Wydawca: Edipresse Książki Kategoria: Styl życia Język: polski Rok wydania: 2016

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 276 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Między Światami - Beata Pawlikowska

Zawsze ciągnęło mnie w świat.

            Podczas podróży po świecie zaczęłam odkrywać, że dookoła nas jest znacznie więcej niż to, co widać na pierwszy rzut oka.

W inkaskim mieście Machu Picchu w Peru, w buddyjskiej osadzie Bodh Gaya w Indiach, na poszarpanych wiatrem górskich bezdrożach Boliwii i na pachnących wiecznością sawannach Afryki. 

A my możemy dowolnie podróżować między wszystkimi światami.

Opinie o ebooku Między Światami - Beata Pawlikowska

Cytaty z ebooka Między Światami - Beata Pawlikowska

skuteczna religia to taka, która trafia do człowieka w taki sposób, że uczy go nowego, prawidłowego, cudownie pięknego sposobu myślenia. Pomaga mu zmienić swoją duszę. Nie rozdaje tylko rozgrzeszeń, rozkazów i nakazów, ale naucza dobrego, mądrego życia.

Fragment ebooka Między Światami - Beata Pawlikowska

Okładka

Strona tytułowa

Beata Pawlikowska

MIĘDZY ŚWIATAMI

Rozdział 1

To było w Sarnath. W muzeum.

Szklane gabloty, wyblakłe fotografie, ta dziwna muzealna cisza, w której słychać szurające kroki gości. Strażnicy przykuci do swoich miejsc. Miejsce wyłączone z realnej rzeczywistości na zewnątrz.

Tam świeci słońce, wieje wiatr, ludzie rozmawiają, fruwają ptaki, pachnie trawa, a tutaj są białe ściany, szklane pudełka i garść gruzów wykopanych spod ziemi. Świętych gruzów, bo Sarnath to słynne i bardzo ważne miejsce w buddyzmie.

Budda wygłosił tutaj swoje pierwsze przemówienie. Najpierw przez czterdzieści dziewięć dni siedział pod drzewem i medytował w milczeniu, potem wstał i szedł przed siebie, aż wreszcie stanął, spotkał pięciu mnichów i zaczął im opowiadać jak to jest z tym wszystkim.

– Religia? – żachnął się. – To jest nieporozumienie! Religia w takim kształcie, jak istnieje we współczesnym świecie, to tylko mglista i niepełna kopia tego, co jest naprawdę ważne. Religia w takim kształcie, jak nas dotychczas uczono, to tylko zestaw formułek, rytuałów, które są pozbawione szczerej duchowości, pogłębiają różnice między ludźmi i nie dają wytchnienia. Są splecione materialistycznym sposobem myślenia, więc nie mogą dać prawdziwej wolności i zbawienia.

Domyślam się, że tak mogło brzmieć to kazanie, bo nie zachował się żaden dowód. Wiadomo tylko tyle, że Budda sprzeciwiał się obowiązującej religii i namawiał do przemiany, ale nie takiej ustanowionej przepisami, tylko prawdziwej, wewnętrznej przemiany każdego człowieka.

Super. O to właśnie chodzi.

Myślę, że na początku każdej religii chodzi właśnie o to, tylko potem ludzie zaczynają tworzyć schemat, wybierają kierownika, zastępców, budują świątynię i przejmują odpowiedzialność za innych – odbierając im jednocześnie poczucie, że są odpowiedzialni za samych siebie.

Potem już nikt nie mówi o tym, że tylko ty znasz swoją duszę i jesteś w stanie naprawić w niej to, co wymaga zmiany. Wyrzucić zło i fałsz, nauczyć się dobra i uczciwości, i konsekwentnie kierować się nim w życiu. Że jesteś odpowiedzialny za swoje życie, za swoje myśli, uczucia i czyny.

Nie, bo gdyby ktoś tak mówił, to organizacja byłaby niepotrzebna. Kto zapłaciłby wtedy kierownikowi, zastępcy i wielkiej rzeszy strażników?

Dlatego we współczesnym świecie religie są zgrupowane w organizacje, które tworzą pozór przestrzeni duchowej, ale wydaje mi się, że w gruncie rzeczy ich celem jest utrzymanie istnienia organizacji, a nie twoje zbawienie.

Wiesz dlaczego tak myślę?

Bo widzę w jaki sposób różne religie obiecują, że zrobią coś za ciebie. Uczą cię zależności. Odbierają ci wolność i świadomość tego, że ty i tylko ty jesteś odpowiedzialny za stan swojej duszy. Jeżeli pielęgnujesz w niej urazę, nienawiść, zazdrość, niechęć i inne destrukcyjne emocje, to choćbyś wykąpał się w święconej wodzie albo dostał tysiąc razy rozgrzeszenie, stan twojej duszy wcale się nie zmieni. Wciąż będziesz złorzeczył, walczył, nienawidził, oszukiwał, kłamał i popełniał to samo zło, które czyniłeś wcześniej.

