Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2014

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Między książkami - Gabrielle Zevin

Jedna z najgłośniejszych powieści amerykańskich 2014 roku!

Przepis na komedię romantyczną a la Notting Hill w książkowym wydaniu!

Urokliwa opowieść o właścicielu przytulnej, ale kiepsko prosperującej księgarenki, który po śmierci żony próbuje poskładać życie na nowo. Odnalezienie porzuconej Między książkami dwuletniej dziewczynki-sieroty i spotkanie z energiczną przedstawicielką małego wydawnictwa wywróci jego świat do góry nogami. Pogodna opowieść o tym, że zawsze jest czas na nowy początek.

Są różne sposoby, by żyć wśród książek. Nicole i Ajay rezygnują ze studiów doktoranckich, by otworzyć małą księgarnię na Alice Island. Jako zupełne przeciwieństwa wiodą szczęśliwe życie – aż do wypadku, w którym ginie Nicole.

Śmierć żony sprawia, że Ajay się załamuje. Coraz bardziej izoluje się od świata – Amelię, agentkę z wydawnictwa, od którego przyjmował książki, niemalże wyrzuca z domu, regularnie się upija i powoli zaczyna tracić kontakt z rzeczywistością. Do momentu, w którym po jednej z upojnych nocy nie zostaje okradziony z jedynej rzeczy, która ma dla niego jeszcze jakąś wartość – pierwszego wydania Tamerlana, tomu poezji Edgara Allana Poego. Pewnego dnia natomiast Ajay ma wrażenie, że jego życie zmieniło się w jakąś wariacką powieść – po powrocie do domu zastaje tam dwuletnią płaczącą dziewczynkę, porzuconą przez matkę. Nie potrzeba wiele czasu, by Maja stała się jego oczkiem

w głowie. To właśnie dla niej postanawia sporządzić wyjątkową listę lektur…

Gabrielle Zevin udaje się stworzyć świat, w którym bohaterowie stają się tak samo ważni jak postaci i autorzy z książek. Magia małej księgarni stopniowo odmienia życie ludzi,a wszystko to w towarzystwie Munro, O’Connor, McCarthy’ego i Poego.

W tym (…) podnoszącym na duchu hołdzie dla księgarń Zevin idealnie uchwytuje istotę więzi między ludźmi i książkami. Przepełniona interesującymi postaciami, księgarskimi ciekawostkami, wspaniałymi opiniami na temat literackiej klasyki i przezabawnymi opisami klubów dyskusyjnych i spotkań autorskich powieść udowadnia wszechobecną nieustępliwość miłośników książek.

„Booklist”

Gabrielle Zevin (ur. 1977) – amerykańska pisarka i scenarzystka. Ukończyła studiaz literatury angielskiej i amerykańskiej na Harvardzie. Obecnie mieszka w Los Angeles. Jej debiut Margarettown został doceniony przez wydawnictwo Barnes & Nobel jako odkrycie roku wśród młodych pisarzy. Jest autorką scenariusza do filmu Rozmowy z innymi kobietami z udziałem Heleny Bonham Carter i Aarona Eckharta. Między książkami to jej najnowsza, doceniona przez krytyków i recenzentów, powieść.

Opinie o ebooku Między książkami - Gabrielle Zevin

Fragment ebooka Między książkami - Gabrielle Zevin

Gabrielle Zevin

MIĘDZY KSIĄŻKAMI

Przełożył Łukasz Witczak

Tytuł oryginału: The Storied Life of A.J. Fikry

Copyright © 2014 by Gabrielle Zevin

Copyright © for the Polish edition by Grupa Wydawnicza Foksal, MMXIV

Copyright © for the Polish translation by Grupa Wydawnicza Foksal, MMXIV

Wydanie I

Warszawa, MMXIV

chodź, kochanie

miłujmy się

zanim ślad po nas zniknie.

Rumi

Część pierwsza

Baran na rzeź11953, Roald Dahl

Żona zabija męża zamrożonym baranim udźcem, po czym pozbywa się narzędzia zbrodni, częstując nim policjantów. Całkiem zgrabna rzecz, choć Lambiase wyraził wątpliwość, czy szanująca się gospodyni rzeczywiście przyrządziłaby barani udziec w taki sposób, w jaki zostało to opisane, to znaczy bez rozmrażania i marynowania w przyprawach. Czy mięso nie byłoby aby twarde i nierównomiernie upieczone? Nie znam się na gotowaniu (ani na zbrodniach), ale jeśliby zakwestionować ten szczegół, cała historia zaczyna się sypać. Mimo wszystko dopisuję to opowiadanie do listy, bo znam pewną dziewczynę, która kiedyś uwielbiała Jakubka i brzoskwinię olbrzymkę.

A.F.

