Między nami samicami. O kobietach, mężczyznach i życiu - Aleksandra Piotrowska, Dorota Sumińska - ebook
Opis

Irena A. Stanisławska, dziennikarka, zadaje trudne pytania o stereotypy dotyczące kobiet i dziewczynek. Aleksandra Piotrowska, doktor psychologii, i Dorota Sumińska, lekarz weterynarii i psycholog zwierzęcy – odpowiadają. Niezwykle ciekawa rozmowa, która obala niejeden mit. Ważny głos w dyskusji na temat roli kobiet w domu, pracy, społeczeństwie.

W poważnej niepoważnej rozmowie autorki szczerze i bez wybielania swojej płci rozprawiają się ze stereotypami dotyczącymi kobiet oraz z sądami, które niejednokrotnie kobiety same głoszą i wzmacniają. Mówią m.in. o stereotypie „miłej i ładnej dziewczynki” i jego wpływie na dorosłe życie, o wartościowaniu swojego życia poprzez związek z mężczyzną, rozprawiają się z mitami związanymi z instynktem macierzyńskim oraz o byciu „niezastąpioną i samowystarczalną”. Pytają też o kobiecą solidarność – jest czy jej nie ma? Te tematy i wiele innych w rozmowie tylko między kobietami.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 194

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Redaktor prowadzący: ANNA KUBALSKA
Redakcja: BARBARA ŻEBROWSKA
Korekta: JOLANTA SPODAR, MARTA STEC
Projekt okładki: KAMIL PRUSZYŃSKI
DTP: Studio 3 Kolory
© Copyright for the text by Aleksandra Piotrowska, Irena A. Stanisławska, Dorota Sumińska, 2018 © Copyright by Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o., 2018 All rights reserved
Wszystkie prawa zastrzeżone. Przedruk lub kopiowanie całości albo fragmentów książki możliwe jest tylko na podstawie pisemnej zgody wydawcy.
Wydanie I
ISBN 978-83-8073-951-2
Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o. 00-807 Warszawa, Al. Jerozolimskie 94 tel. 22 379 85 50, fax 22 379 85 51 e-mail:wydawnictwo@zielonasowa.plwww.zielonasowa.pl
Konwersja:eLitera s.c.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

MIŁA DZIEWCZYNKA

Irena A. Stanisławska: Pewnie nieraz spotkałyście się z określeniem „Jaka miła dziewczynka!”. To największa pochwała. A ja pytam, dlaczego zaletą dziewczynki nie może być inteligencja?!

Aleksandra Piotrowska: No przecież społeczeństwo wie lepiej, jaki człowiek powinien być! Wiadomo, że każda płeć ma swoje zadania rozwojowe, w związku z tym chłopiec ma być kompetentny, ma być wyposażony w bardzo wiele różnych wiadomości, umiejętności, wierzyć w siebie, w swoje możliwości, ma mieć ducha przywódcy. A obok tego chłopca powinien znaleźć się jakiś wdzięczny personel obsługujący w postaci kobiety, która będzie patrzeć na niego z uwielbieniem i na każdym kroku dostarczać dowodów jego wyjątkowości. No bo jaka ma być kobieta? Nawet zwroty i sformułowania występujące w naszym języku sugerują, że mężczyzna jest głową, a kobieta szyją; kobieta – jeśli już w jakiejś sytuacji ma rządzić mężczyzną, to w aksamitnych rękawiczkach. Żeby ten fakt nie rzucał się w oczy! Zobaczcie, zakłada się, że jesteśmy gatunkiem kierowanym i zdominowanym przez samców. Że ich dominacja jest naturalna i normalna. Jeśli w trakcie spotkania towarzyskiego kobieta wyraża pogląd sprzeczny z głoszonym przez jej mężczyznę, ten fakt jest traktowany przez wielu uczestników spotkania jako nielojalność, jako kwestionowanie (i to publiczne!) jego autorytetu i mądrości.

I.S.: Ale z drugiej strony kobieta jest szyją. To kobieta w dyplomatyczny sposób rządzi.

Dorota Sumińska: Ale musi być szarą eminencją. Nie może nosić korony, bo nie wypada. Koronę nosi król.

A.P.: Takie mamy normy, takie mamy powszechne oczekiwania. I myślę, że kobieta, która by wszem i wobec pokazywała swoją wartość, wcześniej czy później będzie mieć przechlapane.

D.S.: Raczej wcześniej.

