrantom z Rosji. Tak wyglądało to teoretycznie, bo rzadko kto potrafił ujarzmić bezkres Wschodu, i często przypominało to raczej płótna Brandta z wizjami kozackich obozów – step, białe od żaru kamienie i raczej obietnica egzotycznej śmierci niż przygody. Słonim w pobliżu Prypeci, podkreślony przerywaną linią, co znaczy, że odbywały się tam sejmiki szlacheckie, leżał dokładnie w środku kraju. Tam jechaliśmy z granicy w Terespolu.

*

DZIESIĘĆ LAT TEMU PRZYPOMINAŁO TO POWSTANIE. Torby z poliestru porywał wiatr. Pod dworcem w Terespolu stały setki ludzi, pomiędzy którymi błyszczały butelki przemycanej wódki. Jedni kucali skupieni, inni, jakby nieco zawstydzeni, stali nieruchomo pod ścianą, pozostali wciskali człowiekowi do kieszeni białoruskie fajki. Po drugiej stronie granicy było ciekawiej, bo tam się zbroili. Półnadzy, zlani potem faceci w kolejowym kiblu stali z podniesionymi do góry rękami, pozwalając obkleić się taśmą w szeleszczącą zbroję z paczek papierosów. Przechodzili przez wagon czujnie, szybko i z błyskiem w oku. Blond gwiazdą pociągu była pani Krysia, chyba spod Siedlec, która owijała wokół palca wracających ze Wschodu backpackersów barwnymi opowieściami o swojej intelektualnej przeszłości w pracy z pouczającymi i atrakcyjnymi towarzysko delegacjami, niezauważenie wciskając im w dłonie kolejny szmugiel. Paszporty sprawdzali wtedy w pociągu, który zatrzymywał się zaraz za Bugiem. Spocony białoruski pogranicznik w rozchełstanym mundurze oczywiście wyciągnął od nas łapówkę, całe pięć dolarów, bo dopatrzył się jakiejś nieścisłości w wizie.

Teraz pod dworcem nie było prawie nikogo prócz kilku podróżnych. Strzałki poprowadziły nas do kontroli paszportowej przez sieć nowych szklanych korytarzy z ostrzeżeniami unijnymi o zakazie wwozu nabiału ze Wschodu. Chyba nawet pociąg zmienili. Tamten był dłuższy, ten składa się już tylko z dwóch wagonów, ale w środku jest tak samo – typowe wagony z klasą „plackartnyj”, czyli półotwartymi boksami z łóżkami i stolikiem pomiędzy nimi. W korytarzu stały kupione w Polsce telewizory plazmowe. Latem w pociągach jest duszno i co chwilę słychać syk, gdy ludzka skóra odkleja się od tej sztucznej na siedzeniu. Ludzie tylko szeptali. Jestem gotów przyznać, że rosyjski to najpiękniejszy język na świecie w szepcie, najlepiej kobiecym. Tak było w pociągach w Irkucku, Omsku i na Kaukazie. Jakby ten język, bo przecież nie włoski czy niemiecki, stworzony był tylko do szeptu, co najwyżej mówienia półgłosem, z tymi miękkimi „sz” i „ć”, które nie tyle usypiają, ile wprowadzają w stan dawno wyczekiwanej błogości nieosiągalnej przez sen.

Trwało to tylko do dworca w Brześciu, bo tam dostaliśmy od celniczki pierwszy ochrzan, w którym rosyjski ujawnił swoje drugie oblicze w rejestrze krzyku. Nie zapytaliśmy w porę o karty imigracyjne, które trzeba wypełnić, a jej śpieszyło się do domu. Była zupełnie jak wyszkolone do bycia życzliwymi stewardesy Aeroflotu, które kiedyś podczas lotu z Warszawy do Moskwy zachowywały się tak, jakby dosłownie miały ochotę wszystkim przywalić. Wystarczy przyjechać tu kilka razy, by wziąć to za dobrą wolę i kwitować uśmiechem zdegustowanie kompanów podróży. Wtedy leciałem pierwszy raz nad Białorusią. Pogoda była piękna i na dole dokładnie było widać przebieg granicy. Od Warszawy szachownica żółtych pól i nagle ciemnozielony nieprzerwany bór. Długo myślałem, że to złudzenie, ale z dołu wygląda to podobnie, jakby Unia wyznaczała na Wschodzie niewidzialną i szczelną barierę, o którą rozbijają się billboardy i banery, narastając bezładnie gdzieś od Białej Podlaskiej. Nic, żadnych reklam przy drodze. Pierwszą miałem zobaczyć dopiero w Słonimiu niedaleko pomnika Lenina. Nic, tylko lasy, pola i wielkie, skupione stada bydła w oddali pod czarną kreską puszczy. Puste, równe drogi o łagodnych zakrętach, pustawe stacje benzynowe z kiblami, w których wszystko wygląda inaczej, bo pokrywają je jakąś dziwną boazerią. Zadbane puste przystanki autobusowe z nowymi tabliczkami z nazwami miejscowości, pomalowane w trzy kolorowe poziome pasy. Wzrok przywykły do bardziej wymagającego pejzażu filuje za zmianą, ale nic takiego nie następuje. I żadnego najmniejszego śmiecia. Sasza przyjechał po nas do Brześcia. Opowiadał, że gdy z jadącego okna wypada butelka, to pewnie prowadzi Polak albo Rosjanin, bo Białorusinów podobno Łukaszenka skutecznie oduczył śmiecić. Jechaliśmy przenocować pod Puszczą Białowieską w jego chałupie.

