Między literami - Kate Clayborn - ebook + książka
NOWOŚĆ

Między literami ebook

Clayborn Kate

4,3

258 osób interesuje się tą książką

Opis

Rozszyfruj wiadomość, którą zostawiła dla ciebie… miłość.

Ciepły i błyskotliwy romans o tym, co może kryć się między słowami…

Talent do kaligrafii przyniósł Meg Mackworth sławę. Ale Meg ma też inną umiejętność: odczytuje znaki, których inni nie widzą. Domyśliła się, że związek Reida Sutherlanda i jego wytwornej narzeczonej był skazany na porażkę, dlatego wplotła wykaligrafowane tajne ostrzeżenie w ich program ślubny. Sądziła, że nikt tego nie zauważy, ale nie doceniła inteligencji i spostrzegawczości Reida.

Rok później Reid odnajduje Meg, aby zapytać, skąd wiedziała, że ​​jego skrupulatnie zaplanowana przyszłość wkrótce legnie w gruzach. Meg nie ma czasu na pytania Reida — chyba że dzięki jego towarzystwu odnajdzie inspirację. Bohaterowie stają się sobie coraz bliżsi, choć próbują ignorować to, co zaczyna ich łączyć. Ale wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że rodzi się między nimi uczucie…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 427

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,3 (20 ocen)
8
10
1
1
0
Sortuj według:
MalgorzataKoziel

Nie oderwiesz się od lektury

Dawno książka nie wciągnęła i nie zafascynowala mnie aż tak. Jedyne czego zabrakło to tych napisów, szyldów wydrukowanych w książce wg opisu autorki ;)
10
lukaszswdr

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo ciekawa i inspirująca książka. Napisana w taki sposób że pozostawia czytelnika w dobrym humorze ale też daje do myślenia o rzeczach z którymi na codzień się stykamy ale je pomijamy.
10

Popularność




Mamie, która nauczyła mnie wszystkiego, co wiem o byciu artystką

Rozdział pierwszy

W niedzielę pracuję na czcionce bezszeryfowej.

Wytłuszczam wszystkie nagłówki, ponieważ tego właśnie zażyczyła sobie klientka. Wierzchołki górne i dolne są spłaszczone, tworzą szerokie podstawy dla liter, które rozciągają się, wybijają i domagają uwagi.

Same wersaliki. Nie dlatego, że klientka lubi sobie pokrzyczeć – przynajmniej tak mi się wydaje, choć raz widziałam, jak jej mąż poczęstował ich dwulatka kawą; spojrzenie, jakie mu posłała, mogło sprawić, że wszystkie włosy z brody wypadły mu od dwunastu do dwudziestu czterech godzin później. Nie, sądzę, że ona po prostu nie lubi, jak coś wychodzi poza linię. Chce, aby wszystko było na jednym poziomie, nie akceptuje żadnych wyjątków, niczego, co mogłoby zakłócić koncentrację albo odciągnąć wzrok.

Czarny i szary tusz, tylko takie kolory toleruje – i podchodzi do tej sprawy bardzo poważnie. Raz pobawiłam się gęstością składu i naniosłam cienkie metaliczne złote linie na trzony, trochę w stylu art déco. Byłam przekonana, że się zgodzi, ale kiedy otworzyła planer – czarny, A4, papier w kropki, nic specjalnego – to po dziesięciu sekundach go zamknęła i przesunęła po stole w moją stronę dwoma palcami. Dodatkowej nagany udzielił mi rękaw jej czarnego kaszmirowego swetra.

– Meg – powiedziała – nie płacę ci za ozdobniki. – Jakby słabość do ozdobników była tym samym co nałogowe kolekcjonowanie obciętych paznokci albo mordowanie ludzi na zlecenie.

To kobieta bezszeryfowa.

A ja? No cóż, te wielkie, pogrubione, rozsądne litery to nie jest typowa Mackworth. To nie jest mój… Jak opisał to w zeszłym roku „New York Times”? Frywolny? Lekki? Fantazyjny? Tak, to nie jest mój frywolny, lekki, fantazyjny styl.

Jednak z literami potrafię zrobić wszystko, co również zostało podkreślone w „New York Times”, i za to mi płacą, więc w niedzielę robię właśnie to, co najlepiej umiem.

Z westchnieniem wpatruję się w leżącą przede mną stronę, na której moim najstarszym ołówkiem marki Staedtler naszkicowałam litery składające się na nazwę nadchodzącego miesiąca.

MAJ

Są na tyle duże, że A przekracza wysokość średnią. To takie… krótkie słowo, niewiele daje możliwości, choć innego zdania są moje klientki, które chcą ładnych wiosennych motywów przed każdym nowym miesiącem, wielkich zawijasów i zamaszystych zakończeń kresek w wesołych mottach anonsujących nowy okres w roku. Zrobiłam już cztery „Rozkwitaj tam, gdzie cię posadzono”, trzy „Majowe kwiatki” i jedno specjalne życzenie – „Pożądliwy maj” dla seksuolożki, która ma biuro na Prospect Park West i powiedziała mi kiedyś, że powinnam się zastanowić, czy moja ogromna kolekcja piór coś „symbolizuje”.

– Poza tym, że to moja praca? – zapytałam, a ona wygięła tylko w wyrazie krytyki bardzo profesjonalnie wynitkowaną brew. Brew seksterapeutki, która wie, jak rzadko chodzisz na randki.

Jej planer ma okładkę z miękkiej różowej skóry i zapina się na złoty guzik. Mam nadzieję, że ona sama dostrzega ironię.

Teraz sięgam po mój ulubiony pisak Micron z cienką końcówką – mam nadzieję, że nie ma to symbolicznego związku z potencjalnymi partnerami – i stukam nim bezmyślnie o podniszczony drewniany blat, który tego dnia pełni funkcję mojego stołu do pracy. W sklepie panuje spokój, zostało tylko trzydzieści minut do zamknięcia. Stali klienci raczej nie przychodzą w weekendy, bo wiedzą, że będą tu tłumy gości przybyłych z drugiej strony mostu oraz turyści, którzy naczytali się o tym uroczym brooklińskim sklepie papierniczym. To Cecelii udało się zamienić go w obowiązkowy punkt na mapie zwiedzania, przynajmniej dla tych, którzy chcieliby coś kupić. Te osoby jednak już dawno wyszły z reklamówkami wypchanymi ślicznymi kartkami okolicznościowymi, cienkimi pudełkami ze spersonalizowaną papeterią, specjalistycznymi przyborami do pisania, skórzanymi notesami, a nawet z kilkoma drogimi designerskimi upominkami, które Cecelia eksponuje na wystawie.

Kiedy pracowałam tu regularnie, uwielbiałam te chwile spokoju – pusty sklep, w środku tylko ja i mój niesymboliczny cienkopis oraz papier dowolnego rodzaju, na którym mogłam tworzyć – bawić się literami, eksperymentować z kształtami, pławić się w możliwościach.

Tego dnia jednak nie czuję się komfortowo w panującej tu ciszy. Wręcz marzę, aby niedzielni klienci wrócili, ponieważ podobało mi się to – hałas, ludzie, wiele nowych twarzy. Z początku wydawało mi się, że cieszy mnie urok odcięcia od telefonu na tak długi czas, wymuszona przerwa od czerwonych kropek powiadomień, które gromadziły się w moich aplikacjach społecznościowych, od polubień i komentarzy pod filmikami, które zamieszczam – dawniej dla zabawy, teraz przede wszystkim dla klientów. Ja zachwalająca pióra pędzelkowe, których wcale nie używam aż tak często, ja prowadząca pisak przez idealny zawijas, ja kartkująca luksusowy notes o grubych kartkach z pozłacanymi brzegami, który i tak pewnie ostatecznie oddam.

