Między wierszami - Małgorzata Domagalik, Janusz L. Wiśniewski - ebook
Opis

Mieli już do siebie nie pisać. Miało nie być kolejnych e-maili, które złożą się później w książkę. Ale z przyjaźnią nie taka prosta sprawa. Potrzeba rozmowy jest silniejsza od wszelkich postanowień.

Małgorzata Domagalik i Janusz L. Wiśniewski znów zaczynają elektroniczną korespondencję. On w pierwszym liście pisze: będę cytował dane, zarzucał Cię faktami, odwoływał się do nauki, powątpiewał w Twoje dane, albo przyjmował je z zachwytem. Egoistycznie będę „wysysał” z Ciebie wszystko, czego nie wiem. Bo ja uwielbiam wiedzieć. Może nawet bardziej niż Ty. Ona zaś proponuje, by tym razem było więcej o miłości. I jest. Choć rozmawiają także o swoich lekturach, wizytach w teatrze, podróżach, wspomnieniach, rodzinnych radościach i smutkach. Ona opowiada mu o pobycie w Paryżu i rozmowie z Paulo Coelho; on zafascynowany donosi o teorii, jakoby szczęście zależało od działania trzech substancji chemicznych i dodaje, że najwięcej karatów w diamentach przypada na m2 placu, który ona widzi z okien hotelu. Rozmawiają o afrodyzjakach, starych fotografiach, zmysłowym głosie nowej żony Sarkozy’ego. Co chwila odkrywają, że patrzą na świat w różny sposób. I nieodmiennie ich to fascynuje. Ich e-maile są bardzo osobiste i niezwykle erudycyjne. Czasem prowokujące. Czasem zwyczajnie smutne. Kryje się w nich także coś więcej… Wszak czytelnicy lubią czytać Między wierszami.

Z recenzji poprzedniej książki Domagalik i Wiśniewskiego 188 dni i nocy:

Wiśniewski czaruje Domagalik swoją subtelnością i umiejętnością przyglądania się kobietom niczym zjawiskom.

Joanna Podsadecka, Wirtualna Polska Książki

Jest w tej książce wiele błyskotliwego fechtunku na słowa i równie błyskotliwych ripost. Jest trochę gry, ale więcej wzajemnej życzliwości, zrozumienia i zadumy.

Gazeta Wyborcza

Domagalik i Wiśniewski piszą do siebie o tym, co przykuło ich uwagę, dało do myślenia i czekają na komentarz z drugiej strony. Dzięki temu ciekawemu zabiegowi czytelnik może poznać dwa punkty widzenia, współczesnego mężczyzny i współczesnej kobiety.

Joanna Boguszewska, www.female.pl

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 298

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Między wierszami

Między wierszami

Copyright © by Wydawnictwo WA.B., 2008 Wydanie I Warszawa 2008

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

Warszawa, niedziela, styczeń

Januszu

przecież nie miało już być kolejnych e-maili. Nie miało być internetowych listów złożonych w książkę, a tu, proszę, co za brak konsekwencji. Znowu zaczynamy je do siebie pisać. A więc witaj. Może tym razem nie powinno w nich być zbyt wiele o polityce, ale za to więcej o miłości, bo tej pierwszej ludzie mają już po dziurki w nosie, a co do drugiej, to ciągle pozostaje nadzieja, że prędzej czy później wreszcie się pojawi? Miłość spełniona. Chociaż Ty, jak wiadomo, nie dajesz jej prawie żadnych szans na długowieczność, chyba że całkiem niespodziewanie dla samych zainteresowanych akurat wyjątek potwierdzi regułę. Trzy dni temu byłam na premierzeRajskich jabłekw teatrze Krystyny Jandy, dokładnie w 69. rocznicę urodzin Władimira Wysockiego. Za mną na widowni bohaterowie wymieniani w tekście: Wajda, Olbrychski, a na scenie życie genialnego barda splatane z historią i miłością do Mariny Vlady. Wszystko płomienne i bardzo niełatwe. Czy zawsze uczucia, o których pamiętamy przez całe życie, muszą mieć aż tak wysoką temperaturę? Zamiast grzać parzą? Strach pomyśleć. Z drugiej strony nic tak nie działa na naszą wyobraźnię jak historie kochanków, które więcej mają w sobie z dramatu niż letniego happy endu. Zresztą czy nie każdemu z nas chociaż raz w życiu wydawało się, że to, co zafundował nam amor, idealnie wpasowuje się w losy Romea i Julii… A to rodzicom coś się nie podobało, a to my zdaniem innych byliśmy na uczucie niedojrzali albo w ogóle niedobrani… pozdrawiam, m.

PS I jeszcze jedno chciałabym przy okazji sprostować… pisanie tej książki ani poprzedniej nie jest i nie było zabiegiem marketingowym. Nikt nas do niczego nie nakłaniał ani nie zmuszał. Po prostu tak z siebie.

Frankfurt n. Menem, wieczór

Małgorzato,

myślisz, że to będzie druga część? A jeśli tak, to druga część czego? Książki? Naszego spotkania? Naszej rozmowy? Mimo świadomości, że pozwolimy czytelnikom „podczytywać” nasze listy, nie udało mi się ich pisać z przekonaniem, że prowadzimy rodzaj reżyserowanej rozmowy. Ponieważ tak nie było. Gdy zaczynałem pisać pierwsze zdanie każdego z listów opublikowanych później w188 dni i nocy,natychmiast zapominałem o tym, że piszę jednocześnie do wielu osób. Pisałem do Ciebie. I także do siebie. Każda rozmowa jest dla mnie przede wszystkim spotkaniem z sobą samym. Gdybym nie chciał sobie czegoś powiedzieć, nie powiedziałbym tego nikomu innemu. Jakkolwiek fascynująca może być dla kogoś jego własna osoba, zawsze natrafi na granicę samopoznania. Aby przekroczyć tę granicę, trzeba – moim zdaniem – poddać się ocenie. Rozmowa z samym sobą prowadzi do nieuniknionej arogancji. Rozmowa z drugim człowiekiem wymaga poza tym odwagi. Poddajemy się natychmiast ocenie rozmówcy. Nawet gdy rozmową jest zwykły flirt, będący zgadywanką, grą w odczytywanie myśli, to i flirt jest interesujący, ponieważ zmusza do myślenia i odpowiadania sobie na pytanie, dlaczego inni mówią właśnie to, co mówią. Wielu nie ma ochoty ani odwagi, aby poddać się takiej ocenie. Niektórzy idą wtedy porozmawiać z psychoterapeutą, inni rozmawiają nieustannie jedynie ze sobą. Pamiętam, że gdy przyjechałem do Niemiec, jedną z rzeczy, która mnie zaskoczyła, był widok ludzi głośno mówiących do siebie. Co ciekawe, dla Niemców taki widok był zupełnie normalny…

Sztuka rozmowy we współczesnym świecie zanika. Mamy coraz mniej czasu, aby zatrzymać się w pogoni za szczęściem i porozmawiać o tym szczęściu z innymi. Ludzie mieszkający razem pod jednym dachem znajdują zaledwie kilka minut dziennie, aby ze sobą rozmawiać. Pamiętam opublikowaną niedawno w niemieckim tygodniku „Stern” opowieść pary małżeńskiej, która radykalnie zmieniła swoje życie po tym, jak utknęła w windzie w jednym z wieżowców we Frankfurcie nad Menem. Zanim uwolniono ich z windy, która w wyniku awarii zatrzymała się pomiędzy piętrami, musieli spędzić ze sobą ponad cztery godziny. Zaczęli rozmawiać. Ona przyznaje w wywiadzie, że te cztery godziny uratowały ich małżeństwo. On z kolei opowiada, że chociaż nigdy nie padło to słowo, rozmawiali głównie o miłości. Po raz pierwszy dowiedział się w tej windzie, jaką kobietę kocha i, co najważniejsze, dlaczego.

