Wydawca: Marginesy Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2016

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 393 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Miejsce na ziemi - Umi Sinha

Pełna emocji i imponująca rozmachem opowieść o miłości i stracie, tożsamości i przynależności.

Dwunastoletnia Lila Langdon jest świadkiem rodzinnej tragedii - przy zaproszonych na wystawną kolację gościach jej matka wręcza ojcu prezent: ręcznie tkany, misternie wykonany obrus. Dziewczynka nie widzi, co dokładnie się na nim znajduje, ale efekt jest porażający – goście uciekają w popłochu, a ojciec udaje się do swojego gabinetu, gdzie popełnia samobójstwo. Ta tragedia kładzie kres jej dzieciństwu w Indiach i prowadzi do nowego życia w Sussex u boku ciotecznej babki Wilhelminy. Tu postanawia rozwikłać rodzinną zagadkę, którą będzie musiała poskładać z listów pisanych przez swoją babkę mieszkającą w Indiach, a także dzienników swojego ojca. Wraz z nią zanurzamy się w mrocznych rodzinnych sekretach, ostatecznie splatającej się w całość historii o miłości, namiętności, konfliktach klasowych i rasowych, a także poszukiwaniu swojego miejsca na Ziemi.

Od najmroczniejszych dni brytyjskiego panowania w Indiach po następstwa Pierwszej Wojny Światowej, Miejsce na ziemi opowiada o misternie splecionych losach trzech pokoleń i ich walce o wyzwolenie się spod ciężaru historii naznaczonej kolonialną przemocą. To dojrzała, wyważona i rozwijająca się w niepowstrzymany sposób powieść o przyjaźni, wyobcowaniu, zdradzie, stracie, samopoznaniu i niespełnionej miłości. Opowiada także o tajemnicach – przemilczanych i niezwykłych historiach, które kształtują ludzkie czyny i relacje.

Umi Sinha przyszła na świat i wychowała się w Indiach. Uzyskała tytuł magistra z kompozycji literackiej i przez dziesięć lat wykładała na University of Sussex. Prowadzi zajęcia z pisania, doradza literatom oraz jest współprzewodniczącą klubu narracji artystycznej działającego w Sussex.

Opinie o ebooku Miejsce na ziemi - Umi Sinha

Fragment ebooka Miejsce na ziemi - Umi Sinha

Tytuł oryginału BELONGING
Przekład ROBERT WALIŚ
Redaktor prowadzący MONIKA MIELKE
Konsultacja MONIKA NOWAKOWSKA
Redakcja MAŁGORZATA MARUSZKIN
Korekta KRYSTIAN GAIK, JADWIGA PILLER
Projekt okładki ANNA MORRISON
Adaptacja projektu okładki ANNA POL
Opracowanie typograficzne, łamanie Avanti / PIOTR TRZEBIECKI
Belonging Copyright © Umi Sinha 2015 Copyright © for the translation by Robert Waliś Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2016
Warszawa 2016 Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-65282-63-7
Wydawnictwo Marginesy ul. Forteczna 1a, 01-540 Warszawa tel. 48 22 839 91 27 e-mail:redakcja@marginesy.com.pl
Konwersja:eLitera s.c.

Pamięci

CLAIRE H. SANSOM

deszyfrantki z brytyjskiegoKierownictwa Operacji Specjalnych

i jednej z tych nauczycielek,których nigdy się nie zapomina.

To ona pomogła mi uwierzyć, że potrafię pisać.

A także dla ANN CHALK,

ponieważ obiecałam.

To ciekawe, że gdy Hindusi opowiadają o stworzeniu wszechświata, nie nazywają go dziełem Boga, tylko zabawą Boga, Wisznu lila, gdzielila oznacza zabawę. Postrzegają wszelkie przejawy istnienia wszechświatów jako zabawę, sport, rodzaj tańca...

ALAN WATTS, ZEN AND THE BEAT WAY

Przeszłość nigdy nie umiera. Minione dni tak naprawdę nie przemijają.

WILLIAM FAULKNER

Lila

Peszawar, Indie, 14 lipca 1907

Dziewczynka wspinała się po półkach almari, stawiając bose stopy pomiędzy belami haftowanych płócien. Na szczycie szafy przyklękła, nachyliła się i zamknęła ciężkie, rzeźbione drzwi, a następnie podciągnęła się na szeroką półkę, która biegła powyżej, wzdłuż tylnego korytarza bungalowu. Na półce składowano stare bagaże i zalegała tam warstwa kurzu. Dziewczynka z żalem popatrzyła na brudne ślady na nocnej koszuli. Jej aja się zdenerwuje, ale było za późno, żeby się tym przejmować.

Nad półką było wystarczająco dużo miejsca, aby mogła stanąć. Balansując jak linoskoczek, przeciskała się między torbami i walizkami, aż dotarła do półkolistego okienka nad drzwiami jadalni. Szyby były upstrzone przez muchy i zasnute pajęczynami. Uklękła i odgarnęła pajęcze sieci, a następnie wytarła lepką rękę o leżącą obok torbę podróżną. Potem pośliniła palec i zrobiła kółko na szybie. Teraz mogła patrzeć.

Przed nią nieruchomo wisiały falbanki pankhy; pankhawala zapewne wciąż był na przedniej werandzie i wachlował gości w salonie. Spojrzała niżej, na stół. Srebra, które o tej porze roku szybko traciły połysk, były świeżo wypolerowane, a rżnięte szkło połyskiwało w blasku świec. Popatrzyła na obrus, ale jego wymyślne hafty kryły się pod ciężkimi szklanymi i srebrnymi naczyniami; dostrzegała tylko bliższą krawędź wzoru, gdzie powtarzał się motyw Drzewa Życia z kwiatami i owocami w jaskrawych barwach. Jej matka pracowała nad nim przez wiele miesięcy, zamknięta w swoim pokoju. To był prezent niespodzianka na urodziny ojca – matka własnoręcznie nakryła do stołu, żeby nawet służący nie zobaczyli obrusa.

Deszcz grzechotał o blaszany dach, a wilgoć otulała ją jak koc. Wiedziała, że nie powinna tutaj być, ale pragnęła zobaczyć twarz ojca, gdy obrus ukaże się w pełnej krasie. Planowała to przez cały dzień i wymknęła się, gdy tylko skończył jej czytać, podczas gdy aja pomagała matce się ubrać.

Miała nadzieję, że zaraz przyjdą. Niewygodnie było klęczeć na półce. Drobinki brudu wbijały się jej w kolana i musiała ścisnąć palcami nos, żeby nie kichnąć. Zmieniła pozycję, żeby dać wytchnienie nogom, a wtedy stopa ześlizgnęła się z półki.

– Oho! Co tam robisz, mała? Znowu coś knujesz?

Podskoczyła, kiedy zabrzmiał donośny głos Afzala Khana. Mężczyzna sięgnął do góry, chwycił ją za stopę i przyciągnął do krawędzi.