W końcu jednak uświadamiam sobie, że to nie przerwa od telefonu. Chodzi raczej o listę zadań, którą powiesiłam nad biurkiem w mojej małej sypialni, fantazyjnie zaprojektowaną, lecz przeładowaną oczekiwaniami – zbliża się mój najważniejszy deadline, a ja wcale nie jestem bliżej końca. Odczuwam ulgę płynąca z tego, że odpoczywam od lodowatej atmosfery kiedyś przytulnego, wypełnionego śmiechem mieszkania, w którym obecnie pełna rezerwy uprzejmość Sibby rani jak nóż, napełnia mnie niepokojem, smutkiem i frustracją.

Pustka w sklepie wydaje się ciężka, przytłaczająca. Przypomina mi, że te rzadkie chwile ciszy ostatnio mnie przerażają, ponieważ mój umysł jest całkowicie pozbawiony natchnienia. Jestem tylko ja i to krótkie trzyliterowe słowo MAJ, więc powinno być łatwo. To powinna być typowa prosta robota na zamówienie, zero wyzwań, nie to, co zlecenie, którego unikam od wielu tygodni. To coś, co nie wymaga ode mnie pomysłowości, kreatywności, czyli tego, co jest moją specjalnością.

Kiedy jednak wpatruję się w to krótkie słowo, czuję coś znajomego, coś, czego ostatnio staram się unikać.

Czuję, że litery zaczynają na mnie działać. Mówią mi to, czego nie chcę usłyszeć.

„MAJowa blokada”, mówią, a ja mrugam szybko powiekami. Mój wzrok na chwilę zachodzi mgłą, próbuję sobie wyobrazić więcej ozdobników, myślę, co bym zrobiła, gdybym nie musiała przestrzegać zaleceń klientki. Może dodać coś w tych szerokich wierzchołkach? Pobawić się gęstością składu czy…

„MAJowa samotność”, przerywają mi litery, a mój wzrok znów się wyostrza.

„MAJowa niemoc twórcza”, zdają się mówić. „Przecież wcale tego nie potrafisz”.

Odkładam pisak i odsuwam się od blatu.

Wtedy do środka wchodzi on.

♥ ♥ ♥

Problem polega na tym, że litery nie zawsze mówią mi prawdę o mnie.

Czasami opowiadają o innych ludziach, a Reid Sutherland jest – był – jedną z takich osób.

Od razu go sobie przypominam, choć minął ponad rok od naszego pierwszego i jedynego spotkania, kiedy spędziłam zaledwie czterdzieści pięć minut w jego milczącej, nieprzystępnej obecności. Tamtego dnia się spóźnił – jego narzeczona już była w sklepie, umówiliśmy się na ostateczne zatwierdzenie projektu, który stworzyłam z okazji ich ślubu. Powiadomienia, zaproszenia, wizytówki na stół, program – wszystko, co wymagało liternictwa, wyszło spod mojej ręki. W głębi ducha rozpaczliwie pragnęłam domknąć to zlecenie i zrobić sobie przerwę. Zanim pojawiłam się na Brooklynie, pracowałam na własny rachunek już przez kilka lat. Jednak dopiero odkąd zaczęłam pracować tylko dla Cecelii i przejęłam wszystkie zlecenia zaręczynowe i ślubne, które napływały do sklepu, wieści o mojej pracy rozeszły się w tempie jednocześnie zachwycającym i przytłaczającym. Zamówienia spływały w takich ilościach, że musiałam z wielu zrezygnować, co jeszcze wzmogło zainteresowanie. Za dnia kręciło mi się w głowie od wymagań klientów i terminów, nocami ręce bolały mnie z napięcia i zmęczenia. Siadałam na kanapie z torbą gorącego ryżu w prawej dłoni, aby złagodzić skurcze, i wydychałam stres nagromadzony w trakcie spotkań, podczas których pary i przyszli teściowe najeżali się z powodu napięcia związanego ze ślubem, a moim zadaniem było uśmiechać się i przygładzać nastroszone piórka, rysując delikatne romantyczne motywy, które zadowoliłyby każdego. Zastanawiałam się wtedy, czy nie nadeszła pora, aby całkiem porzucić branżę ślubną.

Narzeczona miała na imię Avery i była wiotką blondynką, niemal zawsze miała na sobie coś pudroworóżowego, kremowego, błękitnego. Ubrania w takich kolorach na pewno od razu zniszczyłabym tuszem, kawą albo keczupem. Miło się z nią pracowało, była konkretna i uprzejma, wiedziała, kim jest i czego chce, ale akceptowała sugestie Cecelii co do papieru i moje względem liternictwa. Kilka razy podczas pierwszych spotkań zapytałam o jej narzeczonego – czy chciałaby, abym przesłała skany na jego mail, czy chciałaby, abyśmy umówiły się w weekend, żeby też mógł przyjść. Machała wtedy lewą dłonią o szczupłych palcach, ozdobioną wielkim kamieniem wyglądającym niemal tak samo jak pierścionki co najmniej trzech innych panien młodych, z którymi pracowałam tamtej wiosny, i odpowiadała uprzejmie:

– Reidowi na pewno spodoba się to, co mnie.

Nalegałam jednak, by pojawił się na ostatnim spotkaniu.

Potem tego pożałowałam. Spotkania z nim. I tego, że zobaczyłam ich razem.

Nawet teraz żałuję.

Umówiliśmy się na to ostatnie spotkanie w niedzielne popołudnie. Dzisiaj wydaje mi się jeszcze dziwniejsze, że znów widzę go w niedzielę, a moje życie tak bardzo różni się od tego, jakie było wtedy, choć jestem w tym samym sklepie, stoję za tą samą ladą, mam na sobie jakąś wersję tego co zwykle, co można określić mianem mojego stylu – wełnianą sukienkę, trochę za dużą, wzorzystą, tym razem w małe przyjazne lisie pyszczki. Do tego nieco pomięty blezer, który godzinę temu wyciągnęłam z torby, granatowe rajstopy i rubinowe botki na niskim obcasie. Sibby na pewno powiedziałaby, że moje stopy wydają się w nich wielkie, ale te buty sprawiają, że uśmiecham się przynajmniej raz dziennie, nawet bez żartów najlepszej przyjaciółki.

W zeszłym roku miał na sobie strój odpowiadający wymogom business casual, który na własny użytek nazywam „weekendowy kij w tyłku” – jasnobrązowe chinosy, zaprasowane tak, że wyglądały jak wykrochmalone, białą koszulę z kołnierzykiem i dopasowany, kosztownie wyglądający granatowy sweter w serek. Przykuwająca wzrok twarz, to na pewno – facet tak przystojny, że człowiek się zastanawia, czy widział go w telewizji, a jednocześnie myśli, dlaczego ktoś nasadził taką głowę na coś, co wygląda jak mundurek szkoły z internatem.

Teraz wygląda inaczej. To znaczy, głowa jest ta sama – kwadratowa, gładko ogolona szczęka, wysokie kości policzkowe, mocno zarysowane policzki, pełne usta o lekko opadających kącikach, nos na tyle wyrazisty, aby pasował do zdecydowanych rysów, jasnoniebieskie oczy pod brwiami o ton jaśniejszymi od włosów w odcieniu rudawego blondu. Poniżej szyi już nie business casual, ma na sobie oliwkowy podkoszulek, sięgającą bioder granatową kurtkę, wyblakłą wokół zamka, i ciemne dżinsy o postrzępionych brzegach, z kieszeniami, w których trzyma dłonie. Wydaje mi się, że to nie jest takie postrzępienie, za które się płaci. Do tego szare trampki, trochę odrapane.