Amelia Loman płynie promem z Hyannis na Alice Island. Maluje sobie paznokcie na żółto i czekając, aż wyschną, przegląda notatki poprzednika. „Island Books, roczny obrót około trzystu pięćdziesięciu tysięcy dolarów, większość w miesiącach letnich, gdy zjeżdżają się wczasowicze – pisał Harvey Rhodes. – Pięćdziesiąt pięć metrów przestrzeni handlowej. Brak stałych pracowników poza właścicielem. Bardzo skromny dział literatury dziecięcej. Strona internetowa dopiero raczkuje. Słabe więzi z miejscową społecznością. Nacisk na literaturę piękną, co jest nam na rękę, aczkolwiek Fikry ma bardzo specyficzny gust i w przeciwieństwie do zmarłej Nicole nie potrafi namawiać ludzi do kupna książek. Jego szczęście, że nie ma żadnej konkurencji”. Amelia ziewa – jest lekko skacowana – i zastanawia się, czy warto jechać taki kawał, żeby spotkać się z jednym zdziwaczałym księgarzem. Natychmiast odzywa się w niej niepoprawna optymistka. Oczywiście, że warto! Zdziwaczali księgarze to jej specjalność. Ma też inne talenty: jest wielozadaniowa, potrafi wybrać odpowiednie wino do obiadu (a także zająć się przyjaciółmi, którzy wypili go za dużo), niestraszne jej rośliny domowe, przybłąkane zwierzęta i inne przegrane sprawy.

Gdy schodzi z promu, dzwoni jej telefon. Numer nic jej nie mówi – znajomi Amelii już dawno przestali używać telefonów do dzwonienia. Ale zawsze to jakaś atrakcja, poza tym Amelia nie chce zaliczać się do osób uważających, że dobre wieści można usłyszeć jedynie od ludzi, których znamy i od których spodziewamy się telefonu. Odbiera więc i słyszy głos Boyda Flanagana, porażki numer trzy w historii jej randek z internetu. Boyd przed pół rokiem zabrał ją do cyrku.

– Parę tygodni temu wysłałem ci wiadomość. Doszła do ciebie?

Amelia tłumaczy, że ostatnio zmieniła pracę i ma straszny bałagan w skrzynce.

– Poza tym przestałam wierzyć w umawianie się na randki przez internet. To chyba jednak nie dla mnie.

Boyd jak gdyby nie usłyszał.

– Może miałabyś ochotę znów się spotkać?

Ich pierwsza randka. Cyrk miło ją zaskoczył; minęło trochę czasu, zanim dostrzegła, że nic ich nie łączy. Po wspólnej kolacji nie miała już złudzeń. Powinna była się domyślić już wtedy, kiedy nie mogli się porozumieć w sprawie przystawek albo kiedy on przyznał, że nie lubi „niczego, co stare” – mebli, domów, psów, ludzi. Mimo to nie położyła na nim krzyżyka, dopóki przy deserze nie zapytała o książkę, która wywarła największy wpływ na jego życie. Odparł: „Podstawy księgowości, tom drugi”.

Teraz grzecznie odpowiada, że nie, wolałaby się już nie spotykać.

Boyd zaczyna dyszeć do słuchawki.

– Wszystko w porządku? – pyta Amelia, bojąc się, że może doprowadziła go do płaczu.

– Nie chcę od ciebie litości.

Amelia wie, że powinna się rozłączyć, ale tego nie robi. Jakaś jej część jest ciekawa, co się wydarzy. Niech ma pożytek z nieudanej randki, choćby w postaci zabawnej anegdoty.

– Słucham?

– Zwróć uwagę, że nie zadzwoniłem do ciebie od razu. Poznałem kogoś lepszego i dopiero gdy nic z tego nie wyszło, postanowiłem dać ci drugą szansę. Więc nie wyobrażaj sobie za dużo. Może i ładnie się uśmiechasz, ale masz wystające zęby i duży tyłek i nie masz już dwudziestu pięciu lat, mimo że pijesz, jakbyś miała. Nie powinnaś wybrzydzać. – Po tych słowach w słuchawce rozlega się płacz. – Przepraszam. Strasznie cię przepraszam.

– Nie szkodzi, Boyd.

– Co jest ze mną nie tak? Przecież podobało ci się w cyrku? Przecież nie jestem taki okropny.

– Bardzo dobrze się z tobą bawiłam. Ten cyrk to był fajny pomysł.

– Ale musi być jakiś powód, dla którego ci się nie podobam. Bądź ze mną szczera.

Na tym etapie znajomości Amelia ma wiele powodów. Wybiera jeden.

– Pamiętasz, jak powiedziałam, że pracuję w branży wydawniczej, a ty powiedziałeś, że mało czytasz?

– Jesteś snobką.

– W niektórych sprawach pewnie tak. Słuchaj, Boyd, jestem w pracy. Muszę kończyć.

Rozłącza się. Nie jest próżna, jeśli chodzi o własny wygląd, a już na pewno nie przywiązuje wagi do opinii Boyda Flanagana, zwłaszcza że każdej innej powiedziałby to samo. Spotkał go miłosny zawód. Jej też nieraz się to przydarzyło.

Skończyła trzydzieści jeden lat i uważa, że w tym wieku powinna już kogoś mieć.

Ale jej wewnętrzna optymistka upiera się, że lepiej żyć samemu niż z kimś, kto nie podziela jej zainteresowań i wrażliwości. Prawda?

