Międzynarodowy Dzień Mafii - Marcin Brzostowski - ebook
Opis

Międzynarodowy Dzień Mafii” – to powieść (kryminał), której główny bohater, inspektor Franco Fog, znany z powieści „Zemsta kobiet”, ma za zadanie rozwiązać zagadkę dotyczącą tajemniczej śmierci gangstera, Szkarłatnego. W trakcie prowadzonego śledztwa wychodzi na jaw, że śmierć mafiosa to dopiero początek całej fali nieoczekiwanych zgonów spośród przedstawicieli przestępczego światka. Kiedy sprawa zostaje niemal rozwiązana, pan inspektor przekonuje się, że został wplątany w potężny spisek kobiet, głównie żon gangsterów, które zamierzają przejąć władzę od swoich mężów i nie tylko. Czym skończy się dla Franco Foga spotkanie z żądnymi władzy paniami, niech przekona się sam Czytelnik.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 138

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Marcin Brzostowski

Międzynarodowy Dzień Mafii

© Copyright by

Marcin Brzostowski & e-bookowo

projekt, grafika - Michał Olejarski

korekta - Zuzanna Błońska

ISBN e-book 978-83-8166-004-4

ISBN druk 978-83-8166-005-1

Wydawca: Wydawnictwo internetowe e-bookowo

www.e-bookowo.pl

Kontakt: [email protected]

Wszelkie podobieństwo bohaterów tej książki

do jakichkolwiek osób jest przypadkowe

i niezamierzone przez autora

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości

bez zgody wydawcy zabronione

Wydanie I 2019

Konwersja do epub i mobi A3M Agencja Internetowa

Mieszkanie Małej Sylwii,piątek, godzina 22.00

Dźwięk dzwonka wyrwał Małą Sylwię z chwilowego letargu. Dziewczyna podniosła się z kanapy, poprawiła odruchowo włosy i ruszyła w stronę drzwi. Bez zbędnych ceregieli otworzyła je, zaprosiła do środka doktora Marchwickiego i patrząc mu prosto w oczy, powiedziała:

– Dziękuję, doktorze, że pan przyszedł.

– Nie ma sprawy – odpowiedział lekarz. – Przecież to mój obowiązek.

– Niby tak, ale chyba nie o tej porze.

– Wręcz przeciwnie, młoda damo. Właśnie zaczyna się weekend, a to już od lat najgorętszy dla mnie okres.

– Nie bardzo rozumiem, panie doktorze.

– W ciągu tygodnia – psychiatra wziął głębszy oddech – mam do czynienia głównie z reprezentantami białych kołnierzyków, natomiast od piątku do niedzieli moimi pacjentami są zazwyczaj celebryci. I to z najwyższej półki!

– Naprawdę? – Mała Sylwia zrobiła wielkie oczy.

– Dokładnie. Właśnie wracam od pewnej piosenkarki, która przeraziła się tym, że będzie musiała zaśpiewać koncert na żywo, zamknęła się na tarasie i zagroziła, że wyskoczy.

– I wyskoczyła?

– Nie. Ona tak straszy wszystkich już od lat, ale jeszcze nigdy nie zrobiła sobie krzywdy.

– Czy to jest normalne, panie doktorze?

– Raczej nie. Zwłaszcza że ona mieszka w willi na Żoliborzu, a z tego tarasu wychodzi się wprost do ogrodu.

– Rozumiem. A która to piosenkarka?

– Niestety, nie mogę powiedzieć.

– Wiem, wiem, tajemnica lekarska.

– Otóż to, młoda damo!

– A mogę ją znać, panie doktorze?

– Z pewnością. Jej piosenki śpiewa cała Polska.

– To niech pan zanuci którąś z nich.

– Którą?

– Może największy przebój?

– W porządku. To chyba mogę zrobić!

Wyraźnie pobudzony psychiatra położył torbę lekarską na podłodze, złapał się pod boki i naśladując operowe gwiazdy, wyrzucił z siebie kilka dźwięków w bliżej nieokreślonej tonacji:

– Tra, la, la. La, la. Lo, li!

– Wiem! – krzyknęła Mała Sylwia. – To jest „Widziałam orła cień”!

– Nie, młoda damo. Posłuchaj uważnie.

– Tak jest, panie doktorze.

– Tra, la, la. La, la. Lo, li, li, lo!