A.P.: Fakt. Myślę, że już w okresie przedszkolnym. Będzie uważana nie tyle za mądrą, ile za przemądrzałą. Potem, w szkole, wszyscy będą z niedowierzaniem patrzeć na to, co ona potrafi. Taka arogancka, prawda? Brak jej podstawowego poczucia skromności! Wiek XX przekształcił się w XXI, a świadomość społeczna nie uległa w wyrazisty sposób zmianom. Mamy badania, które wykazują, że w klasach koedukacyjnych poziom oczekiwań i poziom stawianych przed dziećmi wymagań jest inny w stosunku do dziewczynek i inny w stosunku do chłopców. Wobec chłopców oczekuje się, że przejawią bystrość, inteligencję, niezależność myślenia, samodzielność. Jeśli napotykają jakąś trudność przy rozwiązaniu zadania, nauczyciel zatrzymuje się po to, żeby chłopakowi dodać wiary w siebie i podtrzymać jego motywację, czyli skłania go, żeby sobie z zadaniem poradził („No pomyśl, pogłówkuj, dasz radę!”). Lecz jeśli taki sam problem napotyka dziewczynka, zachowanie jest zgoła inne: „To nie szkodzi, że nie rozumiesz. To naprawdę trudne zagadnienie. Nie każdy musi mieć zdolności w tym kierunku”. Ona przecież tak pięknie prowadzi zeszyt. Taki czyściutki, każdy temat podkreślony, bywa, że i kolorowymi kredeczkami.

Drugi rodzaj badań pokazuje, że zupełnie inaczej jest wtedy, kiedy w jednej klasie czy w jednej grupie są tylko dziewczynki. Wtedy nagle okazuje się, że nauczyciele potrafią z tych dziewczynek wydobyć matematyczne perełki.

D.S.: Przed wielu laty trochę pracowałam w krajach islamskich, w których zamiast skrzyżowań były ronda (w Polsce, kiedy z niej wyjeżdżałam, wtedy takich rozwiązań nie było). Spytałam więc zaprzyjaźnionego szefa policji – Jak mam tu jeździć? Jakie są zasady? Odpowiedział: „Jesteś kobietą i możesz jeździć, jak chcesz”. To tak à propos pobłażliwego traktowania kobiet.

A teraz przykład ze świata zwierząt. Zauważcie, że u ptaków pięknie wystrojony, widoczny dla świata jest samiec. Samica jest niepozorna – szarobura, ewentualnie troszkę brązowa.

A.P.: Z czego to wynika? Żeby nie były tak widoczne, kiedy siedzą na gnieździe?

D.S.: Zazwyczaj wynika to z daleko posuniętej poligamii. Dlaczego? Te ptaki, które łączą się w pary na całe życie, a więc są monogamiczne, mogą być takie same (szare lub kolorowe), bo cały czas mają się na oku. Jeśli się rozstają, to tylko na moment, więc mają wrażenie, że się nawzajem kontrolują. W poligamicznych związkach im więcej partnerek, tym lepiej. Jeden, nawet najbardziej wytworny samczyk, nie jest w stanie sprawować kontroli nad liczną gromadką „żon”. Muszą więc być na tyle skromne, by nikomu nie wpadły w oko. Zresztą w ludzkich społecznościach, w których panuje poligamia, jest podobnie.

I.S.: Jak się to ma do miłej dziewczynki?

D.S.: A tak, że nawet w naszej kulturze dziewczynce wolno dużo mniej niż chłopcu. Ma być skromna i broń Boże nie pozwalać sobie na wyzywające zachowanie, ubranie, postawę. Gdy dorośnie, będzie jeszcze gorzej. Niewierny mężczyzna ze szwadronem kochanek to macho, a kobieta z takim dorobkiem to po prostu kurwa.

A.P.: W naszym społeczeństwie wyraźnie widać, że zupełnie inne są oczekiwania wobec dziewczynek, a zupełnie inne wobec chłopców. Dziewczynka ma być uprzejma, uczynna, serdeczna i ciepła, ustępliwa, nie może ją za łatwo szlag trafiać z byle powodu, ponieważ powinna nad sobą panować. Ma być do rany przyłóż. Po prostu plaster na rany tego świata! Natomiast w chłopcach bardzo zdecydowanie ceni się przebojowość, energiczność. Czy wiecie, że niemowlęta w zależności od tego, czy je ubierzemy w niebieskie śpioszki, czy różowe, są przez ludzi inaczej traktowane?

D.S.: Naprawdę?!