Matka lubi jej powtarzać, że naczytała się za dużo książek. Amelię obraża ukryta w tych słowach sugestia, że czyta jedynie książki z typowo romantycznymi bohaterami. Owszem, od czasu do czasu zdarza jej się sięgnąć po romantyczną powieść, ale jej gust jest o wiele bardziej zróżnicowany. Uwielbia na przykład postać Humberta Humberta, co wcale nie znaczy, że chciałaby go mieć za życiowego partnera, chłopaka czy nawet znajomego. To samo dotyczy Holdena Caulfielda oraz panów Rochestera i Darcy’ego.

Idąc ulicą, w ostatniej chwili spostrzega wyblakły szyld nad gankiem starego fioletowego domu.

ISLAND BOOKS

Jedyne źródło dobrej literatury na Alice Island

Od 1999 roku

Żaden człowiek nie jest wyspą. Każda książka jest wszechświatem.

W środku, przy kasie siedzi nastolatka czytająca nowy zbiór opowiadań Alice Munro.

– I co, dobra? – pyta Amelia. Uwielbia Munro, ale poza wakacjami ma niewiele czasu na czytanie książek spoza oferty wydawnictwa.

– To do szkoły – odpowiada dziewczyna, jak gdyby to zamykało temat.

Amelia przedstawia się jako przedstawicielka handlowa oficyny Pterodactyl Press. Nastolatka, nie podnosząc oczu znad książki, wskazuje niedbałym gestem zaplecze.

– Ajay jest w biurze.

W korytarzu, wzdłuż ściany pną się chwiejne stosy egzemplarzy przedpremierowych. Na ich widok Amelię przeszywa znajomy niepokój. W płóciennej torbie na ramieniu niesie książki, które powiększą te stosy, oraz katalog pełen innych tytułów. Nie ma w zwyczaju zmyślać. Nigdy nie mówi, że któraś książka z oferty ją zachwyciła, jeżeli było inaczej. Zwykle potrafi powiedzieć o każdej coś pozytywnego, a jeśli się nie da, to przynajmniej o okładce, a jeśli się nie da, o autorze, a kiedy i to jest niemożliwe – o stronie internetowej autora. „Dlatego tak dobrze mi płacą” – żartuje sobie czasem w myślach. Zarabia skromne trzydzieści siedem tysięcy dolarów rocznie, z możliwością premii, ale dawno już nikt na jej stanowisku nie doczekał się premii.

Drzwi do biura Ajaya Fikry’ego są zamknięte. W połowie korytarza Amelia niechcący zahacza rękawem swetra o jedną ze stert i sto, może więcej książek spada z hukiem na podłogę. Drzwi się otwierają, Ajay Fikry spogląda najpierw na pobojowisko, a potem na zakurzoną blond olbrzymkę rozpaczliwie usiłującą pozbierać rozrzucone tomy.

– Kim pani jest, u licha?

– Amelia Loman. – Odkłada na stos dziesięć książek i połowa z nich zaraz ląduje z powrotem na ziemi.

– Proszę zostawić. Tylko mi pani wszystko pomiesza. To żadna pomoc. Proszę sobie pójść.

Amelia się prostuje. Przewyższa księgarza co najmniej o dziesięć centymetrów.

– Ale byliśmy umówieni.

– Nie wydaje mi się.

– W zeszłym roku wysłałam panu maila w sprawie oferty zimowej. Napisał pan, że mogę wpaść w czwartek albo w piątek po południu. A ja odpisałam, że przyjadę w czwartek. – Ich korespondencja była bardzo zwięzła, lecz Amelia nie ma wątpliwości, że naprawdę wymienili ze sobą tych kilka wiadomości.

– Jest pani przedstawicielką handlową?

Amelia z ulgą potakuje.

– Którego wydawcy?

– Pterodactyl Press.

– A gdzie Harvey Rhodes? Dostałem tego maila, ale myślałem, że jest pani jego asystentką lub kimś w tym rodzaju.

– Jestem jego następczynią.

Ajay wzdycha ciężko.

– Do której firmy się przeniósł?

Harvey nie żyje. Amelia po szybkim namyśle rezygnuje z kiepskiego żartu o zaświatach jako nowym miejscu pracy Harveya.

– Zmarł – oznajmia krótko. – Myślałam, że pan wie. – Większość jej kontrahentów już się dowiedziała. Harvey był legendą, o ile można tak rzec o przedstawicielu handlowym. – Był nekrolog w biuletynie księgarzy – dodaje przepraszająco. – I chyba w „Publishers Weekly”.

– Nie śledzę zbyt uważnie wiadomości branżowych. – Ajay zdejmuje okulary w grubych, czarnych oprawkach i długo przeciera szkła.

– To pewnie dla pana szok. – Amelia kładzie mu dłoń na ramieniu, lecz Ajay się spod niej wyślizguje.

– Niby dlaczego? Prawie nie znałem człowieka. Widywałem go trzy razy w roku. To trochę za mało, żeby uważać go za przyjaciela. Nie mówiąc o tym, że za każdym razem próbował mi coś sprzedać. Przyjaźń chyba nie na tym polega.