W chałupie, bo to stary drewniany dom, jak pozostałe we wsi. Sklep na kółkach, czyli awtomagazin, przyjeżdża tu dwa razy w tygodniu, jak w większości białoruskich wsi. Sasza wykupił pół wymarłej wsi z pięć lat temu i ją odremontował. W dwóch innych chałupach mieszkają dwie ostatnie staruszki. Wyglądają na bardzo wiekowe, ale, jak mówi Sasza, same całe lato chodzą po drewno do lasu, a jedna z nich obrabia kawał pola, któremu nie podołałby niejeden młodzieniec. To jest na Wschodzie reguła – ci najstarsi w odległych wsiach zbliżają się do obcego tym posuwistym, tak wolnym, a przecież czuć, że wytężonym krokiem i gdy tylko oprą się o sztachety, nabierają wdechu, by móc po rytualnym powitaniu jak najszybciej przejść do długiej opowieści, którą trzeba im w końcu przerwać, bo jej puenty nie widać; bo gdzie do puenty, gdy tematem jest droga, do jakiej powszechnie u nas nie przywykliśmy: wojenne migracje od Nowogródka po Kazachstan, od Berlina po Wołkowysk, podczas których selekcja szczegółów jest najwyraźniej tyleż trudna, ileż bezsensowna. Stałem przy płocie i kiwałem głową, aż zapadła noc.

Powtarzalność staje się nie przekleństwem, ale celebrowanym środkiem do celu

To jest stary strach przed opuszczonym ludzkim osiedlem, który wzmaga się w takich miejscach w nocy. Przewrócone wiadra, ulęgałki w miskach pełnych starej wody i, nie daj Bóg, jakiś pies na łańcuchu bez właściciela, który wyszedł nie wiadomo kiedy, po co i gdzie. Przyroda da się łatwo lubić, jednak nie w takich okolicznościach. Ptak piszczał gdzieś blisko w lesie coraz wyżej i wścieklej. Kiedyś mieszkało tu wielu ludzi. Zapaliliśmy ognisko. Otworzyliśmy miejscowy bimber na chlebie. Nietrudno o niego, bo leśnicy organizują sobie ogólnokrajowy konkurs i walczą o tytuł najlepszego bimbrownika. A leśniczówka jest niedaleko.

Deszczu nie było całe lato jak u nas, dlatego polana płonęła szybko i czysto. O świcie jest tylko trochę lepiej, bo to bukoliczność, za którą ktoś zapłacił tu zbyt wysoką cenę, bezruch późnego lata, na chwilę przed odjazdem na zawsze.

*

DO TEJ PUSTKI NIE MOŻNA SZYBKO PRZYWYKNĄĆ. widok pięknej, modnie ubranej matki spacerującej z wózkiem przez pustą osłonecznioną wieś, po której swobodnie hula wiatr, wywołuje natarczywy, choć nie wiadomo czy uzasadniony, odruch współczucia. Ale gdy człowiek nie wie nic o kraju, do którego wjechał, umysł ślizga się łatwo po powierzchni rzeczy, niedostępnej już od spodu wytrawnym badaczom i tuziemcom, i zadaje proste pytania, które zwykle sprawiają kłopot. Tak było i tym razem.

Sasza, próbując na nie odpowiadać, prowadził przepisowo, unikając dróg, na których stoi policja. Z radia leciało Super good grupy Leningrad. Mówi płynnie po polsku, jak wielu ludzi z Brześcia. Chorobę społeczeństwa obserwował wnikliwie, gdy pracował jako terapeuta w Brześciu w jednej z instytucji państwowych. W końcu kazali mu pytać pacjentów o stosunek do władzy. Uciekł do lasu. W październiku nie poszedł na wybory, bo wybory przyjechały do niego. Urnę przywożą pod dom i pukają. Ostatnio była niezapieczętowana. Przed wyborami zawsze jest taniej, ale ceny po ich zakończeniu na pewno szybko wzrosną.

Z powodu tegorocznych upałów rząd Białorusi wprowadził zakaz wchodzenia do lasu. Nie uświadczysz w nim człowieka. Sasza potrafi mówić tak, że nie można w żaden sposób odczytać emocji, zostaje goła treść, która tyleż informuje, co pozbawiona ich wsparcia, wprowadza niepokój. Jego rozmaite opowieści jak refren oddzielają nienaturalnie częste ostrzeżenia przed paleniem otwartych ognisk, dlatego pożyczył nam specjalną blachę, na której ognisko uważane jest według prawa za grilla, a zakaz dotyczy tylko otwartego ognia. Opowiadał o samolotach, które patrolują niebo w poszukiwaniu dymu i pożarów. Gdyby ktoś przyszedł do obozu nad rzeką – podkreślał – należy zażądać dokumentów i wszystko spokojnie nagrywać telefonem.