No i zobacz.

Gdyby zorganizowane, istniejące współcześnie religie były skuteczne, to po kilku tysiącach lat istnienia i opromieniania ludzi swoją światłą radą i przywództwem, na świecie powinien chyba panować pokój i dobro, prawda?

Pewnie powiesz, że to nie jest problem religii, tylko ludzi, którzy są oporni na zmiany, czyli że to nie religie są złe, tylko ludzie.

No, ale wydaje mi się, że skuteczna religia to taka, która trafia do człowieka w taki sposób, że uczy go nowego, prawidłowego, cudownie pięknego sposobu myślenia. Pomaga mu zmienić swoją duszę. Nie rozdaje tylko rozgrzeszeń, rozkazów i nakazów, ale naucza dobrego, mądrego życia.

Ale zobacz.

Gdyby religie rzeczywiście koncentrowały się na nauczaniu dobra, mądrości, samodzielności i odpowiedzialności za swoją duszę, to przestałyby być potrzebne. Bo mądrzy, dobrzy i uczciwi ludzie wychowywaliby swoje dzieci na kolejnych dobrych, mąd­rych i uczciwych dorosłych, więc nie byłoby zbyt wielu chętnych na rozgrzeszenie, wspólne bicie się w piersi i zapewnianie siebie samego i innych o swojej bezwartościowości.

Nie chodzi o to, żeby się wywyższać. Ani o to, żeby uzurpować sobie władzę nad życiem, której człowiek nigdy nie miał i nie będzie miał.

Chodzi tylko o to, żeby czuć się odpowiedzialnym za to jakim się jest człowiekiem i mieć szczerą chęć naprawienia w sobie tego, co wymaga zmiany.

Powiesz, że człowiek jest zbyt słaby i potrzebuje do tego religii?

Tak i nie.

Jeśli człowiek myśli, że jest zbyt słaby, to jednocześnie sobie daje milczące przyzwolenie na to, żeby tę słabość raz po raz powtarzać. Bo przecież różne religie ciągle ci mówią, że tak, ty jesteś słaby, jesteś niczym, ciągle się potykasz i błądzisz, więc ty sam zaczynasz myśleć o sobie jak o duchowej ofermie, która nigdy nie osiągnie celu.

Zanim przystąpisz do jakiegokolwiek działania, już wiesz, że najprawdopodobniej zaraz się potkniesz i popełnisz błąd, więc właściwie zanim cokolwiek zrobisz, już jesteś gotów za to przepraszać i już planujesz w kalendarzu kiedy będziesz mógł się z tego wyspowiadać.

Zorganizowana religia uczy cię słabości. Trenuje cię w potykaniu się, błądzeniu i proszeniu o wybaczenie.

Rzadko kiedy pomaga ci w osiągnięciu siły ducha.

I o to właśnie chodzi.

Nie o to, żeby odrzucać Boga.

Tylko o to, żeby szukać w nim siły i nieustającej motywacji do działania zamiast potwierdzenia swojej słabości.

To czyni ogromną różnicę.

Dlatego myślę, że Bóg rozumiany jako Duchowy Przewodnik istniał zawsze i zawsze będzie.

A religie to dzieło ludzi, którzy w swojej nieroztropności usiłowali przejąć boskie prowadzenie i wtedy od razu zaczęli błądzić.

No, ale mniejsza z tym.

Wracam do muzeum w Sarnath.

Rozdział 2

Święte miejsce, wykopaliska, pełno posągów Buddy w różnych pozach. Medytującej, pozdrawiającej, nauczającej. Te płaskorzeźby i posągi pochodzą w czasów króla Aśoki, który niespodziewanie przeszedł na buddyzm. Być może zrobił to dlatego, że chciał uzdrowić swoją duszę. A może pomyślał, że jeśli obywatele jego imperium przyjmą buddyjską zasadę niestosowania przemocy, to najłatwiej będzie nimi rządzić. Kto wie.

W każdym razie w III wieku p.n.e. władca indyjskiego imperium Maurjów przyjął buddyzm i zaczął tysiącami wznosić posągi i inne budowle na cześć Buddy.

To było trzysta lat po tym jak Budda wygłosił w Sarnath swoje pierwsze publiczne nauczanie.

I zobacz.

Na początku wcale nie chodziło o stawianie pomników, tylko o prawdę i o to, co jest naprawdę do zrobienia. A potem ludzie skoncentrowali się na budowaniu symboli swojej wiary z kamienia, a to, co w tej wierze było najważniejsze, powoli zaczęło popadać w zapomnienie.