– „Dmuchawce, latawce, wiatr” – wyrzuciła z siebie dziewczyna. – Na bank!

– Niestety nie. Kolejna skucha, panienko.

– Teraz mi się uda. – Mała Sylwia nie upadała na duchu. – Tylko niech pan śpiewa odrobinę wyraźniej.

– Też mi coś – oburzył się doktor Marchwicki. – Przecież moja dykcja jest bez zarzutu!

– W porządku, doktorze. Niech już pan śpiewa.

– A zatem… – Psychiatra skupił się ze wszystkich sił. – Tra, la, la. La, la. Lo, li, li, lo. La, lu, lu, la!

– Wiem! – Dziewczyna aż zapiała z radości. – „To nie ja byłam Ewą”! Zgadłam, doktorze, prawda?

– Niezupełnie, ale jest pani blisko.

– Ale czy to ta piosenkarka?

– Nie mogę aż tak podpowiadać, młoda damo. Proszę jednak zwrócić uwagę na ostatnie „lu, la!”, z naciskiem na „la!”.

– W takim razie – Mała Sylwia zacisnęła dłonie w piąstki – to jest „To nie ja byłam Ewą”, tylko w zmiksowanej wersji i zaśpiewane od tyłu do początku!

– Czy jest pani pewna?

– Tak.

– Jak bardzo?

– Na sto procent!

– A zatem – doktor Marchwicki chwycił dziewczynę w ramiona – zgadła pani. Brawo, brawo, brawo. Bravissimo!

Uszczęśliwiona gospodyni wyrwała się po chwili z żelaznego uścisku lekarza i nucąc pod nosem przebojowe „Tra, la, la. La, la. Lo, li, li, lo. La, lu, lu, la!”, wprowadziła go do przestronnego salonu. Dopiero tu doktor Marchwicki dostrzegł mężczyznę siedzącego przy stole i natychmiast zrozumiał, że to właśnie do niego został wezwany. Chcąc zachować powagę przynależną wykonywanej od lat profesji, uzbroił się w niezwykle powściągliwy, acz przyjazny wyraz twarzy, po czym zbliżył się do potencjalnego pacjenta. Zanim zdołał się upewnić, że nieznajomy potrzebuje jego fachowej pomocy, usłyszał pod swoim adresem:

– Dobry wieczór, doktorze. Nazywam się Franco Fog i jestem inspektorem policji. A moim problemem jest to – mężczyzna wyjął pistolet z kabury przypiętej do paska spodni – że nie piłem niczego sensownego od przeszło trzech dni. Czy jest pan w stanie to zrozumieć?

Zaskoczony psychiatra nieco się skulił i z duszą na ramieniu odpowiedział:

– Dobry wieczór, panie inspektorze. Ale czy mógłby pan trochę rozbudować swoją wypowiedź?

– To znaczy?

– Przede wszystkim chciałbym lepiej zrozumieć, co pan miał na myśli, mówiąc: „nie piłem niczego sensownego”.

Franco Fog przeszył lekarza przenikliwym spojrzeniem, po czym dał znak, aby ten usiadł naprzeciw niego. Dopiero gdy doktor Marchwicki spoczął na wyznaczonym krześle, Fog rzucił w jego stronę:

– Czy ja wyglądam na degenerata, który łoi wódę bez popitki?

– Ależ nie, panie inspektorze.

– Albo na kogoś, kto nie wie, do czego służy kieliszek?

– Nie chciałem pana urazić, panie inspektorze.

– A zatem proszę zapamiętać! – Franco Fog położył pistolet na stole. – Moje życie kręci się wokół whisky!

– Rozumiem – rzucił krótko psychiatra. – I pije pan tylko whisky?

– Tak.

– Żadnego wina ani koniaku?

– Nie.

– A może piwo?

– Okropieństwo.

– To może kieliszek szampana?

– Wyłącznie okazjonalnie.

– W takim razie… – Lekarz cmoknął z uznaniem. – Mam przyjemność rozmawiać z prawdziwym koneserem!

Inspektor zbył milczeniem komplement doktora Marchwickiego i jak gdyby nigdy nic zakręcił pistoletem. Jego walther PPK obrócił się kilkukrotnie wokół własnej osi i po krótkiej chwili zastygł w bezruchu z lufą wycelowaną wprost w Małą Sylwię, która siedziała na kanapie i przysłuchiwała się rozmowie. Nieprzyzwyczajony do widoku broni psychiatra przełknął głośno ślinę i gwałtownie zapytał:

– Na czym polega pana problem, inspektorze?

