Wydawca: E-bookowo Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 172 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Między Sierpniem a młotem - Stanisław Esden-Tempski

Powieść Między Sierpniem a młotem  to pseudopamiętnik ze Strajku Sierpniowego i stanu wojennego oparty na własnych przeżyciach Autora. Jego Śmierć po pobiciu przez ZOMO była autentyczna, a Zmartwychwstanie i odzyskanie mowy mimo wszelkich lekarskich prognoz, cudem.

Bohater powieści Andrzej Łazarz, protokolant Strajku Sierpniowego walczy o 22 postulat – zniesienie prewencyjnej cenzury zapachów. Nie wszystkim strajkującym się to podoba. Łazarz traci swoją funkcję.

Kiedy wprowadzono stan wojenny Andrzej nie chce już żyć i prowokuje  własną śmierć. Budzi się w szpitalu i uświadamia sobie, że jest niemy. Przy nim jest  tylko jego żona Marylka. Musi odzyskać język, by żyć.

"Między Sierpniem a młotem" staje się także swoistą metaforą przemiany, która dokonała się w Polsce po Sierpniu. Stało się wtedy coś, co jednym odebrało mowę, innym rozum, a jeszcze inni doszli do władzy. Stanisław Esden-Tempski w intymnych wspomnieniach ujawnia mechanizmy Strajku, pokazuje, co było w nim dobre, a co zakłamane i jak to wszystko wpływało wówczas na tak zwanych zwykłych ludzi, którzy musieli jakoś żyć w towarzystwie Wielkich Idei i walki o codzienne przetrwanie w jakże trudnych warunkach społeczno-politycznych.

To także obraz Gdańska i jego mieszkańców. Autor w mistrzowski sposób pokazuje atmosferę panującą w tym wyjątkowym mieście.

Bohater, Andrzej Łazarz, nie tyle zostaje zaatakowany przez bezosobowe ZOMO, co pobity przez dawnego przyjaciela ze szkoły. W wyniku pobicia zapada w śpiączkę, z której budzi się z uszkodzeniami narządu mowy. Próbuje wrócić do pracy, ale język nie jest już taki jak dawniej. Z nauczyciela chorych umysłowo staje się pacjentem w swoim własnym szpitalu. W tej chorej sytuacji próbuje odbudować swoją osobowość. Czy mu się to uda?

Patronat medialny: Twojakultura.pl


Stanisław Esden-Tempski

Powieściopisarz, poeta i dziennikarz, urodzony w Gdańsku w rodzinie o kaszubskich tradycjach. Studiował psychologię na Uniwersytecie Warszawskim i filologię polską na Uniwersytecie Gdańskim.

Już od czasu swego głośnego debiutu – tomu wierszy  pt. "Wytrwale rozwijam swe złe skłonności"  wzbudzał kontrowersje i zainteresowanie. Powieści  "Kundel" i "Łowca orchidei" ukazały go jako oryginalnego prozaika.

Opinie o ebooku Między Sierpniem a młotem - Stanisław Esden-Tempski

Fragment ebooka Między Sierpniem a młotem - Stanisław Esden-Tempski

Stanisław Esden-Tempski

Między SIERPNIEM a młotem

© Copyright by Stanisław Esden-Tempski & e-bookowo

Projekt okladki: e-bookowo. Rysunek: Anna Gwiazda

ISBN 978-83-7859-091-0

Wydawca: Wydawnictwo internetowe e-bookowo www.e-bookowo.pl

Kontakt:wydawnictwo@e-bookowo.pl

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości bez zgody wydawcy zabronione.

„Przypomnę kilka faktów w czasie Strajku w Stoczni Gd. od 14VIII 1980, które po latach okazały się b. groźne w skutkach.

Trzeciego dnia tj. 16 VIII, kiedy już stały wszystkie zakłady Trójmiasta Wałęsa zakończył strajk w Stoczni Gdańskiej.