I dlatego później ludzie coraz dalej byli od prawdy, czyli od tego, w jaki sposób można zaprowadzić porządek, równowagę i spokój we własnej duszy, a coraz bardziej czuli się przywiązani do tworzenia zewnętrznych dowodów swojej wiary. Budowali coraz wyższe świątynie, malowali coraz barwniejsze obrazy, komponowali pieśni i modlitwy, organizowali systematycznie odbywające się rytuały i zgromadzenia.

To dawało im poczucie działania.

Chociaż w gruncie rzeczy było tylko powierzchownym tworzeniem pewnej wspólnej iluzji. No bo jeżeli zbudowaliśmy taki wysoki kościół, to chyba mocno wierzymy w Boga, prawda?

A wcale że nie. Wysoki kościół świadczy tylko o tym, że poświęciliście dużo czasu i energii na budowę kamiennych ścian i dachu – zamiast zająć się w tym czasie realnym czynieniem dobra. Spędzić czas ze starymi rodzicami, którzy tęsknią za tobą nawet jeżeli jesteś u nich codziennie. Pobawić się z kotem, dla którego jesteś zastępczą Mamą Kotką – nawet wtedy, kiedy twój kot jest już całkiem dorosły. Pójść do lasu i pozbierać śmieci zostawione tam przez innych ludzi. Nauczyć się sztuki wybaczania, żeby przebaczyć wszystkim, którzy cię skrzywdzili i do których czujesz urazę. Spędzić czas z samym sobą, przyglądając się miotającym tobą uczuciom, żeby wiedzieć jaki jest prawdziwy stan twojej duszy. Spędzić codziennie godzinę na ćwiczeniu umiejętności pozytywnego myślenia i budowaniu poczucia własnej wartości.

To są prawdziwe dowody wiary.

I ten, kto naprawdę wierzy w Boga, nie potrzebuje świątyń z kamienia, obrazów ani posągów.

No, ale byłam w muzeum. W jednym z najbardziej świętych miejsc buddyzmu. Nic więc dziwnego, że wszędzie dookoła stały i wisiały różne „święte” przedmioty. Król Aśoka mocno się postarał.

Wyobraź sobie. Wysoki, silny wojownik, ubrany w królewską szarfę, która szlachetnymi zwojami opasuje mu biodra. Naszyjnik, złote naramienniki i bransolety. Władczy wyraz twarzy, szerokie czoło, bystre spojrzenie. Najpierw zasłynął jako okrutny władca, bezlitosny dla wrogów i zdrajców. Podbijał wioski i miasta, niszczył, palił, zabijał. A potem nagle postanowił wszystko zmienić. Słynny hinduski król przeszedł na buddyzm.

Następna ściana.

Budda siedzący. Budda stojący. Kawałek kamienia z napisem wyrytym w niezrozumiałym języku. Budda leżący. Bogini Tara z idealnie okrągłymi piersiami, które sterczą z jej ciała jak dwie piłki. A tutaj – najsłynniejszy i najcenniejszy eksponat – zwieńczenie kolumny Aśoki, która miała dwadzieścia metrów, a na jej szczycie znajdowały się cztery siedzące lwy – te same, które dzisiaj są w godle Indii.

Ułamane kawałki rzeźb. Głowa jelenia. Głowa człowieka. Szary kamień, z którego wystaje gładka płaskorzeźba głowy gołębia.

Zatrzymałam się.

Te drobne fragmenty życia przemawiały do mnie znacznie mocniej niż przedstawienia świętych postaci. Pewnie dlatego, że powstały nie ze strachu przed władcą i na jego zamówienie, ale z prawdziwej miłości do sztuki.

Gliniany dzbanek. Płaska płytka z terakoty z rysunkiem palmowego liścia.

Widzę w wyobraźni jak ktoś otrzepuje ją z pyłu i przykłada do ściany, a potem ktoś na nią codziennie patrzy, wchodząc bosymi stopami do swojego domu. Tysiąc lat temu. A w tej terakotowej płytce wciąż żyją te wszystkie spojrzenia, westchnienia, smak tamtego powietrza i owoców granatu, które ktoś ze smakiem zjadł opierając się o mur.

Jeszcze jedna gablota. Mały kawałek wypolerowanego szarobrązowego kamienia, w którym wyrzeźbiono skrzydło ptaka z trzema rzędami gładkich piór. Trzeci wiek przed naszą erą. Pięć tysięcy lat temu.

W muzeum nagle robi się pusto.

Przede mną otwierają się tajemnicze drzwi. Przechodzę przez nie natychmiast, bez wahania.

Staję po drugiej stronie.

Na jasnej ziemi, w słońcu.

Słyszę delikatne uderzenia młotka. Ktoś jest w chacie przykrytej suchą trawą.

Wchodzę do środka.