– Już mówiłem.

– Przecież teoretycznie może pan go rozwiązać w ciągu kilku sekund.

– To znaczy?

– Wystarczy, że sięgnie pan po którąś z tych butelek i będzie po sprawie. – Wskazał ręką na doskonale wyposażony barek stojący w rogu salonu.

– Nie mogę tego zrobić.

– Dlaczego?

– Bo kilka dni temu uświadomiłem sobie, że jestem alkoholikiem!

– Rozumiem. A często pan pije?

– Cały czas.

– Nawet w pracy?

– Przede wszystkim w pracy. W mojej robocie abstynent nie ma żadnych szans.

– Czy dużo pan pije?

– Doktorze, nie jestem aptekarzem.

– Od jak dawna pan pije?

– Nie pamiętam.

– To proszę przypomnieć sobie dzień, w którym był pan absolutnie trzeźwy.

– Niech pomyślę… – Franco Fog zaczął się drapać po głowie. – To było – cedził słowo za słowem – gdy szedłem do pierwszej komunii.

– Słucham? – Lekarza zamurowało.

– Tak. To było wtedy.

Doktor Marchwicki próbował zachować kamienny wyraz twarzy.

– A zatem faktycznie ma pan problem. Tylko jak to się stało, że w końcu pan go dostrzegł?

Wywołany do tablicy inspektor zrobił kwaśną minę, po czym zniżył ton głosu i oświadczył:

– To wszystko przez te pisma dla bab.

– Przepraszam, ale co pan ma na myśli?

– Kilka dni temu wziąłem do ręki taki magazyn i znalazłem test z pytaniami.

– Na temat alkoholizmu?

– Dokładnie.

– I co panu wyszło z tego testu?

– Nie chce pan wiedzieć.

– Proszę, niech pan powie.

– Nieważne. – Franco Fog uciął temat. – Natomiast istotne jest to, że od tamtej chwili bronię się jak lew, aby nie wypić nawet kropli.

– Doskonale, panie inspektorze. I jak panu idzie?

– Na razie nie mam z tym problemu, ale jestem totalnie rozdarty.

– Jak mam to rozumieć, panie inspektorze?

– Bo z jednej strony chciałbym być trzeźwy jak dziecko, ale z drugiej życie bez whisky jest nie do przyjęcia!

– Co pan ma na myśli, inspektorze?

– Brak w nim kolorów, ludzie wydają się nijacy, a kobiety nie są już tak czułe i piękne. Czy mam mówić dalej?

– Wystarczy, panie inspektorze. Doskonale pana rozumiem.

– Poza tym… – Pan inspektor chwycił za broń. – Na trzeźwo nie potrafię trafić nawet w słonia!

Przerażony psychiatra wstrzymał oddech, lecz zamiast świstu kul przelatujących wokół jego głowy, usłyszał Małą Sylwię, która z przejęciem w głosie powiedziała:

– Panie doktorze, czy mógłby pan pomóc Franco? Już nie mogę patrzeć na to, jak on się męczy.

– No cóż – westchnął lekarz. – To nie jest takie proste.

– Wręcz przeciwnie, panie doktorze. Przecież mówiłam mu już ze sto razy, że jest słodki i cudowny. I kocham go razem z tą jego whisky!

– Naprawdę?

– Tak. Czy mógłby go pan przekonać, aby zwyczajnie zaakceptował fakt, że jest alkoholikiem?

– Słucham? – Doktor Marchwicki wybałuszył oczy. – Mam go do tego przekonać?

– Oczywiście, panie doktorze. Przecież pan także ma swoje słabostki, a jednak nie zwracam na nie uwagi i szanuję pana!

Psychiatra przyjrzał się uważnie dziewczynie i natychmiast zrozumiał, że również i on nie jest wolny od używek oraz że jego stylowi życia można by niejedno zarzucić. Doskonale wiedział o tym, że wciąganie kolejnych ścieżek białego proszku nie każdemu wyda się akceptowalnym antidotum na zło tego świata, a spędzanie upojnych chwil z podopiecznymi Małej Sylwii nie przyniesie mu chluby w oczach tak zwanych porządnych obywateli. Po chwili przetrawił w sobie tę prostą konstatację i z marsową miną oświadczył:

– No cóż, z własnego doświadczenia wiem, że abstynencja jest mocno przereklamowana. Ponadto istnieją jednostki, które nie są w stanie tak do końca przystosować się do społeczeństwa oraz do jego surowych norm. Poza tym – westchnął niczym stary filozof nad grobem – co to jest normalność?