Była to kompletna kompromitacja Wolnych Związków Zawodowych! Po odbudowaniu Strajku zjawił się w Gdańsku prem. T. Pyka, próbował prowadzić rozmowy u wojewody poza MKS-em. Pracownikom komunikacji miejskiej proponował 2500zł bez powodzenia. W tym czasie wprowadzono konia trojanskiego w osobie Ireneusza Leśniaka kier. działu kadr St.Gd. Wspierał go agent Florian Wiśniewski. Leśniak podawał się za przedstawiciela Koła Młodych Literatów Polskich. Zapewniał, że występuje w im. dyrekcji Stoczni, która popiera strajk. Zdemaskowałam go przy pomocy Stanisława Esden-Tempskiego, który był członkiem Zarządu koła ZLP. Andrzej Gwiazda polecił Wałęsie by Leśniaka wyprowadził ze Stoczni. W październiku 1981r. Karewicz i Grudniewski ofic. SB w Radomiu zorganizowali nieudany zamach na moje życie. W lipcu 1983. Stanisław Esden-Tempski został napadnięty przez tak zwanych nieznanych sprawców: pobity kopany w głowę. Przeżył śmierć kliniczną . Oto cena jaką płaci się za odważne głoszenie prawdy” .

A.Walentynowicz Gdańsk 17 V 2006

ZAPIS RAPORTÓW LEKARSKICH

KLINIKI CHIRURGII URAZOWEJ

AM W GDAŃSKU,DNIA GODZINA 14.

Pacjent Andrzej Łazarz, lat 30, seria numeru osobistego SJ, zamieszkały w Gdańsku – Biskupia Górka, ul. Salwator, przywieziony do Kliniki przez Pogotowie Ratunkowe karetką reanimacyjną, jako nieprzytomny, w stanie ciężkim, najprawdopodobniej po pobiciu. W trakcie transportu przytomności nie odzyskał, bez kontaktu. Wskazuje na użycie alkoholu. Po przywiezieniu do Kliniki nastąpił epizod śmierci klinicznej. Zastosowano intensywną reanimację. Akcja serca powróciła. Tętno nierytmiczne 120/min. Kontaktu rzeczowego nie było, i nadal nie ma. Widoczne obrażenia: wybroczyny krwawe w okolicy lewej skroni i prawej strony okolicy czołowej. Krwiak okularowy i pęknięcie lewego łuku brwiowego. Źrenice wąskie, reagujące na światło, trudno badalne, szpara powiekowa znacznie zwężona. W badaniu neurologicznym objawów patologicznych nie stwierdzono. Ciśnienie RR130/80. Akcja serca miarowa, aktualnie 60. Nie reaguje na żadne bodźce. Moczy się pod siebie. Założono cewnik. Okresowe spłycenie, zwolnienie oddechu do 10/min. Chorego w Izbie zaintubowano. Przekazano na Oddział Intensywnej Opieki Medycznej. Oddech wspomagany respiratorem Bennet MA-1. Włączono leczenie przeciwobrzękowe. RTG czaszki i kręgosłupa – bzm. Arteriografia mózgowa wykazuje cechy obrzęku mózgu. Odżywianie organizmu – sztuczne – kroplówki, Manitol.

Pod kołdrą Andrzeja trwała żywiołowa praca – szarpał się ze swoim cewnikiem. Oddanie każdej kropli moczu było tak bolesne, że dłużej nie mógł tego znieść. Bywają chwile – w szpitalach czy więzieniach, że drobna dolegliwość urasta do ogromnych rozmiarów, a wszystko inne przestaje być ważne, pragnie się jedynie wytchnienia. Wyszarpał więc gumową końcówkę cewnika, tkwiącą boleśnie w prąciu. Doznawał teraz wszystkich bodźców seksualnych w jednym ogłuszającym bólu i zrozumiał, dlaczego w miłości jest tak wiele szarpania, kąsania, przyciskania ciała do ciała i zaciskania szyi. Zapragnął nagle innych uczuć, innego miłowania. Gdy wyzwolił się wreszcie z tej poniżającej aparatury, poczuł lepką ciecz na swoich udach. Poznał ją – to była jego krew. Chciał rozgrzeszenia.

