Miejsce bez ciebie - Jewel E. Ann - ebook

61 osób właśnie czyta

Opis

Prawo Henny i Bodhi’ego: kiedy pojawia się miłość, zakochaj się, aż pęknie ci serce, a następnie pozwól, by czas posklejał jego okruchy.

Wszystko wydaje się tymczasowe, gdy wcześniej doświadczyło się tragedii – aż na festiwalu muzycznym Henna poznaje Bodhiego.
Młodzi i spontaniczni, zakochują się pod wpływem przepełnionej pożądaniem chwili.
Kiedy chłopak zostaje zmuszony do wyjazdu bez pożegnania, dziewczyna uważa, że nigdy nie przestanie go kochać, choć niedługo później poznaje seksownego pedagoga szkolnego, pana Malone’a.
Oboje są lekkomyślni, a ich relacja jest zakazana.
Tajemnica wychodzi na jaw, a Henna musi zdecydować czy ukończyć szkołę – z dala od pana Malone’a – czy rzucić ją i spełnić swoje marzenia o podróżowaniu po świecie.
Stawia na własne pragnienia.
Z czasem uczy się jednak, że życie nie jest podróżą ani jej celem, niektóre rzeczy są bardziej tymczasowe niż inne, a zakazanych spraw nigdy nie można lekceważyć.
Jeśli jednak do niego wróci, czy on wciąż będzie jej?

Miejsce bez ciebie to emocjonująca powieść o wspaniałej miłości, zniszczonych marzeniach i decyzjach, których czasami nie można podjąć.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 399

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Mamie

– cieszę się, że odnalazłaś punkt G

ROZDZIAŁ 1

Nie przejmuj się. Wszystko jest tymczasowe.

Wpatruję się w słowa widniejące na powgniatanym metalowym bidonie na wodę, czekając na tatę w holu trzygwiazdkowego hotelu, który pełen jest entuzjastów muzyki. To będą najwspanialsze trzy dni, jakie spędzę z ojcem, choć w przeszłości było takich sporo.

– Gdzie jesteś? – Odbieram telefon, skubiąc postrzępiony brzeg obciętych na krótko jeansów z wysokim stanem, do których włożyłam czerwony, krótki top, tonę koralikowych bransoletek i naszyjników oraz długie kolczyki.

– Wciąż w domu, skarbie. Chyba zjadłem wczoraj jakieś kiepskie sushi i od tamtej pory modlę się do porcelanowego boga. Obawiam się, że nie dam rady przyjechać. Wrócisz? Samolot odleciał?

– Chwila. Co? Nie przyjedziesz? – Jego dom znajdujący się w Oceanside w Kalifornii oddalony jest zaledwie dwie i pół godziny drogi od naszego hotelu w Indio. Musi przyjechać.

– Henno, jestem zlany potem, mam bolesne skurcze żołądka i nie sądzę, bym zdołał wyjść z łazienki bez popuszczenia w spodnie, a co dopiero prowadzić samochód. Naprawdę strasznie mi przykro.

– O, tato… Mnie też jest przykro. To okropne. – I ohydne. Siadam na fotelu, z którego wstał jakiś facet, gdy przyszła jego żona z kluczami.

– Za rok. Obiecuję. Żadnego sushi. – Próbuje się zaśmiać, ale w jego głosie słyszę jedynie wysiłek i osłabienie. – Kupię ci bilet na samolot za tydzień lub dwa i zrobimy coś innego przed końcem szkoły. A potem spędzimy dwa tygodnie razem na plaży.

Kiwam głową, obgryzając pomalowany na szaro paznokieć kciuka i próbując przekształcić moje rozczarowanie w coś przypominającego współczucie.

– Okej. Wyślę ci filmik i jakieś zdjęcia.

– Henno, musisz wracać do Kolorado. Nie możesz być sama na festiwalu Coachella. To niebezpieczne, by taka młoda dziewczyna była tam bez opiekuna.

– Jestem dorosła, tato. I to festiwal muzyczny. Nic mi się nie stanie.

– Masz osiemnaście lat. To jeszcze nie dorosłość.

– Będę uważać.

– Mimo wszystko się nie zgadzam.

– Mama dała mi… – urywam. Generał Mitchell Lane nie jest tak liberalny w stosunku do swojej córki jak jej mama. Przypuszczam, że paczka prezerwatyw, którą mi dała na drogę, nie poprawi mu humoru.

– Co ci dała? Ochroniarza?

– Niezupełnie. – Marszczę nos.

– Wsiadaj do samolotu i wracaj do domu, dobrze?

Kręcę głową. To Coachella. Artyści są genialni. Mogłabym umrzeć na samą myśl. Nie ma mowy, żebym przed końcem tego weekendu wróciła do domu.

– Dobrze. Wrócę.

Za trzy dni.

– Dziękuję, Henno. I bardzo cię przepraszam.

– Nic się nie stało. Przykro mi, że źle się czujesz. Zobaczymy się za parę tygodni. Kocham cię.

– Też cię kocham.

***

Istnieją dwie grupy ludzi: ci, którzy kochają Coachellę, i ci, którzy nie wiedzą, co tracą. Należę do tych pierwszych.

Ja: Jesteś najfajniejszą mamą, tak?

Uśmiecham się, zamykając komunikator, by zamówić taksówkę. Czekam właśnie przed hotelem. Struty tata odwołał naszą rezerwację. Niefajnie.

Juni: Twój ojciec do mnie dzwonił.

Juni… ponieważ mama jest zbyt fajna, by klasyfikować ją jako „matkę”, mówię jej po imieniu.

Ja: Oczywiście, że dzwonił.

Juni: Załatwię Ci transport do domu.

Wpatruję się w ekran, mrużąc oczy.

Ja: Co za marnotrawstwo kilkunastu gotowych do użycia prezerwatyw, które mi dałaś! To mój pierwszy kwiecień w dorosłym życiu… Co się stało, że nie mówisz, bym po prostu „żyła”?

Juni: Tak, tak. Zaczęłam już załatwiać, by przygarnęła Cię Lauren, no chyba że masz jakichś znajomych, u których się zatrzymasz. A ponieważ nie ma z Tobą ojca, odczuwam więcej matczynego niepokoju i troski.

Ja: Coś wymyślę.

Juni: Uważaj na siebie!!!

Ja: Oczywiście <3

Wsiadam na tylne siedzenie priusa i przyciągam do siebie torebkę, gdy otwierają się drugie drzwi.

– Eee? – Wyjmuję słuchawkę z ucha, zatrzymuję muzykę i w lusterku wstecznym patrzę na kierowcę. – Wsiadłam do niewłaściwej taksówki?

– Kliknęła pani „wspólny przejazd” – odpowiada kierowca.

– O. Okej. – Wzruszam ramionami i zerkam na blondyna, który z uśmiechem siada obok mnie. Po chwili znów rzucam na niego okiem, bo jest niezłym ciachem.

Jeansy i kowbojki to interesujący wybór na dzień spędzany na pustyni.

Chwilę później chłopak przyłapuje mnie na zerkaniu na jego fryzurę – włosy ma krótko przycięte na bokach, jednak na górze są one nieco dłuższe. Zapomniał kowbojskiego kapelusza? Oto nierozwiązana zagadka w mojej głowie.

Poruszają się jego usta. Wpatruję się w nie przez moment, nim uświadamiam sobie, że chłopak się odzywa. Ponownie wyjmuję słuchawki.

– Przepraszam. Mówiłeś coś?

– Czego słuchasz? – pyta głosem gładkim jak jego oczy o śródziemnomorskiej barwie.

– To raczej dość osobiste pytanie. Prawie jakbyś zagadnął o kolor moich majtek.

Uśmiecha się diabelsko.

– Osobiste? – Wzrusza ramionami. – No nie wiem. Zależy od piosenki… i koloru.

– Adore Amy Shark i czerwone w srebrne kropeczki.

– Mmm… – Powoli kiwa głową. – Dobry wybór.

– Piosenki? – Przygryzam wargę, by zapanować nad uśmiechem.

– Majtek.

Moje serce budzi się do życia, jakby chciało powiedzieć: „Wow, mam wkroczyć do akcji?”.

– Chcesz wiedzieć o mojej?

Unoszę brwi.

– Bieliźnie?

Wyjmuje telefon z przedniej kieszeni spodni.

– Wyglądam na zboka? Piosence.

Cholera. Dobry jest. Czuję ekscytację.

Obraca dłoń i pokazuje ekran swojego telefonu.