Wyobraźnia historyczna w spotkaniu z ruinami polskich pałaców obok żółtych białoruskich chat jest bezradna i nijak nie potrafi wskrzesić tęsknoty za utraconymi Kresami, nawet z polską mapą z 1925 r. w kieszeni, na której Szczara wije się pomiędzy polskimi nazwami wsi. Klasztor Misjonarzy w Łyskowie, obok którego leży poeta Franciszek Karpiński, autor Kiedy ranne wstają zorze…, strzelisty budynek na planie krzyża, jest zamknięty na cztery spusty. Po wojnie zupełnie porzucony, potem służył jako szpital. Gdy parę lat temu władza zabrała się za jego remont, w środku rósł prawdziwy las. Słonim, w którym przed wojną był typowym sztetlem z niską zabudową, świeci w słońcu. Najbardziej synagoga, wyzywająco biała, tuż obok miejskiego bazaru, oznaczanego taką jak w całym kraju grafiką. A może jednak bardziej lśnią bardzo drogie fury pomykające ulicami obok starych ład. Kawałek dalej, w Zaosiu, stoi odnowiony dworek, w którym urodził się i wychował Mickiewicz. W Słonimiu Issa wpada do Szczary, która staje się jeszcze bardziej czarna.

STARA MAPA JEST CIĄGLE AKTUALNAfot. Andrzej Muszyński

Pomnik Lenina w Brześciu, jeden z wielu na Białorusifot. Andrzej Muszyński

*

WIAŁO, WIAŁO JAK NIESZCZĘŚCIE, I TO PROSTO W TWARZ, a kajaki załadowane były ekwipunkiem i jedzeniem na tydzień. Woda marszczyła się i wiatr spychał łódź do brzegu.

Przed wojną Adam Schmuck, późniejszy profesor geografii, postanowił przepłynąć z kolegą kajakami od Pińska do Augustowa, co opisał w książce wydanej w 1937 r. Słonim był zupełnie inny. Na rzece, dopływając do portu, mijały ich dziesiątki kajaków, którymi poruszali się miejscowi. Gdy wyszli na brzeg, jak pisze Schmuck, z murzyńskimi torsami, usłyszeli grająca orkiestrę. Było gwarno i ciepło. Na horyzoncie zebrały się czarne chmury i byli bliscy nadania kajaków pociągiem do Mostów. Śmiem podejrzewać, że mogło być to dobrym pretekstem do skrócenia ambitnej trasy (sporo ponad 500 km!), nie ma co ukrywać, wiele dni wiosłowania może uczynić z mięśni watę, mimo pochłaniania dla krzepy litrów mleka przed snem.

„Otoczyły nas od północnego-wschodu zalesione pachnące pagóry. To moreny polodowcowe, które tworzą pomost między Mazowszem a Wileńszczyzną. Wjeżdżamy w dolny odcinek Szczary, eskortowany przez dwie strefy bagien. Mijamy wsie białoruskie i wpadamy znowu w strefę gorzej zaludnioną, bardziej pustą, aż pięknym wirażem wjeżdżamy na wody Niemna” – pisał Schmuck.

Niewiele się zmieniło. Tylko te białoruskie wsie… Niektórych nie widać z rzeki zza wysokich drzew. Żółte albo niebieskie, zrujnowane, bo zwykle opuszczone chałupy i żadnego dźwięku, gdakania kur, szczekania psa czy huku siekiery prócz lekkiego zwarcia na chylącym się nad brzegiem słupie. Na ścianie jednej z chat wisiał plakat z ubiegłorocznych mistrzostw świata w hokeju, pewnie, by zatkać dziury. Trzeba dopiero wyjść na brzeg, by dowiedzieć się od kogoś starszego, że młodzi już dawno wyjechali do miast, i co zaczął Stalin, jak powiedział nam jeden gospodarz we wsi Moskali, dokończył Łukaszenka. W Koroliach był jeden samochód, który chciałem pożyczyć, by pojechać do najbliższego sklepu parę kilometrów dalej, ale nie działał. Z chałup wytaczają się ludzie w szarych rozciągniętych ciuchach i wygląda to zupełnie jak u nas na wsi w latach 90., ale tutaj wygrywa ludzkie znużenie. Sklep oczywiście państwowy z czerwoną tabliczką, w którym co trzeci piątek miesiąca, jako że przypada wtedy dzień trzeźwości, nie sprzedają alkoholu.

Trochę żwawiej było w Nowosilcach. Po rozżarzonej piaszczystej drodze przez wieś biegały boso dzieci letników z Grodna. Ze skarp przy płotach turlały się jabłka słodkie tak, że wsysa się je niemal w całości, pobieżnie otarłszy skrajem koszulki. Pszczoły wywędrowały z uli na jednym z podwórek i osaczały przechodniów. Przed płotami przy drodze rosły wielkie dynie. Przy frontowej ścianie domu posadzono w rządku obok słoneczników pomidory, które przypominają z daleka rozsypane przy fundamencie korale. Oczywiście wszędzie kwiaty, duże i pachnące.