Może jego życie też jest teraz całkiem inne.

– Dobry wieczór – mówi, co oznacza, że nadal nosi kij w tyłku.

Kto mówi „dobry wieczór” o tej porze? Chyba twój dziadek. Kiedy dzwonisz na jego stacjonarny numer.

Mam wrażenie, że jeśli odpowiem swobodnie: „Cześć” albo „Hej”, naruszę jakieś kontinuum czasoprzestrzenne albo przynajmniej sprawię, że zechce poprawić krawat, którego nie włożył. Najwyraźniej dałam się zwieść ubraniu. Może przed chwilą został napadnięty przez jakiegoś eleganckiego drania, który potrzebował nowego stroju, i dlatego wygląda, jak wygląda.

Mówię: „Witam”, ale lekkim, radosnym tonem – frywolnym wręcz – a on kiwa głową. Jakby mówił: „Takie powitanie jest moim zdaniem dopuszczalne”. Zastanawiam się, jak wyglądał jego ślub. Pewnie tak samo kiwnął głową, kiedy sprawujący uroczystość ogłosił ich dwoje „mężem i żoną”. Potem uścisnął dłoń Avery, zamiast ją pocałować. A jej to nawet nie przeszkadzało. Jej szminka zawsze wyglądała nieskazitelnie.

– Witam w… – zaczynam mówić, a on mi przerywa.

– Nadal tu pracujesz. – Jego ton jest neutralny, jak zawsze, kiedy otwierał usta, ale pojawia się w nim nuta pytania i zaskoczenia.

Może więc wie, co się ze mną działo, odkąd przygotowałam każdy skrawek papieru na jego ślub.

Na pewno nie wie – nie może wiedzieć – dlaczego postanowiłam, że jego ślub będzie dla mnie ostatnim.

Przełykam ślinę.

– Jestem tu w ramach zastępstwa – odpowiadam… Teraz już mniej frywolnie. Ostrożnie. – Właścicielka jest na urlopie.

Stoi tuż za progiem, pod kolorowymi papierowymi żurawiami, które Cecelia zawiesiła na suficie. W witrynie za jego plecami widać różne rodzaje nowego personalizowanego papieru do pakowania, o którym Cecelia opowiadała mi dwa tygodnie temu, kiedy wpadłam uzupełnić zapasy. Jest kolorowy, to wiosenna celebracja różu, zieleni i bladej żółci, radosna ucieczka przed szarymi odcieniami miasta, a teraz sklep wygląda tak, jakby do środka wszedł właśnie ludzki wieżowiec.

Przypomina mi to jedną z prawd o Reidzie Sutherlandzie.

Tamtego dnia wydawał się nieco zagubiony i jakby smutny.

Znów przełykam ślinę i robię krok do przodu, podnoszę pisak z planera klientki, aby go zamknąć i odłożyć na bok. M-A-J, woła, a mnie do głowy przychodzi coś jeszcze. Zbliża się pierwsza rocznica ślubu Reida i Avery. Uroczystość miała się odbyć drugiego czerwca, a on na pewno planuje naprzód, pewnie taki już jest. Pewnie wyskoczyło mu przypomnienie w telefonie, bo zapewne ktoś taki jak on kieruje się w życiu różnymi zasadami, konwenansami. Pierwsza rocznica jest, zgodnie z tradycją, papierowa i pewnie to go tu przywiodło. Urocze, że przyjechał aż na Brooklyn, do miejsca, gdzie razem wybierali swoją pierwszą papeterię. To znaczy, ona wybrała, a on… mrugnął, co Avery uznała za zgodę.

Czuję obezwładniającą ulgę. Jego obecność tutaj da się wytłumaczyć. To nie dlatego, że wie.

Nikt oprócz mnie nie może wiedzieć.

Odsuwam notes na bok i splatam palce na blacie, potem podnoszę wzrok, aby zaproponować mu pomoc. Oczywiście w obliczu tego humanoidalnego bloku granitu trudno zdobyć się na wesołą bezpośredniość, która zawsze była moim znakiem rozpoznawczym i podnosiła mnie na duchu podczas dzisiejszej zmiany. To niedorzeczne, ale do głowy przychodzą mi tylko zdania jakby zaczerpnięte prosto z prozy Jane Austen. „Czy mogę panu zaproponować swoje usługi?”, „Jakie są pańskie oczekiwania tego wieczoru?”, „Które z artykułów papierniczych zyskują pańskie uznanie?”.

– W sumie można się było tego spodziewać – oświadcza, zanim podejmuję decyzję, które pytanie zadać. – Nie potrzebujesz już tej pracy, biorąc pod uwagę sukces, jaki osiągnęłaś.

Nie patrzy na mnie, kiedy to mówi. Odwraca lekko głowę, wbija wzrok w ścianę po swojej lewej – wystawiono na niej kartki okolicznościowe zaprojektowane przez Lachelle, jedną ze stałych kaligrafek Cecelii. One też mają jaskrawe, śmiałe kolory – Lachelle używa do swoich projektów głównie palety kamieni szlachetnych, ozdabia je koralikami, które z chirurgiczną wprawą nakleja za pomocą małej pęsety. Szalenie mi się podobają, przykleiłam w swoim mieszkaniu trzy na ścianie nad szafką nocną, ale Reid chyba ich nie zauważa, przenosi wzrok na mnie.

– Widziałem artykuł w „New York Times” – dodaje tytułem wyjaśnienia. – I ten opis na… – przełyka ślinę, jakby się do czegoś zmuszał – BuzzFeed.

LOL. Widzę to oczyma wyobraźni, krój bezszeryfowy, pogrubienie, kapitaliki, żółte tło. Reid Sutherland przeglądający BuzzFeed, dwadzieścia gifów ze mną w roli głównej, w których rysuję różne litery, i zwięzłe podpisy o tym, co robię. Jakie to niemal pornograficznie satysfakcjonujące, przyglądać się, gdy bez wysiłku rysuję pędzlem idealne E kursywą.

Pewnie dostał od tego nerwowego tiku w oku. A potem wyczyścił historię w przeglądarce.

– Dziękuję – mówię, choć nie wydaje mi się, żeby to był komplement.

– Avery jest bardzo dumna. Uważa, że wyprzedziła trendy, kiedy cię zatrudniła. Zanim zostałaś…

Urywa, ale oboje potrafimy dokończyć to zdanie. Planerką z Park Slope, tak mnie teraz nazywają. To dzięki temu mogłam zostawić biznes ślubny, to o tym pisał w zeszłym roku „New York Times”, to sprawiło, że odbyłam trzy telekonferencje tylko w ostatnim miesiącu, to stoi za deadline’em, którego teraz unikam. Robione na zamówienie dzienniki, planery i kalendarze na biurko, od czasu do czasu kalendarze ścienne rysowane kredą w odnowionych kamienicach moich najbardziej opętanych na punkcie rękodzieła klientek, tych samych, które nadają swoim dzieciom imiona Agatha i Sebastian, mają białe kuchnie w płytkach typu metro i świeże kwiaty na stołach w stylu wiejskim, choć nigdy nie widziały wsi. Nie tyle organizuję ich życie, ile sprawiam, że jego organizacja – wyjazdy służbowe i weekendowe, przyjęcia urodzinowe i lekcje muzyki – wygląda wyjątkowo, pięknie, nieskomplikowanie.

– Chcesz, żebym coś dla niej zaprojektowała?