– Nothing Else Matters Apocalyptiki. Hmm… to dość nieoczekiwane.

Patrzę mu w oczy, w bardzo niebezpieczne miejsce. – Jedziesz na Coachellę?

Kiwa kilkakrotnie głową, zerkając między przednimi siedzeniami na drogę.

– Pracuję tam.

– O, spoko. Czym się zajmujesz?

Przygląda się mojej fryzurze. Planowałam się przebrać i zrobić coś bardziej oryginalnego z moimi szalonymi ciemnokasztanowymi włosami niż tylko zapleść je w luźny warkocz spoczywający teraz na moim ramieniu, ale struty tata odwołał rezerwację w hotelu. Seksowny nieznajomy uśmiecha się, jakby podobało mu się moje pytanie lub moja niewyszukana fryzura.

– Jestem wewnętrznym technikiem. Panuję nad dźwiękiem, oświetleniem, obrazem.

Dobry Boże, pełen zestaw, a zwłaszcza ten jego uśmieszek, gdy kontynuuję gwałt oczami. Może to przez lizaka, którego ssałam w drodze do hotelu. Wszystko wydaje się ładniejsze, gdy jestem na niewielkim haju.

– Będę wiedzieć, kogo winić, jeśli coś stanie się z dźwiękiem podczas występu któregoś z moich ulubionych zespołów.

– Będziesz wiedzieć, komu podziękować, jeśli nic się nie stanie. – Przesuwa się bardziej na środek. Robię to samo, ponieważ jestem ciekawa, czy pachnie tak samo dobrze, jak wygląda. – Ale mam przeczucie, że w twoim stanie wszystko będzie dobrze brzmiało.

Ignorując wyszeptaną aluzję, że jestem na haju, węszę.

– Pachniesz cytryną.

Wyciąga język, pokazując w połowie rozpuszczony cytrynowy cukierek. Uśmiecha się, gdy ponownie siadamy prosto.

– W zeszłym roku mama przywiozła cytrynowe słodycze z fabryki Limoncello z Sorrento. Były cudne.

Ssąc intensywniej kwaśny cukierek, kiwa powoli głową.

– Domyślam się. Niestety nie sądzę, by moje zrobiono we Włoszech.

– To niebywale smutne.

Śmieje się. Czy on się ze mnie nabija?

– Fajne tatuaże. – Ruchem głowy wskazuje na moje ręce.

Unoszę je, podziwiając swoje rysunki.

– To henna, jak ja.

– Jak ty?

– Tak. Mam na imię Henna, a one jutro będą intensywniejsze.

– Jak ty? – Przygryza dolną wargę. To niesamowicie seksowne.

– Flirtujesz ze mną?

Śmieje się.

– Spotkaliśmy się mniej niż pięć minut temu. Mam trochę więcej taktu.

– Taktu? Mówisz o pytaniu o kolor moich majtek?

Pociera udo. Poci się? Sprawiam, że się poci? Ta możliwość daje mi zupełnie nowego kopa.

– Nie pytałem. Sama zdradziłaś tę informację. Poza tym mam zasady dotyczące flirtowania.

– Cóż, gardzę zasadami, ale i tak musisz się nimi podzielić.

– Nie flirtuję z kimś, kto nie jest trzeźwy. – Wygląda przez szybę, jakby ta zasada oznaczała koniec naszej przyjacielskiej rozmowy.

– Trzeźwy? Koleś, jestem tak trzeźwa, jak tylko mogę być. – Przysuwam się i opuszczam pasek spodenek, odsłaniając z tyłu długą bliznę w kształcie litery „L”.

Przygląda się jej, marszcząc brwi.

– Jeśli siedzę, stoję lub robię cokolwiek zbyt długo życie jest do bani. Choć trochę przeciwbólowych żelek może sprawić, że wyżej wspomniane jest nieco bardziej znośne. – Wzdycham, siadając prosto. Wydaje się, że seksownemu nieznajomemu zabrakło słów. – Powiedz, techniku, masz jakieś imię?

Kierowca zatrzymuje się przy zatłoczonym wejściu.

– Dziękuję – mówimy, wysiadając.

Wyjmuję opaskę festiwalową i przepustkę bez limitu, zakładam torebkę na ramię, po czym kilkakrotnie próbuję zapiąć sobie plastikową bransoletkę zaraz za pierdylionem innych, które już mam na nadgarstku.

Długie, opalone palce zapinają ją za mnie. Unoszę głowę i roztapiam się z powodu tego, jak niesamowicie wygląda nieznajomy, z którym dzieliłam taksówkę, gdy wiatr rozwiewa mu włosy.

– Przepustka za kulisy. Szczęściara.

Kiwam głową, ale nie ciągnę tematu. Zamiast tego wpatruję się w jego oczy, ponieważ warte są mojej uwagi.

– Bodhi. – Uśmiecha się. – Mam na imię Bodhi.

– Bodie? Jak to opuszczone miasteczko w Kalifornii?

– Bodhi jak święte drzewo figowe[1].

– No nie gadaj. – Wytrzeszczam oczy. – Serio? Na imię masz Bodhi? BODHI?

Szczerzy zęby, ale nie wiem, czy śmieje się z mojego niedowierzania, czy z mojej naiwności.

– Henna i Bodhi. Jakież to cholernie poetyckie. To scena, w której informuję cię, że pewnego dnia się pobierzemy i zamieszkamy w małym domku na klifie we Włoszech z widokiem na wybrzeże Amalfi, gdzie będziemy mieć gaje drzew cytrynowych i oliwnych oraz… pomidory. Uwielbiam pomidory.

Bodhi unosi brwi.

– I zanim mi odmówisz i pomyślisz, że zwariowałam, nie sugeruję, żebyśmy zrobili to od razu. Zanim ustatkuję się z jakimś przystojniakiem, czeka mnie sporo podróżowania. – Dopiero po chwili uświadamiam sobie, co też takiego powiedziałam.

Rozbawienie pojawia się na twarzy chłopaka niczym słońce wschodzące rankiem nad horyzontem. Wkładam okulary przeciwsłoneczne. Bodhi i jasna pustynia to trochę zbyt intensywny obraz nawet dla mnie.

– Henno, czy ty ze mną flirtujesz?

Kilka dziewczyn staje przy nas, robią mi zdjęcia i odchodzą, by wmieszać się w tłum ludzi kierujących się do wejścia. Bodhi patrzy na nie, mrużąc oczy, po czym spogląda na mnie, oczekując wyjaśnień.

Ignoruję te dziewczyny, jak i jego ciekawość.

– Tak, Bodhi, bezwstydnie, bez wyrzutów sumienia i mocno z tobą flirtuję. Wszechświat przemówił. Nie możemy go ignorować.

Parska głośnym śmiechem.

– Przeznaczenie?

– Przeznaczenie? Nie. To tylko kolejne słowo określające szczęście. Ale tu chodzi o coś więcej. Wydaje się, że jesteśmy zjawiskiem niezaprzeczalnym, jak Romeo i Julia, Johnny i June, Beyoncè i Jay Z… Henna i Bodhi.

Jego rodzice muszą być tak niesamowici jak moi. Nie mogę się doczekać, by ich poznać.

Chłopak patrzy na zegarek i uśmiecha się cudnie na pożegnanie.

– Cokolwiek paliłaś, musiało być dobre. Nie zapomnij o kremie z filtrem, a jeśli nie chcesz kaszleć w poniedziałek, zakryj usta apaszką.

– Jaja sobie robisz? Zrobiłeś mi właśnie rodzicielską pogadankę?

– Muszę lecieć.

– Jak cię znajdę?

Rusza do wejścia, rzucając mi przez ramię zalotny uśmiech.

– Przeznaczenie, tak?

– Przeznaczenie, psia mać. Nabijasz się ze mnie. Niefajnie, misiu, ani trochę.

Czekam, aby ponownie na mnie spojrzał. Czekam… Czekam…

Tak!

Wchodząc w tłum jakieś dwadzieścia metrów ode mnie, po raz ostatni się obraca.

Umieram. To facet, którego poślubię. Henna i Bodhi – idealnie! Upijam spory łyk wody i ponownie patrzę na słowa na moim bidonie.

Nie przejmuj się. Wszystko jest tymczasowe.

[1] Drzewo Bodhi (albo z syng. Bo) – figowiec pagodowy (łac. ficus religiosa L.; sans. ashvattha), pod którym Budda Siakjamuni osiągnął oświecenie, i które od tamtej pory na pamiątkę nazywane jest drzewem oświecenia (przyp. tłum.).