A więc rozmawiajmy. Znowu będziesz mnie wysyłać do mojej ulubionej biblioteki, znowu w atakach zarzucanej nam „megalomanii” będziemy „przechwalać się wiedzą” i relacjonować sobie to, czym chcielibyśmy koniecznie podzielić się z innymi. Będę cytował dane, zarzucał Cię faktami, odwoływał się do nauki, powątpiewał w Twoje dane albo przyjmował je z zachwytem. Egoistycznie będę „wysysał” z Ciebie wszystko, czego nie wiem. Bo ja uwielbiam wiedzieć. Może nawet bardziej niż Ty.

Ale teraz muszę Ci się do czegoś przyznać. W jednym z wywiadów dotyczących188 dni i nocyopowiadałem o Tobie za Twoimi plecami. Wywiad jak dotychczas się nie ukazał, więc aby mieć to już za sobą, pozwolę sobie zacytować Ci dwa jego fragmenty:

Czytając188 dni i nocy,odniosłem wrażenie, że Małgorzata Domagalik górowała nad Panem. Wiele pytań i uwag, chociażby o pierwsze doznania seksualne czy najważniejszy stosunek, zbywała krótkimi i inteligentnymi ripostami. Czy nie czuł się Pan przy niej jak, za przeproszeniem, czerwieniący się młodzieniec?

Domagalik góruje nad każdym mężczyzną. Może to jest powód, dla którego najważniejsi mężczyźni w Polsce chętnie do niej przychodzą, rozmawiają z nią i zdradzają jej swoje tajemnice, które ona później publikuje w swojej serii „Mistrz i Małgorzata” w miesięczniku „Pani”. Wbrew pozorom mężczyźni uwielbiają kobiety, które są dla nich wyzwaniem. Szczególnie blondynki. Chociaż ja akurat wolę górujące nade mną brunetki. Już dawno nie czułem się jak czerwieniący się młodzieniec. Chociaż czasami tęsknię za powtórzeniem takiego przeżycia. Od początku wiedziałem, że Domagalik nie wpuści mnie w żadnej rozmowie do swojej sypialni. Ale jak to mężczyzna, spróbować chciałem. Może dlatego w Warszawce krąży plotka, że mamy romans i przy okazji dwójkę dorosłych dzieci, chociaż znamy się dopiero dwa lata (śmiech).

Czy Pan odpowiedziałby wprost, gdyby to Domagalik zapytała Pana o pierwsze doznania seksualne czy najważniejszy stosunek?

Pan teraz teoretyzuje na kuszącej czytelników granicy przyzwoitości. Małgorzata Domagalik nigdy nie zapytałaby mnie o to. Po pierwsze, jest absolutną profesjonalistką jako dziennikarka, po drugie, nasze relacje nigdy nie doszły do takiej intymności. Na to pytanie nie odpowiedziałbym także seksuologowi. To są pytania, które z zasady ignoruję. I proszę dziennikarzy, aby nigdy więcej mnie o to nie pytali. Nie wszystko jest na sprzedaż. Poza tym słowo „stosunek” jest tak przerażająco zimne, że nawet seksuolodzy dostają od niego dreszczy. A Domagalik z tym słowem nie kojarzy mi się zupełnie. Pan także jest profesjonalistą, ale jako mężczyzna rozumiem Pana intencje i Pana stosunek – niekoniecznie najważniejszy – do tego tematu (śmiech).

To już teraz wiesz, co mówię o Tobie za Twoimi plecami, i proszę, wybacz, jeśli posunąłem się za daleko w szczerości.

Małgosiu, cieszę się bardzo na nasze kolejne dni. I kolejne noce.

Serdecznie

JL, Frankfurt/Main

PS Wysocki…

Pamiętam ciszę w polskich mediach, gdy zmarł w lipcu 1980 roku. Jego pogrzeb był drugą spontaniczną demonstracją (około 40 tys. ludzi), do jakiej doszło w kraju demonstracji zawsze doskonale reżyserowanych. Pierwsza odbyła się prawie sześćdziesiąt lat wcześniej, w lutym 1921 roku, podczas pogrzebu Piotra Kropotkina, ostatniego rosyjskiego anarchisty. Wysocki i Kropotkin w ukochaniu prawdy byli do siebie bardzo podobni.

Wo łodia Wysocki…

„Głos cichego narodu”, jak nazywali go literaci. Pieśniami Wysockiego zajmowali się głównie krytycy literaccy, politycy i cenzura. Ludzie się nimi nie zajmowali, wsłuchani w prawdę, którą śpiewał. Do jego grobu w Moskwie podążają pielgrzymki, podobnie jak do grobu Jima Morrisona na paryskim Pere-Lachaise. Zazdroszczę Ci tego spotkania z Wysockim…

Warszawa, wieczór

Januszu,

kiedy nazywasz mnie Małgorzatą, wydaje mi się, że mam sto lat, a wcale mi na tym nie zależy. Jeszcze. Tak jak nieprawdą jest, że góruję nad każdym mężczyzną. Rozumiem, że to swego rodzaju kurtuazja, ale jej nie potrzebuję. I dlatego nie chcę nad Twoim przeświadczeniem przejść do porządku dziennego, i dlatego zatrzymam się nad tym „górowaniem”. Bo tu wcale nie o dominację idzie, ale o prawdziwe partnerstwo. Nigdy bowiem nie przyszło mi do głowy, żeby porównywać się z mężczyznami na zasadzie: lepszy-gorsza, lepsza-gorszy. Ani się ich nie lękałam, ani z nimi nie rywalizowałam, tylko dlatego że nosili spodnie. To z kolei nie przeszkadzało mi śmiać się z tych samych co oni dowcipów i wspólnie z nimi oglądać piłkę nożną. Takie nastawienie do tych męsko-damskich podziałów sprawia, że kobieta staje się silna, tą siłą naturalnego, a nie wymyślonego partnerstwa. I co ciekawe, wcale jej przy tym nie ubywa kobiecości. Mimo że nieraz słyszałam o sobie, zresztą nie wiem, czy nie częściej od innych kobiet, że jestem jak góra lodowa i że ponieważ taka jestem, to muszę nie cierpieć męskiego świata. Bzdura. Bo to właśnie mężczyźni i rozmowy z nimi uczyniły ze mnie osobę „publiczną”, a to, że nadal chcą ze mną rozmawiać i czasami w tych rozmowach, być może po raz pierwszy, idą na całość, uważam za swój prawdziwy sukces. Zawodowy też. Dlaczego chcą ze mną rozmawiać i starają się nie bujać? Już sama nie wiem, czyja to zasługa i czyj sekret. Góry lodowej czy tego, kto mimo ryzyka decyduje się na wspólną wspinaczkę… Aa proposwyobrażeń, to dzisiaj odebrałam telefon od dziennikarza, który w imieniu pana Szymona Hołowni chciał mnie zaprosić do jego programu.