Andrzej nigdy nie nauczył się stać w kolejkach. Już po godzinie stania, zaczynały go boleć pięty, potem czuł zmęczenie w łydkach, szczególnie w okolicach wiązadeł. Gdy zaczynał się kręcić, był to sygnał to, że jego uda zrobiły się obrzmiale. Potem odzywały się plecy, grzbiet, a potem barki. Było już koło godziny szóstej. Wschodziło słońce – pomarańczowa czerwień wielkiego kręgu wiszącego nisko nad dachami ulicy Grunwaldzkiej przenikała przestrzeń, i pasażerowie, czekający na tramwaje, byli równie ostro widziani, jak plażowicze. W głowie robił się mętlik i czuł się jak po gorzałce. Zasychało mu w ustach, z chęcią rozbiłby szybę PDT-u, nie dlatego, by zdobyć adapter, ale że jego duszę opanowywała chęć zemsty na tych wszystkich, którzy uczestniczyli w paskudnym planie zelżenia go, naplucia mu w gębę. Zmusili go do wyczekiwania całą noc na artykuły pierwszej potrzeby (adapter i muzyka były dla niego pierwszą i jedną z najważniejszych potrzeb). Studiując listy towarów przywiezionych w dzisiejszej dostawie, nazwę adaptera „Daniel” odczytał jako coś zupełnie obcego i czuł się upokorzony. To była część tej niezasłużonej złośliwości. Kopał sam siebie w pięty, tężały mu również ręce, chciał się przejść, ale każde odejście od kolejki groziło wykluczeniem. Marsz nie dostarczał mu tych dolegliwości. Był zupełnie dobrym piechurem. Teraz musiał czekać i wszelki ruch za szybą, choć potencjalnie dla niego korzystny, był mu dokuczliwy. Rozpędzał motor emocji ku najwyższym rejestrom, a sklep miano otworzyć dopiero o godzinie 9-tej.

Nie miał odpowiedniej budowy fizycznej, by tak stać całymi godzinami – przed sklepami, przed urzędami, na przystankach. Żeby takie rzeczy znosić trzeba mieć odpowiednie mięśnie – mięśnie uległe. Jego mięśnie całe życie napinały się – by kopać, walczyć o piłkę, o chleb, o dziewczynę. Piesza wyprawa na drugi kraniec Polski cieszyła go, bo obiecywała walkę, którą musiały stoczyć jego mięśnie. Tutaj odarto go z tych możliwości. Pilnował, by ktoś nie wdarł się przed nim w kolejkę. Był częścią kolejki, jak paluch prawej stopy jest częścią nogi. W kolejce uczył się nienawidzić części własnego ciała, bał się kolejnych amputacji.

Koło dziewiątej zaczął się niepokój, kolejka jak ogon jaszczurki gotowała się do oddzielenia. Pracownicy PDT otwierający drzwi szukali drogi ucieczki. Lawina ludzi cisnących się do środka groziła zmiażdżeniem, zatratowaniem, kalectwem. Drzwi wejściowe wykonano z pancernego szkła, obramowanego grubym kratownikiem, a skobel z masywnych, żeliwnych prętów. Gdy tłum wreszcie ruszył, nic nie mogło go już powstrzymać! Wokół słychać było sapanie i jęki. Nagle ze środka kolejki odezwało się przerażające ludzkie wycie, szloch i bezradny okrzyk – „o! kurde!”. Andrzej przeciskał się w stronę, skąd głos się dobywał. Ludzie ustępowali mu, jakby ze skruchą. To, co zobaczył, zmroziło go. Z nogi dziewczyny leżącej na ziemi sączyła się krew. Niewątpliwie było to – otwarte złamanie. Oczy Marylki były zamknięte i wyglądała jak porzucona lalka. Była blada i nieruchoma, cierpiała cicho. Jej wielkie usta, o barwie rozciętego pomidora, były spierzchnięte, a z kącika warg spływała kropla śliny.

Zadzwoniono po pogotowie, a Andrzej sam zajął się jej nogą i okrył swoją kurtką. Dziewczyna otworzyła oczy i właśnie w ten sposób się poznali.

– Kim jesteś?

– Nazywam się Łazarz. Andrzej Łazarz. Zaraz przyjedzie pogotowie.

– Dziękuję.