ROZDZIAŁ 2

Po posmarowaniu się grubą warstwą kremu z filtrem i nałożeniu wielkiego kapelusza, przechodzę przez kontrolę ochrony. Przeciskam się przez gęsty tłum w stronę pierwszej sceny.

Kilka godzin później moje ubranie przesiąknięte jest potem, a słodki zapach Coachelli unosi się w mocno zakurzonym, pustynnym powietrzu. Kocham to mimo wszystko.

Intensywna energia pochodząca od uczestników ma swój własny puls, wyczuwalny ponad rytmem bijącym z różnych scen. To nie jest zwykły koncert. Wszyscy przemieszczają się pomiędzy scenami, tańcząc, śpiewając ulubione teksty i zmierzając do innego punktu, by robić dokładnie to samo.

– Cholera! – Moją uwagę przykuwa znajomy głos.

Czekając na następny występ, zerkam na barierki po prawej stronie sceny i chichoczę, gdy widzę chłopaka wpatrzonego w ketchup rozsmarowany na jego białej koszulce. Spojrzenie niebieskich oczu przenosi się z plamy na mnie. Przygryzając wargę, otwieram szeroko oczy i znów parskam śmiechem.

– Przeznaczenie jest dziś pracowite.

Uśmiecha się głupkowato, a jednocześnie niebywale ponętnie. Apetyczny surfer. Nie… To seksowny kowboj. Blond włosy i opalona cera podpowiadają, że surfer, ale te idealnie dopasowane jeansy i wysokie buty mówią, że kowboj. A imię, że to mój przyszły mąż.

– Nie powinienem zamawiać frytek.

Moja czujność zmieszana z tembrem jego głosu sprawiają, że liczę w duchu posiadane prezerwatywy.

Podchodzi do mnie, kolejną frytką zgarniając ketchup z koszulki. Pogarsza tylko sprawę.

– Cześć, Henno. – Patricia, manager zespołu przygotowującego się do wejścia na scenę, kiwa głową i uśmiecha się do mnie, mijając chłopaka.

Bodhi zerka na nią przez ramię, a następnie z dezorientacją na uroczej twarzy spogląda na mnie. Wciąż nie mogę się zdecydować, czy wolałabym zobaczyć go na billboardzie w szortach i z deską surfingową, czy wolę myśleć o nim siedzącym na końskim grzbiecie, przez co dają znać o sobie moje dziewczęce części ciała.

Uśmiecham się do Patricii, nim pospiesznie wracam wzrokiem do chłopaka przede mną.

– Nie. – Przechylam się ponad sznurami, mrugając do ochroniarza, który patrzy na mnie z odległości kilku metrów. Kradnę frytkę, wrzucam ją sobie do ust, po czym oblizuję palce. – Nie powinieneś tylko polewać ich ketchupem.

Unosi brwi.

– Częstuj się.

Biorę kolejną frytkę.

– Dzięki. – Stukając nią o dolną wargę, przyglądam się jego ubraniu. – Powinieneś zdjąć koszulkę, nim ktokolwiek zauważy tę plamę.

Uśmiecha się. Cudnie. Uśmiechy nie są dla mnie niczym nowym. Widziałam ich sporo – zwłaszcza tych aroganckich.

– Nie mam w co się przebrać. – Zanurza trzy frytki w ketchupie i wkłada je sobie do ust.

– No i? – Biorę dwie.

– Jestem dość nieśmiały w kwestii swojego ciała.

Przegryzając frytkę na pół, uśmiecham się zalotnie, jak dziewczyna do chłopaka upapranego ketchupem, znanego również jako jej przyszły mąż.

– Lubisz swoją pracę, czy marzysz, by znaleźć się w zespole? Chcesz stanąć w świetle reflektorów, zamiast nimi operować?

– Nie zajmuję się tym zawodowo. Każdej wiosny biorę wolne. I, tak dla twojej informacji, grałem w zespole. – Zjada kolejną frytkę i podaje mi ostatnią.

O dziwo, to najbardziej romantyczna rzecz, jaką ktoś dla mnie zrobił. Ostatnia frytka przebija czerwoną różę. Przynajmniej tak to wygląda w mojej głowie.

– Dziękuję. – Biorę ją. – Wokalista?

– Perkusista.

Perkusista…

Przyciskam dłoń do torebki w miejscu, w którym mam prezerwatywy.

– Cóż… – Oblizuję palce z soli. – …co za zbieg okoliczności. Uwielbiam perkusistów.

– Nadal ze mną flirtujesz?

– Zawsze. Nawet jeśli nasze dzieci będą uznawały to za ohydne i będziemy za starzy na flirt, i tak zamierzam droczyć się z tobą przy użyciu mojego seksapilu.

– Uroczo. – Wyrzuca opakowanie po frytkach do śmietnika za sobą.

– Uważasz, że jestem urocza? Widzisz, Bodhi, też umiesz to robić.

Zaskarbiam tym sobie szeroki uśmiech, taki, któremu powinny towarzyszyć dołeczki. Ale ich nie ma. W porządku. Ma więcej seksapilu niż jakiekolwiek dołeczki, które w życiu widziałam.

Ociera czoło przedramieniem. Jest tu goręcej niż w diabelskim kotle. Pociera o siebie wargi, taksując wzrokiem moje ciało. To silniejszy haj niż jakikolwiek skręt marychy. Bodhi może zostać moim nowym ulubionym środkiem przeciwbólowym. Patrzy na mnie tak długo, że czuję się całkowicie odsłonięta.

– Muszę iść. – Ruchem głowy wskazuje na scenę. – Udanej zabawy, Henno.

– Czekaj!

Odchodzi szybkim krokiem.

– Poważnie! Musisz przestać odchodzić ode mnie jak dzikus.

– Dzikus? – Zerka przez ramię.

Parskam śmiechem.

– To znaczy „zbyt fajny”, Bodhi. Jesteś zbyt fajny.

Puszcza do mnie oko.

Wykopcie dziurę i złóżcie mnie do grobu. Umarłam.

Wodzę palcami po kieszonce w mojej torebce.

Henna i Bodhi. Wzdycham.

Z uśmiechem wyciągam telefon.

Ja: OMG, poznałam perkusistę. Ma na imię Bodhi. BODHI!!! Widzisz to? BODHI!

Juni: Kondomy!

Chichoczę.

Ja: LOL, co nie? #umarłam #najlepszeimięNAŚWIECIE!

ROZDZIAŁ 3

Spotykam kilku znajomych ze szkoły, a także paru z kręgów towarzyskich mamy i ojczyma. Jestem nakręcona tym festiwalem, żelkami przeciwbólowymi i myślami o Bodhim.

Nocne powietrze przepełnia energia tańczącego tłumu, bas, krzyki i kolorowe światła padające ze scen i wielkich telebimów.

Dobra robota, techniku.

Poza scenami i miejscami, w których pokazywany jest festiwal, Coachella nocą to ciemne, chłodne miejsce. Kiedy dwadzieścia metrów dalej gra moja ulubiona kapela i wszyscy wokół kołyszą się w powolnym rytmie, staję na palcach, by dostrzec scenę. Wszystkie znajdujące się tu dziewczyny siedzą na barkach swoich chłopaków, zasłaniając mi widok.

Marszczę brwi, gdy piosenka jest już w połowie i mogę jej tylko słuchać, ale przyszłam tu przecież, by też oglądać. Podskakując na prawo i lewo, wyciągam szyję, by coś dojrzeć, ale widok za każdym razem mi umyka. Kiedy postanawiam wykorzystać swoją przepustkę, coś mnie zatrzymuje.

– Aaa! – Niemal upadam, nim unoszą mnie silne ręce, które zaraz potem znajdują się na moich nogach, by mnie przytrzymać. Siadając na ramionach chłopaka, chwytam go za jasne włosy, aby nie spaść. Widzę przed sobą scenę, ponieważ mój facet jest wyższy niż każdy inny, który trzyma na ramionach dziewczynę.

Szczęściara ze mnie.

Kiedy spoglądam w dół, chłopak umazany ketchupem posyła mi ten swój firmowy uśmiech. Nie odzywamy się do siebie. Zamiast tego unoszę ręce i kołyszę się do melodii wraz z wysokim kowbojem, który mnie trzyma.

Kręci mi się w głowie, ale bardzo mi się to podoba.

Haj, energia, światła, muzyka, duże dłonie oparte na moich nagich udach.