– Ciii – szepnęła, usiłując się wyrwać. – Puść mnie!

– Zejdź, panienko. Memsahib się rozgniewa, jeśli cię tutaj zobaczy. Poza tym ubrudzisz się.

– Ciii! – powtórzyła. – Chcę zobaczyć obrus!

– Gdzie jest aja?

– U matki w pokoju. Myśli, że leżę w łóżku. Proszę, nie wołaj jej.

Roześmiał się.

– Nie rób takich wielkich oczu! Kto by uwierzył, że masz dwanaście lat? Moja córka jest w tym samym wieku i niedługo się zaręczy. A teraz bądź cicho. Zaraz otworzę drzwi. Wyglądam elegancko?

Obróciła się i obrzuciła go badawczym spojrzeniem. Miał na sobie białą wykrochmaloną tunikę z wypolerowanymi mosiężnymi guzikami, szafranowy turban i szarfę.

– Przekrzywił ci się turban. – Wyciągnęła rękę w dół i poprawiła. – Teraz wyglądasz bardzo przystojnie.

Roześmiał się i połaskotał ją w stopę, a ona odskoczyła, tłumiąc chichot.

– Przestań!

Głęboko odetchnął, wyprostował się i pchnął drzwi, wchodząc do jadalni. Sztywny plisowany wachlarz na jego turbanie załopotał, kiedy przemierzał pomieszczenie, żeby otworzyć drzwi prowadzące do salonu. Skłonił się.

– Podano kolację, memsahib – oznajmił, a następnie zawrócił i opuścił jadalnię przez drzwi, nad którymi ukryła się dziewczynka, i zamknął je za sobą.

Pochyliła się i złapała za wachlarz na jego turbanie. Błyskawicznie go przytrzymał i poprawił na głowie, a następnie obrócił się i pogroził palcem.

– Bądź grzeczna albo zawołam aję.

– Zostawisz mi trochę tortu?

– Nie, jeśli będziesz się zachowywała jak dźangli – wspinała jak małpka i szpiegowała ludzi!

– Oj, proszę, Afzalu Khanie!

– Więc przestań mnie denerwować. Mam dużo pracy. – Podszedł do drzwi prowadzących na zewnątrz i kazał służącemu szykować się do wniesienia potraw.

Dziewczynka ponownie odwróciła się w stronę okienka. Pankhawala zapewne już wyszedł z salonu, ponieważ falbany pankhy poruszały się, wprawiając w drżenie płomienie świec osadzonych w srebrnych kandelabrach, przez co skaczące tygrysy oraz stające na tylnych nogach słonie zdobiące ich podstawy poruszały się w migotliwym świetle, a otwarte usta poganiaczy dosiadających słoni zdawały się drżeć z przerażenia.

Otworzyły się drzwi salonu i do środka wszedł ojciec, prowadząc pod rękę ciężarną damę. Sprawiał wrażenie zmęczonego i zafrasowanego, co dało się zauważyć już od kilku dni. Kiedy zbliżył się do stołu, podniósł wzrok i dziewczynka przez chwilę sądziła, że ją dostrzegł, ale zaraz odsunął krzesło damie, a następnie zajął swoje zwyczajowe miejsce, dokładnie naprzeciwko jej punktu widokowego. Potem do jadalni weszła matka, opierając się na ramieniu starszego mężczyzny ze sterczącymi wąsami, idącego wojskowym krokiem. Nosiła zielone jedwabie i szmaragdową broszkę, a kolczyki podkreślały kolor oczu. Za nimi kroczyli kolejni goście. Wujowi Rolandowi towarzyszyła ładna kobieta z blond lokami, ale nigdzie nie było widać wujka Gavina.

Z kuchni płynęła procesja służących z naczyniami, a aromaty mięs i sosów doprawianych szafranem docierały aż do jej kryjówki, sprawiając, że ślinka napłynęła jej do ust. Każdy z gości miał do dyspozycji własnego służącego, który stał za jego plecami, gotów podejść w razie potrzeby. Dziewczynka czekała, pochłonięta obserwowaniem, poddając się spokojnemu nastrojowi cichych rozmów i okazjonalnych śmiechów.

Większość twarzy zwracała się ku jej matce, która siedziała plecami do okienka, tak że dziewczynka widziała tylko jej ożywione gesty oraz loki, kołyszące się, gdy obracała głowę. Ojciec, siedzący naprzeciwko, wydawał się nieobecny; prawie się nie odzywał i niemal nie tknął jedzenia.

Dziewczynka zauważyła, że blondynka uniosła brzeg obrusa, uważnie mu się przyjrzała, a następnie powiedziała coś do wuja Rolanda. Ten opuścił oczy, następnie gwałtownie podniósł wzrok na matkę, a potem na ojca, który najwyraźniej niczego nie zauważył.

Wreszcie kolacja dobiegła końca i Afzal Khan wniósł do jadalni tort. Przystanął, kiedy przechodził pod jej półką, a wtedy pochyliła się i poczuła na twarzy gorąco bijące od zapalonych świeczek. Było to ogromne ciasto bezowe z owocami mango i kremem pomarańczowym, na wierzchu zaś widniał wykonany z czekolady napis „Wszystkiego najlepszego z okazji 50. urodzin, Henry”, nakreślony płynnym pismem matki. Goście zakrzyknęli z zachwytu, kiedy Afzal Khan postawił tort na środku stołu i nalał im szampana, który trzymał na kredensie w wiaderku z lodem, a potem radowali się i śmiali, gdy ojciec trzykrotnie zaczerpnął powietrza, żeby zdmuchnąć świeczki. Jedząc tort, wznosili toasty i dalej rozmawiali. Dziewczynce zdrętwiały nogi i już zaczynała przysypiać, gdy służący wreszcie wzięli się za sprzątanie ze stołu.

Kiedy zniknęły talerze, podkładki i duże, srebrne tace, rozległy się głosy podziwu, a następnie zapadła cisza. Wszyscy wpatrywali się w obrus. Służący, zaskoczeni nagłym milczeniem, zamarli z naczyniami w dłoniach. Przypominało to scenę ze Śpiącej Królewny, gdy wszyscy dworzanie posnęli.

Dziewczynka podniosła się na kolana i przetarła zamazaną szybkę, chcąc zobaczyć coś więcej, ale widziała tylko kłębowisko barw i kształtów. Nagle jadalnię wypełnił hałas i ruch: rozbrzmiewały okrzyki wściekłości i obrzydzenia, a goście zrywali się z miejsc. Krzesła przewracały się na podłogę, ale nikt ich nie podnosił, gdyż wszyscy pośpiesznie kierowali się ku drzwiom do salonu. Dama w różowym stroju wyglądała, jakby miała zemdleć; ciężarna chwyciła serwetkę i w nią wymiotowała; staruszek objął ją ramieniem i spiorunował wzrokiem gospodynię.