Amelia wyczuwa, że Ajay nie jest w nastroju do rozmowy o zimowej ofercie. Powinna zaproponować spotkanie w innym terminie. Ale przypomina sobie o dwóch godzinach jazdy samochodem do Hyannis i półtoragodzinnej przeprawie promem, który na dodatek z początkiem listopada zaczyna kursować znacznie rzadziej.

– Skoro już tu jestem, czy zechciałby pan rzucić okiem na naszą ofertę zimową?

Biuro Ajaya przypomina szafę. Żadnych okien, obrazków na ścianach ani zdjęć na biurku, żadnych bibelotów i żadnej drogi ucieczki. Są natomiast książki, upchnięte na tanich metalowych półkach, jakie widuje się zwykle w garażach, jest duża szafka z mnóstwem szufladek i stary komputer stacjonarny, zapewne pamiętający dwudziesty wiek. Amelii chce się pić, ale księgarz nic jej nie zaproponował, a sama nie zamierza się dopominać. Zdejmuje stertę książek z krzesła i siada.

Zaczyna omawiać zimowe tytuły. To najskromniejsza lista w roku, zarówno pod względem rozmiarów, jak i oczekiwań wydawcy. Kilka ważnych (lub przynajmniej obiecujących) debiutów, poza tym jednak głównie książki bez większych zadatków na sukces komercyjny. Mimo to Amelia właśnie zimową ofertę lubi najbardziej. To tutaj można znaleźć rzeczy mniej oczywiste, czarne konie (nie będzie wielkiej przesady w stwierdzeniu, że podobnie myśli o sobie). Na koniec zostawia tytuł, który najbardziej przypadł jej do gustu: wspomnienia osiemdziesięciolatka, wiecznego kawalera, który ożenił się, mając lat siedemdziesiąt osiem. Jego wybranka zmarła dwa lata po ślubie, w wieku osiemdziesięciu trzech lat. Nowotwór. Według notki biograficznej autor pracował jako dziennikarz naukowy dla różnych gazet na Środkowym Zachodzie. Książka jest zabawna, napisana zwięzłym stylem, bez ckliwości. Amelia popłakała się nad nią w pociągu z Nowego Jorku do Providence. Intuicja podpowiada jej, że czytelnicy pokochają Roślinę późno kwitnącą, o ile nie zniechęci ich niewielka objętość i trącący banałem opis. Z jej doświadczenia wynika, że ludzie mieliby dużo mniej problemów, gdyby nie zniechęcali się zbyt łatwo.

Zaczyna opowiadać Ajayowi, o czym jest książka, lecz ten głośno wzdycha i kładzie czoło na blacie.

– Coś się stało? – pyta Amelia.

– To nie jest książka dla mnie.

– Niech pan chociaż przeczyta pierwszy rozdział. – Amelia wpycha mu egzemplarz do ręki. – Wiem, że temat może się wydawać strasznie łzawy, ale proszę zobaczyć, jakim stylem to jest…

– To nie dla mnie – przerywa jej.

– Dobrze, w takim razie opowiem panu o czymś innym.

Ajay wzdycha po raz kolejny.

– Sprawia pani wrażenie miłej osoby, ale pani poprzednik… Chodzi mi o to, że Harvey znał mój gust. Miał podobny.

Amelia odkłada książkę na biurko.

– Chciałabym poznać pańskie upodobania. – Wypowiadając te słowa, czuje się trochę jak postać z filmu porno.

Księgarz mamrocze coś pod nosem. Chyba: „Jaki to ma sens?”, ale nie jest pewna.

Amelia zamyka katalog.

– To może powie mi pan, co lubi.

– Co lubię? – Ajay Fikry powtarza z niesmakiem. – A może powiem pani, czego nie lubię? Nie lubię postmodernizmu, postapokaliptycznych scenerii, martwych narratorów ani realizmu magicznego. Nie przekonują mnie rzekomo błyskotliwe zabiegi formalne, różnicowanie czcionek, niepotrzebne ilustracje – słowem, wszelkiego rodzaju efekciarstwo. Nie trawię powieści o Holokauście ani o żadnej innej dziejowej tragedii – tylko literatura faktu. Nie lubię hybryd typu ambitny kryminał albo ambitna powieść fantastyczna. Literatura piękna i literatura gatunkowa to dwie różne rzeczy i nie należy ich ze sobą żenić, bo na ogół nic dobrego z tego nie wynika. Nie lubię książek dla dzieci, zwłaszcza o sierotach, nie mam też miejsca na tak zwaną literaturę młodzieżową. Nie przepadam za książkami powyżej czterystu i poniżej stu pięćdziesięciu stron. Mierżą mnie powieści pisane rzekomo przez gwiazdy reality show, albumy ze zdjęciami znanych osób, pamiętniki sportowe, wznowienia z filmowymi okładkami, gadżety i – co chyba oczywiste – wampiry. Raczej nie zamawiam debiutów, książek dla dziewcząt, poezji ani przekładów. Najchętniej nie zamawiałbym żadnych serii, ale zmuszają mnie do tego realia mojego portfela. Nawiasem mówiąc, proszę mi nie wciskać żadnych „świetnie rokujących serii”, dopóki nie trafią na listę bestsellerów „New York Timesa”. A już najgorsze, co może mi pani zaproponować, to zbeletryzowane wspomnienia mężczyzny, którego żona umarła na raka. I to choćby nie wiem jak dobrze były napisane. Choćby nawet przysięgła mi pani, że w Dniu Matki zejdzie sto egzemplarzy.