Bodhi trzyma mnie przez kolejne dwie piosenki. Kiedy zespół kłania się na scenie, chłopak zdejmuje mnie z siebie. Obracam się do niego, zataczając się, gdy wpadają na nas wychodzący sprzed sceny ludzie. Chwytam go za ramiona, a on mnie za szlufki jeansowych spodenek.

– Mój ulubiony gość od frytek. – Uśmiecham się, ale po chwili marszczę brwi w zdumieniu, gdy przyglądam się jego koszulce. – Gdzie plama?

Puszcza mnie jedną ręką i obraca się, pokazując mi plecy.

– Geniusz – chichoczę. – Teraz wygląda, jakby była to wina kogoś innego, a nie twoja – krzyczę ponad szumem tłumu i brzęczeniem w mojej głowie. Przed godziną powinnam zjeść tylko połowę żelka.

– No właśnie.

– To najlepsza noc w życiu. Pogoda jest idealna. Publika również. I zespoły… Wszystko…

– Jest najlepsze? – śmieje się.

Kiwam powoli głową.

– Ty jesteś najlepszy, bo udostępniłeś mi swoje ramiona.

– Do usług. – Czuję ekscytację na myśl, że jego palce wciąż zaczepione są o moje szlufki. Nie za bardzo znam się na miłości od pierwszego wejrzenia, ale z pewnością tak wyglądają iskry, chemia i przyciąganie magnetyczne, które sprawiają, że serce fika koziołki.

– Umieram z głodu. Nie jadłam dziś nic prócz kilku frytek, które zwędziłam poznanemu niedawno chłopakowi. – Seksownemu, z zabójczym uśmiechem i figlarnym spojrzeniem, które podpowiada mi, że w jego głowie dzieją się niezbyt przyzwoite rzeczy.

Dobrze, że spakowałaś mi te gumki, Juni.

Pochyla się. Gwałtownie wciągam powietrze. Zatrzymuje się centymetr przed moimi ustami i uśmiecha szeroko. Kiedy posyłam mu własny uśmiech, przesuwa usta do mojego ucha, drocząc się i wywołując u mnie gęsią skórkę.

– Muszę pomóc posprzątać. – Pachnie tak dobrze. Nikt nie powinien tak pachnieć po dniu spędzonym na festiwalu, ale czuję szacunek do Bodhiego, bo jego woń wciąż jest niesamowita.

– Poczekam na ciebie.

Staje prosto.

– To może potrwać z godzinę lub dwie.

Jestem gotowa zjeść swoje dziesięć paznokci, a nawet własną pięść, żeby tylko uspokoić żołądek na tyle, by kolejny posiłek spożyć z nim.

– Nie szkodzi.

Na chwilę mruży oczy.

– Ile masz lat, Henno?

– Wystarczająco dużo, by wiedzieć, że nie należy jeść ketchupu, gdy jest się ubranym na biało.

Parska śmiechem i kiwa głową.

– Okej. – Krzywi się, przesuwając wzrok na pustą scenę i z powrotem na mnie. – Poczekasz?

Odsuwam się o krok i wkładam ręce do tylnych kieszeni spodenek.

– Nie spiesz się. Będę tu.

Godzinę i dwadzieścia minut później przechodzą obok mnie odziane w jeans nogi.

– Wciąż umieram z głodu.

Obraca się. Na jego twarzy maluje się ulga. Wyciągam rękę z miejsca, gdzie siedzę na ziemi przed sceną. Podciąga mnie i patrzy przez chwilę. Znów pachnie cytryną. To oficjalnie mój ulubiony owoc.

– Zaczekałaś.

Uśmiecham się, otrzepując tyłek.

– Tak. Dlaczego cię to dziwi? Często byłeś wystawiany?

– Niezupełnie. – Pociera wargami o siebie. – Chodźmy.

Biorę go za wyciągniętą rękę i nie wiem, kto to inicjuje, ale splatamy palce, jakbyśmy robili to już milion razy wcześniej. Wszystko wydaje się takie naturalne. W tym momencie jestem tak cholernie szczęśliwa, że mogłabym wrzeszczeć jak dziecko w bożonarodzeniowy poranek.

Prowadzi mnie do wyjścia.

– Autobus? – pytam.

– Tak, mój van stoi pod hotelem.

Śmieję się.

– Van, co? Minivan? Masz też żonę i dwoje dzieci?

Roześmiany kręci głową, gdy wchodzimy do autobusu. Chwytamy się poręczy, a otaczający nas tłum przyciska nas do siebie.

Unoszę głowę i uśmiecham się do chłopaka.

Odpowiada tym samym.

W drodze do hotelu robimy tak co jakiś czas. Udało nam się opanować flirt, jakbyśmy się do tego urodzili. Trzymając mnie za rękę, pomaga mi wysiąść z autobusu i prowadzi na koniec parkingu.

– O Boże… – szepczę.

– Zanim mnie ocenisz…

– Cicho! – Puszczam jego dłoń. – Milcz. Zniszczysz tę chwilę. – Podchodzę do wyjątkowego pojazdu, a serce niemal eksploduje mi w piersi.

Jest oszałamiający.

To klasyk.

I to zadbany.

W idealnym bławatkowym odcieniu – mama mówi, że takie mam oczy.

Nie ma ani jednego wgniecenia.

Nawet w słabym świetle wieczoru lśnią jego chromy.

– Okej. – Staję pół metra przed nim. – Teraz cię ocenię. Nie pozwól, by ktokolwiek kiedykolwiek powiedział, że nie masz nieskazitelnego gustu. Nawet jeśli będziesz miał na sobie koszulkę tyłem do przodu, pokaż zdjęcie tego cacka, a każdy natychmiast zorientuje się, jak świetny masz gust.

To van Volkswagena – stary, ale idealny.

– Pochodzi z siedemdziesiątego drugiego. Cieszę się, że ci się podoba. Jesteś w mniejszości. – Otwiera drzwi pasażera.

Wsiadam. Środek również jest dobrze utrzymany.

– Bodhi?

– Tak? – Zatrzymuje się przed zamknięciem moich drzwi, a na jego twarzy pojawia się nieśmiały uśmiech.

Bodhi.

Przeznaczenie mnie dziś zabija.

– W torebce i plecaku mam kilkanaście kondomów, ale już za późno. Chyba już jestem w ciąży. Nic nie jest tak wspaniałe jak siedzenie w tym pięknym vanie.

Rumieni się.

– Szczęściarz z niego.

Bodhi

Skrzywdziłem bliską osobę i teraz za to pokutuję. To właśnie to. Raz do roku udaje mi się uciec i udawać przez kilka dni, że moje życie nie zmieniło się nieodwracalnie z powodu tego, że zrobiłem coś tak kosmicznie głupiego.

– Taco to życie – jęczy Henna, przeżuwając spory kęs, gdy siedzimy przy stole piknikowym obok food trucka, którego obsługa przygotowuje się do zamknięcia na noc – lub wczesny poranek. Ta dziewczyna to przebłysk życia, które mógłbym mieć, gdybym wszystkiego nie spieprzył. Boże… nie chcę tylko tej ulotnej chwili.

– Można za nie umrzeć. – Ocieram usta, uśmiechając się za serwetką. – Dlaczego jesteś tu sama? – pytam, choć tak naprawdę jestem ciekawy, dlaczego ludzie robili jej zdjęcia i dlaczego znana w przemyśle muzycznym managerka przywitała się z nią po imieniu.

Henna unosi palec, a jej bransoletki grzechoczą na nadgarstku, gdy kończy przeżuwać i upija łyk wody. Jest reinkarnacją bogini lat siedemdziesiątych.

– Miałam spotkać się tu z tatą. Był perkusistą… – Uśmiecha się. – …w zespole, który grał na pierwszych festiwalach w tym miejscu.

– Ach, to dlatego masz słabość do perkusistów.

– Nie. – Kręci głową. – Dlatego miałam spotkać się tu z tatą. Kochamy muzykę. Perkusiści podobają mi się z całkiem innego powodu.

Uśmiecham się, czując się, jakbym był na haju, jaki miała rankiem ta dziewczyna. Mogę zatrzymać czas i po prostu na nią patrzeć? Policzyć piegi na jej nosie, wyobrażać sobie, jak miękkie byłyby w dotyku jej kasztanowe włosy? Rozszyfrować znaczenie jej hennowych tatuaży?

– To gdzie jest twój tata?

Kończy taco i wodę.

– Zjadł sushi. Polecam, abyś nigdy tego nie robił. Nie jestem pewna, czy dobrze jeść rybę, zanim się ją ugotuje, wiesz?