Nie przyjmuję ostatnio nowych zleceń, priorytetem jest dla mnie ta nowa szansa, ale wydaje się logiczne, że przyszedł tu ze względu na ich pierwszą, papierową rocznicę. Może spersonalizowany planer. A przecież po cichu jestem mu winna przysługę w ramach przeprosin. Oczywiście, jeśli tego właśnie chce, trochę ryzykuje, zwłaszcza jeśli zażyczy sobie projekt całego roku, co preferują niektórzy klienci. Ci brooklińscy wolą planery na miesiąc, ale Reid i Avery stacjonują zapewne na Manhattanie. Avery, kiedy była zaręczona, miała elitarny adres przy East 62nd, miała też takie pieniądze, których nie pojmuję na poziomie teoretycznym, a co dopiero w praktyce.

Po raz pierwszy coś zmienia się w wyrazie jego twarzy, opadające kąciki ust drżą. To… uśmiech? Możliwe, że gdy wszedł, zapomniałam, co to jest uśmiech. Ale nawet ten przebłysk mimiki i emocji go zmienia. Przystojna twarz staje się bardzo przystojna. Taka w stylu: zrób zdjęcie, żeby pokazać potem przyjaciółkom.

Jest bardzo wysoki. Wyjątkowo wysoki. Nienawidzę siebie za to, że zaczynam myśleć o symbolice moich długopisów.

I to w kontekście osoby żonatej.

– Nie – odpowiada, a niby-uśmiech znika.

– No cóż – kontynuuję jeszcze radośniej – mamy też inne upominki i…

– Nie szukam sklepowej – przerywa mi.

Sklepowej? Teraz to on naruszył kontinuum czasoprzestrzenne albo dokonał wyłomu w mojej zazwyczaj radosnej fasadzie. Żałuję, że nie mogę otworzyć sobie głowy i wypuścić na niego walkirii. Skończyłby gorzej niż w wyniku wyimaginowanego napadu, to pewne.

Mrugam powiekami, próbując przeczekać irytację. Zanim jednak zdołam załatać jakoś ten wyłom, staję na palcach, teatralnie zerkam ponad jego ramieniem na ulicę (ma wspaniałe ramiona, nie żeby mnie to obchodziło), gdzie ciemnozielona markiza modnego barbera powiewa delikatnie na wiosennym wietrze.

– Przybyłeś tutaj w wehikule czasu? – pytam słodkim tonem. Opadam na pięty i spoglądam mu w oczy, żeby zobaczyć jego minę.

Nic. Pustka. Zero gniewu, zero rozbawienia. Najbardziej bezszeryfowy człowiek na świecie.

– W wehikule czasu – powtarza.

– Tak, w wehikule czasu. Ponieważ nikt nie mówi „sklepowa” od… – Jak na złość do głowy przychodzi mi tylko ten skład papierniczy. Dopowiadam więc szalenie rozczarowujące: – Od wieków.

Czuję, że się garbię. Jestem naprawdę beznadziejna, jeśli chodzi o konfrontację, a ten mężczyzna, ze swoją wypraną z emocji przystojną twarzą, wydaje się zupełnie niezdolny do przekonania mnie, że powinnam chociaż spróbować.

Chrząka. Ma bladą cerę, która tworzy estetyczną całość z rudawym odcieniem jego ciemnoblond włosów. Jakaś część mnie ma nadzieję, że zaraz zaczerwieni się ze wstydu albo zakłopotania, że jakaś fizyczna reakcja przypomni mi, co w nim widziałam kilkanaście miesięcy temu. Cokolwiek, co natchnie mnie myślą, że to nie jest humanoidalna chmura burzowa, która rozpęta monsun nad moją głową, pogrążającą się w smutku jeszcze przed jego wizytą.

Jego cera pozostaje jednak nieskazitelna.

Mogłam się pomylić tamtego dnia, kiedy uznałam, że jest zagubiony albo smutny. Może po prostu jest wyniosłym androidem z kijem w tyłku. Chciałabym, aby myślenie o nim w ten sposób poprawiło mi nastrój, ale to niestety nie działa. To było takie…

Aroganckie. Nieprofesjonalne.

Tyle że kończy mi się cierpliwość. Nieważne, jaki błąd popełniłam, zwłaszcza że on nawet o nim nie wie. Może nie sprawdzam się w sytuacjach konfliktowych, ale jestem wyjątkowo dobra, biegła wręcz, w ich unikaniu. Mogę przykleić uśmiech na twarz, dokończyć tę zmianę dla Cecelii, pozbyć się go stąd, sprawić, by wrócił do swojego strzeżonego przez portiera wieżowca, gdzie mieszka ze swoją elegancką żoną, która nigdy nie poplamiła ubrania keczupem. „Sklepowa”, na litość boską.

– Tak czy inaczej – mówię, zaciskając zęby w parodii uśmiechu – czy mogę jakoś pomóc?

– Być może – odpowiada i po raz pierwszy, odkąd przyszedł, wyciąga ręce z kieszeni.

Nie wiem, co sprawia, że zdaję sobie sprawę, iż monsun był niedopowiedzeniem, bo oto zbliża się prawdziwa powódź. W sumie nie wiem, co zauważyłam najpierw. Brak obrączki na palcu jego lewej dłoni? Róg karnetu, który zaczął wyciągać z wewnętrznej kieszeni kurtki? Matowe wykończenie, kremowy kolor, przesuwający się po nim kciuk Avery, która uśmiechała się z zadowoleniem? Błysk koloru… kolorów, których użyłam w ostatecznej wersji pnączy i liści, opalizujących skrzydełek, które naszkicowałam?

Wiem jedno. Wiem, po co przyszedł.

Być może, powtarzam w myślach niczym echo, to tylko przeczucie.

Bez słowa kładzie przede mną pojedynczy arkusz papieru.

To program wesela.

Jego wzrok przesuwa się powoli po literach. Wiem, co w nich widzi. Wiem, co w nich zostawiłam. Wiem, co te litery mi powiedziały.

Nie sądziłam, że dowie się ktoś jeszcze.

Podnosi wzrok i spogląda mi prosto w oczy. Jego tęczówki są krystalicznie niebieskie. Powódź nadchodzi wraz z jego słowami.

– Może mogłabyś mi powiedzieć, skąd wiedziałaś, że moje małżeństwo to pomyłka.

Rozdział drugi

Fantazyjna…

Chyba nie ta chwila. Teraz zastanawiam się raczej, czy rzucałoby się w oczy, gdybym z nerwów zwymiotowała do kosza na śmieci, który stoi za ladą…

A plan, który położył Reid pomiędzy nami? Ten, który wysysa całe powietrze z pomieszczenia, przypominając mi jednocześnie o mojej bezmyślności?

On zdecydowanie jest fantazyjny.

To był pomysł Avery, by motywem przewodnim uczynić Sen nocy letniej, na pamiątkę ich pierwszej randki.

– Może Szekspir w Central Parku? – podsunęła, jakbym o tym nie słyszała, choć oczywiście znałam ten festiwal.

Poszłam kiedyś na przedstawienie z Sibby, niedługo po przeprowadzce, kiedy jeszcze zachowywała się jak moja najlepsza przyjaciółka i profesjonalna przewodniczka turystyczna łamane na zawodowa pocieszycielka. Moim zdaniem nie byłaby to idealna pierwsza randka, ale pewnie dlatego, że oglądałyśmy spektakl w stustopniowym upale, a wystawiano Troilusa i Kresydę, czyli w wielkim skrócie opowieść o handlu żywym towarem.

Ale Sen nocy letniej? To romantyczne, przynajmniej częściowo. Lasy, wróżki, dobieranie się w pary, a Avery wydawała się umieć panować nad pogodą, więc jej randka z Reidem musiała być idealna.