– No właśnie! – Mała Sylwia klasnęła w dłonie. – Czy po prostu nie powinniśmy zaakceptować siebie takimi, jakimi jesteśmy?

– Zdecydowanie tak – potwierdził lekarz. – Dlatego… – Przyjrzał się zdezorientowanemu pacjentowi. – Dlatego niczego panu nie przepisuję i niech pan pije dalej. Z czystym sumieniem!

– Poważnie? – wydusił z siebie Franco Fog.

– Oczywiście, panie inspektorze. Tylko niech pan nie rozpowiada na mieście o szczegółach naszej terapii!

Zbity z tropu inspektor zerwał się na równe nogi, schował pistolet do kabury, po czym zbliżył się do rozmówcy. Nachylił się nad nim i zapytał ściszonym głosem:

– Czy mogę panu zaufać?

– Oczywiście, panie inspektorze.

– To dobrze. Bo z tą piosenką – puścił do niego oko – to trochę pan ściemnił.

– Nie rozumiem, panie inspektorze.

– Przecież to nie było „To nie ja byłam Ewą”.

– Faktycznie, nie było.

– To dlaczego pan powiedział, że było?

– Chciałem zrobić przyjemność pana narzeczonej. Poza tym… – Psychiatra machnął niedbale ręką. – Sam pan wie, że jestem związany tajemnicą lekarską i nie mogę mówić o wszystkim ze szczegółami.

– Rozumiem i doceniam to.

– Czy coś się stało, panie inspektorze?

– Ależ nie. Tylko wiem, co to za piosenka.

– Naprawdę?

– To było „Słodkiego, miłego życia”.

– Niestety nie.

– Jestem pewien na sto procent!

– Nic z tego, panie inspektorze.

– Dlaczego?

– Bo tę piosenkę śpiewa kobieta.

– Naprawdę?

– Zdecydowanie. Zresztą to nie była jej najlepsza wersja!

Podniesiony na duchu psychiatra wstał po chwili od stołu, sięgnął po torbę lekarską i nie oglądając się już za siebie, ruszył w stronę drzwi. Jak cień podążyła za nim Mała Sylwia, która chciała mu podziękować oraz uregulować należność za wizytę. Kiedy się do niego zbliżyła, uraczyła go jednym ze swoich zapierających dech w piersiach uśmiechów i powiedziała:

– Dziękuję, doktorze. Uratował mi pan życie.

– Bez przesady, młoda damo. To dla mnie przyjemność.

Mała Sylwia sięgnęła dłonią do kieszeni szlafroka.

– Jeszcze raz dziękuję. A ile jestem panu winna za wizytę?

– W tej chwili nic – odpowiedział psychiatra. – Jeśli pani wie, co mam na myśli?

– To znaczy?

Lekarz zrewanżował się równie zalotnym uśmiechem.

– Chodzi mi o to, że chciałbym odebrać należność w naturze.

– Rozumiem. A o którą dziewczynę panu chodzi?

– Szczerze mówiąc, to szaleję za Bereniką Oktawią!

– Doskonały wybór, panie doktorze.

– Wiem o tym, młoda damo. Wiem o tym doskonale!

– Proszę zatem zadzwonić do motelu i umówić się na spotkanie. – Podała mu dłoń na pożegnanie. – A wszelkie koszty biorę na siebie.

Doktor Marchwicki ucałował dłoń dziewczyny, po czym wyszedł na korytarz i zapalił światło. Czekając na windę, zaczął snuć plany dotyczące rychłego spotkania z Bereniką Oktawią. Po chwili znalazł się na ulicy, wsiadł do nowiutkiego volvo i odczytał z listy adres oraz nazwisko kolejnego pacjenta. Zanim ruszył, wciągnął niewielką kreseczkę białego proszku, po czym szczęśliwy i wyluzowany wtopił się w gorącą, czerwcową noc.