Kiwam głową, gdy ona śmieje się wdzięcznie.

– Najbliższa sushi rzecz, jaka trafia do moich ust, to kalifornijskie krążki warzywne.

– O rety! Uwielbiam je. Powinniśmy jakieś znaleźć. – Oczywiście, że to powiedziała. Nie wiem, jak naprawdę wygląda świat Henny, ale wydaje się, że nie ma granic, a w tej chwili ogromnie pragnę żyć w tym samym miejscu.

– Jest po drugiej w nocy. – Spoglądam na zegarek, podejmując kiepską próbę bycia odpowiedzialnym. – Chyba powinienem odwieźć cię do hotelu.

– Koleś, ile ty masz lat? To Coachella. Wyśpimy się w poniedziałek. – Wstaje i układa śmieci na moich. – Tej nocy… lub tego ranka możemy iść na warzywne krążki.

Tak, jest ułamkiem życia, które tak bardzo chciałbym wieść.

– A gdzie dostaniemy je o tej porze? – Wyrzucam nasze śmieci do kubła.

Pisze na telefonie, a po chwili dostaje odpowiedź.

– Znam kogoś, kto zna kogoś, kto zna kogoś… – Wkłada komórkę do torebki i patrzy na mnie. – Rozumiesz, nie?

Ponownie patrzę na zegarek.

– Bodhi, Bodhi, Bodhi… Mój mężu w dalekiej przyszłości i ojcze moich dzieci… Przestań sprawdzać, która godzina. – Chwyta mnie za rękę, zdejmuje mi zegarek i wrzuca go sobie do torebki.

Unoszę brwi.

– Jesteś nieznośna. – Pragnę dziś takich kłopotów? Chcę wskoczyć w tę króliczą norę? Rzucam na nią okiem, a ona odwzajemnia spojrzenie. Odpowiedź jest prosta.

Splata ze mną palce i ciągnie mnie w kierunku vana.

– Nawet nie masz pojęcia.

Jadę do naszego celu, walcząc z naturalną skłonnością do zamartwiania się o wszystko i mając wyrzuty sumienia z powodu szerokiego uśmiechu na twarzy. Henna opuszcza szybę i włącza radio. Nie pyta mnie, gdzie mieszkam ani jak zarabiam. Nie pyta o rodzeństwo. Żyjemy po prostu chwilą.

– Eee, Henna… tu jest brama. Jesteś pewna, że…

– Wciśnij guzik i powiedz: Teenage Dream Katy Perry.

– Co? – Zatrzymuję się przed bramą i spoglądam na dziewczynę z niedowierzaniem.

Odpina pas, wchodzi mi na kolana i opuszcza moją szybę.

– Henna…

– Cicho. – Wciska guzik i patrzy na mnie. – Nie gapisz się właśnie na mój tyłek, co?

– Ustawiłaś mi go przed oczami. – Tak, gapię się na jej tyłek, nogi i inne części ciała, a ręce aż świerzbią mnie, by dotykać jej w sposób, który wkurzyłby strutego ojca dziewczyny.

Uśmiecha się, a mi staje.

– Teenage Dream Katy Perry.

Kuta żelazna brama się otwiera.

– Widzisz? – Wraca na swój fotel. – Dawaj gazu. Czekają na nas kalifornijskie warzywne krążki.

Kręcę głową i ruszam.

– O – krzywi się. – Impreza wciąż trwa. Nie dawałabym parkingowemu kluczyków do tego cacka. Skręć w prawo, a znajdziemy dla naszego dzieciątka bezpieczne miejsce.

– Naszego dzieciątka? – Skręcam w prawo. – Każde auto tutaj kosztuje przynajmniej sześćdziesiąt tysięcy. Jestem pewien, że moglibyśmy powierzyć nasze dzieciątko parkingowemu.

– Nie ma mowy. O tutaj. – Wskazuje spore puste miejsce, po czym unosi szybę.

– Henna?

Wysiadamy.

– Tak?

– To wygląda na naprawdę elegancką imprezę w ekskluzywnym domu z dość poważną listą zaproszonych.

Bierze mnie za rękę.

– Pewnie tak.

Śmieję się.

– Mam koszulkę tyłem na przód i plamę po ketchupie. Nie jestem pewien, czy to dobry pomysł.

Zatrzymuje się i stuka palcem o podbródek.

– Masz rację. – Wzdycha. – Nie mogę tak cię tam zabrać. Wskoczę ci na plecy, by ją zakryć…

– Henna…

Wskakuje na mnie. Podoba mi się to. Pewnie dlatego, że jej ciało dotyka mojego w tak wielu miejscach. Chwytam ją za seksowne nogi.

– Problem rozwiązany.

Idę do drzwi.

– Zamierzasz więc przez całą noc tkwić na moich plecach?

Przesuwając nosem po moim uchu, ściska mnie zarówno rękami, jak i nogami.

– A to jakiś problem?

Przełykam z trudem ślinę.

– Żaden. – Ta dziewczyna zniszczy mnie w mniej niż dobę.

– Henna! – Wita się z nią brunetka około czterdziestki, gdy niosę ją przez dom.

– Cześć. Lauren, Bodhi. Bodhi, Lauren.

Puszczam jej nogę, by uścisnąć rękę kobiety. Uśmiecha się cwaniacko do dziewczyny i patrzy na nią szeroko otwartymi oczami.

– Wydaje mi się, że powinnam zrobić zdjęcie i wysłać twojej matce.

Spinam się. To chyba niezwykle kiepski pomysł.

– Tak! – Henna opiera policzek na moim ramieniu, gdy Lauren wyjmuje komórkę ze stanika i robi nam zdjęcie.

– Pięknie. – Uśmiecha się. – Kalifornijskie krążki warzywne są w kuchni. Miłej zabawy.

– Dziękuję. – Henna wskazuje na kuchnię.

– To dom Lauren?

– Tak – mówi mi do ucha, abym usłyszał pomimo głośnej muzyki. – I Rexa.

– Znasz bogatych ludzi.

– Kilku.

– Też jesteś bogata?

– Nie. Teraz nie mam nawet pracy. Po prostu znam ludzi. Mówiłam ci. Znam kogoś, kto zna kogoś, kto…

– Tak, kto zna kogoś.

– No właśnie. Tutaj. – Wskazuje na tacę pełną rolek i trzy różne sosy.

– Gdzie są talerze? – pytam.

– Wow! Talerze? Nie będziemy jeść z jednej miski? Weź całą tacę.

Rozglądam się, czekając, aż ktoś nas skarci za kradzież całego półmiska.

– Na lewo i do góry schodami. Jeśli jestem za ciężka, by nieść mnie po stopniach, możesz mnie postawić.

Nie odpowiadam. Zamiast tego z łatwością przemierzam schody.

– Ostatni pokój po prawej.

– To tu zostajesz? – Stawiam ją na podłodze. Bierze ode mnie tacę.

– Tak. Tata miał wynajęty pokój w hotelu, ale ponieważ się rozchorował, anulował rezerwację i… założył, że wrócę do mamy. Chciałam jednak zostać, a wszystko było zajęte, więc… znam kogoś, kto zna…

– Kogoś, kto zna kogoś. – Przewracam oczami, gdy otwiera drzwi na balkon z widokiem na pustynię Kolorado. – Pięciogwiazdkowa kwatera – mówię bardziej do siebie niż do niej. To zupełnie inne życie niż to, do którego przywykłem. Byłem blisko, ale… spieprzyłem.

Wychodzę za nią na zewnątrz i siadam obok niej na sofie, gdy porywa rolki z tacy, którą odkłada na stolik obok.

Jemy w ciszy, przez dłuższą chwilę rozkoszując się nocą. Jak się tu znalazłem?

Ten dom. I widok. I kobieta. Boże, co za kobieta. Nie wiem nawet, czy jest prawdziwa. Może to eteryczna istota zesłana, by mnie kusić, po czym walnąć w brzuch za ten mój gigantyczny błąd.

– Czuję, jakbym powinien zapytać cię o… – Wzdycham przeciągle i znacząco. To bardzo ciężki oddech.

– To dobra noc. Nie czuj się zobligowany do pogawędek. Wolę nas bez nich.

Tak, nie jest prawdziwa.

– Nas… – wypowiadam słowo na próbę.

– Henna i Bodhi. – Rozwiązuje buty, zdejmuje je i siada na stopach. – I Alice.

– Kim jest Alice?