Amelia rumieni się na twarzy, przy czym jest bardziej zła niż zakłopotana. Zgadza się z wieloma rzeczami, które usłyszała, lecz można to było powiedzieć milszym tonem. Zwłaszcza że akurat jej wydawnictwo ma całkiem inny profil. Przygląda się uważnie Ajayowi. Jest od niej starszy, ale niedużo, nie więcej niż dziesięć lat. Dziwne, że tak młody człowiek nie lubi tylu rzeczy.

– A co pan lubi?

– Wszystko inne. Muszę też przyznać, że miewam słabość do zbiorów opowiadań. Ale ludzie nie chcą ich kupować.

Amelia ma na liście tylko jeden zbiór opowiadań, debiut. Nie przeczytała całego i pewnie już nie znajdzie na to czasu, ale podobało jej się pierwsze opowiadanie. Amerykańscy i indyjscy szóstoklasiści biorą udział w projekcie polegającym na pisaniu do siebie listów. Narratorem jest Hindus mieszkający w USA, który opowiada kolegom z klasy różne zmyślone, absurdalne rzeczy na temat swojej ojczystej kultury.

– Gdy Bombaj stał się Mumbajem – mówi Amelia, odkaszlnąwszy, bo zaschło jej w gardle. – Myślę, że to powinno…

– Nie sądzę.

– Ale jeszcze nawet nie powiedziałam, o czym to jest.

– Nie, dziękuję.

– Ale dlaczego?

– Proszę uczciwie przyznać, że wspomina pani o tej książce tylko dlatego, że jestem w połowie Hindusem. Czyż nie jest tak?

Amelia przez sekundę oddaje się fantazji, w której rozbija mu na głowie jego stary komputer.

– Mówię panu o tej książce, bo sam pan przed chwilą powiedział, że lubi opowiadania! A to jedyny zbiór opowiadań, jaki mamy w zimowej ofercie. I tak się składa – tutaj Amelia pozwala sobie na kłamstewko – że jest absolutnie cudowny, od pierwszej do ostatniej strony. Mimo że to debiut. Zresztą, tak nawiasem mówiąc, uwielbiam debiuty. Lubię odkrywać nowych autorów. Inaczej pewnie w ogóle nie pracowałabym w tym zawodzie.

Amelia wstaje. Głowa pęka jej z bólu. Może rzeczywiście za dużo pije?

– Chce pan znać moje zdanie?

– Nieszczególnie. Ile pani ma lat, dwadzieścia pięć?

– Ma pan uroczą księgarenkę, ale jeśli będzie pan dalej trwał w tym, w tym… – Jako dziecko Amelia się jąkała i wciąż miewa nawroty, gdy się zdenerwuje. – W tym skostniałym sposobie myślenia, to pańska firma długo nie pociągnie.

Odkłada Roślinę późno kwitnącą na stół razem z zimowym katalogiem. Wychodząc, potyka się o książki w korytarzu.

Ponieważ ma jeszcze godzinę do następnego promu, postanawia przespacerować się po miasteczku. Przed placówką Bank of America brązowa tabliczka upamiętnia wizytę Hermana Melville’a, który mieszkał tutaj pewnego lata, kiedy jeszcze w budynku mieściła się gospoda. Amelia wyciąga telefon i robi sobie zdjęcie przy tabliczce. To ładne miasteczko, a nic nie wskazuje na to, żeby w najbliższym czasie miała tu zawitać ponownie.

Wysyła esemesa do szefa w Nowym Jorku: „Nie liczyłabym na zamówienia z Alice Island :-(”.

Odpowiedź: „Nie przejmuj się. To tylko jedna mała księgarnia, poza tym zamawia głównie na lato, z myślą o turystach. A właściciel jest dziwakiem. Harvey zawsze miał u niego więcej szczęścia wiosną i latem. Więc pewnie będzie podobnie”.

O szóstej Ajay mówi Molly Klock, że może iść do domu.

– I jak ta nowa Munro?

Molly wzdycha głośno.

– Dlaczego wszyscy ciągle mnie o to pytają? – Tak naprawdę chodzi jej o Amelię, ale Molly lubi dramatyzować.

– Pewnie dlatego, że ją czytasz.

Znowu wzdycha.

– Bo ja wiem. Te postacie są czasem jakieś takie… zbyt ludzkie.

– W przypadku Munro chyba o to właśnie chodzi – zauważa Ajay.

– No nie wiem. Wolę starsze rzeczy. No to do poniedziałku.

„Trzeba będzie coś zrobić z tą dziewczyną” – myśli Ajay, odwracając wiszący na drzwiach napis „Zamknięte”. Molly lubi czytać, ale poza tym jest beznadziejną sprzedawczynią. Z drugiej strony wdrożenie nowej osoby to zawsze kłopot, a Molly przynajmniej nie kradnie, no i pracuje u niego dorywczo. Nicole musiała coś dostrzec w tej mrukliwej pannie, skoro ją zatrudniła. Może latem zbierze się w sobie i ją zwolni.