Wzruszył ramionami, ale już w dwa miesiące potem była jego żoną.

Antoni Jedynak, pół-Węgier, pół-Polak, hodowca perskich kotów (Koleczkowo – Niebieski Barak, uważać na psa sąsiadów!) – żaglomistrz i obieżyświat – kręcił się niespokojnie po pustych „salonach” Henryczka. Kiedy wszedł tutaj z samego rana, koło 10-tej, wykrzyknął z przerażeniem – „Ale Rosja!”. Po wczorajszej balandze panował tam bałagan. Henryczka nie było, z samego rana poszedł do gazety. Jurek Kamecki tańczył żydowski taniec solowy, wyrzucając ręce w powietrze jak kantor w synagodze. Czarna broda dodawała jego ruchom oficjalności, a wprowadzony w trans, potrącał meble – małe stoliczki, stołki i krzesła – tupał, tupał z takim zapamiętaniem, że ormowiec mieszkający pod nim musiał przypomnieć sobie rok 45-ty. „Marycha” i alkohol zmogły go wreszcie. Zasnął skulony pod stołem. Błażej, z obojętnością istoty wyzutej z wszelkich przesądów, żuł brudną od ziemi marchewkę, którą poprzedniego dnia przyniósł ze swego ogródka. Łazarza nie było.

Jedynak snuł się po pokojach (było ich „troje” z oknem wychodzącym na coraz to inny zabytek) i popatrywał niezdecydowanie na małą buteleczkę, którą trzymał w dłoni i ważył coś w myślach. W buteleczce była trucizna. Dostał ją w pewnej małej wiosce, zagubionej w afrykańskiej dżungli, od czarownika imieniem Kbala Lunga w dowód przyjaźni. Była to nieprawda, ale czy to ma jakiekolwiek znaczenie?

Jedynak chciał zabić Jurka, którego broda wystawała spod koca. Powodem tych morderczych zamiarów była Aldona, inspicjentka z Teatru, która „coś kiedyś z nim miała”. Co to miało być, tego nie było wiadomo – zapytana przez Mietka Antymarksa, zaprzeczyła, a teraz, i tego właśnie nie mógł znieść Jedynak, „łajdaczyła się” z Jurkiem Kameckim, który pijany jak tramwaj w Barbórkę, spał na legowisku pod stołem.

Łazarz poszedł po gorzałkę i wziął ze sobą dzwon okrętowy Jedynaka (podobno z jachtu, który ukradziono im w Lagos). Dzwon był zwyczajny, współczesny, z tych, na których wybija się szklanki i nie miał tej magicznej mocy, jaką mają wszelkie starocie chętnie skupowane przez handlarzy na Jarmarku. Łazarz poszedł dokonać tej transakcji bez większego przekonania o powodzeniu.

Jedynak był już mocno „zaczepiony”, ale mimo kieszonkowego wzrostu i wagi biletu kinowego, potrafił wypić… Poniżej litra nie schodził. Teraz dodatkowo ćmił gandzię hodowaną w znajomym ogródku, kołysało go. Zerkał na buteleczkę. Nie czuł do Jurka specjalnej nienawiści, ale miał mu za złe „nieetyczny stosunek do kobiet” – łatwość w nawiązywaniu erotycznych związków, nietrwałych, choć płomiennych. Sam niestety, nie mógł się tym poszczycić.

Przez okno dolatywały tutaj niewyraźne odgłosy dogasającego Jarmarku Dominikańskiego. Ciemniała bryła Mariackiego Kościoła. Nad kopułą kaplicy Królewskiej drżało powietrze. Łazarz przypomniał sobie nagle, co go dzisiaj spotkało, gdy stał u wejścia na Mariacką obok sprzedawców lakierowanych pudełek, rzezanych w góralskie wzorki. W tłumie półnagich turystów, między twarzami spotniałymi, o wyschnietych ustach, w całym tym kurewskim upale zobaczył twarz zakonnicy. Twarz otoczona czarnym welonem, była jasna i ufna jak twarzyczka dziecka. Zakonnica patrzyła przed siebie, jakby ci ludzie przechodzący obok niej mimo, byli przezroczyści, a obraz ten wymagał od niej należytej powagi. Gotycki portal kościoła, osrany przez gołębie i wyszczerbiony przez wojny, wydał mu się niezniszczalny, a twarz zakonnicy patrząca w tłum i niewidząca tłumu, cząstką współczesnego Średniowiecza.