O macierzyństwie. W słuchawce usłyszałam ni mniej, ni więcej: „Pani Małgorzato, chcielibyśmy, żeby opowiedziała pani o tym, jak rezygnuje się z posiadania dziecka na rzecz robienia kariery”. Nie, nie zaniemówiłam, ponieważ nie pierwszy raz zdarzyło mi się usłyszeć skierowane do mnie pytanie: dlaczego nie chce Pani mieć dziecka? Szkoda gadać. Czasami zastanawiam się tylko, ile życiowej głupoty, emocjonalnego chamstwa i zwyczajnego tupetu trzeba mieć, żeby odważyć się na postawienie takiego pytania. Czy naprawdę sama chęć posiadania dzieci jest gwarantem tego, że się je będzie mieć? Czy to takie proste? Kiedy więc odpowiedziałam, że to nie mój przypadek i że jeśli już o tym mowa, to macierzyństwo jest dla mnie ponad wszystko inne, niezrażony dziennikarz, bąknąwszy co prawda pod nosem „nie wiedziałem, przepraszam”, zapytał: „A czy może mi pani dać namiar na swoje koleżanki, które zrezygnowały z bycia matkami dla…”. Powinnam wszystko wytłumaczyć sobie chamstwem, głupotą i tupetem, a jednak zrobiło mi się bardzo smutno. Mnie, górze lodowej.

PS Przyjmuję do wiadomości, że mój e-mailowy rozmówca, czyli Ty, woli gawędzić z wymagającymi brunetkami, chociaż gdybym była mężczyzną, to rozglądałabym się, przepraszam, najchętniej gawędziłabym,z tymi o rudych włosach. Żartowałam – przyjmuję ze zrozumieniem dominację brunetek, chociaż… pozdrawiam, m.

Frankfurt n. Menem, wieczór

Małgosiu,

myślisz, że „Małgorzata” w nagłówku jakiejkolwiek wiadomości zmienia arytmetykę Twojego wieku? Że od Małgorzaty oczekuje się odpowiedzi kobiety dojrzałej, a w Małgosi zaakceptuje się młodzieńczą niefrasobliwość? Myślisz, że wywołana do odpowiedzi Małgorzata Domagalik staje się automatycznie inna niż Małgosia Domagalik? A jak inna od Małgosi jest Gosia Domagalik? I o ile (jeśli w ogóle) czuje się przez to młodsza? Czy ktoś Cię tak w ogóle nazywa? Czy byłaś i pozostajesz dla kogoś Gosią? Kim trzeba być i jak bardzo trwale i wyjątkowo zaistnieć w Twoim życiu, aby mieć prawo nazwać Cię na przykład Gosiunią? A może zaczniesz się histerycznie śmiać, gdy ktoś pozwoli sobie zwrócić się tak do Ciebie? Nawet wtedy, gdy tą formą Twojego imienia wyrazi największą czułość? Jak nazywała Cię Twoja matka, gdy tuliła Cię do siebie, gdy byłaś dzieckiem? Jak Cię nazywa, gdy tuli Cię do siebie dzisiaj? Jak pozwalają sobie zwracać się do Ciebie w chwilach intymnego uniesienia ludzie, którzy są Ci najbliżsi i dla Ciebie najważniejsi? Jak nazywają Małgorzatę Domagalik ludzie, którzy ją kochają? Jakie imię szepcze do ucha Małgorzacie Domagalik mężczyzna w niej zakochany? No, jakie?

Zastanawiałem się nad tym dzisiaj, myśląc o znaczeniu ludzkiego imienia. Nie mamy żadnego wpływu na jego wybór, a pozostajemy z nim związani przez całe życie. Jest najważniejszym i najczęściej używanym słowem, gdy chodzi o nas. Jest dla nas tym, czym dźwięk dzwonka dla psa Pawłowa. Jest jak wieczny tatuaż, którego nie można w żaden sposób usunąć. Nie można, ponieważ jest „wypalony” na stałe w naszej podświadomości. A dostęp do niej jest (bez naszej pomocy) niemożliwy. Podświadomość należy wyłącznie do nas. Jak na razie. I w podświadomości istnieje wszystko, co kojarzy się nam z naszym najgłębszym ego. A do niego należy także zapis skojarzenia z naszym imieniem. To skojarzenie zdaje się nieodłączne. Nawet wtedy, gdy jesteśmy „w permanentnym stanie wegetatywnym”, jak nazywają to mądrze naukowcy. Tak jak na przykład trzydziestoletnia Beatrice, która przeżyła wypadek samochodowy na autostradzie w pobliżu Liege. Po pięciu miesiącach od wypadku, podczas którego duże fragmenty jej mózgu zostały całkowicie zmiażdżone, otworzyła w klinice oczy, ale nie reagowała na żadne obrazy, żadne dźwięki i żadne inne bodźce, co świadczyłoby o tym, że cokolwiek czuje. Była po prostu, używając coraz bardziej okrutnego języka naszych czasów, warzywem. Zespół brytyjskich i belgijskich neurologów zeskanował dokładnie metodą funkcjonalnego rezonansu magnetycznego (fMRI) mózg Beatrice. Okazało się, że przy wymawianiu podczas badania słowa „Beatrice” w nieodwracalnie zdeformowanym mózgu kobiety uaktywniały się te same ośrodki, które są aktywne u zdrowych ludzi słyszących swoje imię. Intensywność świecenia tych ośrodków u trwale wegetatywnej Beatrice była prawie identyczna z intensywnością w mózgu zdrowym. Przy innych słowach, które także powinny być Beatrice znane, takiej reakcji mózgu nie odnotowano. Imię musi mieć dla nas wyjątkowe znaczenie. Nawet gdy pozornie nas nie ma. Natychmiast przypomniałem sobie spektakularną sprawę eutanazji Terri Schiavo, której pozwolono umrzeć w 2005 roku po długim procesie sądowym relacjonowanym na całym świecie. Ciekawe, jak wyglądałby obraz analizy jej mózgu po wypowiedzeniu w jej obecności słowa „Terri” na pięć minut przed odłączeniem respiratorów.