Ajay wyrzuca za drzwi ostatnich klientów (najbardziej działała mu na nerwy gromadka młodych adeptów chemii organicznej, którzy niczego nie kupili, ale przez dwie godziny okupowali dział czasopism; w dodatku prawdopodobnie któryś z nich zatkał toaletę). Następnie robi porządek w paragonach – plus dziesięć do depresji. Wreszcie idzie na górę, do swojego mieszkania na poddaszu. Wrzuca do mikrofalówki mrożone curry i ustawia na dziewięć minut zgodnie ze wskazówkami na opakowaniu. Stojąc nieruchomo, myśli o dziewczynie z Pterodactyla. Wyglądała jak przybysz ze Seattle lat dziewięćdziesiątych – w tych kaloszach z deseniem w kotwice, babcinej kwiecistej sukience, puszystym beżowym swetrze i z włosami do ramion, które chyba obcinał jej w kuchni chłopak. Albo dziewczyna? Nie, raczej chłopak. Przypomina sobie Courtney Love z czasów małżeństwa z Kurtem Cobainem. „Trudno mnie zranić” – mówiły jej stanowcze różowe usta. „Łatwo mnie zranić i pewnie to zrobisz” – mówiły jej łagodne błękitne oczy. I pomyśleć, że doprowadził to wielkie dziewczę do łez. Brawo, Ajay.

Woń curry jest coraz silniejsza, lecz według zegara minęło dopiero półtorej minuty.

Potrzebne mu jakieś zajęcie. Fizyczne, ale niezbyt ciężkie.

Schodzi do piwnicy i pomagając sobie nożykiem, składa kartony po książkach. Ciach. Prask. Na stos.

Jest mu głupio, że tak się wobec niej zachował. Niczym nie zawiniła. Ktoś powinien był mu powiedzieć o śmierci Harveya Rhodesa.

Ciach. Prask. Na stos.

Ktoś pewnie próbował. Ajay rzadko sprawdza pocztę elektroniczną, nigdy nie odbiera telefonów. Czy odbył się pogrzeb? Nie żeby chciał na nim być. Prawie nie znał Harveya Rhodesa.

Ciach. Prask. Na stos.

Ale z drugiej strony… Przez ostatnich sześć lat spędził z nim wiele godzin. Rozmawiali wyłącznie o książkach, ale czy w jego życiu jest coś bardziej osobistego niż książki?

Ciach. Prask. Na stos.

No i jak często zdarza się człowiekowi spotkać kogoś o podobnym guście? Pospierali się tylko raz – o Davida Fostera Wallace’a. To było krótko po jego samobójstwie. Ajay był zniesmaczony peanami pod adresem zmarłego. Facet napisał jedną przyzwoitą (choć rozwlekłą i pozbawioną dyscypliny) powieść, kilka umiarkowanie przenikliwych esejów i na tym w zasadzie koniec.

– Niekończący się żart2 to arcydzieło – upierał się Harvey.

– Niekończący się żart to wielka próba czytelniczej wytrwałości. Jak już dobrniesz do końca, nie masz wyjścia, musisz sobie wmówić, że ci się podobało. Albo żyć ze świadomością, że zmarnowałeś kilka tygodni życia. Przerost formy nad treścią, mój drogi.

Harvey, zaczerwieniony na twarzy, pochylił się nad biurkiem.

– Mówisz tak o każdym pisarzu z twojego pokolenia.

Ciach. Prask. Na stos.

Wraca na górę. Curry zdążyło wystygnąć. Jeżeli je podgrzeje w tym plastikowym naczyniu, pewnie umrze na raka.

Stawia tackę na stole. Pierwszy kęs parzy. Drugi jest lodowaty. Rzuca tacką o ścianę. Jak niewiele znaczył dla Harveya i jak wiele Harvey znaczył dla niego.

Samotne życie ma ten minus, że jeśli człowiek zrobi bałagan, musi sam posprzątać.

Nie, najgorsze w samotnym życiu jest to, że nikogo nie obchodzi, czy jest ci smutno. Nikogo nie obchodzi, że niespełna czterdziestoletni mężczyzna rzucił o ścianę plastikową tacką z curry, niczym dwulatek. Ajay nalewa sobie kieliszek wina. Rozkłada na stole obrus. Przechodzi do salonu. Otwiera klimatyzowaną gablotę i wyjmuje z niej TamerlanaEdgara Allana Poego. Wraca z nim do kuchni i stawia na stole, naprzeciwko siebie, opierając książkę o krzesło, na którym siadała Nicole.

– Na zdrowie, gniocie – zwraca się do chudego tomu.