Zaniepokojona dziewczynka chciała zejść z półki, lecz pod nią służący tłumnie wybiegali z jadalni, aby okrążyć bungalow i zająć się swoimi panami i paniami. Przed budynkiem Afzal Khan pokrzykiwał na saisów, żeby przyprowadzili powozy.

Kiedy ponownie zajrzała do pomieszczenia, zobaczyła, że stary żołnierz przystanął przy jej ojcu i uścisnął jego ramię, jednak ojciec nawet nie podniósł wzroku. Wbijał spojrzenie w stół przed sobą, a jego twarz była pozbawiona wyrazu, jakby słuchał jakiegoś głosu, który docierał tylko do niego. Wuj Roland stanął w drzwiach i przez chwilę się wahał. W końcu podszedł do stołu, jakby chciał coś powiedzieć, ale tylko znieruchomiał, zapatrzony w obrus. Potem odwrócił się i wyszedł z pomieszczenia, przepychając się obok Afzala Khana, który rozdawał kapelusze, szale i laski wychodzącym gościom. Kiedy odjechała ostatnia osoba, Afzal Khan zamknął podwójne drzwi z drugiej strony. Dziewczynka czekała, aż wróci i opowie, co się stało, ale najwyraźniej o niej zapomniał, ponieważ nikt już się nie pojawił.

Deszcz ustał i zapadła cisza, nie licząc miarowego skrzypienia pankhy. W jadalni zostali tylko oni dwoje. Ojciec wciąż wpatrywał się w obrus, a matka stała przy kredensie. Dopiero gdy ojciec się poruszył, dziewczynka zdała sobie sprawę, że wstrzymywała oddech. Odsunął krzesło od stołu, z trudem dźwignął się na nogi i minął żonę, nawet na nią nie spoglądając.

Kiedy przechodził pod półką, dziewczynka się obróciła. Mogła wyciągnąć rękę i dotknąć czubka jego głowy w miejscu, w którym spod przerzedzających się włosów wyzierała skóra. Jednak szybko ruszył korytarzem w stronę swojego gabinetu.

W pierwszej chwili chciała zeskoczyć i podążyć za nim, ale ciekawość zatrzymała ją na miejscu. Zmieniła pozycję i rozmasowała nogi, wzdychając na skutek bolesnego mrowienia, patrząc, jak matka głaszcze obrus z rozmarzonym wyrazem twarzy i przekrzywioną głową, jakby także nasłuchiwała jakiegoś odległego dźwięku.

Jednak kiedy dźwięk w końcu zabrzmiał, nie rozległ się daleko, tylko bardzo blisko. Był tak głośny, że jeszcze przez pewien czas dziewczynce dzwoniło w uszach.

Rzuciła się w dół z półki, a kiedy dotknęła stopami ziemi, usłyszała krzyk Afzala Khana i szuranie krzesła w jadalni. Nie wiedziała, jak się dostała do gabinetu; zapamiętała tylko dotyk chłodnej, mosiężnej gałki i widok, który ujrzała, gdy stanęła w drzwiach pokoju.

Fontanna czerwieni – czystej, pięknej czerwieni – trysnęła na ścianę za biurkiem i zbryzgała sufit. Dziewczynka poczuła w gardle posmak kordytu i czegoś ostrzejszego, metalicznego. Na półce za biurkiem brązowy posążek Śiwy tańczył w świetle lampy, a jego zacienione ramiona rzucały na ścianę cienie kołyszące się w kręgu płomieni. Wpatrywała się w nie, starając się omijać wzrokiem nieruchomy kształt na biurku. Czuła dziwną wibrację, bezgłośne bębnienie; powietrze drgało w jego rytmie, cienie poruszały się coraz szybciej, ręce boga rozmazywały się. Zadygotała i popatrzyła na delikatną czerwoną mgiełkę, która osiadała na jej obnażonych rękach.

Oślepiona i oszołomiona, odwróciła się w stronę drzwi i zderzyła z kimś, kto właśnie wchodził. Ostre paznokcie zagłębiły się w jej ramionach. Stłumiła okrzyk bólu i podniosła oczy. Matka stała przed nią i wbijała wzrok w ścianę. W łagodnym świetle lampy miała twarz spokojną jak oblicze Madonny na obrazku, który wisiał nad jej łóżkiem. Powiodła wzrokiem za fontanną, w górę, a potem z powrotem na biurko. Dziewczynka czekała, aż wyraz twarzy matki ulegnie zmianie. Kobieta wypuściła powietrze z płuc i zadrżała, jednocześnie zwalniając uchwyt. Potem cofnęła się o krok i szerzej otworzyła oczy. Wtedy dziewczynka zobaczyła, że jej usta wykrzywia uśmiech.

CZĘŚĆPIERWSZA

Lila

Wzgórza Sussex, Anglia, maj 1919

Dziwne, jak całe życie może się zmienić w jednej sekundzie. Upłynęło kilkanaście lat, a mnie wciąż prześladuje tamta chwila, gdy mogłam wyciągnąć rękę i dotknąć głowy przechodzącego pode mną ojca. Gdyby wiedział, że tam jestem albo gdybym wtedy zeskoczyła z półki i podążyła za nim do gabinetu, zamiast zostać, żeby zobaczyć obrus, zapewne nie zrobiłby tego, co zrobił.

Owego wieczora Afzal Khan zaprowadził mnie do domu sąsiadów i tam zostawił. Nigdy wcześniej nie spędziłam nocy z dala od aji, więc płacząc, prosiłam, aby ją do mnie przysłano, ale nie przyszła.

Przebywałam tam kilka dni, zanim postanowiono, że zostanę odesłana do Anglii, gdzie zamieszkam z cioteczną babką Wilhelminą. Miała mnie do niej zawieźć niejaka pani Twomey, która wybierała się do Tilbury ze swoją córką. Afzal Khan i aja przyszli mnie pożegnać. Bez swojego stroju służącego i wykrochmalonego turbanu Afzal Khan sprawiał wrażenie mniejszego i starszego. Szlochał i powtarzał Khuda hafiz, khuda hafiz, prosząc Allaha o opiekę. Aja również wyglądała na starszą; oczy miała zaczerwienione i opuchnięte od płaczu. Ucałowała moje ręce oraz policzki, wzięła w dłonie moją twarz i nazwała swoją słodką dziecinką. Błagałam, żeby pojechała ze mną, ale pokręciła głową. Jeszcze zanim o to poprosiłam, wiedziałam, że nigdy nie zostawi mojej matki, ale kiedy powóz odjeżdżał, obejrzałam się i zobaczyłam, jak zawodzi i posypuje sobie głowę pyłem.

