Między występkiem a miłością - Mary Balogh - ebook

Między występkiem a miłością ebook

Mary Balogh

5,0

Opis

 

Lordowi Rannulfowi nie można się oprzeć. Judith, która znalazła się w opałach, widzi w nim również wybawcę i bohatera. Ukrywając swe prawdziwe imię, nagradza go nocą namiętności i uniesień.

I znika, pewna, że się już nigdy nie spotkają. Jakaż więc jest przerażona, gdy los znów krzyżuje ich ścieżki. I gdy dowiaduje się, kim jest przystojny nieznajomy…

 

Cykl: Bedwynowie, t. 4

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.

Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.

 

Książka dostępna w zasobach:

Książnica Stargardzka

Miejska Biblioteka Publiczna im. Adama Próchnika w Piotrkowie Trybunalskim

Miejska Biblioteka Publiczna w Mszanie Dolnej

Powiatowa i Gminna Biblioteka Publiczna w Jerzmanowicach

Miejska Biblioteka Publiczna im. Adama Asnyka w Kaliszu (3)

Miejska Biblioteka Publiczna im. Jana Pawła II w Opolu (4)

Miejska Biblioteka Publiczna im. Zofii Urbanowskiej w Koninie (4)

Biblioteka Publiczna im. H. Święcickiego w Śremie

Biblioteka Publiczna w Piasecznie

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 432

Rok wydania: 2009

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



 

 

Romans Historyczny

W serii pojawią się m.in. :

 

Mary Balogh

 

„Między występkiem a miłością”„Miłosny skandal”„Złodziej marzeń”

„Pojedynek”

 

Adrienne Basso

 

„Poślubić wicehrabiego”„Skazany na miłość”

„Uwieść aroganta”

„Zakład o miłość”

 

Connie Brockway

 

„Bal maskowy”

 

Meagan McKinney

 

„Księżycowa Dama”„Lodowa panna”„Łowcy fortun”„Niegodziwa czarodziejka”

„Uzurpator”

„Zamek na wrzosowisku”

 

Amanda Quick

 

„Czekaj do północy”„Fascynacja”

„Od drugiego wejrzenia”„Ryzykantka”

„Wynajęta narzeczona”

 

MaryBalogh

Przekład

ANNA PALMOWSKA

 

Tytuł oryginałuSlightly Wicked

 

KorektaHalina Lisińska

 

Druk

DRUK-INTRO S.A., Inowrocław

 

Copyright © 2003 by Mary BaloghThis translation published by arrangement withThe Bantam Dell Publishing Group,a division of Random House, Inc.

All rights reserved

 

For the Polish edition

Copyright © 2008 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

 

Serię przygotowało Wydawnictwo Amberna zlecenie Polskie Media Amer.Com S.A.

 

ISBN 978-83-241-3131-0

 

Warszawa 2009

1

Tuż przed wywróceniem się dyliżansu Judith była pogrążona w marzeniach, które skutecznie odgradzały ją od nieprzyjemnej rzeczywistości.

W ciągu dwudziestu dwóch lat swego życia nigdy jeszcze nie jechała dyliżansem. Już po pierwszych kilku kilometrach drogi wyzbyła się złudzeń: to wcale nie jest romantyczny i ekscytujący sposób podróżowania. Siedziała wciśnięta między kobietę, której obfita tusza zajmowała półtora miejsca, i chudego, niespokojnego mężczyznę, który nieustannie się wiercił, szukając wygodniejszej pozycji. Przy okazji niechcący dotykał Judith w różne, czasem wręcz wstydliwe miejsca. Siedzący naprzeciwko tęgi mężczyzna ciągle chrapał, potęgując jeszcze panujący harmider. Jego sąsiadka bezustannie trajkotała do każdego, kto nierozważnie odwzajemnił jej spojrzenie. Jękliwym, utyskującym tonem opowiadała smutną historię swego życia. Cichy człowiek siedzący obok niej był brudny i cuchnął potem, cebulą i czosnkiem. Dyliżans trząsł się, turkotał i podskakiwał na każdej nierówności na drodze, a przynajmniej tak się Judith wydawało.

Jednak mimo wszystkich niewygód Judith nie wyglądała niecierpliwie końca podróży. Zostawiła za sobą rodzinę i dom w Beaconsfield, w którym spędziła całe życie. Wiedziała, że jeśli w ogóle kiedykolwiek tam wróci, nie nastąpi to prędko. Jechała do ciotki Effingham, by u niej zamieszkać. Zycie, jakie wiodła do tej pory, właśnie się skończyło. Wprawdzie ciotka nie podała zbyt wielu szczegółów w liście do papy, dla Judith było jednak absolutnie jasne, że w Harewood Grange nie będzie honorowym, mile widzianym gościem, a raczej ubogą krewną, która musi zapracować na swoje utrzymanie wszelkimi sposobami jakie ciotka, wuj, kuzynki i babka uznają za konieczne. Mówiąc bez ogródek, czekało ją szare, wypełnione pracą życie. Żadnych adoratorów, małżeństwa, domu i własnej rodziny. Stanie się wkrótce jedną z tych bezimiennych, wyblakłych kobiet, od których aż roiło się na obrzeżach towarzystwa, bezpłatną służącą żyjącą na łasce swoich krewnych.

Papa powiedział, że to bardzo uprzejme ze strony ciotki Effingham, że ją zaprosiła. Tylko że ciotka, siostra ojca, która trafiła na świetną partię, poślubiając bogatego wdowca sir George’a Effinghama, gdy była już nie pierwszej młodości, nigdy nie uchodziła za uprzejmą.

A wszystko przez tego łobuza Branwella i jego lekkomyślną rozrzutność. Doprawdy, zasługiwał na to, by go zastrzelić, a potem powiesić, utopić i poćwiartować. Judith już od wielu tygodni myślała o nim jak najgorzej. Poza tym była drugą z kolei córką, której w domu nikt nie potrzebował. Nie najstarszą - Cassandra była od niej starsza o rok. Z pewnością nie najpiękniejszą - ta zaleta przypadła w udziale jej młodszej siostrze Pameli. I też nie najmłodszą - ta wątpliwa przyjemność spotkała siedemnastoletnią Hilary. Ona zaś była tą żałosną niezgrabną brzydulą, a przy tym niepoprawną marzycielką.

Gdy papa wszedł do saloniku i przeczytał na głos list ciotki Effingham, wszyscy odwrócili się i spojrzeli na Judith. Papa wpadł w tarapaty finansowe i zapewne napisał do swojej siostry z prośbą o pomoc. I właśnie otrzymał odpowiedź. Wszyscy wiedzieli, co oznacza wyjazd do Harewood Grange. Judith sama zaoferowała się pojechać. Gdy się odezwała, wszyscy zaprotestowali, a jej siostry też zadeklarowały gotowość do wyjazdu. Ona jednak zgłosiła się jako pierwsza.

Ostatnią noc na plebanii Judith spędziła na wymyślaniu dla Branwella najgorszych tortur.

Krajobraz za oknem powozu był szary i smutny. Na niebie nisko wisiały ciężkie chmury. Kiedy woźnica zatrzymał się na chwilę w gospodzie, żeby zmienić konie, karczmarz ostrzegał, że na północy padają ulewne deszcze, które zamienią drogi w błoto.

Woźnica jednak zlekceważył radę, żeby zostać w gospodzie i zaczekać, dopóki nie będzie można bezpiecznie wyruszyć w dalszą podróż. A teraz rzeczywiście z każdą chwilą drogi stawały się coraz bardziej błotniste, mimo że deszcz ustał już jakiś czas temu.

Judith odsunęła od siebie wszystko, co czuła - głęboką urazę do brata, okropną tęsknotę za domem, przygnębienie z powodu złej pogody i niewygód podróży, smutek na myśl o życiu, które ją czekało. Zatonęła w marzeniach, snując niesamowitą historię z wymyślonym bohaterem i sobą w roli heroiny. To właśnie dostarczało jej przyjemnej rozrywki i zajmowało myśli aż do ostatniej chwili przed wypadkiem.

Wyobrażała sobie rozbójników. A ściślej, jednego rozbójnika. Oczywiście nie był podobny do prawdziwego rzezimieszka, groźnego, brudnego, pozbawionego zasad moralnych, ordynarnego rabusia i bezlitosnego mordercy nieszczęsnych podróżnych. O nie. Ten rozbójnik był przystojny, dzielny i roześmiany. Miał piękne, białe zęby, ciemne włosy i wesołe oczy, błyskające w otworach wąskiej, czarnej maski. Przegalopował przez rozświetlone słońcem zielone pole i wyjechał na drogę. Jedną ręką pewnie przytrzymał uprząż swego wspaniałego czarnego rumaka, a drugą wymierzył pistolet, oczywiście nienaładowany, w serce woźnicy. Śmiał się i żartował z pasażerami, odbierając im kosztowności. A potem zwrócił to, co zabrał, tym, dla których strata byłaby, jak ocenił, zbyt dotkliwa. Nie... Nie, oddał wszystkie kosztowności wszystkim pasażerom, bo przecież nie był wcale prawdziwym rozbójnikiem, tylko dżentelmenem pragnącym zemścić się na pewnym łajdaku, który miał akurat tędy przejeżdżać.

Był szlachetnym bohaterem, przebranym za rozbójnika. Wolnym duchem, o złotym sercu i stalowych nerwach, i tak przystojnym, że kobietom na jego widok zapierało dech w piersiach.

A potem spojrzał na Judith i ziemia zatrzęsła się w posadach, a gwiazdy zakołysały na niebie. I trwało to, dopóki nie roześmiał się wesoło i nie powiedział, że odbierze jej naszyjnik. Na pewno zdawał sobie sprawę, że klejnot nie ma właściwie żadnej wartości. To było po prostu coś, co... matka dała jej na łożu śmierci, a Judith przyrzekła, że nie rozstanie się z tym nigdy. Więc teraz dzielnie stawiła opór rozbójnikowi. Dumnie podniosła głowę i odważnie spiorunowała wzrokiem jego roześmianą twarz. Niczego ode mnie nie dostaniesz, nawet gdybym miała umrzeć, powiedziała nieustępliwie, a głos jej zadrżał odrobinę.