A.P.: Nie do wiary, ale tak! Zupełnie nieświadomie realizujemy zachowania dostosowane do tej domniemanej płci niemowlaka. Przeprowadzano stosowne badania, które pokazały, jak działają stereotypy związane z płcią i to, że typizacja płciowa zaczyna się bardzo wcześnie. Te same niemowlaki ubierano albo w ubranka przewidywane powszechnie dla dziewczynek (różowiutkie kaftaniki i sukieneczki, falbanki, kokardki), albo wprost przeciwnie – w błękitne koszulki ozdobione wywrotkami, dźwigami, samochodami wyścigowymi i podobnymi męskimi akcesoriami. Osobom, które miały spędzić kilka chwil z niemowlęciem, nie przekazywano wprost informacji o jego płci, ale najwyraźniej wnioskowały o niej na podstawie ubranek. I okazało się, że ludzie inaczej kontaktują się z domniemaną dziewczynką, a inaczej z chłopcem, inaczej do nich zagadują, z inną intonacją i mimiką, proponują im inne aktywności, inne zabawy. Niemowlakom! To różnicowanie działa na nieświadomym poziomie. Od ilu pokoleń musiały być przekazywane takie wzory zachowania, że mają dziś charakter powszechny.

Mówimy oczywiście o postawach i zachowaniach, które dominują, co nie znaczy, że występują we wszystkich rodzinach. Ja nigdy w życiu od moich rodziców nie usłyszałam, że mam być bardziej ustępliwa i ugodowa niż moi bracia ani że oni mają się zajmować łażeniem po drzewach, szachami i matematyką, a ja mam pomagać mamusi. Wprost przeciwnie – w mojej rodzinie to najstarszy brat spontanicznie przejawiał zainteresowania kuchnią.

D.S.: Byłaś jedyną dziewczynką?

A.P.: Jedyną. Miałam dwóch starszych braci, potem, po kilkuletniej przerwie, pojawiłam się ja. Myślę jednak, że niezależnie od tego, jakie byłyby konfiguracje, to osobowość i poglądy moich rodziców wpłynęły na to, że wychowywano mnie w taki, a nie inny sposób. Mama (bo to ona, jako niepracująca zawodowo gospodyni domowa) dopuściła do tego, że kiedy mając siedemnaście lat, wyjechałam na studia do innego miasta, byłam absolutnym zerem kulinarnym. Pamiętam, jak po trzecim roku studiów pojechałam na obóz żeglarski na Mazury. Płynęliśmy w pięć łodzi. Koledzy, widząc, że w załodze jest dziewczyna, postanowili, że będę rządzić kuchnią. Mówiłam im, że źle na tym wyjdą, lecz oni sądzili, że żartuję. Przestali tak uważać, gdy już pierwszego wieczoru rozpaliliśmy ognisko, chłopcy przynieśli wielki kocioł wody z jeziora, a ja miałam ugotować makaron. No to od razu go wrzuciłam. Nie miałam pojęcia, że woda najpierw powinna się zagotować! Do tego stopnia byłam trzymana z dala od kuchni! Mnie w domu nie przekazywano, że dziewczynka ma być skromna, miła, uprzejma i znajdować szczęście w uszczęśliwianiu innych.

I.S.: To co ci przekazywano?

A.P.: Że mam robić najlepiej to, co chcę robić, co lubię robić, ale też że powinnam przyzwoicie wypełniać obowiązki szkolne, poszerzać swoją wiedzę. Z pewnością postawa moich rodziców nie była w czasach mojego dzieciństwa typowa.

D.S.: Mnie również nie uczono gotować, nie oczekiwano ode mnie wykonywania prac domowych, które zresztą uwielbiam, bo jestem urodzoną sprzątaczką, praczką, „gotowaczką”. Ja również miałam się dobrze uczyć; no i czasem posprzątać w pokoju.

I.S.: A czego od ciebie wymagano?

D.S.: Zaradności, skromności. W mojej rodzinie wychodzono z założenia, że dziewczynkę można łatwo zepsuć i dlatego nie powinno się jej chwalić. Moja mama nigdy nie powiedziała mi, że ładnie wyglądam, że jestem zgrabna. Wręcz odwrotnie. Mnie zawsze mówiono, że mam się uczyć – skoro nie jestem ładna, to muszę być mądra.

Pierwszy raz usłyszałam od mamy: „Jak ty ładnie wyglądasz!”, kiedy byłam po czterdziestce. Powiedziałam: „Trzeba było tak mówić wcześniej!”. Przyznała mi rację.