– Rety. Naszym niebieskim dzieciątkiem o wielkich, okrągłych oczach i dziwnym, choć uroczym znaczku VW na nosie. No chyba… – Przygryza dolną wargę. – …że już ją nazwałeś. Zrobiłeś to? Też spoko. Alice może być jej drugim imieniem.

Wpatruję się w jej usta, desperacko pragnąc ich skosztować. Jeśli to sen, będę walczył, aby się nigdy nie obudzić.

Im dłużej patrzę, tym bardziej dziewczyna się wije. Bierze kolejny krążek i wkłada sobie do ust. Patrzę w jej błyszczące, niebieskie oczy. Wie, że nieco zbyt długo wpatrywałem się w jej kuszące wargi.

Uśmiecham się.

– Nie nadałem jej imienia.

– Ooo… widzisz? – mówi z pełnymi ustami. – Czekałeś na mnie. – Ociera twarz i odkłada serwetkę na stolik. – Podoba ci się Alice? Możemy o tym porozmawiać, ale nie będę kłamać… totalnie wygląda jak Alice. – Wyjmuje paczuszkę z kieszeni. – Żelkę?

Marszczę brwi.

– Nie, dzięki. – Jest eteryczna, seksowna i tak bliska perfekcji jak to tylko możliwe, nawet gdy je żelki z marihuaną. Okej, to niesprawiedliwe. Może naprawdę odczuwa ból po tym, cokolwiek sprawiło, że ma tę wielką bliznę na plecach. Tak czy inaczej, nie mogę ponownie podążać tą drogą. Ta dziewczyna też nie może być żadną ścieżką, ponieważ moje życie to ślepy zaułek.

Zamyślona Henna wpatruje się w żelki, po czym chowa paczkę, nie zjadając ani jednej. Czuję się jak palant. Co jeśli naprawdę cierpi?

– Tylko trawka? – pytam.

Wzrusza ramionami.

– Mogę przynieść ci z dołu piwo, czy co będziesz chciał.

Kręcę głową.

– Chodziło mi o to, czy używasz tylko trawki. – O… – Śmieje się. – Tak. Uzależniłam się od opioidów. Juni zasugerowała, bym zamiast nich spróbowała marihuany.

– Juni?

– Moja mama.

– Mówisz do mamy po imieniu?

– Tak. To moja przyjaciółka. Juni sprawia, że pragnę podzielić się najbrzydszymi sekretami, a mama, że zamykam się w sobie.

Juni? Przekrzywiam głowę na bok.

– Wydaje mi się, że słyszałem o modelce lub aktorce o tym imieniu. Juniper? Wysoka blondynka…

– O, tak. – Kiwa kilkakrotnie głową. – Juniper Carlisle. Była międzynarodową supermodelką, teraz prowadzi pokazy mody w kablówce.

– Nie oglądam telewizji.

– Nie? – Podobnie jak ja przechyla głowę. – Mnie ograniczano telewizję, gdy byłam mała. Generalnie mogłam oglądać tylko coś, co przypominało National Geographic dla dzieci. Rodzice w wielu kwestiach byli liberalni, w innych bardzo konserwatywni. Ostatnio jednak… wciągnęłam się w Riverdale.

Ruchem głowy wskazuję na jej kieszeń, nie mogąc otrząsnąć się z wrażenia, że wyszedłem na protekcjonalnego palanta.

– Jeśli potrzebujesz… nie powstrzymuj się ze względu na mnie.

Zakrywa moją dłoń swoją i na dłuższą chwilę zamyka oczy.

– Wydaje mi się, że co noc przed snem mogłabym brać Bodhiego i nigdy więcej nie czuć bólu.

O rety…

– Powinienem już iść. – Wpatruję się w jej rękę na mojej.

– Na drodze pewnie pełno dziś szaleńców. No i możesz zasnąć za kółkiem. Nie chciałabym, by cokolwiek stało się tobie czy Alice. – Uśmiecha się, więc i ja to robię. – Poza tym chcę, abyś mi powiedział, jak to jest być surferem czy kowbojem.

Parskam głośnym śmiechem i rozsiadam się na sofie. Przeczesuję palcami już i tak zmierzwione włosy.

– O… wow. – Zaplatam palce na karku.

Henna wbija wzrok w moją pierś. Na jej twarzy pojawia się nie tylko ciekawość, lecz także coś bardziej zmysłowego.

– Zabawne, że wspomniałaś o tych dwóch rzeczach. Uwielbiam surfować i jeździć na najlepszych koniach.

– Bzdura.

– Bzdura? Dlaczego tak twierdzisz, nawet jeśli sama tak powiedziałaś?

– Żartowałam. Poleciałam stereotypem. Nagi wyglądasz jak surfer, ale gdy jesteś odziany w jeansy i wysokie buty, wyobrażam sobie ciebie siedzącego w kapeluszu na koniu.

– Czekaj. Widziałaś mnie nago?

Rumieni się po koniuszki uszu.

– To znaczy masz wygląd surfera.

– Rozumiem. – Drapię się po podbródku. – Hmm… a jak ty według mnie wyglądasz? – Wydaje się pobudzona, siada prosto na piętach, patrząc na mnie.

– Masz w sobie coś z artystki. Założę się, że sama zrobiłaś sobie te tatuaże. Ale jesteś młoda… Nie jestem pewien, czy chcę wiedzieć jak młoda. – Marszczę nieco nos. Dociera do mnie, że ta dziewczyna może mieć tylko szesnaście lat.

Przewraca oczami.

– Mam dziewiętnaście lat… to znaczy niedługo będę miała.

– Cholera… – Wciąż się krzywię, ponownie przeczesując palcami włosy. – Młoda.

Chwyta mnie za nadgarstki, przerzuca nogę przez moje uda i siada na mnie okrakiem.

– Henno…

– Dokończ mówić o swoim pierwszym wrażeniu na mój widok.

Kręcę powoli głową.

– Nie mogę. – Przełykając z trudem ślinę, zatrzymuję wzrok na jej ustach.

– Dlaczego? – Splata ze mną palce i kładzie sobie moją dłoń na plecach, przez co znajdujemy się bliżej siebie.

– Nieznośna jesteś.

– Niektórzy mówią, że piekielnica ze mnie.

– Piekielnica? – pytam szeptem, bo znajduje się centymetry ode mnie, zahipnotyzowana moimi ustami tak samo jak ja jej.

– Tak. – Dotyka mojej twarzy. – Henna Eve Lane. HEL, prawie jak „piekło”.

Uśmiecham się szeroko.

– Idealnie. – Przysuwam się do jej ust.

Odsuwa się.

– Zdejmij koszulkę. Nie mogę przestać myśleć o plamie ketchupu, którą masz na plecach i muszę sprawdzić, czy masz jakieś tatuaże.

– Nie mam.

Ale tak, zdejmę każde ubranie, jeśli tylko poprosisz.

– Dobrze.

– Dobrze? – Przechylam głowę na bok.

– Tak. Są zbyt permanentne. Nie wiem, czy mogłabym być z chłopakiem, który jest na tyle zdecydowany, by na zawsze czymś się naznaczyć.

– Interesujące.

Kiwa głową, więc ponownie się przysuwam.

– Mówię poważnie. Ściągnij koszulkę. – Chwyta za jej brzeg, czekając na pozwolenie.

Bez wahania unoszę ręce.

– Cholera… – szepcze. Patrzy mi w oczy, jakby uświadomiła sobie, że powiedziała to na głos.

Ściąga mi koszulkę i trzykrotnie ją składa.

– Mogę ponownie ją włożyć. – Wyjmuję materiał z jej drżących rąk.

Henna

To chwila, gdy powinnam wyznać, że jestem dziewicą. Ale nie chcę być dziewicą z Bodhim. Chcę nas. Henny i Bodhiego. Pragnę weekendu pełnego życia, bez bycia ocenianą przez pryzmat przeszłości czy rodziny. Ale przede wszystkim chcę się cieszyć niesamowitym odlotem, który czuję, będąc z nim. Haj jest większy niż po tym, co mam w kieszeni.

Sięgam do swojego warkocza, ale on mnie powstrzymuje. Sam zdejmuje z niego gumkę i kładzie ją na sofie obok nas. Roztrzepuje mi włosy, więc kasztanowe fale opadają mi na ramiona, a on przeczesuje je palcami.

Na jego twarzy pojawia się uśmiech, a ja drżę. Bodhi sprawia, że czuję się zarówno bezbronna, jak i żywa.

– Chyba mógłbym polubić Hennę i Bodhiego – szepcze, przyciągając mnie do siebie. Zatrzymuje wargi przy mojej twarzy, dotyka mnie nimi wszędzie, tylko nie w usta.