W Karaczi stałam na pokładzie statku obok pani Twomey i Jane, patrząc na tłumy, które przyszły pożegnać bliskich. Hindusi krzyczeli i płakali; Anglicy, wliczając pana Twomeya w hełmie tropikalnym na głowie, machali chustkami. Wstęgi aksamitek i gardenii sięgały od dłoni pasażerów aż do nabrzeża. Kiedy statek odbił od brzegu, Hindusi z pokładu rzucali girlandy na trójkąt wody dzielący ich od doku. Patrzyłam, jak kwiaty podskakują na powierzchni, porwane przez kilwater.

Przez pierwszy tydzień jadłam i spałam jak w transie, przekonana, że wkrótce obudzę się w naszym bungalowie, ojciec zawoła: „Pośpiesz się, marudo! Ram Das czeka z kucykiem”, a ja zrozumiem, że to był tylko koszmar. Dzieliłam kajutę z Jane, siedmioletnią córką pani Twomey. Pewnego dnia otworzyłam oczy i zobaczyłam, że już wstała i bawi się lalką, Jemimą. Kiedy tak leżałam i słuchałam, kajuta wokół mnie nabrała konkretnych kształtów: słońce wpadające przez iluminator kładło wstęgę na boazerii, roświetlając linie i kolory słojów drewna. Słyszałam, jak Jane śpiewa lalce, czułam, że statek sunie i dotarło do mnie, że to prawda. To się rzeczywiście wydarzyło: ojciec odszedł i już nigdy, przenigdy go nie zobaczę. Życie rozpościerało się przede mną jako bezkresny ciąg pustych dni. Wychyliłam się z koi i zwymiotowałam na podłogę.

Kiedy poczułam się wystarczająco dobrze, wyszłam na pokład i stanęłam na dziobie. Na morzu szalał sztorm, wiał silny wiatr, a potężne fale i rozbryzgi piany zalewały pokład. Nie było tam nikogo poza mną. Krzyczałam, aż rozbolały mnie gardło i brzuch, a oczy i nos piekły od łez i wiatru. Kiedy wreszcie przestałam, odkryłam, że straciłam głos, co mnie ucieszyło, ponieważ nie było nikogo, do kogo chciałabym się odezwać, ani niczego, co chciałabym powiedzieć.

Wszyscy na pokładzie wiedzieli o moim ojcu; powiedziała im pani Twomey. Widziałam, jak stała otoczona wianuszkami ludzi i z entuzjazmem rozprawiała tym swoim piskliwym głosem. Dostrzegałam współczucie i zainteresowanie, którymi mnie obdarzali, i nienawidziłam ich wszystkich. Siadali do stołu w wytwornych strojach, pośród luster, żyrandoli, polerowanego drewna i lśniącego mosiądzu; ich usta otwierały się i zamykały, wchodziło do nich jedzenie, a wychodziły słowa oraz kpiący, paskudny śmiech.

Czułam się dobrze tylko na dziobie statku, sama wobec błękitnego morza i nieba, które ciągnęły się aż po horyzont. Ta pustka we mnie wnikała. Stałam tam całymi godzinami, patrząc, jak dziób statku przecina gładką skórę wody i zdziera ją, pozostawiając za nami wzburzoną pianę. Plusk kilwateru sprawiał, że miałam głowę czystą niczym wnętrze skorupki jajka. Pragnęłam, żeby to trwało bez końca.

Pierwszą rzeczą, jaką usłyszałam od ciotecznej babki Wilhelminy, kiedy zeszłam ze statku, były słowa:

– Możesz mi mówić ciociu Mino, a ja będę cię nazywała Lilian. Jeśli chodzi o Indie i przeszłość, to nie będziemy więcej o nich wspominać.

Otworzyłam usta, żeby się przywitać, ale zaraz je zamknęłam, gdy popatrzyłam w jej posępne, brązowe oczy.

W drodze do jej domu spoglądałam przez okno. Była połowa sierpnia i wszystko wyglądało obco: zamglone słońce na bladoszarym niebie, bezbarwni ludzie przemierzający puste ulice, żadnych kolorów ani zapachów. Nawet dźwięki brzmiały metalicznie i nierealnie. Poza tym było zimno – zimniej niż kiedykolwiek, chociaż powiedzieli mi, że jest lato.

Wysokie Wiązy, kanciasty, biały, georgiański dom cioci Miny, stoi w niewielkiej wiosce w Sussex, między wzgórzami South Downs. Za domem teren gwałtownie się wznosi ku szczytowi Devil’s Dyke, skąd podobno można zobaczyć cztery hrabstwa, a w bezchmurny dzień – nawet ciemny garb wyspy Wight. Przed domem, aż po pofałdowane wzgórza North Downs okalające horyzont, rozciąga się zacieniony błękitny Weald pokryty szachownicą pól i lasów, którą konstabl nazwał „najwspanialszym widokiem na świecie”, jednak nie byłam w nastroju, żeby się nią zachwycać.

Dusiłam się w tym ogromnym domu, otoczona grubymi, tłumiącymi dźwięki kotarami i miękkimi dywanami, ciężkimi, ciemnymi meblami i ponurą ciszą. W Indiach zawsze spałam przy otwartym oknie, a głosy służących, ich śmiechy i sprzeczki oraz kuchenne aromaty napływały do mnie razem z ciepłym, nocnym powietrzem. Tutaj miałam pokój na pierwszym piętrze, na końcu długiego korytarza, a reszta piętra pozostawała pusta, nie licząc pokoju cioci Miny na drugim końcu. Moje okno wychodziło na Weald na północy, jednak widok przesłaniały wiązy, którym posiadłość zawdzięczała nazwę. Za dnia stawałam w oknie i słuchałam ciszy, a czasami, jeśli mocno wytężyłam słuch, wychwytywałam odległe wibracje – zawsze takie same, bezdźwięczny głos raz za razem powtarzający te same słowa, których mimo wysiłków nie potrafiłam zrozumieć. Nocami z dołu nie docierały do mnie żadne odgłosy i panowała tak dojmująca cisza, że wyobrażałam sobie, iż wszyscy umarli, a kiedy obudzę się rano, będę sama.

Każdej nocy miałam ten sam sen, który nadal czasami mnie nawiedza. Znów jestem w Peszawarze i w ciemności idę podjazdem w stronę naszego bungalowu. Jest pogrążony w ciszy, a jego bielone wapnem ściany połyskują w blasku księżyca, naznaczone ciemnymi prostokątami okien i otwartych drzwi wejściowych. Wchodzę do środka i przemierzam puste pokoje. Widzę, że zniknęły wszystkie meble, i czuję pod stopami szorstki piach, który wiatr przywiał z pustyni. Okna w moim pokoju są otwarte. Muślinowe zasłony powiewają, a wyraźny słodki aromat rat-ki-rani wpada do pomieszczenia wraz z nocnym powietrzem.

Hindusi wierzą, że kiedy przekraczasz ocean – który nazywają kala pani, czyli czarną wodą – porzucasz swoją kastę, która określa twoje miejsce na ziemi: wskazuje, gdzie przynależysz i, co za tym idzie, kim jesteś. Stajesz się wyrzutkiem. Chociaż nie jestem hinduską, własne doświadczenie podpowiada mi, że to prawda.