Gabinet Komendanta Głównego Policji,piątek, godzina 23.30

Po wyjściu lekarza Franco Fog skierował kroki w stronę barku i nie zastanawiając się długo, sięgnął po jedną ze stojących tam butelek. Jego wybór padł na whisky Johnnie Walker w wersji black, która była, jak wszyscy wtajemniczeni doskonale wiedzą, ulubionym trunkiem sir Winstona Churchilla oraz kilku innych ważnych dla ludzkości mężczyzn.

Ze szklaneczką w dłoni otworzył drzwi na taras, po czym zrobił kilka kroków w kierunku metalowej barierki. Oparł się o nią i nagle zrozumiał, że ma w Małej Sylwii oddaną przyjaciółkę, która przejmuje się nim oraz po raz kolejny ratuje go z opresji. Ciesząc się w duchu, że los postawił ją na jego drodze życia, upił solidny łyk whisky i sięgnął po paczkę cameli. Kiedy wyjął papierosa i wsadził go do ust, na progu tarasu pojawiła się Mała Sylwia, która w międzyczasie zamieniła szlafrok na klasyczną, wieczorową sukienkę. Po chwili podeszła do inspektora i bez słowa wyciągnęła w jego stronę zapalniczkę. Srebrne Zippo wystrzeliło jaskrawym płomieniem, który na moment oświetlił taras oraz urokliwą twarz dziewczyny. Zanim Mała Sylwia zgasiła ogień, Franco Fog zdążył przypalić camela, puścił kilka kółek z papierosowego dymu i bez owijania w bawełnę powiedział:

– Dziękuję, pchełko, że mi pomogłaś.

– Nie ma sprawy, Franco. Przecież jesteśmy przyjaciółmi.

– To prawda. I chyba nie tylko…

– Mam nadzieję, Franco – odparła dziewczyna. – Mam taką nadzieję.

Inspektor wypuścił z płuc kolejny kłąb dymu, po czym zbliżył się do Małej Sylwii i obejmując ją jedną ręką w talii, oświadczył:

– Jesteś najpiękniejszą i najmądrzejszą kobietą, jaką znam, ale wiem, że nie możemy być razem.

– Dlaczego? – zareagowała natychmiast dziewczyna.

– Nie oszukujmy się, pchełko. Przecież jestem alkoholikiem.

– I co z tego? Znasz moje zdanie na ten temat.

– Poza tym jestem dla ciebie za stary.

– A ile ty masz lat, mądralo? Sto pięćdziesiąt?

– Mam już prawie pięć dych, moja droga. Zbliża się czas, gdy będę musiał pomyśleć o emeryturze.

– Ty i emerytura?

– Niestety tak.

– Dlaczego?

– W policji jest już kilku młodych, którzy całkiem nieźle główkują i coraz szybciej pociągają za spust.

– Szybciej od ciebie?

– Takich to jeszcze nie ma. Ale trzeba wiedzieć, kiedy zejść ze sceny niepokonanym.

Mała Sylwia przetrawiła szybko w myślach wiadomość o emeryturze i w myśl zasady, aby kuć żelazo, póki gorące, postanowiła dowiedzieć się czegoś więcej na ten temat. Doskonale wiedziała, że podobna okazja może się szybko nie trafić, a już od jakiegoś czasu wyczekiwała na ten moment oraz snuła dalekosiężne plany co do wspólnej przyszłości. Na początek, zgodnie z jej oczekiwaniami, miała zostać żoną inspektora, a później, już jako para, mielić wieść szczęśliwe i dostatnie życie na łonie natury. W jej marzeniach nie zabrakło także dwójki prześlicznych dzieci, psa, królika, świnki morskiej oraz dostojnego pawia, który przechadzałby się dumnie po ich podmiejskiej rezydencji. Pragnąc tego wszystkiego, a może i więcej, pocałowała Foga w policzek i tuląc się do niego jak do pluszowego misia, zapytała:

– Nie jesteś głodny, Franco?

– Jestem.

– To może porozmawiamy o twojej emeryturze przy kolacji?

– Doskonały pomysł. A masz coś w lodówce?

– Oczywiście, Franco.

– Pewnie same mrożonki?

– Nie żartuj.

– W takim razie, co?

– A na co masz ochotę?

– Czy ja wiem… – Inspektor zaciągnął się camelem, po czym wystrzelił końcówkę papierosa w ciemność. – Nie mam zielonego pojęcia.