On znów się roześmiał, podczas gdy jego koń stanął dęba. Jeździec sprawnie go osadził i oświadczył, że skoro nie może mieć naszyjnika bez niej, to weźmie go razem z nią. Powoli podjechał bliżej, wielki, groźny i cudowny. I gdy już znalazł się bardzo blisko, schylił się w siodle, chwycił ją silnymi dłońmi - pominęła w myślach kwestię pistoletu, który jeszcze przed chwilą trzymał w jednej ręce - i bez wysiłku uniósł do góry.

Żołądek podszedł jej do gardła, gdy straciła grunt pod nogami i... nagle została przywołana do rzeczywistości. Dyliżans wpadł w poślizg na błotnistej drodze i zaczął ostro skręcać, chybotać się i podskakiwać. Zdawało się, że wszystko dzieje się bardzo wolno. Na tyle wolno, że Judith zdążyła poczuć paniczny strach, zanim pojazd ześliznął się na bok i uderzył w miękkie pobocze. Potem gwałtownie odwrócił się z powrotem w kierunku drogi i zatrząsł jeszcze mocniej. W końcu wpadł do płytkiego rowu, przewrócił się i wreszcie zatrzymał z ostrym szarpnięciem.

Gdy Judith doszła do siebie, wydało jej się, że wszyscy krzyczą i piszczą. Ona milczała, zagryzając mocno wargi. Zorientowała się, że szóstka pasażerów leży w jednym kłębowisku, rzucona bezładnie na bok dyliżansu. Ich wrzaski, przekleństwa i jęki świadczyły o tym, że większość z nich, a nawet wszyscy, żyją. Z zewnątrz słyszała krzyki oraz rżenie przestraszonych koni. Dwa głosy, wyróżniające się wśród pozostałych, klęły szokująco ordynarnymi słowami.

Zyję, pomyślała Judith z lekkim zdziwieniem. Ostrożnie sprawdziła, czy nic jej się nie stało. Czuła się jedynie roztrzęsiona. Dziwnym trafem znalazła się na wierzchu całej tej masy ludzi. Spróbowała się poruszyć, ale w tej samej chwili drzwi nad nią się otworzyły i ktoś, chyba woźnica, spojrzał jej w oczy.

- Podaj no mi, panienko, rękę - nakazał. - Wydostaniemy was stąd wszystkich w mgnieniu oka. Boże miłosierny, przestań się tak drzeć, kobieto - zwrócił się do gadatliwej pasażerki z oburzającym brakiem współczucia, jeśli wziąć pod uwagę, że to właśnie on spowodował wypadek.

Wyciąganie pasażerów potrwało znacznie dłużej niż mgnienie oka. W końcu jednak wszyscy stali na porośniętym trawą brzegu rowu albo siedzieli na porozrzucanych bagażach. Patrzyli z rozpaczą na dyliżans, który najwyraźniej nie nadawał się do dalszej drogi. Nawet Judith, mimo braku doświadczenia, zorientowała się, że pojazd jest poważnie uszkodzony. W zasięgu wzroku nie było żadnych domów. Chmury wisiały nisko, grożąc deszczem w każdej chwili. Powietrze przenikał chłód i wilgoć. Aż trudno było uwierzyć, że jest lato.

Jakimś cudem nawet pasażerowie podróżujący na dachu uniknęli poważniejszych obrażeń, choć dwaj z nich mieli ubranie kompletnie utytłane w błocie i głośno dawali wyraz swemu niezadowoleniu. Pozostali także nie kryli rozdrażnienia. Wokół rozlegały się krzyki, niektórzy wymachiwali gniewnie pięściami albo podniesionym głosem żądali wyjaśnień. Dlaczego doświadczony woźnica naraził ich na takie niebezpieczeństwo, skoro na ostatnim postoju radzono mu, by wstrzymał się z jazdą? Inni, starając się, by usłyszano ich w ogólnym zgiełku, głośno wykrzykiwali, co należy teraz zrobić. A jeszcze inni skarżyli się, że są ranni, potłuczeni albo w inny sposób poszkodowani. Jazgotliwej damie krwawił rozcięty nadgarstek.

Judith nie narzekała. Sama przecież podjęła decyzję, żeby kontynuować podróż, mimo że słyszała ostrzeżenia i mogła poczekać na następny dyliżans. Nie była ranna, a jedynie nieszczęśliwa. Rozejrzała się dookoła w poszukiwaniu jakiegoś zajęcia, które pozwoliłoby jej nie myśleć o tym, że oto znajdują się na pustkowiu, a lada moment spadnie deszcz. Zaczęła pomagać poszkodowanym, lecz większość obrażeń okazała się urojona, a nie prawdziwa. Pomoc potrzebującym to było coś, w czym miała spore doświadczenie i wprawę, bo często towarzyszyła matce odwiedzającej chorych. Zabandażowała skaleczenia i stłuczenia, używając wszystkiego, co wpadło jej w ręce. Wysłuchiwała skarg i lamentów, szepcząc słowa pociechy. Pomagała usiąść chwiejącym się na nogach i wachlowała omdlewających. Już po kilku chwilach zdjęła kapturek, który jej przeszkadzał, i wrzuciła do przewróconego dyliżansu. Włosy zaczęły jej się wysuwać z upięcia, ale nie przerwała pracy ani na chwilę. Wiedziała z doświadczenia, że w krytycznych sytuacjach ludzie zachowują się naprawdę okropnie, choć przecież dzisiejszy wypadek mógł się skończyć o wiele gorzej.

Judith była jednak w równie podłym nastroju jak pozostali pasażerowie. Pomyślała, że to kropla, która przepełniła czarę goryczy. Zycie nie mogło stać się już bardziej ponure. Sięgnęła dna. W pewnym sensie była to nawet pocieszająca myśl. Gorzej już nie będzie. Mogło być tylko lepiej... albo nadal tak samo źle.

- Z czego się tak cieszysz, złociutka? - spytała kobieta, która siedziała obok niej w dyliżansie, zajmując półtora siedzenia.

Judith uśmiechnęła się do niej.

- Żyję - odparła. - I pani też. Czy nie jest to powód do radości?
- Znam lepsze powody - powiedziała kobieta.

Ich uwagę zwrócił krzyk jednego z pasażerów, wskazującego w stronę, z której przyjechali jakiś czas temu. Zbliżał się samotny jeździec na koniu. Kilkoro pasażerów zaczęło do niego wołać, choć był jeszcze zbyt daleko, by ich usłyszeć. Byli podekscytowani, jakby jakiś nieziemski wybawiciel przybywał im na ratunek. Judith nie miała pojęcia, jak jeden człowiek mógłby pomóc w ich trudnej sytuacji. Gdyby zapytać pozostałych, też by pewnie nie wiedzieli.

Zajęła się nieszczęsnym przemoczonym dżentelmenem, który krzywiąc się z bólu, próbował ubłoconą chusteczką obetrzeć krew z zadrapania na policzku.

Może ten nadjeżdżający nieznajomy to właśnie wysoki, ciemnowłosy, szlachetny, roześmiany rozbójnik z jej marzeń, pomyślała i w ostatniej chwili powstrzymała się od głośnego śmiechu. A może był to prawdziwy rozbójnik przybywający, by ich wszystkich, bezbronnych na tym pustkowiu, obrabować z kosztowności. Może jednak mogło być jeszcze gorzej.

 

Lord Rannulf Bedwyn jechał konno, mimo że miał przed sobą długą drogę. Jeśli tylko mógł unikał podróżowania powozem, posyłając nim tylko kamerdynera z bagażem. Jego osobisty służący, ostrożny, nudny typ zapewne zdecydował się przeczekać złą pogodę w tamtym zajeździe, który Bedwyn minął godzinę temu. Jego gospodarz ostrzegał przed deszczem, próbując zatrzymać u siebie klientelę.

Chyba niedawno w tej okolicy porządnie padało. Nawet teraz niebo wyglądało, jakby zbierało siły do następnej ulewy. Droga robiła się coraz bardziej rozmokła i błotnista, aż w końcu stała się jednym wielkim, pełnym kałuż grzęzawiskiem. Rannulf pomyślał, że powinien zawrócić. To było jednak wbrew jego naturze - wycofać się i nie podjąć wyzwania, rzuconego czy to przez człowieka, czy przez naturę. Powinien się jednak zatrzymać w następnej napotkanej gospodzie. Może nie zważać na niebezpieczeństwo grożące jemu, ale nie powinien narażać swojego konia.

Nie spieszyło mu się szczególnie do Grandmaison Park. Wzywała go babka, jak to czasem miała w zwyczaju. A on jak zwykle spełniał jej zachciankę. Lubił babkę, nie wspominając już o tym, że kilka lat temu uczyniła go dziedzicem swojej posiadłości i fortuny, pomijając w testamencie jego braci i dwie siostry. Niedawno po raz kolejny oznajmiła mu, że znalazła dla niego odpowiednią kandydatkę na żonę. I właśnie to było powodem jego opieszałości. Babka usilnie starała się pokierować jego losem i od jakiegoś czasu nakłaniała go do małżeństwa. Potrzebował wiele taktu, humoru i stanowczości, by nie poddać się jej woli, ale też nie urazić staruszki. Nie miał zamiaru żenić się w najbliższym czasie. Miał dwadzieścia osiem lat. A jeśli w końcu kiedyś zechce się ożenić, to sam doskonale poradzi sobie z wyborem żony.