Henry

Bairakpur, Bengal, 14 lipca 1868

Dzisiaj poszliśmy do Klubu na lunch, żeby uczcić moje jedenaste urodziny. Byłem zaskoczony, ponieważ ojciec prawie zawsze jest chory w dniu moich urodzin. Kiedy oficerowie tubylcy o niego pytają, Kishan Lal mówi im, że ojciec ma malarię. W zeszłym roku spytałem Kishana Lala, dlaczego tak się dzieje, a on wyjaśnił, że ojciec myśli wtedy o „dawnych latach”, ale nie chciał powiedzieć nic więcej. Stwierdził, że lepiej o tym zapomnieć. Ojciec z pewnością też tak uważa, ponieważ nigdy o tym nie mówi, ale wiem, że moja matka zmarła, kiedy przyszedłem na świat, i dlatego ojciec nienawidzi moich urodzin i nigdy o niej nie wspomina. Ja również nienawidzę tego dnia, ponieważ myślę wtedy o śmierci matki i zastanawiam się, czy to była moja wina, a wtedy w nocy nawiedzają mnie koszmary. No i nikt nie urządza dla mnie przyjęcia, gdyż nie ma tutaj innych angielskich chłopców w moim wieku – wszyscy wyjechali do szkoły w Anglii. Zresztą Mohan i Ali nie przejmują się urodzinami. Nawet nie wiedzą, kiedy sami przyszli na świat.

Mohan i Ali są moimi przyjaciółmi, a ich ojcowie należą do pułku mojego ojca. Czasami pułk rusza na manewry, a ja do niego dołączam. Śpimy w namiotach, a za dnia ojciec każe swoim ludziom maszerować, musztruje ich i ćwiczy z nimi walkę na polu bitwy oraz zasadzki. W tym roku ojciec Mohana zrobił dla nas drewniane karabiny, więc również ćwiczyliśmy czołganie na brzuchu i urządzanie zasadzek. Postanowiliśmy, że jak dorośniemy, zostaniemy żołnierzami, chociaż pan Mukherjee twierdzi, że jestem na to za mądry, ale przecież ojciec jest mądry i jest żołnierzem. Kiedy ćwiczenia nam się nudzą, idziemy na ryby albo na polowanie. Wieczorami oglądamy zapasy, a potem, przy ognisku, sipajowie śpiewają pieśni i snują opowieści. Ojciec nadal potrafi pokonać niemal każdego w zapaśniczym pojedynku, nie licząc dźamadara Dhubraja Rama, który jest potężny i silny, jak Bhima w Mahabharacie. Pan Mukherjee opowiada mi tę historię. Podarował mi ten dziennik i powiedział, że muszę w nim pisać każdego dnia.

Kiedy jedliśmy lunch, podeszła do nas żona pułkownika Hewitta i życzyła mi wszystkiego najlepszego z okazji urodzin, a ojciec zaprosił ją do stołu, chociaż wiem, że jej nie lubi. Popatrzyła na mnie w taki sposób, w jaki patrzy każda memsahib i spytała ojca, czy nie uważa, że skoro mam już jedenaście lat, nadszedł czas, abym pojechał do szkoły w Anglii. Ojciec spytał mnie, co o tym myślę, a ja odpowiedziałem, że chcę zostać. Lubię pana Mukherjee, lubię mieszkać z ojcem i Kishanem Lalem oraz przyjaźnić się z Mohanem i Alim. Wtedy pani Hewitt zaczęła kręcić nosem i zrobiła minę jak wielbłąd – Kishan Lal mówi, że każda mem tak robi, kiedy jest z czegoś niezadowolona – a potem powiedziała, że razem z innymi paniami doszły do wniosku, że moja matka chciałaby, abym zdobył dobre, angielskie wykształcenie.

Sądziłem, że ojciec się zdenerwuje, ale odpowiedział tylko, że dziękuje za troskę, ale jest zadowolony z decyzji, jakie podjął w sprawie mojej edukacji. Dodał, że pan Mukherjee jest jednym z najmądrzejszych ludzi, jakich kiedykolwiek spotkał, i zna sześć języków, a skoro mam mieszkać i pracować w Indiach, to wszystko, czego mogę się od niego nauczyć, przyda mi się znacznie bardziej niż wiedza zdobyta w angielskiej szkole prywatnej. Pani Hewitt poczerwieniała i miałem nadzieję, że sobie pójdzie, ale powiedziała, że dziwi ją, iż ojciec pokłada tak wielkie nadzieje w tubylcu; czy nie wie, że nie można im ufać, zwłaszcza tym najmądrzejszym. Potem nachyliła się i powiedziała cichym głosem: „Pamiętajcie Kanpur!”.

Nie wiedziałem, co miała na myśli, więc popatrzyłem na ojca. Pobladł, a jego blizna zaczęła drgać, jak wtedy, gdy jest wściekły, jednocześnie poruszały się kąciki jego oka i ust. Jednak odpowiedział tylko:

– Podejrzewam, że mam lepszy powód niż pani, aby o tym pamiętać.

Wtedy pani Hewitt się wystraszyła. Wstała i powiedziała:

– Proszę o wybaczenie, pułkowniku Langdon. Nie miałam zamiaru... Tak mi przykro... Zapomniałam... Oczywiście o tym wiem... – Potem popatrzyła na mnie, zamilkła i odeszła.

Spytałem Kishana Lala, co się wydarzyło w Kanpurze, ale tylko pokręcił głową i mruknął coś pod nosem o diabelskim wietrze[1].

21 lipca 1868

Od tygodnia nie pisałem w swoim dzienniku. Kiedy tylko wróciliśmy do domu po moim urodzinowym lunchu, ojciec poszedł do swojego pokoju, a Kishan Lal zaniósł mu tacę z lekami. Następnego dnia ojciec nie wstał z łóżka i Kishan Lal musiał posłać do kwatery informację o jego chorobie. Słyszałem, jak powiedział Allahyarowi, że się tego spodziewał. Ojciec został w swoim pokoju i słyszałem, jak domagał się więcej lekarstw, a kiedy wreszcie wyszedł, miał zaczerwienione oczy i cuchnął whisky. Wiem, że Kishan Lal się martwi, ale mówi tylko, żebym nie przeszkadzał ojcu, zupełnie jakbym tego nie wiedział. W nocy po urodzinach znów miałem ten sen, byłem zamknięty w jakimś ciemnym, gorącym miejscu, w którym nie mogłem oddychać. Obudziłem się z krzykiem, ale ojciec nie przyszedł.

Dzisiaj powiedziałem panu Mukherjee, że zacząłem prowadzić dziennik. Bałem się, że będzie chciał go przeczytać, a nie chcę, żeby zobaczył, co napisałem o ojcu, ani by się dowiedział, że nie piszę codziennie, ale powiedział, że dziennik to rzecz osobista i nie muszę go nikomu pokazywać.