Wyruszam w niezwykłą podróż.

Inną od tych, które można odbyć w poziomie po drodze wytyczonej na ziemi. Albo statkiem po falach oceanu. Albo nawet samolotem, który też leci tylko w jednej przestrzeni, w jednym fizycznym wymiarze.

Tymczasem równolegle istniejących wymiarów jest znacznie więcej.

Wszystko jest ze sobą połączone.

Wszystko to, co było.

Wszystko to, co jest.

I wszystko to, co będzie.

Wszystko jest ze sobą połączone w najbardziej niezwykły, magiczny sposób, jaki można sobie wyobrazić.

A my możemy dowolnie podróżować między wszystkimi światami.

Rozdział 3

Wystarczy tylko otworzyć swój umysł.

Wewnątrz twojej duszy istnieje bardzo dużo przekonań, których nigdy nie podważyłeś, bo nawet nie przyszło ci do głowy, że można to zrobić.

Chodziłeś do szkoły podstawowej i tam już chyba w drugiej klasie nauczyciel oświadczył, że dwa plus dwa równa się cztery. Wszystkie dzieci powtarzały to posłusznie przez następne lata we wszystkich kolejnych szkołach.

Czy kiedykolwiek wpadłeś na pomysł, żeby sprawdzić czy rzeczywiście tak jest we wszystkich przypadkach?

Pewnie nie.

Przyjąłeś to za pewnik.

Wszyscy tak mówią. Zawsze tak mówią. Nikt nigdy nie napisał ani nie powiedział inaczej, no chyba że zrobił to dla żartu albo jako prowokację.

Zgadza się?

Czy jesteś pewien, że dwa plus dwa równa się cztery?

Pewnie jesteś.

Ale zobacz.

Z czysto życiowego punktu widzenia właściwie to nie ma znaczenia.

Myślę, że ty sam – gdybyś osobiście nazywał rzeczy w swoim świecie – pewnie nigdy nie wpadłbyś na pomysł, żeby sformułować takie równanie. Byłoby ci po prostu do niczego niepotrzebne.

Na widok dwojga rodziców z dwojgiem dzieci pomyślałbyś „rodzina”.

Gdybyś zobaczył na stole dwa jabłka na talerzu po lewej stronie i dwa jabłka po prawej stronie, to pomyślałbyś „dużo jabłek” albo „jak te jabłka fajnie pachną, mam ochotę na jedno”.

Gdybyś spotkał w lesie dwie wiewiórki na sośnie i dwie wiewiórki na świerku, to też nie myślałbyś o tym, że dwa plus dwa równa się cztery, i pewnie w ogóle nie interesowałoby cię to, że tych wiewiórek jest cztery, tylko powiedziałbyś, że widziałeś „całe stado wiewiórek”.

Dwa plus dwa równa się cztery mogłoby dla ciebie nie istnieć.

A jednak istnieje.

I wcale nie dlatego, że ludzie tego potrzebują, tylko dlatego, że jest to jeden z iluzorycznych schematów, które pozornie pomagają uporządkować świat, a w rzeczywistości krępują twoją wolność i sidłają wyobraźnię.

Dwa plus dwa równa się cztery ma sens tylko w matematyce. A matematyka jest tylko zbiorem pewnych umownych haseł, które bez specjalnie stworzonego dla nich kontekstu, po prostu nie istnieją.

W przyrodzie nie istnieje „dwa”.

„Dwa” jako liczba zapisana na tablicy.

Nie ma czegoś takiego.

Mogą być dwa lwy na sawannie, ale nawet kiedy to mówię, to oboje widzimy dwa lwy z powiewającą grzywą przechadzające się wśród żółtych afrykańskich traw, a nie dwie liczby, prawda?

Bo słowo „dwa” jest tylko dodatkowym określeniem, które fizycznie nie istnieje.

Lwy istnieją naprawdę.

Dwa to tylko pozór.

Dlatego nie można powiedzieć:

– Dwa przechadzają się po sawannie.

Dwa nie istnieje.

Prawda?

Powiem więcej.

„Dwa” wcale nie jest tym, czym myślałeś, że jest.

No bo czym jest „dwa”? Czymś więcej niż jeden, prawda?

A właśnie że nie.

W języku zuluskim dwa oznacza „sam, samotnie, w pojedynkę”.

Widzisz?

Jeżeli patrzysz na świat z zuluskiego punktu widzenia, to „dwa” jest czymś pojedynczym, samotnym, pozbawionym towarzystwa.

Tymczasem „dwa” w języku polskim to coś dokładnie przeciwnego, czyli wyposażonego w partnera, w towarzystwie.

I teraz łatwo ci udowodnię, że dwa plus dwa wcale nie równa się cztery.