Jego starszy brat Aidan zupełnie niespodziewanie ożenił się potajemnie zaledwie kilka tygodni temu. Uczynił to, by spłacić honorowy dług wobec brata pewnej damy, który był oficerem w jego pułku podczas wojny w Hiszpanii. Rannulf poznał żonę Aidana, Eve, zaledwie dwa dni temu. Właśnie od nich dziś rano wyruszył w podróż. Aidan, choć żenił się pospiesznie i niejako z obowiązku, zakochał się jak wariat, sprzedał swój patent oficerski i postanowił osiąść na wsi i wieść stateczne życie z żoną i dwójką jej przybranych dzieci. Rannulf polubił swoją bratową.

Cieszył się, widząc, że Aidan i Eve tak się kochają. Bedwynowie cieszyli się opinią dzikich, aroganckich, a nawet nieczułych. Jednak kiedy w końcu zawierali małżeństwo, pozostawali wierni swoim współmałżonkom.

Rannulf nie wyobrażał sobie, by można było kochać jedną kobietę do końca życia. Myśl o dochowaniu wierności aż do śmierci wydawała mu się ogromnie przygnębiająca. Miał nadzieję, że babka nie napomknęła wybranej przez siebie damie o planowanym małżeństwie. Raz już tak zrobiła i Rannulf musiał się piekielnie napracować, by, zachowując pozory, przekonać ową damę, że wcale nie chce wychodzić za niego za mąż.

Nagle na horyzoncie pojawił się czarny punkt. Z początku Rannulf myślał, że to jakiś budynek. Gdy jednak podjechał bliżej, zobaczył grupę ludzi i duży, nieruchomy dyliżans. Przewrócony dyliżans, ze złamaną osią, jak się szybko zorientował. Wyprzęgnięte konie i kilkoro ludzi stało na drodze. Większość jednak, żeby uniknąć okropnego błota, skupiła się przy uszkodzonym powozie na porośniętej trawą krawędzi rowu. Wielu z nich krzyczało i machało w jego kierunku, jakby spodziewali się, że zsiądzie z konia, podeprze ramieniem uszkodzony pojazd, postawi go z powrotem na drodze, przy okazji w cudowny sposób naprawiając oś, po czym pomoże im wszystkim wsiąść do dyliżansu i odjedzie w stronę zachodzącego słońca niczym jakiś rycerz z baśni.

Oczywiście byłoby to z jego strony małostkowe, gdyby się przy nich nie zatrzymał, nawet jeśli nie mógł im zaofiarować żadnej konkretnej pomocy. Zbliżył się do gromadki ludzi i wstrzymał konia. Uśmiechnął się szeroko, gdy prawie wszyscy jednocześnie zaczęli do niego mówić. Uciszył ich gestem i spytał, czy ktoś jest poważnie ranny. Wyglądało na to, że nikt.

- W takim razie najlepsze, co mogę dla was zrobić, to jak najszybciej udać się do najbliższej wsi czy najbliższego miasteczka i przysłać pomoc - powiedział, gdy wrzawa znów umilkła.
- Niecałe pięć kilometrów stąd jest miasteczko, sir - powiedział woźnica, wskazując drogę.

Wyjątkowo kiepski woźnica, ocenił Rannulf. Najpierw na błotnistej drodze stracił panowanie nad dyliżansem, a teraz nawet nie pomyślał, żeby wysłać forysia na jednym z koni, aby wezwał pomoc. Ale też zachowanie tego człowieka wyraźnie wskazywało na to, że przy chłodnej i wilgotnej pogodzie rozgrzewał się zawartością flaszki, która wystawała mu zza pazuchy.

Jedna z osób, kobieta, nie uczestniczyła w zbiorowym powitaniu. Pochylała się nad ubłoconym dżentelmenem, siedzącym na drewnianej skrzynce. Właśnie przykładała mu do policzka prowizoryczny opatrunek. Tamten przycisnął go do twarzy. I wtedy kobieta wyprostowała się i odwróciła, by spojrzeć na Rannulfa.

Była młoda i wysoka. Ubrana w zielony płaszcz, nieco przemoczony i ubłocony u dołu. Pod rozpiętym okryciem widać było muślinową suknię i zarys piersi. Na ich widok Rannulfowi natychmiast zrobiło się gorąco. Była bez kapelusza, a potargane włosy rozsypały jej się na ramionach. Miały wspaniały, złocistoczerwony odcień, jakiego Rannulf nigdy dotąd nie widział u żadnej ludzkiej istoty. Owalna, zarumieniona twarz, z błyszczącymi, zielonymi, jak mu się wydawało, oczami, była zadziwiająco piękna. Kobieta odwzajemniła jego spojrzenie z wyraźną pogardą. Czego się spodziewała? Ze on zeskoczy w błoto i zacznie odgrywać bohatera?

Uśmiechnął się leniwie i odezwał, nie odrywając od niej oczu.

- Myślę, że mógłbym zabrać ze sobą jedną osobę - powiedział. - Jedną z pań? Madame? Może panią?

Pozostałe pasażerki wygłosiły swoją opinię na temat jego propozycji i wyboru osoby, ale Rannulf je zignorował. Rudowłosa piękność wbiła w niego wzrok. Sądząc po jej pogardliwej minie, spodziewał się, że kategorycznie odrzuci jego ofertę. Był absolutnie pewny odmowy. Nagle jeden ze współpasażerów, chudy, wyglądający na pastora osobnik o ostrych rysach i piskliwym głosie, niepytany o zdanie, wtrącił swoje trzy grosze.

- Ladacznica! - zawołał.

- No, no - odezwała się jedna z kobiet, tęga, piersiasta jejmość z czerwonym nosem i rumianymi policzkami. - Uważaj no pan, kogo nazywasz ladacznicą. Nie myśl pan, że nie widziałam, jak się na nią gapiłeś od rana, ty stary lubieżniku. Wiłeś się na siedzeniu jak piskorz, żeby tylko móc ją niby przypadkiem pomacać. I to nie wypuszczając modlitewnika z ręki! Wstydź się pan. Jedź z nim, złociutka. Sama bym pojechała, gdyby mnie poprosił, ale marne szanse, bo by pode mną okulał jego koń.

Rudowłosa powoli uśmiechnęła się do Rannulfa, a na policzki wypłynął jej rumieniec.

- Z przyjemnością, sir - powiedziała ciepłym, gardłowym głosem.

Ten głos podziałał na niego tak, jakby przesunęła mu wzdłuż pleców dłonią w aksamitnej rękawiczce.

Skierował ku niej konia.

 

Wcale nie wyglądał jak rozbójnik z jej marzeń. Nie był ani szczupły, ani ciemnowłosy, ani przystojny, ani zamaskowany. Uśmiechał się wprawdzie, ale w jego uśmiechu Judith dostrzegła raczej kpinę niż radość.

Ten mężczyzna był wielki. Bynajmniej nie otyły, ale... potężny. Włosy pod kapeluszem miał jasne, chyba kręcone i niemodnie długie. Cerę smagłą, ciemne brwi i duży nos. Oczy niebieskie. Wcale nie był piękny. Ale miał w sobie coś pociągającego. Coś niezaprzeczalnie atrakcyjnego - choć to określenie wydawało się zbyt słabe.

Coś występnego.

Te myśli przebiegły Judith przez głowę, gdy spojrzała na niego po raz pierwszy. I oczywiście nie był rozbójnikiem, tylko przejeżdżającym obok podróżnym, który zaofiarował się pojechać po pomoc i przy okazji zabrać kogoś ze sobą.

Ją.

Potem poczuła oburzenie i wściekłość. Jak on śmiał! Za kogo on ją uważał?! Myślał, że ona zgodzi się wsiąść na konia z obcym mężczyzną i jechać z nim sam na sam? Była przecież córką wielebnego Jeremiaha Lawa, surowego pasterza swojej owczarni, strażnika przyzwoitości i moralności, który swoim córkom, a zwłaszcza Judith, stawiał szczególnie wysokie wymagania.

Potem jednak przyszło jej na myśl, że w niewielkiej odległości, według słów woźnicy zaledwie pięciu kilometrów, znajdowało się miasteczko, gdzie czekała wygodna gospoda. Może nawet uda jej się tam dotrzeć, zanim zacznie padać deszcz. Jeśli tylko skorzysta z propozycji nieznajomego.

Na koniec przypomniała sobie swoje marzenie. Tę głupią, cudowną historię o wspaniałym rozbójniku, który właśnie miał ją porwać i odjechać z nią w nieznanym kierunku, ku wspaniałej przygodzie. Uwalniając ją od przeszłości i wszelkich zobowiązań wobec rodziny. Wybawiając od ciotki Effingham i ponurego, szarego życia, które czekało ją w Harewood. Marzenie, z którego została tak brutalnie wyrwana w chwili, gdy dyliżans się wywrócił.

Oto teraz miała szansę przeżyć prawdziwą przygodę, choćby tylko taką, nic nieznaczącą. Pięć kilometrów, zapewne nie dłużej niż godzinę, jechałaby na koniu, siedząc przed tym atrakcyjnym mężczyzną. Oczywiście byłoby to skandalicznie nieprzyzwoite, porzucić bezpieczne towarzystwo współpasażerów z dyliżansu i odjechać z nieznajomym. Jeśli jej papa kiedykolwiek by o tym usłyszał, pewnie zamknąłby ją w jej pokoju o chlebie i wodzie i kazał czytać Biblię przez cały tydzień. A ciotka Effingham uznałaby, że i miesiąc by nie wystarczył. Ale czy ktoś się o tym dowie? Czy mogło jej grozić niebezpieczeństwo?

I właśnie wtedy ten człowiek nazwał ją ladacznicą.

Co dziwne, nawet nie poczuła oburzenia. Oskarżenie było tak absurdalne, że omal się nie roześmiała. A jednak zabrzmiało w jej uszach jak wyzwanie. A tamta pulchna kobieta jeszcze dodała jej odwagi. Czy okaże się żałosną istotą i odrzuci tę życiową, choć skromną, szansę?

Uśmiechnęła się.

- Z przyjemnością, sir - powiedziała, słysząc ze zdziwieniem, że nie mówi swoim własnym głosem, tylko jak kobieta z jej wyobraźni, która odważyłaby się skorzystać ze śmiałej propozycji.