Łatwo było opracować identyfikację wizualną. Dużo ozdobnych liter, malownicze detale na nich albo pomiędzy nimi. Świetnie się bawiłam przy tym zleceniu, a wszyscy, którym pokazywałam efekty, byli zachwyceni.

Z wyjątkiem Reida.

Teraz ma podobną minę jak wtedy, kiedy po raz pierwszy zobaczył wszystkie projekty. Jakby ukończył kurs zawodowy z marszczenia brwi i potrafił wyginać usta w dół. Jest skupiony jak wiązka lasera. Na pewno by zauważył, gdybym się porzygała z nerwów.

– Nie wiem, o czym mówisz – odpowiadam, ale jestem równie beznadziejna w modulowaniu głosu, jak Reid w modulowaniu w zasadzie każdego aspektu swojej fizjonomii.

Czuję się jak w kreskówce, trochę się spodziewam, że zaraz wypalę: „Wszystko by się udało, gdyby nie te wścibskie dzieciaki!”. Zaciskam mocno dłonie, splecioną z nich pięść odsuwam od programu, który leży pomiędzy nami, jakbym się bała, że się oparzę, jeśli go dotknę.

Reid nie ma jednak takich oporów. Wyciąga rękę – ma dużą dłoń, szeroką, o długich palcach, nie mogę przestać myśleć o symbolice – i dotyka dwoma palcami papieru w rogu. Nie patrzę na niego, ale liczę, że milczenie oznacza, iż przemyślał sprawę. Mam nadzieję, że uznał, iż wcale nie widział tego, co widział. Nie wiem, co wydarzyło się pomiędzy nim a Avery, ale rozstania bywają paskudne. Można doszukiwać się różnego rodzaju powodów, dlaczego się nie udało, prawda? Dwa lata temu opracowałyśmy z Sibby skomplikowaną teorię na temat tego, dlaczego gracz na bandżo, z którym się umawiała, nie potrafi się zdeklarować – otóż dlatego, że bandżo to instrument, który cechuje „włóczęgowskie brzmienie”.

To jednak płonne nadzieje, sądząc po tym, jak Reid wpatruje się w program. W przeciwieństwie do mnie nie należy do osób, które się okłamują.

– W tym programie jest kod – mówi, nie podnosząc wzroku. – Wzór.

O Boże. Pół godziny temu narzekałam na mały ruch w sklepie, a teraz się z niego cieszę. Gdyby Cecelia to usłyszała, gdyby usłyszeli to kupujący… Boże, jeśli to trafi do mediów społecznościowych… Nie wyobrażam sobie, jakie to przyniesie skutki dla mojej kariery.

Te telekonferencje, podczas których złożyłam masę zawodowych obietnic, nie wiedząc nawet, czy zdołam ich dotrzymać.

W sumie mogę sobie wyobrazić, że to wszystko się zawali.

– To…

Zanim udaje mi się wyrzucić z siebie kolejne nieprzekonujące zaprzeczenie, jego dłoń zaczyna się poruszać. Palec wskazujący przesuwa się po pierwszej linijce programu, drugie słowo to „Państwo”. Czubek palca spoczywa tuż nad literą P, nad którą narysowałam pierwszą wróżkę – patrzy w lewo, palce szczupłej delikatnej stopy opiera na brzuszku, przezroczyste skrzydełka, które naszkicowałam najcieńszą końcówką, są rozłożone, ponieważ wróżka właśnie zniża lot. Jest blondynką, tak jak Avery, ale w uproszczonych rysach twarzy tej drobnej postaci nie sposób dopatrzyć się podobieństwa.

Palec przesuwa się dalej. Druga linijka, gdzie umieściłam ich nazwiska połączone wijącą się etką, z której byłam szczególnie dumna. Palec zatrzymuje się i stuka w O, które wygląda jak delikatna złota kropla eliksiru miłosnego z aktu drugiego. Nad O stoi Puk z szelmowską miną, ma wyciągniętą rękę, jakby dopiero co wykonał swoje zadanie.

Trzecia linijka i ramiona M tworzące hamak z liści, w którym śpi długowłosa Tytania.

P-O-M…

Palec stuka dalej. Y w „Zapraszamy” i kolejna zaróżowiona roześmiana wróżka, która ułożyła się w zagłębieniu litery. Ł w imieniu wiolonczelistki i siedząca na literze wróżka, która unosi brew i przykłada drobny szczupły palec do rozciągniętych w uśmiechu ust, przypominając wszystkim, że powinni być cicho. K w „Dziękujemy” – na trzonie opiera się pewny siebie Oberon. A w słowie „sali”, zza znaku widać Spodka i jego długie uszy. Wszystko to rozrzucone pomiędzy wieloma innymi literami, a jednak… widoczne.

P-O-M-Y-Ł-K-A

– Są też inne rysunki – mówię. Nadal jestem zbyt przerażona, aby dotknąć papieru, ale kiwam głową, patrząc na ukwiecony łuk nad pierwszą linijką. W końcu są też inne szkice wplecione w tekst, niektóre z nich na literach lub w nich. Kwiaty, pnącza i…

– Nie takie – odpowiada, przesuwając palec wyżej, żeby postukać w P. – Nie wróżki… – Potyka się na B, a jego zmarszczone brwi tworzą niemal jedną linię. Nie sądzę, by miał w życiu wiele okazji do rozmów o wróżkach, może poza pierwszą randką z byłą żoną. Odchrząkuje. – Nie… postaci. To jest wzór.

– To przypadek, zbieg okoliczności. – Mówiąc to, czuję nieprzyjemne ukłucie w żołądku, inne od wrażenia, że zaraz zwymiotuję ze stresu. Nie dość, że to w ogóle zrobiłam, to teraz jeszcze będę robić z niego idiotę? Okropność. Przypomina mi to fabułę Troilusa i Kresydy albo nawet coś bardziej osobistego.

– Nie. – Jeszcze żadnej sylaby nie zaakcentował tak mocno, odkąd przekroczył próg. Odrywa wzrok od programu, by spojrzeć prosto na mnie.

I znów to widzę. Coś, co sprawiło, że Reid Sutherland wydał mi się zagubiony, smutny. To wyraz jego oczu.

– Dostrzegam takie rzeczy – dodaje. – Umiem rozpoznać schemat.

Teraz ja marszczę brwi, słysząc, co powiedział – jakbym była na tyle głupia, żeby ukryć słowo POMYŁKA w programie ślubnym faceta, który wynalazł kod Morse’a czy coś w tym rodzaju.

– A nie jesteś bankierem? – pytam. Przypomina mi się, że Avery mówiła coś o pracy Reida na Wall Street, gdzie aż roi się od bankierów, bandy ludzi w czarnych i granatowych garniturach ze znakami dolara w oczach zamiast źrenic.

– Jestem quantem – odpowiada, jakby to cokolwiek wyjaśniało.

– Co?

Kręci lekko głową, po czym wyjaśnia:

– Analizuję modele matematyczne pod inwestycje. Zarządzanie ryzykiem. Liczby, kody. Wiesz, co mam na myśli.

Hm, pojęcia nie mam. Powiedział „modele matematyczne”, a mnie przychodzi do głowy tylko ten dzień, kiedy mój nauczyciel matematyki z dziesiątej klasy zbudował sześcian ze słomek i plasteliny. Podejrzewam, że nie tym zajmuje się zawodowo Reid.

– Pewnie. – Ciekawe, że tak samo odpowiedziałam panu Mestellerowi, kiedy zapytał, czy zrozumiałam lekcję o słomkach i plastelinie. Z geometrii miałam tróję.