Dopija wino i napełnia kieliszek, obiecując sobie, że zaraz skończy i poczyta książkę. Może którąś z ulubionych, jak Stara szkoła3 Tobiasa Wolffa, choć pewnie lepiej spożytkowałby czas, sięgając po coś nowego. Czym to się tak zachwycała ta dziunia z wydawnictwa? Roślina późno kwitnąca. Brr. Powiedział jej to, co naprawdę myśli. Nie ma nic gorszego niż wspomnienia wdowca. Zwłaszcza gdy samemu jest się wdowcem, a Ajay został nim półtora roku temu. Nie ma pretensji do tej kobiety, jest nowa, skąd miała wiedzieć o jego nudnej tragedii osobistej. Chryste, ależ mu brakuje Nicole. Jej głosu, szyi, nawet pach. Były szorstkie jak koci język, a pod wieczór wydzielały woń mleka tuż przed skwaśnieniem.

Trzy kieliszki później zasypia z głową na blacie. Mierzy tylko metr siedemdziesiąt wzrostu, waży sześćdziesiąt cztery kilo, w dodatku nie zjadł nawet mrożonego curry. Dziś już nie uszczupli kupki z zaległymi lekturami.

– Ajay – szepcze Nicole. – Połóż się spać.

Nareszcie śni. Właśnie o to chodzi w całym tym piciu.

W alkoholowym śnie duch jego żony pomaga mu wstać z krzesła.

– Wstydziłbyś się, molu.

Ajay potakuje ruchem głowy.

– Mrożone curry i czerwone wino za pięć dolarów.

– Jestem wierny uświęconym zwyczajom moich przodków.

Wloką się do sypialni.

– Możesz sobie pogratulować, Fikry. Stajesz się wzorowym alkoholikiem.

– Przepraszam.

Kładzie go na łóżku. Jej brązowe włosy są chłopięco krótkie.

– Obcięłaś włosy. Dziwnie wyglądasz.

– Byłeś dzisiaj strasznie niemiły dla tej dziewczyny.

– To przez Harveya.

– Naturalnie.

– Nie lubię, jak znikają z mojego życia ludzie, którzy cię znali.

– To dlatego nie chcesz zwolnić Molly Klock?

Ajay kiwa głową.

– Nie możesz dłużej tak żyć – mówi Nicole.

– Mogę. Jakoś żyję.

Całuje go w czoło.

– Chodzi mi o to, że nie chcę, żebyś tak żył.

Po tych słowach znika.

Wypadek nie wydarzył się z niczyjej winy. Odwiozła autora do domu po spotkaniu z czytelnikami. Pewnie jechała szybko, żeby zdążyć na ostatni powrotny prom samochodowy. Może na drogę wyszedł jeleń i próbowała go wyminąć. A może po prostu zima w Massachusetts zrobiła swoje. Nie wiadomo. Policjant w szpitalu zapytał, czy miała skłonności samobójcze.

– Nie – odparł Ajay. – Nic z tych rzeczy.

Była w drugim miesiącu ciąży. Nikomu nie powiedzieli. Nie chcieli zapeszać, bo miewali już rozczarowania. Stojąc w poczekalni przy kostnicy, żałował, że nikomu nie powiedzieli. Przynajmniej byłby krótki czas radości przed tym długim… czym? Nie wiedział jeszcze, jak to nazwać.

– Nie miała skłonności samobójczych. Po prostu była fatalnym kierowcą i nie zdawała sobie z tego sprawy.

– Rozumiem – odparł policjant. – To nie była niczyja wina.

– Ludzie zawsze tak mówią. Ale ktoś musiał zawinić. To była jej wina. Jakie to głupie z jej strony. Głupie i melodramatyczne. Zwrot akcji godny Danielle Steel. Słyszysz mnie, Nicole? Gdyby to była powieść, w tym miejscu przestałbym ją czytać i rzuciłbym nią o ścianę.

Policjant (który raczej nie czytał książek, może z wyjątkiem kieszonkowych kryminałów Jeffery’ego Deavera na wczasach) próbował skierować rozmowę z powrotem ku rzeczywistości.

– No tak. To pan jest właścicielem księgarni.

– Ja i żona – odparł bez namysłu Ajay. – O Boże, teraz jestem jak postać, która mówi o sobie w liczbie mnogiej, bo zapomniała, że jej partner życiowy zmarł. Co za tandetna klisza. Panie… – spogląda na plakietkę policjanta – komisarzu Lambiase, czy wie pan, że jesteśmy bohaterami kiepskiej powieści? Jak do tego doszło? Na pewno myśli pan sobie teraz: „Biedny facet”, a wieczorem uściśnie pan swoje dzieci na dobranoc mocniej niż zwykle, bo tak robią bohaterowie tego typu książek. Wie pan, o jakich książkach mówię, prawda? O tych pretensjonalnych powieściach, w których autor przez chwilę śledzi jakąś drugoplanową postać, żeby czytelnikowi powiało Faulknerem. Spójrzcie, jak pochylam się nad życiem maluczkich! Nad życiem szarego człowieka! Jaki jestem wrażliwy! Nawet pańskie nazwisko pasuje jak ulał. Komisarz Lambiase, wypisz wymaluj gliniarz z Massachusetts. Czy jest pan może rasistą? Takie postacie na ogół mają rasistowskie poglądy.

– Panie Fikry, czy ma pan kogoś, po kogo mogę zadzwonić? – Lambiase był dobrym policjantem i wiedział, że ludzie dotknięci tragedią potrafią się zachowywać bardzo różnie. Położył księgarzowi dłoń na ramieniu.