Pamiętam, że gdy miałam kilkanaście lat, modny był ruch hipisów. Szyło się dzwony z kretonu w kwiatki, kolorowe spódnice do ziemi. Ja również się tak ubierałam. Moja mama mnie wtedy nie znosiła, ponieważ wychodziło to poza ramy dobrego tonu, w które powinnam się zmieścić – skromności i stonowania. Kiedy razem szłyśmy ulicą, kazała mi iść kilka kroków za nią, gdyż wstydziła się, że jej córka ma na sobie na przykład spódnicę uszytą z koca.

A.P.: Czyli nie powinnaś się wyróżniać?

D.S.: Nie było miejsca na jakąkolwiek ekstrawagancję.

A.P.: A masz brata?

D.S.: Jestem jedynaczką.

A.P.: Może więc to nie jest kwestia wychowywania dziewczynki, lecz w ogóle wychowywania dzieci?

D.S.: W rodzinie i wśród znajomych było wielu chłopców. Mieli przyzwolenie na znacznie więcej niż ja. Mogli sobie pozwalać na różne ekstrawagancje, które w oczach mojej mamy były śmieszne. Moje były złe. Dotyczyło to nie tylko stroju. Ja nie mogłam powiedzieć brzydkiego słowa, opowiedzieć nieprzyzwoitego dowcipu, wrócić późno do domu i tak dalej, i tak dalej, i tak dalej.

A.P.: Wiesz, to zróżnicowanie dotyczyło nie tylko ekstrawagancji, ale także zachowań, jakie wartościujemy jako negatywne, a nie po prostu nietypowe. Na przykład – palenie papierosów, wypicie piwa. Chłopcom (choć bez zachwytu) pozwalano na takie zachowania, ale u dziewczynki wywoływały absolutny sprzeciw.

D.S.: To prawda, w ramach „ekstrawagancji” mieściły się i papierosy, i alkohol, ale ponieważ zakazy rodzą bunt, to zaczęłam palić już w liceum. Mój dziadek był nałogowym palaczem (palił 100 papierosów dziennie plus fajkę). Był wybitnym biologiem, korespondował z naukowcami z całego świata, a oni, wiedząc, jaka jest sytuacja w Polsce, przysyłali mu dobre papierosy. Zawsze mu podkradałam jednego i wypalałam w toalecie. Traf chciał, że któregoś dnia zaraz po mnie wszedł do niej dziadek, poczuł dym i z wyrzutem powiedział: „Moja wnuczka paliła w kiblu! Wstyd! Siadaj i pal w pokoju”. I od tej pory paliliśmy razem. Mama miała do niego straszne pretensje. Pamiętam, kiedy miałam już dwadzieścia parę lat, spytała: „Papo, dlaczego ona tyle pali?!”. Na co dziadek: „Widocznie organizm potrzebuje!”. To dziadek, ale miałam jeszcze babcię (mamę mamy), która odkąd przestałam być dzieckiem, była moją największą podporą we wszystkim, co postanowiłam. Popierała każdą, nawet najbardziej ekstrawagancką decyzję i zawsze przekonywała: „Nie wychodź za mąż, bo po ślubie wszystko się psuje”.

I.S.: Może więc dziadkowie są bardziej tolerancyjni wobec panującego schematu, że dziewczynka ma być miła, a chłopczyk nie musi?

A.P.: Na podstawie moich osobistych doświadczeń nie mam nic do powiedzenia w tej kwestii, ponieważ moich dziadków nie znałam (możliwość kontaktu z nimi wyłączyli mi Niemcy). Natomiast na podstawie tego, co obserwuję, jestem zdania, że w przypadku dziadków oczekiwania wobec dzieci różnej płci są jeszcze bardziej wyraźne niż w pokoleniu rodziców. Dziewczynka ma być skromna, nierzucająca się w oczy, niewyzywająco ubrana i odpowiednio się zachowująca. Uczynna i pomocna dla innych. Chłopak to co innego. Jeśli jest nieposłuszny, jeśli pyskuje – no przecież to chłopak! A już oczekiwanie, że wstając od stołu, złapie za talerze? Zapomnij!

Oczywiście jesteśmy już za duże i za mądre, żeby jednostkowe historie naszych rodzin i tego, co się w nich działo, traktować jako podstawę formułowania uogólnień dotyczących wszystkich. Jeśli spotkała mnie przykrość ze strony muskularnego bruneta, to naprawdę nie wolno na tej podstawie przypisywać podłego charakteru wszystkim brunetom. Jeśli w mojej rodzinie generacyjnej zachwycaliśmy się Melchiorem Wańkowiczem, to nie znaczy, że był on ulubionym dziennikarzem i pisarzem Polaków w drugiej połowie XX w. Prezentowane tutaj uogólnienia budujemy na podstawie poznawanych lektury, wyników badań, własnej aktywności zawodowej. Z tych źródeł wynika niestety powszechność stereotypów płciowych.