Zapada cisza. Wydaje się, że długa, ale trwa pewnie tylko parę sekund. Program leży pomiędzy nami niczym kamień nagrobny z niefantazyjnym napisem: „Tu spoczywa wszystko, na co pracowałaś. Zginęło z twojej niepokornej, wścibskiej dłoni”.

Wciągam powietrze przez nos, po czym oświadczam:

– Przykro mi z powodu twojego rozwodu.

– Nie było rozwodu. Nie… nie doszło do ślubu.

Zapomnijmy o wymiotowaniu do kosza na śmieci. Od razu cała się tam wpakuję jak śmieć, którym jestem.

– Tak bardzo mi…

– Nie dlatego – precyzuje, dotykając palcem rogu programu, po czym chowa dłonie do kieszeni i cofa się nieznacznie. – To znaczy, nie tylko dlatego.

Zastanawiam się, czy w koszu znajdzie się miejsce na koc. Na poduszkę na pewno nie zasługuję.

– Ale i tak chciałbym wiedzieć. Chciałbym wiedzieć, skąd wiedziałaś.

Widzę tę surową twarz, smutne oczy i myślę, że wiele mogłabym powiedzieć. Że chodziło mi o mnie, że pomyłką było zaangażowanie się w biznes ślubny. To stary nawyk. Czasami nie zawsze łapię się na tym, że to robię. Nie chciałam, żeby to wyszło w programie. Byliście z Avery taką zgraną parą.

Już widzę, jak by się to potoczyło. Skłamałabym prosto w jego piękne oczy, a on wiedziałby, że kłamię, ale jest zbyt skryty albo spięty, by naciskać, a może ja wcale nie wydaję mu się skryta ani spięta, ale nieważne. Nieważne, bo wiem, jak to jest. Wiem, jak łatwo jest nie mówić istotnych rzeczy. Widzę to po nim – po tym, jak zaciska szczękę, a jego uszy unoszą się nieco od napięcia. Przyszedł zadać mi to pytanie tylko raz, jeden jedyny, potem pokiwa głową w charakterystyczny dla siebie sposób (jakby nie pochwalał) i wyjdzie. Ja zamknę sklep i wrócę do domu. Tam już od drzwi powiem Sibby: „Nie uwierzysz, co mi się dzisiaj przytrafiło…”.

Nie, nieprawda. Nie powiem Sibby, bo ona prawie nie dostrzega mojego istnienia, chyba że chodzi o kasę na połowę czynszu i opłaty. Okłamię więc Reida, on wyjdzie, a ja będę dalej wpatrywać się w trzy litery składające się na słowo MAJ, aż zamgli mi się wzrok. Będę się zamartwiać swoimi niepokornymi dłońmi, zbliżającym się terminem i całkowitym brakiem weny. Zaczekam tutaj, aż zyskam pewność, że Sibby zamknęła się w swoim pokoju na noc, a potem pójdę do domu, nadal czując te wszystkie emocje, które czułam, zanim wszedł Reid, i będę zagłębiać się w osobisty i zawodowy kryzys w oczekiwaniu, czy ten człowiek rozgłosi wszystkim, co zrobiłam.

Rozplatam dłonie i sięgam po program. Nie zdołam spojrzeć mu w oczy, więc koncentruję się na literach, szczególnie na tych, które tylko on zdołał dostrzec. Na wzorze, na kodzie. Na pomyłce.

– Może pogadamy o tym przy kawie? Ja stawiam.

♥ ♥ ♥

Idziemy do modnego baru espresso na rogu Piątej i Berkeley. Jest jeden lokal bliżej, półtorej przecznicy od sklepu, ale zamyka się wcześniej, poza tym często spotykam tam klientów, uznaję więc, że wolę dłuższy spacer w krępującym milczeniu. W bardziej oddalonym miejscu istnieje mniejsze ryzyko, że ktoś podsłucha moją rozmowę z Reidem.

Spacer jest oczywiście jeszcze bardziej krępujący, niż zakładałam. Panuje głucha cisza, poza jednym naprawdę żenującym momentem, kiedy odsunęłam się od zamykanych właśnie drzwi sklepu i chwyciłam poły swetra, aby się nim ciaśniej otulić, chroniąc się przed coraz chłodniejszym powietrzem.

Reid odchrząknął i zapytał:

– Może pożyczyć ci kurtkę?

Nie było w tym niechęci. To był odruch, coś jak słowa „dobry wieczór” świadczące o jego dobrym wychowaniu. Tak bardzo mnie zaskoczył, że odparłam:

– Nie musisz być dla mnie miły.

Pokiwał głową i oboje udawaliśmy, że jesteśmy dla siebie nawzajem niewidzialni, dopóki nie dotarliśmy do celu. Reid otworzył przede mną drzwi.

W kawiarni wydaje się równie sztywny jak w sklepie. Plecy i (wciąż bardzo ładne) ramiona ma wyprostowane, łokcie przyciska do boków, stałoby się pewnie coś strasznego, gdyby oparł je na stole jak normalny człowiek. Nadal roztacza aurę lekkiego niesmaku – wydaje się żywić podejrzenia wobec każdej powierzchni w tym miejscu, zerkał na ciężkie pokrywy słojów z biscotti, wielkimi ciastkami i czekoladowymi kulkami obtoczonymi w wiórkach kokosowych, jakby to były wyjątkowo odrażające martwe owady przyszpilone do gabloty tylko po to, by wywołać w nim obrzydzenie. Kiedy zapytałam, na jaką kawę ma ochotę, odparł: „Dość późno jak na kawę” (dość późno!), po czym zamówił ziołową herbatę.

Czuję się, jakbym grała rolę w Teatrze Telewizji.

– Powrót do miasta zabierze mi trochę czasu – mówi, kiedy biorę pierwszy łyk cortado (kiepski wybór, nie zasnę przez całą noc, ale co miałam zrobić w obliczu jego „dość późno”?).

Wydaje mi się błędem formalnym, by zaczynać rozmowę w ten sposób. Dopiero po chwili uświadamiam sobie, że Reid w ten sposób ponagla mnie, bym zaczęła swoje wyjaśnienia.

– Hm – mruczę, po czym opanowuję grymas, który wywołuje ten tik, i przywołuję się do porządku.

Nie miałam pojęcia, że często to robię, dopóki nie zaczęłam na poważnie traktować filmików wrzucanych do mediów społecznościowych. W pierwszym, który nagrałam, „hm” było w zasadzie co trzecim używanym przeze mnie słowem. „Niektórzy liternicy preferują, hm, klasyczny Blackwing Pearl, hm, z przyjemnym, hm, średniotwardym grafitem”. Dopiero przy czwartym podejściu udało się zredukować „hm” do znośnego poziomu. Mój ostatni filmik to dowód na to, jak daleko zaszłam – nie zawiera żadnego „hm”, a został nagrany w pierwszym podejściu.

Próbuję raz jeszcze.

– Nie wiem, czy moja odpowiedź cię usatysfakcjonuje.

– Możliwe, że nie. – Unosi dłonie wnętrzem do góry, obejmując nimi pomieszczenie. Jakby chciał tym samym powiedzieć: „Za nami ten żenujący spacer, więc równie dobrze możesz spróbować”.

Poprawiam się na krześle, przenoszę ciężar z boku na bok, próbując jakoś poluzować materiał sukienki, która klei mi się od potu do tyłka i ud. Myślę, co powiedzieć, jak swobodnie przekazać mu, co poczułam tamtego dnia, kiedy zobaczyłam go z Avery. I co czułam potem, kiedy projektowałam ich program.

– Nie jest tak, że nigdy wcześniej nie spotkałam osoby niezainteresowanej – zaczynam. – Bywałam na spotkaniach z parami, podczas których pan młody ani raz nie oderwał wzroku od telefonu, aby wyrazić swoje zdanie.