Ks. Michał Heller w Kosmicznych rekolekcjach pisze za Leszkiem Kołakowskim o konieczności wychodzenia poza bezpośredniość codziennych czynności, „pod powierzchnię rzeczy”. Pojąć to trudno, ale kto wie, czy nie najjaśniej objawia się to podczas wielodniowych biwaków w głuszy, gdy mozół powtarzanych czynności przyjmuje się za konieczność, która zwyczajnie cieszy, zwłaszcza gdy pod ręką jest wyborny czarny białoruski chleb ze trzy razy cięższy od polskiego i schłodzona butelka kwasu chlebowego lidskoje. Powtarzalność staje się nie przekleństwem, ale celebrowanym środkiem do celu. Najprzyjemniejsze jest jednak pierwsze kilka minut o poranku, gdy wiosło rozcina niewzruszoną taflę wody, posuwając lekko duży ciężar w kierunku rześkiego, dobrego światła.

Pierwszy raz w życiu widziałem dąbrowę. Nie pojedynczy dąb, lecz las starych, kilkusetletnich dębów. Coraz większe i starsze, aż po Niemen. Rozpościerają w nieprzewidywalny sposób czarne, często zwęglone przez pioruny, trzeszczące konary. Zawsze osobne i nietykalne, pomiędzy nimi żadnych chaszczów, a sama wyścielona trawa. Uroczyska z poziomymi dziuplami i wnękami jak oczy prowokują do węszenia czyjejś obecności. Szczególnie w nocy, gdy płonie ognisko. Usłyszałem kroki i przeszył mnie prąd, bo w lesie boję się tylko nieobliczalnych ludzi. Ale to był zdziczały koń, strażnik i duch tej dąbrowy, którego ujrzeliśmy o zachodzie słońca przy brzegu. Pochrapując do świtu, tętnił kopytami wokół namiotów, nie pozwalając niektórym zmrużyć oka. Dźwięk strzelającej w ogniu dębiny niósł się doliną jak huk strzelby. Wyjście z namiotu w środku zimnej nocy za potrzebą zawsze wymaga krzty heroizmu, ale pomaga jej biologia. Przez pierwsze chwile biją w człowieka ostre fale gorąca, ale gdy tylko zakończy tę czynność, ciało ogarnia niemożliwy do powstrzymania dygot i skurcz, który ustaje dopiero po długiej chwili w puchowym śpiworze. Jaki musiał być to widok, skoro w takich okolicznościach zdobyłem się na samą jedynie myśl, by wyjść jeszcze raz? Gwiazdy na nieskażonym sztucznym światłem niebie łączą się tam w pasie Drogi Mlecznej w fizyczną konstelację, powiązane siecią grubych włókien, ukazując Galaktykę oczom nawykłym do rozpryśniętych gwiazdek jako coś niepokojąco fizycznego, niemal namacalny przedmiot.

Jest coś z odczucia bycia odkupionym, gdy czarne rzeki Issy wnoszą nas na środek Niemna poprzecinanego pasami mielizn. W Szczarze, w której łowi się szczupaki jak marzenie, w tym roku prawie nie ma ryb, miejscowi nie pamiętają tak niskiego stanu wody. Paru wędkarzy siedzi jednak z wędkami nad tą wielką rzeką.

Wyobraźnia historyczna w spotkaniu z ruinami polskich pałaców obok żółtych białoruskich chat jest bezradna i nijak nie potrafi wskrzesić tęsknoty za utraconymi Kresami, nawet z polską mapą z 1925 r. w kieszeni

*

W SOBOTĘ WIECZOREM, GDY NA DEPTAK W BRZEŚCIU WYLEGA tłum, kamaz sunie przez jego środek i podlewa kwiaty. Ani razu nie widziałem mundurowego. Oczywiście żadnego śmiecia, nawet w niedzielę w południe jeżdżą wozy z wielkimi szczotami. Do późnych godzin wieczornych nie widziałem nikogo pijanego ani krzyczącego. Ale to często defekt umysłu, który w krajach reżimowych doznaje czegoś w rodzaju wywrócenia jaźni i oszczędność reklam gotów jest przypisać zwykłej beznadziei; schludnie – normalnie, bo po zachodniemu ubranym ludziom, szczęście życia w tak spokojnym kraju albo na odwrót – billboardom z kłosami zboża, dziećmi i napisem „Białoruś” chamskiej propagandzie, jakby w Polsce nie występowały plakaty z cyklu I LOVE POLAND. W Brześciu z odrestaurowanym monumentalnym dworcem, z nowymi rezydencjami mieszkalnymi przy prospekcie z ustawowym porządkiem, z modnymi kawiarniami i zachodnimi markami obok beczek z kwasem chlebowym trwał sobotni wieczór. Rodziny spacerowały wokół pomników, a trzeźwi panowie mieli starannie wpuszczone koszule do spodni. DJ z beznamiętną miną stojący na zewnątrz między stolikami pubu grał cicho muzykę electro.