– Tak jest! Brawo, panie komisarzu, zna pan swoje kwestie! Jest pan świetny w tej roli. A czy wie pan, co powinien zrobić wdowiec w pierwszej kolejności?

– Zadzwonić do kogoś.

– Tak, myślę, że ma pan słuszność. Ale dzwoniłem już do szwagierki. – Ajay kiwa głową. – Gdyby to było opowiadanie, nie gadalibyśmy tyle. Mały ironiczny zwrot akcji i już. Dlatego w świecie literatury nie ma nic elegantszego niż opowiadanie. Gdyby to był Raymond Carver, usłyszałbym od pana kilka słów pociechy, zapadłyby ciemności i na tym koniec. Ale nie. To, co teraz czuję, przypomina raczej powieść. Pod względem emocjonalnym, wie pan. Minie trochę czasu, zanim przez to przebrnę. Rozumie pan?

– Nie jestem pewien. Nie czytałem nic Raymonda Carvera. Lubię kryminały z Lincolnem Rhyme’em. Czytał pan?

– Detektyw przykuty do łóżka. Jak na prozę gatunkową – ujdzie. Ale czy czytał pan jakieś opowiadania?

– Może w szkole… Jakieś baśnie. I było coś jeszcze… Kasztanek? Chyba kazali nam przeczytać Kasztanka.

– To akurat nowela.

– A, to przepraszam. Ja niezbyt… Zaraz, pamiętam z liceum coś o policjancie. Taka zbrodnia doskonała, chyba dlatego zapamiętałem. Żona morduje swojego męża policjanta zamrożonym kawałkiem wołowiny, a potem częstuje nim…

– Baran na rzeź. Tak się nazywa to opowiadanie. A narzędziem zbrodni jest barani udziec.

– Tak, właśnie! – Policjant był wniebowzięty. – Zna się pan na rzeczy.

– To bardzo znane opowiadanie. Moja szwagierka z mężem powinni się zjawić lada moment. Przepraszam, że nazwałem pana drugoplanową postacią. To było niegrzeczne, zresztą jeżeli już, to ja jestem drugoplanową postacią w historii przygód komisarza Lambiase’a. Policjanci są bohaterami książek znacznie częściej niż księgarze. W rzeczy samej jest pan chodzącym gatunkiem literackim.

– Hmmm. Pewnie ma pan rację. A wracając do tego opowiadania, jako policjant mam problem z kolejnością zdarzeń. Ta kobieta wkłada wołowinę…

– Baraninę.

– Baraninę. No więc zabija faceta zamrożonym baranim udźcem, a potem wkłada go do piekarnika bez rozmrażania. Żaden ze mnie kucharz, ale…

Kiedy policja wyciągnęła jej samochód z wody, Nicole była już na wpół zamarznięta. W kostnicy miała sine usta. Ajayowi przypomniała się wtedy czarna szminka, którą pomalowała się przed ostatnią paradą wampirów. On miał duży dystans do tej maskarady dla durnych nastolatek, ale Nicole, która z jakiegoś powodu lubiła sagę o wampirach i jej autorkę, upierała się, że dzięki paradzie skoczy im sprzedaż, a poza tym to miła rozrywka.

– No wiesz, rozrywka. Pamiętasz w ogóle, że coś takiego istnieje?

– Jak przez mgłę – odparł. – Z czasów, kiedy nie prowadziłem księgarni, miałem weekendy i wieczory dla siebie i czytałem dla czystej przyjemności. Tak, to była rozrywka. Pamiętam, ale słabo.

– Biedaczysko. A ja myślałam, że jesteś zadowolony z życia, bo masz inteligentną, ładną i bezproblemową żonę, z którą nie rozstajesz się nawet w godzinach pracy.

Wciąż miał ją przed oczyma w tej idiotycznej czarnej, satynowej sukni, prawa ręka owinięta wokół gankowej kolumny, powabne usta złączone w ciemną kreskę.

– Stało się coś strasznego. Moja żona przemieniła się w wampirzycę.

– Biedaku. – Przemierzyła ganek i pocałowała go, zostawiając ślad podobny do siniaka. – Teraz nie masz wyjścia, musisz sam stać się wampirem. Nie próbuj z tym walczyć. To najgorsze, co możesz zrobić. Wyluzuj się, molu. Zaproś mnie do środka.

Diament wielki jak góra1922, F. Scott Fitzgerald

Ściśle rzecz biorąc, nowela. Chociaż to rozgraniczenie jest nieco kłopotliwe. Ale jeśli znajdziesz się w towarzystwie ludzi, którzy stosują takie rozróżnienia – a sam kiedyś byłem jednym z nich – dobrze jest znać różnicę. (Natkniesz się na nich prawie na pewno, jeżeli będziesz studiować na którymś z prestiżowych uniwersytetów*. Najlepszą bronią przeciwko tym bufonom jest rozległa wiedza. Ale zbaczam z tematu). Według Edgara Allana Poego opowiadanie to utwór, który czyta się za jednym posiedzeniem. Przypuszczam, że w jego czasach „jedno posiedzenie” trwało dłużej niż dzisiaj. Ale znowu zbaczam.