A teraz odnośnie do mężczyzn, z którymi niekonwencjonalne pogawędki Cię „upubliczniły”. Szczerze mówiąc, mam wrażenie, że sytuacja się odwróciła. To Ty upubliczniasz ich. Przy Tobie można mieć uczucie, które ja nazywam „gwarancją pozytywnego skutku właściwych pytań”. Publiczni mężczyźni rzadko są pytani z klasą o sprawy niepubliczne. A często chcieliby, aby te tematy były poruszone. Zeby na przykład mogli zadać kłam plotkom lub poinformować świat, że oprócz tego, że są aktorami, znają się także na kosmologii i skrycie marzą o doktoracie z teorii stanu stacjonarnego Wszechświata w warunkach brzegowych Wielkiego Wybuchu (ja także o tym marzę). Tobie udaje się w rozmowach z nimi do tego – bezpretensjonalnie i z gracją – nawiązać. Ponieważ perfekcyjnie znasz z własnego doświadczenia emocjonalny stan mężczyzn, z którymi rozmawiasz. Wszyscy tak zwani mężczyźni sukcesu są w tym stanie dokładnie na tej samej chemii: na testosteronie, na adrenalinie, na kortyzolu (hormon stresu) oraz czasami na endorfinach (gdy są zakochani lub tylko bardzo pożądają, co często, niestety, się im myli). I to niezależnie od tego, czy zarabiają na życie, będąc prezydentami, czy jeżdżąc szybko samochodem. Są wtedy tymi, w których bardzo chętnie zakochują się kobiety. Nie tylko córki, ale i ich matki. Sukces, testosteron, adrenalina, aktywność i pożądanie to gwarancja nie tylko interesującego życia, ale także ciekawej rozmowy. Oni, ci mężczyźni, sami są ciekawi, co powiedzą Domagalik, która jest z nimi powinowata chemicznie (termin powinowactwo istnieje również w chemii). I z tej ciekawości opowiadają Ci rzeczy, o których nie powiedzieliby być może nawet we śnie. Czy zdarzyło Ci się, aby przy autoryzacji wywiadu z Tobą wykreślali cokolwiek? Bardzo w to wątpię. Spróbuj raz do rozmowy w ramach cyklu „Mistrz i Małgorzata” zaprosić mężczyznę, któremu ta chemia minęła. Tacy są w egzystencjonalnym letargu i różnią się od innych tylko numerem PESEL. To ci, którzy spędzają czas przed telewizorem i zmieniając pilotem kanały, liczą, że w ten sposób cokolwiek zmieni się w ich życiu. Przeważnie nie mają nic do powiedzenia albo boją się cokolwiek powiedzieć, aby nie utracić stanu rozleniwiającej sytości. Z takimi mężczyznami nie nawiąże się żadnej rozmowy. Oni znają góry lodowe tylko z kanału National Geographic, jeśli mają go przypadkiem w pakiecie abonamentu telewizji kablowej. Z kobietami nie byłoby Ci tak łatwo. Myślałaś kiedyś o projekcie „Mistrzyni i Małgorzata”?

Kolor włosów kobiety jest afrodyzjakiem. Prawie tak samo efektywnym jak alkohol. To nie ulega wątpliwości. Wystarczy przeczytać interesującą listę najdroższych rozwodów opublikowaną w amerykańskim tygodniku „People” z końca (bodajże listopad) 2006 roku. Najwięcej na rozwodach z bogatymi mężczyznami (głównie prawie łysymi) zarobiły bez wątpienia blondynki. Większość z tych kobiet miała nie tylko blond włosy, ale także dużo krzemu w silikonowych piersiach. Na tej liście nie było żadnych rudych.

Świadczy to o znaczącej, historycznej zmianie w upodobaniach mężczyzn. Mam obawy, że to mogło przejść nawet do genów. Kiedyś to ruda kobieta była przedmiotem pożądania i grzechu. Odwiedziłem w miniony weekend niezwykłą wystawę we frankfurckim muzeum sztuki (Stadel Museum; żelazny punkt każdej wizyty we Frankfurcie nad Menem). Nazywała się ta wystawa także niezwykle: „Czarownice i pułapka grzechu”. Wystawiono obrazy znanego niemieckiego malarza Hansa Baldunga Griena (1484-1545), ucznia słynnego Albrechta Durera. Wystawa była konsekwentnie określana przez niemiecką prasę jako „obsceniczna lub co najmniej kontrowersyjna”. Uwielbiam odwiedzać wystawy właśnie tak komentowane w mediach. Szczególnie te dotyczące malarza żyjącego w czasach inkwizycji (jakoś dziwnie i pociągająco kojarzy mi się to ze współczesną Polską). Na płótnach było mnóstwo nagich lub półnagich czarownic i innych nagich kobiet. Prawie wszystkie (na rysowanych ołówkiem szkicach trzeba było zgadywać kolor włosów) były rude. Chociaż kolor włosów łonowych tych kobiet był konsekwentnie grafitowy. Historycznie rzec biorąc, rude (na głowie) jednak dominują. To tylko kwestia czasu, aby dowiedział się i zaakceptował to świat. Firma L'Oreal już od dawna o tym wie. W palecie barw farb do włosów tej firmy odcienie rude zdecydowanie dominują.