Dzisiaj opowiedział mi więcej o historii zawartej w Mahabharacie. Opowiadała o wielkiej wojnie między spokrewnionymi dynastiami Kaurawów i Pandawów. Kaurawów była setka, a Pandawów zaledwie pięciu i stwierdziłem, że to głupie, ponieważ Kaurawowie musieli zwyciężyć. Jednak pan Mukherjee odrzekł, że Pandawowie byli sprytniejsi od Kaurawów, a poza tym są miliony Hindusów i garstka Brytyjczyków, a jednak jesteśmy w stanie rządzić całym krajem. Spytałem, jak to możliwe, a on odpowiedział, że to przypomina czasy, gdy Rzymianie władali Brytanią. Wtedy Brytania składała się z małych, odrębnych plemiennych królestw, a jej mieszkańcy nie byli zjednoczeni, tymczasem wśród Rzymian panowała dyscyplina, mieli sprawny rząd i administrację oraz budowali drogi, tak jak my budujemy szlaki kolejowe. Powiedział, że pewnego dnia Hindusi zapragną odzyskać swój kraj, a wtedy wszyscy będziemy musieli wrócić do domu, tak samo jak Rzymianie. Odparłem, że Indie są moim domem i nie chcę wracać do Anglii. Pan Mukherjee zauważył, że gdyby wszyscy Anglicy byli takiego zdania, musiałoby dojść do wojny. Odrzekłem, że nigdy nie mógłbym walczyć przeciwko Alemu ani Mohanowi, ale on stwierdził, że tego nigdy nie wiadomo – Pandawowie również tak uważali, a jednak musieli się zmierzyć ze swoimi krewnymi. Spytałem, dlaczego tak się stało, a on opowiedział mi tę historię i odczytał fragment, w którym Ardźuna, który był jednym z pięciu braci z dynastii Pandawów, zobaczył naprzeciwko siebie na polu bitwy swojego nauczyciela, swoich kuzynów oraz ich wuja, dobrego, starego, ślepego króla, który wychował jego i jego braci. Wtedy Ardźuna zaczął płakać i spytał woźnicę swojego rydwanu, którym naprawdę był bóg Kryszna w przebraniu, jak może walczyć i zabijać swoich krewnych i nauczyciela, któremu tak wiele zawdzięcza. A Kryszna odpowiedział:

Bolejesz nad tymi, nad którymi boleć nie należy,

i przemawiasz tylko językiem mądrości.

Światli mężowie nie boleją jednak

ani nad tymi, co żyją, ani tymi, co umarli.

Bo nigdy nie było tak,

bym nie istniał ja, ty, czy ci oto królowie.

I nigdy nie będzie tak w przyszłości,

aby nie było któregokolwiek z nas. [...]

Jeśli ktoś sądzi o nim, że zabija,

a ktoś inny uważa, że może zostać zabity,

to żaden z nich nie zna prawdy,

albowiem on nie zadaje, ani nie podlega śmierci. [...]

Ten, kto przybiera postać cielesną,

w żadnym ciele nie podlega zniszczeniu, Bharato.

Dlatego nie powinieneś boleć

nad żadnym ze stworzeń.

Bacz na swój obowiązek

i nie wahaj się!

Bo dla rycerza nie ma wyższego dobra

nad walkę, zgodną z jego obowiązkiem. [...]

Jeśli zginiesz – zasłużysz na niebo,

jeśli zwyciężysz – zakosztujesz ziemskiego dobra.

Powstań więc, Ardźuno,

i przystąp do walki![2]

Wczoraj wieczorem wyrecytowałem ten fragment ojcu, kiedy wrócił z kwatery. Chciałem go spytać, czy kiedykolwiek musiał zabijać ludzi, których lubił, i czy właśnie dlatego bywa taki smutny, a może chodzi tylko o matkę, ale nie odważyłem się.

13 września 1868

Przez ostatnie dwa miesiące prawie codziennie mocno padało, więc nie miałem nic do roboty poza nauką oraz czytaniem i nie miałem o czym pisać. Pan Mukherjee kazał mi sporządzić streszczenia wszystkich powieści Scotta, które czytałem, co zajęło mi całe wieki, ponieważ przeczytałem niemal wszystkie, dlatego nie chciało mi się dodatkowo pisać dziennika. Najbardziej mi się podoba Ivanhoe, ponieważ lubię opisy walk, ale na miejscu Wilfreda z Ivanhoe ożeniłbym się z Rebeką, a nie lady Roweną. Wydaje się, że Wilfred też ją woli, jednak nie może się z nią ożenić, ponieważ jest żydówką, jak pan Mukherjee mi wyjaśnił, ale kiedy dopytywałem, stwierdził, że jestem za młody, żeby to zrozumieć. Teraz czytamy Wielkie nadzieje, też mi się podoba, chociaż w ogóle nie lubię Estelli, bo jest tak okrutna dla Pipa.

15 września 1868

Wczoraj wydarzyło się coś osobliwego. Ojciec wezwał mnie do gabinetu. Zazwyczaj tam nie wchodzę, ponieważ ojciec nie lubi, kiedy mu się przeszkadza, więc wiedziałem, że to musi być ważna sprawa. Podoba mi się tam; jest ciemno, chłodno i czuć zapach skóry. Stoją liczne regały z książkami, a także brązowe i marmurowe posążki hinduskich bóstw. Moim ulubieńcem jest Śiwa, który tańczy w ognistym kręgu.

Pan Mukherjee mówi, że Śiwa tańcem stworzył świat. Przedtem nie było niczego, ale kiedy zatańczył, jego energia wprawiła wszystko w ruch, zaczął się czas i powstała materia. To ruch sprawia, że wszystko wydaje się konkretne, chociaż wcale takie nie jest. To iluzja, czyli coś, co tylko wygląda na prawdziwe. W sanskrycie określa się to słowem „lila”, co oznacza „grę” bądź „zabawę”. To także imię dziewczęce. Śiwa jest Stworzycielem, ale zarazem Niszczycielem, a kiedy otworzy trzecie oko, iluzja się rozwieje i nastąpi koniec świata. Według pana Mukherjee Hindusi wierzą, że obecnie żyjemy w ostatniej epoce – Kalijudze – podczas której świat ulegnie zniszczeniu i wszystko zostanie spalone na popiół.

Zapytałem o to ojca, ale nie słuchał. Poinformował mnie, że myślał o słowach pani Hewitt oraz innych pań: dorastam i najwyższy czas, abym poznał angielskich krewnych, chociaż jest to tylko ciotka Wilhelmina. Powiedział, że jej ojciec umarł i została zupełnie sama. Napisał do niej z pytaniem, czy chciałaby przyjechać i z nami zamieszkać.