Przesuwam palcami po jego brzuchu, zamykając oczy, aby czuć nas.

Nie ból.

Nie żal z powodu przeszłości czy zmartwienie z powodu przyszłości.

Znamy się zaledwie od kilku godzin. To szalone, ale mój kompas nie wskazywał nigdy bezpośrednio północy, więc mam to gdzieś. Ten pociąg jest silniejszy niż fizyczność. Bodhi to siła większa niż cokolwiek, co wcześniej czułam. Mieliśmy się spotkać, nawet jeśli tylko na kilka dni. Nie zdołam wyjaśnić tego słowami. Chodzi o odczuwanie.

I wtedy to się dzieje – pocałunek, i czuję się, jakby utracona cząstka mnie wróciła do domu. Jest powolny i, podobnie jak w przypadku trzymania się za ręce, to wydaje się znajome i właściwe.

Chłopak odsuwa się, pozostawiając palce w moich włosach.

– Bodhi i Henna – szepcze, dotykając swoim nosem mojego. Odbieram to jako obietnicę, ale nie sądzę, by nią była, ponieważ w jego głosie jest tak wiele bólu.

– Henna i Bodhi – szepczę, nim ponownie odnajduję jego usta.

Wydaje się, że pocałunek trwa wiele godzin. Chłopak obejmuje moją twarz, wodzi dłońmi po moich ramionach i okazjonalnie trafia nawet na pośladki. Przyciąga mnie bliżej siebie. Czuję, jaki jest twardy i z chęcią wszystko bym mu oddała, ale ta noc to nie Henna i Bodhi.

Kiedy nasze wargi są nabrzmiałe, a wschód słońca przynosi za sobą poranek, chłopak zdejmuje buty i skarpetki. Układamy się na sobie – wtulam twarz w jego szyję. Ręce kładę na nagiej piersi Bodhiego, nasze nogi splatają się. Obejmuje mnie w taki sposób, że nie potrafię wyobrazić sobie nieuniknionego pożegnania.

ROZDZIAŁ 4

Bodhi

Pięć dni wolności. Niepozbawione wyrzutów sumienia, ale jednak dni wolności. Moje oczekiwania nie sięgają dalej niż tydzień życia, które niegdyś tak kochałem. Aż…

Henna.

Oślepia mnie blaskiem, którego nie widziałem od lat. Osiemnaście lat to mało. Nawet jeśli zaokrąglić jej wiek do dziewiętnastu, wyrzuty sumienia nie znikają, ale ta dziewczyna ma coś, czego potrzebuję.

Powietrze.

Oddychanie jest wspaniałe i dziwne, nawet jeśli mogę to robić tylko przez kilka dni.

– Kto je zrobił? – Śledzę linie tymczasowego tatuażu, gdy słońce pojawia się na horyzoncie pustyni. Przyciskam usta do czubka jej głowy, gdy się we mnie wtula, przylegając plecami do mojej piersi.

– Ja.

Rodzi się we mnie euforia. Miałem rację – to artystka. Jest w niej coś, czego nikt nigdy nie zrozumie, póki nie zobaczy, jak ta dziewczyna wyraża siebie bez słów.

– To niepokojące.

Trzęsie się od śmiechu.

– Dlaczego?

– Wiedziałem, że muszę mieć rację, mówiąc, że jesteś nieznośna.

– Będziesz miał mnie na głowie jeszcze przez dwa dni. No chyba że… – Obraca się twarzą do mnie.

Udaję, że jej dzika fryzura, zaspane oczy i kilka piegów nie przyprawiają mnie na chwilę o ból serca, kiedy dociera do mnie, że na końcu pójdziemy własnymi drogami. Pozwoliłem sobie na przebłysk życia, jakie mogłem mieć, gdybym wszystkiego nie spieprzył.

Mój umysł rozpaczliwie pragnie podążać tą drogą, ponieważ Henna nie jest jakąś pierwszą lepszą dziewczyną, którą poznałem na koncercie. Jest tą właściwą i po części o tym wiem. Kiedy ją tulę, moje ramiona to wiedzą. Kiedy ją całuję, moje usta mają tego świadomość. Kiedy na nią patrzę, to coś za moim mostkiem zdaje sobie z tego sprawę.

Jeden dzień.

Henna naznaczyła mnie na zawsze w jeden dzień.

– Chyba że? – Jedną rękę kładę na jej pośladku, by nie spadła z sofy.

Wytrzeszcza oczy. Tak, mam tu ciężki przypadek porannego drąga. To całkowicie jej wina, ale nie wytykam tego faktu, ona też tego nie robi.

– Chyba że będziesz miał mnie dosyć. Wiem, że prawdopodobnie musisz dziś pracować. Nie chcę cię zatrzymywać, tylko…

Uciszam ją pocałunkiem. Mruczy, wsuwając nogę między moje, co nie pomaga mi w opanowaniu tego, co dzieje się w moich spodniach.

– Kiedy wyjeżdżasz? – pytam, pozostawiając ją bez tchu.

– W poniedziałek.

– O której masz samolot? Podwieźć cię na lotnisko?

– Eee… – Przygryza dolną wargę. – Jasne. A kiedy ty musisz jechać?

Śmieję się.

– Mam tu samochód. Mój harmonogram jest elastyczny. O której lecisz?

– Dokąd jedziesz? – Po raz pierwszy pyta o coś, co mogłoby związać nas poza tym weekendem.

Po wspólnie spędzonej nocy chcę wiedzieć, gdzie mieszka, kto czeka na nią w domu oraz czy czuje taki sam ucisk w żołądku i klatce piersiowej jak ja, kiedy myśli o końcu naszego wspólnego czasu.

– Na wschód. – Przesuwam dłoń z jej pośladka na plecy, drugą rękę zaciskając na jej włosach, bym mógł ją porządnie wycałować. Kiedy puszczam Hennę, ta posyła mi coś na kształt uśmiechu – widzę w tym wiele odwagi. Rozpoznaję ją, ponieważ sam muszę mieć to samo wypisane na twarzy.

– Zjedzmy przed wyjściem. Jestem pewna, że na dole jest sporo żarcia.

– Śniadanie bogaczy? – pytam.

Marszczy na chwilę brwi.

– Tak. Chyba tak. – Odsuwa się, zdejmuje nogę i wstaje, po czym przeciąga się jak kot.

– Codziennie jesz śniadanie bogaczy? – Moja ciekawość została pobudzona.

Ziewa przeciągle, przechyla głowę na bok i lekko się krzywi.

– Owsianka z bananem i mlekiem migdałowym. Czy to śniadanie kogoś bogatego?

Siadam, też się przeciągając. Podoba mi się sposób, w jaki Henna wodzi wzrokiem po mojej nagiej piersi, rozchylając przy tym lekko usta.

– Nie. To chyba porządne śniadanie klasy średniej.

– Średnia jest pomiędzy. Średnia jest dobra, prawda?

– Nie ma w tobie nic średniego, Henno. – Wstaję i idę za nią do pokoju.

– Wezmę szybki prysznic, a mówiąc „szybki”, mam na myśli z godzinkę. Masz godzinę?

– Na prysznic z tobą? – Próbuję grać nonszalancję, choć jestem poważny.

Zbyt poważny.

Krew odpływa jej z twarzy.

– No, eee… – Wykręca palce, garbiąc się lekko.

– Żartuję.

Tak jakby.

Rozluźnia się, jej policzki znów są różowe.

– Moglibyśmy to zrobić. – Rozgląda się po pokoju, nim patrzy mi w oczy przez chwilę, ale zaraz znów ucieka spojrzeniem.

– Moje ubrania zostały w hotelu. Tam się wykąpię. Muszę jechać.

Wzdycha powoli, gdy sili się na uśmiech, w którym nie ma pewności siebie.

– Okej.

– Ale dzięki za propozycję. – Puszczam do niej oko.

Mocniej się rumieni, wygląda przy tym oszałamiająco.

– Myślałam, że w nocy będziemy uprawiać seks, ale tego nie zrobiliśmy. To nic, choć nie wiem, co dalej.

Czy nie korzystając z okazji, którą zaplanowała, wychodzę na największego kretyna na świecie? A może na dżentelmena? W głowie przeleciałem ją już na sto różnych sposobów, więc odsuwam od siebie etykietkę altruisty.

– A może zapiszesz mi numer do siebie i zadzwonię później? To byłoby dobre, nie uważasz?