Podjechał bliżej, nie spuszczając z niej wzroku. Przechylił się w siodle.

- Proszę więc wziąć mnie za rękę i oprzeć stopę na moim bucie - polecił.

Zrobiła jak powiedział i nagle było już za późno, by zmienić zdanie. Bez żadnego wysiłku uniósł ją do góry i obrócił, tak że zanim się zorientowała, już siedziała bokiem do niego na koniu. Otaczał ją ramionami, stwarzając pozory bezpieczeństwa. Wokół nich rozbrzmiewały śmiechy i słowa dodające jej odwagi. Część pasażerów narzekała, że musi zostać, i błagała nieznajomego, by się pospieszył i przysłał pomoc, zanim zacznie padać deszcz.

- Czy któryś z tych kufrów należy do pani, madame? - spytał mężczyzna.

- Ten - wskazała. - Och, i jeszcze tam obok niego moja torebka.

Wprawdzie miała w niej tylko bardzo drobną sumę, którą papa mógł przeznaczyć dla niej na posiłek w trakcie jednodniowej podróży, ale była zszokowana, że lekkomyślnie omal nie odjechała bez torebki.

- Niech pan ją tutaj rzuci - poinstruował nieznajomy woźnicę. - Kuferek tej damy może poczekać. Zostanie zabrany później, z resztą bagażu.

Judith chwyciła torebkę. Zaraz potem nieznajomy czubkiem szpicruty dotknął ronda kapelusza i skłonił konia, by ruszył z miejsca. Judith się roześmiała. Jej wielka, choć tak żałośnie skromna życiowa przygoda właśnie się rozpoczęła. Judith pragnęła, by te pięć kilometrów ciągnęło się w nieskończoność.

Przez pierwszych kilka chwil myślała tylko o tym, że siedzi na koniu, wysoko nad ziemią. Nigdy nie nauczyła się dobrze jeździć konno. Grunt dookoła wydawał się jednym wielkim morzem błota. Wkrótce jednak uświadomiła sobie intymność tej sytuacji. Całym lewym bokiem czuła ciepło ciała nieznajomego. Obejmował ją nogami, które wydawały się bardzo silne. Były odziane w ciasne bryczesy i miękkie wysokie buty. Dotykał udem jej kolan, drugim muskał jej pośladki. Czuła zapach konia, skóry i wody kolońskiej. Niebezpieczeństwa podróży nagle zbladły przy tych nieznanych dotąd wrażeniach.

Zadrżała.

- Jak na letni dzień, jest doprawdy bardzo zimno - zauważył jej towarzysz, objął ją ramieniem i przyciągnął do siebie, aż oparła się na jego piersi. Nie miała wyboru, musiała położyć głowę na jego ramieniu. To było doprawdy szokujące... i niezaprzeczalnie ekscytujące. Nagle zorientowała się, że nie ma na głowie kapturka. Mało tego. Kątem oka zauważyła też, że włosy są potargane i rozsypane luźno na ramionach.

Jak ona wygląda? Co on sobie o niej pomyśli?

- Ralph Bed...ard, do usług pani, madame - powiedział.

Czyż mogła mu się przedstawić jako Judith Law? Zachowywała się zupełnie inaczej, niż powinna, nie tak ją wychowywano. Może lepiej udawać, że jest kimś zupełnie innym?

- Claire Campbell - rzuciła pierwsze imię i nazwisko, które przyszło jej do głowy. - Miło mi pana poznać.

- W tej chwili cała przyjemność jest po mojej stronie - powiedział gardłowo.

Oboje się roześmiali.

On ze mną flirtuje, pomyślała. To skandaliczne! Papa ukróciłby tę impertynencję kilkoma miażdżącymi słowami. A potem niewątpliwie ukarałby ją za to, że zachowała się nieskromnie. I tym razem miałby rację. Nie chciała jednak psuć swojej wspaniałej przygody myślami o papie.

- Dokąd pani zmierza? - spytał Bedard. - Proszę mi nie mówić, że gdzieś tam czeka mąż, by odebrać panią z dyliżansu. Albo narzeczony.

- Nie mam męża ani narzeczonego - odparła, śmiejąc się bez żadnego szczególnego powodu, z czystego poczucia beztroski. Będzie się cieszyć każdą chwilą swej krótkiej przygody, aż do samego jej końca. - Jestem wolna i niezależna. I to właśnie najbardziej mi odpowiada.

Kłamczucha, kłamczucha, kłamczucha.

- Ulżyło mi - stwierdził. - Kto zatem czeka na panią u kresu jej podróży? Rodzina?

Skrzywiła się w duchu. Nie chciała myśleć o kresie swej podróży. Jej dziwna przygoda zdawała się nierealna i wkrótce się skończy. Jednak póki trwa, Judith może mówić, robić i... i być kimkolwiek zechce, jakby przeżywała marzenie w rzeczywistości.

- Nie mam rodziny - odparła. - A przynajmniej nie takiej, która by się do mnie przyznawała. Jestem aktorką. Podróżuję do Yorku, gdzie zagram nową rolę w sztuce. Główną rolę.

Biedny papa. Chyba dostałby apopleksji. Ale też właśnie aktorstwo od dawna, od zawsze było jej największym marzeniem.

- Aktorką? - spytał cichym, chrapliwym głosem. - Powinienem był się domyślić, gdy tylko na panią spojrzałem. Tak wybitna uroda rozjaśniłaby swym blaskiem każdą scenę. Dlaczego nigdy nie widziałem pani w Londynie? Czy dlatego, że rzadko chodzę do teatru? Stanowczo muszę to naprawić.

- Och, Londyn - powiedziała z lekką pogardą. - Ja wolę grać, panie Bedard, a nie tylko paradować po scenie, żeby się na mnie gapiono. Lubię wybierać role, które chcę zagrać. Wolę prowincjonalne teatry. I chyba jestem w nich dość dobrze znana.

Uświadomiła sobie, że nadal mówi głosem, którym odezwała się do niego tam, na drodze. A on, to nieprawdopodobne, uwierzył jej słowom. Poznawała to po jego spojrzeniu - rozbawionym, wymownym i pełnym uznania. Gdy Branwell zaczął studia na uniwersytecie i wkroczył już w szeroki, wielki świat, któregoś dnia, pod nieobecność papy, opowiedział siostrom, że aktorki w Londynie niemal zawsze były kochankami bogatych i wysoko postawionych osób. W ten sposób zwiększały swoje dochody. Judith pomyślała, że wkracza na niepewny grunt. Ale przecież to tylko kilka kilometrów, zaledwie godzina.

- Chciałbym zobaczyć panią na scenie - powiedział Bedard. Objął ją mocniej i czubkami palców w skórzanej rękawiczce uniósł jej brodę do góry.

Pocałował ją w usta.

To nie trwało długo. Jadąc konno po śliskiej drodze, i do tego z pasażerką, nie mógł sobie pozwolić na dłuższy uścisk i rozproszenie uwagi.

Trwało jednak wystarczająco długo. Stanowczo bardzo długo dla kobiety, której nikt nigdy dotąd nie pocałował.

Rozchylił wargi i Judith poczuła wilgotny żar jego ust na swoich. Przez sekundy, może tylko ułamki sekund, zanim jej umysł zarejestrował szok czy oburzenie, zareagowała każdą cząstką swego ciała. Poczuła pulsowanie na wargach, piersi jej nabrzmiały, a silne napięcie ogarnęło jej brzuch i sięgnęło niżej, aż do wnętrza ud.

- Ach - westchnęła, gdy było już po wszystkim. Zanim jednak dała upust swemu oburzeniu na taką bezczelną poufałość, przypomniała sobie, że jest Claire Campbell, sławną prowincjonalną aktorką, a aktorki, nawet jeśli nie były kochankami bogatych i wysoko postawionych osób, powinny wiedzieć co nieco o życiu. Spojrzała mu w oczy i uśmiechnęła się zmysłowo.

Dlaczego by nie? - pomyślała beztrosko. Czemu nie pozostać w swoim marzeniu jeszcze przez chwilę, by zobaczyć dokąd ją zaprowadzi? Przecież ten pierwszy pocałunek prawdopodobnie będzie też jej ostatnim.

Bedard się uśmiechnął i spojrzał na nią leniwie i kpiąco.

- W rzeczy samej - powiedział.

2

Cóż u licha? Czy on zmysły postradał? Oddał się bez reszty namiętnemu pocałunkowi, gdy w każdej chwili Bucefał mógł się pośliznąć i złamać nogę. A przy okazji zrzucić dwójkę jeźdźców na błotnistą, kamienistą ziemię. Rannulf skarcił się w duchu.

Była aktorką i twierdziła, że woli grać ciekawe role zamiast wystawiać się na pokaz w modnym teatrze. A równocześnie eksponowała te swoje kunsztownie rozsypane włosy w ich naturalnym, jeśli go wzrok nie mylił, kolorze. I nie miała nic przeciwko temu, by przylgnąć ciepłym, ponętnym ciałem do jego piersi. Rumieniec na twarzy też był naturalny. Lekko opuściła powieki, ocieniając długimi rzęsami te niesamowite, zielone oczy. Jego zdaniem nie mogło to być nic innego, jak tylko czyste zaproszenie. I cały czas pieściła go głosem niczym aksamitną rękawiczką.

Czy podejmie jej grę? Ależ oczywiście, że tak. Właśnie dlatego podał jej fałszywe nazwisko. Czemu się nie zabawić? Zwłaszcza że okazja trafiła się tak niespodziewanie, a czekało go kilka tygodni celibatu u babki? Zawsze miał apetyt na kobiety i nie zamierzał odrzucać zaproszenia, które najwyraźniej do niego kierowała. Ale mimo wszystko, całować się na koniu? Na niebezpiecznej, błotnistej drodze?

Rannulf zachichotał w duchu. To było czyste szaleństwo. Rozkoszne szaleństwo.