I.S.: Jeżeli dziewczynki, nawet w naszych wyzwolonych czasach, nadal są wychowywane na te miłe, może wynika to z faktu, że matka natura tak stworzyła samice.

D.S.: Gdyby zamiast „miła” było troskliwa i odpowiedzialna, powiedziałabym – tak. I nie chodzi tu o wychowanie, ale o wrodzone skłonności. Samica, szczególnie ssaka, jest z konieczności obarczona spuścizną delikatności, ponieważ w założeniu gatunkowym to ona będzie wychowywała dzieci. Oczywiście, samce wśród różnych gatunków odgrywają większą lub mniejszą rolę w wychowaniu potomstwa, jednak w większości wypadków to ona jest karmicielką i piecem. Ale to nie wyklucza zachowań, które u „miłych dziewczynek” nie są akceptowane. U wielu gatunków zwierząt to samica jest dominantką. To ona rządzi grupą rodzinną, a samce muszą być „miłe”. U hien cętkowanych doszło nawet do tego, że narządy rozrodcze samic z pozoru przypominają samcze. W czasach małej wiedzy biologicznej panowało przekonanie, że gatunek ten składa się tylko z samców. Nikt nie zastanawiał się, skąd biorą się szczenięta, a dziś wiadomo, że tak specyficzna budowa zewnętrznych narządów płciowych sprawia hienom cętkowanym spory kłopot podczas porodu. Mimo to matka natura utrzymuje ten stan rzeczy.

A.P.: Ciekawe, skąd taki pomysł?

D.S.: Może jest przekonana, że cechą przywódcy są jednak jądra i penis, więc dominację samic chce podkreślić jeszcze tymi zewnętrznymi atrybutami? Samica jest większa od samca. To ona przewodzi grupie, ona ustala hierarchię między samicami, a samce potrzebne są tylko jako mięso armatnie i materiał rozpłodowy. Są w grupie rodzinnej trochę jak pszczele trutnie. Z tą jednak różnicą, że inaczej niż samce pszczół biorą czynny udział w życiu hieniej społeczności i zawsze są „miłe”.

A.P.: Dużo jest jeszcze gatunków ssaków, u których dominuje samica?

D.S.: Powiedziałabym pół na pół. Nawet jeśli to samiec jest większy i silniejszy, i na pozór może się wydawać, że to on rządzi.

A.P.: A lew?

D.S.: Tylko z pozoru jest królem afrykańskiej sawanny. Gdyby nie lwice, zagubiłby się jak zbłąkana owieczka. Lwy to jedyne koty prowadzące społeczny tryb życia. Grupa składa się z kilku lwic, kociąt i jednego lub koalicji dwóch, a czasem nawet trzech samców. Czemu służą królowie? Oczywiście przedłużeniu gatunku, ale to niejedyne ich zadanie. Muszą strzec jak oka w głowie bezpieczeństwa grupy. Jeśli jest tylko jeden samiec, praktycznie nie ma czasu nawet na sen. Musi być czujny dwadzieścia cztery godziny na dobę. To dlatego lwy łączą się w koalicje samców. Mają większe szanse na efektywne stróżowanie. Król lew o niczym więcej nie decyduje. Nie on wybiera miejsca łowów, czas odpoczynku czy zabawy.

A.P.: Ale wygląda!

D.S.: Do szpitala, w którym pracuje mój partner, przywieziono bardzo pobitego mężczyznę. Przyjechała z nim żona. Lekarze usiłowali dowiedzieć się, co się stało. W końcu mężczyzna wyznał, że pobiła go żona. On – wielki chłop. Ona – filigranowa, malutka. A facet wyglądał!

Samice rządzą również u słoni. Grupa rodzinna składa się z samic w różnym wieku i ich potomstwa. Dowodzi najbardziej doświadczona samica, najczęściej najstarsza. Dorosłe samce prowadzą samotny tryb życia i tylko w okresie gotowości rozrodczej, zwanej mast, szukają chętnych partnerek. Powtarzam – chętnych. To panie decydują o randce. Młode samce przebywają z matkami do uzyskania dojrzałości płciowej. Potem mama mówi: „Synu, już czas, abyś poszedł na swoje!”. A on niezbyt chętnie, ale jednak odchodzi. Na początku nie sam. Przez jakiś czas młode słonie tworzą grupy podrostków wałęsających się po sawannie. A gdy do dojrzałości płciowej dołączy psychiczna – każdy z nich idzie swoją drogą.