– A co powiesz na schabowego?

– Słucham?

– Schabowego z kapustą oraz podsmażane ziemniaczki.

– Naprawdę?

– Tak, Franco. A do tego jeszcze kompocik z twoich ulubionych śliwek węgierek!

Uszczęśliwiony Franco Fog pocałował dziewczynę prosto w usta, po czym objęci i roześmiani ruszyli w stronę salonu. Kiedy przekroczyli jego próg, Mała Sylwia czmychnęła do kuchni, natomiast inspektor zasiadł na kanapie. Po chwili włączył telewizor i zaczął przerzucać kanały. Nie miał ochoty na ogłupiające spektakle rozrywkowe albo seriale o miłości, dlatego skupił uwagę na programie informacyjnym. Ze względu na porę nie spodziewał się usłyszeć niczego istotnego, ale z dwojga złego wolał już suchy dziennikarski przekaz od zwykłej błazenady, która w jego mniemaniu maltretowała szare komórki normalnego człowieka. Ponadto, co dla niego niezwykle istotne, była niegodna prawdziwego mężczyzny.

Franco Fog wysłuchał skrótu wiadomości i gdy myślał, że dowie się czegoś na temat wydarzeń sportowych, telewizyjna dziennikarka przekazała najświeższe doniesienie o niespodziewanym samobójstwie Antonia Giacommellego, będącego jedną z najwyżej postawionych osób w hierarchii sycylijskiej mafii. Wiadomość o śmierci mafiosa nie wzbudziła zainteresowania inspektora, który poczuł w nozdrzach woń odgrzewanej kapusty, a następnie wysłuchał marsza w wykonaniu swoich własnych kiszek. Żywiąc nadzieję, że za moment przystąpi do konsumpcji ulubionego dania, wyłączył telewizor i zajął się kontemplowaniem kuchennych zapachów. Kiedy zobaczył w drzwiach salonu Małą Sylwię, która dzierżyła w dłoniach parujący talerz, jęknął z rozkoszy, po czym usłyszał natarczywy dźwięk służbowej komórki. Natychmiast zrozumiał, że to wiadomość z najwyższego szczebla i chcąc nie chcąc, rzucił okiem na esemesa o następującej treści: „Boliwijskie lasy już niedługo zapłoną niczym Rzym Nerona. Murzynek Bambo był Afroamerykaninem”. Kiedy odczytał zaszyfrowaną wiadomość, podniósł się z kanapy i niemal płaczliwym głosem obwieścił:

– Wybacz, pchełko, ale muszę się zbierać.

– Słucham? – wypaliła dziewczyna. – A co z kolacją?

– Kolacja musi zaczekać.

– A co ze mną, panie inspektorze? I z naszą rozmową?

– No cóż… – Franco Fog przyjrzał się uważnie Małej Sylwii. – Służba nie drużba. Porozmawiamy o wszystkim jutro rano.

– Jutro rano to ja będę smacznie spać, panie inspektorze.

– Ale się w końcu obudzisz.

– Może tak, a może nie.

– Pchełko, nie bądź złośnicą. – Inspektor puścił do dziewczyny oko. – Przecież wiesz, że muszę.

Mała Sylwia policzyła w myślach do jednego, po czym postanowiła spuścić z tonu i nie zawracać sobie głowy sprawami, na które i tak nie miała najmniejszego wpływu. Po chwili odłożyła talerz na blat stołu, podeszła do inspektora i patrząc mu prosto w oczy, powiedziała:

– Tylko nie zapomnij, że czekam tu na ciebie, Franco.

– Oczywiście, pchełko. Nie zapomnę.