Serdecznie

JL, Frankfurt/Main

Warszawa, wieczorem

Januszu,

chyba Cię wirtualnie uduszę. Znowu odrobiłeś zadanie domowe z zapasem. Małgorzata we mnie się z tego cieszy, Małgosia zaś zdecydowanie się niecierpliwi. Małgorzata jest racjonalna do bólu – długi e-mail od Wi śniewskiego – to lepiej dla książki, ale Małgosia już wie, że dziś ludzie czytają szybko. Tak szybko, żeby, chociaż z zadyszką, ale jednak nadążyć za życiem. Jeszcze parę dni temu może dałabym się wciągnąć w rozważania o wpływie koloru włosów na stan konta, który zostaje kobiecie po ewentualnym rozwodzie. Chociaż ileż sama znam wokół siebie blondynek, którym kolor pukli w podziale majątku z pewnością nie pomógł. Dziś jednak, jak chyba każda mocno stąpająca po ziemi Polka, żyję skandalem, jaki się rozpętał wokół spotkania pani Marii Kaczyńskiej z dziennikarkami. Ja też tam byłam i wodę piłam, a tak poważnie współprowadziłam panel o roli i udziale kobiet w mediach. Słynny apel też podpisałam – czytelnie, bo jak słyszałam, zdarzały się i inicjały absolutnie nie do odszyfrowania. Pytałeś mnie, czy myślałam o rozmowach z kobietami. Mimo że przeprowadziłam ich wiele, wolę rozmawiać z mężczyznami. Bo wtedy przed dotarciem do sedna sprawy nigdy się nie waham. No, prawie nigdy… W stosunku do kobiet już tak nie potrafię. Ale wracając jeszcze na chwilę do spotkania u Pani Prezydentowej, to właśnie na nim poruszyłam wątek, który chyba nie za bardzo spodobał się moim koleżankom zajmującym się dziennikarstwem politycznym. Według nich tak, a według mnie nie, środowisko dziennikarek sztucznie dzieli się na te, które zajmują się polityką, i na całą resztę, czyli niebyt. Nie zgadzam się z tym i dlatego między innymi zapraszam na okładki swojego miesięcznika Monikę Olejnik, Anitę Werner, Justynę Pochanke, żeby ukazać je z nieco innej perspektywy. One także są kobietami i to, że zajmują się dziennikarstwem politycznym, powinno być normalne, a niea priorisytuować je na niedostępnym dla innych kobiet szczycie. Z którego z pewnym lekceważeniem, niestety, patrzą na tak zwaną prasę kobiecą. Mimo że z pewnością należą do jej mniej lub bardziej wiernych czytelniczek. Takie sztuczne wtajemniczenie w żaden sposób nie pasuje mi do stwierdzenia, że to, co naprawdę łączy kobiety, to bycie kobietą. Szkoda więc, że gdy ostatnio jedna z dziennikarek „Pani” poprosiła te z zawodowego świecznika, żeby wypowiedziały się na temat przemocy wobec kobiet, większość z nich odmówiła. Nie były zainteresowane tym tematem. Nie miały czasu. To jest właśnie szczyt, tyle że kobiecej hipokryzji. Dlatego przysięgłam sobie, że już nigdy nie będę się publicznie wypowiadała na temat dobrej teściowej, udanych wakacji i ponownego zamążpójścia. Aborcja, bezrobocie, molestowanie, bieda, upokorzenie i łzy… w każdej chwili. Swoją drogą nie czekałam długo, bo już po kilku dniach dostałam zaproszenie do programu Sekielskiego, w którym usiąść miałam naprzeciw „samego” – proszę, nie przeocz cudzysłowu – posła Wierzejskiego. Szczerze żałowałam, ale musiałam odmówić. Gdyby żył Dołęga-Mostowicz, jakże ułatwioną miałby robotę przy kreowaniu bohaterów swoich książek. Musiałam odmówić – bo, nomen omen, weekend u teściowej. I jeszcze jedno: Małgorzata, która, jak piszesz, z gracją i niefrasobliwością zadaje pytania znanym, chętnie porozmawiałaby i z tymi nieznanymi mężczyznami. O czym? O tym, dlaczego nie chcą zobaczyć świata istniejącego poza telewizorem, przed którym spędzają połowę życia. Tyle tylko że żadna kobieta nie będzie tego chciała czytać. Dlaczego? Bo ją interesuje to i przede wszystkim to, o ile jej domowy pan jest lepszy albo gorszy od tego już „upublicznionego”. Serdecznie pozdrawiam Cię, Januszu, mężczyznę przez kogoś udomowionego, a przez innych upublicznionego. m

Frankfurt am Main, wieczór

Małgosiu,

nie odrabiam żadnych zadań domowych. Tym bardziej z zapasem. Nie planuję długości naszej rozmowy. To, co mam akurat do powiedzenia, chcę Ci opowiedzieć w całości. Inaczej czułbym się jak ktoś, kto zamilkł w połowie zdania. A przy Tobie nie chcę tego. Lubię, gdy mnie słuchasz. I chcę, abyś wysłuchała zawsze do końca…

Wykonałabyś więc egzekucję na niewinnym człowieku. Nawet gdyby to była egzekucja tylko wirtulna. Dlatego jestem przeciwny karze śmierci. W każdej postaci. Poza tym chciałbym jeszcze trochę pożyć. Chociaż jeszcze tylko ten rok. Mam dla kogo. I mam przed sobą ważne sprawy, które chciałbym przeżyć. A przecież tylko dla takich chwil warto żyć, prawda?

Moja starsza córka Joanna za kilka miesięcy odbierze dyplom magistra bio-informatyki. Piszę przez dywiz, aby podkreślić to „bio”. Będzie biologiem i biochemikiem oraz informatykiem jednocześnie. W dzisiejszych czasach umieć programować komputery to zbyt mało. Tego można się nauczyć na kursach wieczorowych. Dzisiaj trzeba przede wszystkim wiedzieć, co można zaprogramować. Bardzo chciałbym z nią być w tym szczególnym dniu. I cieszyć się razem z nią. A wieczorem podczas uroczystego balu chciałbym w tańcu przytulić ją mocno do siebie i szepnąć jej do ucha, że ją bardzo podziwiam i kocham. Trzy miesiące później Joasia podejmie studia doktoranckie, które tradycyjnie rozpoczynają się serią wykładów wygłaszanych przez doktorantów. To także chciałbym przeżyć. Przysiąść gdzieś cichutko w sali wykładowej i posłuchać jej wykładu. I chciałbym jak najmniej z tego zrozumieć. Nie ma chyba dla ojca większego powodu do dumy niż córka mądrzejsza od niego. A jeszcze tak niedawno odprowadzałem ją do przedszkola. A później opowiadałem jej rzeczy, których z pewnością nie rozumiała. Moja mała Joasia…

Chciałbym także być w tym roku na balu maturalnym mojej młodszej córki Adrianny. Ona nie interesuje się informatyką. Nawet tą z ostatnio modnej – i niecierpliwie oczekiwanej głównie przez genetyków – półki „bio”. Oprócz matury, która zajmuje ją teraz niewątpliwie, potrafi znaleźć czas na czytanie. I wcale nie takie „do szkoły”. Czyta Coetzee'ego, Freuda, Rilkego, Orwella, Kertesza, Grassa. I czyta ich zupełnie inaczej niż ja. Inne fragmenty ją wzruszają, zupełnie inne zwracają jej uwagę. Według niej Freud to „erotoman na kokainie”, Orwell jest „dzisiaj po Bushu tak przestarzały jak bohaterowie z baśni Andersena”, Rilke „przegina tą miłością jeszcze bardziej niż Goethe”, a Grass „jest za bardzo niemiecki i za mało polski”, a to, że był esesmanem, zupełnie jej nie przeszkadza. Nie pamiętam siebie dokładnie z czasów mojej matury, ale z pewnością miałem o wiele więcej pokory. Ona jej nie ma. Podobnie chyba jak całe jej pokolenie. Im nie wystarczy mieć tak zwane nazwisko, jakąś nagrodę, o której pisały gazety i miejsce w encyklopedii. Syndrom utraty autorytetów? Przeświadczenie generacji Web 2.0, że wszystko można zmanipulować? A może po prostu inny wyraz zwykłego młodzieńczego buntu? Cokolwiek to jest, lubię słuchać, gdy stara się mnie przekonać do swoich racji. To takie fajne uczucie dla ojca, gdy córka ma swoje zdanie i potrafi go zaciekle bronić. Szczególnie gdy dotyczy to tak ważnych kwestii, jak miłość, prawda czy przyszłość świata. Ale teraz razem z nią się denerwuję i razem z nią (jestem tego pewien) będę się cieszył, gdy wywołają ją, aby odebrała świadectwo. Czekam na jej bal maturalny. Bedę tam, ale tylko przez pół nocy. Potem te dla rodziców ciągle jeszcze małe dziewczynki i mali chłopcy zmieszają pod stołami red bulla z wódką absolut, zapalą cygara i zaczną dziko świętować coś, co ma się tylko raz w życiu. Będzie to znak, że starzy mogą sobie już pójść do domu. I wtedy się z nią pożegnam. Jak zwykle poproszę, aby na siebie uważała, i powiem jej, że pamiętam, jak napisała w zeszycie swoje pierwsze słowo. I że ciągle mam ten zeszyt, i że zanim tutaj przyszedłem, wyciągnąłem go z kartonu w piwnicy i chciałem sobie to wszystko przypomnieć. Ale nie okażę jej, że jest mi bardzo smutno. Ze to tak szybko, że tak nagle i że tak bezpowrotnie. Bo ma mnie zapamiętać z tego wieczoru szczęśliwego. Bo taki będę. A przemijanie jeszcze jej nie dotyczy. To mój problem…