- A pan dokąd zmierza? - spytała. - Wraca pan do domu, do żony? Do ukochanej?

- Nie - odparł. - Jestem wolny i niezależny.

- Miło mi to słyszeć - skomentowała. - Nie zniosłabym, gdyby musiał się pan komuś spowiadać z tego pocałunku.

Uśmiechnął się do niej szeroko.

- Jadę do przyjaciół, by spędzić z nimi kilka tygodni - powiedział. - Czy tam przed nami to jakieś budynki czy też wzrok mnie myli?

Odwróciła głowę, by spojrzeć.

- Nie - odrzekła. - Chyba ma pan rację.

Lada moment znowu zacznie padać. Dobrze będzie móc porzucić błotnistą drogę i znaleźć schronienie pod dachem. Stanowczo należało jak najszybciej zawiadomić o wypadku dyliżansu, żeby ktoś pojechał z pomocą. Rannulf jednak poczuł żal, że tak szybko dojechali do miasteczka. Ale może jeszcze nie wszystko stracone. Nie będą już dzisiaj mogli podróżować dalej, choć on właściwie był chyba blisko celu.

- Zatem za kilka minut będziemy już bezpieczni w gospodzie, a do tamtych biedaków pozostawionych na drodze wkrótce wyślą pomoc - powiedział, schylając głowę i przysuwając usta do jej uęha. - Pani odpocznie w jednej ciepłej i suchej izbie, a ja w drugiej. Cieszy się pani?

- Oczywiście, że tak - odparła rzeczowo, zupełnie innym tonem niż dotąd.

O, czyżby jednak błędnie odczytał sygnały? Lekki flirt podczas konnej przejażdżki to i owszem, ale jego kontynuacja już nie mieściła się w jej planach? Podniósł głowę i skupił się na poprowadzeniu konia przez ostatnie kilka metrów, jakie dzieliły ich od sporego zajazdu na skraju miasteczka.

- Nie - dodała kilka chwil później, znów tym niskim, gardłowym głosem. - Nie, wcale się nie cieszę.

W gospodzie było ciepło i sucho. Po raz pierwszy od kilku godzin Judith wreszcie poczuła się bezpiecznie. W zajeździe panował jednak duży tłok. Podwórze tętniło życiem, a w środku kłębili się ludzie, niektórzy skupieni przy oknach, obserwując niebo, inni najwyraźniej już zdecydowani, by zatrzymać się tu na noc.

Martwiła ją pewna kwestia. Nie miała dość pieniędzy, by zapłacić za pokój. Gdy jednak wspomniała o tym Bedardowi, on tylko uśmiechnął się do niej kpiąco i nie odezwał ani słowem. Teraz stał przy kontuarze i rozmawiał z właścicielem gospody, a ona tkwiła nieopodal. Czy to możliwe, że zamierzał zapłacić za jej pokój? Czy powinna na to pozwolić? Jak zdoła zwrócić mu pieniądze?

Żałowała, żałowała z całego serca, że jej krótka, wspaniała przygoda skończyła się tak szybko. Pragnęła więcej. Wiedziała, że w ciągu następnych dni i tygodni będzie wciąż na nowo przeżywać ostatnią godzinę. Zapewne do końca życia będzie wspominać tamten pocałunek. Biedna, żałosna stara panna, pomyślała o sobie, otrząsając się w duchu. Była jednak w tak podłym nastroju, że miała wrażenie jakby jej dusza spłynęła ku ziemi, aż do podeszew ubłoconych trzewików. Czuła się teraz o wiele bardziej przygnębiona niż godzinę temu, zanim jeszcze on wjechał na koniu w jej życie.

Był wysokim, mocno zbudowanym mężczyzną. Teraz, gdy zdjął kapelusz, widziała, że włosy rzeczywiście miał kręcone. Gęste i jasne, sięgały mu prawie do ramion. Gdyby dodać mu brodę i rogaty hełm, bez trudu można by go sobie wyobrazić jak stoi na dziobie łodzi wikingów i dowodzi atakiem na bezbronną saksońską wioskę. Zaś ona byłaby dzielną, wojowniczą wieśniaczką...

Odwrócił się od kontuaru i podszedł do niej. Stanął bardzo blisko i odezwał się cicho:

- Schroniła się już tutaj spora grupa podróżnych. Pasażerowie z pani dyliżansu też będą potrzebować pokoi. Gospoda będzie dzisiejszej nocy bardzo zatłoczona. Jest jednak jeszcze jeden zajazd, mniejszy i spokojniejszy, nieco dalej w głębi miasteczka, przy rynku. Zapełnia się przeważnie w dni targowe, ale zapewniono mnie, że jest bardzo czysty i wygodny. Moglibyśmy zwolnić dwa pokoje tutaj i przenieść się tam.

Miał w oczach coś, co nie do końca było rozbawieniem czy kpiną. Nie mogła zrozumieć ich wyrazu, choć przejmował ją dreszczem od stóp do głów. Zwilżyła usta językiem.

- Mówiłam panu, panie Bedard, że mam przy sobie tylko drobną kwotę, ponieważ nie planowałam postoju w podróży do Yorku - powiedziała. - Zostanę tutaj. Usiądę w jadalni albo w holu przy oknie, dopóki nie przyjedzie następny dyliżans, by zabrać mnie w dalszą drogę.

Właściwie powinnam już być niedaleko Harewood Grange, pomyślała. Chyba dojechali już do Leicestershire?

W oczach miał uśmiech, ale też nadal tę niby-kpinę.

- Właściciel zajazdu prześle pani kuferek, jak tylko zostanie tu dostarczony - rzekł. - W dyliżansie złamała się oś. Oczekiwanie na następny na pewno się przedłuży co najmniej do jutra. Dlaczego nie zaczekać w wygodnych warunkach?

- Ależ nie stać mnie... - zaczęła znowu.

Położył palec na jej ustach. Umilkła zaskoczona.

- Ale mnie stać - powiedział. - Mogę sobie pozwolić na opłacenie przynajmniej jednego pokoju.

Przez chwilę, w absolutnej naiwności nie zrozumiała go. A potem pojęła. Zdziwiła się, że twarz jej nie zapłonęła ognistym rumieńcem. Zastanawiała się, dlaczego kolana nie ugięły się pod nią i nie padła na ziemię w głębokim omdleniu. Powinna była oburzyć się, głośno krzyknąć i spoliczkować go.

Nie zrobiła nic takiego. Raz przywdziawszy maskę bywałej w świecie Claire Campbell, nie zamierzała jej prędko porzucać. Judith czjuła ogromną pokusę, niemal wszechogarniające pragnienie, by kontynuować swoją przygodę, przeżywać swoje sekretne marzenie. Proponował, by dzielili jeden pokój w innej gospodzie. Z pewnością jego życzeniem było, żeby dzielili także łoże. Prawdopodobnie ma na myśli to, że połączą ich stosunki małżeńskie. Choć przypuszczała, że „małżeńskie” to akurat niewłaściwe słowo.

Dzisiaj. Wieczorem. Za kilka godzin.

Uśmiechnęła się uśmiechem Claire Campbell, świadoma, że nie trzeba żadnej innej odpowiedzi. Nie musiała podejmować konkretnej decyzji, ani wyraźnie się deklarować. Ale przecież tak czy inaczej na coś się zdecydowała. Gdyby tak nie było, Claire by się nie uśmiechnęła. Choć raz w życiu rozpaczliwie wręcz pragnęła zrobić coś cudownie szokującego, oburzającego i śmiałego i... zachować się zupełnie inaczej niż zwykle.

Może nigdy więcej nie trafi się jej druga szansa.

- Pójdę zabrać konia, zanim się na dobre rozgości w stajni - powiedział. Cofnął się o krok i obrzucił ją spojrzeniem, a potem skierował się do wyjścia.

- Dobrze - zgodziła się.

W końcu nic się jeszcze nie stało. Przecież tak naprawdę nie posunie się za daleko. Gdy przyjdzie co do czego, po prostu się wycofa, tłumacząc mu, że źle ją zrozumiał, że nie jest kobietą tego typu. Prześpi się na podłodze, krześle albo gdziekolwiek. On jest dżentelmenem, do niczego jej nie zmusi. Ona po prostu tylko nieco przedłużała swoją przygodę, jadąc z nim trochę dalej. Nie zrobi niczego nieodwracalnego ani gorszącego.

A właśnie że zrobisz, odezwał się nieproszony cichy głos w jej głowie. O tak, zrobisz, dziewczyno. Brzmiał dokładnie tak jak rzeczowy, pełen rozsądku głos Judith Law.

 

Gospoda Pod Beczką Rumu okazała się małym budynkiem przy rynku. Szynk był dosyć zatłoczony, ale nikt nie zatrzymywał się na nocleg. Państwo Bedardowie zostali przyjęci z jowialną serdecznością i ulokowani w najlepszym pokoju. W czystej, kwadratowej izbie wkrótce zapłonął na kominku ogień, rozpraszając ponure wrażenie, wywołane przez deszcz bębniący o szyby. W umywalni za parawanem pojawił się dzbanek z gorącą, parującą wodą do mycia. Zapowiedziano, że kolacja zostanie podana w małym saloniku przylegającym do sypialni. Tam będzie im dobrze i przytulnie, zapewniała żona oberżysty, uśmiechając się do nich promiennie, jakby naprawdę uwierzyła, że są małżeństwem.

Gdy zostali sami w pokoju, Claire Campbell zsunęła z głowy kaptur i stanęła przy oknie, wyglądając na zewnątrz. Rannulf rzucił płaszcz i kapelusz na krzesło i spojrzał na nią. Włosy miała w nieładzie, jakby zgubiła większość szpilek. Zielony płaszcz pociemniały od wilgoci był mokry na ramionach, a rąbek u dołu trochę ubłocony. Z początku zamierzał pociągnąć ją na łóżko jak tylko tu dotrą, żeby zaspokoić pierwszy głód. Teraz jednak nie wydało mu się to właściwe. Mimo ognistego temperamentu, potrafił zapanować nad pożądaniem. W końcu akt miłosny jest nie tylko fizyczną czynnością, powinien być także sztuką. A żeby stać się sztuką, potrzebuje odpowiedniej oprawy.