W Terespolu było znów szaro i smętnie. Przy delikatesach kręcili się menele. Z pofałdowanych pól aż do Kielc wyłaniały się pstrokate budynki w kompletnym bezładzie, w zachodzącym słońcu całe czarne i pokraczne, jakby chyląc się ku ziemi. Prawie w ogóle nie było ludzi. Do tej pustki nie można szybko przywyknąć.

Andrzej Muszyński

autorPołudnia, Miedzy, Cyklonu (Wydawnictwo Czarne) i e-booka Triada (Copernicus Center Press). W listopadzie nakładem Wydawnictwa Literackiego ukaże się jego najnowsza książka prozatorska Podkrzywdzie. Laureat konkursu Nauka a duchowość organizowanego przez Copernicus Center. Mieszka na Jurze

Podczas porannej mszy w Brześciu cerkiew jest wypełniona po brzegifot. Andrzej Muszyński

Białoruś Pobyt tymczasowy

SIARHEJ CHAREUSKI

Uczono nas, nie jak żyć, ale jak przeżyć, a dokładniej – jak urządzić się w dowolnej rzeczywistości, jak się przystosować. Dlatego większość Białorusinów jest gotowa poświęcić zwycięstwo dla osobistego spokoju

fot. Hleb Łabadzienka dla Budzma.by

NIESPODZIEWANA ROSYJSKA INWAZJA na Ukrainę mocno zaskoczyła białoruskie społeczeństwo. Wygląda na to, że nikt na Białorusi nie był gotowy na taki rozwój wypadków. Moskwa za jednym zamachem storpedowała najważniejsze i najsilniejsze w tej przestrzeni, a do tego swoje własne ideologemy o „trójjedności” „narodu ruskiego”, o prawosławnym i wszechsłowiańskim braterstwie. Ukraina trafiła na listę wrogów Rosji obok Ameryki, Gruzji, Mołdawii, krajów bałtyckich i w ogóle całego tzw. Zachodu. Rozsypał się nie tylko cały powojenny porządek w Europie, ale też wszelkie próby stworzenia specjalnej przestrzeni pomiędzy Zachodem a Wschodem. Strefa wpływu Kremla to Wspólnota Niepodległych Państw, jednakże po pakiecie gospodarczych i politycznych sankcji, retorsji oraz spadku cen ropy i gazu przyjaźń z Moskwą, pozbawiona maski „słowiańskiego braterstwa”, stała się w oczach Białorusinów… niepraktyczna i pozbawiona większych perspektyw. Rosyjska agresja na Ukrainę wniosła konkretne korekty do światopoglądu Białorusinów. Z badań przeprowadzonych w ubiegłym roku wynika, że co czwarty z moich współobywateli jest obecnie gotów zbrojnie walczyć z Rosją.

Białoruś nie tylko nie zaczęła przejawiać jakiejkolwiek solidarności z Rosją, ale wręcz przeciwnie, usiłowała zyskać na kryzysie ukraińskim ile się da. Jak wprost powiedział Łukaszenka: „Musimy działać, wykorzystać sytuację i zarobić pieniądze!”. Tak otwarta wypowiedź szefa państwa wywołuje dysonans poznawczy u większości Białorusinów, którzy wciąż wierzą bardziej mediom rosyjskim niż krajowym. Przeciętny Białorusin czuje przecież sympatię do Ukrainy i bardzo się denerwuje, kiedy w obliczu moskiewskiej propagandy prosi się go o prostą i jednoznaczną odpowiedź na pytanie: po czyjej jesteś stronie?

Demonstracyjnie neutralni

z psychologicznego punktu widzenia jest to reakcja całkiem zrozumiała. W każdej epoce transformacji i rozpadu starych instytucji oraz utraty poczucia bezpieczeństwa ludzie instynktownie zwracają się ku temu, co może zagłuszyć uczucie niepewności, dać grunt pod nogami.

A Rosjan bardzo dziwi demonstracyjna białoruska neutralność wobec kryzysu ukraińskiego i oburza szczera chęć Białorusi, żeby zbić interes na kłopotach Rosji. Znają nas tak samo kiepsko jak Ukraińców. To znaczy kompletnie nie rozumieją naszych pragnień.

Białoruś buduje najnowszą tożsamość, kompilując wyłącznie z mitów powojennej epoki radzieckiej. W dodatku, na przekór zdrowemu rozsądkowi, przekonuje się nas, że Litwa i Łotwa to „daleka zagranica”, a Kirgizja i Tadżykistan – „bliska”

Pozostaje zastanowić się, czego właściwie pragną Białorusini.

Co najbardziej odróżnia nas od innych? Moim zdaniem nieprzepracowane traumy, jakich doznawaliśmy od wielu pokoleń. Właśnie trauma jest kluczem do zrozumienia naszych kodów kulturowych, unikalnych cech odziedziczonych po przodkach.