Serdecznie JL

PS Wybacz, że nie skomentuję polityki. Dzisiaj jest mi ona zupełnie obojętna, a nawet obrzydliwa. Nawet gdyby nie była, to i tak uważam, że spotkanie z teściową jest zawsze o wiele ważniejsze. Miałaś rację…

Paryż, niedziela wieczorem

Januszu,

jestem w Paryżu, mieszkam w kultowym hotelu Costes, pełnymfashion victims,tuż przy placu Vendome, i leżąc na nieprzyzwoicie szerokim łożu, uśmiecham się do swoich myśli. Oto doczekałam chwili, gdy bez zawodowych kompleksów i dziury w kieszeni przyjechałam do Paryża na spotkanie z Paulem Coelho. Dziennikarki z pisarzem. Jestem już po kolacji i przeglądam notatki przed jutrzejszą z nim rozmową. Mojego „mistrza” poznałam siedem lat temu w Polsce, kiedy jeszcze nie był u nas takim guru od życia mądrze przeżytego, jakim z pewnością jest dziś. I bynajmniej nie mam na myśli naszych krytyków, którzy lubią widzieć w nim sprytnego grafomana. Tak jest zresztą prościej. Biedni czytelnicy znowu nie poznali się na tym, co złe, bezwartościowe, a właściwie do niczego. Pamiętam, że gdy przed laty czekaliśmy na Coelho w ambasadzie Brazylii w Warszawie, pojawił się milczący i jakby zawstydzony naszymi wobec niego oczekiwaniami. Pewnie dostrzegł w naszych spojrzeniach, że spodziewaliśmy się kogoś innego, bardziej niż on niezwykłego, a tu stanął w progu niewysoki, pięćdziesięcioparoletni mężczyzna ubrany na czarno. W każdym razie wtedy wielkiego boom nie było. Parę dni później, gdy przy kawiarnianym stoliku robiłam z nim wywiad, powiedział, że chyba nigdy nie będzie na miarę oczekiwań innych ludzi, bo jest, jaki jest i jaki chce być. Inny nie będzie. To znaczy chce być sobą i zrobi wszystko, żeby nie zagubić pewnej naturalności, jaką miał w sobie, kiedy był dzieckiem. No cóż, jutro się znowu spotkamy i jestem ciekawa, kto otworzy mi drzwi. Coelho, jakiego pamiętam, czy ktoś, kto w tym czasie sprzedał sto milionów egzemplarzy swoich książek.

Pozdrawiam

m.

PS Już wiem. Już znam odpowiedź na postawione wczoraj sobie samej pytanie. Coelho bogatszy o miliony dolarów na koncie jest tym samym rubasznie śmiejącym się mężczyzną, którego pamiętałam sprzed lat. Próżny, bo chce się wydawać na zdjęciach wyższy niż jest w rzeczywistości, błyskotliwy i gdy trzeba – dociekliwy. W domu oprócz nas i całej ekipy jest jeszcze jego żona Christina i dorosła już córka. Obie wpatrzone, wydaje się bez zastrzeżeń, w pana domu. Ale sądząc po ich minach, nikomu to nie przeszkadza. Gdybym zapomniała, to upomnij się o fragment zProrokaGibrana. Kawałek o pracy. Paulo zdradził mi pomysł na swoją kolejną książkę. Wielka tajemnica, ale i bardzo intrygujący koncept. Fajnie jest mieć świadomość, że ma się jakiś sekret z Coelho. Nawet jeśli krytycy… no właśnie. Już później, po wizycie, Coelho na ulicy wyciąga kartę kredytową, żeby udowodnić parze młodych ludzi, że się nie mylą i że on to właśnie ten słynny pisarz, który napisałAlchemika.Wierzą i nie wierzą.

Frankfurt am Main, wtorek wieczorem

Madame M.,

uśmiechająca się do swoich myśli kobieta, leżąca wieczorem na szerokim łożu gdzieś w Paryżu. Niezwykły widok dla każdego mężczyzny z wyobraźnią. Jak motyw z niektórych malowideł Eugene'a Delacroix…

Co ja piszę!? Wcale nie „gdzieś w Paryżu”. To jest przecież o rzut kamieniem od placu Vendome! W pobliżu tego placu albo na nim wydarzyło się (i pewnie ciągle wydarza) wiele istotnych dla historii rzeczy. W kamienicy numer 12 zmarł Fryderyk Chopin (z którym Delacroix się przyjaźnił), w tej samej kamienicy Napoleon III (wnuk słynnego Napoleona Bonaparte) poznał swoją przyszłą żonę Eugenie de Montijo. To tutaj, na tym placu, paryscy komunardzi, próbując obalić system, obalili na szczęście tylko pomnik. Po zachodniej stronie placu, pod numerem 15, znajduje się słynny hotel Ritz. W łóżkach tego hotelu zasypiali (i nie tylko) – między wieloma innymi wielkimi – także Coco Chanel, Ernest Hemingway i Marcel Proust. Z tego hotelu wieczorem 31 sierpnia 1997 roku w swoją ostatnią, tragiczną podróż wyruszyła lady Diana.

Dla niektórych burzliwa historia tego placu nie ma żadnego znaczenia. Znają go jedynie z kuszącej atmosfery dekadencji otaczającej hotel Ritz i z zakupów, które robią (albo chcieliby zrobić, gdyby było ich na to stać) w sklepach wokół placu. Na Vendome kupuje się głównie biżuterię. Można ją nabyć często o wiele taniej gdzie indziej, ale ta z Vendome ma rzekomo symboliczne znaczenie. Dla wielu ludzi ważne jest nie tylko to, co kupili, ale także gdzie to kupili. Może jestem próżny, ale dla mnie także ma to znaczenie. Chociaż zupełnie nie dotyczy to biżuterii. Ktoś obliczył, że w Paryżu na metr kwadratowy najwięcej karatów w diamentach i gramów złota lub platyny przypada właśnie na placu Vendome. Dotyczy to także jubilerów, dla których adres na tym placu jest najlepszą rekomendacją, uznawaną i w Nowym Jorku, i w Moskwie, i ostatnio także w Dubaju. O jubilerze (tak naprawdę to o jego żonie) z Vendome powstał nawet interesujący filmPlac Vendome(1998 rok, w reżyserii Nicole Garcii). Mroczna, trzymająca w napięciu, niebanalna historia trójkąta małżeńskiego z przepiękną Catherine Deneuve w roli głównej. Gdybyś miała wolny wieczór, to gorąco polecam.