Ponieważ dwa plus dwa równa się dwa – jeżeli przyjmiemy zuluskie symbole w pierwszej części równania, a polskie na jego końcu.

Zuluskie dwa (czyli jeden) plus zuluskie dwa (czyli jeden) równa się polskie dwa.

Prawda czy nie?

A zobacz na takie równanie:

Dwa plus dwa równa się four.

„Four” oznacza „cztery” po angielsku.

No, ale chyba zgodzisz się ze mną, że four nie jest tym samym co cztery. Tak samo jak jabłko nie jest tym samym, co pomarańcza. „Four” to jest „four”. Inaczej brzmi, inaczej jest napisane, mieszka w innym kraju.

Widzisz?

To wszystko tylko symbole i iluzje, którymi można łatwo manipulować.

Dwa plus dwa w gruncie rzeczy wcale nie równa się cztery.

Dwa plus dwa zuluskie równa się dwa.

Dwa plus dwa równa się quatro.

Quatro to hiszpańskie słowo używane dla określenia liczby „4”. Ale to znaczy, że dwa plus dwa wcale nie zawsze równa się „cztery”.

Rozumiesz?

Chodzi mi o to, że nasze umysły zostały w pewien sposób zmanipulowane, żeby jak papugi powtarzać bezmyślnie to, czego zostaliśmy nauczeni.

Przepraszam papugi za to porównanie. Papugi są znacznie bardziej bystre od pokoleń ludzi wytresowanych w jednym, cias­nym, schematycznym sposobie myślenia.

Ten schemat miał nam dać poczucie bezpieczeństwa – kiedy wszystko zostanie nazwane, opatrzone etykietką i umieszczone w segregatorze.

Tyle że schemat nigdy nie wystarcza i wciąż rośnie, wydając na świat następne schematy. Z tego moim zdaniem bierze się wielki chaos, bo ludzie przestają szanować to, co jest prawdziwe i etyczne, na rzecz tego, co jest sztuczne i fałszywe, ale stanowi uporządkowany element schematu. Przestają się kierować na co dzień uczciwością i wiarą w dobro. Zamiast tego stosują się tylko do przepisów. Nie mają problemu z nieetycznym zachowaniem – o ile jest to zachowanie zgodne z zapisami obowiązującego prawa.

Jeśli nieścisłość w jakiejś ustawie pozwala kraść, to ludzie kradną, nie zastanawiając się nad tym czy to jest dobre, czy nie.

Trzeba więc pisać następne przepisy – wraz z karami przewidzianymi za ich złamanie – które znów na pewien czas regulują zachowanie ludzi, ale tylko do czasu jak ktoś wpadnie na pomysł jak ten przepis obejść, żeby coś na tym zyskać.

Nasze życie publiczne polega więc na tym, żeby budować gigantyczną, nieustannie rosnącą piramidę przepisów szczegółowo regulujących każdy aspekt życia, a jednocześnie ludzie podlegający tym przepisom przez cały czas starają się znaleźć sposoby, żeby je podważyć, obejść i legalnie zignorować, co prowadzi do następnego rozmnożenia jeszcze bardziej szczegółowych przepisów.

Czy zauważyłeś, że w naszym współczesnym świecie prawie nikt już nie mówi o zwykłej uczciwości? Nikt już nie oczekuje, że ludzie będą po prostu uczciwi.

Mam wrażenie, że ludzie przestają używać swoich umysłów.

A raczej – że przestają ich używać w inspirujący, kreatywny sposób.

Koncentrują się na tym jak prześlizgnąć się przez dżunglę przepisów, oszukując ją zgodnie z prawem gdziekolwiek się da. Oszukiwanie zgodnie z prawem to specjalność naszych czasów. Dozwolone jest wszystko, co nie jest zabronione prawem. Może to być nieuczciwe, nieetyczne, niemoralne, złe, ale jeśli jest dopuszczone w świetle przepisów, to ludziom wydaje się, że to jest dobre.

Ale zło nie przestaje być złem, nawet jeśli jakiś przepis nie nazywa go po imieniu. Nieuczciwość pozostaje nieuczciwością, która plami twoją duszę i zatruwa twoje myśli. I co z tego, że zgodnie z prawem można oszukać? Każde takie oszustwo zostaje z tobą jako sprzeniewierzenie się temu, co sam w głębi duszy uważasz za najważniejsze i najbardziej słuszne – czyli uczciwości i kierowaniu się dobrem.

Prawda?

Wiesz dlaczego o tym piszę?

Bo chcę ci wyjaśnić w jaki sposób niepostrzeżenie dałeś się wciągnąć w schemat stworzony z iluzji i nieprawdy, której celem jest produkowanie pieniędzy.