Wychowywali mnie rodzice urodzeni w latach 30.; ich dzieciństwo przypadło na epokę stalinistów i nazistów. Moich rodziców wychowali ich rodzice, świadkowie rewolucji i dwu okupacji, pod którymi przyszło im żyć. Moich dziadków wychowali ich rodzice, ludzie epoki pańszczyzny i powstania styczniowego… Jakie doświadczenie wyniosła z tego wszystkiego moja rodzina? Przede wszystkim umiejętność przeżycia pod dowolną władzą, przystosowania się do każdych warunków, patrzenia w przyszłość z ostrożnym pesymizmem, nieafiszowania swoich poglądów, nieodróżniania się od innych i niewybiegania przed szereg.

Za cara, za Niemców i za stalinistów inaczej nie dało się przeżyć. Dla ostatnich trzech pokoleń moich przodków takie metafizyczne pojęcia jak własna Wiara, własna Ojczyzna czy własna Kultura nie były czymś, dla czego warto się poświęcać. Uczono nas nawet nie, jak żyć, ale jak przeżyć, a dokładniej – jak urządzić się w dowolnej rzeczywistości, jak się przystosować. Dlatego większość Białorusinów jest gotowa poświęcić zwycięstwo dla osobistego spokoju. Tej cechy potrzebowali moi przodkowie, żeby przeżyć!

Dlatego wcale nie dziwi mnie, że według danych Niezależnego Instytutu Badań Społecznych, Gospodarczych i Politycznych (NISEPD) 39,7% Białorusinów wybrała odpowiedź „Spróbowałbym przystosować się do nowej sytuacji” w przypadku okupacji rosyjskiej, a jednocześnie 40% zrobiłoby to samo w razie okupacji przez kraje należące do NATO. Oznacza to, że Białorusini, budując swoją europejską tożsamość, szukają dla niej miejsca. Taki wybór, jeśli bierzemy pod uwagę wydarzenia na Ukrainie, może stać się rzeczywistością. I większość Białorusinów już z góry zakłada kapitulację, bo tak podpowiada im wielopokoleniowe doświadczenie przodków, ich kody kulturowe.

Kody, szyfry, języki

KOD KULTUROWY DYKTUJE ZBIÓR OBRAZÓW, SCALONYCH W ŚWIADOMOŚCI SPOŁECZNEJ z kompleksem stereotypów. To kolektywne nieświadome – nie to, o czym mówimy albo co wyraźnie sobie uświadamiamy, ale to, co na zewnątrz ukryte przed zrozumieniem, ale przejawia się w czynach. Kod kulturowy określa psychologię narodową i pomaga zrozumieć wspólne zachowania, reakcje i stereotypy.

Jakie doświadczenie starsi Białorusini podświadomie, niespiesznie, na przykładzie własnych zachowań przekazywali następnym pokoleniom? Zgodność, oportunizm, gotowość do kolaboracji. To nasze wspólne cechy, naturalna reakcja obronna na otrzymane i dopiero oczekiwane traumy. Należę do zaledwie pierwszego pokolenia Białorusinów, które nie zaznało strachu przed głodem. Ale i moje pokolenie dotknął choćby Czarnobyl z niezagojonym promieniowaniem i raptowny rozpad imperium radzieckiego, który do dzisiaj boli wielu naszych rodaków. Nie zaznaliśmy, jak na razie, narodowych triumfów, ale też nie ponieśliśmy klęsk. Bo wszystko, co wydarzyło się w XX w., podobnie zresztą jak w wiekach wcześniejszych, działo się bez naszej woli. Okupacje, podziały Białorusi, rewolucje i wreszcie – Kuropaty. Również obecną państwowość otrzymaliśmy bez walki. Do dziś większość Białorusinów nie ma jasnej wizji tego, jak powinniśmy urządzić życie już we własnym państwie. Wciąż nie odczuliśmy granic swojej podmiotowości. Białoruś buduje najnowszą tożsamość, kompilując wyłącznie z mitów powojennej epoki radzieckiej. W dodatku, na przekór zdrowemu rozsądkowi, przekonuje się nas, że Litwa i Łotwa to „daleka zagranica”, a Kirgizja i Tadżykistan – „bliska”.

Kod kulturowy określa mentalność narodu. Wszyscy np. doznajemy traumy podczas rozmów o języku. Nie ma znaczenia, czy odnosimy się do niego z pogardą, kategorycznie odrzucając go w nihilistycznym zapale, czy też, na odwrót, z sentymentem albo entuzjazmem neofity – tak czy inaczej, los języka tkwi jak drzazga w naszej świadomości, w kodzie kulturowym. I każdy z nas musiał o tym myśleć! Wielokrotnie odpowiadać na pytania cudzoziemców albo dyskutować przy rodzinnym stole. I wreszcie – wielu Białorusinów ranią pytania o język podczas spisów powszechnych. Przy tym wszyscy unikają odpowiedzi na najważniejsze pytanie: jak wyobrażamy sobie los naszego języka za 25 albo 50 lat? Bo takie domysły również stają się traumatyczne.

Nie tworzymy planów na całe pokolenia, oduczyliśmy się nawet marzyć np. o tym, jak będą żyć nasze wnuki.