W wielkich stadach bawołów afrykańskich też rządzą samice. To one wybierają kierunek wędrówki, decydują o postojach i rozpoczęciu przeprawy przez rzekę. Zazwyczaj przewodzi najstarsza i najmądrzejsza krowa. Wyznacza kierunek i dyktuje tempo marszu. Zresztą nie trzeba szukać przykładów na sawannie. Wystarczy spojrzeć na wielkomiejski skwer, na którym bawią się psy. Gdy zabawa nabiera zbyt brutalnego wyrazu, wystarczy, że suczka szczeknie: „Dość!”, i wszyscy się rozchodzą.

A.P.: A powszechne przekonanie jest takie, że światem przyrody rządzą samce!

D.S.: Popatrzcie na zwierzęta, które są przykładem najlepiej zorganizowanych społeczności – pszczoły, mrówki. Rządzą królowe. Dzięki nim wszystko działa jak w zegarku. Samce, zwane u pszczół trutniami, mają tylko jedno zadanie – przekazać swoje nasienie królowej. Tak naprawdę tylko jednemu z nich się to uda. W czasie lotu godowego królowa wzlatuje tam, gdzie można spotkać już tylko odrzutowe samoloty. Ten, który ją dogoni, zostanie ojcem następnego pokolenia. Potem jest niepotrzebny. Trutnie nawet nie mają żądeł. Żyją tylko dla tego jednego, jedynego dnia. Poza tym odwieczny spór dotyczący kury i jajka. Co było pierwsze? Oczywiście, że jajko. Żeńska komórka rozrodcza. Wszystko zaczęło się od niej. Od pramatki. Przecież do dziś nie zginęła z naszej planety partenogeneza. Są gatunki, które do rozmnażania się wcale nie potrzebują plemników. Wystarcza im jajo.

I.S.: Czy zwierzęce matki inaczej wychowują córki, a inaczej synów?

D.S.: Wszystko zależy od tego, czy to zwierzęta prowadzące społeczny, czy samotny tryb życia. U zwierząt żyjących jak my, w grupach, ważne jest, by umiały wytworzyć dobre relacje z pozostałymi członkami społeczności. Matka przekazuje potomstwu wszystko, co sama wie, to znaczy umiejętności i wiedzę, która pozwoliła jej przeżyć. Zazwyczaj jest tak, że w wychowaniu młodych bierze udział cała rodzina i w gruncie rzeczy jest podobnie do tego, co znamy z naszego podwórka. Znasz powiedzenie: „Córeczka tatusia, a synuś mamusi”? U zwierząt jest tak samo – córki są z reguły faworyzowane przez ojców, a synowie przez matki.

I.S.: W jaki sposób?

D.S.: Bardzo prosty. Na przykład dopuszczanie do pewnych zachowań.

Weźmy psy. Gdyby mogły wybierać, jak każda społeczna istota, wolałyby żyć w swojej grupie niż samotnie w ludzkiej rodzinie. Szczenięta wychowane przez oboje rodziców są zupełnie inne niż te wychowywane tylko przez sukę. U psów niesłychanie ważne jest ojcostwo. Nie mamy o tym pojęcia, bo skazujemy psie matki na samotne borykanie się z kłopotami wychowawczymi. Psi ojciec uczy córki pewności siebie. Pozwala im na dużo więcej niż synom. Mogą szarpać go za uszy, tarmosić za ogon.

I.S.: A jak matka faworyzuje synka?

D.S.: Bardzo podobnie. Gdy tata skarci synusia, ten zawsze może liczyć na ratunek u mamy.

I.S.: I może ją szarpać?

D.S.: Też może, ale do pewnych granic. Mamy zazwyczaj szybciej się irytują niż ojcowie. To, kto kogo faworyzuje, widać wyraźnie, gdy szczenięta zaczynają jeść stały pokarm. Dzikie psowate przynoszą swoim szczeniętom wałówki ukryte w żołądkach. Zwracają część łowieckich zdobyczy, by maluchy mogły posmakować mięsa. Na pierwszy rzut oka nie widać, by któreś ze szczeniąt mogło liczyć na specjalne względy. Jednak gdy poobserwujemy dłużej „dziecięcą jadłodajnię”, wyda się, że tata zawsze kieruje kroki do najbliżej ulubionej córeczki, tak by to ona miała pierwszeństwo wyboru. Mama robi to samo w stosunku do synka – pupilka. Oczywiście, zdarzają się psowaci rodzice, którzy równo traktują swoje dzieci, jak i zakochani w tym samym potomku. W karmieniu mięsem zmagazynowanym w żołądku jest jeszcze jedna tajemnica, szczególnie ważna w przypadku młodszych szczeniąt – mięso jest częściowo nadtrawione, więc łatwiej strawne. I tu rodzice też dokonują wyboru, komu co. Często mocniej strawionym kęsem częstują szczenię bardziej infantylne. Nawet jeśli ich sercu bliższy jest inny szczeniak. Tak czy siak, ojcowie wolą córki, a matki synów.