Nasza zachodnia cywilizacja może głosić różne hasła, ale w gruncie rzeczy jest skoncentrowana tylko na jednym: na gromadzeniu pieniędzy i przedmiotów, które za te pieniądze można kupić.

I nawet nie zdajesz sobie sprawy w jaki sposób codziennie i na wiele różnych sposobów przypomina ci o tym, że to jest najważniejsze i że ty też musisz ze wszystkich sił i przez cały czas starać się to zdobyć.

Rozdział 4

Pewnego dnia garncarz wyszedł na drogę i powiesił na kiju garnek. Po to, żeby poinformować nadjeżdżających gości, że niedaleko mieści się jego warsztat i że mogą kupić u niego wyposażenie kuchni.

To była pewnie pierwsza forma reklamy. Chodziło w niej o to, żeby przekazać potencjalnym odbiorcom informację o tym gdzie jest i jaki jest produkt.

Teraz jest zupełnie inaczej. Reklama jest abstrakcyjną formą promowania sprzedaży, prawie w ogóle nie związaną z produktem, który ma sprzedawać. Istnieją wyspecjalizowane biura, które tworzą reklamy na bazie znajomości tego, co się sprzedaje, a nie konkretnego produktu, który jest do sprzedania.

Bo kiedyś chodziło o to, żeby porządny garnek znalazł swojego nabywcę, który takiego garnka potrzebuje.

A teraz chodzi o to, żeby sprzedać milion fabrycznie wyprodukowanych garnków i jak najwięcej na tym zarobić.

To jest ogromna różnica.

Kiedyś handel opierał się na dobrym towarze.

Teraz opiera się na nieuczciwej – choć zgodnej z prawem – reklamie.

Kiedyś wytwórca robił niewiele przedmiotów dobrej jakości i dostarczał ludziom to, czego potrzebowali.

Teraz produkuje się miliardy tanich rzeczy, których właściwie nikt nie potrzebuje i które szybko się rozpadają, psują, tracą kształt.

Kiedyś produkowano przedmioty dlatego, że były potrzebne.

Teraz produkuje się masowo rzeczy po to, żeby zarobić pieniądze.

To dotyczy też żywności, która przestała ludzi „żywić”, bo jest robiona z najtańszych, bezwartościowych, śmieciowych i syntetycznych składników, które po latach prowadzą do powstawania takich chorób jak nowotwory, cukrzyce, otyłość i wiele innych.

Bo chodzi o pieniądze.

Wszyscy zwariowali na punkcie pieniędzy.

Wiesz po co Europejczycy wyruszali na poszukiwania nowych lądów?

W szkole mówiono nam, że to była era „wielkich odkrywców”.

Ale oni nawet nie wysunęliby czubka buta za próg swojego domu, gdyby nie chodziło o pieniądze.

Wcale nie wyruszali w podróż ze szlachetnych pobudek poznawania świata, odkrywania, chęci przeżycia ciekawych przygód ani zebrania nowych doświadczeń.

Płynęli po to, żeby nakraść. I nikt tego nie ukrywał.

Wyprawy organizowano tylko do takich miejsc, gdzie na pewno widziano tubylców ze złotem, szlachetnymi kamieniami albo innymi równie kosztownymi rzeczami – takimi jak choćby przyprawy, które były wtedy bardzo drogie. Niezwykle poszukiwanym celem wypraw były Drzewa Cynamonowe, ale nie dlatego, że są wyjątkowo piękne i ktoś chciałby je choćby raz w życiu zobaczyć. Chodziło o to, żeby zrabować cynamon i sprzedać go za wielkie pieniądze w Europie.

Epoka „wielkich odkryć geograficznych” była w gruncie rzeczy wielkim światowym kryminałem. Europejczycy wsiadali na statki sponsorowane przez władców, a w zamian mieli im przywieźć złoto, bogactwa, przyprawy oraz nowe ziemie, które były na siłę przyłączane do europejskich państw.

Przy okazji szukano nowych dróg i rysowano mapy, żeby łatwiej było wrócić po następne zrabowane kosztowności.

Nic nie było ważne oprócz pieniędzy.

Jeśli tubylcy usiłowali bronić swojej ziemi, byli zabijani tysiącami.

Czy wiesz, że Europejczycy zabili mniej więcej 80% ludzi, których napadli na różnych kontynentach?

W Ameryce Północnej mieszkało kiedyś 60 milionów Indian. Niektórzy na Wielkich Preriach, inni w górach albo na wybrzeżu. Mieli swoje obyczaje, plemiona, religie, mieli swoją ziemię i wydawało się, że mają przyszłość.

Europejczycy zabili albo doprowadzili do śmierci 55 milionów Indian. Wyobrażasz sobie?

Strzelali do nich, więzili, zmuszali do niewolniczej pracy, celowo zarażali chorobami.

Tak samo było w Ameryce Południowej.