Swój jest obcy

NIE WYSTARCZA NAM WŁASNE ZDANIE. Nie szanujemy np. naszej wielkiej kultury artystycznej, bo jak na razie nie doczekaliśmy się uznania dla niej z zewnątrz. A jeśli coś wypadło z pola widzenia obcych, wypada również z białoruskiego. Uznajemy za wybitnych tylko tych rodzimych artystów, których uważają za takich inni, np. Chagalla, Soutine’a, Strzemińskiego, Ruszczyca… Ale i wtedy nie potrafimy twardo postawić pytań: co wygnało ich z Białorusi i jaki los spotkałby ich tutaj? A bez odpowiedzi na te pytania gigantyczny dorobek ojczystych twórców nadal pozostanie poza narodowym kontekstem kulturowym.

Na drodze do prawdziwego, a nie iluzorycznego przepracowania traum, przezwyciężania kompleksu skrzywdzonych, opuszczonych i poranionych musimy dostrzec, skąd w każdym z nas wzięły się te fobie. Dopiero kiedy zrozumiemy ich naturę i krytycznie ocenimy przekazane nam negatywne doświadczenie minionych pokoleń, zdołamy zacząć myśleć pozytywnie. Musimy poczuć się sobą, wysłowić nasze pragnienia. Ważne, żebyśmy byli szczerzy sami ze sobą, oceniając to, co odbywa się obecnie w naszym wspólnym życiu. Jeżeli dziś na warunki życia wpływają trudne wspomnienia, cudze zachowania i tok myślenia, chorobliwe emocje, które zostały nam w spadku po przeszłości, to bardzo istotne, żeby uczciwie zaznaczyć ich obecność i szukać sposobów, żeby się ich pozbyć.

Na pewno pomysł zbudowania rosyjsko-chińskiej elektrowni atomowej na Białorusi, gdzie wciąż jeszcze nie zagoiły się czarnobylskie rany, to gwałt na naszej świadomości, kolejna trauma psychologiczna. Naciski i propagowanie energetyki jądrowej to nie tylko kpina z uczuć milionów ludzi, ale też absolutnie amoralne wizjonerstwo. Na ludzi ewakuowanych z powodu promieniowania z rodzinnych okolic, na tych, którzy wiedzą, co to nowotwory, nie działają pocieszające bajki o legendarnych bohaterach średniowiecza ani iluzoryczne widoki na rozkwit chińskiego „zaplecza technologicznego”.

Uznajemy za wybitnych tylko tych rodzimych artystów, których uważają za takich inni, np. Chagalla, Soutine’a, Strzemińskiego, Ruszczyca… Ale i wtedy nie potrafimy twardo postawić pytań: co wygnało ich z Białorusi i jaki los spotkałby ich tutaj?

Odkrywając, w jaki sposób wpłynęły na nas traumy, zrozumiemy, że wyzwolenie się z nich to proces indywidualny, obejmujący całe nasze życie. A to oznacza, że nie może się on sprowadzać wyłącznie do wyboru kulturowego, adaptacji społecznej ani normalizacji politycznej. Chcesz być taki czy inny – po prostu odpowiedz samemu sobie na bolesne pytania. I wyciągaj wnioski…

Białorusin, czyli kto?

ROZWAŻAJĄC LATAMI PROBLEMY BIAŁORUSKIEJ TOŻSAMOŚCI I SPECYFIKĘ MENTALNOŚCI, gotów jestem stwierdzić, że najbardziej charakterystyczna cecha większości Białorusinów to merkantylność ludzi na cudzym utrzymaniu. Pomyślałem o tym, kiedy podsłuchałem w trolejbusie, jak pasażerowie oburzają się na niezadowolenie emigrantów w Europie. Zdaniem niektórych Białorusinów tamtejsi emigranci to same lenie i obiboki, pasożytujące na Europejczykach, do których oczywiście Białorusini również jednoznacznie zaliczają sami siebie. Przy czym oczekują od państwa, którego nie zamierzali stwarzać i w przyszłość którego nie wierzą, wszelkich możliwych dobrodziejstw – pełnego zabezpieczenia dla dzieci i rodziców, a dla samych siebie nieustannie rosnącego dobrobytu w zamian za brak udziału w życiu politycznym i kulturalnym… Jednocześnie Białorusini nie zamierzają opłacać działań inteligencji twórczej ani duszpasterzy, pracy tych, którzy przekształcają otaczające ich środowisko, nadając mu jakikolwiek sens. Cecha bynajmniej nie nowa, wręcz znana od wieków. „I Litwin, i Łotysz starają się według możności wynagrodzić pracę swego kapłana – Białorusin o tym nigdy nie pomyśli. On zawsze chce i stara się wszystko mieć darmo. I dlatego »Bóg zapłać« często jest tu jedynem wynagrodzeniem kapłana za jego pracę. Czy to nędza, czy brak ziemi uczynił Białorusina takim, czy też wprost brak chęci coś na kościół ofiarować, trudno powiedzieć, ale fakt istnieje…” (Jozafat Żyskar, Nasze kościoły, Warszawa–Petersburg 1912). Dzisiaj nie chodzi już o życie religijne, w którym bierze udział – z powodu wspomnianej merkantylności – absolutna mniejszość Białorusinów, ale o całą obywatelską i niematerialną sferę życia… Większość Białorusinów unika jakiejkolwiek odpowiedzialności, za cokolwiek – za kwiatki pod swoim blokiem, za swoje miasto, za swoją kulturę narodową, za swoich emerytów, za środowisko naturalne, wreszcie za swój własny los… Jak władza powie – tak niech będzie. Przy tym Białorusin będzie żarliwie, uparcie żądał dla siebie choćby niewielkiej, ale obowiązkowej, gwarantowanej właśnie materialnej, właśnie nagrody, właśnie za to! Kiedy „ludzi na cudzym utrzymaniu” oburzają emigranci w Europie, to nic innego, jak tylko wściekła zawiść wobec tych emigrantów, którzy – zdaniem trolejbusowych „polityków” – konsumują znacznie więcej od nich, Białorusinów –„Europejczyków”, i przy tym nie ponoszą odpowiedzialności za los kraju zamieszkania…