A.P.: Jak u ludzi. A jak myślisz, czy przyczyna takiego zachowania nie leży w tym, że rodzic nie chce czule zajmować się dzieckiem tej samej płci, gdyż podświadomie traktuje je jako konkurencję?

D.S.: Na pewno tak. Oczywiście ani pies, ani suczka, ani kobieta czy mężczyzna nie robią tego świadomie. Ludźmi i zwierzętami rządzą te same prawa. Szczególnie gdy o swoją pozycję trzeba będzie walczyć. Tu posłużę się przykładem z kręgu naszego gatunku. Synowie moich przyjaciół przez jakiś czas chodzili do hinduskiej szkoły. Wracali zdruzgotani zachowaniem swoich nowych kolegów. W szkole kwitło donosicielstwo. Uczniowie bez żadnych skrupułów skarżyli na każdego, kto wyłamał się ze szkolnego rygoru. Zachowanie to wyjaśnił jeden z hinduskich nauczycieli: „Jest nas tak dużo, że jeśli chcemy, by dziecko coś osiągnęło, od początku uczymy je wytykania błędów innym”. Dzięki temu może mieć szanse na zajęcie wyższego stanowiska. Szkoła nie była koedukacyjna, więc nie wiem, czego uczono dziewczynki. I nie ma to nic wspólnego z przyrodniczymi regułami. To czysto ludzki i niezbyt szykowny sposób radzenia sobie ze zbyt dużą populacją. Zresztą nadmierne zagęszczenie wywołuje cały szereg nieakceptowalnych zachowań. Także zwykłych przestępstw, których nie da się wytłumaczyć żadnym prawem.

A.P.: A jak chętnie różni domorośli mędrcy powołują się na te tzw. prawa naturalne?

D.S.: Jedynym prawem naturalnym, które powinno obowiązywać, jest prawo do życia zgodnie z gatunkowym planem. Wciskanie w „naturalne prawo” zachowań wykraczających poza ten plan jest nie tylko błędem, ale przyzwoleniem na przestępstwo. Idąc tym tropem, można uznać, że facetem, który zgwałcił jakąś kobietę, powodowało prawo naturalne, bo delfiny też są zdolne do takich zachowań. Jednak i u delfinów, i u ludzi gwałt jest ohydnym przestępstwem.

I.S.: Delfiny? Te wspaniałe, tak pomocne w rehabilitacji niepełnosprawnych dzieci?!

D.S.: Szkoda tylko, że te wspaniałe zwierzęta płacą za „terapię” najwyższą cenę. Tracą wolność i często życie. Żyją w więzieniach tylko za to, że ktoś „docenił” ich zdolności do nawiązywania życzliwego kontaktu z człowiekiem. Co do rehabilitacji chorych dzieci, okazało się, że takie same efekty daje kontakt i zabawa z gumowym, nadmuchiwanym delfinem. Ale wróćmy do gwałtów. Jak już wspomniałam, tego typu zachowania obserwuje się tylko u dwóch gatunków ssaków – u człowieka i delfina. Scenariusz jest bardzo podobny. Zbiera się kilku podrostków, którym w mózgu buzuje testosteron, zobaczą jakąś samiczkę – nawet innego gatunku delfina – i ją zgwałcą. Żaden inny gatunek tak się nie zachowa. Nie robi tego nawet szympans, między którym a nami jest niewielka różnica genetyczna. U szympansów jeśli samica nie ma ochoty na seks, samiec jej do niego nie zmusza. Będzie próbował ją przekonać, ale bez użycia przemocy. Jeśli nie podziała smakowity podarunek, iskanie i słodka mina – odpuści.

A.P.: To uczciwe postawienie sprawy. Podobnie przez całe wieki było u ludzi – kobieta oferowała wierność i troskliwość oraz nieograniczony dostęp do seksu za zapewnienie jej odpowiedniej pozycji społecznej, dużego domu, bezpieczeństwa ekonomicznego. Miłość jako powód tworzenia związku to stosunkowo świeży pomysł w rozwoju ludzkości. Jeśli pozwolicie – mała dygresja dotycząca jeszcze innego przykładu wyjątkowości delfinów.