Tak samo było w Australii.

Tak samo było w Afryce.

Europejczycy mieli zbroje, strzelby, statki i armaty. Mieli narzędzia do zabijania.

Czy myślisz, że fakt posiadania narzędzi do zabijania daje im prawo do narzucania innym ludziom swojej woli? Do zabierania im ziemi, zmuszania do zmiany religii, rabowania kosztownych przedmiotów?

To jest tak samo, jakby teraz na polskim polu wylądował statek kosmiczny, z którego wysiadają Marsjanie – przepraszam Marsjan za to porównanie, ale używam tego słowa tylko symbolicznie na określenie kosmity – wyjmują najnowsze, nieznane jeszcze na ziemi laserowe colty i mówią:

– Polacy! Przybyliśmy tu, żeby was ocalić. Wasze dotychczasowe życie było złe i nie prowadziło do niczego dobrego. Poddajcie się nam. Przyjmijcie naszą kosmiczną wiarę. Oddajcie nam waszego premiera. Wyrzeknijcie się prezydenta. Od dzisiaj my będziemy tu rządzić.

Czy znasz choćby jedną osobę, która chciałaby się na to zgodzić?

Ja nie znam.

A ponieważ nie chcielibyśmy wyrazić zgody dobrowolnie, kosmici wyjęliby swoje maksymalistyczne colty i zabiliby 80% Polaków.

A potem twoje dzieci poszłyby do szkoły i uczyłyby się na lekcjach historii o „epoce wielkich odkryć kosmicznych”, podczas której dzielni Marsjanie znaleźli drogę do planety Ziemia, wylądowali na polskim polu i nawiązali kontakt z prymitywnymi tubylcami, którzy nigdy wcześniej nie widzieli latającego spodka ani laserowych rewolwerów. Na skutek epoki wielkich odkryć kosmicznych Polska została kosmiwangelizowana, co przyczyniło się do jej szybkiego rozwoju.

Co byś sobie pomyślał?

Marsjanie będą przysięgać, że kosmiwangelizacja Polski jest konieczna i że to jest jedyny sposób, żeby uratować nasz kraj przed upadkiem, rozwiązłością i szatanem.

Widzisz to co ja?

Nigdy nie pokazano nam drugiej strony.

Wszyscy zawsze się upierają, że dwa plus dwa równa się cztery, a wielka epoka odkryć geograficznych przyczyniła się do rozwoju handlu i wiedzy o świecie.

Nikt nam nigdy nie powiedział, że powinniśmy właściwie przeprosić za zło, jakie wyrządziliśmy innym narodom, i że powinniśmy szukać innej, bardziej szlachetnej, etycznej drogi do szczęścia.

Bo tylko ten, kto kieruje się dobrą, uczciwą, szczerą intencją, ma szansę dotrzeć do celu.

Wszyscy inni będą wiecznie błądzić.

Rozdział 5

Pamiętam pierwszy raz kiedy leciałam samolotem. Miałam chyba siedem lat. Mój tata zabrał mnie na wycieczkę do zoo. Polecieliśmy z Koszalina do Poznania samolotem.

Siedziałam przy okrągłym oknie i patrzyłam w dół. Ale tam nic nie było. Tylko chmury jak biały ocean. Patrzyłam więc na ściany, na fotele, dziwiłam się, że w tym samolocie jest tak głośno, a potem znów wróciłam do okna.

– Tatusiu, patrz! – zawołałam. – Tam są takie dwie małe kałuże!

– To nie są kałuże! – roześmiał się mój tata. – To są dwa duże jeziora.

Zmarszczyłam brwi.

Ale zaraz.

Jak mała kałuża może być dużym jeziorem?

To chyba niemożliwe, prawda?

Tak samo jak wielki mróz nie może być wielkim upałem. Albo szary rekin nie może być różowym delfinem. Ani mama nie może być tatą. Tak samo jak tata nie może być mamą, bo oni są dwiema różnymi osobami i nie mogą zamienić się skórami.

No to jak mała kałuża może być dużym jeziorem?

Siedziałam i głowiłam się nad tym. I musiałam w końcu zaakceptować pewien zdumiewający fakt.

Jeśli mała kałuża może być jednocześnie dużym jeziorem, to znaczy, że właściwie nie istnieje możliwość stwierdzenia na pewno czym jest w rzeczywistości to, co mi się czymś wydaje.

I wiesz dlaczego to piszę?

Bo to jest jedna z najbardziej charakterystycznych cech naszej współczesnej, zachodniej cywilizacji.

Nie wiadomo co jest czym.

Nie ma jasnego oznakowania prawdy i fałszu, bo wszyscy już dawno stracili nad tym kontrolę. To właśnie stąd bierze się poczucie chaosu i stres, który na co dzień towarzyszy ludziom w naszej części świata, mieszając im w myślach i odbierając resztki wrażenia, że życie ma jakiś sens.