Ani jedno państwo na świecie nie radzi sobie z wyzwaniami współczesności: z międzynarodowymi kartelami, nielegalną migracją, przestępczością międzynarodową czy choćby nawet zapewnieniem sobie bezpieczeństwa własnymi siłami. Państwo musi delegować wiele swoich pełnomocnictw na organizacje międzynarodowe, żeby zachować przynajmniej część władzy. Białoruś nie należy dziś nawet do Światowej Organizacji Handlu (WTO), nie mówiąc o NATO czy Unii Europejskiej. Ale zrządzeniem losu, przez kryzys Rosji oraz spadek cen ropy i gazu, Białorusini zmuszeni są dokonać wyboru, jak zwykle merkantylnego i cynicznego. Za 100 lat, w epoce Internetu i powszechnej wzajemnej zależności, przyjdzie nam przeformułować stare wyobrażenia o społeczeństwie i państwie. Próba nakreślenia przyszłości Białorusi według przestarzałych szablonów niemieckiej produkcji z początku ubiegłego wieku doprowadzi nas nie do przyszłości, ale do ostatecznej utraty podmiotowości, kiedy to o naszym losie będzie decydował każdy, tylko nie my sami. To, co dziś irytuje lub nie podoba się w nas naszym bliskim zachodnim sąsiadom, nie świadczy o naszym spowodowanym przez władze Rosji i komunistów zapóźnieniu, lecz właśnie o braku podmiotowości, wizji siebie nie w historii, ale w przyszłości.

W miastach Białorusi wychowały się już trzy powojenne pokolenia. Jednak większość ludzi wciąż jeszcze żyje jak na wojnie, w wiecznej prowizorce. Ilu z nas jest zadowolonych ze swoich mieszkań? Ilu mieszka w takich domach, w jakich chciałoby mieszkać? Najpierw dawano nam miejsca w internatach, później mieszkania w blokach, których nikt nie starał się sensownie zagospodarować, bo od początku było to lokum „tylko na jakiś czas”. Później setki tysięcy ludzi przeprowadziły się do betonowych sypialni na peryferiach, też myśląc, że to przecież nie na zawsze. Następnie rodziny pączkowały, przeprowadzały się, zamieniały i tasowały jak karty swoje „metry kwadratowe” w tymczasowym, zastępczym, „nie na zawsze” mieście. W ten sposób nasze życie w tym mieście stało się nieugruntowane, tymczasowe, chybotliwe i niezobowiązujące. Zmienił się doszczętnie krajobraz, zamiast jednych budynków pojawiły się inne, zamiast starych ulic – nowe, zamiast sadzonych przez dziadów drzew zieje pustka. A właściwy, stabilny czas i godne życie jakoś nie nadchodzą. I setki tysięcy rodzin wciąż jeszcze marzą o swoim kącie, o lepszym domu, o tym, jak kiedyś wreszcie zaczną żyć. W nadziei, że to wszystko tylko na chwilę, nie zauważyliśmy, że żyjemy tak już 70 lat. I tak samo czekamy, co będzie z naszym krajem, kiedy wreszcie stanie się taki, jakim chcielibyśmy go widzieć. A to może zdarzyć się bardzo szybko, bo Białoruski Dom został już niemal dokończony – mamy przede wszystkim własne interesy i jesteśmy gotowi na różne geszefty. Epoka anachronicznych konserwatywnych ideologii minęła szybciej, niż ktokolwiek myślał. Dzisiaj tolerancyjna i liberalna w marzeniach młodego pokolenia obywateli Białoruś mocno kontrastuje z Rosją. Rosją, gdzie pali się najlepsze europejskie produkty w krematoriach i gdzie popi święcą broń balistyczną.

Tak, my, Białorusini, nie poznaliśmy jeszcze smaku zwycięstw. Ale nie doświadczyliśmy też goryczy narodowych klęsk. I dopiero dobudowujemy nasz tymczasowy kraj.

Tłumaczyła Małgorzata Buchalik

Siarhej Chareuski

Białoruski artysta, literat, historyk sztuki, kulturoznawca, wykładowca Europejskiego Uniwersytetu Humanistycznego w Wilnie, członek rady projektu „pARTisan”, autor i ilustrator wielu publikacji książkowych