– Wydaje mi się, że nie przyszedłem na nasze spotkanie z telefonem.

– Tam, skąd pochodzisz, pewnie nie ma telefonów. – „To znaczy w Teatrze Telewizji, w którym żyjesz”, dodaję w myślach.

– Pochodzę z Maryland.

Nie potrafię rozpoznać, czy to żart. Jeśli tak, jego twarz nie wyraża już wesołości. Zanim udaje mi się połapać, staje się jasne, że chce wrócić do sedna, a ja chyba jestem mu to winna. Nie zdołam odwrócić jego uwagi moim radosnym podejściem do obsługi klienta.

– Uznałam chyba, że jesteś… Hm… byłeś… jakby nieobecny. Chyba, choć przecież w końcu przyszedłeś. Wydawałeś się bardzo nieszczęśliwy i szczerze mówiąc… ona też. Wcześniej taka nie była, kiedy spotykałyśmy się tylko we dwie.

Wciska plecy w oparcie. To chyba pierwszy raz, kiedy jego kręgosłup styka się z krzesłem.

– Nie podobał ci się żaden jej wybór, to było po tobie widać. A potem raz mrugnąłeś i wyczyściłeś twarz z wszystkich emocji. – To mrugnięcie wydało mi się takie znajome. Moi rodzice robili tak przez lata, wyćwiczony manewr po każdej kłótni. – Ona też chciała poznać twoje zdanie. Była rozczarowana.

– Tak – wtrąca rzeczowym tonem. – Rozczarowywałem ją. Często.

Instynkt podpowiada mi, by się wycofać, złagodzić ostrze tej rozmowy, utrzymać pokój.

– Posłuchaj, nie znam cię. Jej też nie znam. Może miałeś gorszy dzień. Może, nie wiem, może łączył was jakiś układ, umowa na temat tego, jak funkcjonuje wasz związek, a ja coś źle zrozumiałam. Postąpiłam nagannie…

– Niczego źle nie zrozumiałaś – przerywa mi szybko. Porusza dłonią, zaciska kciuk i palce na kubku, obraca go dokładnie o ćwierć okrążenia wskazówek zegara.

Wydaje mi się, że nie powie nic więcej, więc wbijam wzrok we własny kubek. Zaskakuje mnie, kiedy jednak się odzywa. Jego głos jest niższy. Reid brzmi tak, jakby wcale nie mówił do mnie.

– Nie protestowałem. Ona prowadziła, ja pozwalałem się prowadzić, bo to kosztowało mniej wysiłku. Tak między nami było.

Zamykam i otwieram oczy, patrząc na niego. Przestrzeń pomiędzy nami zagarnia płynny drobny Spencerian, pierwszy przebłysk mojej kreatywności od miesięcy. „Wiem, jakie to uczucie”, głosi napis, ale nic nie mówię. Popijamy swoje napoje w milczeniu, a jako że moja kawa to w zasadzie defibrylator w płynie, pierwsza wracam do gry.

– Nie chciałam – mówię otwarcie, a mój głos jak gumka wymazuje więź pomiędzy nami. – Czasami to się po prostu dzieje, a ja łapię się na tym później. – Czuję osobliwą pokusę, by wyznać mu wszystko. Że litery tak na mnie działają. Szczególnie kiedy jestem zestresowana, zmęczona, samotna. Kiedy się zablokuję… I nie mogę rysować albo próbuję… I wtedy zdradzam za dużo.

Ale co by to dało? Dla niego to nic nie znaczy, a mnie mogłoby tylko zaszkodzić. Nie chcę, by wyszedł stąd z taką wiedzą, nie po wszystkim, na co pracowałam i nadal pracuję. Uznałam, że może rozwiążę problem, kiedy przestanę pracować z młodymi parami. Myślałam, że cały wysiłek, który włożyłam we własny biznes, da mi poczucie pewności, kontroli. Jasne, to były plany innych ludzi, ale pomysły stojące za planerami – ich wykonanie – były moje, to była moja wizja.

Problem jednak powrócił, i to w najgorszym momencie, tyle że Reid nie musi o tym wiedzieć.

– Z przyjemnością podjęłam się tego zlecenia – dodaję radośnie. – Naprawdę. Przedstawienie, pamiątka waszej pierwszej randki.

Brwi znów tworzą poziomą linię.

– Jakiej pierwszej randki?

– Twojej pierwszej randki z Avery. Sen nocy letniej. Szekspir w parku.

– To nie była nasza pierwsza randka. Wcześniej umówiliśmy się na kawę w lobby mojego biurowca.

– Och. – Ta kawiarnia to dla mnie prawdziwe piekło. Żałuję, że nie zaproponowałam czegoś innego niż pójście na kawę. Może pasowałaby wizyta pod automatem wydającym środki nasenne? Wszystko byłoby lepsze niż to echo jego pierwszej randki z byłą narzeczoną, której życie prawdopodobnie zrujnowałam.

– Jej ojciec to zaaranżował.

– Jak… miło.

To nie było miłe, sądząc po tym, jak linia znika zastąpiona pojedynczym uniesionym łukiem. „Naprawdę w to wierzysz?”, pyta Lewy Łuk.

– Jest moim szefem.

– O Boże – jęczę. – Zwolnił cię?

– Nie. Jestem – znów wbija wzrok w herbatę – cennym pracownikiem. Rozstaliśmy się z Avery w zgodzie.

– To musi być straszne. – Pewnie nie bardziej niż to spotkanie, no ale…

Wzrusza ramionami. Unosi je lekko, to taki niedbały, nietypowy dla niego gest. Nie spodziewałam się tego.

– To tylko interesy.

Musi mówić o swojej pracy, ale w jakiś sposób te słowa odnoszą się też do Avery, do ich zaręczyn. Do ich rozstania, nawet jeśli odbyło się pokojowo.

– Przepraszam, że nazwałem cię sklepową. – Tak nagle zmienia temat, że dopiero po chwili orientuję się, co powiedział. – Oczywiście uważam, że masz wielki talent.

To takie zaskakujące, że parskam cicho z niedowierzaniem. Jeśli nic innego nie wyniknęło z tej szalenie męczącej rozmowy, na pewno mogę stwierdzić, że potrafię rozszyfrować Reida Sutherlanda i żaden aspekt naszych relacji – tego dnia czy też rok temu – nie wskazuje na to, by uważał, że mam talent.

– Oczywiście?

– Tak. Wszystko było… Cóż, Avery była ze wszystkiego bardzo zadowolona.

– Ale ty nie. – Żałuję tych słów, kiedy tylko padają. Co ja wyprawiam? Zarzucam bardzo wątpliwą przynętę, doszukuję się komplementów u faceta, który powinien o mnie zapomnieć pięć minut po wyjściu stąd. Powinnam sprawić, by nigdy więcej nie pomyślał o moim talencie, biorąc pod uwagę, że wie, jak go wykorzystywałam.

– To mnie… – Znów obraca kubek. – To mnie poruszyło. Spojrzałem na twoje litery i… Były dla mnie jak liczby. Jak coś, co potrafiłem odczytać. Jak znak.

Znam to uczucie. Kiedy po raz pierwszy zobaczyłam – naprawdę zobaczyłam – odręczną literę. To był stary szyld w tym mieście. Poczułam wtedy to samo – że mogę ją przeczytać, jasne. Ale doszukując się wszystkich znaczeń tego znaku, dostrzegłam też ogrom możliwości. Osobliwą tajemniczą radością napełnia mnie fakt, że Reid mówi to samo o moich literach.