Badając filogenezę inteligencji, czyli jej pojawianie się i przejawy w trakcie rozwoju gatunków, prowadzi się także badania zmierzające do poznania biologicznego podłoża inteligencji. Pojawiła się hipoteza zakładająca, że inteligencja danego gatunku zależy od masy mózgu jego przedstawicieli. Wtedy jednak okazało się, że człowiek na tej skali byłby gdzieś daleko, no bo nie jesteśmy najwięksi, więc i nie największe są nasze mózgi, marne tysiąc trzysta, tysiąc czterysta gramów. Zatem bardzo szybko naukowcy wpadli na pomysł, że decydująca jest względna masa mózgu, czyli stosunek masy mózgu do masy ciała. Tu już wypadamy znacznie lepiej. Tylko że jeśli chodzi o tę względną wagę mózgu – w relacji do masy ciała, to człowiek nie jest na pierwszym miejscu. Na pierwszym miejscu są delfiny... Niektórzy z badaczy mówią, że nasz gatunek jest po prostu zbyt durny, żeby zrozumieć i poznać mądrość delfinów. A ty tutaj, Dorota, wyskakujesz z tymi gwałtami delfinich podrostków.

D.S.: Bardzo niedawne badania wykazały, że sikory w swoim języku posługują się gramatyką. Gramatyką, która jest totalną abstrakcją! A przecież sikoreczki mają malusie główki. To tylko dowód, jak strasznie mało wiemy.

A.P.: Ale ciałka sikorek też są malusieńkie! No i oczywiście nie można traktować jako równoważnych komunikowania się tych ptaków i ludzkiej mowy, czyli posługiwania się językiem rozumianym jako wypracowany społecznie (a nie przekazywany genetycznie) system komunikacji, na który składają się słowa – znaki językowe, i reguły określające sposób ich używania. Ale święta prawda, wiemy zadziwiająco niedużo...

I.S.: W takim razie stereotyp miłej dziewczynki nie ma nic wspólnego z naturą.

A.P.: Koncepcja, na którą powołują się ci domorośli mędrcy, że to matka natura o tym rozstrzyga, że to prawo naturalne, bo kobieta została obdarzona biustem! W świetle tego, co mówi Dorota, to przekonanie nie jest funta kłaków warte.

I.S.: Czyli możemy ten stereotyp miłej dziewczynki zmienić. Wszystko jest w naszych rękach.

A.P.: Tak, tylko przez te parę tysięcy lat rozwoju cywilizacji tak się jakoś porobiło, że to mężczyźni są połówką dominującą, a nie my. I przez te tysiące lat to oni tworzyli prawa – nie tylko prawo karne, ale także prawa społeczne. Myślę, że XX wiek był czasem, w którym ta gnębiona i lekceważona połowa ludzkości zaczęła powoli podnosić głowę. Jednak nie do końca oderwała brodę od klatki piersiowej, a teraz znów zaczyna ją opuszczać. Zobaczcie, jakie teraz pojawiają się i zaczynają dominować ruchy społeczne, jak szerzą się postawy konserwatywne. Narastają one w ostatnich latach wszędzie na świecie, także na półkuli północnej, w krajach wyżej gospodarczo rozwiniętych. Jeszcze nie doprowadziliśmy do pełnej równości płci, a już zaczynamy się z niej wycofywać rakiem. I znowu do głosu dochodzą ci, którzy nam opowiadają dyrdymały o prawie naturalnym. Ale dzisiaj mamy więcej bardzo konserwatywnie myślących młodych dziewcząt, niż było ich dwadzieścia, trzydzieści lat temu. Czy to nie paranoja taki kierunek zmian?

I.S.: Mogę zrozumieć, że mężczyźni doszli do wniosku, że za bardzo podniosłyśmy głowę, i nie są z tego zadowoleni, ale dlaczego tak zachowują się kobiety?!

A.P.: W dużej mierze zaczynają głosić takie hasła po to, żeby zasłużyć na pochwałę, na uznanie. Działa normalne warunkowanie instrumentalne opisane sto lat temu przez behawiorystów. Utrwalają się i coraz częściej występują takie zachowania, które dają jednostce maksimum korzyści, a jak najmniej strat. Robienie za potulną, grzeczną, miłą dziewczynkę okazuje się bardzo skuteczną drogą do sukcesu. I dla wielu kobiet tak jest wygodniej, niż walczyć o równość płci.

Zobaczcie, co