Mieli przed sobą cały wieczór i noc. Nie musieli się spieszyć.

- Pewnie będzie pani chciała się odświeżyć - powiedział. - Zejdę do szynku napić się piwa. Wrócę, gdy podadzą nam kolację. Każę przynieść pani herbatę.

Odwróciła się do niego.

- To bardzo uprzejme z pana strony - odparła.

Omal nie zawrócił. Na jej twarzy płonął ognisty rumieniec, powieki miała lekko przymknięte w niemym zaproszeniu. Jej rozpuszczone włosy wyglądały, jakby dopiero wstała z pościeli. Znów zapragnął rzucić ją na łóżko, opaść na nią, i wsunąć się głęboko między jej uda.

Zamiast tego ukłonił jej się kpiąco i uniósł brew.

- Uprzejme? - powtórzył. - Hm, rzadko zarzuca się mi uprzejmość, madame.

Spędził w szynku ponad godzinę, popijając piwo. Miejscowi życzliwie przyjęli go do swego grona, pytając o opinię na temat pogody i stanu dróg. Pykali z fajeczek i popijali z kufli, spokojnie zgadzając się ze sobą, że oto teraz przyjdzie im zapłacić za gorące lato, którym cieszyli się przez kilka ostatnich tygodni.

Gdy gospodyni oznajmiła mu, że jedzenie zostanie lada moment zaniesione na górę, wrócił do saloniku. Claire stała w przejściu między pokojami i przyglądała się, jak pokojówka nakrywa stół, następnie wnosi jedzenie i stawia je na stole.

- Mamy dziś placek z wołowiną i cynaderkami - odezwała się dziewczyna, uśmiechając się. - Śmiem twierdzić, że lepszego nie dają w promieniu piętnastu kilometrów. Życzę państwu smacznego. Proszę zadzwonić, gdy będą państwo chcieli, żeby zabrać naczynia. - Ukłoniła się, zamykając za sobą drzwi.
- Dobrze. Dziękujemy - powiedziała Claire.

Rannulf niemal bał się na nią spojrzeć, dopóki nie zostali sami. Dotąd widział ją tylko w płaszczu. Teraz zobaczył ją w muślinowej sukni, prostej w kroju i niespodziewanie skromnej jak na kobietę jej profesji. Ale przecież podróżowała dyliżansem. Zapewne potrzebowała stroju, który nie zwracałby zbytnio uwagi. Suknia nie zdołała jednak ukryć cudowności jej ciała. Claire wcale nie była tak szczupła, jak mu się z początku zdawało. Była ponętnie zaokrąglona, miała wąską talię, pociągająco obfite biodra, pełne i jędrne piersi. Stanowiła uosobienie marzeń każdego mężczyzny.

Świeżo uczesane i upięte włosy spływały jej na ramiona i plecy lśniącą kaskadą. Miały wspaniały, niemal wyzywający rudy kolor, połyskujący złotawo. Jej szczupła, owalna twarz, już bez rumieńca, wydawała się biała i delikatna jak porcelana. Oczy miały zadziwiający zielony odcień. Na Jowisza, w jej twarzy było coś jeszcze. Coś niespodziewanego, co czyniło ją bardziej podobną do ziemskiej istoty. Podszedł bliżej i musnął palcem jej nos i policzki.

- Piegi - zauważył.

Zaledwie ich cień.

Rumieniec wrócił jej na twarz.

- To zmora mojego dzieciństwa - powiedziała. - Jak widać, nigdy do końca nie znikły.
- Są czarujące - stwierdził.

Zawsze podziwiał boginie, ale nigdy dotąd żadnej nie uwiódł. Wolał kobiety z krwi i kości. Gdy wszedł do pokoju, z początku poczuł niemal lęk, że Claire Campbell jest boginią.

- Gdy wychodzę na scenę, muszę je dobrze ukrywać pod makijażem - dodała.
- Jestem niemal gotów zrezygnować z jedzenia - powiedział, spoglądając na jej usta.
- Niemal, ale jednak niezupełnie - odezwała się tym rzeczowym tonem, który już raz u niej słyszał. - To byłoby nierozsądne z pana strony, skoro pańska kolacja czeka na stole, a pan jest głodny.
- Ralph - powiedział. - Lepiej mów do mnie Ralph.
- Ralph - powtórzyła. - Czas na kolację.

A potem będzie deser, pomyślał. Pomógł jej usiąść przy stole i zajął miejsce naprzeciwko. Słodka rozkosz, którą będą smakować przez całą długą noc. Krew w nim pulsowała w oczekiwaniu na cudowne cielesne rozkosze. Nie miał wątpliwości, że będzie im razem bardzo dobrze. Ale miała rację, teraz potrzebował jedzenia.

Na jej prośbę opowiedział o Londynie, gdy okazało się, że nigdy w nim nie była. Opisywał wydarzenia sezonu towarzyskiego - bale, rauty i koncerty, Hyde Park, Carlton House i ogrody Vauxhall. Ona z kolei, ulegając jego namowom, mówiła o teatrze, o rolach, które zagrała i jeszcze chciałaby zagrać, o kolegach z trupy i reżyserach, z którymi pracowała. Opisywała to wszystko powoli, z rozmarzeniem w oczach i uśmiechem na ustach, jakby aktorstwo dawało jej ogromną radość.

Kolacja była znakomita. A jednak, gdy po godzinie Rannulf zerknął na stół i zobaczył, że większość jedzenia znikła, a butelka po winie jest pusta, zdziwił się, bo nie pamiętał smaku potraw Czuł jedynie sytość i niesłabnący dreszczyk oczekiwania.

Wstał, podszedł do kominka i pociągnął taśmę dzwonka. Kazał sprzątnąć talerze i podać następną butelkę wina.

- Jeszcze? - spytał Claire, przechylając butelkę.

Zakryła kieliszek dłonią.

- Och, chyba nie powinnam - powiedziała.

- A może jednak się skusisz? - Spojrzał jej w oczy.

Uśmiechnęła się.

- A może jednak się skuszę. - Cofnęła rękę.

Napełnił kieliszki, wypił łyk i rozparł się na krześle. Może właśnie teraz był najlepszy moment. Zapadł już zmierzch. Deszcz dzwonił o szyby, a ogień trzaskał wesoło w kominku. Zrobiło się przytulnie, nastrój stał się intymny. Ale jeszcze czegoś mu brakowało.

- Chcę zobaczyć, jak grasz - powiedział.

- Co takiego? - Uniosła brwi, zatrzymując dłoń z kieliszkiem w pół drogi do ust.

- Chcę zobaczyć, jak grasz - powtórzył.

- Tutaj? Teraz? - Odstawiła kieliszek na stół. - To absurdalne. Nie ma tu sceny, dekoracji, innych aktorów, nie mam tekstu sztuki.

- Doświadczona, utalentowana aktorka na pewno zna niektóre role na pamięć - powiedział. - Nie potrzebuje też sceny czy dekoracji. Wiele słynnych monologów nie wymaga obecności innych aktorów. Claire, odegraj przede mną jeden z nich. Proszę.

Uniósł kieliszek w jej stronę w milczącym toaście.

Patrzyła na niego z wyraźnym rumieńcem na policzkach. Pomyślał z pewnym zdziwieniem, że chyba jest zażenowana. Czyżby wstydziła się odegrać przedstawienie przed mężczyzną, który za chwilę zostanie jej kochankiem? Może w takich okolicznościach trudno wczuć się w dramatyczną rolę.

- Hm, chyba mogłabym wygłosić monolog Porcji - stwierdziła.

- Porcji?
- Z Kupca weneckiego - wyjaśniła. - Na pewno znasz tę przemowę „Cechą litości nie może być przemoc”1?
- Przypomnij mi.

- Shylock i Antonio przyszli do sądu, żeby ten zdecydował, czy Shylock ma prawo wyciąć Antoniowi funt ciała - rzekła, lekko pochylając się ku niemu przez stół. - Nie było wątpliwości, że ma, bo tak zostało stwierdzone w rewersie, który obaj podpisali. Nagle w sądzie zjawia się Porcja, z zamiarem ocalenia najdroższego przyjaciela i dobroczyńcy Bassania, jej ukochanego. Przychodzi przebrana za młodego sędziego i przemawia w obronie Antonia. Ale najpierw apeluje do dobrego serca Shylocka w słynnej mowie o litości.

- Tak, już sobie przypomniałem - powiedział. - Zagraj więc dla mnie Porcję.

Wstała i rozejrzała się dookoła.

- Tu jest sala sądowa - powiedziała. - Znajdujemy się nie w saloniku w gospodzie, ale w sądzie, gdzie rozstrzyga się sprawa życia lub śmierci szlachcica. Sytuacja jest rozpaczliwa. Wydaje się, że dla Antonia nie ma już żadnej nadziei. Wszystkie postacie sztuki znajdują się na scenie. Shylock siedzi na tym krześle - wskazała miejsce, które zajmował Rannulf - Jestem Porcją - powiedziała. - Ale przebrałam się za młodzieńca.

Rannulf wydął wargi w rozbawieniu, patrząc na nią, jak znów rozgląda się po pokoju. Uniosła ręce do góry, ściągnęła włosy, skręciła i zawiązała w węzeł na karku. Potem na chwilę zniknęła w sypialni i wróciła, zapinając na sobie płaszcz Rannulfa. Nadal nie wyglądała jak mężczyzna. A potem zapięła ostatni guzik i spojrzała mu prosto w oczy.

Rannulf omal nie podskoczył na widok jej twardej, zaciętej miny.

- „Cechą litości nie może być przemoc” - odezwała się głosem doskonale pasującym do wyrazu jej twarzy.