Spytałem go, czy ciotka Wilhelmina jest jego siostrą, a on popatrzył na mnie tak, jakbym był głupi, i odparł: – Mina jest siostrą twojej matki. Siostrą bliźniaczką. Chyba o tym wiedziałeś? – Byłem tak zaskoczony, gdy wspomniał o mojej matce, że nie wiedziałem, co odpowiedzieć, mimo że chciałem dowiedzieć się mnóstwa rzeczy. Ojciec zapewnił, że ciotka Mina jest rozsądną kobietą, która nauczy mnie dobrych manier oraz powie, jak należy się ubierać i zachowywać w towarzystwie, czego on, jako prosty żołnierz, nie jest w stanie mi przekazać. Pomyślałem, że ciotka pewnie jest podobna do typowej memsahib, ale potem przypomniałem sobie, że przecież to siostra bliźniaczka mojej matki.

Bałem się, że ojciec wpadnie w złość, ale bardzo chciałem wiedzieć, więc spytałem, czy ciotka wygląda tak jak moja matka, ale odrzekł tylko, że nie widział jej od wielu lat. Wciąż nie sprawiał wrażenia rozgniewanego, więc spytałem go, jak moja matka miała na imię. Był wyraźnie zaszokowany.

– No przecież wiesz! Miała na imię Cecily.

Chciałem powiedzieć: „Skąd miałem wiedzieć, skoro nigdy mi nie powiedziałeś?”, ale wtedy jego blizna zadrżała i zabrakło mi odwagi.

Wczoraj przed snem myślałem o swojej matce. Wcześniej nie mogłem tego robić, ponieważ niczego o niej nie wiedziałem, ale teraz potrafię ją sobie wyobrazić. Kishan Lal mówi, że ojciec w młodości był jasnowłosy, poza tym ma bardzo niebieskie oczy. Moje włosy oraz oczy są ciemne. Zatem matka musiała być brunetką, jak Rebeka z Ivanhoe, i jak ja. Jestem taki jak ona – jak moja matka. Cecily to ładne imię. Ciekawe, czy przeze mnie zmarła i czy ojciec mnie obwinia. Pozostał mi po niej tylko przedziurawiony kamyk na sznurku, który noszę na szyi. Kishan Lal kiedyś powiedział mi, że ten kamyk należał do niej i był czymś w rodzaju czarodziejskiego amuletu. Zapewnił mnie, że dzięki niemu nic złego mnie nie spotkało i że Bóg chciał, abym przeżył. Spytałem, co ma na myśli, ale nie chciał powiedzieć.

Cecily

SS „Candia”, 16 września 1855

Najdroższa Mino!

Minęło zaledwie kilka dni, a już tęsknię za Tobą bardziej, niż jestem to w stanie wyrazić. Dopiero kiedy statek odbił od nabrzeża i zobaczyłam, jak rośnie odległość między nami, zdałam sobie sprawę, co uczyniłam. Zapomniałam, że nigdy nie spędziłyśmy osobno nawet jednej nocy. Czuję, jakby ktoś przeciął mnie na pół i jakbym zostawiła za sobą najmądrzejszą, najbystrzejszą i najlepszą cząstkę siebie! Wiem, że Ty i mama uważacie, iż jestem zbyt młoda, aby wyjść za mąż za mężczyznę o tyle starszego od siebie i wyruszyć w tak daleką podróż, ale w całym tym zamieszaniu z kupowaniem wyprawy panny młodej i planowaniem podróży nie miałam czasu zastanowić się nad przyszłością. Czuję się dziwnie, gdy myślę o swoim małżeństwie z Arthurem – nawet pisząc o nim po imieniu, a nie „Panie majorze Langdon”, czuję się osobliwie! – i nie wyobrażam sobie, że moglibyśmy czuć się w swoim towarzystwie tak swobodnie jak James i Louisa. Oczywiście ich dzieli mniejsza różnica wieku, podczas gdy ja czuję się jak dziecko, gdy jestem z Arthurem. Wiem, że byli zaskoczeni, gdy poznali mnie w Southampton i dowiedzieli się, że mam zaledwie dziewiętnaście lat.

Kiedy zdradziłam Jamesowi, że podziwiam Arthura, przyznał, że sam zawsze widział w nim kogoś w rodzaju boga, ponieważ Arthur był o dziesięć lat starszy i wydawał się bez porównania mądrzejszy. Potem, kiedy James był jeszcze chłopcem, Arthur wyjechał do Indii, więc nie widzieli się przez wiele lat. Powiedziałam Jamesowi, że niepokoi mnie perspektywa małżeństwa z bogiem. Mam nadzieję, że Arthur jest obdarzony większą cierpliwością niż greccy bogowie, których znamy z podręczników, w przeciwnym razie wkrótce będziesz korespondowała z drzewem lipy! Im więcej się o nim dowiaduję, tym bardziej obawiam się naszego ponownego spotkania.

Kochana Mino, tak bardzo tęsknię za domem! Pierwsze dwie noce na statku spędziłam, leżąc na swojej koi i płacząc z samotności, ale trzeciego dnia (jako że nie było tutaj Ciebie, abyś mogła to zrobić) w ostrych słowach sama udzieliłam sobie reprymendy, a kiedy już się otrząsnęłam (i przestałam dąsać), postanowiłam przydać się na coś biednej Louisie. Jej stan zdrowia czyni ją podatną na mal de mer, a Luxmibai, aja jej dzieci, również cierpi, zatem stałam się nie tylko pielęgniarką, ale także towarzyszką Freddiego i Sophie podczas zabawy w piratów. Zrobiłam dla Freddiego przepaskę na oko, dzięki czemu może udawać admirała Nelsona – mnie także angażuje w tę fantazję – chociaż twierdzi, że wolałby być księciem Wellingtonem, gdyż kiedy dorośnie, zamierza zostać żołnierzem, tak jak jego wuj Arthur. Mała Sophie z kolei to prawdziwa dama, mimo że ma dopiero trzy latka. Jest taka delikatna i słodka, a zarazem pełna godności. Bardzo przypomina Louisę. Kiedy któryś z panów drażni się z nią, patrzy na niego tak poważnym wzrokiem, że wprawia go w zakłopotanie. Freddie uznaje niespokojny ocean za cudownie emocjonujący, a ja podzielam jego entuzjazm, więc wspólnie dokazujemy na pokładzie, bawiąc się w chowanego i podziwiając potężne fale bijące o burtę, podczas gdy Sophie siedzi i nas obserwuje.

Wszyscy są bardzo serdeczni, a James bardzo o mnie dba. Na statku obowiązuje ściśle określona hierarchia ważności, do której, jak twierdzi Louisa, muszę przywyknąć. Według niej w Indiach wejście do pomieszczenia przed kimś, kto przewyższa nas pozycją, może stanowić śmiertelną obrazę! Dlatego, jako niezamężna dama zaręczona ze zwykłym majorem indyjskiej armii, powinnam siedzieć przy niższym stole. Jednakże, jako że jestem zarazem przyszłą szwagierką poborcy podatkowego i urzędnika administracyjnego, zostałam posadzona u boku Jamesa przy stole „Narodzonych w Niebie”.