Inspektor zrewanżował się dziewczynie gorącym pocałunkiem i pozostawiwszy ją bez tchu, ruszył w stronę drzwi. Zanim wyszedł, posłał jej jeszcze w powietrzu buziaczka i dopiero wtedy zniknął jej z oczu. Złapał windę i po krótkiej chwili znalazł się na ulicy. Odszukał wzrokiem swojego mustanga, zbliżył się do niego i bez zbędnych ceregieli wyruszył na wyznaczone spotkanie. Korzystając z okazji, że ruch uliczny o tej porze nie był zbyt wielki, docisnął pedał gazu niemal do końca i pognał przed siebie na złamanie karku. Po kilkunastu minutach ryzykownej szarży przejechał przez bramę Komendy Głównej Policji, zaparkował gablotę obok prywatnego czołgu generała Baryły i krok za krokiem zaczął się wspinać po marmurowych schodach. Kiedy poczuł, że wali mu serce, przystanął przed właściwymi drzwiami i zapukał. Natychmiast usłyszał słodko brzmiące słowo „wejść”, dlatego skorzystał skwapliwie z zaproszenia i sforsował przeszkodę. Po chwili stanął w sekretariacie i zaczął odpierać bezpardonowe ataki przeciwnika, którym okazała się być Pierwsza Wicemiss Policji z ubiegłego roku, a obecnie sekretarka pana komendanta. Sierżant Nowicka zlustrowała go od góry do dołu i siląc się na nonszalancki ton głosu, zapytała:

– Witaj, Franco. A co ty tutaj robisz?

– Witaj, Saro – odpowiedział Franco Fog. – Chyba to samo, co ty.

– Ja mam służbę! – wypaliła dziewczyna. – Czego z pewnością nie można powiedzieć o tobie.

– Dlaczego? – zdziwił się inspektor.

– Jeszcze się pytasz? Zaraz ci pokażę!

Sierżant Nowicka podniosła się zza biurka i w ekspresowym tempie podeszła do Foga. Chwyciła włos, który spoczywał na klapie jego marynarki i wymachując mu nim przed oczami, rzuciła bez pardonu:

– Jakiego koloru jest ten włos?

– Chyba rudego – odpowiedział inspektor.

– On na pewno jest rudy!

– I co z tego?

– A jakiego koloru włosy miała twoja ostatnia zdobycz?

– Zdobycz? – Franco Fog o mało nie parsknął śmiechem.

– Cisza! Odpowiadać!

– Muszę pomyśleć.

– To myśl!

– Wydaje mi się… – Inspektor próbował zachować powagę. – Wydaje mi się, że blond.

– Oczywiście, że blond! Myślisz, że o tym nie wiem?

– Ale o co chodzi?

– Nie udawaj niewiniątka, Fog! Bo coś mi obiecałeś!

– Ja?

– Tak, ty! Ale skoro masz problemy z pamięcią, chętnie ci przypomnę!

– O czym?

Sara Nowicka złapała inspektora za krawat.

– A o tym, że to ja miałam zająć miejsce blondynki, a nie jakaś ruda wywłoka!

– Słucham?

– To mnie miałeś zapraszać na kolacje, do kina albo na tańce.

– Naprawdę?

– Tak. Ty podrywaczu spod ciemnej gwiazdy!

Zaskoczony Franco Fog przyjrzał się szatynce, po czym próbował sobie przypomnieć, w jakich okolicznościach mógł jej złożyć podobną obietnicę. Przez jego głowę przeleciały dłuższe lub krótsze urywki pracowniczych imprez, ale nie zdołał przywołać sceny, która potwierdzałaby zeznania dziewczyny. Po chwili stwierdził, że pani sierżant musiała paść ofiarą jakiegoś mało wyszukanego żartu, co w połączeniu z nadmiarem wypitego alkoholu stawiało go w bardzo niekorzystnym świetle. Biorąc to pod uwagę, postanowił iść w zaparte i niczego nie odwoływać. Dlatego uwolnił krawat z rąk szatynki, przybrał zasadniczy wyraz twarzy i przeszedł do kontrataku:

– Jest mi przykro, Saro, że tak o mnie myślisz.

– Słucham?

– Pamiętam każde słowo i niczego nie odwołuję.

– A ten rudy włos to co?

– Jestem pewien, że nie chcesz wiedzieć, do kogo należy.

– Ależ chcę! I to bardzo!

Inspektor spoważniał jeszcze bardziej.

– W takim razie – zaczął –musisz mieć świadomość tego, że to jest włos topielicy.

– Że co?

– Właśnie wracam z prosektorium, gdzie musiałem dokonać oględzin zwłok tej biednej dziewczyny.

– Poważnie?

– Tak. I nie chcę więcej o tym mówić.

Sierżant Nowicka zastygła w bezruchu i przez długą chwilę nie potrafiła wyrzucić z siebie choćby słowa. Kiedy dotarł do niej sens złożonego przez Franco Foga wyjaśnienia, zrobiło się jej głupio i nie chcąc wyjść na ignorantkę, oświadczyła:

– Przepraszam, Franco, że tak na ciebie napadłam.