Nie masz gwarancji, że banknot, jaki bierzesz do ręki, jest prawdziwy.

Nie wiesz czy bank, gdzie złożyłeś oszczędności życia, będzie istniał za tydzień.

Nie wiesz czy minister mówi prawdę kiedy zapewnia, że używa służbowego samochodu tylko do celów służbowych.

Nie wiesz czy ksiądz, któremu się spowiadasz, nie ogląda wieczorami filmów z dziecięcą pornografią.

Nie wiesz czy umowa w kasie pożyczkowej, którą dostajesz do podpisania jest uczciwa, i czy przypadkiem nie zmusi cię do spłacenia długu z 1000% odsetkami.

Nie wiesz czy szynka, którą kupujesz w sklepie jest zrobiona z prawdziwego mięsa, czy z wodnego roztworu różowej, nafaszerowanej chemii mikstury.

Nie wiesz czy lekarz po zbadaniu stawia właściwą diagnozę i czy zaczyna cię skutecznie leczyć.

Nie wiesz czy tanie buty kupione w „korzystnej promocji” w supermarkecie nie rozpadną się po tygodniu.

Nie wiesz już o co chodzi w tej wojnie na wschodzie, bo każdy mówi co innego.

A nikt nie mówi o tym, że bogate kraje chętnie sprzedają biednym krajom broń, bo szybko na tym zyskują duże pieniądze.

I ci, którzy handlują bronią, nie mają nic wspólnego z polityką. Oni tylko zarabiają na życie. Tak samo jak ty, w swoim biurze albo korporacji.

Czy sprawdziłeś kiedykolwiek co sprzedaje twoja korporacja i czy jest to produkt uczciwie pełnowartościowy, który sam chciałbyś sprzedać swoim przyjaciołom?

Czy znasz kogoś, kto odszedł z pracy z powodów etycznych, bo firma, w której był zatrudniony, produkowała niezdrowe słodycze albo soki, dodając do nich (zgodnie z prawem) coraz więcej szkodliwych syntetycznych wzmacniaczy smaku i zapachu?

Pewnie nie.

Bo nikt już nie wie co jest dobre, a co jest złe.

Dobre wydaje się to, co jest zyskowne.

Złe pewnie jest to, co nie przynosi żadnych korzyści.

Jak w takim razie rozpoznać to, co jest prawdziwe, pełnowartościowe, uczciwe i trwałe oraz odróżnić od tego, co jest bezwartościowe, fałszywe, śmieciowe, produkowane masowo tylko dla zysku?

Myślisz, że w takim razie rzeczywiście, nasz świat jest jednym wielkim chaosem, w którym wszystko jest niestałe, płynne i niepewne?

No, ale może jest coś, co wiesz na pewno?

Na przykład to, że dwa plus dwa równa się…?

No właśnie.

Ale nie.

Świat nie jest chaosem.

Chaos panuje tylko w naszych umysłach.

Wiesz dlaczego?

Bo nauczono nas szukać prawdy tam, gdzie jej nie ma.

Strona redakcyjna

Od Autorki:

Lubię przecinki. Daję im artystyczną wolność, nieskrępowaną schematem. Przecinek mówi czasem więcej niż słowo, zatrzymuje myśl, oddziela znaczenia, a czasem nadaje im nowy sens. Także wtedy kiedy znika.

I dlatego przecinki w tej książce są postawione i zniknięte zgodnie z artystyczną wolnością, wbrew zaleceniom korekty i na moją odpowiedzialność.

Copyright for the Polish Edition © 2016 Edipresse Polska SA

Copyright for the text, photos and drawings © 2016 by Beata Pawlikowska

Edipresse Polska SA, ul. Wiejska 19, 00-480 Warszawa

Dyrektor ds. książek: Iga Rembiszewska

Redaktor inicjujący: Natalia Gowin

Produkcja: Klaudia Lis

Marketing i promocja: Renata Bogiel-Mikołajczyk

Digital i projekty specjalne: Katarzyna Domańska

Tekst, rysunki i zdjęcia: Beata Pawlikowska

Projekt okładki: Beata Pawlikowska i Maciej Szymanowicz

Opracowanie graficzne: Beata Pawlikowska i Maciej Szymanowicz

DTP: Maciej Szymanowicz

Biuro Obsługi Klienta

www.hitsalonik.pl

mail: bok@edipresse.pl | tel.: 22 584 22 22

(pon.–pt. w godz. 8:00–17:00)

www.facebook.com/edipresseksiazki

Druk i oprawa: Skleniarz, Kraków

ISBN: 978-83-7945-248-4

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kodowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych w całości lub w części tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

Patronat: polki.pl