Jedynak odkorkował wreszcie buteleczkę Kbala Lungi i poczuł gorzko-słodki zapach waleriany. Podszedł ostrożnie do Jurka mlaszczącego przez sen, nachylił buteleczkę i wlał kroplę śmierdzącego płynu w jego żółte od woszczyny ucho. Jurek poderwał się z posłania i potrząsał głową, chcąc się pozbyć paskudztwa. Jedynak, nie spłoszony, popalał gandzię bacznie popatrując, co też może z tego wyniknąć.

Po dwóch godzinach już wiadomo było, że Łazarz nie wróci. Może dlatego Henryczek zaczął się uzjadliwiać. Może trochę przetrzeźwiał? We wszystkim o czym mówił znajdował doskonałą okazję, by zganić picie jako takie, a alkoholików w szczególności. Mietek, drukarz, który „zwodził Andrzeja na manowce”, ciągle jeszcze sączył prehistorycznego fikołka, którego zachował z tej błogosławionej pory, gdy wódy było potąd, a więc kończyła się tam, gdzie ukazywał ją Henryczek – ponad oprawkami swoich czarnych okularów. Dziennikarz wpił się wzrokiem w tą jedną samotną szklankę, która wyraźnie denerwowała balowników. Pokiwał zachęcająco w kierunku Mietka wskazującym palcem, jakby bawił się z filuterną myszką.

– Spóła? – syknął pełen niepokoju.

– Nie da się tego przeprowadzić – odpowiedział Mietek wypiwszy alkohol do dna.

To wkurzyło Henryczka. Zamilkł pełen urazy i skrywanej wrogości. Ciepło pomyślał o redakcji dziennika. Tam przynajmniej czuł się potrzebny.

Balowników ogarnął lęk, a Łazarza wcięło już na dobre. Ciągle to się zdarza, że ktoś znika i nie można wtedy go odnaleźć. I robi się pusto.

– On wróci – rzekł Mietek, ale bez pewności.

Zdarzenia we wrzeszczańskim „pedecie” miały znamiona cudowności, a przecież później musiała się dowiedzieć, że Andrzej pije. Starał się, by tego nie odczuwała, ale czy można tego nie odczuwać? Pytanie, dokąd doprowadzi to ich dom (a była to sprawa podstawowa dla Marylki), czaiło się w kącikach jej murzyńskich warg, nie mogąc na razie znaleźć stosownego wyrazu. Wiązała ją sprawa Solidarności. Czuła, że ośmieszyłaby się rzucając na szalę, na której ważyło się ich uczucie, swój wstręt do alkoholu. Pociągało to ją, te wszystkie bale, do których Andrzej robił aluzje. Pociągało to ją i przerażało. Jej niespełniony instynkt macierzyński bronił się przed dostępem obcych sił. Raniło to ich świeżo zrastające się emocje. Nazywali to miłością i była to miłość. Gwałtowna, jak przyspieszony oddech, kwaśna, gdy czuli głód osłabieni godzinami uścisków, sucha jak skóra ich warg, lepka jak pot, gorąca, taka, jaką czują ludzie, którzy wstydzą się, gdy kłamią i z niepokojem patrzą na własne ramiona, gdy ktoś łamie gałęzie drzewa.