Przez chwilę miał idiotyczne wrażenie, że to Claire Campbell zwraca się do niego, do Rannulfa Bedwyna.

- „Opada ona jak deszcz ciepły z niebios na miejsce w dole” - ciągnęła, podchodząc bliżej. Twarz jej złagodniała, stała się pełna błagania.

Niech to diabli porwą, pomyślał. Ona rzeczywiście była Porcją, a on tym podłym łajdakiem, Shylockiem.

- „A przynosi z sobą błogosławieństwa dwa”.

To nie był długi monolog. Jednak gdy skończyła, Rannulf czuł głębokie zawstydzenie własną postawą. Gotów był darować dług Antoniowi, a nawet paść na kolana i pokornie błagać o przebaczenie za to, że chciał mu wyciąć kawałek ciała. Pochylała się nad nim z roziskrzonym wzrokiem. Zaciskając usta, czekała na jego odpowiedź.

- Na Jowisza - odezwał się. - Shylock musiał chyba być z kamienia.

Uświadomił sobie, że jest bardzo podniecony. Claire grała świetnie. Potrafiła przywołać postać do życia bez żadnych tanich sztuczek, stosowanych przez wszystkich znanych aktorów i aktorki, których widział na scenie.

Wyprostowała się i uśmiechnęła, jednocześnie rozpinając płaszcz.

- Kogo jeszcze potrafisz zagrać? - spytał. - Julię?

Machnęła pogardliwie ręką.

- Mam dwadzieścia dwa lata - odparła. - Julia była głupią gąską, jakieś osiem lat młodszą ode mnie. Nigdy nie mogłam zrozumieć, dlaczego ta sztuka cieszy się takim powodzeniem.

Roześmiał się. Nie była więc romantyczką.

- Ofelię? - zasugerował.

Skrzywiła się.

- Przypuszczam, że mężczyznom podobają się słabe kobiety. - W jej głosie zabrzmiała lekka pogarda. - Nie ma chyba słabszego stworzenia niż ta głupia Ofelia. Powinna była zagrać Hamletowi na nosie.

Rannulf odrzucił głowę do tyłu i wybuchnął śmiechem. Gdy znów na nią spojrzał, była lekko zarumieniona i wyglądała na zawstydzoną.

- Zagram lady Makbet - powiedziała. - Nie zdołała unieść ciężaru własnej zbrodni, jednak wcale nie była słaba.

- Tę scenę, w której chodzi we śnie? - spytał. - I próbuje obmyć ręce z krwi?

- No proszę. A widzisz? - Znów spojrzała z pogardą, machając ku niemu ręką. - Przypuszczam, że większości mężczyzn właśnie ta scena podoba się najbardziej. Podła kobieta w końcu się załamuje i popada w obłęd, bo przecież żadna kobieta nie może być wiecznie silna.

- Pod koniec Makbet też nie był daleki od obłędu - przypomniał jej. - Powiedziałbym, że Szekspir obiektywnie ocenił siłę ducha mężczyzn i kobiet.

- Zagram lady Makbet, jak przekonuje męża, by zamordował Duncana - oznajmiła.

A ja, domyślił się Rannulf, mam być milczącym Makbetem.

- Ale najpierw dopiję wino - rzekła.

Wypiła prawie pełną szklankę jednym haustem i odstawiła ją na stół. Rozwiązała węzeł włosów na karku i pokręciła głową, by swobodnie się rozsypały.

- Makbet właśnie powiedział żonie, że chce się wycofać z zaplanowanego morderstwa, choć ona go doń popycha.

Rannulf przytaknął. Stanęła tyłem do niego i przez chwilę tak trwała zupełnie nieruchomo. Potem zobaczył, jak powoli zaciska ręce w pięści i odwraca się. Omal nie zerwał się na nogi, by schować się za krzesłem. Jej zielone oczy przeszywały go na wylot z lodowatą pogardą.

- „Czy była pijana owa nadzieja, w którą się odziałeś? - spytała cicho. - I czy usnęła, by teraz powstać, pozieleniała i pobladła na myśl o tym, co łatwo tak chciała uczynić?”

Rannulf omal nie zaczął się usprawiedliwiać.

- „Odtąd tak będę widzieć twoją miłość” - ciągnęła.

Recytowała również jego kwestie, pochylając się nad nim i szepcząc cicho, tak że miał wrażenie, iż to on sam wypowiada słowa, nie otwierając ust. Jako lady Makbet omotała go swoją siłą, pogardą i podstępną perswazją. Gdy skończyła, Rannulf doskonale rozumiał, dlaczego Makbet popełnił haniebną zbrodnię.

Gdy dotarła do końca tej sceny, dyszała nieco. Promieniowała lodowatym triumfem. Wyglądała na oszalałą.

Rannulf sam prawie dyszał, z pożądania. Rola, w którą się wcieliła, powoli z niej opadła. Spojrzeli na siebie, a powietrze między nimi niemal zaiskrzyło.

- No, no - odezwał się cicho.

Uśmiechnęła się lekko.

- Wybacz, nie grałam od trzech miesięcy, wyszłam trochę z wprawy - usprawiedliwiała się.
- Dzięki Bogu, że wyszłaś z wprawy - powiedział, wstając. - Niewiele brakowało, a wybiegłbym na deszcz w poszukiwaniu pierwszego lepszego króla, by go zabić.
- Więc co myślisz? - spytała.
- Myślę, że już czas się położyć - odparł.

Przez chwilę zdawało mu się, że ona odmówi. Popatrzyła na niego, oblizała wargi, nabrała powietrza, jakby chciała coś powiedzieć, a potem się zgodziła.

- Tak.

Pochylił głowę i pocałował ją. Był gotów pociągnąć ją na podłogę i wziąć od razu. Czemu jednak narażać siebie i ją na niewygody skoro w pokoju obok stało wygodne łóżko.

- Idź, przygotuj się - powiedział. - Ja na dziesięć minut zejdę na dół.

Znów się zawahała i oblizała wargi.

- Dobrze - odparła i odwróciła się.

Chwilę później drzwi sypialni zamknęły się za nią.

Rannulf pomyślał, że następne dziesięć minut będzie mu się pewnie dłużyć w nieskończoność.

Niech to diabli, była naprawdę świetną aktorką.

3

Judith zatrzasnęła za sobą drzwi sypialni, oparła się o nie plecami i zamknęła oczy. Kręciło jej się w głowie, serce waliło w piersi, brakowało tchu. Zbyt wiele emocji, zbyt wiele wrażeń, a wszystko potoczyło się tak szybko. Wiedziała, że nie zdoła się uspokoić.

Po pierwsze wypiła zbyt dużo wina. Cztery kieliszki. Nigdy dotąd nie wypiła więcej niż pół kieliszka, a i to zdarzyło się jej zaledwie trzy czy cztery razy w życiu. Nie była pijana - mogła myśleć trzeźwo i nie słaniała się na nogach. Niemniej jednak wypiła sporo.

Poza tym czuła się oszołomiona i podniecona występem. Odgrywanie fragmentów sztuk zawsze było jej największą tajemnicą, czymś, co robiła, gdy była absolutnie pewna, że jest sama i nikt jej nie podgląda. Nigdy nie uważała tego za aktorstwo, a raczej za ożywianie postaci słowami, które napisał dramaturg. Zawsze z łatwością potrafiła w myślach wcielić się w inną osobę. Bezbłędnie odgadywała, co może ona czuć w takich czy innych okolicznościach. Czasami próbowała wykorzystać tę umiejętność przy pisaniu opowiadań, ale jej talent mógł się w pełni objawić jedynie w żywym słowie. Uwielbiała tworzyć i odtwarzać postacie swym ciałem i głosem. Gdy grała role Porcji i lady Makbet, ona po prostu nimi była.

Tego wieczoru jednak występowanie było bardziej upajające niż wino, które wypiła. Grała przed swoją jednoosobową widownią lepiej niż kiedykolwiek przedtem. On był Shylockiem i Makbetem, a równocześnie Ralphem Bedardem. Wjakiś dziwny sposób rozbudzał w niej emocje i napełniał szczęściem. Wydawało się, że w powietrzu między nimi przepływa niewidzialny prąd.

Nagle otworzyła oczy i pospieszyła za parawan w drugim końcu pokoju. Miała tylko dziesięć minut, teraz pewnie nawet mniej, żeby się przygotować. Z ulgą spostrzegła, że jej kuferek został już dostarczony i wniesiony do pokoju. Będzie się mogła przebrać w koszulę nocną.

Schyliła się, żeby otworzyć bagaż, ale nagle znieruchomiała. Przygotować się? Do czego? Przed chwilą znów ją pocałował. Wróci za dziesięć minut, a nawet mniej, by położyć się z nią do łóżka. Żeby z nią „to” robić. Właściwie nie do końca zdawała sobie sprawę, co owo „to” mogłoby znaczyć. Kolana się pod nią ugięły. Znów brakowało jej tchu i kręciło się w głowie. Nie, przecież do tego nie dopuści?

Czas był najwyższy zakończyć tę przygodę. To jest... to była naprawdę wspaniała przygoda. I nie będzie żadnej innej. Już nigdy. Wiedziała, że kobiety, które znalazły się w nędzy i za darmo służyły w domach bogatych krewnych, nie miały właściwie żadnej szansy na poprawę losu. A więc pozostała jej tylko obecna chwila, dzisiejszy wieczór i noc.

Judith w pośpiechu otworzyła kuferek. Traciła cenny czas. Jakie to będzie krępujące, jeśli on wróci i zastanie ją w halce albo jeszcze zanim zdąży się umyć i wyszczotkować włosy! Później pomyśli, jak się wykręcić od spędzenia z nim nocy. W tamtym pokoju była drewniana ława. Pościeli ją płaszczem, poduszką i jednym z koców z łóżka i jakoś się na niej prześpi.