Za każdym razem, gdy znajdę się w Paryżu, próbuję spędzić chociaż krótki czas na placu Vendome. Staram się tam znaleźć późnym wieczorem lub w nocy. Najczęściej siadam przy stoliku w kawiarni i obserwuję ludzi lub podsłuchuję ich rozmowy. Jeśli w ogóle mówią do siebie. Zauważyłem, że ludzie coraz rzadziej ze sobą rozmawiają. Nawet Francuzi, którzy jako naród mówią o wiele więcej niż na przykład Polacy lub tym bardziej Niemcy. Często są tylko obok siebie i razem milczą. Zastanawiam się wtedy, czy to dowód porozumienia bez słów, czy brak słów, aby się porozumieć. Ale wtedy musiałyby się spotykać ich oczy lub dłonie. Chociaż na chwilę. Ale tak nie jest. A może to stan prawdziwej jedności? Bez słów, bez dotyku i bez spojrzeń? Zjednoczyłaś się z kimś kiedyś w taki sposób?

Ciekawe, co myśli o tym Coelho. On powinien znać (swoją) odpowiedź. Albo nawet wszystkie (swoje) odpowiedzi. Coelho wydaje mi się ostatnio psychoterapeutą, kaznodzieją, filozofem, pastorem, katolickim spowiednikiem, buddyjskim mnichem, plemiennym czarownikiem wudu i rabinem jednocześnie. Najtrudniej mi ostatnio nazwać go pisarzem. Coelho przekroczył masę krytyczną obecności. Jest bardziej obecny w mojej świadomości jako tak zwany moralizujący autorytet niż jako autor. Czasami – oprócz książek – czytuję jego blog w Internecie. Baśnie i legendy (jakoś nie potrafię nazwać tego historiami), które tam snuje, są jak fragmenty kazań z jakiejś kosmicznie kosmopolitycznej mszy w wirtualnej świątyni wszystkich zjednoczonych filozofii, religii i wierzeń łącznie. Ale przez to, że jest to tak przepełnione wszystkim, wcale mnie nie moralizuje. Innych pewnie także nie. Gdyby kiedykolwiek ktoś wpadł na pomysł napisania Biblii od nowa, to powinien zlecić to Coelho. To byłby nawet większy bestseller niż Coelho,Harry Potteri Mojżesz razem wzięci.

Serdeczności

JL, Frankfurt am Main

Warszawa, wieczorem

Januszu,

jak nie chcesz, to nie komentuj polityki, zwłaszcza że właśnie stało się to, co się miało stać. Nareszcie. Zeby tylko było prościej, mądrzej i normalniej. To fantastyczne, że jednak gdy o coś chodzi, to nie jest nam Polakom wszystko jedno. Ze gdy nie jest nam wszystko jedno, to możemy mieć wpływ na to, co chcemy. I tak dalej. Mrzonki i po raz kolejny rozbudzona nadzieja. Na normalność.

Idę spać, bo jest już bardzo późno. Ale jeszcze fragment mojej ostatnio ulubionej lektury: „Praca to miłość, którą widać. I jeśli nie umiesz pracować z miłością, tylko pełen niesmaku – lepiej pozostaw pracę swoją. Przytul się do stopni świątyni i przyjmij jałmużnę od tych, którzy trudzą się radośnie. Jeśli będziesz obojętny w czasie pieczenia chleba, wypieczesz chleb goryczy. Ten chleb zaspokoi jedynie połowę głodu człowieczego. Jeśli niechętnie tłoczysz winne grona – niechęć ta zwarzy wino niby trucizna. I nawet gdy śpiewasz jako anioł, a pieśni swej nie pokochałeś, zagłuszysz głos dnia i szept nocy”. Tak pisze Khalil Gibran wProroku.Zaczytywał się nim Bob Dylan, a generacja dzieci kwiatów powtarzała za nim: kochaj anioła swego, bo inaczej zagłuszysz głos dnia i nocy. Dobranoc.

Pozdrawiam

m.

PS Zawsze głosuję na starym Żoliborzu. Jeśli komuś się wydaje, że dawnej Warszawy już nie ma, to wystarczy w taki dzień jak dzisiejszy wybrać się w okolice tamtejszej szkoły muzycznej. Współczynnik obywatelskiego obowiązku wzrasta niewspółmiernie w stosunku do wątpliwości, czy komuś jeszcze w tym kraju na czymś zależy.

Amsterdam, piątek wieczorem

Małgosiu,

„I jeśli nie umiesz pracować z miłością…, a pieśni swej nie pokochałeś” – powtarzasz za Gibranem.

Zastanawiałem się dzisiaj tutaj, w Amsterdamie – co jak przeczytasz dalej, nie jest bez znaczenia – jak bardzo można zatracić się w pracy. Jak bardzo tak zwana miłość do pracy może być toksyczna? Jak bardzo może nami zawładnąć, oślepić, odizolować od świata, od przyjaciół lub nawet od tych, którzy nas kochają, od najbliższych? I nie musi wcale w tej „miłości” chodzić o przysłowiowe kołacze w postaci uznania, sławy, pieniędzy czy rozgłosu. Wielu ludzi zakochuje się bez pamięci w swojej pracy tylko dlatego, że nigdzie indziej nie znajduje spełnienia. Według zajmującego się gospodarką uznanego niemieckiego tygodnika „Wirtschafts Woche” (ankieta z listopada 2005 roku) ponad 28% mężczyzn pracujących na stanowiskach kierowniczych przyznało się do tego, że nigdy nie wyjeżdża na urlop dłuższy niż tydzień. Nie dlatego, że im nie wolno (w Niemczech urlop jest rodzajem świętości), ale dlatego, że po tygodniu czują znudzenie, pustkę, melancholię, a nawet depresję. W wypadku kobiet ten odsetek wynosił około 14% dla niezamężnych i 8,5% dla mężatek. Lecą na Fidżi, Korsykę, Hawaje lub Mauritius. Mają obok siebie dzieci, partnerów lub przyjaciół. Zaczynają dzień od masażu w spa, w środku dnia nurkują do zakamarków najpiękniejszych raf i kończą dzień kolacją na jachcie o zachodzie słońca, przy winie, o którego cenę nie muszą pytać.