Chudła, czuła to. Od trzech dni gdy zrozumiała, że nie ma co czekać na Andrzeja, jadła coraz mniej. Każda kromka chleba przydawała jej cierpienia. Myślała o gniciu i o tym, że konieczność jedzenia w jakiś sposób ją poniża. Jej piersi robiły się wiotkie i nieważne, jak przekłute dętki. No i co z tego, to jego wina! Wyjaśniła TEJ INNEJ, z którą codziennie dyskutowała, zmęczona Jej natarczywością i ojcowską nietolerancją dla każdej pomyłki. Mogłaby się wreszcie zamknąć! Ale nie było to możliwe. Nawet leżąc w łóżku słyszała Jej chichot, niewyraźnie dochodzący zza kołdry i nie umiała jej zaatakować, bo byłoby to równie przyjemne, jak odcinanie własnego palucha. Klęski Marylki nigdy nie stawały się powodem tryumfu tej drugiej – ta DRUGA Z LUSTRA była jej najwierniejszą przyjaciółką, SKÓRA I GROSZKI to dobrze pasowało do Marylki. Jej piersi, które nigdy nie wezbrały pokarmem, zawsze były masywne i ciężkie. Paraliżowało to Andrzeja, gdy zdarzało mu się asystować w obrzędzie zdejmowania bluzki i stanika, a piersi osuwały się jak martwe i nie mogły znaleźć oparcia na wąskim pszczelim brzuchu: jak królikowi drżały mu nozdrza, a ona uspokajała – „poczekaj, zaraz dostaniesz swojej sałaty”.

Czuła się zelżona. Butelka, którą zdzielił ją ojciec w dzisiejszej rozmowie pozostawiła sińce na czole i machinalnie rozcierała je spoconymi palcami, brnąc w upale stromym chodnikiem ulicy Biskupiej. Fryzjer pozdrowił ją i uśmiechnął się dwuznacznie, jakby o wszystkim już wiedział. To przyprawiło Marylkę o nowy atak wstydu. Chyba powinno pozostać jakieś piwo z zapasów Andrzeja? Tym razem spojrzała łaskawiej na istnienie napoju o tej podejrzanej nazwie. Ojciec podwiózł ją aż do „szóstki” u podnóża Biskupiej Górki, ale dalej nie wjeżdżał. Terytoria psychiczne miały dla niego walor materialny i zawsze ogrodzone były jakimś płotem. Nawet się nie odwrócił, gdy przez chwilę jeszcze stała odprowadzając wzrokiem samochód, który próbował się włączyć do ruchu na rozjeździe ulicy Leningradzkiej. Poczuła się opuszczona. Męczyła ją Biskupia Górka, wszędzie było tam stromo.

– Życie jest nałogiem, nie wódka! – ironizował Andrzej.

– Ale jakie potrafi być cudowne. Nie lubisz życia, nie wygłupiaj się…?! – broniła się Marylka.

– To należałoby ująć tak – nie sprawia mi specjalnej przyjemności. Jeśli chciałbym porzucić jakiś nałóg, to właśnie ten – egoizm chęci życia.

– Tak sobie tylko mówisz…

– Czy to można przewidzieć?

Ta rozmowa odbyła się miesiąc temu. Andrzej wychodził z ubikacji i długo się mył. Miał za chwilę całować Marylkę. Jakby specjalnie przedłużał ceremonię toalety. A Marylka czekała. Mieli iść na ten stary cmentarz, na którym leżał dziadek Apolinary. Chciała obejrzeć jego grobowiec. Miało ją to o czymś przekonać. Dom Łazarzów był pełen duchów, rodzinnych opowieści i niezrozumiałych nerwic. Matka Andrzeja nie pozwalała Marylce postawić szczotki w ustępie, bo dziadek Polek lubił tam czytać prasę – została jeszcze półka i masywna popielniczka. Grobowiec rodziny Łazarów, który miał być okazały, nie znajdował się ani w Gdańsku, ani w Koleczkowie, skąd pochodziła pani Gertruda, matka Andrzeja, a nazwę tej miejscowości ukrywano przed Marylką, tłumacząc się niedostępnością tego miejsca. Dopiero Andrzej zaczął wykazywać większe zainteresowanie tymi rodzinnymi opowieściami.

Dziadek Apolinary był klezmerem w knajpie Kubickiego nad Mołtawą. Jego skrzypce leżały w pokoju stołowym na ogromnej gdańskiej szafie, która w tej chwili była sporą częścią majątku trwałego rodziny Łazarzów. Rzadko zdejmowano ów stary instrument. Marylka zobaczyła go dopiero na uroczystości pożegnania, jaką zorganizowali państwo Łazarzowie przed swoim wyjazdem do córek zamieszkałych w Australii.