Nie było go znacznie dłużej niż dziesięć minut. Stała przy ogniu w koszuli nocnej, czesząc włosy, gdy rozległo się pukanie. Drzwi otworzyły się zanim zdążyła do nich podejść lub choćby odezwać się słowem. W tym momencie poczuła się prawie naga. Pomyślała, że musi być bardziej pijana, niż jej się wydawało. Zamiast przerażenia, które powinno ją ogarnąć, poczuła przypływ pożądania. Nie chciała kończyć tej przygody. Pragnęła „tego” doświadczyć, zanim minie jej młodość i życie dobiegnie kresu. I doświadczyć tego właśnie z Ralphem Bedardem. Był niesamowicie pociągający. Żałowała, że nie potrafi znaleźć lepszego słowa, które mogłoby oddać jego urok.

Stał i patrzył na nią spod przymkniętych powiek. Zacisnął usta i powoli przesuwał wzrokiem po jej ciele aż do bosych stóp.

- Czy to twój zawód czy też instynkt nauczyły cię powściągliwości w stroju? - spytał w końcu cicho. - Biała bawełna bez żadnej falbanki czy koronki! To bardzo mądre posunięcie. Twoja piękność jaśnieje tym większym blaskiem.

Wiedziała, że jest brzydka. Gdy była mała, wiele osób, nawet jej własna matka, często porównywało jej włosy do marchewki i wcale nie był to komplement. Zawsze miała zbyt bladą cerę, za duże zęby, a jej twarz szpeciły piegi. A potem wskutek przewrotności losu, akurat gdyjej włosy trochę ściemniały i najgorsze piegi zaczęły znikać, a usta nabrały kształtu i odwróciły uwagę od za dużych zębów, właśnie wtedy zaczęła gwałtownie rosnąć, aż stała się wielka jak tyczka. Była tego samego wzrostu co papa. Po zaledwie chwili wytchnienia tyczka zaczęła się zaokrąglać i nabierać kobiecych kształtów. Jakby tego było mało, jej piersi zrobiły się zbyt obfite, a biodra szerokie. Rodzina była zażenowana jej wyglądem, a co gorsza, ona sama też. Papa ciągle ją pouczał, żeby ubierała się skromniej i przykrywała włosy. I zawsze ją winił za pożądliwe spojrzenia, którymi obrzucali ją mężczyźni. Ciężko było być brzydulą w rodzinie.

Dzisiejszej nocy skwapliwie uwierzyła, że z jakiejś dziwnej przyczyny, zapewne z powodu nadmiernej ilości wina, bo w końcu on wypił znacznie więcej, Ralph Bedard uważał ją za piękną.

Powoli uśmiechnęła się, nie odrywając od niego oczu. Wino dziwnie na nią podziałało. Czuła się nieco oderwana od rzeczywistości, jakby obserwowała siebie oczami kogoś innego. Stała na środku sypialni, tylko w koszuli nocnej, przed mężczyzną, który za chwilę zamierzał położyć się z nią do łóżka. Uśmiechała się do niego zapraszająco, nie zastanawiając się nad konsekwencjami swego zachowania. Ten obserwujący ją mężczyzna nie próbował przemawiać w obronie cnoty i przyzwoitości. A Judith nie zamierzała go do tego zachęcać.

- Przypuszczam, że mówiono ci już tysiąc razy, jaka jesteś piękna - odezwał się cudownym niskim głosem.

No, tak! Był naprawdę pijany.

- Teraz już tysiąc i jeden - odparła, ciągle się uśmiechając. – A ja domyślam się, że ty słyszałeś już tysiąc i jeden raz, że jesteś bardzo przystojny.

Kłamała. Nie był przystojny. Miał za duży nos, zbyt ciemne brwi, włosy zbyt kędzierzawe, a cerę zbyt smagłą. Był jednak naprawdę niesamowicie pociągający i w tej akurat chwili to wydawało się najważniejsze.

- Teraz już tysiąc i dwa - podszedł do niej i zrozumiała, że musi w końcu stanowczo zaprotestować. On jednak, zamiast chwycić ją w ramiona, cofnął się o krok i wyciągnął do niej rękę. - Daj mi szczotkę.

Podała mu ją, spodziewając się, że odrzuci ją na bok i przystąpi do rzeczy. Czy mu na to pozwoli? Zaczęła szybciej oddychać.

- Usiądź na brzegu łóżka - polecił.

Usiądź? Nie połóż się? Zostało więc jeszcze kilka chwil, którymi może się nacieszyć, zanim będzie musiała to wszystko skończyć?

Łóżko zostało posłane, gdy jedli kolację. Wtedy też napalono w kominku i przyniesiono jej kuferek oraz wodę do umywalni za parawanem.

Usiadła, złączyła stopy na podłodze i oparła splecione dłonie na kolanach. Patrzyła, jak Ralph zdejmuje dopasowany surdut i kamizelkę i rozwiązuje halsztuk. Usiadł na krześle i ściągnął buty.

Och, nie powinnam się temu przyglądać, pomyślała. Ale tak przyjemnie było na niego popatrzeć. Był potężnym mężczyzną, choć przysięgłaby, że na jego ciele nie ma ani grama tłuszczu. Szerokie ramiona, wąska talia i biodra, miał długie i dobrze umięśnione nogi. W samych bryczesach i koszuli prezentował się wspaniale.

Wziął szczotkę i podszedł z drugiej strony łóżka. Poczuła, jak materac ugina się pod jego ciężarem. Nie odwróciła się, żeby spojrzeć. Teraz powinna wstać. Och, jednak wcale nie chciała. Potem poczuła na plecach ciepło jego ciała, chociaż jeszcze jej nie dotknął.

A potem musnął ją szczotką. Zaczął od czoła - kątem oka zauważyła biel rękawa jego koszuli - i przesunął szczotką wzdłuż jej włosów. Ukląkł za nią, żeby ją czesać. Jak tylko uświadomiła sobie niewinność jego zamiarów, odchyliła głowę do tyłu i zamknęła oczy.

Omal nie zemdlała z rozkoszy. Skóra głowy pod pociągnięciami szczotki zaczynała pulsować. Słyszała szelest włosów. Od czasu do czasu czuła, jak drugą ręką odgarnia ich pasma na ramię albo za ucho. To było chyba najcudowniejsze wrażenie na święcie, być czesaną przez drugą osobę. Przez mężczyznę. Chłonęła ciepło jego ciała i zapach wody kolońskiej, słyszała jego oddech. Wkrótce rozmarzyła się i rozluźniła, a jednocześnie pozostała dziwnie podekscytowana i czujna. Piersi jej nabrzmiały i poczuła niemal boleśnie rozkoszne pulsowanie między nogami.

- Dobrze ci? - spytał po pewnym czasie cichym, stonowanym głosem.

- Yhm. - Nie miała sił, by odpowiedzieć pełnym zdaniem.

Przesuwał szczotką po jej włosach długimi, rytmicznymi ruchami. W końcu odrzucił szczotkę na bok. Usłyszała jak upada na podłogę w nogach łóżka. Potem uświadomiła sobie, że przysunął się bliżej i ukląkł za nią, obejmując ją rozsuniętymi udami. Gdyby chciała, mogłaby rozłożyć ręce i oprzeć je na jego kolanach. Przylgnął piersią do jej pleców, przesunął dłońmi w kierunku w piersi. Usłyszała jak powoli, głośno odetchnął.

Omal nie zerwała się w panice. Nie jej piersi! Były takie okropne. Jednak lekkie upojenie zwolniło jej reakcję i złagodziło wstrząs. Ręce miał ciepłe i delikatne. Muskał kciukami sutki, aż stały się dziwnie twarde i wrażliwe. Ale nie sprawiał jej bólu. Jego dotyk wzbudził strumień silnych wrażeń, chwytających ją za gardło i spływających spiralą w dół, między nogi. Czuła drżenie głęboko w swym wnętrzu.

Jej piersi najwyraźniej wcale nie wydały mu się groteskowe.

Znów zamknęła oczy i oparła głowę na jego ramieniu. Jeszcze trochę. Jeszcze tylko kilka chwil. Zaraz położy temu kres. Zdjął ręce z jej piersi. Wyczuła jego palce rozpinające guziczki jej koszuli. Odchylił brzegi na boki, odsłaniając ją od ramion do pępka. Dotknął jej nagich piersi, uniósł je do góry i zaczął pieścić. Muskał, przyszczypywał i rytmicznie pocierał jej sutki. Czuła, że nareszcie spełnia się jej sekretne marzenie, że niczego już nie brakuje jej do szczęścia.

Tego zawsze pragnęła. Właśnie tego. Och, od kiedy tylko stała się kobietą. Czuć dotyk mężczyzny i wiedzieć, że ją podziwia i uważa za doskonalą. Nie wzbraniać się przed jego dotykiem i rozkoszować się nim bez wstydu czy strachu. Pragnęła, by ta chwila nigdy, och, przenigdy się nie skończyła.

- Wstań - szepnął jej do ucha. Posłuchała, choć niechętnie wysuwała się spod jego dłoni. Otworzyła oczy i zobaczyła, jak jej koszula opada na podłogę. Czuła się dziwnie nieskrępowana, mimo że palący się na kominku ogień i dwie świece dawały sporo światła, a ona nigdy nie lubiła patrzeć na siebie w lustrze. Usiadła z powrotem na łóżku.

Dostrzegła, że zdjął koszulę i rzuca ją na podłogę, obok jej szczotki. A potem mocnym, ciepłym torsem oparł się ojej plecy i znów wsunął ręce pod jej pachy. Chwycił mocno jej piersi, potem rozluźnił i rozprostował dłonie, przesunął nimi w dół żeber, aż do talii i brzucha. Odchyliła głowę do tyłu, znów zamknęła oczy i zaczęła się ocierać o jego lekko owłosiony tors. Przeciągnął dłońmi wzdłuż jej nóg, aż do kolan i z powrotem. Ona zaś rozłożyła ręce i dotykała jego ud, aż w końcu oparła dłonie na jego kolanach.