– Nie ma sprawy, Saro.

– Nie gniewasz się na mnie?

– Oczywiście, że nie.

– Czyli że wszystko jest OK?

– Jak najbardziej, Saro. Wszystko jest w jak najlepszym porządku.

Sara Nowicka, zadowolona z takiego obrotu sprawy, obdarowała siwego już na skroniach Foga gorącym uśmiechem i w końcu zaanonsowała jego przybycie przełożonemu. Inspektor zrewanżował się jej skinieniem głowy, po czym wszedł do gabinetu dowódcy. Zasalutował do pustej głowy i wyrzucił z siebie to, co zwykle:

– Panie generale! Inspektor Franco Fog na posterunku!

Generał Baryła podniósł wzrok znad sterty dokumentów i dał znak podwładnemu, aby ten usiadł po przeciwległej stronie wielkiego biurka. Po chwili zamknął akta spraw, które czekały cierpliwie na swój szczęśliwy finał i odpowiedział:

– Witaj, Franco. Co słychać?

– Wszystko dobrze, panie generale.

– To znaczy?

– Ujęliśmy już tego porywacza z Płońska, a ponadto rozbiliśmy w puch szajkę Tajfuna.

– Zgarnęliście wszystkich jego ludzi?

– Oczywiście, panie generale.

– Doskonale!

– W tej chwili mamy święty spokój.

– Nie żartuj, Franco. Przecież w naszej robocie nie ma czegoś takiego.

– Co pan ma na myśli, panie generale?

– Widzisz, Franco… – Komendant Główny Policji sięgnął po papierosa. – Dostałem dzisiaj cynk z Rzymu, że zaczyna się dziać coś podejrzanego.

– Jak mam to rozumieć, panie generale?

– Chodzi o to, że jutro świat przestępczy będzie obchodził Międzynarodowy Dzień Mafii, a dzisiaj na Sycylii już dwóch mafiosów strzeliło sobie w łeb.

– Faktycznie, coś o tym słyszałem.

– Podobne incydenty miały także miejsce w Stanach Zjednoczonych oraz w Japonii.

Franco Fog wyjął z paczki camela.

– Czyli robi się nieciekawie.

– Otóż to, Franco. O to mi właśnie chodzi!

– A u nas spokój czy zadziałała globalizacja?

– Niestety przed godziną znaleziono zwłoki Szkarłatnego.

– Słucham? – Inspektor zaczął kruszyć w dłoni niezapalonego camela. – Przecież to gruba ryba!

– No właśnie. Dlatego musisz szybko sprawdzić, co się stało.

– Tak jest, panie generale.

– Mam nadzieję, że to nie jest epidemia!

– Tak jest!

– A tak w ogóle… – Generał Baryła zaciągnął się papierosem. – Co tam słychać u mojego chrześniaka?

– Z Luigim wszystko w porządku, panie generale.

– To znaczy?

– Pije, pali i ugania się za spódniczkami.

– Prawdziwy zuch. Dobrze to słyszeć!

– A jak tam zdrowie szanownej małżonki, panie generale?

– Dziękuję, wszystko na medal. To znaczy siedzi w domu i rozwiązuje krzyżówki.

– Cieszę się, panie generale.

– A z kim ty się ostatnio prowadzasz, Franco, co?

– Jak zwykle z przestępcami, panie generale.

– A co to za ruda piękność, o której huczy pół stolicy?

– Znajoma, panie generale.

– Ja już znam te twoje znajome, Franco. Ustatkowałbyś się wreszcie jak człowiek!

– Ja?

– Tak, ty. – Komendant Główny Policji zgasił papierosa. – A na razie ustal szybko, co się stało z panem Szkarłatnym.

– Tak jest, panie generale!

Z tonu głosu przełożonego Franco Fog odczytał, że nadszedł czas, aby zabrać się za robotę. Podniósł się z fotela, zasalutował i ruszył w stronę drzwi. Po chwili znalazł się w sekretariacie i nie zwracając uwagi na umizgi sierżant Nowickiej, wyszedł na korytarz. Dopiero tu zdał sobie sprawę z tego, że rozwiązanie sprawy Szkarłatnego nie musi być takie proste, i pełen złych przeczuć wystartował ku nowemu wyzwaniu.