Pomimo to nie czują się spełnieni. Przed spa – w tajemnicy – sprawdzają swoje Black Berry, ściągając najnowsze e-maile, po lunchu surfują na laptopach po stronie www swojej firmy, a wieczorem, gdy słońce już zajdzie i wino zacznie działać, zamiast o romantycznym spacerze lub seksie na plaży myślą o projektach, które zostawili. Gdy już wylądują po urlopie w Dusseldorfie, Berlinie, Monachium, Hamburgu czy Frankfurcie i gdy nie uda im się wymyślić rozsądnego pretekstu, aby zaraz po wyładowaniu walizek z taksówki wymknąć się do biura, cieszą się na następny poranek jak dzieci na Wigilię (skąd ja to tak dobrze znam!?).

W biurze następnego dnia rano udają przed sekretarką lub przed kolegami przy automacie do kawy rozczarowanie, że „to tylko tydzień”, tłumaczą się niezręcznie z opalenizny i z filiżanką kawy, która w porównaniu z tym, co pili przez ostatnie siedem dni, smakuje jak krople nasercowe dla kotów, wracają szczęśliwi za swoje biurka. I spełniają się. Mniej więcej 7% (mężczyzn) ankietowanych przez „Wirtschafts Woche” na pytanie, czy byliby gotowi się rozwieść, gdyby mieli wybierać pomiędzy pracą a rodziną, odpowiedziało twierdząco. To całkiem niezły wynik. Średnio w każdej społeczności procent psychicznie chorych przekracza z reguły osiem (według danych Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego, niekwestionowanego autorytetu w tej dziedzinie). Tutaj był poniżej 8%.

„Wirtschafts Woche” nie zapytało wprawdzie w swojej ankiecie o gotowość do poświęcenia życia za pracę, ale jestem pewien, że znaleźliby się tacy, którzy i na to pytanie odpowiedzieliby twierdząco. Wyobrażenie sobie sensownego życia bez pracy jest dla nich mniej możliwe niż wyobrażenie sobie własnego pogrzebu. Wielu umiera zresztą „za pracę”. W niektórych zawodach taka opcja jest wpisana nawet w kontrakt. Raporty o śmierci fotoreporterów prasowych, którzy dla „dobrego zdjęcia” zapominają, że mogą osierocić rodziny, pojawiają się ostatnio bardzo często. Z przerażeniem oglądałem w sieci egzekucję japońskiego fotografa podczas zamieszek w stolicy Birmy.

„Jeśli będziesz obojętny w czasie pieczenia chleba, wypieczesz chleb goryczy. Ten chleb zaspokoi jedynie połowę głodu człowieczego…” – tak piszesz dalej, cytując Gibrana.

I co z tego? O wiele ważniejszy moim zdaniem jest głód indywidualny. Ten globalny to jedynie sytuacyjna filantropia. Może – podzielając moje zdanie – zakochane w swojej pracy matki w toaletach swoich firm (rozglądając się, czy przypadkiem nie ma tam kamer) ściągają sobie mleko z piersi i taksówkami wysyłają je w plastikowych butelkach do domu. Aby nianie wsunęły smoczki na tych butelkach w usta ich dzieci. Mają mleko w piersiach, mają pieniądze na najdroższe nianie w mieście, na taksówki sześć razy dziennie – przywoływane pod cztery różne adresy – ale mają mało czasu. Zakochane w swojej pracy rozdysponowują swój czas i swoją miłość według arkusza Excela z opcją kalendarza i sygnału na telefon komórkowy.

I potem ten czas na krótko znajdują. Przynaglone SMS-em. W marmurowej toalecie z muzyką i zapachem róż w powietrzu wysysają mleko ze swoich piersi. Pakują je potem w kolorowy plastik butelki, wkładają do termostatycznej torby i biegną do taksówki, która już czeka na parkingu przed biurowcem. Jeśli do domu nie jest daleko, to dotrze do rąk niani i ust dziecka jeszcze ciepłe.

Zastanawiałem się nad tą obsesyjną miłością do pracy. Gdybym chodził do spowiedzi, to wyznałbym ją w pierwszej kolejności. Jako mój podstawowy grzech. Tak naprawdę to nie mam żadnych innych. Albo są tak mało istotne, że nawet ja ich nie zauważam. To także typowe dla zakochanych w swojej pracy. Są monogamiczni i skrajnie grzeszni, ale skupieni na jednym tylko grzechu. Nawet trudno go wybrać z listy tych siedmiu głównych. Ja postawiłbym na pierwszy, na pychę. Ten grzech nigdy mnie nie zawodzi. Zawsze można się na niego powołać.

Zastanawiałem się nad tym tutaj, w Amsterdamie. Tutaj mieści się tak zwana centrala mojej firmy. To stąd przychodzą miesięczne przelewy na moje konto. Szkolą nas tutaj, jak jeszcze skuteczniej realizować projekty. Dziesięć godzin dziennie nas „uwodzą”. Stosując wyrafinowaną socjotechnikę, najnowsze modele motywacyjne i wszystko, co podsuwa im nauka o „optymalnym wykorzystaniu zasobów ludzkich”. Przez cztery dni jeszcze bardziej próbują nas rozkochać w sobie i w pracy, którą dla nich wykonujemy. Wieczorami mam już tego dosyć. Wcale nie chcę być zasobem ludzkim. Szczególnie wieczorem. W Amsterdamie. Wychodzę sam z hotelu i spaceruję ulicą wzdłuż kanału. Mijam kolorowo ubranych ludzi, którzy prawdopodobnie nigdy nie słyszeli o miłości do pracy. Śmieją się, trzymają się za ręce. Wydają mi się szczęśliwsi ode mnie. To łatwe. Wcale nie jestem szczęśliwy.

Na zakręcie kanału, za pierwszym mostem, jest przytulny coffee shop. Wypiję kawę, zapalę, odpłynę na jakiś czas…

Serdecznie JL, Amsterdam

Warszawa, sobota wieczorem

Januszu,

każdy e-mail od Ciebie utwierdza mnie w przeświadczeniu, że mężczyzna to jednak ktoś inny niż kobieta, i że chociaż, jak mi się zdaje, tak dobrze się rozumiemy, to tyle nas różni. Być może tylko w tak zwanych odcieniach albo, jak wolisz, niuansach. Kiedy cytowałam Gibrana, w ogóle nie przyszło mi do głowy to, o czym piszesz, czyli pracoholizm. Myślałam o tym szczęściu w życiu, kiedy bez względu na to, co robisz, robisz to z pasją. Z pasją wychowujesz dzieci, piszesz doktorat, podajesz ludziom kawę albo czytasz książki. Tylko to chroni Cię przed bylejakością, tylko nadanie własnemu życiu sensu sprawia, że stajesz się jego panem. Bo jak pięknie napisał wMiłości w czasach zarazyMarquez, to nie śmierć wyznacza granice, ale tak a nie inaczej przeżyte życie jest bez granic. Piszesz, że tak ważny jest indywidualizm, czy, jak to nazwałeś, głód indywidualny. Owszem, ale co powiesz? Wczoraj byłam na premierzeKobiet w sytuacji krytycznejJoanny