Mino, nawet sobie nie wyobrażasz, jakie to niepokojące, znaleźć się pośród tych majestatycznych postaci. Spierają się i przekomarzają o to, jak należy rządzić Indiami i obchodzić się z miejscową ludnością, podobnie jak greccy bogowie, którzy kłócili się o figle, jakie zamierzali płatać biednym śmiertelnikom. Przy stole rozmawia się wyłącznie o polityce. Czuję się wtedy niemądra i jest mi bardzo głupio, ale wszyscy tutaj są prawdziwymi dżentelmenami, więc, kiedy zdali sobie sprawę ze skali mojej niewiedzy, postanowili mnie wyedukować. Dlatego podczas każdego posiłku uginam się pod ciężarem takich słów jak „aneksja” czy „abdykacja” (wciąż jestem przy literze A!). Okazuje się, że Lord Dalhousie dokonuje aneksji lokalnych królestw niczym guwernantka zabierająca słodycze niegrzecznym chłopcom, co rodzi obawy przed buntem tubylców. Niektórzy ze Szlachetnych Mężów, na przykład pan Weston, twierdzą, że tubylcy powinni preferować nasze rządy, gdyż jesteśmy sprawiedliwi i bezstronni. Inni, na przykład James, uważają, że tubylcy niekoniecznie doceniają to, co jest dla nich dobre, i woleliby podlegać władzy własnych królów, nawet skorumpowanych i rozwiązłych. Na szczęście kiedy zaczynam tonąć, James odwraca uwagę rozmówców, wspominając o „coraz silniejszych niepokojach pośród zamindarów” albo innym równie egzotycznym temacie (dotarł już do Z).

Kiedy po wieczorze wypełnionym takimi rozmowami kładę się do łóżka, kręci mi się w głowie. Bardzo się martwię, że gdy Arthur ponownie mnie spotka, zda sobie sprawę z tego, jaka jestem głupiutka, i pożałuje oświadczyn.

Z pewnością zastanawiasz się, dlaczego nie rozmawiam z kobietami, jednak one są jeszcze bardziej niepokojące od swoich mężów. Podczas posiłków wiele czasu poświęcam na unikanie badawczych spojrzeń pani Weston. Jest żoną sędziego, a jej oczy w niezwykły sposób przypominają ślepia gotowanego szczupaka, którego zwykliśmy jadać w piątki. Życie memsahib wydaje się takie nudne! One rozmawiają tylko o służących – ich lenistwie, nieuczciwości oraz głupocie – i wciąż przestrzegają mnie przed rozwodnionym mlekiem, sfałszowanymi rachunkami oraz krawcami, którzy szyją zbyt małe ubrania, żeby ukraść resztę materiału. O nikim nie powiedzą dobrego słowa. Jedna z nich narzeka, że gdy jej khansama miał przyrządzić na kolację potrawkę z zająca, podał zwierzaka z futrem, opaliwszy jedynie jego uszy! Inna opowiada o tym, że jej „boy” poinformował ją w obecności wszystkich gości, że kucharz przypalił pudding, jednak gdy jej mąż usiłował dać mu po uszach za tę impertynencję, uchylił się, a wtedy ukryta miska z puddingiem wysunęła się spod przekrzywionego turbana i spadła na podłogę. Kiedy zaczęłam się śmiać, panie sprawiały wrażenie zaszokowanych, jednak mam wrażenie, że takie sytuacje stanowią pewną rozrywkę w bardzo nudnym życiu.

Niemal żałuję tych biednych tubylców i zastanawiam się, czy rzeczywiście są tak zadowoleni z naszych rządów, jak nam się wydaje. Gdybym była jedną z nich, zdecydowanie wolałabym zdać się na łaskę jakiegoś orientalnego despoty niż pani Weston! Dzisiaj podczas lunchu powiedziała nam, że podejrzewała aję swoich dzieci o kradzież słodyczy, dlatego zatruła cukierki środkiem wymiotnym, a kiedy kobieta się pochorowała, zwolniła ją. W przyszłości muszę pamiętać, aby zawsze pojawiać się przy stole przed nią!

Proszę, przekaż Cook, że wciąż mam jej szczęśliwy kamyk. Noszę go na szyi pod sukienką, ale gdy wczoraj podczas kolacji pochyliłam się, wypadł spod ubrania, a pani Weston zauważyła go i spytała, co to takiego. Wyjaśniłam, że to amulet, który podobno odpędza wiedźmy, a także chroni przed utonięciem. Popatrzyła na mnie szczupakowatymi oczami, mruknęła pod nosem coś o przesądach i więcej się do mnie nie odezwała. Zatem powiedz Cook, że kamyk spełnia oba zadania!

Mino, chociaż narzekam, to wiem, że mam wiele szczęścia, ponieważ gdybym nie podróżowała z Jamesem i Louisą, musiałabym płynąć na dolnym pokładzie razem z innymi samotnymi kobietami. Grzeszą tym, że nie mają męża i podróżują w pojedynkę, więc są oddzielone od pozostałych pasażerów, a nawet muszą samotnie jadać posiłki. Jako że wiele z nich jedzie do przyjaciół do Indii w nadziei, że złowią męża, przezywa się je Flotą Rybacką, te zaś, które powracają niezamężne, to Pusty Kurs Powrotny. Jakież to musi być upokarzające!

Tutaj przerwę, ponieważ muszę jeszcze napisać do Arthura oraz rodziców. Jutro dotrzemy do Gibraltaru, gdzie będę mogła wysłać listy. Napiszę ponownie z Malty. Jakże bym chciała, abyś była teraz ze mną. Koniecznie musisz nas odwiedzić, gdy tylko się zadomowimy!

Twoja kochająca siostra,

Cecily

Malta, 23 września 1855

Moja droga Mino!

Twoje listy czekały na mnie, kiedy tutaj przybyłam; wspaniale jest dowiedzieć się, co słychać u wszystkich w domu. Otrzymałam także list od Petera. Donosi, że ma złamane serce i już nigdy nikt nie będzie mu drogi. Przykro mi, że zawiodłam jego nadzieje, ale nigdy nie dałam mu odczuć, że mi na nim zależy. Nie mogłabym tego zrobić, skoro obie znamy go od niemowlęctwa. Wiem, że będziesz dla niego dobra, Mino.

Odkąd wpłynęliśmy na Morze Śródziemne, wody są znacznie spokojniejsze, więc Louisa wstała i zaczęła się ruszać. Powiedziała, że jest mi bardzo wdzięczna za opiekę nad dziećmi, ale nie musi mi dziękować, ponieważ nie bawiłam się tak dobrze od czasów, gdy zaczęłam spinać włosy i już nie mogłam chodzić po drzewach.