Nie mogę jednak i nie powinnam uznawać tego, co powiedział – o tym, że moja praca go poruszyła – za komplement. To, co robię… jest małostkowe, skryte, niedojrzałe. Moim zadaniem nie jest przekazywanie ludziom znaków. Mam pisać dla nich programy, wizualizować plany, które sami dla siebie stworzyli.

Muszę z tym skończyć. Muszę znaleźć sposób na zerwanie z tym nawykiem na dobre. Wrócić na właściwy kurs, odblokować się. Zmieścić się w terminie ze zleceniem, które mogłoby przenieść mój mały startup na wyższy poziom.

– Więcej tego nie zrobię – mówię, bardziej do siebie niż do niego.

Od razu żałuję, że nie odłożyłam tego na bardziej prywatną chwilę. Taką przed lustrem w łazience. Brzmię tak, jakbym błagała go o dyskrecję, a jego usta układające się w wąską linię mówią mi, że wcale mu się to nie podoba.

– Zapewniam cię, że nie zamierzam z nikim o tym rozmawiać.

Odwzajemnia obietnicę, na swój sposób. Powinno mnie to uszczęśliwić albo chociaż napełnić ulgą. Zamiast tego czuję się tak, jakbym dokonała transakcji narkotykowej w Teatrze Telewizji. Czyli kupowała dragi, ale na niby.

Reid porusza się, jakby chciał wstać, a mnie ogarnia osobliwa panika na myśl, że tak to zakończymy – jego dyskretną obietnicą. Dlatego wyrzucam z siebie pierwsze słowa, które przychodzą mi do głowy:

– Dlaczego teraz?

Lewy Łuk to jego jedyna odpowiedź. Po chwili znów prostuje się na krześle. Obraca kubek o ćwierć tarczy zegara i podnosi na mnie wzrok.

– To znaczy, dlaczego przyszedłeś do mnie akurat dzisiaj, jeśli zauważyłeś to już wtedy? Znaczy… przed ślubem.

– Nie była to najpilniejsza rzecz do zrobienia na mojej liście – odpowiada oschle i jakimś cudem udaje mu się tym komunikatem bezpośrednio do mojego mózgu przekazać, na ilu polach spieprzyłam mu życie: związek z Avery, zapewne sytuację mieszkaniową, pracę, prawdopodobnie przyjaźnie. – Ale chyba kończy mi się czas.

– Kończy ci się czas? – powtarzam tak wysokim głosem, że brzmi to niemal histerycznie. Coś mu dolega? Spotkał się ze mną w ramach domykania swoich doczesnych spraw? Tak wytrzeszczam oczy, że mam wrażenie, iż zaraz mi wypadną i poturlają się po stole w jego kierunku.

„Proszę, niech nic mu nie dolega!”, zaklinam los ze zdumiewającą ilością emocji.

– A, nie – odpowiada szybko, wyraźnie stropiony moimi wytrzeszczonymi oczami. – Wyjeżdżam z Nowego Jorku. Zapewne pod koniec lata.

– Och, przykro mi.

Przykro mi? Dlaczego niby mi przykro? Dobrze dla mnie, że wyjeżdża. To byłby najlepszy możliwy rezultat tego spotkania, może z wyjątkiem ataku spontanicznej bardzo konkretnej amnezji obejmującej mnie i program jego wesela.

Wydaje z siebie dźwięk… Prychnięcie. Na pewno niechlujne parsknięcie.

– Mnie nie.

– Nie lubisz Nowego Jorku?

– Nienawidzę Nowego Jorku.

Prawie się wzdrygam na dźwięk jego tonu. Pogrubiona, bezszeryfowa czcionka. Nie wersaliki, ale kursywa w „nienawidzę”. To nie jest nieszkodliwe, przeciętne: „Nienawidzę tej piosenki”, ani: „Nienawidzę kulek czekoladowych w posypce z wiórków kokosa”. To nie jest nijaka, nic nieznacząca nienawiść, która pozbawia to słowo jego prawdziwego znaczenia.

Kiedy Reid Sutherland mówi, że nienawidzi Nowego Jorku, to naprawdę, ale to naprawdę nienawidzi tego miasta.

– Dlaczego? – Widzę oczami wyobraźni bardzo fantazyjne litery, które pytają mnie, „dlaczego” chciałabym to wiedzieć. To nietypowe dla mnie tak naciskać… Chcieć naciskać. Preferuję swobodę, lekkość.

Spokój.

Ale wszystko pomiędzy mną a nim wydaje się nieco nietypowe.

Nadal trzyma kubek w dłoni, nie obrócił go jeszcze, czuję jednak, że kiedy to zrobi, nadejdzie koniec tego, czymkolwiek to coś jest. Wykrzywia wargi w jedną stronę. Może nie mam bladego pojęcia, na czym polega jego praca, ale mam wrażenie, że taką minę robi, kiedy układa te swoje modele matematyczne. Taką minę miał, kiedy po raz pierwszy zobaczył moje litery.

– Powiedzmy, że niełatwo mi zrozumieć to miejsce – odpowiada w końcu. Po raz ostatni obraca kubek i podnosi na mnie wzrok. – Niewiele widziałem tu znaków.

Nagle dopada mnie szokujące pragnienie, by zaprotestować. Przecież tutaj znaki są wszędzie! Znaki uliczne, szyldy, billboardy, reklamy w metrze, naklejki na szybach, graffiti…

Oczywiście wiem, że nie o to mu chodzi. Ale to część tego, czym jest to miasto dla mnie.

Zanim udaje mi się zebrać myśli, wstaje i bierze do ręki kubek i talerzyk.

– Chyba jestem wdzięczny za znak od ciebie – kwituje, po czym wyciąga do mnie drugą rękę.

Ściskam ją na autopilocie. Czuję ciepłą, suchą siłę jego palców. Gest wydaje się szokująco niebiznesowy, choć jestem przekonana, że tylko ja tak to odbieram. Dobrze, że nigdy więcej go nie zobaczę, ponieważ żywię wyjątkowo niestosowne uczucia do tego akurat mężczyzny.

Kiedy wypuszcza moją dłoń, żegna mnie tym swoim miażdżącym skinieniem głowy.

– Do widzenia, Meg – mówi. Zatrzymuje się jeszcze przy ladzie i grzecznie zwraca swój kubek i talerzyk na tacę, po czym od razu wychodzi.

Wysoki, nieziemsko przystojny, przeniesiony w wehikule czasu Reid Sutherland.

Rozdział trzeci

Dalsza część dostępna w wersji pełnej

Spis treści:

Okładka
Karta tytułowa
Rozdział pierwszy
Rozdział drugi
Rozdział trzeci
Rozdział czwarty
Rozdział piąty
Rozdział szósty
Rozdział siódmy
Rozdział ósmy
Rozdział dziewiąty
Rozdział dziesiąty
Rozdział jedenasty
Rozdział dwunasty
Rozdział trzynasty
Rozdział czternasty
Rozdział piętnasty
Rozdział szesnasty
Rozdział siedemnasty

Tytuł oryginału: Love Lettering

Copyright © 2020 by Kate Clayborn

Copyright for the Polish edition © by Burda Media Polska Sp. z o.o., 2021

02-674 Warszawa, ul. Marynarska 15

Dział handlowy: tel. 22 360 38 42

Sprzedaż wysyłkowa: tel. 22 360 37 77

Wydawca: Maria Mazurowska

Redakcja: Joanna Kułakowska-Lis/Słowne Babki

Korekta: Katarzyna Sarna/MODESTIA

Redakcja techniczna: Mariusz Teler

Projekt okładki: Katarzyna Piątek

Zdjęcie na okładce: oneinchpunch/Shutterstock

ISBN 978-83-8251-087-4

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

www.slowne.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Rek