Siostry Andrzeja, Magda i Kasia od czasu do czasu przesyłały kartki i ogromne paczki. Już były urządzone. Mąż Magdy, Krzysiek, wyjeżdżał rozgoryczony, ale nie chciał jechać do Izraela, chociaż mu to doradzano. Bał się każdego nacjonalizmu a Australia wydała mu się miejscem na tyle nieokrzepłym, że nie groził mu tam żaden narodowy ostracyzm. Miał już dość gomułkizmu i ciągłych informacji o cenach jaj i trybie obowiązkowych dostaw. Świnie i krowy porykiwały smutno w jego myślach, gdy wsiadał w samolot wywożący ich do Paryża. Kasia poznała swego męża już w Australii. Na nieszczęście był Polakiem, więc nie wróżono mu szybkiej kariery finansowej.

Chcąc wzmocnić swoje szanse, połączyli siły i otworzyli restaurację w Perth, gdzie osiedli na stałe. Kolorowe zdjęcia nadchodzące stamtąd, na tyle zachęciły starych Łazarzów, że zdecydowali się na wyjazd, by odwiedzić córki. Wieczór pożegnalny był przyjemny dla każdego z nich. Dla rodziców – bo zobaczą córki, których nie widzieli od sześćdziesiątego ósmego, a dla młodych, szczególnie dla Marylki, bo dom Łazarzów zostanie wreszcie pusty.

Pani Gertruda pokazała tego dnia prawie wszystko, co umiała. Na stołach były więc: sałatki jarzynowe, kurczaki w potrawce, schaby, karkówki, kapusta kiszona, grzyby marynowane, pasztety, szynka, ciasta – szarlotka, makowiec, sernik, leguminy i wódka. Nie przeklinała wielkości swoich mebli. Dla dwudziestu gości, którzy zjawili się na tej uroczystości, były akurat wystarczające. Rozmowa za stołem, za którym Marylka siedziała cichutko, nie dopuszczona nawet do pomocy przy serwowaniu potraw (robiły to ciotki: Mania i Mela) miała swoje dwie epoki, jak wszystko, młodość i wiek podeszły. W rozmowie przedstawicieli epoki juwenilnej mówiono o teraźniejszości, prowokacji w Bydgoszczy, w której milicja pobiła obradujących w Urzędzie Wojewódzkim członków Solidarności i nad głowami zawisła groźba strajku generalnego. Część zebranych była temu stanowczo przeciwna. Mówiono o nowym rodzaju kartek, obowiązującym od niedawna z uproszczonym systemem numerków na poszczególne artykuły, także o tym, co udało się zdobyć i czego ciągle nie ma. Sklepy już dawno zaczęły świecić pustkami – złośliwi twierdzili, że od czasu, gdy zaczęła rządzić Solidarność, ale ktoś wniósł, że symptomy kryzysu pojawiły się co najmniej od połowy roku siedemdziesiątego. Sytuacja zaczęła nabierać charakteru niekontrolowanego galopu, po wydarzeniach radomskich, w roku siedemdziesiątym szóstym. Do rozmowy wtrącił się Andrzej. Mimo że najmłodszy, miał ochotę dodać coś od siebie. Mówił jąkając się ze zdenerwowania – słuchała go cała rodzina, której bał się i która nigdy nie akceptowała jego samodzielności:

– Przekroczyliśmy punkt medialny – mówił. – W innych miastach został on przekroczony już dawno – kolejki stoją już całą noc, zagląda nam w oczy widmo głodu. Ludzka wytrzymałość ma swoje granice, to że poleje się krew, jest więcej niż pewne. Żaden ustrój nie daje się obalić bez tej daniny.

Łazarz zamilkł. Nie wszystko mógł powiedzieć przy tym stole. Resztę przegryzał w sobie: „Jakże trudno jest myśleć w tej klatce, która powoli otacza każdego z nas tutaj – potwornej klatce niemożliwości. Żeński hormon to optymizm. – Jeśli ten kraj się uratuje, to tylko przez kobiety, przez ich wielbłądzią wytrwałość i wolę przeżycia, a nie tylko wolę walki.”

Po