Henna kiwa głową, obraca się i podchodzi do drzwi. Grzebie w torebce i wyjmuje komórkę. Razem z nią wypadają trzy prezerwatywy.

– O rety. – Szybko zgarnia je z podłogi i wciska do torebki. Nie reaguję, bo nie jestem pewien, jaka odpowiedź może być właściwa w takiej sytuacji. – Zostałam poczęta na Coachelli. – Podaje mi telefon z otwartymi kontaktami, żebym mógł zapisać swój numer.

Biorę komórkę i patrzę na dziewczynę wyczekująco, ale ona nie kwapi się z wyjaśnieniem.

– Przez poczęcie masz na myśli zapłodnienie, a nie pomysł posiadania potomstwa, prawda? – Oddaję jej telefon i podsuwam swój.

– Za sceną. Znam więcej szczegółów swojego poczęcia niż większość ludzi powinna wiedzieć w temacie początków swojego istnienia. – Wzrusza lekko ramionami. – Ale Juni jest moją przyjaciółką. Jest najfajniejszą mamą na świecie, a opowieść o tym, jak poznała tatę jest moją ulubioną historią wszech czasów.

Kiwam głową, gdy pochyla się nad ekranem mojej komórki.

– Dlaczego? – Biorę telefon, gdy mi go oddaje.

– Yin i Yang. Przeciwieństwa. Prawa wszechświata. – Uśmiecha się z satysfakcją. – Związek moich rodziców był tymczasowy. Ja zostałam na stałe. – Wyciąga ręce i przygląda się swoim tatuażom, jakby widziała je po raz pierwszy. – Mama miała tatuaże z henny na ciele, gdy poznała tatę. Barwnik ten jest intensywny przez kilka dni, po czym blednie. To piękna magia, która przemija. Rodzice mówią tak o swojej miłości. Szybko wzrosła do czegoś głębokiego i intensywnego, ale z czasem zanikła. Ich miłość, jak większość rzeczy w życiu, była tymczasowa.

– My również tacy jesteśmy.

Unosi wzrok, patrzy mi w oczy i kiwa głową.

– Nie przejmuj się. Wszystko takie jest, ale dziś… – Podchodzi, więc obejmuję ją, gdy mówi, patrząc na mnie z dołu: – …powinniśmy być najjaśniejsi, najintensywniejsi.

– Intensywni? – Jest we mnie jakiś niepokój – w biciu serca, przyspieszonym oddechu, mrowieniu palców, które pragną dotykać jej w nowych miejscach.

– Intensywni. – Staje na palcach, przyciąga mnie za szyję i przywiera do moich ust.

Nasz pocałunek staje się wymagający. Mruczy przy moich wargach, gdy przesuwam dłońmi po jej plecach na pośladki, chwytam je oburącz, aby ją do siebie przyciągnąć. Wbija mi paznokcie w kark, plecy, tors. Przepełniony desperacją, bo od miesięcy nie byłem intymnie z kobietą, opuszczam ręce i ją podnoszę.

– Bodhi. – Zdyszany głos Henny rozpala mnie, gdy jej usta pożerają moje.

Podchodzę do najbliższej ściany, aby moje mrowiące dłonie mogły zbadać resztę jej ciała. Kiedy jej plecy opierają się o stabilną powierzchnię, wydaje z siebie seksowny warkot i ociera się o mnie miednicą, przez co moja żołądź zostaje zakleszczona niewygodnie w jeansach.

– Henno… – Odsuwam się, by złapać oddech, ale chwyta mnie za włosy i przyciąga do kolejnego, oszałamiającego pocałunku. Kiedy mam ją przy ścianie, wsuwam prawą rękę pod jej krótką koszulkę i obejmuję pierś nieschowaną w biustonoszu. Jest cholernie idealna.

Dziewczyna krzyżuje nogi w kostkach za moimi plecami i ponownie się o mnie ociera. Jestem gotów umrzeć. Ściskam jej twardy sutek.

– Bodhi! – Opiera głowę o ścianę, gdy ssę i liżę jej szyję oraz nagie ramię. – Gumki… Mam sporo gumek…

– Widziałem. – Uśmiechając się przy jej wrażliwym ciele, mocniej się do niej przyciskam, przenosząc rękę na jej drugą pierś.

Wygina się ku mnie, szarpie mnie za włosy, zachęcając do dalszych igraszek.

Zabawne, w jaki sposób mój umysł przeszedł od wyrzutów sumienia wywołanych jej wiekiem do wytężonego wysiłku, aby usprawiedliwić wszystko, co chcę zrobić z nią w tym momencie. Jest dorosła. Wystarczająco dorosła.

I ma prezerwatywy.

Sporo.

Potrzeba mi tylko jednej, a jeśli nie przestanie wydawać tych cichych dźwięków, ocierając się przy tym o mojego fiuta, nie będę potrzebował ich wcale.

Dziewczyna sprawia, że miękną mi kolana, więc staram się, by jej nie upuścić. Układam ją na podłodze. Wielkie łóżko, sofa na balkonie, nawet szezlong w kącie są za daleko, gdy desperacko się nią naćpałem, więc jestem w stanie dotrzeć jedynie tutaj.

Układam się pomiędzy jej nogami i jedną ręką odsuwam materiał jej koszulki nad piersi, drugą podtrzymując się, by jej nie przygnieść.

– Jesteś cholernie piękna. – Spoglądam w jej niebieskie oczy.

Zwilża koniuszkiem języka nabrzmiałe wargi. Pragnę, by mnie smakowała. Ocieram się o nią biodrami.

Kurwa… muszę się w niej znaleźć.

– Zdejmij… – Przełyka z trudem ślinę, widzę jej rozpalone policzki. – Zdejmij mi spodenki, Bodhi.

Poświęcam chwilę na zrozumienie tych słów, po czym schodzę niżej. Biorę w usta jej sutek, okrążając go powoli językiem, liżąc kilkakrotnie i mocno ssąc.

– Jezu, Bodhi! – Wygina plecy, wbija mi palce w łopatki i ramiona.

Postępuję identycznie z drugą piersią, aż Henna wije się i piszczy pode mną, gdy przenoszę się niżej, końcówką języka pieszcząc pępek, śledząc wzory z henny prowadzące mnie w dół. Ręce dziewczyny wracają na moją głowę, a gdy chwyta mnie za włosy, jej bransoletki brzęczą.

Biorę w zęby materiał jej spodenek i ciągnę, aż puszcza guzik.

– Jak smakujesz, Henno? – Liżę jej delikatną skórę tuż nad linią majtek w kropki.

Słyszę jej ciężki oddech, gdy unosi biodra. Przeciągam nosem wzdłuż jej spodenek, torturując tym zarówno siebie, jak i ją, choć strasznie mi się to podoba. Boże… nie chcę przerywać.

– Henno? Seksowny przyjacielu Henny? Śniadanie! – woła Lauren, stojąc gdzieś niedaleko drzwi, które z pewnością nie są zamknięte.

Zamieram.

– Za chwilę – odpowiada Henna głosem tak osłabionym od żądzy, że nie ma mowy, by kobieta ją usłyszała. – Nie przerywaj.

Krzywię się, gdy ciągnie mnie za włosy, próbując wcisnąć sobie moją głowę między uda. Unosi miednicę nieco wyżej.

Pragnę kontynuować – tak bardzo, że aż bolą mnie newralgiczne miejsca. Chcę spojrzeć na zegarek, ale nie mam go na nadgarstku, bo mi go wczoraj zwędziła. Przypominam sobie, że zapewne nie mam czasu na śniadanie, a jeśli nie wrócę do hotelu, nie będę mieć go również na prysznic i przebranie się w czyste, pozbawione plam od ketchupu, ciuchy.

Ale… zostały mi tylko dwa dni z Henną.

– Bodhi, proszę.

Zamykam oczy, jedną ręką chwytam ją za tyłek i trzymam przy sobie, ustami muskając czułą skórę na jej udzie, drażniąc się z nią, gdy wije się i jęczy, unosząc biodra jeszcze wyżej. Jej desperacja jest nawet większa niż moja.

– Miseczki açaí, świeże owoce i rogaliki. – Słowa Lauren padają z większej odległości, ale i tak tłumią moje pragnienie.

Odsuwam się od Henny.

– Nie! Boże, nie! – Siada, a nieujarzmione włosy rozsypują się wokół niej. Koszulka opada na piersi, gdy chwyta mnie za twarz i wkłada mi język do ust.

Taco nie jest życiem; jest nim ta dziewczyna.